Archives

Ostatnia rozmowa z Irit. Wspomnienie

Ilustracja: Karolina Lubaszko


Aktualnik
Ostatnia rozmowa z Irit. Wspomnienie

HENRYK GRYNBERG


„Wszystkie dziewczynki żydowskie w zasymilowanych domach stawały wtenczas na krzesełku z kokardą we włosach i deklamowały wierszyki. Tak się rodzice chwalili przez znajomymi: zobaczcie, jakie polskie są nasze żydowskie dzieci!” – opowiada Irit Amiel w ostatniej rozmowie, której udzieliła Agnieszce Piśkiewicz-Bornstein (Ostatnie fastrygi, Biblioteka „Narracji o Zagładzie”, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2021). Oboje pochodzimy od rodziców, którzy „do swoich rodziców będą mówić jeszcze po żydowsku, ale do dzieci już po polsku”.

Mój dom był koszerny, a więc nie całkiem zasymilowany, lecz i mnie mama uczyła polskich wierszyków i popisywała się mną przed panią dziedziczką. Dlatego mogliśmy udawać normalne polskie dzieci, a także – co najważniejsze – „nie przyciągać kapusiów i szmalcowników, od których roiło się dosłownie wszędzie…”.

Oboje zawdzięczaliśmy też życie paru prawdziwym ludziom – ona polskiej pani, która „bardzo prosiła potem, żeby [o tym] nie mówić, broń Boże, ani słowa”, a ja i moja matka pani Taborowej z Grochowa, której śladu (przypuszczalnie z tego samego powodu) nie udaje mi się odnaleźć. Przede wszystkim jednak uratował nas polski język. Tu jeszcze jedna istotna uwaga: „najtrudniej było ukrywać żydowskie dziecko przed sąsiadami, bo oni się bardzo interesowali, żeby zarobić”. Może więc decydującym czynnikiem był nie tyle strach, o którym tak wiele się czyta, co raczej pieniądze. I drugi wniosek: szmalcownicy czyhali nie tylko na ulicy, lecz „dosłownie wszędzie”. „Jestem bardzo podejrzliwa” – mówi. Ja też. Ten instynkt również pomagał. Ona musiała rozstać się z rodzicami, ja tylko z ojcem. W niej „żył żal o to rozstanie”. Mnie kompensowała to rozstanie matka, ale i we mnie „żyje” nieracjonalny żal do nich obojga o rozstanie z moim półtorarocznym braciszkiem (patrz Miejsce urodzenia), który miał do nas całkowite zaufanie i to jego ostatnie ufne spojrzenie mam do dziś przed oczami.

Uratował nas język polski

Oboje znaleźliśmy się w Warszawie wiosną 1943 roku. Widzieliśmy i słyszeliśmy „chłopców z placu Trzech Krzyży”, którzy sprzedawali gazety i papierosy („papierosy swojaki, papieroooos!”) i wcale nie wydawali się „podejrzani” o to, że uciekli z getta. Ona spotkała ich parę lat później na drodze „do Nowego Kraju”, a ja w opowieści Józefa Ziemiana Papierosiarze z placu Trzech Krzyży. „Jak można być religijnym po Zagładzie? W ogóle tego nie rozumiem” – wyznaje. „Nie ma żadnego Boga, musisz sobie radzić sama” – dodaje, bo „jakby Pan Bóg istniał, to by ratował Korczaka i jego dzieci!”. Dla mnie, pięć lat młodszego, religia (katolicka) była schronieniem. Skryłem się w niej i nie chciałem wyjść (patrz Zwycięstwo). Obojgu nam podsuwano zastępczą wiarę świecką (Serce Amicisa, Nad czarną wodą Haliny Górskiej) – jej jeszcze na kompletach w getcie, mnie w dziecięcym sanatorium zaraz po orgii śmierci. Deską ratunku był syjonizm, bo „jedyna lekcja płynąca z Zagłady jest taka, że Żydzi muszą mieć swój własny kraj” i „być u siebie!”. Żeby nie było „na świecie w jakimkolwiek kraju takiej dziewczynki, która nie ma się gdzie schronić i dokąd uciec przed Treblinką…”. Ani małego chłopczyka, którego nie można ukryć. Ani matki z sześcioletnim dzieckiem, którzy jeżdżą tramwajem tam i z powrotem, nie mając gdzie uciec przez godziną policyjną i śmiercią (patrz Żydowska wojna). Dlaczego byliśmy tak bezbronni w tej wojnie przeciwko nam? Bo nie byliśmy u siebie. Gorzej, byliśmy na wrogim terytorium. Tylko u siebie można się naprawdę bronić, nawet bardzo długo, jak Izrael. Ona usłuchała i poszła za głosem tej wiary, a ja – za młody, by uciec – zostałem (patrz Zwycięstwo). Komunizm to też była wiara. Uległem, bo syjoniści wyjechali, a bez wiary nie dało się żyć. Jej wiara okazała się trwalsza. Ona nigdy nie wybaczyła światu „tej orgii żydowskiej krwi”. Ja też nie. Jak ona „nie mam zaufania do świata”. Ani „złudzenia, że jeśli cały czas będę czuwać, to coś zmienię”. Ale czuwam – jak ona czuwała – bo taki nasz obowiązek.

Wyszliśmy „z Egiptu: europejskiego, polskiego”. Z niewoli, która bywa czasem „wygodna” i „obłudna aż do mdłości”. Co widać zwłaszcza w Ameryce, i zwłaszcza dziś. Mamy „rachunki” ze światem, szczególnie z Europą, gdzie po milionach Żydów został „niewyobrażalny majątek: kamienice, wille, sklepy, działki, sady, place, perskie dywany, Rembrandty…”. Nie mówiąc o kontach bankowych i złocie (Złote żniwaPłuczkirecycling). Samego złota jest dosyć, by pokochać za nie „Palestyńczyków”. A do tego niezliczone „czapki bez głów”, „beznogie buty”, „bezdzietne nocniki” „porąbane bezdomne drzwi” (s. 81). Ona nie wzięła „żadnego grosza ani z Niemiec, ani z Polski”. Rozumiem jej bezkompromisowość, ale ja wziąłem, bo to moje grosze, nie ich. Miała za złe jednemu z rodowitych izraelskich przyjaciół, że kupił volkswagena-garbusa. A mój pierwszy samochód to był właśnie stary używany garbus, najlepsze, co mogłem kupić za swoją pierwszą nagrodę literacką, i wyobrażałem sobie, jak Hitler się w grobie przewraca, że nie tylko przeżyłem go, ale jeżdżę „jego” samochodem. Zresztą i ona przyznała, że wojnę sześciodniową „wygraliśmy nie tylko dzięki bohaterstwu naszych żołnierzy […], ale również dzięki [niemieckim] odszkodowaniom, bo mogliśmy kupić samoloty, które zbombardowały lotniska wroga”.

W przeciwieństwie do mnie wcale się nie dziwiła temu, co „tam” się działo w 1968 roku. „Że nienawidzą Żydów? Że chcą ich wyrzucić? To cena za to, że w ogóle zostali tam aż do 1968 roku”. „Nie było dnia w moim […] długim życiu, żebym żałowała, że wyjechałam z Polski i żyję w Izraelu […]. Kto lubi antysemitów, niech sobie tam siedzi, gdzie go nienawidzą…” – dodała. Ja też nigdy nie żałowałem, że wyjechałem, żałuję tylko, że nie do Izraela, zwłaszcza dziś, gdy świat znowu wpada w łapy skurwysynów i moja przybrana ojczyzna importuje żydożerstwo z całego – znów skurwionego – świata. Nie wiem, czemu ona twierdzi, że „Polska była, jest i pozostanie nieodwzajemnioną miłością Żydów”. Tak mówiono o zaślepionej miłości niemieckich Żydów do Niemiec. Polscy Żydzi, których ja znałem i znam, byli – i są – bardziej sceptyczni. Szczególnie po 1942, 1946, 1968 i najnowszych latach. Ojczyzna wymaga „lojalności obustronnej, tego, co Amerykanie nazywają two-way street” – napisałem na okładce prozy pod tytułem Ojczyzna (Warszawa 1999) i tak samo warunkowo traktuję moją obecną ojczyznę. Zgadzam się, że dosyć wielu polskim Żydom „wydaje się, że są Polakami”, bo mnie też się czasem wydaje, ale ja nie kocham bez wzajemności.

W przeciwieństwie do mnie wcale się nie dziwiła temu, co „tam” się działo w 1968 roku

Uciekła z Polski, żeby „na końcu umrzeć w Izraelu jako polska pisarska jednego tematu”, czy raczej jednego doświadczenia. Jak ja w Ameryce. Gdy wydała dwujęzyczny polsko-hebrajski tomik wierszy Egzamin z Zagłady, jej izraelscy przyjaciele się zdziwili: „Nie spodziewaliśmy się, że ty tak tym żyjesz, tak to pamiętasz, przecież zawsze się śmiejesz i opowiadasz żarty”. Tak samo się zdziwiła i to samo mówiła do swoich amerykańskich przyjaciółek moja matka: „He was always such a happy boy…”. Trafiliśmy do tego samego niemieckiego wydawnictwa. I co? „W zeszłym roku nie sprzedano ani jednej książki, a w tym roku jedną. To pewnie mój wnuk, który teraz tam pojechał z żoną [i] kupił”. Nie przejmuj się Irusiu, ja od dawna podejrzewam, że Niemcy – z poczucia winy – owszem, publikują polską czy polsko-żydowską literaturę, ale niekoniecznie czytają. Różewicz i Szymborska nie przekroczyli pułapu 600 sprzedanych egzemplarzy, Popiół i diament Andrzejewskiego osiągnął 770, opowiadania Iwaszkiewicza 690, Sól ziemi Wittlina łącznie z esejami i wierszami też 690, z czego się można łatwo domyślić, że nabywcami były te same biblioteki i wydziały slawistyki. Miłosz pobił rekord: jego wiersze w ciągu pięciu lat od Nagrody Nobla rozeszły się w ilości 1 100 egzemplarzy (patrz „Odra” 2020, nr 11).

Oboje nie lubiliśmy „książek futurystycznych” i kryminałów. Mnie się podobał tylko film o astronaucie, którego zostawiono samego na Marsie i dał sobie radę niczym Robinson Crusoe, a z kryminałów serial Columbo, bo od początku wiadomo, kto popełnił zbrodnię, jak i dlaczego, po czym przychodzi niezawodny detektyw i wszystko to udowadnia. Na pytanie, czego zamordowani oczekiwaliby od jej ocalonego życia, powiedziała: „Żebym się tym życiem cieszyła. Żebym je umiała docenić. Żebym zbudowała nową rodzinę i żebym opowiadała do końca, co się działo…”. Więcej, „Żyd, który został przy życiu i nie sprowadził na świat nowego pokolenia, nie odrobił lekcji”. Ona tę lekcję odrobiła, ja nie. Przyznała, że jej „ulżyło po napisaniu książek” i że przez to jest jej „lżej umierać”. Mnie nie, bo świat, który zostawiam, okazuje się wcale nie lepszy od tamtego, który zastałem – który zastaliśmy. Mnie nawet pisanie nie całkiem pomaga: „zasłania się tekstem podtekstem / jest tylko w słowach / które chętnie by oddał / za to żeby nie musiał / pisać tego co pisze” – wyznałem w autoportrecie zatytułowanym Pisarz (w zbiorze Dowód osobisty). „Ja całe życie mam poczucie winy, że jestem szczęśliwa” – wyznała. Ja nie mam poczucia winy, bo nie jestem szczęśliwy. Cieszę się, że ona była.

„Wtedy, we wrześniu 1942 roku nie znam jeszcze tego strachu, jaki odczuwam dziś” – powtórzyła za Jerzym Einhornem. Ja też to mogę powiedzieć – dziś, gdy znów ze wszech stron słyszę szczucie i ujadanie. „Chcę umrzeć, wiedząc, że u dzieci i wnuków, i w państwie wszystko jest dobrze” – powiedziała. Ja nie mam dzieci ani wnuków i wiem, że w moim państwie niedobrze. Ale nie zgadzam się, że Szoa (taka pisownia) „powtarza się co dzień […] w Jemenie, Syrii, jezydzkich wsiach” i że „to się dzieje cały czas wszędzie…”. Nie zgadzam się, bo nie ma takiego równania. Ludobójstw było i jest wiele, ale coś takiego jak Szoa, Holokaust, Zagłada zdarzyło się jak dotąd tylko raz. Nie będę powtarzał tysiąca argumentów, które dawno już wyłożyłem, dodam tylko, że Żydzi w swej długiej historii doświadczyli wielu ludobójstw, ale Szoa – dzięki Bogu (?) – tylko raz.

„Jeśli szukam różnic między jej pisaniem a pokrewną literaturą Holokaustu, widzę je przede wszystkim w rzadko gdzie indziej spotykanym poczuciu humoru, ironii i autoironii, i przy całym ciężarze treści w finezyjnej, wspaniałej lekkości stylu” – pisał Tadeusz Nyczek w recenzji z jej Autobiografii. To samo ja bym powiedział. „Irit, ja nie przeczytam tej książki, bo to mi sprawia za wiele bólu. To mnie tak boli, że ja nie mogę narażać mojego zdrowia” – powiedziała jej amerykańska Żydówka, której przyniosła angielskie wydanie tej książki. Przy okazji dowiadujemy się, że w Polsce niedawno wycofano jej opowiadania z lektur szkolnych. Czyżby też ze względów „zdrowotnych”?

„Skąd w ocalonych bierze się siła, by żyć dalej” – pyta retorycznie Marta Tomczok pod koniec swojej książki Irit Amiel. Życie (Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2021). Bardzo dobre pytanie, na które można odpowiadać w nieskończoność.


Henryk Grynberg (ur. 1936) – prozaik, poeta, eseista, laureat m.in. Nagrody Kościelskich, czterokrotnie nominowany do Nagrody Nike. Autor m.in. zbioru opowiadań Drohobycz, Drohobycz, powieści Memorbuch i Dziedzictwo oraz wielotomowego Pamiętnika.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jewish History in Ukrainian Maps

Jewish History in Ukrainian Maps

Henry Abramson


I recorded this video after Vladimir Putin delivered his February 21 speech denying the historical validity of Ukraine, a clear pretext to the invasion that began a few hours ago. This brief video provides a survey of the long Jewish presence in the region, framed in the context of maps: political, ethnolinguistic, military and social.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Po wojnie chodziłam do kościoła, wiedziałam, że jestem Polką. I nagle przyjechali po mnie Żydzi

Dom dziecka w Otwocku, 1945 r. (Fot. Julia Pirotte / Żydowski Instytut Historyczny)


Po wojnie chodziłam do kościoła, wiedziałam, że jestem Polką. I nagle przyjechali po mnie Żydzi

Anna Bikont


Kosowie mnie kochali. Może sami nie zabili moich rodziców, tylko donieśli Niemcom?

.

Gdy Lejb Majzels wyjeżdżał do Staszowa, nie spodziewał się, że podróż, nie tak znowu odległa, zajmie mu trzy dni. Miał wystartować o ósmej z warszawskiego przystanku PKS, ale ciężarówka się spóźniła. Dotarł do Sandomierza dopiero o szesnastej, za późno na transport do Staszowa. Musiał więc na miejscu szukać noclegu. Nie wiedział, że następnego dnia jest święto Wniebowstąpienia Pańskiego i nie będzie żadnej komunikacji. „Zacząłem przedostawać się etapowo” – pisał, co musiało oznaczać podróż furmankami i pieszo. Dotarł do Łoniowa, stamtąd do Osieka „i nareszcie do Staszowa, dokąd przybyłem o godzinie 22-ej”.

16 maja, trzeciego dnia podróży, o piątej rano Majzels wsiadł do kolejki wąskotorowej jadącej do Bogorii.

W małej Bogorii żyło przed wojną ponad pięciuset Żydów. Dziewczynka, którą miał odnaleźć, Alinka Ungerman, była prawdopodobnie jedynym ocalałym tam żydowskim dzieckiem.

W Bogorii znalazł Jana Kosa, jego żonę i niespełna pięcioletnią Alinkę. „Ojciec dziecka, były kupiec leśny, według słów Kosa nie dał mu żadnego wynagrodzenia z góry, twierdził, że wynagrodzenie nastąpi po ocaleniu, rodzice dziecka nie przeżyli. Ob. Ob. Kos są bezdzietnymi zamożnymi gospodarzami, posiadają 5 morg gruntu, 2 krowy, konia, gospodarstwo wzorowe. Z obserwacji stwierdzam, że do dziecka są silnie przywiązani i traktują go jako swoje” – sprawozdawał.

Z obserwacji dokumentów i zeznań mogę stwierdzić, że kiedy ktoś, kto przechowywał Żydów, zaczyna od deklaracji, że nie otrzymał za to żadnego wynagrodzenia, najpewniej je dostał, i to spore. Ci, którzy ukrywali bezinteresownie, rzadko chwalili się swoją szlachetnością.

Kos powiedział Majzelsowi, że koresponduje z ciotką Alinki, która w liście „błaga o zwrot dziecka, obiecując mu w nagrodę dwa razy tyle, ile będzie chciał”, i proponując nieruchomość w Zawichoście. Kos „ma pojechać do Zawichostu celem obejrzenia posiadłości i o ile będzie mu odpowiadała”, odda dziecko.

Ciotka Alinki, która błagała Kosa o zwrot dziecka, pisała w tej sprawie do różnych instytucji żydowskich i to wskutek jej interwencji Majzels znalazł się w Bogorii. Na list Komitetu relacjonujący wizytę Majzelsa odpowiedziała: „To dziecko jest jedyne z mojej całej licznej rodziny, ja swoje własne straciłam tragicznie. Alinka jest moją siostrzenicą, ale chcę ją mieć za własną córkę, ona jest moją jedyną nadzieją w życiu. Już dwa lata biegam po wszystkich organizacjach, nawet interweniowałam u Rabina Herzoga z Palestyny, który będąc w Lampertheimie, obiecał mi pomoc, ale wszystko skończyło się na obietnicy. Zaczęłam więc pisać do ob. Kosa bezpośrednio, obiecując mu cały mój majątek. Proszę i błagam o pomoc i napisanie mi, w jaki sposób mam przeprowadzić akt odpisu placu w Zawichoście na rzecz ob. Jana Kosa”.

Przeczytałam setki świadectw z Zagłady, więc wymóg zapłaty za zwrócenie dziecka mnie nie zaskoczył. W czasie wojny większość Żydów ukrywała się za pieniądze. Nie tylko te uiszczane co miesiąc jako opłata za mieszkanie czy utrzymanie. Cenę miały też drobne, zwykłe czynności: przekazać list od jednego ukrywającego się do drugiego, spieniężyć coś z majątku, wymienić złote monety. Ciotka Alinki Ungerman prosiła, by dziewczynkę „po odebraniu oddać do sierocińca, z którego wysyłają dzieci do Palestyny”, gdyż ona także wkrótce tam wyjedzie.

„Jestem wam niezmiernie wdzięczna za poczynienie kroków odbioru dziecka mojej siostry, która jest jedynym moim skarbem” – dziękowała dwa miesiące później. Apelowała: „Uprzejmie proszę o przyśpieszenie sprawy. Chciałabym już doczekać tej chwili, kiedy dziecko będzie w żydowskich rękach, póki dziecko jest w rękach Kosa, ja nie mam spokoju. Błagam i proszę o przyśpieszenie tej sprawy. Mnie już brak sił na długie czekanie”.

Ciotka jako Leokadia Schmuckler-Krawczyk przebywała wówczas w obozie dla dipisów w Lampertheim w Niemczech, w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Straciła w czasie wojny męża i dwuipółletnią córeczkę, sama przeżyła na fałszywych papierach. Szukam jej śladów. Nie wiem jeszcze, że nazywała się Mala Wajnberg (gdy się urodziła), Mala Szmuklerz (gdy wyszła za mąż), Leokadia Krawczyk (gdy się ukrywała), Leokadia Fiterman (gdy wyszła drugi raz za mąż), Mala Fiterman (po wyjeździe do Izraela). Kilkakrotna zmiana imienia i nazwiska to standard, co nie ułatwia poszukiwań.

Nie załatwiwszy nic za pierwszym razem, Lejb Majzels pojechał do Bogorii po raz drugi 16 sierpnia 1947 roku, trzy miesiące po pierwszej wizycie. Alinki już nie było. Jedenaście dni wcześniej została zabrana przez pracownika Żydowskich Kongregacji Wyznaniowych do ich domu dziecka w Łodzi.

Można więc założyć, że wyjechała z Polski – przedstawiciele kongregacji sprawnie organizowali jak najszybszy przerzut dzieci. Ale gdzie jej szukać po świecie?

Wiedziałam, że w Żydowskim Instytucie Historycznym po lewej stronie holu mieści się Dział Genealogii, który zajmuje się poszukiwaniem krewnych, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę zapytać tam o coś związanego z moją pracą, a nie z rodziną. Aż za czyjąś namową zdecydowałam zapukać do ich drzwi i przedstawić listę poszukiwanych. Tak poznałam Noama Zylberberga.

– Najlepiej zacząć od bazy danych z nazwiskami ofiar Holokaustu umieszczonej na stronie internetowej Yad Vashem – radzi mi Noam. – Jeżeli Alina złożyła w Yad Vashem oświadczenie, że jej krewni zginęli w Zagładzie, to będą tam jej podpis, data i adres.

Jest! Relację o śmierci Dawida Ungermana z Opatowa i jego żony Racheli z domu Wajnberg złożyła Ilan Tamir zamieszkała w Zichron Ja’akow.

Page of Testimony, jedna kartka, dwadzieścia siedem rubryk. Prowadzony przez Yad Vashem projekt zapisania nawet najdrobniejszej informacji o każdej z sześciu milionów ofiar Holokaustu został zaliczony do dziedzictwa pamięci UNESCO. Świadectwa gromadzono od lat pięćdziesiątych, udało się ich zebrać dwa miliony siedemset tysięcy. Zdarza się, że tę samą osobę zapisano w kilku wariantach imienia, nazwiska, losu.

Dane się nie zgadzają, bo ktoś kiedyś o kimś usłyszał, sam albo od rodziny, coś zapamiętał, może źle, ale wypełnia formularz, żeby został ślad.

W rubrykach często pojawiają się znaki zapytania, tak jest też w tym przypadku. Jaki był adres ojca, do jakich organizacji należał, jaki miał zawód, gdzie pracował – same pytajniki. Data śmierci – być może 1945. Okoliczności – rodzice ukrywali się u Jana Kosa we wsi Bogoria, u rodziny chrześcijan. Z końcem wojny chrześcijanie donieśli albo gospodarze zabili.

Formularz został wypełniony dwadzieścia lat temu, ale adres się nie zmienił. Umawiam się z Ilan, że ją odwiedzę, kiedy będę w Izraelu.

Zichron Ja’akow. Domek otoczony kwiatami, uśmiechnięta gospodyni, sportowy styl, niebieska koszula w paski i tenisówki Nike z różową podeszwą. Zdecydowana. Zaczyna mówić po polsku, ale zaraz się wycofuje („Ja znam polski akcent, ale nie znam polskich słów”) i przechodzi na angielski. Oczywiście wolałabym, żeby mówiła w języku swoich dziecięcych doświadczeń. Gdybym była jej psychoterapeutką, mogłabym zasugerować, że lepiej będzie rozmawiać w języku jej traumy. Gdybym była historyczką, przywołałabym teorię, być może istniejącą naprawdę, o wadze źródeł mówionych przekazanych w języku przeżytego doświadczenia. Lecz jestem dziennikarką, intruzką w cudzym domu, i przepełnia mnie poczucie nieskończonej wdzięczności, że ktoś jest gotów dzielić się ze mną swoją opowieścią. Nie naciskam, ale żałuję.

– Mama była z Ożarowa, siedmioro dzieci w rodzinie, tata z Opatowa, ośmioro dzieci. Mamę już mieli wydać za mąż, gdy na ulicy w Staszowie zobaczyła mojego tatę i zakochała się na zabój. Oświadczyła, że nigdy za mąż nie wyjdzie. Tymczasem jej młodsza siostra miała miesiąc po niej wziąć ślub, ale nie mogła, póki starsza nie wyjdzie za mąż. I wtedy w sklepie z materiałami w Staszowie, który należał do dziadka, pojawił się ten młody mężczyzna ze staszowskiej ulicy, przedstawił się: Dawid Ungerman z Opatowa, i poprosił o jej rękę.

Może urzekła ją jego powaga i melancholia, widoczna na jedynej zachowanej fotografii rodziców Ilan? (W rzeczywistości to dwa oddzielne zdjęcia, ojca i matki, ale tak skadrowane i włożone we wspólną ramkę, że mogą uchodzić za ich wspólne zdjęcie).

– Kos pracował dla naszej rodziny w tartaku. To dziadkowie zdecydowali: dzieci trzeba ukryć. Urodziłam się 1 czerwca 1942 roku. Mama miała przede mną dwie dziewczynki, jedną w 1939, drugą w 1941 roku, obie zmarły niedługo po urodzeniu. Dlatego dostałam imię Alte, czyli „stara”. Miałam trzy albo cztery miesiące, kiedy przynieśli mnie do Kosów. Było mi tam bardzo dobrze, nie czułam wojny. Twarz Kosowej mi się rozmyła, ale pamiętam, że wszędzie biegałam za Kosem, wołając: „Tatusiu, poczekaj!”. I że dużo się śmiałam. Potem już nie.

W papierach Ilan oglądam odpis jej aktu chrztu z parafii w Bogorii z 20 września 1944 roku. Figuruje tam jako Alicja Maria Kos.

– Po wojnie miałam dwie kozy do pilnowania, chodziłam do kościoła, wiedziałam, że jestem Polką. Z innymi dziećmi biegaliśmy z kamieniami, krzycząc „Żyd”, jakbyśmy kogoś goniły. I nagle przyjechali po mnie Żydzi.

Religijni Żydzi, którzy ją odebrali, szukali jej na prośbę jej drugiej ciotki Sali (była siostrą jej ojca, podczas gdy Leokadia, która kontaktowała się z Komitetem, to siostra jej matki).

W archiwum ŻIH jest relacja Sali Ungerman złożona 14 listopada 1945 roku przed Żydowską Komisją Historyczną w Łodzi.

Latem 1942 roku rodzice załatwili szesnastoletniej Sali „aryjskie papiery” i wysłali ją do Lublina. Wróciła do nich, kiedy zaczęły się wysiedlenia okolicznych miasteczek, żeby nie zostawiać ich samych. W czasie akcji deportacyjnej w Opatowie, gdzie mieszkali, podszedł do niej na rynku Niemiec i poprowadził ją jak na rozstrzelanie. Zdziwiła się tylko, że rodzice nie płakali, kiedy odchodziła. Niemiec odeskortował ją za tartak należący do rodziny Ungermanów i powiedział, że ma tu czekać, aż ktoś się pojawi i zawiezie ją do Lublina. Sala krzyczała, że nigdzie nie pojedzie, wraca do rodziców, chyba że esesman przyprowadzi też jej młodszego braciszka. Nie zabił jej, tylko zrobił to, o co prosiła. Sala umieściła brata w obozie pracy, który wydawał się najbezpieczniejszym miejscem, bo chronił przed wysiedleniem. Sama wielokrotnie zmieniała miejsce pobytu. Wysłana na krótko do Auschwitz, potem do obozu pracy w Niemczech, upierała się, że niesłusznie uznano ją za Żydówkę, aż wywalczyła, żeby w kartotece zapisano ją jako Polkę.

Jej relacja pokazuje, jak mylące jest wyobrażenie o ukrywających się Żydach, które wyraża się w określeniach: ocaleni, przechowani. Jakby byli biernymi odbiorcami pomocy. Tak też się zdarzało, ale rzadko. Sala Ungerman podejmowała dziesiątki samodzielnych decyzji, szybkich i brawurowych. I to dzięki nim się uratowała. Siatkę pomocy tworzyli członkowie jej rodziny, którym udało się uniknąć deportacji.

Sala opowiada dalej, jak po wyjściu z obozu wróciła do Polski, by szukać śladów krewnych: „Chciałam pojechać do Klimontowa, ale po drodze spotkali mnie znajomi i powiedzieli mi, żebym nie jechała, bo Polacy tam po wyzwoleniu zabili pięciu Żydów. Pojechałam do Łodzi. Nikogo z rodziny nie spotkałam. Spotkałam siostrę bratowej, która mi powiedziała, że dziecko brata jest we wsi Bogoria, pow. opatowski, u Polaka Kosa Jana. Jest on bezdzietny. To on zabił mojego brata i bratową (…). Polak ten ma dobry stosunek do tego dziecka i nie chce go w żaden sposób oddać. Możliwe, że zabił rodziców dziecka, żeby dziecko sobie zatrzymać. Brat i bratowa mieli również dużo pieniędzy przy sobie. Dziewczynka ma teraz cztery latka, nazywa się Alinka Ungerman, jak ją teraz nazywają, nie wiem. Byłam u prokuratora, ale na razie nic nie da się zrobić”.

Sala Ungerman zgłosiła się w Łodzi do działaczy kongregacji wyznaniowych. Pojechali do Bogorii, zapłacili Kosom za Alinkę sześćdziesiąt tysięcy złotych i zabrali ją do domu dziecka. Ciotka Sala zamierzała ją stamtąd zabrać.

Ilan Tamir:

– Mieli wizję, że trzeba uratować każde żydowskie dziecko, żeby nie zostało Polakiem. W domu dziecka powiedzieli mi, że jestem Żydówką i że Kosowie to nie są moi rodzice, ale im nie uwierzyłam. Czułam się Polką i chrześcijanką, byłam wściekła, nie chciałam jeść. Zapalałam światło w piątek, a to był religijny dom dziecka. Raz w tygodniu, też w piątek, dostawaliśmy czekoladę, która przychodziła w paczkach z Ameryki. Trzeba się było ustawić w rządku, żeby dostać kawałek. Ja jej nie chciałam, bo nie chciałam niczego.

W dokumentach Żydowskiego Instytutu Historycznego przechowała się karta kolonijna, a w niej „Krótka charakterystyka dziecka: kapryśna”.

– Można tak określić dziecko, które tyle przeżyło? – pytam Ilan.

– Ale ja byłam kapryśna.

Sala, wtedy już Epelbaum, po mężu, odwiedzała bratanicę.

– Mieszkała we Wrocławiu. Dwa razy przyjeżdżała, żeby mnie zabrać, ale powiedziałam: nie.

Raz przyjechał też w odwiedziny Kos.

– Powiedzieli mi: „Kos zabił twoich rodziców”. Dzieci mnie schowały, kiedy się pojawił.

Gdy Alinka dowiedziała się, że jej tata jest fałszywym tatą i mordercą jej prawdziwego ojca, miała sześć lat. O tym, że u Kosa ukrywali się także jej rodzice i tam zostali zamordowani, dom dziecka musiał się dowiedzieć od Sali. Z tego, co udało mi się ustalić, nie przeprowadzono dochodzenia w tej sprawie. Nikt zatem nie wie, czy tak było naprawdę.

Alinka nie chciała zamieszkać z ciotką, a dom dziecka nie naciskał. Pewnie Sala nie była w ich oczach dość religijna. Ilan pamięta, że w jej domu jadło się wieprzowinę.

– Dwa razy wysłali mnie w Polsce do żydowskich rodzin zastępczych. Jedna była bardzo religijna, ale widać zachowywałam się niewłaściwie, bo przywieźli mnie z powrotem. W drugiej ojciec był rabinem, prowadził cheder i miał córkę w moim wieku, która mnie nie lubiła. Ale cheder nie jest przeznaczony dla dziewczynek, tam uczą się sami chłopcy, a ja zakradałam się słuchać, więc też mnie odesłali.

W 1950 roku Alinkę przekazano w końcu „niekoszernej” ciotce. Brawurowo przeżyła wojnę, tyle że teraz była kłębkiem nerwów.

– Sala była w ciąży i miała już papiery na wyjazd do Izraela. Przeze mnie, bo mnie nie było w tych papierach, nie wyjechała. Nie mogła mi tego wybaczyć. Kochałam ją i panicznie się jej bałam. Tłukła mnie, miałam takie sińce na rękach, że latem chodziłam w bluzkach z długimi rękawami. Byłam nieustannie sparaliżowana strachem. Starałam się, jak mogłam, żeby mnie pokochała. Pamiętam, była w ciąży, wokół ciemno, wzięła mnie za rękę, bo dokądś się śpieszyłyśmy, a ja marzyłam, żeby to trwało jak najdłużej, żeby trzymała moją rękę. Nigdy mnie nie objęła. Nie żeby mnie nienawidziła, ale uważała, że jestem źródłem wszystkich jej problemów. Zapytałam ją kiedyś, czy mogę do niej mówić „mamo”. Odpowiedziała, że matka jest tylko jedna i jeśli ona nie żyje, jej dzieci też nie powinny żyć. Jeżeli coś dziś skłania mnie do płaczu, to nie utrata rodziców, tylko czas spędzony z Salą, między ósmym a czternastym rokiem, najgorszy okres w moim życiu. Chciałam wrócić do Kosa. Pewnego dnia, mogłam mieć wtedy dziewięć lat, uciekłam. Doszłam do stacji kolejowej. Na peronach stało wiele pociągów. Pytałam ludzi: „Który z nich jedzie do Bogorii?”. Nikt nie wiedział, więc podeszłam do milicjanta. On zapytał: „Tak jedziesz sama? Gdzie masz bilet?”. Powiedziałam, że jestem Polką, że porwali mnie Żydzi, trzymają mnie siłą i chcę wrócić do moich prawdziwych rodziców. Milicjant zaprowadził mnie do budynku stacji, to był wieczór, powiedział, żebym poczekała na ławeczce, kupi mi bilet. Po jakimś czasie zjawił się wujek, mąż Sali. Milicjant mnie zdradził. Wujek był dla mnie miły, ale bał się żony. Kiedy Sala go zapytała: „Czy ją ukarałeś?”, a on odpowiedział: „Nie”, kazała mu wziąć pas i mnie zbić. I on to zrobił. Było mi go szkoda.

– Chciała pani uciec do Kosa, czyli nie uwierzyła pani, że to on zabił pani rodziców?

– Uwierzyłam. Ale jednocześnie pamiętałam, że byłam u nich szczęśliwa. Rodzice mieli pieniądze, mieli złoto. Po wojnie Kos kupił konie. Nie zapytałam nigdy, czyj był dom, w którym mieszkaliśmy. Nie chciałam źle o nich myśleć, oni mnie uratowali, oni mnie kochali. Może sami nie zabili, tylko donieśli Niemcom? Raz byłam w Polsce, z synem w 2001 roku. Odwiedziłam starszą kobietę, która mnie pamiętała, zapytałam ją o Kosa, odpowiedziała: „Dzikie zwierzęta zabijają”. Jako dziecko nie zadawałam sobie pytań. Nie pamiętam, żebym chociaż raz zastanawiała się nad tym, dlaczego inni mają rodziców, a ja nie. Gdzie były wtedy moje pytania? Żyłam w czasie teraźniejszym. Pierwszy raz zobaczyłam zdjęcie mamy, kiedy miałam dwadzieścia trzy lata. Zanim ujrzałam ją na zdjęciu, tak podobną do mnie w jej wieku, nie byłam wcale pewna, że jestem tym, kim jestem.

W 1956 roku wraz z Salą i jej rodziną – Sala miała już dwoje dzieci – wyjechała do Izraela.

– Byłam dla Sali pyłkiem, nikim. Przewiozła mnie i oddała.

Oddała ją ciotce Mali, tej, która pisała z obozu dla dipisów, że Alinka jest jej jedyną nadzieją w życiu i chce ją mieć za własną córkę. Teraz mieszkała w Tel Awiwie i Alinka nie była już jej jedyną nadzieją.

– Mala wyszła drugi raz za mąż, mieli dziecko, cztery lata młodsze ode mnie, którego nie znosiłam. Mala miała religijnego kuzyna w Hajfie, nazywał się Chil Goldman. Przyjechał do Izraela w latach trzydziestych, zapomniał polskiego, nie nauczył się hebrajskiego, mówił tylko w jidysz. Jemu mnie oddała. Zapisał mnie do szkoły religijnej. Byłam dobra z matematyki i czasami chciałam się odezwać, ale nie znałam hebrajskiego. Nauczycielka powiedziała, że nie mogę mieć na imię Alinka, i dała mi do wyboru trzy inne imiona: Lea, Yael, Ilan. Powiedziałam „Yael”, ona mi dała Ilan. Znała polski i była jedyną osobą, która dużo ze mną rozmawiała. Radziła mi kibuc. Wujek był gotowy zgodzić się tylko na kibuc religijny, ale ja się uparłam i w końcu zaakceptował inny, Kefar Masaryk, blisko Akki, gdzie mieszkała Sala. Więc w 1957 roku zamieszkałam w kibucu. Któregoś dnia trzy lata później, w dniu urodzin młodszej córki Sali, kupiłam jej prezent i pojechałam ich odwiedzić. Drzwi otworzyła mi obca kobieta, powiedziała: „Pomyliłaś adres”. Trzy miesiące wcześniej wyemigrowali do Kanady, nie dali mi nawet znać, nie zostawili adresu.


Tytuł i skróty od redakcji

Książka Anny Bikont 'Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie'Książka Anny Bikont ‘Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie’ Wydawnictwo Czarne

Książka Anny Bikont „Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie” ukaże się 23 lutego w Wydawnictwie Czarne


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israeli Ambassador: I Will Personally Deliver Falafel to Cincinnati Bengals If They Win Super Bowl

Israeli Ambassador: I Will Personally Deliver Falafel to Cincinnati Bengals If They Win Super Bowl

Shiryn Ghermezian


Yakov Hammer (top left, center) Israeli Ambassador Asaf Zamir and Bengals long snapper Clark Harris during a recent Zoom call. Photo: Consulate General of Israel in New York.

Israel’s consul general in New York pledged to personally deliver falafel to the Cincinnati Bengals if the NFL team wins Super Bowl LVI on Sunday against the Los Angeles Rams.

Asaf Zamir also invited the team’s long snapper, Clark Harris, to visit Israel after hearing of his act of kindness to 27-year-old Yakov Hammer, an Israeli fan who lives in Netanya.

“We saw this story and were so happy about the amazing gesture Clark and [his wife] Jessica extended to Yakov,” the ambassador said during a Zoom call with Harris and Hammer on Monday. “So I want to formally and cordially invite Clark and Jessica to Israel as guests of the State of Israel, to see our wonderful country and I hope you love it as much as Yakov loves the Bengals.”

Zamir — who is also the consul general of Israel in Ohio, Pennsylvania, New Jersey, and Delaware — added, “Since we represent Ohio as part of the consulate territory, we have a very strong vested interest for the Bengals to win. So if the Bengals end up winning the Super Bowl, I’m going to get in my car and drive over to Cincinnati with falafel for all the team. It’s gonna be the best falafel you’ve ever had.”

On Jan. 20, ABC 6 News in Columbus, Ohio, drew attention during their broadcast to three “die-heart” Bengals fans from around the world, including Hammer. He fell in love with the team after living in Ohio for a year and has not missed watching a single Bengals game live since 2015, even while serving in the Israel Defense Forces.

Hammer’s devotion to the team caught Harris’ attention and resulted in the 15-year NFL veteran giving the Israeli physics and engineering student two free tickets to the AFC Championship game on Jan. 30 in Kansas City, Ohio, as reported by the local station WLWT News 5. Hammer and his friend then flew from Tel Aviv to Kansas City and watched the Bengals make a 27-24 overtime victory, which qualified them for Super Bowl LVI.

During the Zoom call, Hammer thanked Harris for giving him tickets to the game.

“I can’t even express in words how grateful I am for what you guys did,” he said. “It’s always been my dream to go to a Bengals game … and to see [the Bengals] win at such an amazing moment. I had no doubt that you guys were going to win that game, and I knew it would be worth making that long trip. And it was a hell of a game.”

Harris, in turn, expressed gratitude at being invited to visit Israel, saying on the Zoom call, “This is awesome. I give out tickets every week and I never expect anything in return. But something like this — it’s incredible. I never knew my wife wanted to go to Israel, and once this happened I found out this is a lifelong dream of hers. So I started doing a little bit of research and getting excited myself.”

His wife added, “I’m just really grateful and excited, and it’s been really cool to see how this story has been unfolding.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


75 lat temu komuniści sfałszowali wybory. Dlaczego ludzie przyczepiali sobie trójkę do ubrań?

75 lat temu komuniści sfałszowali wybory. Dlaczego ludzie przyczepiali sobie trójkę do ubrań?

Adam Leszczyński


Jawne głosowanie we wsi Bąków koło Łowicza. Wyborcy przychodzili do lokali z przyczepionymi numerami (Fot. Stanisław Urbanowicz / PAP)
.

Żeby w wyborach do Sejmu z 19 stycznia 1947 r. pokonać cieszące się większym poparciem Polskie Stronnictwo Ludowe, komuniści zastosowali wszelkie możliwe środki: terror, propagandę i oszustwa na masową skalę. Rozmowa z prof. Andrzejem Paczkowskim.
.

Według oficjalnych wyników wybory do Sejmu przeprowadzone 19 stycznia 1947 r. wygrał z ponad 80-procentowym poparciem (dało to 394 miejsca w 444-osobowym Sejmie) Blok Demokratyczny, który tworzyła komunistyczna Polska Partia Robotnicza (PPR) oraz satelickie – Polska Partia Socjalistyczna (PPS), Stronnictwo Ludowe (SL) i Stronnictwo Demokratyczne (SD).

Jedyne ugrupowanie opozycyjne i prawdopodobny faktyczny zwycięzca – Polskie Stronnictwo Ludowe (PSL) Stanisława Mikołajczyka – wywalczył jedynie 28 miejsc (10,3 proc. poparcia). Wybory do Sejmu okazały się jednym z najważniejszych kroków do zaprowadzenia w Polsce brutalnej dyktatury na wzór stalinowski.

Adam Leszczyński: Dlaczego komuniści sfałszowali wybory do Sejmu w 1947 r.?

Prof. Andrzej Paczkowski*: Musieli, bo obawiali się – słusznie – że je przegrają. Nie ma oczywiście sondaży z tamtych czasów, ale opierając się na wynikach Referendum Ludowego z 30 czerwca 1946 r. [patrz ramka pod tekstem], można stwierdzić, że komuniści byli w mniejszości. Z wyborów z 1947 r. nie mamy tego rodzaju danych, a poza wynikami ogłoszonymi oficjalnie znamy jedynie obliczenia mężów zaufania z PSL, którzy byli jednak tylko w blisko 20 proc. obwodów (1,3 tys. na 6 tys.), i to takich, w których ludowcy byli silni. Wynikało z nich, że ich lista uzyskała średnio 69 proc. głosów. Władze zdawały sobie z tego sprawę, jednak nie było im na rękę całkowite zlikwidowanie PSL przed wyborami, wystarczało dać mu tak mało głosów, by nie odegrało żadnej roli w Sejmie.

Po co tyle zachodu? Nie można było po prostu nie przeprowadzać wyborów?

– Mocarstwa zobowiązały w Jałcie Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej do przeprowadzenia demokratycznych wyborów „tak szybko, jak to będzie możliwe”. W innych krajach, które były w podobnej sytuacji, wybory odbyły się nawet wcześniej: na Węgrzech w listopadzie 1945 r., w Czechosłowacji i w Bułgarii w 1946 r., w Jugosławii pod koniec 1945 r., tyle że tam już pod dyktando komunistów Josipa Broza-Tity, dzięki czemu uzyskano wyniki charakterystyczne dla państw dyktatorskich – frekwencja 94 proc., na jedną listę 96 proc. głosów.

Referendum 1946Referendum 1946 Archiwum Narodowe w Krakowie

Referendum Ludowe było uważane za wybieg w celu odłożenia wyborów. Komuniści potraktowali je też jako próbę rozeznania terenu, ustalenia stopnia poparcia dla władzy i regionów, w których Blok Demokratyczny ma większe wpływy. Okazało się np., że na terenach poniemieckich referendum wypadło dla władzy lepiej niż na ziemiach dawnych.

Zrozumiałe: ludzie bali się powrotu Niemców, więc głosowali, jak chciała władza.

– Nie tylko z tego powodu. Społeczeństwo było tam zatomizowane, zróżnicowane pod względem pochodzenia geograficznego, jeszcze nieokrzepłe. Znając już wyniki referendum, podzielono Polskę na obszary: „silnie zagrożone”, „średnio zagrożone”, „słabo zagrożone” oraz „spokojne”, i w zależności od tego stosowano odmienne środki. Kampania wyborcza zaczęła się de facto już latem 1946 r., ale rozpętała się w listopadzie. Wysłano w teren grupy ochronno-propagandowe, w których uczestniczyło około 160 tys. osób, blisko połowę stanowili żołnierze i oficerowie Wojska Polskiego, które cieszyło się autorytetem. Grupy te organizowały wiece, spotkania, rozlepiały plakaty, starały się np. doprowadzić do „samorozwiązywania się” kół PSL, no i zdobywały informacje o tym, co się dzieje w terenie.

Działaczy PSL nawet mordowano.

– Skrytobójczo, w niektórych powiatach działały „szwadrony śmierci”. Zastraszano w ten sposób nie tylko działaczy PSL, ale też inne grupy społeczne. Ponadto wsadzano masowo do więzień.

Przed samymi wyborami nastąpiła fala prewencyjnych aresztów – na kilka czy kilkanaście dni zamknięto zapewne kilkadziesiąt tysięcy aktywistów lokalnych, ale też 149 kandydatów z list PSL.

Władze zastosowały również serię prawnych wybiegów. Przepisy np. dawały podstawę do odbierania prawa głosu podejrzanym o kolaborację z Niemcami czy „niegodne zachowanie” w czasie okupacji. Przy odrobinie wysiłku prawie każdego można było o to oskarżyć, a jeśli zarzut się nie potwierdził, i tak było już po wyborach.

Ilu wyborców pozbawiono prawa głosu?

– Ponad 409 tys., z różnych powodów, nieliczni zapewne rzeczywiście kolaborowali. Wiele osób dopiero przy urnie się dowiadywało, że są skreślone z listy wyborczej. W 10 z 52 okręgów unieważniono listy PSL pod różnymi pretekstami – np. dlatego, że kiedy je zgłaszano, podpisane zostały przez osoby, które utraciły prawo głosu. Oznaczało to, że około 5 mln Polaków nie mogło głosować na PSL, bo w ich komisjach nie było listy tej partii. Stosowano też techniczne kruczki, żeby utrudnić głosowanie na ludowców, np. lista Bloku Demokratycznego miała w całej Polsce numer 3, natomiast PSL w okręgach dostawało różne numery, żeby utrudnić scentralizowany kolportaż materiałów wyborczych i mieszać ludziom w głowach. „Gazeta Ludowa” – dziennik PSL – drukowała te numery, ale i tak zamieszanie było ogromne. Kampania propagandowa miała bezprecedensową skalę, a jej głównym wykonawcą były Ministerstwo Informacji i Propagandy oraz Główny Zarząd Polityczny WP.

Władze dążyły do tego, aby głosowano jawnie i zbiorowo: człowiek wchodził do komisji, pokazywał trójkę, wkładał do koperty i dawał przewodniczącemu komisji, a on wrzucał do urny.

W niektórych lokalach stały dwie kolejki – ta dla głosujących jawnie i zbiorowo posuwała się szybko, w drugiej, dla głosujących niejawnie, stało się dwie-trzy godziny.

Przygotowano też matematyczną instrukcję, jak fałszować wyniki. Być może była dla większości wykonawców trudna, ale jakoś dali sobie radę.

Styczeń 1947 r. Ulicą Piotrkowską w Łodzi jadą samochody agitujące za głosowaniem na Blok Demokratyczny, lewicową koalicję kontrolowaną przez komunistówStyczeń 1947 r. Ulicą Piotrkowską w Łodzi jadą samochody agitujące za głosowaniem na Blok Demokratyczny, lewicową koalicję kontrolowaną przez komunistów FOT. KAROL SZCZECINSKI

Związek Radziecki przysłał swoich fachowców?

– Przyjechała ekipa płk. Arona Pałkina z NKWD, który zarządzał też fałszowaniem referendum, ale chyba nie miała wiele do roboty. Zjawiła się na wszelki wypadek. Liczyli i fałszowali lokalsi.

W tej rozległej i sprawnie przeprowadzonej operacji zdarzały się jednak komplikacje. Np. gdy w Lublinie Mikołajczyk – w ramach czasu wyborczego – przemawiał przez radio i wyłączono uliczne głośniki, doszło do zamieszek. Po raz pierwszy użyto armatek wodnych (a raczej sikawek strażackich), kilkanaście osób – głównie licealistów – wywieziono za miasto i rzucono w śnieg.

Komuniści zdawali sobie sprawę, jak są niepopularni?

– W referendum ponieśli porażkę, choć dysponowali wszystkimi instrumentami propagandowymi i mogli wywierać nacisk poprzez organizacje społeczne, których już sporo kontrolowali (np. związki zawodowe). W rozmowie ze Stalinem premier Edward Osóbka-Morawski mówił, że sama kampania – nawet ostra – nie wystarczy i konieczne będzie fałszowanie.

Postarano się o właściwy skład komisji wyborczych.

Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego zwerbowały 23 tys. członków komisji obwodowych (48 proc.), ale np. w województwie szczecińskim – ponad 80 proc.

Zwerbowano też 1,1 tys. wójtów, 6 tys. sołtysów, a nawet 347 duchownych katolickich. Także kandydatów na posłów, którzy musieli złożyć – przechowywane w MBP – oświadczenia o rezygnacji z mandatu poselskiego. Stosowano najróżniejsze metody – od brutalnego zastraszania do łagodnego wymuszania. Po wsiach chodziły trójki Bloku, które nieraz przy udziale księdza czy sołtysa naciskały, aby ludzie jechali jawnie głosować na listę nr 3. Podobnie w miastach, gdzie działały komitety obywatelskie, np. w kamienicy czy na ulicy.

Blok Demokratyczny zdominowali komuniści z PPR?

– Byli największą siłą i kontrolowali pozostałe partie. Niektóre, jak SD czy SL, bardziej, a inne, jak PPS, mniej. Chociaż w tym czasie i tę partię zaczynali opanowywać, m.in. przez podstawionych działaczy jak Tadeusz Ćwik, komunista oddelegowany po wojnie do PPS, oraz konformistycznie nastawionych działaczy takich jak Józef Cyrankiewicz.

Natomiast w PSL po referendum zorganizowano przy pomocy UB secesję, a nowo powstała partia – PSL „Nowe Wyzwolenie” – zgłosiła listę i weszła do Sejmu. Pieniądze na kampanię dostawała z potężnego (ponad 600 mln zł) funduszu dyspozycyjnego premiera Osóbki, z którego korzystały też inne partie Bloku, ale nie PSL, choć Mikołajczyk był wciąż jeszcze wicepremierem.

Na co właściwie liczył Mikołajczyk?

– Nie wiem, czy zimą 1947 r. na coś jeszcze liczył poza tym, że przegra z honorem. Przylatując do Polski, zakładał, że poprą go alianci zachodni, że wybory będą demokratyczne, że będzie miał możliwości działania. Ponieważ już w 1945 r. PSL zmonopolizowało legalną opozycję – bo Stronnictwo Pracy zostało unieruchomione przez część prorządowych działaczy – Mikołajczyk liczył na to, że zdobędzie większość, a przynajmniej bardzo dużo głosów.

Wybory 1947Wybory 1947 Archiwum Narodowe w Krakowie

Antykomunistyczne organizacje partyzanckie bojkotowały wybory?

– W większości tak. To był już okres, gdy nie było jednolitych, scentralizowanych struktur, oddziały działały na własną rękę. „Wyklęci” słusznie uważali, że wybory będą sfałszowane. Natomiast podziemie polityczne zajęło stanowisko neutralne lub popierało Mikołajczyka. Np. Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” uznało, że wybory są elementem walki politycznej, którą należy prowadzić. Wprawdzie wymuszenie uznania sfałszowanych wyników referendum rozwiało nadzieje wielu, że taka walka ma sens, a PSL przeżywało kryzys, ale trudno było nagle wycofać się czy skapitulować.

A co myślała o wyborach emigracja?

– Przede wszystkim nie nawoływała do zbrojnego oporu. Dowództwo Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie uważało, że konspiracja powinna mieć charakter polityczny i wywiadowczy, a nie zbrojny. Oddziaływanie emigracji na społeczeństwo było jednak ograniczone przez brak odpowiednich środków komunikacji. Warto pamiętać, że w rzeczywistości wielu przyjmowało do wiadomości, że Polska znalazła się w bloku sowieckim: w latach 1946-47 ponad 100 tys. żołnierzy PSZ wróciło do kraju, wiedząc z grubsza, co się w nim dzieje. Decyzje niektórych do dziś zastanawiają, np. gen. Stanisława Tatara, w czasie wojny wysokiego oficera sztabu Komendy Głównej Armii Krajowej, a potem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Początkowo był on promikołajczykowski, ale po 1947 r. oddał złoto Funduszu Obrony Narodowej władzom w Warszawie, przyjechał do Polski i dostał order od Bolesława Bieruta. W 1949 r., kiedy już stalinizm zaczął się na dobre, komuniści wsadzili go jednak do więzienia.

Naprawdę wierzył, że się z nimi dogada?

– Miał wynegocjowane jakieś stanowisko, chciał założyć fundację im. gen. Stefana Grota-Roweckiego, dom opieki nad sierotami po akowcach. Wyobrażał sobie, że tak będzie funkcjonował.

Styczeń 1947 r., apogeum kampanii wyborczej w Łodzi. Na samochodach jadących Piotrkowską można było przeczytać, że 'każdy uczciwy obywatel' głosuje tylko na listę nr 3, czyli kontrolowany przez komunistów Blok DemokratycznyStyczeń 1947 r., apogeum kampanii wyborczej w Łodzi. Na samochodach jadących Piotrkowską można było przeczytać, że ‘każdy uczciwy obywatel’ głosuje tylko na listę nr 3, czyli kontrolowany przez komunistów Blok Demokratyczny Fot. Stanisław Urbanowicz / PAP

Fala powrotów skończyła się w 1948 r. Wrócili przede wszystkim zwykli żołnierze, a emigracyjne elity zostały na Zachodzie. Na emigracji większość środowisk sprzeciwiała się udziałowi w wyborach. Przecież napiętnowano samą decyzję Mikołajczyka o powrocie do kraju i wejściu do rządu: „Mikołaj Mikołajewicz Mikołajczyk”, „kawaler jałtański” – takie epitety krążyły.

Jak wyglądała kampania komunistów?

– Mieli ułatwione zadanie, bo „Gazeta Ludowa”, organ PSL, nie dość, że była cenzurowana, to jeszcze ograniczono jej przydział papieru. Dochodziło też do ataków na lokale PSL. Wykorzystywano przemówienie amerykańskiego sekretarza stanu Jamesa Francisa Byrnesa z września 1946 r., które zostało zinterpretowane w taki sposób, że Stany Zjednoczone nie godzą się na polskie granice zachodnie, i bojówki PPR zdemolowały siedzibę władz PSL.

Ale Blok miał też kampanię pozytywną?

– Komuniści przekonywali, że odbudowują kraj, przeprowadzili reformę rolną, nacjonalizację przemysłu, zagospodarowują Ziemie Odzyskane. PSL miało trochę inne poglądy na te reformy, uważało, że trzeba tworzyć większe gospodarstwa, a nie dwu-trzyhektarowe, sprzeciwiało się własności państwowej w rolnictwie, ale generalny kierunek reform akceptowało. Większość z nich znalazła się zresztą także w programie Polskiego Państwa Podziemnego z 1943 r.

A jak zachowywał się Kościół?

– We wrześniu 1946 r. Konferencja Episkopatu przyjęła orędzie wzywające do udziału w wyborach i głosowania na osoby i listy, które „nie sprzeciwiają się katolickiej nauce”, ale prymas August Hlond nie zgodził się na stworzenie stronnictwa katolickiego.

W czasie wyborów księża zachowywali się raczej pasywnie.

Później Kościół zgłosił postulaty konstytucyjne, ale już po wyborach, i komuniści mogli je całkowicie zlekceważyć.

Odezwa Bloku Demokratycznego 'Do Narodu Polskiego'Odezwa Bloku Demokratycznego ‘Do Narodu Polskiego’ Fot. Laski Diffusion

Trzeba pamiętać, że w styczniu 1947 r. wybierano Sejm Ustawodawczy, który miał uchwalić konstytucję, co zajęło mu aż pięć lat, i Polska była jednym z ostatnich państw bloku, które ją uchwaliło. Byliśmy w stosunku do innych spóźnieni, nawet zjednoczenie ruchu robotniczego, czyli wchłonięcie partii socjalistycznych przez komunistyczne, w Polsce odbyło się jako ostatnie – dopiero w grudniu 1948 r.

Może u nas było po prostu najtrudniej.

– Zapewne. To był jednak duży kraj, jednolity etnicznie i wyznaniowo. Na Węgrzech katolicy i kalwini, w Czechosłowacji – Słowacy i Czesi. A u nas po Holocauście i wyrzuceniu Niemców prawie sami Polacy, 24 mln, największy kraj w regionie, kluczowy strategicznie – „drzwi do Niemiec”. W dodatku jego mieszkańcy mieli rozbudzone poczucie osobności i wyjątkowości – Grunwald, Cecora, Wiedeń, chwała oręża, powstania narodowe… Dlatego komuniści tak chętnie wykorzystywali wojsko.

Po ogłoszeniu wyników PSL wiedziało, że to koniec?

– Ludowcy składali protesty, ale je odrzucono. Mocarstwa zachodnie wyraziły dezaprobatę, obaj anglosascy ambasadorzy zbojkotowali inaugurację Sejmu, ale instrumentów skutecznego protestu nie miano. Sankcje nie były jeszcze w modzie.

Jedynie amerykański ambasador Bliss Lane zachował się honorowo: złożył dymisję, uznawszy, że brał udział w oszukiwaniu Polaków, podtrzymując przekonanie, że Ameryka im pomoże.

PSL próbowało działać w Sejmie, miało kilka dobrych przemówień. Stefan Korboński, ostatni delegat rządu na kraj, poseł PSL, proponował, żeby rozwiązać partię, bo uważał, że jej dni są policzone, a bezpieczeństwo działaczy zagrożone. Nadchodziły mocne sygnały: w sierpniu w Bułgarii został aresztowany i prawie natychmiast powieszony lider ludowców Nikoła Petkow, w Rumunii dożywocie dostał przywódca partii chłopskiej Iuliu Maniu. Ich partie zostały rozwiązane albo zglajchszaltowane. Zaczęła rządzić brutalna siła. Stawało się oczywiste, że także w Polsce nastąpi rozprawa z opozycją, PSL weszło właściwie w fazę samolikwidacji, rozwiązywały się całe koła, działacze przenosili się do SL.

20 października 1947 r. Brytyjczycy wywieźli Mikołajczyka z Warszawy. Władze wiedziały o tej akcji?

– Nie ma na to dowodów, ale krążyły takie pogłoski – według mnie świadomie rozpuszczane przez UB. Bo jeśli bezpieka chciała uchodzić za wszechmocną i wszechpotężną, to nie miała prawa o tym nie wiedzieć. Mikołajczyk czuł się zagrożony, a Winston Churchill w 1945 r., przed jego powrotem do Polski, obiecał, że będzie go chronił.

Nie wykluczam, że bezpieka mogła coś wiedzieć o przygotowaniach, ale prawdopodobieństwo jest niewielkie. Komuniści mogli też dojść do wniosku, że wyjazd Mikołajczyka opłaca się bardziej niż robienie mu pokazowego procesu, kreowanie na heroiczną ofiarę. Ale przecież w Bułgarii czy Rumunii tracono przywódców opozycji i mało kto się za nimi ujął.


*Prof. Andrzej Paczkowski – historyk, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, były członek Rady IPN, autor m.in.: „Pół wieku dziejów Polski 1939-1989″ (1998), „Stanisław Mikołajczyk, czyli klęska realisty (zarys biografii politycznej)” (1991), „Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski: szkice do portretu PRL” (1999)

***

REFERENDUM LUDOWE

W Referendum Ludowym przeprowadzonym 30 czerwca 1946 r. obywatele odpowiadali na trzy pytania: 1. Czy jesteś za zniesieniem Senatu? 2. Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego zaprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienia podstawowych gałęzi gospodarki krajowej z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej? 3. Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic Polski na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej?

Według oficjalnych wyników zdecydowana większość obywateli na wszystkie pytania odpowiedziała „tak” (do czego nawoływał Blok Demokratyczny). Jednak według ustaleń dokonanych na podstawie dokumentacji z tzw. archiwum Bieruta większość głosujących na dwa pierwsze pytania odpowiedziała „nie” – odpowiednio 71,3 i 58 proc. Jedynie w przypadku trzeciego 66,9 proc. głosowało na „tak”.


Wywiad opublikowany 16 stycznia 2017 r.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com