Archive | January 2020

Zagłada nie odniosłaby takich straszliwych rezultatów, gdyby nie dobrowolna pomoc narodów europejskich

Zagłada zorganizowana przez nazistów nie odniosłaby takich straszliwych rezultatów, gdyby nie dobrowolna pomoc narodów europejskich

Paweł Smoleński


Węgierscy Żydzi na rampie kolejowej w obozie zagłady Auschwitz-Birkenau. Bezpośrednio po przyjeździe esesmani mówili im, że pójdą do łaźni się wykąpać, w rzeczywistości prowadzili ich bezpośrednio do komór gazowych. Według obliczeń badaczy z obozu Niemcy zgładzili w nim około 1,1 mln ludzi – ta… (NAC)

Z książki Laurence’a Reesa o Holokauście płynie nauka: na nic zdałyby się “Mein Kampf”, hitlerowskie bojówki i antyżydowskie tyrady Goebbelsa, gdyby nie brak reakcji na zło. Drogę do Auschwitz wybudowała nienawiść Hitlera i jego totumfackich, ale wybrukowała ją obojętność ludzi, również przyzwoitych

Żeby doszło do zbrodni, poprzedzić ją musi słowo. Jesienią 1919 r. nikomu wówczas nieznany Adolf Hitler napisał list do Adolfa Gemlicha, współtowarzysza broni z okopów I wojny światowej. Wśród nas żyje obca, nieniemiecka rasa, która nie chce i nie potrafi wyrzec się swoich cech – cytuje list Hitlera szkocki pisarz, historyk i filmowiec Laurence Rees w książce „Holokaust” – a mimo to cieszy się takimi samymi prawami politycznymi jak my. Wrogiem jest – objaśnia dalej przyszły dyktator – Żyd. Wszystko, co każe ludziom walczyć o wyższe sprawy, czy to będzie religia, socjalizm, czy demokracja, dla niego jest tylko narzędziem do osiągnięcia celu, zaspokojenia żądzy bogactwa i dominacji. Jego działalność wywołuje wśród narodów rasową gruźlicę. Hitler dodaje, że ostatecznym celem każdego niemieckiego rządu powinno być bezwzględne i całkowite usunięcie Żydów.

To epistolarne bredzenie kiepskiego malarza i rozczarowanego kombatanta, który wycierał bruki Wiednia i Monachium, klepał biedę i podlizywał się, a jakże, żydowskim marszandom, przeszłoby bez echa, gdyby nie późniejsza złowroga biografia autora. Ale i tak warto postawić pytanie: ile podobnych listów napisano wówczas w Niemczech i w Austrii, w całej Europie i na innych kontynentach? Podejrzewam, że tysiące. Wszak świat lizał rany po Wielkiej Wojnie, a niektórzy na gwałt szukali winnego nadzwyczajnego, jak sądzono naiwnie, przelewu krwi. Żydzi pasowali tu jak ulał, naznaczani przez 2 tys. lat chrześcijańskiego antysemityzmu jako „lud perfidny” oraz „pragnący śmierci Jezusa Chrystusa”.

Wiara w antyżydowską mitologię była tak powszechna, że – pokazuje Rees – uległy jej wszystkie narody Europy. Powstał więc sprzyjający klimat dla największej zbrodni w dziejach ludzkości, choć jej zapowiedź kryła się jeszcze w prywatnych listach sfrustrowanych artystów opatrzonych pocztowymi znaczkami.

Gleba

Po I wojnie światowej nacjonalistyczna oraz antysemicka edukacja przyspiesza jak Europa długa i szeroka. Antysemityzmem szczycili się chrześcijańscy demokraci i proletariat zrzeszony w narodowych partiach robotniczych, monarchiści, konserwatyści i wyznawcy np. pangermanizmu. W Niemczech nabiera siły ideologia volkistowska wskazująca na mistyczny i nadprzyrodzony związek między ludźmi mówiącymi tym samym językiem, wyrosłymi w jednakim kodzie kulturowym i zakochanymi w ojczystej ziemi. Swoje dołożyła rozwijająca się pseudonauka o rasach oraz eugenika, ale akurat Niemcy wcale nie byli tu prekursorami, ustępując miejsca Francuzom i Anglikom. I choć spełzły na niczym próby wynalezienia naukowego testu krwi określającego, kto Aryjczyk, a kto nie, wiadomo było, że do nowej europejskiej układanki opinii i poglądów Żydzi zupełnie nie pasują. Antyżydowskie plany snuto na całym kontynencie, przygotowywano antysemickie ustawodawstwo. Na przykład pomysł wysiedlenia Żydów na Madagaskar narodził się w II RP, a dopiero później z uwagą zaczęli mu się przyglądać hitlerowcy.

Dla społecznych nastrojów nie miało znaczenia, że radykalni antysemici nie mieli jeszcze w Niemczech władzy. Po nieudanym puczu piwiarnianym w 1923 r. (nazistów uwiodły sukcesy Benita Mussoliniego i udany marsz Czarnych Koszul na Rzym, więc myśleli, że im też się uda) Hitler trafił do więzienia. Siedział zresztą w komfortowych warunkach – w celi przyszłego wodza III Rzeszy powstał niemal magazyn „szynek, kiełbas, ciast, czekoladek i wielu innych specjałów”. Podczas odsiadki napisał „Mein Kampf”, zrazu uznawaną za bełkot, ale też wykładnię tego, co niebawem może nastąpić.

Lecz ciągle nazistów można było nakryć czapkami. Tyle że sprzyjający klimat narastał z dnia na dzień, podgrzewany gospodarczymi kryzysami, bezrobociem, skorumpowaniem i bankructwem Republiki Weimarskiej. Demokracja pokazywała, jak bardzo jest bezradna w starciu z populistyczną, rasistowską demagogią. W końcu Hitler nie był jedynym, który nienawidził Żydów. Przykleiła się do niego garść podobnie zwichrowanych, niespełnionych facetów z ambicjami, klinicznych psychopatów, cwanych prostaków, a później również koniunkturalistów. Na dodatek okazało się, że demokrację można załatwić w demokratycznych procedurach. W 1933 r. NSDAP wygrała wybory, a Hitler szybko został kanclerzem Niemiec.

Spirala

Potem poszło z górki. Wystarczyło kilku przekabaconych polityków, którym zdawało się, że powiodą na sznurku hitlerowskich kmiotków, i kilka złamanych lub napisanych na nowo ustaw. Suweren dostał zaś płomienne przemowy na masowych wiecach. Hitler, NSDAP i niewyrażona jeszcze otwarcie zapowiedź „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” z dnia na dzień zyskiwały na popularności.

Przy czym marsz ku nieograniczonej niczym władzy odbywał się spokojnie, krok po kroku. Już w zasadzie nie było czym oddychać, lecz zostało odrobinę powietrza, można się jakoś przyzwyczaić. Np. gdy Niemcy uchwalili rasistowskie ustawy norymberskie, z wielu szacownych ust padły argumenty, że w USA też panuje apartheid. Złapali się na ten sposób myślenia nawet niektórzy niemieccy Żydzi przekonani, że dyskryminujące zapisy wyznaczą granicę prześladowań, za którą nikt się już nie posunie; lepsza jest wyznaczona prawem represja niż bezprawna dowolność. Zajadłości we wprowadzaniu dyktatorskich i antyżydowskich porządków nie zmierzy się przecież naukowymi metodami. Zawsze więc można powiedzieć, że wzrost nastrojów antysemickich to tylko niesprawdzalne, indywidualne wrażenie.

No i jest jeszcze druga strona medalu. Pod rządami hitlerowców bezrobocie w Niemczech spada z sześciu do dwóch milionów. Żyje się lepiej, rośnie stopa życiowa, młodzież dostrzega przyszłość. Można też się pocieszać, że antysemicka retoryka władz nie trafia do wszystkich. Większość ludności ignoruje szkalowanie Żydów; jawnie wybierają nawet zakupy w żydowskich domach towarowych i nieżyczliwie odnoszą się do szturmowca, który pełni tam służbę – cytuje Rees pewnego socjaldemokratę z Saksonii.

Wprawdzie nazistowska edukacja wmawia uczniom, że Aryjczycy są zdolniejsi od Żydów, ale co złego w takiej bredni? Słowo „niemiecki” odmienia się bez przerwy przez wszystkie przypadki (niemiecka kultura, niemieckie fabryki, niemieccy poeci, niemieccy wynalazcy itp.) w opozycji do żydowskości. Otworzono pierwsze obozy koncentracyjne, ale tylko po to – wierzą uczciwi Niemcy – by zapanował ład i porządek. Wnet zdarzy się co prawda noc kryształowa, pogromy, rabunki, pobicia i morderstwa, ale nazistowscy przywódcy wyjaśnią, że to wyraz gniewu narodowego suwerena. Choć od Kristallnacht Europa przestanie traktować Hitlera jak normalnego polityka, to jednak zauważy, że niektórzy Żydzi skarżyli się na bandytyzm w gestapo, a wielu Niemców im współczuło. No i trzeba ratować międzynarodowy pokój.

A kiedy dochodzi do wybuchu wojny – wedle hitlerowskiej propagandy wywołanej przez Żydów – przyszłej Zagładzie nie można już zapobiec.

Mechanizm

Konferencja w Wannsee w 1942 r., która kojarzy się z Zagładą, gdyż zebrali się tam główni (choć nie najgłówniejsi) inżynierowie ludobójstwa, i na której ukuto termin „ostateczne rozwiązanie”, była – uważa Rees – ledwie jednym z etapów na szlaku prowadzącym do wymordowania narodu żydowskiego. Żeby Holokaust mógł się powieść, trzeba było wcześniej wprowadzić program eutanazji niepełnosprawnych, przetestować efektywność komór gazowych oraz krematoriów w szpitalach psychiatrycznych. Potrzebny był wysiłek inżynierów i planistów organizujących getta w podbitej Polsce. Przydały się też dyskusje, z których wyszło bezspornie, iż Żydów nie da się wygnać z Rzeszy oraz terytoriów okupowanych np. na Madagaskar, bo jak to zrobić, skoro Niemcy nie panują na oceanach.

Wszystko układa się w logiczny ciąg: list Hitlera do kolegi z wojska, ustawy norymberskie, Kristallnacht, atak na Polskę i na zachód Europy, a w końcu na sowieckiego sojusznika, masowe mordy dokonywane przez Einzatsgruppen na Białorusi i Ukrainie. Żydzi muszą ginąć, bo są rasowym wrogiem i na dodatek walcząca III Rzesza marnuje na nich za dużo jedzenia. Skoro jednak głód, choroby, mordercza praca i plutony egzekucyjne nie dają sobie rady, trzeba wystawić fabryki śmierci.

Holokaust stworzył wiele problemów, z którymi tęgie nazistowskie głowy musiały się uporać. Nie da się np. rozstrzeliwać na przemysłową skalę, by nie pozostawiało to skutków psychicznych u rozstrzeliwujących (mordercy mieli koszmary, podupadali na zdrowiu). Co zrobić z tysiącami ciał, które gniją w zbiorowych mogiłach i może dojrzą je niepowołane oczy?

Nie wiedziano, co lepsze: spaliny z silników Diesla, tlenek węgla z butli czy granulki cyklonu B. Wymyślano sposoby, jak oszukać jadących na śmierć; stacja kolejowa w Treblince wyglądała jak peron w miejscowości wypoczynkowej, zaś w korytarzach wiodących do komór gazowych stawiano wiadra na nieczystości.

Na początku Zagładę skrywała tajemnica. Treblinkę, Bełżec i Sobibór – nazistowskie obozy zagłady – zbudowano na chwilę, aż wypełnią swoje zadanie. Komory gazowe i drewniane baraki trzech fabryk śmierci rozebrano, gdy w Generalnym Gubernatorstwie zabrakło Żydów. Kiedy po bitwie pod Stalingradem okazało się, że III Rzesza przegrywa wojnę, do tajemnicy dopuszczono wielu spoza nazistowskiej szpicy, by również tzw. zwykli Niemcy stali się współsprawcami ludobójstwa.

Wiedzieli więc, że III Rzesza dopuszcza się niepojętej zbrodni. Mówił o niej bez owijania w bawełnę szef SS Heinrich Himmler. Mieli jej świadomość nawet służący w obozach patologiczni sadyści. Bezpośredni wykonawcy Holokaustu zeznawali po wojnie, że kiedy skończyli swoje zadanie w Treblince lub w Sobiborze, Rzesza wysyłała ich na najbardziej niebezpieczne odcinki frontu. Mieli zginąć, by przed przyszłymi sądami nie świadczyć o ludobójstwie.

Pomocnicy

Nie udałaby się Zagłada sześciu milionów europejskich Żydów, gdyby nie postawa narodów podbitych przez Hitlera. Można było np. zachowywać się jak holenderscy urzędnicy, którzy skrupulatnie organizowali transporty Żydów na Wschód, podpierając się wymogami profesjonalizmu (ktoś zlecił pracę, a tę należy wykonać) i etosem urzędniczej służby. Przy ich pomocy hitlerowcy wywieźli 75 proc. żydowskiej populacji. Na drugim biegunie jest okupowana Dania. Duńczycy wywieźli kilka tysięcy Żydów rybackimi łodziami do Szwecji. Było to możliwe, gdyż okupacja przebiegała tu łagodnie (w Holandii raczej też), zaś hitlerowski namiestnik Danii, świadom klęsk Niemców na froncie wschodnim, przekazał Duńczykom informację o planowanej deportacji. Ale też przed wybuchem wojny Dania przyjęła prawo zabraniające przyjmować żydowskich uchodźców z Niemiec.

Oficjele francuskiego reżimu Vichy bez żenady opowiadali o antysemickich motywach represji, a francuska policja organizowała deportacje. Papież Pius XII nie powiedział o Zagładzie ani słowa potępienia (choć niektórzy włoscy księża ukrywali Żydów), a słowacki rząd kierowany przez katolickiego księdza Jozefa Tiso pilnie wypełniał nazistowskie instrukcje. Nie inaczej było na Węgrzech, gdzie już pod koniec wojny wywieziono do Auschwitz większość Żydów. Rumunia w początkach wojny zaskoczyła nazistów okrucieństwem w stosunku do Żydów, by później szukać ścieżki, jak wymiksować się z wątpliwego sojuszu i ludobójstwa. Bułgaria ocaliła większość swoich obywateli żydowskiego pochodzenia, lecz nie miała żadnych skrupułów wobec Żydów z terytorium okupowanej Macedonii i Tracji. W Grecji, gdzie antysemityzm był przed wojną na porządku dziennym, znalazło się zaskakująco wielu Sprawiedliwych. Ale z wolnej od antysemityzmu Norwegii wywieziono do Terezina kilkuset mocno zasymilowanych Żydów.

Za to niemieckich sojuszników musieli mocno zadziwić Włosi, skąd nie wysłano do Auschwitz żadnego transportu, póki nie upadł reżim Duce i nie rozpoczęła się hitlerowska okupacja. W regionach okupowanych przez włoską armię – w Grecji, Chorwacji, na Lazurowym Wybrzeżu – Żydzi czuli się względnie bezpiecznie.

Rees pisze też o Polakach. We wspomnieniach ocalonych pojawiają się liczne nazwiska Sprawiedliwych, ale też rzesze szmalcowników i donosicieli. W niektórych przypadkach niegodziwcy mogli liczyć na trzecią część majątku wydanego Żyda, choć częściej zapłatą była wódka lub święty spokój.

Przykry to wniosek, lecz zorganizowana przez nazistów Zagłada nie przyniosłaby tak straszliwych rezultatów, gdyby nie pomoc – wymuszona, lecz często dobrowolna – wszystkich europejskich narodów. To – prócz opisów zorganizowanej machiny śmierci – bodaj najważniejsza lekcja płynąca z lektury „Holokaustu”.

Słowa

Myślę o liście Hitlera z 1919 r. napisanym do kumpla z wojska. Można go bez problemu umieścić w internecie między dzisiejszymi nienawistnymi wpisami. A jest ich nadzwyczaj dużo – o Żydach, ale też o imigrantach, muzułmanach, Romach, kolorowych.

Zdobią te wpisy, często pozbawione reguł gramatyki i ortografii, rodzinne zdjęcia z dziećmi na rękach, z kotkami, z pieskami, zrobione w pejzażach, gdzie swojskie polskie bloki, ale też palmy, skały Morza Egejskiego lub piaski egipskiej Hurghady i, ma się rozumieć, wakacyjne „strefy Polaka”.

Więcej – list Adolfa Hitlera należałby do wpisów łagodnych, bo przecież „całkowite usunięcie Żydów” to szept mięczaka w porównaniu ze słowami „do gazu”. Na tym również polega wartość pisarstwa Laurence’a Reesa: pokazuje, jak niewiele dzieli kilka wypowiedzianych słów od bezprzykładnej zbrodni. Zważmy, że w Niemczech, nawet kilka lat przed Holokaustem, nikt Żydów do gazu nie wysyłał. Nie było też lajków pod nienawistnymi wpisami. Królował brak reakcji na rasizm. Skończyło się śmiercią milionów.

Ma rację sir Ian Kershaw, brytyjski historyk, który po przypadkowej wizycie w Monachium porzucił badanie średniowiecza na rzecz studiów nad historią Niemiec pierwszych dekad XX w., jeden z najlepszych specjalistów od III Rzeszy i autor monumentalnej biografii Adolfa Hitlera, gdy pisze, że „Holokaust” Laurence’a Reesa winien być przeczytany przez każdego, kto szuka wyjaśnienia genezy i przebiegu Zagłady. Tematyka zmieszczona na ponad pół tysiącu stron sprawia, że nie jest to lektura na jeden wieczór, a i lepiej czytać to w ciągu dnia, bo po prostu odbiera spokojny sen. Tom swoje waży, więc nie nadaje się również do szkolnego plecaka.

Niemniej wyczerpująco przerażająca jasność wywodu, przywołanie absolutnie koniecznych cyfr i statystyk oraz oddanie głosu naocznym świadkom powodują, że „Holokaust” można potraktować jak podręcznik objaśniający, do czego prowadzą nieokiełznana nienawiść, buta, pycha oraz megalomania mająca na swoich usługach propagandę, manipulację, pseudonaukę, terror oraz zgraję – niekoniecznie liczną – prymitywnych, sadystycznych morderców. Oraz brak reakcji tzw. zwyczajniej większości, często gardzącej prymitywnością nazistowskich pałkarzy.

Z książki Laurence’a Reesa płynie nauka podstawowa: na nic zdałyby się „Mein Kampf”, hitlerowskie bojówki i antyżydowskie tyrady Goebbelsa, gdyby nie obojętność na zło i wzruszenie ramionami. Droga do Auschwitz była wybudowana przez nienawiść Hitlera i jego totumfackich, ale wybrukowana obojętnością ludzi, również tych przyzwoitych. Nie wolno zamykać oczu, gdy trzeba mieć je szeroko otwarte.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Joseph in Egypt is an American Jewish dream gone bad

Joseph in Egypt is an American Jewish dream gone bad

JOEL H. GOLOVENSKY


Joseph came to the new country destitute, without a trade, education or family, yet rose to the highest level of influence, power, wealth and fame.

WAS IT a misguided dream? / (photo credit: REUTERS)

The story of Joseph, which we have just completed in our Shabbat synagogue reading, is seen by many as the classic success story for the Jewish experience in North America.

Joseph came to the new country destitute, without a trade, education or family, yet rose to the highest level of influence, power, wealth and fame.

Like those who came to America over a century ago, Joseph wanted more than anything, to belong to the New World, to fit in.

Thus, like the Jews in America and in early 20th-century Germany, he was super-patriotic and strove to contribute far more than the expected. He didn’t just save Egypt from famine: He deliberately built and strengthened Pharaoh’s governmental authority and wealth.

Wanting so desperately to belong, Joseph scrupulously paid respect to the elite. He married into it and protected it, making sure to exempt the clergy from taxation and interference. Joseph changed his name, dressed as an Egyptian and conformed to all society’s customs and deportment. His own brothers could not recognize him, and his father could not identify his sons as Hebrews.

Yet, despite all these efforts to belong, Joseph never really made it in Egyptian society. He remained “loathsome” to many Egyptians. He could never escape being the “Hebrew.”

This was when the economy was healthy, the markets were strengthening, and the upper classes were prospering. And then came the “new king.”

If before Joseph and his brethren were publicly tolerated and privately detested, now the Hebrews were declared public enemy number one and it was open season for abuse and defilement. What happened?

Egypt had become urbanized, and the Hebrews, having left the Goshen ghetto, were dispersed throughout the land. They were very rich (because of Joseph’s preferential treatment, no doubt) and they saw themselves as Egyptians!

It was not their prior acculturation that evoked this new, government led pogrom. This had happened generations earlier. Rather, as the Bible describes their situation under the new king, there were too many Hebrews and they were ubiquitous, dispersed and everywhere assimilated among the Egyptian people. What the new king saw was not a separate group of Hebrews succeeding, but their absorption into Egyptian society freed from their label. It was their efforts to become Egyptians, to socially assimilate and to abandon their identity as Hebrews that stirred the Egyptians’ fear of perfidy and domination.

Theodore Herzl believed that it was the destitute, ghetto Jew who looked so foreign and different that excited virulent antisemitism. The story of Joseph teaches a different lesson. While the ghetto Jew is often the first to be physically attacked, the actual tripwire for the scourge is the acculturated Jews’ efforts to wholly assimilate into the fabric of society. This is when violent antisemitism breaks out in the lower classes and when sophisticated strategies of delegitimization are aggressively promoted among the more educated and cultured.

IT IS WHEN the Jews seem to be everywhere – especially within their own families – that many become unhinged from the restraints of reason, culture and common sense.

This happened in Egypt and then again in Persia, in Spain and in Germany.
A few weeks ago, my wife and I had lunch with US friends from many decades ago. Proud Jews, they came to Israel with 15 family members to celebrate their grandson’s bar mitzvah. Both of their children are intermarried, and the grandchildren seemed to identify, in part, as Jews, largely because of their grandparents.

We know the US intermarriage statistics, but now we felt it. Our friends confided that this year was the first time they were afraid to place a Hanukkah menorah in their window! They live near Silicon Valley, not exactly the boondocks. I hope their fears are exaggerated, but they are real.

Another friend told me he feels anxious when traveling in a NYC subway wearing a kippah, and that to show up there with tzitzit (ritual fringes) exposed, is to tempt fate.

Still another friend told me about hearing openly antisemitic chatter on a public bus with the driver participating.

I hope and sincerely believe that what happened to us in the past elsewhere is not happening in the US. I believe in American exceptionalism. America was founded by adherents of the Hebrew Scriptures who admired and identified with the Jews and who saw the new continent as their “promised land.” America was built as a haven for all.

America was accepting, respectful, decent. In America, People are presumed good until they prove otherwise. Jews were generally accepted as equals from the very beginning. Not in every period (the 1930s, for example), not everywhere, but consistently and broadly.

Yet the rampant assimilation and intermarriage we see today does not portend well for those Jews who remain true to their identity. Anti-Israel invective is a key tool of today’s aggression, but I think most thoughtful observers long ago concluded that opposition to a Jewish state – any Jewish state in any format, in any borders – is merely the latest formulation of the oldest hate, the same hate inflicted on the Hebrews 3,800 years ago.

As in Egypt, the Jews of America are dispersed throughout society. As in Egypt, we are seen as economically advantaged, sometimes scandalously attributed (with historical resonance) to our cunning and single-minded avarice. And as in Egypt we are assimilating on a massive scale. Not surprisingly, today as then, we are being attacked as a people, a nationality, the “nation of Israel,” and not just as a religion.

Joseph’s story in Egypt did not turn out well. It was not a dream. What is happening today in the US, within and without the American Jewish community, must awaken us all to its danger. Assimilation never ends well for us.

The writer made aliyah from the US with his family and practices law in Israel and the US. He is the founding president of the Institute for Zionist Strategies.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Yiddish Medley

Yiddish Medley

ahitune


The original 3 Cantors, Meir Finkelstein, Alberto Mizrahi and David Propis sing some “mammeloshin” in this nostalgic yiddish Medley.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


To za co ma nas sprzedać Rosji ten Izrael?

To za co ma nas sprzedać Rosji ten Izrael?

Jakub Mielnik


Benjamin Netanjahu i Władimir Putin / Źródło: Newspix.pl / ABACA

Stawka, za którą premier Netanjahu ma nas ponoć sprzedać Putinowi dramatycznie spada: była mowa o pokoju w Syrii, ugłaskaniu Iranu i setkach tysięcy rosyjskich wyborców w Izraelu. A teraz zeszło na pannicę, która próbowała przewieźć przez Rosję trochę marihuany z Indii.

Dewaluuje się nasze znaczenie dla wielkiej polityki między Rosją i Izraelem i to w zastraszającym tempie. Przynajmniej w medialnych opowieściach. Przybywa ich, im bliżej do rozpoczęcia w Jerozolimie Światowego Forum Holokaustu, organizowanego wspólnie przez szacowny Yad Vashem i mniej szacownego putinowskiego oligarchę Wiaczesława Kantora, używającego poza Rosją bardziej swojsko brzmiącego imienia Mosze. Oczywiście izraelski rząd też ma swój udział w imprezie, grupującej wielu ważnych gości, jak choćby Angela Merkel, Emanuel Macron czy Władymir Putin.

Głównym celem spotkania, jak słyszymy już od kilku tygodni, mają być haniebne targi polską godnością i prawdą historyczną. Kreml wykrzywia ją dla swoich tajemnych celów a także dla czystej satysfakcji zagrania Polakom na nosie. Wydarzenie, które Rosjanie sobie zorganizowali w Jerozolimie, zapraszając w roli widzów Niemców, po których stronie w 1939 roku do II wojny światowej przystąpili i Francuzów, których rząd w latach 40-tych wspólnie z III Rzeszą realizował plan zagłady żydowskich obywateli oświeconej Republiki urasta do rozmiarów nowego paktu Ribbentrop Mołotow, albo, nawet konferencji jałtańskiej. Krótko mówiąc, czeka nas w Jerozolimie pognębienie i upokorzenie, które skomplikuje i tak niełatwą sytuację międzynarodową wokół Polski. W roli Judasza obsadzany jest, a jakże, premier Benjamin Netanjahu, którego nie stać było, żeby wymusić na organizatorach Forum z Jad Vashem i jej sponsorze, czyli Mosze Kantorowi zgody na przyznanie polskiemu prezydentowi prawa głosu.

Stało się to pomimo podpisania przez premiera Izraela i premiera Polski, Mateusza Morawieckiego wspólnej deklaracji, stwierdzającej, że państwo polskie z Holokaustem nie miało nic wspólnego. Putin i jego akolici od dłuższego już czasu twierdzą coś innego a apogeum tego festiwalu antypolskiej propagandy ma nastąpić właśnie w Jerozolimie i to już za kilka dni. Tak na marginesie: czy to przypadek, że przebieg konferencji premier Morawiecki będzie komentował z bezpiecznej odległości Japonii, gdzie leci z oficjalną wizytą?

Wiele było już spekulacji na temat powodów, dla których Netanjahu organizuje Putinowi tak dobrze eksponowaną scenę, z której rzeczywiście mogą, choć wcale nie muszą, paść pod adresem Polski skandaliczne słowa.Izrael ma z Rosją wiele ważnych interesów: Putin trzyma za pysk Syrię, gdzie hasają przecież wrogo do Izraela i Żydów nastawieniu Irańczycy. Ma też w ręku klucz do serc ponad miliona 300 tysięcy izraelskich obywateli rosyjskiego pochodzenia, którzy II wojnę światową pamiętają tak, jak uczyli ich tego sowieccy politrucy a nie tak, jak my w Polsce ją widzimy. Ci rosyjscy Żydzi mają kluczowe znaczenie dla Netanjahu. Premier już po raz trzeci w ciągu roku rozpisuje wybory, bo nie może uciułać większości, która dałaby mu reelekcję. Izraelscy Rosjanie mogą mu to zapewnić, podobnie jak skrajne i niechętne generalnie Polsce kręgi polityczne – gra toczy się o pojedyncze mandaty w Knesecie. Bibi, jak nazywają w Izraelu Netanjahu, walczy nie tylko o reelekcję, ale i wolność, bo ciążą na nim poważne prokuratorskie zarzuty o korupcję: jak przegra wybory po raz trzeci może wylądować w więzieniu.

W takich warunkach pozwolić Putinowi popastwić się trochę nad Polakami to doprawdy niewielka cena. To się wszystko nawet jakoś trzyma kupy. Ale jeśli schodzimy na poziom telawiwskiej hipsterki, która była na tyle głupia, żeby wlec indyjskie konopie z Indii do Izraela przez Moskwę, to już doprawdy jest to intryga grubymi nićmi szyta. Każdy hipster w Tel Awiwie wie, że nie ma sensu wlec marihuany przez pół świata, skoro świetne konopie uprawiają żydowscy osadnicy, kolonizujący Zachodni Brzeg Jordanu. Jeśli więc Bibi miałby zagrać, jak mu Putin gra, dla jakiejś bezmyślnej niedojdy, to i jego polityczna przyszłość maluje się w barwach znacznie bardziej ponurych niż wizja polskiej historii, spreparowana przez kremlowskich propagandystów.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


BBC Whitewashes U.S. Refusal to Bomb Auschwitz

BBC Whitewashes U.S. Refusal to Bomb Auschwitz

Rafael Medoff


Dr. Rafael Medoff is founding director of The David S. Wyman Institute for Holocaust Studies, and the author of The Jews Should Keep Quiet: Franklin D. Roosevelt, Rabbi Stephen S. Wise, and the Holocaust, which was recently published by the Jewish Publication Society / University of Nebraska Press.


The trailer for the Bombing Auschwitz documentary

 

The new BBC documentary about the question of bombing Auschwitz deserves an award—for creative fiction. Through omissions, distortions, and “re-enactments” of conversations with imaginary dialogue inserted for effect, the BBC has made a shambles of the historical record concerning this important issue.

The film, “Bombing Auschwitz,” was broadcast in the United States by PBS on January 21 and is being screened at various venues. It purports to tell the story of what it calls the “debate” in 1944 over “one of the great moral dilemmas of the 20th century” –that is, whether to bomb the gas chambers at Auschwitz, despite the risk that some inmates might be harmed.

In fact, there was no such “debate.” There were a few individuals who privately expressed qualms. But they did so long after the Roosevelt administration had repeatedly rejected the bombing requests, on completely different grounds.

U.S. officials did not cite the danger of harming inmates when they turned down the bombing requests. That was not a consideration. The first such requests—and many of the later ones—asked for the bombing of the railways and bridges leading to the camp, and striking such targets obviously did not endanger civilians.

Rescue advocates sought those bombings because hundreds of thousands of Hungarian Jews were being deported in cattle cars across those tracks and bridges, destined for Auschwitz. Damaging the transport routes would have interrupted the mass murder process.

Remarkably, the requests and rejections concerning bombing the railways and bridges are not discussed in the film. In fact, some of the requests that were made to bomb the railways are misleadingly presented in the film as requests to “bomb Auschwitz.” The BBC has, in effect, whited-out the actual historical record, and replaced it with a distorted narrative that suits its creators’ agenda.

THE “STUDY” THAT NEVER WAS

The first requests for bombing were made in telegrams to the Roosevelt administration in June 1944 by leaders of Agudath Israel (an Orthodox group based in New York) and the Jewish Agency for Palestine, and by Roswell McClelland, a Switzerland-based official of the U.S. government’s own War Refugee Board. They named the specific rail lines and bridges between Hungary and Poland that should be targeted to disrupt the deportations.

An official of Agudath Israel, Meier Schenkolewski, also met in person, on June 19, with two senior members of President Franklin D. Roosevelt’s cabinet to plead for the bombing of the railways and bridges. Secretary of State Cordell Hull passed the buck, telling the Agudath Israel emissary to go talk to the War Department. Secretary of War Henry Stimson falsely told Schenkolewski that bombing those targets was impossible because they were “within the competence of the Russian Military Command.” In fact, American planes were already flying in the vicinity of Auschwitz, in preparation for attacks on other targets. Neither Hull nor Stimson is mentioned in the film.

Assistant Secretary of War John McCloy, acting on behalf of the administration, replied to the written requests of June 1944 and rejected them out of hand. He used nearly identical language in the rejection letters that he sent later that summer, in response to requests by other Jewish groups to bomb both the railways and the gas chambers within Auschwitz.

In his letters, McCloy did not express any concern about possibly harming the inmates of Auschwitz. He wrote that the War Department had undertaken “a study” which concluded that any such bombings were “impracticable” because they would require “the diversion of considerable air support essential to the success of our forces now engaged in decisive operations” elsewhere in Europe.

McCloy’s explanation was false. No such “study” was ever conducted. No “diversion” of airplanes would have been needed—because U.S. bombers were already striking German oil factories in the Auschwitz industrial zone, just a few miles from the gas chambers. The real reason for the rejections was the Roosevelt administration’s policy of refraining from using even the most minimal resources for humanitarian objectives, such as interrupting genocide.

McCloy’s letter, which is central to this historical episode, is not mentioned in the film. Instead, the “diversion” argument is presented as a legitimate objection—as if bombing Auschwitz really would have undermined the war effort. The entire fictional “debate” is presented to the viewer as a clash between U.S. officials who were waging the war, and semi-hysterical Jewish leaders who wanted to divert from the war effort for the sake of their narrow Jewish interests.

THE OIL WAR

Jewish leaders were aware at the time that the Allies were bombing the oil factories at Auschwitz. The co-chairman of the World Jewish Congress, Nahum Goldmann, who repeatedly met with U.S. officials to press for bombing the railways and the gas chambers, specifically cited the fact that they were already “regularly bombing the I.G. Farben factories, a few miles distant from Auschwitz.”

The “oil war,” as it was called, was no secret. On August 21, 1944, for example, a front page article in the New York Times described how “500 United States heavy bombers from Italy today…bombed the I.G. Farbenindustrie synthetic oil and rubber plant at Oswiecim in Polish Silesia.”

The fact that Oswiecim/Auschwitz also was a death camp for Jews was no secret, either. The Times itself mentioned the mass murder of Hungarian Jews in Auschwitz in news articles on June 25, July 3, and July 6. During this same period, the Jewish Telegraphic Agency —the leading international Jewish news agency—repeatedly described the mass killings that were taking place in what it called “the notorious ‘extermination camp’ at Oswiecim.”

In other words, Goldmann and his colleagues knew at the time that the “diversion” argument was false. Yet Goldmann does not appear anywhere in the BBC’s film—not among the characters quoted, not in the narration, and not in the re-enactments.

The producers preferred one of Goldmann’s subordinates, A. Leon Kubowitzki, because he proposed that Auschwitz be attacked by Allied ground troops rather than from the air. Kubowitzki was the only official of any Jewish organization who told U.S. officials he opposed bombing Auschwitz. By contrast, 30 different officials of Jewish organizations called for bombing. Yet the BBC film highlights Kubowitzki’s view, omits Goldmann, and disingenuously creates the impression that there were a few Jewish leaders in favor, and a few against.

Kubowitzki was useful to the BBC producers—but only up to a point. The fact that he also circulated proposals for bombing the railway lines and bridges leading to Auschwitz was simply omitted. That historical information would have conflicted with the film’s narrative—and when the historical record conflicts with the preconceived narrative in “Bombing Auschwitz,” apparently history must give way.

GEORGE McGOVERN’S ROLE

Just before the film was completed, a BBC producer contacted me for an interview. When the project’s extreme bias became apparent, I declined to participate. I had good reason to expect that anything I said on camera which undermined the predetermined narrative would end up on the cutting room floor. Which, as it turns out, is exactly what happened with George McGovern.

art. recommended Leon Rozenbaum
In a series of telephone conversations and email exchanges with the BBC producer, Sue Jones, I explained that there had been no “debate” over bombing Auschwitz and that the main Jewish requests that U.S. officials rejected concerned bombing the railways and bridges. I pointed out to her that young George McGovern, the future U.S. senator and Democratic presidential nominee, was one of the pilots who flew over the Auschwitz region in 1944. In a lengthy videotaped interview some years ago (with the filmmakers Haim Hecht and Stuart Erdheim), McGovern said that bombing the railways and bridges would have been feasible. He noted that Allied pilots frequently bombed railways and bridges as part of the war effort, even though they were sometimes difficult to hit.

McGovern said the “diversion” argument was just “a rationalization,” since he and other U.S. pilots were already flying over that area, and didn’t need to be diverted. “Franklin Roosevelt was a great man and he was my political hero,” McGovern added. “But I think he made two great mistakes in World War Two.” One was the internment of more than 120,000 innocent Japanese-Americans; the other was the decision “not to go after Auschwitz…God forgive us for that tragic miscalculation.”

Ms. Jones told me she had never heard of McGovern’s role—despite the fact that the interview with him had been the subject of dozens of published articles in major newspapers, and even was screened on Capitol Hill for a Congressional task force.

I sent her the link to the video. Jones feigned interest. “I’m very interested in including McGovern,” she wrote me on April 1. And: “The McGovern interview is a good watch.” Not good enough, apparently. McGovern is not mentioned even once in the film. One of the most prominent figures in recent American political history was directly involved in the events in question—and yet the BBC could not find even a few seconds to mention him. Because, of course, what he had to say would have contradicted the film’s agenda.

“The film will be entirely faithful to the history of 1944,” Sue Jones of the BBC wrote me. In truth, “Bombing Auschwitz” is entirely unfaithful to the historical record. It is faithful only to the preconceived misconceptions of its creators.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com