Reunion 68

Archive | 2019/09/10

Herzlich willkommen in Lodz

Herzlich willkommen in Lodz

Adam Czerwiński


9 września 1939 roku w Łodzi. Niemieccy mieszkańcy miasta witają żołnierzy Wehrmachtu. W kwietniu 1940 r. Hitler kazał przemianować Łódź na Litzmannstadt – na cześć Karla Litzmanna, jednego z niemieckich generałów dowodzących w bitwie z Rosjanami stoczonej w listopadzie… (Fot. akg-images akg-images)

Wężykiem, jak pijany, bo przeciska się przez ogarnięty euforią tłum, jedzie na rowerze niemiecki żołnierz. Ludzie krzyczą i rzucają kwiaty. Niektórzy płaczą ze szczęścia. Był 9 września 1939 roku. Powitanie w Łodzi niemieckiej armii

Niemiecka kronika filmowa z września 1939 roku. Pierwsze ujęcie: żniwiarze układają snopki żyta. W kolejnych przygotowania do wojny: szkolenia sanitariuszek, kobiety pracujące w fabryce amunicji, piekarze piekący chleb dla wojska. Potem widzimy samoloty Luftwaffe lecące nad zbombardowanymi polskimi lotniskami. Polskich żołnierzy widać, jak rozbrojeni idą do niewoli eskortowani przez Niemców. Niektórzy Polacy idą boso…
W kolejnym kadrze widzimy zwycięzców z Wehrmachtu karmiących polskich cywilów. Do kuchni polowej ustawia się kolejka, a niemiecki żołnierz z własnej menażki nakłada jedzenie starszemu mężczyźnie. Inny rozdaje cukierki dzieciom.

Są też Żydzi wyglądający jak na antysemickich karykaturach: z haczykowatymi nosami, pejsami i brodami do pasa. Ktoś zagonił ich do roboty. Budują drogę, jakby chcieli, a nie mogli.

Potem oglądamy kolumny Wehrmachtu jadące przez polskie drogi, a właściwie bezdroża, z błotem sięgającym kolan. Dojeżdżają do Łodzi. Widzimy maszerujący Wehrmacht, żołnierze na ramieniu trzymają karabiny, a za pazuchy mają powtykane bukiety kwiatów. Tłumy rozradowanych cywilów z rękami uniesionymi w hitlerowskim geście pozdrowienia. Kolumna idzie, a jakaś kobieta wciska żołnierzom kwiaty do rąk.

Kolejne ujęcie. Piotrkowska. Na chodniku po obu stronach wiwatujący tłumek, a środkiem jadą wojskowe ciężarówki i motocykle z przyczepami. Obok stojącego tramwaju przejeżdża czołg, a kamera przeskakuje na wiwatujący tłum. Pani w kapeluszu co chwilę hajluje. Cięcie. Na pierwszym planie żołnierz na rowerze. Kamera się oddala i widać, że ledwo może się przecisnąć przez szalejący tłum. Lecą kwiaty. Kolejne cięcie. Na pierwszym planie przed kamerą trzy osoby. W środku kobieta w czarnym kapeluszu. Wszyscy mają w charakterystyczny sposób uniesione ręce. Chyba płaczą ze szczęścia.

Cukierków zabrakło

Oglądam kronikę z historykami z łódzkiego Muzeum Tradycji Niepodległościowych. Ryszard Iwanicki i jego kolega nie mają wątpliwości, że zdjęcia z Łodzi są autentyczne. – Na pewno zostały nakręcone w Łodzi.

Rozpoznają budynki na Piotrkowskiej, zwracają uwagę na charakterystyczne ułożenie torów na jednym ze skrzyżowań. Uważnie oglądają tramwaj. – Tak, to Łódź – wyrokuje historyk. – W żadnym innym polskim mieście nie jeździły takie tramwaje.

Kolejną projekcję urządzam w biurze senatora Ryszarda Bonisławskiego (PO). Nim Bonisławski został parlamentarzystą, dał się poznać jako znawca dziejów Łodzi i ceniony przewodnik po mieście.

– Oczywiście, że to Łódź – mówi. W jednym z kadrów rozpoznaje plac Wolności, w innym zwraca uwagę na charakterystyczną kamienicę przy Piotrkowskiej. – Tu widać, że jest około tysiąca osób – mówi o kadrze z wiwatującym tłumem. – Proszę zwrócić uwagę, że ci ludzie raczej biegną w kierunku kamery. A więc film jest reżyserowany. Widziałem już podobne zdjęcia z wejścia wojsk niemieckich do Łodzi i też był tam uwieczniony ten entuzjazm. Czytałem wspomnienia Niemki, która pisała, że 9 września jej ojciec ubrał się odświętnie i poszedł witać wkraczające wojsko.

Bonisławski zwraca uwagę, że miejsca, w których kręcono film, dość łatwo jest zapełnić. – Co za problem ustawić ludzi na wąskim chodniku, sfilmować i wykorzystać do celów propagandowych? – mówi. – Bo przecież autorom zależało na pokazaniu, że ktoś się cieszy, bo Niemcy wreszcie wyswobodzili Łódź. Ale choć film jest ewidentną propagandą, pokazuje obraz w 100 proc. autentyczny. Nie mam żadnych wątpliwości: Wehrmacht był witany w Łodzi kwiatami.

W książkach historycznych o powitaniu niemieckiej armii w Łodzi można przeczytać jeszcze więcej. Że na rogatkach miasta ustawiono bramy wjazdowe, które miały pełnić funkcję prowizorycznych łuków triumfalnych. Ktoś przygotował napis: “Herzlich willkommen” (serdecznie witamy).

Historyk Ryszard Iwanicki: – 9 września, czyli w dniu wejścia Niemców, powstał przenośny bufet dla niemieckich żołnierzy. Częstowano ich jedzeniem i cukierkami. Czytałem też relację, że jeszcze tego samego dnia w różnych miejscach przemarszu wojsk rozdano żołnierzom tyle cukierków i owoców, że zabrakło ich w polskich sklepach. To chyba informacja przesadzona, ale wpisuje się w panującą wówczas atmosferę. Na pewno było spontaniczne powitanie, ale nie chce mi się wierzyć, by zabrakło towaru w sklepach.

Koniec miasta trzech kultur

Kto i dlaczego witał w Łodzi Niemców kwiatami? Przecież Łódź to nie Gdańsk. I nie Górny Śląsk.

– Ale miasto zostało w wielkiej mierze zbudowane przez Niemców – zwraca uwagę Bonisławski. – Osadnictwo niemieckie zaczęło się tu po drugim rozbiorze, kiedy Łódź i okolice znalazły się pod panowaniem pruskim. Po trzecim rozbiorze te tereny przeszły pod panowanie rosyjskie, ale Niemcy byli tu mile widziani. I to oni byli pierwszymi lodzermenschami, ludźmi, którzy zrobili tu majątek i zapuścili korzenie. To oni budowali fabryki, to oni byli majstrami, to oni dawali pracę Polakom z okolicznych wsi.

W 1939 roku w 670-tys. Łodzi mieszkało 67 tys. Niemców. W przylegającym do miasta powiecie – kolejne 45 tys. W okolicznych miastach – Zgierzu, Ozorkowie, Tomaszowie, Pabianicach – były też ich spore skupiska – po kilka tysięcy osób. I to właśnie Niemcy w 1939 roku kwiatami witali Wehrmacht.

– Naprawdę się cieszyli z wejścia swoich – mówi Iwanicki. – Pierwszy niemiecki patrol wkroczył do Łodzi już wieczorem 8 września. A już o poranku następnego dnia zaczęły się antypolskie demonstracje. Na jednym z głównych skrzyżowań miasta demonstrowała młodzież z Niemieckiego Gimnazjum Reformowanego, po ulicach paradowali członkowie paramilitarnej organizacji Selbstschutz. Tego dnia zaczęło się bicie Polaków na ulicach i pierwsze napaści na Żydów. Symboliczny koniec miasta trzech kultur.

Druga mniejszość

Dlaczego potomkowie budowniczych ziemi obiecanej, którzy przez ponad wiek poczuwali się do wspólnoty z Łodzią i godzili się być najpierw poddanymi państwa rosyjskiego, a po 1918 roku obywatelami II Rzeczypospolitej, tak ochoczo wyrzekli się Polski?

Mówi prof. Przemysław Waingertner, historyk z Uniwersytetu Łódzkiego: – To nie byli rdzenni Niemcy, jak w Gdańsku czy na Górnym Śląsku. Ci ludzie byli lojalni wobec państwa, które pozwalało im się bogacić, a Łódź była ich małą ojczyzną. Więź z nią to poczucie związku przez sukces. Tu się osiedliłem, tu wybudowałem dom, założyłem rodzinę. Obok są moi sąsiedzi, Żydzi, Polacy, Niemcy, i tak jest dobrze. Do 1914 roku nad nimi byli Rosjanie, jako administracja. Potem nastało państwo polskie i inna etniczna grupa stała się narodem panującym. W latach 20. Niemcy nie żywili specjalnej niechęci do państwa polskiego, ale też nie okazywali mu specjalnej miłości. Nadal wszyscy się znali i robili interesy. Ani Polacy nie mieli szczególnych powodów, by Niemców gnębić, ani Niemcy, by Polakom nie ufać. Tym bardziej że wcześniej jakoś Niemców nie ciągnęło do państwa, które opuścili ich przodkowie. Nikt ich za niemieckość nie prześladował. A Republika Weimarska nie była państwem marzeń.

Prof. Waingertner twierdzi, że układ, w którym łódzcy Niemcy byli drugą po Żydach mniejszością (w 1939 roku w mieście mieszkało prawie 230 tys. Żydów), zaczął się psuć po dojściu Hitlera do władzy. – Państwo, które jest pariasem Europy, które nie ma armii, jest przegranym w wielkiej wojnie, trawione przez kryzys, raptem błyskawicznie zaczyna z kryzysu wychodzić i się zbroi – mówi historyk. – Wszyscy w Europie muszą się z nim liczyć. To oddziałuje na wyobraźnię. I zaczyna się proces identyfikacji z III Rzeszą. Dotyczy on zresztą całej mniejszości niemieckiej zamieszkującej Europę Środkowo–Wschodnią. Organizacje polityczne Niemców (na przykład sudeckich) zaczynały się glajszachtować, czyli łączyć i się ujednolicać.

W II Rzeczypospolitej tak nigdy nie było, organizacje niemieckie pozostały rozproszone, ale podobnie jak gdzie indziej zaczynały nasiąkać nazistowską ideologią. Wielka polityka prowadzi do tego, że Polska stawiająca Hitlerowi opór zaczyna być stopniowo postrzegana jako przyszły przeciwnik w ewentualnym konflikcie zbrojnym.

W roku 1938 Niemiec nie tylko w Łodzi, ale w całej Polsce był już wrogiem.

Śmiejecie się, będziecie płakać

– Zaczynała królować logika nadchodzącej wojny – opowiada Waingertner. – Efekt jest taki, że mieszkający w tym samym domu ludzie najpierw przestają się sobie kłaniać, a potem jak się widzą, to przechodzą na drugą stronę ulicy. Aż wreszcie gotowi są donieść na sąsiada. Przed 1 września 1939 roku Polak donosi na Niemca, że ten trzyma coś podejrzanego w piwnicy. Po wejściu wojsk niemieckich ten mu odpłaca. Bo ten doniósł na niego polskiej policji.

W 1939 roku polscy politycy licytują się, kto jest bardziej antyniemiecki. W Łodzi robotnicy i majstrowie niemieccy są masowo zwalniani z pracy. Nikt nie patrzył, kto jakie miał poglądy. Wystarczyło, że człowiek był Niemcem. Rządowy Obóz Zjednoczenia Narodowego zupełnie oficjalnie nawoływał do takiej akcji.

Łódzkie gazety donoszą o nielojalnym zachowaniu się Niemców, a do sądów trafiają podejrzani “o obrazę Państwa i Narodu Polskiego”.

Iwanicki: – Przed sądem grodzkim i sądem apelacyjnym mnożą się sprawy o wystąpienia antypolskie. Oskarżeni mieli głośno i pozytywnie wypowiadać się na temat Hitlera, lżyć Polaków. Tego typu spraw było w lipcu 1939 roku co najmniej kilkadziesiąt.

Na przykład na polecenie prokuratury trwało postępowanie przeciw Hermanowi Mundtowi, robotnikowi z fabryki przy ul. Łąkowej, bo miał powiedzieć polskim kolegom z pracy: “No, no, panowie, teraz się śmiejecie, ale przyjdzie niedługo czas, że będziecie płakać”.

Po słynnym sejmowym wystąpieniu ministra spraw zagranicznych Józefa Becka z 5 maja 1939 roku, gdy powiedział on, że Polska nie ugnie się przed żądaniami Hitlera, inny robotnik Gustaw Rychter miał stwierdzić: “Gdańsk był niemiecki i jest niemiecki. Jeśli Gdańska tak nie oddacie, to go inaczej oddacie. Cóż ci Polska dała przez 20 lat niepodległości, że sami suchotnicy po ulicach chodzą?”.

Robotnicy Polacy donieśli na Rychtera szefostwu fabryki, a ono wezwało policję. Wszczęto postępowanie. Rychter nie czekał na jego wyniki, tylko zabrał syna i uciekł do Niemiec.

Bić Niemca

Iwanicki wylicza, że tylko w drugim kwartale 1939 roku z Łodzi do Niemiec uciekło około 3 tys. Niemców. Masowo prosili oni o paszporty emigracyjne, a gdy ich nie dostawali, uciekali przez zieloną granicę. Jeśli zbieg został złapany, do sądu kierowany był wniosek o pozbawienie go obywatelstwa polskiego. Uchodźców można było karać również konfiskatą majątku i pozbawieniem prawa do dziedziczenia i otrzymywania darowizn.

Wiosną i latem 1939 roku w regionie łódzkim wybuchły zamieszki antyniemieckie. 13 maja w Tomaszowie Mazowieckim 1500 osób zgłosiło się do starosty z żądaniem zwolnienia z pracy “nielojalnych Niemców”. Pochód poszedł do jednej z fabryk, gdzie kilku Niemców zostało poturbowanych. Tłum powiększył się do 6 tys. osób i zaczęło się wybijanie szyb w domach oraz grabież niemieckich sklepów. Policja wyparła tłumy na przedmieścia, ale zamieszki trwały jeszcze dwa dni. Zdemolowano 207 mieszkań i sklepów.

Historycy opisują podobne zajścia w innych miastach wokół Łodzi, m.in. w Ozorkowie i Pabianicach.

W Łodzi rozruchów nie było, ale niewiele brakowało, by do nich doszło 18 maja. Polacy przyglądający się pogrzebowi na cmentarzu ewangelickim byli przekonani, że w trakcie uroczystości pastor podniósł rękę w geście hitlerowskiego pozdrowienia, a za nim zrobili to pozostali uczestnicy ceremonii. Pod bramą cmentarza zaczął się gromadzić tłum. Zbiegowisko rozgoniła policja, która musiała zatrzymać kilka osób. Okazało się, że tłum zwołali pijani mężczyźni wcześniej notowani za kradzieże i bójki.

Wreszcie będzie spokój

Iwanicki: – Do 9 września Niemcy byli stroną słabszą, ale oczywiście nie wszyscy z założonymi rękami przyglądali się temu, co się dzieje. Prasa łódzka (“Echo” i “Głos Poranny”) pisała, że w 1939 roku znaleziono kilka magazynów z niemieckim umundurowaniem i bronią, a nawet jedną radiostację.

Senator Bonisławski wspomina o prohitlerowskich grupach z Łodzi, które jeszcze przed wojną uważały, że żyją na terenie niemieckim, i każdy ślad archeologiczny traktowały jako potwierdzenie niemieckich pretensji do tych ziem.

– Byli też Niemcy, którzy 9 września na ulice nie wyszli. Kilku znanych fabrykantów – m.in. Guido John i Robert Geyer – odmówiło współpracy z rodakami – dodaje prof. Waingertner. – Obydwaj zostali skrytobójczo zamordowani. Ci, którzy wyszli na ulice witać Wehrmacht, mieli powody. Wielu ludzi z tej kroniki przynajmniej kilka miesięcy żyło w trudnym klimacie. Nawet jak ktoś nie był hitlerowcem, to miał poczucie, że jest wrogiem. Natomiast rzucający kwiaty już wcześniej musieli głęboko nasiąknąć nazizmem i tylko czekali na tę chwilę. Pozostali pewnie stali z boku i machnęli ręką, myśląc: wreszcie będzie spokój, Polacy nie będą mi stali pod szybą sklepu.

19 stycznia 1945 roku do miasta wkroczyły wojska radzieckie. Witały je tłumy.

Na zdjęciu zrobionym na placu Wolności widać ludzi machających rękami kolumnie czołgów. – Ludzie ich witali, bo po pięciu latach okupacji to dla nich było wyzwolenie – mówi Iwanicki. – Na pewno była euforia. Przecież dla nich wojna się skończyła.


Korzystałem z książki wydanej przez IPN: ”Łódź w 1939 roku. Studia i szkice”,
Łódź 2011


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


60 REALLY IS THE NEW 40

60 REALLY IS THE NEW 40

BATYA L. LUDMAN


Life is short. I sincerely hope that you’ll work on making the most of it. I personally think that it’s worth it.

BE IN the moment.. (photo credit: PIXABAY)

I’v just turned the age my mom was when she died. I had a knee replacement nine months ago and I’ve passed the five-year mark since my breast cancer diagnosis. I bought a Fitbit and discovered that the amount of deep sleep I get each night is much less than I imagined. Wow, have I been driving my husband crazy. I recognize that I have lots of work to do on myself!

Five years ago I became a “one in nine” statistic. I walked into the clinic that I’d been attending for 10 years, because of a previous scare, only to discover that this time I really did have breast cancer. (I wrote two columns about it at the time). I hate statistics, in spite of having had to take a course in it in graduate school. Now they say one in eight women will develop breast cancer. In these past five years I saw myself as neither a statistic nor a survivor. Rather, I had a cancerous lump, I had surgery (it was removed), treatment, and life moved on. None of it was fun, but as I’ve taught my patients who have experienced trauma, the event is now over. It had a beginning, a middle, and thankfully an end. And yes, I had side effects necessitating additional surgeries. Any treatment leaves scars that go far beyond the reach of the surgeon’s knife, but they are what they are. If you are thinking: See, it’s never really over – what in life is?

Where does one go from here? We each have our story. Though I’ve left out other tales of pain and suffering over the years, there are definitely far worse stories than mine. We hear about them daily and know the impact extends far beyond ourselves.
What’s the key takeaway message?

How you choose to view the events in your life will determine how you choose to respond to them. I hope that, in rereading this sentence, you understand that you hold the key to your own well-being. You may have little or no control over the occurrence of an event, but you certainly have a choice as to how you are going to deal with it. You can see yourself as helpless and the situation hopeless, or you, and only you, can empower yourself to deal with it as best as you can.

If 60 is the new 40, it’s wonderful to have recently regained 20 years. I fully expect to live my life with the enthusiasm of someone climbing the hill but in no way over the hill. I intend to live life to the fullest until my last breath. It sure beats the alternative.

Life has many challenges, and no matter how unexpected, we can and do cope, or can certainly learn to do so with help from others. Yes, there will be uncertainties, as there always are in anything, but doing something, whatever you can do, has the ability to change your situation. It’s all about your attitude. With any challenge, the real question is, “How will I let this impact my life and that of others who depend on me?”

HERE ARE eight suggestions for those struggling more than they’d like:

    1. Reach out to someone you trust and let them know what’s going on. You might discover that having someone else there for you, who cares, can make the difficult moments in your life a bit easier and reduce your feelings of being overwhelmed.
    2. Be in the moment – don’t linger in the past or in what could be. Anxiety, for example, may be expected, given your past history, but worrying about the unknown won’t alter the outcome. It simply robs you of enjoying a state of calm now. Unless you know something with certainty, acknowledge that at this moment you are okay. Don’t suspend living.
    3. Focus on things that you can change and make a difference in. It might be what you eat, your weight, exercise, time with a loved one, work.
    4. We have so much to be grateful for. Every morning, say aloud a list reminding yourself of yesterday’s positives. If you’re struggling to come up with things, you’re not paying attention to the small blessings around you. You just may need a walk.
    5. When you don’t feel well, it can be very difficult to get outside of your story and help someone else. You might be surprised to discover that the caring you show for them can actually lessen your own discomfort. Distract yourself by playing a game with someone, visiting a friend, or through reading a book to someone. Paying it forward feels good.
    6. Say thank you. Those caring for you may not have the same discomfort as you, but listening to you complain, helping out and being there when they have their own list of things they’d rather be doing, deserve immense appreciation from you. Caregiving is difficult, and your caregivers need care also. Help them take a break and recharge their batteries.
    7. Take notice of how you act. Start your morning off saying that you won’t complain and then notice just how often you do! Even a minor complaint such as “it’s hot” can carry negativity when paired with yet more grumbling that you may not even be aware of. If you need to vent, acknowledge it, state what’s going on, think of what could possibly change the situation even a bit, let the past go and move on. You have living to do. Check out your words – are you using words like “always,” “never,” “must” or “should have”? Work on yourself through kindness and caring, not through criticism and unreasonable expectations for yourself or others.
    8. Make a decision to take a vacation from your problems. It can be as short as an hour or as long as you’d like it to be, but when the thoughts surface, remind yourself that you can’t control what thoughts jump into your head, but you can control what you do with them, and at this moment, you are putting them in the drawer, and you’ll revisit them when you need to. Do you really want to think about the surgery that you might need, 20 times a day? Assuming that thinking about it a few days prior to the surgery is enough, tug on the imaginary rubber band on your wrist and in an emphatic voice to yourself, say “I am not wasting my time and energy on this right now.” I promise you that it works.

Life is short. I sincerely hope that you’ll work on making the most of it. I personally think that it’s worth it.


The writer is a licensed clinical psychologist in private practice in Ra’anana, and author of Life’s Journey: Exploring Relationships – Resolving Conflicts. She has written about psychology in The Jerusalem Post since 2000. ludman@netvision.net.il; www.drbatyaludman.com

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

Modern-Day Immigrants, and How Eleanor Roosevelt Saved Jewish Refugees

Modern-Day Immigrants, and How Eleanor Roosevelt Saved Jewish Refugees from the Holocaust

Eliana Rudee / JNS.org


Eleanor Roosevelt speaks to a war-time audience, while Rose Pesotta and others listen. Photo: Flickr.

JNS.org – In 1940, a passenger cargo ship called the SS Quanza left the port of Lisbon carrying several hundred Jewish refugees to freedom. But no country would take them in, and so the passengers became trapped on the ship.

Nobody Wants Us tells the gripping true story of how Eleanor Roosevelt, along with two other integral figures, stepped in to save the passengers on board, because of her moral conviction that they were not “undesirables,” as the US State Department labeled them, but rather “future patriotic Americans.” She sympathized with the refugees, as her family too were once immigrants to the United States.

The 35-minute film by Laura Seltzer-Duny, which premiered in New York City on August 11 (coinciding with Tisha B’Av, a day of mourning on which numerous tragedies befell the Jewish people) by the Sousa Medes Foundation and the American Sefardi Federation, intends not only to restore the history of the Quanza after 79 years, but to illustrate the power of individuals to change history and save lives.

“It brought me to tears to hear what my parents risked to bring me here,” Lucienne Geldzahler, an audience member at the film’s premiere, said. Her family from Antwerp arrived on American shores from Lisbon on a similar ship, she said.

As the experiences of political refugees continue to top headlines in the United States, Stephen Morewitz — a leading expert on the Quanza and the grandson of attorney Jacob L. Morewitz, who helped save the passengers — said “this is an episode in American history that everyone needs to know.”

At the beginning of World War II, Portuguese diplomat Sousa Mendes defied the orders of his regime, and issued visas and passports to 40,000 refugees fleeing Nazi Germany, such as the artist Salvador Dali; Margret Rey and H. A. Rey, the authors of the Curious George books; and tens of thousands of other Holocaust refugees, including many aboard the SS Quanza.

“If so many Jews are suffering because of one man, Hitler, surely I can suffer for so many Jews,” said Mendes, who was later recognized by Israel as a Righteous Among the Nations.

On August 9, 1940, the SS Quanza left Lisbon — one of the few ports from which Jews could flee Europe — carrying hundreds of Jewish refugees from dozens of European countries who had received such visas.

However, the journey turned out to be more than a month long. The Jews aboard were transported from port to port for a month, refused entry in the United States and then Mexico.

Breckinridge Long, supervising the US State Department’s Visa Division under President Franklin D. Roosevelt, turned the immigrants away, wanting to shut down immigration (infamously writing in his diary that “Hitler’s Mein Kampf is eloquent in opposition to Jewry”) and seeing the immigrants as “undesirables.” He voiced concern that allowing the immigrants into America would compromise national security, as there could be “potential Nazis” on the ship, as well as “Jewish communists.”

Just as the vessel returned to Virginia to buy fuel for the way back to Europe, first lady Eleanor Roosevelt spoke to maritime lawyer Jacob L. Morewitz, who successfully delayed the departure of the ship to buy time to litigate the case and allow the passengers to enter the United States.

As the group was finally able to disembark, women from a Jewish society brought cars and began to pick up the refugees late at night, hosting them until they found accommodations.

Michael Dobbs, author of The Unwanted and project director for the Simon-Skjodt Center for the Prevention of Genocide at the United States Holocaust Memorial Museum, was the first to write about the history of the SS Quanza in 1990, maintaining that it was forgotten over time as Eleanor Roosevelt saw the event as a defeat, since Long was given total power following the SS Quanza episode.

Dobbs noted at the premier, “The Quanza incident is a timely reminder that individuals make a difference. Without visas supplied by the Portuguese diplomat Aristides de Sousa Mendes, many of the Jewish passengers on board might well have been stranded in Nazi-occupied Europe.”

“Without the legal brilliance of a maritime lawyer named Jacob Morewitz, the ship would have been obliged to sail back to Europe. Without the intervention of … Eleanor Roosevelt, the passengers would not have been permitted to land,” he continued. “It took three people, from entirely different backgrounds, to save … lives that might otherwise have been lost.”

Jason Guberman, executive director of the American Sefardi Federation, said, “With the rise of hate (particularly antisemitism), bigotry, and fanaticism globally, and as the Iranian regime disingenuously denies the Holocaust while enthusiastically endorsing a new genocide against the Jewish people, it is imperative to learn from and emulate the righteous of the past as we stand against evil.”

In this story, that evil, maintained Blanche Wiesen Cook, a world expert on Eleanor Roosevelt and the author of her three-volume biography, was represented by silence.

“Everything was known by people who could have made a difference, but the silence was resounding,” she said.

While the United States began to bomb Nazi economic infrastructure in 1944, it is suggestive that the railroad to Auschwitz was not bombed. The US Treasury Department’s “Report to the Secretary on the Acquiescence of This Government in the Murder of the Jews” not only found the State Department guilty not only of “gross procrastination and willful failure to act” during the slaughter of the Jewish people in Europe, but stated that there were also “willful attempts to prevent action from being taken to rescue Jews from Hitler.”

“It is clear that Franklin D. Roosevelt could have done so many things, like fire Breckinridge Long,” said Wiesen Cook. “He did not want to let the refugees in and risk the upcoming election.”

“Even the silence of the American Jewish community was beyond unfortunate,” she added. “Eleanor Roosevelt acted as a visionary, saying we will have peace when we all have education, jobs, housing, security, and health care. She made the refugees an interest, opposed fascism, and said that everybody on the SS Quanza could be her guest.”

In addition to airing a longer version of the film on PBS in 2020, Seltzer-Duny and New Day Films are distributing the film to public high schools and junior high schools, along with educational material to accompany it. “We need to reach the community at large, who get a little bit of Holocaust education but not enough,” she told JNS. “By taking this film and deconstructing it, teachers can create more empathy for the refugee plight then and now by understanding America’s response with volunteers on the ground, who took a chance and helped.”

“It’s up to us not to stay silent when we see refugees struggling now because it happened to us — we were refugees, too — and we need to stand up for [them] and educate about what happened so that it doesn’t happen again,” she said.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com