Archive | 2019/02/01

Sabina ze Lwowa

Sabina ze Lwowa

AGNIESZKA MICHALIK


Pierwszy rok studiów medycznych na Uniwersytecie Jana Kazimierza, po ćwiczeniach, Lwów 1941. Od prawej: Sławek, Sabina, dr Klinger, Bronia /fot. Archiwum rodzinne

PODJĘŁA DECYZJĘ O UCIECZCE. W PRZYGOTOWANIACH POMOGŁA BRONIA, PRZYJACIÓŁKA ZE STUDIÓW, A KOLEGA ZAŁATWIŁ ARYJSKIE PAPIERY. JEJ NIEBIESKIE OCZY BYŁY W PORZĄDKU, WŁOSY JEDNAK NALEŻAŁO POPRAWIĆ. MOŻE BYŁY PIĘKNE I GĘSTE, ALE JEDNAK KRUCZOCZARNE.

Wrocław, 2014

Był piękny, sierpniowy dzień. Siedziałyśmy rozleniwione w ogrodzie. Nic nie wskazywało na to, że zaraz wybiorę się w nieznane okolice Lwowa. Babcia z niezadowoloną miną spojrzała na mnie i oznajmiła: ‒ Jeśli musisz już wiedzieć, to ci powiem. Ale wiedz, że nie mam na to ochoty i wolałabym zapomnieć.

To był początek opowieści, ale tak naprawdę moja ciekawość zrodziła się już dwadzieścia lat wcześniej, podczas pierwszego spotkania z jej siostrą, Giną, w Ameryce. Wówczas odkryłam, że na jej drobnym przedramieniu znajdował się obozowy tatuaż z Auschwitz. Przez lata dowiedziałam się jednak niewiele. O właściwym początku rodzinnej sagi usłyszałam dopiero tego letniego popołudnia we Wrocławiu, siedemdziesiąt lat od zakończenia wojny.

Lwów, 1921

Ta historia miała swój początek w międzywojennym Lwowie. Rodzice babci, Henryk i Klara Spinnerowie, prowadzili tam zakład ramiarski. Prababcia drewniane ramy wykonywała sama na miejscu, natomiast pozłacane elementy sprowadzała z Wiednia, z fabryki jej brata Jakoba, sławnego pozłotnika austriackiego. Klara interesowała się malarstwem i posiadała w domu małą galerię sztuki. Babcia pamięta z dzieciństwa malarzy lwowskich, wówczas jeszcze mało rozpoznawalnych, którzy przewijali się przez pracownię jej rodziców. Pamięta też tych bardziej znanych, jak Wojciech Kossak. Rodzina obchodziła tylko najważniejsze święta żydowskie, była mocno zasymilowana.

Przeglądając księgi metrykalne, dowiedziałam się, że Henryk i Klara właściwie nazywali się Chaim i Chaje Ettel. Gdy oznajmiłam to babci, z grymasem stwierdziła, że jestem zbyt dociekliwa.

Henryk (Chaim) pochodził z Jaworowa, malowniczego miejsca, do którego babcia jeździła na wakacje. Były tam stawy i stadnina koni. Rodzina Spinnerów zajmowała się rolnictwem. W pokoleniu Henryka w każdej gałęzi drzewa genealogicznego występował jakiś Chaim.

Klara przybyła do Lwowa z Tarnopola, przejmując zakład po swoim wujku, ramiarzu i pozłotniku lwowskim Jakobie Altbergu (ewentualnie Altenbergu). Należała do zamożnej, mieszczańskiej rodziny. Miała liczne rodzeństwo – cztery siostry oraz brata Jakoba w Wiedniu. Była kobietą niezależną, czynną zawodowo i, jak na ówczesne czasy, wyemancypowaną. Przy Henryku, znanym ze swojego wybuchowego charakteru, była oazą spokoju. Dlaczego przybrała imię Klara, szczególnie że jedna z jej sióstr miała tak na imię, nie wiadomo. Ta druga Klara i jeszcze jedna siostra, Rózia, mieszkały ze swoimi rodzinami w Tarnopolu. ‒ W domu rozmawiało się po polsku ‒ ciągnęła opowieść babcia ‒ a rodzice tylko poufne rozmowy prowadzili po niemiecku, żeby dzieci nie mogły ich zrozumieć.

Klara i Henryk Spinnerowie przed wojną. Lwów

Wojna

Babcia miała na imię Sabina i urodziła się jako trzecia z czworga rodzeństwa. Najstarsza siostra, Regina, przed wojną ukończyła studia prawnicze i wyszła za mąż za adwokata, doktora prawa Zygmunta Labinera, aktywnego działacza syjonistycznego i amatora sportów z klubu Hasmonea. Zygmunt nauczył babcię jeździć na łyżwach.

Swojej drugiej siostry nie poznała – Fryderyka upadła na głowę podczas spaceru i zmarła jako dziecko jeszcze przed jej narodzinami. W mieszkaniu wisiało jej zdjęcie w dużej owalnej ramie. ‒ Taka rama to był nie lada rarytas, który wymagał wybitnego kunsztu – mówiła babcia. Kiedy wybuchła wojna, w domu rodzinnym mieszkał jeszcze tylko najmłodszy brat Mieczysław.

Z nadejściem Sowietów skończyły się sielskie czasy. Prześladowano i wysiedlano ludność, nacjonalizowano dobra. Uniwersytet Jana Kazimierza stał się sowiecką uczelnią. Często wybuchały antagonizmy między polskimi a ukraińskimi wykładowcami. Oficjalnym językiem był ukraiński. Babcia jako reprezentantka pokolenia Kolumbów zdążyła zdać egzamin dojrzałości przed samym wybuchem wojny, w gimnazjum dla „panienek z dobrych domów” prowadzonym przez Olgę Żychowicz-Filippi. Wspomina tę szkołę z rozrzewnieniem. Po szkole średniej rozpoczęła pierwszy rok medycyny już w nowej rzeczywistości. Przyjaźnie zawarte na studiach miały okazać się kluczowe w czasie wojny. Na jedynym ocalałym zdjęciu babci z przyjaciółmi z medycyny uwieczniono także doktora Klingera, który – jak podaje Yad Vashem – zadenuncjowany po powstaniu warszawskim został rozstrzelany przez Niemców. W opowiadaniach babci studenci trudnili się hodowlą wszy na skórze na potrzeby zakładu prof. Rudolfa Weigla, który prowadził przy lwowskim uniwersytecie badania nad szczepionką na tyfus.

Właściwa tragedia rozpoczęła się 30 czerwca 1941 roku, kiedy do Lwowa wkroczyli Niemcy. ‒ Przygotowywaliśmy się na to od tygodni, robiąc zapasy żywieniowe. Ukraińcy wiwatowali na widok wkraczających żołnierzy Wehrmachtu. Nie chcę jednak o tym mówić, wolałabym o tym zapomnieć ‒ kończyła.

Jej świat się zawalił. Tuż po wkroczeniu nazistów rozpoczął się pierwszy z tzw. pogromów lwowskich, w których brali udział Niemcy, ukraińscy nacjonaliści oraz miejscowy motłoch rozochocony niemiecką propagandą o żydowskiej winie za zbrodnie NKWD.

Relacja babci pozbawiona jest szczegółów, właściwie ogranicza się do dwóch faktów. Jej mamę aresztowano w drodze do swojej drugiej córki Giny, która ledwo co urodziła córeczkę. Niedługo po zatrzymaniu została zamordowana. Ojca, który bezskutecznie próbował załatwić uwolnienie żony, zabito dwa tygodnie później. W Yad Vashem figuruje zeznanie jego znajomego potwierdzające ten fakt. Czy widział to na własne oczy?

Filmy i zdjęcia, które zostały zrobione przez niemieckich żołnierzy podziwiających swoich „pomocników” podczas linczu, malują niewyobrażalny obraz. Mężczyźni i kobiety nie mogli uciec przed tłumem, kijami i razami. Także prominentni Żydzi, niektórzy w garniturach, sprzątali miasto – czyścili chodniki, myli toalety. Kobiety, pobite, w podartych ubraniach, a często i nagie, osłaniały się, chroniąc swoją godność i życie. Leciały kamienie, tłum świętował, klaszcząc w zachwycie. Ofiary ciągnięto po chodnikach do więzień, do miejsc kaźni i egzekucji. Tak rozpoczęła się zagłada Żydów lwowskich: w pierwszym pogromie zginęły według szacunków co najmniej cztery tysiące ludzi, w tym prababcia Klara. Do końca lipca podczas tzw. Dni Petlury zamordowano kolejne dwa tysiące Żydów, w tym pradziadka Henryka.

Kraków, 1941

Babcia podjęła decyzję o ucieczce. W Krakowie żyła jeszcze jedna siostra jej matki, ciocia Władzia Musiałowa, żona polskiego oficera uwikłana w działalność konspiracyjną, przedwojenna harcerka. W przygotowaniach pomogła Bronia, przyjaciółka ze studiów, a kolega załatwił aryjskie papiery. Udało mu się dzięki kontaktom jego ojca, który był pracownikiem technicznym na wydziale lekarskim. ‒ Sławkowi robiłam na biologię rysunki ‒ wspomina babcia.

Jej niebieskie oczy były w porządku, włosy jednak należało poprawić. Może i były piękne i gęste, a nawet – jak mawia się u nas w rodzinie – najpiękniejsze w dzielnicy, ale jednak kruczoczarne.

Droga na aryjską stronę wiodła pociągiem ze Lwowa do Krakowa. Przedwojenny świat i twarze bliskich zostawiła na zawsze na wschodzie. Babcia została blondynką. A przede wszystkim z Sabinki stała się Joanną. Życie w Krakowie nie mogło być radosne. ‒ Nie miałam ochoty na nic, byłam załamana. Nie wiedziałam, czy i jak dalej żyć. Bronia podtrzymywała mnie na duchu i namówiła do dalszego studiowania – opowiadała.

Na początku zatrzymała się u cioci. ‒ Władzia poślubiła jeszcze przed wojną goja, polskiego żołnierza – mówiła. ‒ Opiekowała się moją kuzynką Martą Graup, której rodzice nie byli zamożni, zabierała ją na obozy harcerskie.

Ciocia, sama bezdzietna, z lęku przed denuncjacją załatwiła jej mieszkanie i pracę w Bieżanowie. Nadal nalegała na odwiedziny swojej siostrzenicy, mimo że jej mąż wściekał się z powodu każdej wizyty. Wzburzony mówił, że babcia naraża Władzię i nie życzy sobie, żeby przychodziła do ich domu.

Milek

Studia medyczne były organizowane w ramach tajnych kompletów na Uniwersytecie Jagiellońskim, obowiązywała pełna konspiracja. W Krakowie ukrywał się także młodszy brat babci Mieczysław, nazywany Milkiem. Nie wiadomo, w jaki sposób udało mu się załatwić dokumenty i wydostać ze Lwowa. Babcia pracowała w sklepie z materiałami tekstylnymi w Bieżanowie, a on na poczcie. Pozostawali w kontakcie. Mieczysław przyjął nazwisko Wąsowicz. Pewnego dnia zniknął. Babcia zaczęła prowadzić poszukiwania na własną rękę. Jego kolega z pracy obiecał udzielić informacji, umówili się w kawiarni w centrum. Kiedy przyszła na spotkanie, przez szybę dostrzegła dziwne „gęby”, które otaczały czekającego na nią chłopaka. Ogarnęło ją złe przeczucie i nie weszła do środka. To była zasadzka. Mieczysław został aresztowany przez Gestapo i zginął zastrzelony, prawdopodobnie podczas próby ucieczki. Miał wtedy około dziewiętnastu lat. Wiadomość o jego śmierci babcia dostała telefonicznie od anonimowego rozmówcy.

W pewnym momencie była szantażowana przez granatowego policjanta, którego ktoś jej przedstawił, kiedy szukała wieści o bracie. Groził denuncjacją, ale na szczęście udało się go przekupić materiałami tekstylnymi. ‒ Ciężko było chodzić po ulicach Krakowa, zaczepiali mnie. Raz szantażował mnie pewien chłopak, chciał pieniędzy, których nie miałam. Nie pamiętam, jak się wybroniłam – opowiadała. ‒ Polacy nie byli nam przyjaźni, raczej obojętni lub wrogo nastawieni. Choć nie byli też tacy straszni jak Niemcy. To były ciężkie czasy… Jakoś to przeżyłam.

Joanna w Wieliczce, po wojnie

Gina

Siostra babci, Gina, została we Lwowie parę tygodni dłużej. Jej nowo narodzona córeczka Vilma budziła zachwyt w rodzinie. Babcia pamięta, jak nosiła ją na rękach. To było jeszcze przed 30 lipca 1941 roku, potem euforia przerodziła się w strach. Dla Giny, przyzwyczajonej do zupełnie innego życia, wojna była szokiem. Miesiąc miodowy spędziła z mężem na Lazurowym Wybrzeżu, podróżując legendarnym Orient Expressem. Corocznie z matką wydawały fortunę na zakupach w Wiedniu, co wprawiało we wściekłość jej ojca Henryka. Także na wyprawkę ślubną poszedł nie lada majątek. Luksusy skończyły się jednak po wybuchu wojny, a wkroczenie Niemców do Lwowa nie pozostawiło już żadnych złudzeń.

Zygmunt, mąż Giny, został kierownikiem w szpitalu żydowskim. Atmosfera była napięta. Przekupywał niemiecką i ukraińską policję alkoholem, żeby odwlec nieuniknione. Kiedy rodzice babci już nie żyli, a ona uciekła ze Lwowa, Zygmunt zorganizował dokumenty dla żony i córki, które ostatecznie również wyjechały do Krakowa. Kiedy tam przybyły, babcia chciała z nimi zamieszkać. ‒ Gina miała gorzej – opowiadała. To było bardzo podejrzane – kobieta ukrywająca się z dzieckiem. Właścicielka domu nie zgodziła się ich przyjąć.

Zamieszkały kątem u prostytutki, która widocznie była mniej podejrzliwa albo potrzebowała pieniędzy. Gina grała żonę polskiego oficera, czekającą na jego powrót. Co się stało z jej Zygmuntem? ‒ Pewnego dnia przyjechali wozami Niemcy z Ukraińcami i zastrzelili wszystkich pacjentów szpitala, na koniec wywieźli personel i rozstrzelali wszystkich, łącznie z mężem Giny.

Masakra we lwowskim szpitalu przy ul. Kuszewicza miała miejsce 20 sierpnia 1941 roku, zatem niedługo po pogromach i po ucieczce rodzeństwa Spinnerów ze Lwowa. Tymczasem Gina, nie wiedząc jeszcze o losie Zygmunta, żyła w Krakowie i pozostawała w kontakcie z siostrą. Piekarz, u którego kupowała chleb, wydawał się miłym człowiekiem, bardzo chciał się z nią zaprzyjaźnić. Pewnego razu zaproponował jej randkę, którą ona odrzuciła. W wywiadzie dla Shoah Foundation zeznała: ‒ Odrzuciłam jego awanse, a on doniósł na mnie Gestapo. Czy ja wyglądałam na Żydówkę?

PRENUMERATA
Płaszów, 1943

Gina z Vilmą zostały przewiezione z aresztu do obozu w Płaszowie. Po przyjeździe rozpoznał je ukraiński strażnik ze Lwowa, który znał też męża Giny, i polecił schować się w łaźni. Po chwili czekania dało się słyszeć serię z karabinu maszynowego. Wszyscy przywiezieni, za wyjątkiem ich dwóch, zginęli rozstrzelani na wzgórzu.

Życie obozowe upływało w ciągłym napięciu, bo komendant Amon Götz miał ten sławny zwyczaj strzelać do przypadkowych więźniów z balkonu swojej willi. Płaszowska codzienność to dla Giny bezsensowna praca, sadyzm, zaszczucie i śmierć. I krótka informacja od żydowskiej organizacji pomocowej o losie jej męża z załączonym kontaktem do kogoś w Krakowie, jeśli udałoby jej się przeżyć. Gina pracowała, a Vilma mieszkała w domu dzieci, prowadzonym przez więźniarkę i matkę jednego z chłopców, Cylę Wiener. W nocy Gina zakradała się do córki i karmiła ją piersią.

Pewnego dnia więźniowie stali godzinami na apelu, a dzieci odseparowano od opiekunki i zapakowano na ciężarówki. Ostrzał z broni skutecznie powstrzymał rodziców przed pogonią za transportem. Cyla Wiener zeznała wiele lat później, że nigdy więcej nie chciała mieć dzieci po tym, jak straciła kilkuset maluchów.

Gina postanowiła odebrać sobie życie – na taką ostateczność miała schowaną tabletkę z cyjankiem. W nocy przyśniła jej się matka. Po przebudzeniu podjęła decyzję, że przeżyje. To był rok 1943, może 1944.

Wkrótce trafiła do Auschwitz. Tam otrzymała tatuaż. W cztery oczy z doktorem Mengele stanęła siedem razy i za każdym razem palcem wskazał jej stronę życia. Po roku wysłano ją do obozu pracy w Czechosłowacji. W Lichtewerden kobiety szyły mundury i nosiły ciężkie bale z bawełną. Musiały też nosić niezgrabne chodaki. Wtedy właśnie z babcią skontaktowała się tajna organizacja, prosząc o buty dla Giny.

Nie spodobały się one straży obozowej. Za karę Gina została zmuszona do spędzenia grudniowej nocy na mrozie, stojąc bez ubrania. Chyba tylko przedwojenne zahartowanie i forma zdobyta w Hasmonei sprawiły, że wyszła z tego cało. W maju 1945 roku do obozu wjechał na białym koniu rosyjski oficer – tak przynajmniej zapamiętała wyzwolenie Gina. Wróciła do Krakowa, udając się pod podany jej w Płaszowie adres. Sabina, wówczas już Joanna, również tam dotarła. Z całej czterdziestoosobowej rodziny Spinnerów i Altenbergów ze Lwowa i Tarnopola uratowały się cztery osoby: dwie siostry Spinnerówny, kuzynka Marta, która w czasie wojny poślubiła katolika, oraz kuzyn Marek Spinner. Przeżyła też ciocia Władzia w Krakowie, która nie musiała się ukrywać, i kuzynka Adele z Wiednia, która zdołała uciec do Londynu.

Ślub Joanny i Mariana. Wieliczka, grudzień 1945 r. /fot. Archiwum rodzinne

Wrocław, 1946

‒ Do Wrocławia przyjechałam wagonem towarowym na węglu – wspominała. Wraz z mężem na wrocławskiej Akademii Medycznej kontynuowali studia. Pokazała mi zakurzone, poniemieckie książki, z których uczyli się do egzaminów. W swoim albumie zachowała też zdjęcia, na których widać, jak z dziadkiem wywozili wagonikami gruz z klinik. Pewnego razu, kontynuując moje poszukiwania genealogiczne o Lwowie – mój nowy nałóg – natrafiłam na odcinek Polskiej Kroniki Filmowej z prof. Henrykiem Beckiem, sławnym ginekologiem i ocalałym. Ku mojemu zdumieniu, w scenie operacji przeprowadzonej przez profesora, pośród kilku studentów dostrzegłam babcię. W kolejnych ujęciach widać ją przy mikroskopie, a w tle pojawia się jej późniejsza szefowa, prof. Hirszfeldowa.

I tak babcia Joanna we Wrocławiu dotknęła lwowskiego świata z czasów Sabiny.

Tamten Lwów

To wszystko opowiedziała mi dopiero tego upalnego popołudnia. Nie pożegnała mnie ciepło i wylewnie, jak miała w zwyczaju. Była zła, zacisnęła usta i spojrzała na mnie z dezaprobatą.

Nie wierzyłam, że z tak licznej rodziny nikt się nie uratował. Spędzałam długie godziny na szukaniu imion i nazwisk. Bezowocnie. Według szacunków wojnę we Lwowie przeżyło mniej więcej ośmiuset Żydów, czyli około pół procenta społeczności, która mieszkała tam w chwili wkroczenia Niemców. Uratować się oznaczało dostać szansę jedną na dwieście.

Moja babcia Joanna

Wrocław, wrzesień 2018

Ten tekst pisałam na przestrzeni kilku miesięcy. Zdołałam jeszcze uzupełnić luki w opowieści, wypytując babcię o szczegóły. Złożyłyśmy zeznania w Yad Vashem i zapisałyśmy tam nazwiska jej bliskich. Babcia odeszła u schyłku tego lata. W jej szafie odkryłam zużytą skórzaną teczkę, a w niej kenkartę i akt chrztu niejakiej Joanny ze Stanisławowa. Cała historia babci i jej lęku w jednej starej torbie. Myślę jednak, że mimo strachu i bólu chciała, żeby ktoś pamiętał o Spinnerach ze Lwowa i dlatego w końcu otworzyła się przede mną.


Chidusz powstaje dzięki darowiznom.

Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej:

NR KONTA: 42 1140 2004 0000 3602 7568 2819 (mBANK)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


A commemorative project to restore the long-neglected graves of Holocaust victims.


Sweden: A commemorative project to restore the long-neglected graves of Holocaust victims who died soon after their liberation

Jewish Heritage Europe


Wintertime general view of the plot. Photo: Roman Wroblewski

project is under way to restore the long-neglected graves of scores of Holocaust victims in Stockholm and to commemorate and identify those buried.

The graves in question — whose markers are sunken into the soil and located in a separate plot of the Jewish section of Stockholm’s Northern Cemetery — are those of about 100 people who were ill when liberated at Bergen-Belsen in 1945 and who died soon after being evacuated to Sweden for medical treatment.

One of the sunken grave markers. Photo: Roman Wroblewski

The project is spearheaded by Roman Wroblewski, the Polish-born son of Holocaust survivors who emigrated to Sweden in 1967. Wroblewski, an emeritus medical school professor, also conceived the main Holocaust memorial in Stockholm, dedicated at the city’s synagogue in 1998. That memorial lists around 8,500 names of Holocaust victims who were relatives of survivors who settled in Sweden after the war.

On the new memorial project, Wroblewski is working with city authorities and with the Stockholm Jewish community.

He presented a detailed plan for the project to city authorities at the end of 2018, and also contacted the director of the city museum earlier in the fall. Funds are now being sought for what he told JHE would be an approximately €145,000 undertaking.

Almost all of the burials in the plot are of  women and girls who had been among survivors who were found at or brought to Bergen-Belsen after its liberation by British forces in April 1945.  (Tens of thousands of prisoners were found starving or suffering from typhus and other diseases when Bergen-Belsen was liberated — Anne Frank had succumbed not long before liberation.)

recommended by: Roman Wroblewski

They received immediate treatment at a British field hospital set up in former SS barracks nearby, and then at a Swedish field hospital in the Baltic Sea port of Lübeck staffed by British, Swedish and German doctors. Some died, but thousands were transported to Sweden on Swedish Red Cross “White Ships” for medical attention.

According to “De vita skeppen — en svensk humanitär operation 1945” by Sune Birke, five “White Ships” were in operation and brought more than 9,200 Holocaust survivors from Germany to Sweden. Birke wrote that Bergen-Belsen had been chosen by British authorities “as a terminal for collecting [survivors] from all of the British occupation zone.” (You can read an English summary of this article by clicking HERE and scrolling down to page 94).

Victoria Martinez writes in an article in The Local that the people buried in Stockholm are believed to have been brought over on one ship:

All of the victims buried at the site share several similarities, starting with the fact that most of them had been transferred from Auschwitz to Bergen-Belsen, a concentration camp in Northern Germany, where they were eventually liberated on April 15th, 1945.

Though they managed to survive to liberation, they were seriously ill when they boarded the S/S Kastelholm, one of the Swedish Red Cross’ “White Ships” that transported survivors from Germany to Sweden, in the summer of 1945. In two crossings, the ship carried 400 survivors from Lübeck, Germany, to Stockholm’s Frihamnen port, including all of those buried in the Northern Cemetery.

Wroblewski told JHE that he became interested in the neglected cemetery plot in the mid-1990s, when he was working on plans for the main Holocaust memorial. He visited the plot and found it overlooked and neglected to the point where the horizonal gravestones, laid out in narrow rows, were sunken beneath the surface.

On his own, he began clearing the area and revealing the stones, one by one, row by row.

“I didn’t just want to reveal the gravestones but to make known the names and the stories of the people buried here,” he said.

Martinez described how the site is overlooked.

Anyone walking past the graves would probably never even know they were there, much less the stories they stood for. Most of the gravestones that lie flat against the earth have been rendered invisible: over time, they have sunk below ground level and been covered by moss and lichen. Other than small, numbered markers that rise just above ground level, and a stone marker standing off to one side, there is little to indicate that the area is more than a barren patch of land.

Wroblewski’s memorial plan includes the placement of six granite pillars in spaces in the rows of graves that somehow remain empty. These, he said, would symbolize the 6 million Jews killed in the Shoah and each would bear the name of a Nazi death camp — Auschwitz, Treblinka, Majdanek, Chelmno, Sobibór and Bełżec. QR codes will be placed linking to information about the people buried.

Concept of the memorial project in Stockholm. Photo: Roman Wroblewski

In a blog post on January 30, Wroblewski wrote about his research into the young women buried in Row 3 of the site. They were named Lily, Eva, Flora, Sari and Regina:

What happened in Sweden is known mainly from their Medical Cards. To start with, all were transported from Frihamnen to Ropsten sanitary facility [where a Tunnelbana Ropsten station now stands], and from there to the Epidemic Hospital at Roslagstull [present-day Roslagstull Hospital] in Stockholm or the field hospital (beredskapssjukhuset) located in school buildings in Sigtuna. In those places, many of the survivors died as early as only days or weeks after arrival. These survivors are buried in row 1 and 2 and in the other area of the cemetery where the burials of Holocaust victims started in July 1945.

Lily, Eva, Flora, Sari and Regina were at about the same age as Anne Frank. They were in the same camp and they died due to the same cause, malnutrition, typhus other diseases like TBC at Bergen-Belsen. So Lily, Eva, Flora, Sari, and Regina’s lives lasted only a few months longer, dying of complications from malnutrition and typhus in Sweden.

Lily, Eva, and Sari were all buried during the January 1946. Flora and Regina in March 1946.When WWII started on September 1st, 1939, they were between 10 and 14 years old. All of them has been in the ghettos, concentration camps, ammunition factories, and slave labor camps.

Read Wroblewski’s January 30 blog post (in English — there are other posts about the project on the blog in other languages)

Read article about the memorial project by Victoria Martinez


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Związek Gmin Żydowskich zawiadamia prokuraturę w sprawie Rybaka


Związek Gmin Żydowskich zawiadamia prokuraturę w sprawie Rybaka

Redakcja


Monika Krawczyk, przewodnicząca Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich, złożyła dziś w warszawskiej prokuraturze zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Piotra Rybaka. – Nie możemy być obojętni w sprawie nawoływania do nienawiści wobec społeczności żydowskiej, szczególnie w miejscu uświęconym krwią ofiar Zagłady, jakim jest Auschwitz-Birkenau – zaznacza Krawczyk.

Zawiadomienie złożone przez ZGWŻ dotyczy możliwości popełnienia przestępstwa nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych (art. 256 § 1 kodeksu karnego), a także przestępstwa znieważenia grupy ludności z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej i wyznaniowej (art. 257 kodeksu karnego). Zdaniem ZGWŻ mogło też dojść do naruszenia przepisów związanych z ochroną i szacunkiem dla miejsc pamięci narodowej – jakim jest Muzeum Auschwitz-Birkenau (art. 261 kk).

Piotr Rybak, który w listopadzie 2015 r. na wrocławskim rynku spalił kukłę przedstawiającą Żyda, zorganizował 27 stycznia, w trakcie obchodów rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz, demonstrację, w trakcie której wzywał do walki “z żydowskimi najeźdźcami”. Minister Joachim Brudziński podkreślił, że rządu nie można winić “za antysemityzm w głowach szurniętych zdrowo głupków”.

– Czy my naprawdę mamy niepodległą Polskę, pytam się was, rodacy? – mówił Rybak w Oświęcimiu. – Nie! – odpowiedzieli mu zebrani na miejscu narodowcy. – Dlatego przyszedł czas, dzwony kościelne mówią nam wszystkim w ojczyźnie, czas powiedzieć tym najeźdźcom żydowskim: dosyć tego wszystkiego! My jesteśmy panami w tym kraju! To jest początek walki o polskość w Polsce! Niech Bóg błogosławi Polskę! Czołem wielkiej Polsce!

– Słowa, które wywodzą się z nienawiści rodzą potem czyny, a te czyny doprowadzają do morderstw, tak jak w przypadku II wojny światowej i III Rzeszy doprowadziły do ludobójstwa – mówi Monika Krawczyk. – Nie możemy obojętnie traktować demonstracji Rybaka. Liczymy na to, że prokuratura i odpowiednie służby zweryfikują te wydarzenie i otrzymamy rzetelne wyjaśnienie sprawy. Liczymy też na to, że kara zostanie wymierzona. Głoszenie nienawiści nie może być tolerowane.

“W tym samym czasie, gdy na terenie obozu Ci, którzy przetrwali ten niewyobrażalny horror oddają cześć Tym którzy zginęli, nieopodal spotykali się ludzie, pogardzający innymi ze względu na ich pochodzenie etniczne i narodowościowe, nawołując do przemocy wobec Żydów. Reprezentując siebie i osoby pochodzenia żydowskiego, w których rodzinach pamięć o Zagładzie jest obecna, wypowiadając się w imieniu członków Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP, którego zdecydowana większość to potomkowie polskich Żydów – ofiar Holocaustu, (a których bezpośrednio dotknęła nienawiść głoszona przez hitlerowskie Niemcy, co doprowadziło do wymordowania większości ich rodzin) – sytuacja ta napawa mnie obawą, że takie słowa mogą powtórzyć tragedię Zagłady. Napawa lękiem, że z potwornej śmierci ofiar Auschwitz-Birkenau, nie wyciągnięto wniosków, skoro znowu są osoby nawołujące do nienawiści na tle narodowościowym, etnicznym i wyznaniowym, w dodatku w miejscu, które stanowi Miejsce Pamięci o ludobójstwie, uświęcone krwią tam zamordowanych. Obecność takich haseł pod bramą obozu Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu obraża pamięć tych, którzy tam zginęli i tych, którym udało się przeżyć” – czytamy w piśmie złożonym przez ZGWŻ w prokuraturze.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com