Archive | March 2020

Policja mundurowa odegrała smutną rolę

Policja mundurowa odegrała smutną rolę

Stanisław Obirek


Pamiętam, że przed kilku laty prof. Antony Polonsky, główny historyk Muzeum POLIN, na pytanie o wkład polskiej historiografii do światowych badań nad historią Żydów bez wahania wskazał na publikacje Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Dodał przy tym, że historykom, którzy chcą się zajmować problemami Holocaustu, zaleca naukę języka polskiego. Bez znajomości prac polskich historyków i polskich źródeł nie sposób w pełni zrozumieć, czym było to wydarzenie.

To nie jest opinia odosobniona. W grudniu 2019 roku ukazał się kolejny, już 15, tom rocznika „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”. Z oczywistych względów nie do wszystkich dotarł, nawet nie do wszystkich autorów. Ja sam ciągle na niego czekam, bo jestem z jednym z tych autorów. Mój esej, zamówiony przez redakcję, poświęciłem reakcji, a właściwie jej brakowi, polskiego Kościoła katolickiego na Holocaust. Tak więc muszę zaczekać z omówieniem tego tomu do najbliższej okazji.

Natomiast jest inny powód, by przypomnieć dorobek polskich historyków w badaniach nad Zagładą Żydów. Ukazała się właśnie w wydawnictwie Czarne książka Jana Grabowskiego Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej w kryminalnej zagładzie Żydów, która do mnie dotarła, więc mogę się podzielić kilkoma refleksjami na jej temat.

Jest to pierwsze monograficzne ujęcie historii odegranej przez polską policję (Polnische Polizei) w eksterminacji polskich Żydów w czasie drugiej wojny światowej. Niewątpliwie jest to okazja do poznania ciemnej strony, acz mało znanej, odegranej przez istotną grupę społeczeństwa polskiego. Być może jej lektura osłabi entuzjazm zwolenników państwowej polityki historycznej, a zwłaszcza ich przekonanie o niewinności całego społeczeństwa polskiego w tamtym czasie. Od razu zaznaczam, że nie jestem specjalistą od problematyki poruszanej w tej książce, a jedyne co mnie skłoniło do jej przedstawienia, jest jej unikatowy charakter i niezwykle solidny materiał dokumentacyjny wykorzystany przez autora. Często są to dokumenty, do których nikt przed nim nie dotarł.

Ale najpierw słów kilka o autorze. Jan Grabowski jest profesorem historii na Uniwersytecie w Ottawie. Studia na Wydziale Historycznym ukończył na Uniwersytecie Warszawskim w 1986 roku, doktorat obronił zaś w 1994 roku na Uniwersytecie w Montrealu — i od tamtego czasu związał się z Wydziałem Historycznym Uniwersytetu w Ottawie. Choć doktorat dotyczył historii kolonialnej Kanady (jest też autorem książki Historia Kanady wydanej w 2001 roku), to jego głównym polem zainteresowań badawczych jest historia Holocaustu, a szczególnie stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej.

Jednak nie tylko, gdyż oprócz badań stricte naukowych, profesor Grabowski bacznie obserwuje i komentuje użytek, jaki z tych badań się czyni. Szczególnie martwi go używanie i nadużywanie tych badań (a znaczenie częściej ich pomijanie) do bieżących rozgrywek politycznych i ideologicznych. Przykładem jednego i drugiego są różne aspekty działań Instytutu Pamięci Narodowej oraz rozkwit tzw. polityki historycznej.

Nie miejsce, by wymieniać wszystkie dokonania profesora Grabowskiego, więc wspomnę najważniejsze, moim zdaniem, publikacje książkowe. W 2004 roku ukazała się „Ja tego Żyda znam!” Szantażowanie Żydów w Warszawie 1939-1943,  w 2011 pojawiły się zaś dwie ważne książki: Zarys krajobrazu. Wieś polska wobec Zagłady, 1942-1945, której był współautorem i Judenjagd. Polowanie na Żydów, 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu, poświęcona powiatowi Dąbrowie Tarnowskiej. Ta druga książka w 2013 roku ukazała się również w przekładzie angielskim.

Na następną książkę przyszło czekać siedem lat. W pewnym sensie można powiedzieć, że Na posterunku stanowi zwieńczenie dotychczasowych badań. Jestem przekonany, że otworzy szeroką debatę (a w każdym razie na pewno takiej debaty nam potrzeba) na temat zróżnicowanych postaw polskiego społeczeństwa w czasie Holocaustu.

Książkę otwiera znamienny cytat z wydanej w 1988 roku, choć pisanej w czasie wojny książki Emanuel Ringelblum, Stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej. Chciałbym od niego zacząć moje omówienie, jednocześnie nieco go rozszerzyć. Otóż Grabowski cytuje taki oto fragment: „Policja mundurowa odegrała smutną rolę w akcjach wysiedleńczych. Na jej głowę spada krew setek tysięcy Żydów polskich, złapanych przy jej współudziale i zapędzanych do ‘wagonów śmierci’”.

Ciąg dalszy brzmi: „Taktyka Niemców była zazwyczaj następująca. Przy pierwszej akcji przesiedleńczej posługiwano się Żydowska Służbą Porządkową, która pod względem etycznym nie stała wyżej od polskich kolegów. Przy następnych akcjach, gdy likwidowano i Żydowska Służbą Porządkową, brano do pomocy policję polską” (Ringelblum, s. 102). Dopowiedzenie tego cytatu wydaje mi się istotne z tego względu, że w literaturze przedmiotu często jest omawiana rola żydowskich policjantów, natomiast rola PP (policji polskiej) jest niemal zupełnie pomijana. Zdarza się również porównywanie i wręcz zrównywanie ról odegranych przez te dwie grupy. Nie jest to zabieg uprawomocniony i Grabowski do tej się ustosunkowuje w zakończeniu swojej książki.

Ten cytat z Ringelbluma nie znalazł się na początku książki przypadkowo, gdyż ten kronikarz Zagłady polskich Żydów (sam zresztą ofiara denuncjacji polskiej policji kryminalnej) był jednym z najbardziej przenikliwych obserwatorów stosunków polsko-żydowskich. Jest więc książka Grabowskiego w pewnym sensie egzemplifikacją, z konieczności mało udokumentowanych (pisał w ukryciu) uwag Ringelbluma. Powinno się obie te książki czytać równocześnie, ponieważ się wzajemnie uzupełniają. Takie zestawienie wskazuje również na pominięcia w książce Grabowskiego (konieczne, bo wynikające z przyjętej metodologii i jasno określonego tematu). Jednym z nich jest niemal całkowita nieobecność Kościoła katolickiego, a zwłaszcza kleru. Tak więc jest to na pewno ważny do podjęcia temat – jak katolicy godzili swoją zbrodniczą działalność z moralnością postulowaną przez ich religię. Niemniej jednak trzeba jasno powiedzieć, że jest to studium zarówno pionierskie, jak i wytyczające nowe szlaki badawcze również przyszłym historykom. Tak naprawdę książka Grabowskiego jest dokumentacją syntetycznego stwierdzenia Ringelbluma dotyczącego roli policji granatowej odegranej w eksterminacji polskich Żydów.

Dodałbym, że nie była to rola tylko smutna, ale przerażająca. Jej poznanie, jak napisał w swojej rekomendacji profesor Marcin Zaremba, może być wstrząsem podobnym do publikacji Sąsiadów Jana Tomasza Grossa. Jego zdaniem „granatowi policjanci, wywodzący się z Policji Państwowej II RP, uczestniczyli w Holocauście. Eskortowali, wyłapywali i mordowali Żydów. Jürgen Stroop był im wdzięczny – wzięli udział w pacyfikacji powstania w getcie warszawskim”. Lektura Na posterunku w pełni potwierdza to stwierdzenie.

Książka składa się z ośmiu rozdziałów, z których pierwsze pięć omawiają tytułowe problemy w sposób chronologiczny (I Początki: wrzesień, II Pierwsze lata okupacji: jesień 1939 – jesień 1941, III Okres przejściowy: jesień 1941 – lato 1942, IV Straszny rok 1942: akcje likwidacyjne,V Judenjagd: 1942–1945) a trzy ostatnie są tematyczne (VI Warszawa, VII Udział Polskiej Policji Kryminalnej w wymordowaniu polskich Żydów, VIII O ratowaniu). Całość jest spięta jak rodzajem klamry wstępem omawiającym podstawowe założenia metodologiczne oraz zakończeniem, wskazującym na istotne ustalenia i hipotezy badacze, które udało się autorowi z nawiązką udowodnić.

Wiadomo, że żadne, nawet najbardziej szczegółowe omówienie nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z książką, której siła polega właśnie na stopniowym odsłanianiu iście diabelskiego mechanizmu wchodzenia PP we współpracę z niemieckim okupantem. Jednak ważne są nie tylko porażające czyny polskiej policji granatowej i kryminalnej, ale również mechanizmy racjonalizacji ich współpracy w zbrodniczym dziele wymordowania dziesiątek tysięcy, a może nawet (jak sugerował Ringelblum) setek tysięcy polskich obywateli żydowskiego pochodzenia.

Przywołajmy ze wstępu taki oto fragment, z którego jednoznacznie wynika, że polscy policjanci mordujący Żydów nie tylko, że nie mieli poczucia udziału w zbrodni, ale wręcz uważali, że służą narodowi polskiemu:

Nie ulega kwestii, że w oczach wielu polskich policjantów mordowanie Żydów stanowiło formę ochrony miejscowych chłopów przed terrorem okupanta, a zabójstwa tłumaczono po wojnie jako akt patriotycznego poświęcenia. Najczęściej wysuwanym argumentem było to, że wykrywszy Żydów, Niemcy mogli wymordować Polaków podejrzanych o ich ukrywanie. […] Według wielu policjantów, których spotkamy na kartach tej książki (jak i w opinii wielu ich kolegów z konspiracji), nie było jednak większej sprzeczności między mordowaniem Żydów a walką o wolną Polskę (s. 12).

Lektura poszczególnych rozdziałów utwierdza w przekonaniu, że nie były to opinie odosobnione, lecz raczej reprezentatywne dla tej grupy społecznej.

Jednym z ważnych pożytków czytania książek, opartych na dokumentach pochodzących z czasów, gdy zbrodnia się wydarzyła, jest falsyfikacja stwierdzeń, hipotez i niekiedy całych książek, niepopartych dowodami. Takich książek, często bardzo wpływowych jest wiele. Jan Grabowski wspomina np. o popularnej książce amerykańskiego historyka Daniela Jonaha Goldhagena, Gorliwi kaci Hitlera. Zwyczajni Niemcy i Holocaust, który przypisywał eksterminację Żydów szczególnemu, eliminacyjnemu charakterowi niemieckiego antysemityzmu. Grabowski stawia Goldhagenowi proste pytania:

Czy można wobec tego powiedzieć, że mordercy w niemieckich mundurach w jakiś szczególny sposób różnili się od morderców w mundurach węgierskich, rumuńskich, słowackich czy chorwackich? A czy niemieccy policjanci, mordercy Żydów, czymkolwiek różnili się od policjantów ukraińskich, litewskich lub łotewskich? Czy teoria o niemieckim „antysemityzmie eliminującym” może nam wyjaśnić, dlaczego tysiące Litwinów, Ukraińców czy Polaków, zwykłych ludzi, włączyło się w rabowanie i mordowanie swoich żydowskich sąsiadów? (s. 109).

Wobec niewygodnego pytania staje również bardzo ceniony w Polsce autor książki Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie Timothy Snyder, a zwłaszcza jego twierdzenie, że „ludność terenów wschodnich, w latach 1939–1941 znajdujących się pod okupacją sowiecką, przyłączyła się do procesu eksterminacji o wiele bardziej ochoczo niż ludność polska na zachodzie”.

Nie muszę dodawać, że to stwierdzenie amerykańskiego autora bestselerów historycznych trafiło na szczególnie chętne ucho w Polsce, gdzie jest traktowany z wielkim nabożeństwem jak „mistrz historyków”. Snyder usłyszy krótki komentarz, że „amerykański historyk jest w błędzie” (s. 111). Po prostu dokumenty opisujący stan faktyczny przemawiają w sposób jednoznaczny i nie pozwalają traktować polskich zbrodniarzy inaczej niż litewskich czy ukraińskich, a nawet niemieckich.

Oczywiście Jan Grabowski nie tylko przytacza porażające dokumenty z epoki, kreśli krótki zwięzłe portrety zbrodniarzy, którymi się stawali „zwykli ludzie”. Owszem zrozumienie ich motywów jest jednym z najważniejszych wyzwań poznawczych, przed jakimi staje historyk. Stawiał je już jeden z najpoważniejszych badaczy tego problemu Christopher Browning, w książce Zwykli ludzie: 101. Policyjny Batalion Rezerwy i „ostateczne rozwiązanie” w Polsce, do której Grabowski zresztą nawiązuje. Pytania Browninga autor Na posterunku czyni swoimi: „Jednym z najtrudniejszych wyzwań stojących przed historykiem Zagłady jest próba opisania mechanizmów, które doprowadziły do tego, że normalni, dalecy od fanatyzmu i ideologicznego zaślepienia ludzie przeistoczyli się w zbrodniarzy gotowych wykonywać najbardziej nieludzkie polecenia przełożonych” (s. 107). Nie kusi się przy tym o łatwe odpowiedzi, raczej stawia pytania.

Co więcej, wskazuje na dodatkowe okoliczności obciążające „zwykłych współpracowników” nazistów z okupowanych krajów:

Wiadomo, że policjanci, żołnierze i cywile wielu różnych narodowości włączyli się w niemiecki plan eksterminacji Żydów bez zwłoki, często z entuzjazmem, a na pewno bez większych oporów. Co więcej, w odróżnieniu od policjantów niemieckich, którzy mordowali nieznanych sobie ludzi daleko od domu, policjanci ukraińscy czy polscy mordowali swoich współobywateli, sąsiadów, niejednokrotnie kolegów i koleżanki z klasy, z podwórka, ze szkoły (s. 110).

To nie są gołosłowne stwierdzenia, potwierdza je obfity materiał dowodowy.

Jan Grabowski jest oszczędny w komentarzach odautorskich. Pozwala mówić dokumentom, wspomnieniom, sprawozdaniom. Książka jest też wzbogacona licznymi fotografiami omawianych dokumentów, zdjęciami niektórych jej bohaterów. Właśnie ta oszczędność stanowi o jej sile. Przywołuje na pamięć słynną książkę Victora Klemperera LTI, w której niemiecki filolog dokumentuje stopniową korozję języka, jakim posługiwali się naziści. Podobną korozję, tym razem moralną, polskiej policji obserwujemy w kolejnych rozdziałach Na posterunku. Co więcej, z powojennych procesów i prób rehabilitacji zbrodniczych działań wyłania się obraz społeczności lokalnych, które niejednokrotnie były gotowe „wystawiać dowody moralności i patriotycznych postaw” mordercom Żydów.

Jedną z najboleśniejszych strat (jeśli w ogóle takie stopniowanie ma sens) była niewątpliwie śmierć kronikarza stosunków polsko-żydowskich Emanuela Ringelbluma, który zginął wskutek donosu. Do tej pory nie wiedzieliśmy, że „główna zasługa” w dekonspiracji kryjówki, w której się ukrywał razem z grupą kilkudziesięciu innych Żydów, to dzieło polskiej Policji Kryminalnej „Jednak ani świadkowie, ani ofiary, ani oficer milicji prowadzący po wojnie dochodzenie nie mieli pojęcia, że wpadka bunkra »Krysia« oraz śmierć jego mieszkańców były przede wszystkim bezpośrednim wynikiem działań Polnische Kriminalpolizei” (s. 320).

Warto przy okazji dodać, że bez współpracy lokalnej policji i licznych donosicieli (tak było również we Francji) Niemcy nie byliby w stanie zidentyfikować zasymilowanych Żydów ukrywających się po aryjskiej stronie. W tym procesie „zasługi” policji i jej współpracowników są wręcz nie do przecenienia.

Właśnie dlatego szczególnie uważnej lektury wymaga ostatni rozdział książki Na posterunku poświęcony ratowaniu Żydów. Jak wiadomo, właśnie wokół tej problematyki narosło w ostatnich latach szczególnie wiele inicjatyw, sponsorowanych choćby przez Instytut Pamięci Narodowej, placówki dyplomatyczne na całym świecie, a nawet przez redemptorystę Tadeusza Rydzyka. Trudno się oprzeć wrażeniu, że te rozliczne inicjatywy pojawiły się jako próba dania odporu niewygodnym opracowaniom historycznym, z których wyłania się polskie społeczeństwo równie skłonne do postaw bohaterskich, jak i do zachowań nikczemnych.

Jak pisze Grabowski: „Mit narodowej niewinności w czasie okupacji cieszy się w Polsce ogromną i wciąż rosnącą popularnością. Jego istotną częścią jest przekonanie o powszechności altruistycznych postaw wobec Żydów w polskim społeczeństwie”. Historyk dodaje: „To przekonanie jest dowodem potęgi mitu, który ma dość wątłe zakorzenienie w faktach – co starałem się wykazać na stronach tej książki” (s. 352). Ale przecież nie chodzi o tak bardzo piętnowaną przez zwolenników polityki historycznej „pedagogikę wstydu” tylko o poznanie prawdy i wyciągnięcie z niej właściwych wniosków.

rekomendował: Leon Rozenbaum
Dopiero poznana prawda o całym spektrum zachowań policji granatowej umożliwia w pełni docenienie heroicznych postawa nielicznych jej przedstawicieli. Właśnie taka jest rola tego ostatniego rozdziału przypominającego nielicznych sprawiedliwych wśród narodów świata, których nie zabrakło również w środowisku policji granatowej. Jak pisze Grabowski:

To oczywiście nie oznacza, że wśród polskich policjantów nie zdarzały się jednostki wyjątkowe, które wiedzione różnymi motywacjami, jednak pomocy Żydom udzieliły. Owszem tacy byli, ale było to właśnie jednostki: „spośród niespełna dwudziestu tysięcy polskich funkcjonariuszy, którzy przewinęli się przez szeregi policji granatowej i kryminalnej w czasie wojny, odznaczenia Sprawiedliwych wśród Narodów Świata przyznano zaledwie garstce. Dokładnie rzecz biorąc – piętnastu. (s. 354).

Oczywiście ten problem nie dotyczy tylko omawianej w książce grupy policji granatowej i kryminalnej, ale wszystkich grup społecznych.

Słusznie jesteśmy dumni z tysięcy drzewek upamiętniających heroiczne postawy Polaków ratujących Żydów w czasie drugiej wojny światowej. Jednak powinniśmy zachować właściwe proporcje.

Nie sposób nie zgodzić się z taką oto uwagą: „Upamiętnianie ludzi ratujących Żydów dokonuje się dziś często w imię trywialnie i płytko pojętego patriotyzmu lub też w imię obrony źle rozumianego »dobrego imienia narodu«. Jeżeli jednak chcemy zrozumieć, dlaczego niesienie pomocy Żydom podczas okupacji było tak bardzo niebezpieczne, to nie musimy sięgać dalej niż po garść przykładów z życia granatowych policjantów, którzy znajdując się w samym jądrze ciemności, zdecydowali się nieść pomoc ginącym” (s. 374).

Ocena końcowa całej formacji policji granatowej musi być jednoznacznie negatywna. Taka jest po prostu nieubłagana wymowa zgromadzonych dowodów, która stanowią, o czym warto pamiętać, tylko niewielką ich część, gdyż większość została świadomie zniszczona. Właśnie po to, by nie pozostawić dowodów. Na szczęście te okruchy, do których udało się dotrzeć historykowi, nie pozostawiają wątpliwości: „Te organizacje, utworzone i dowodzone przez Niemców, lecz złożone w ogromnej większości z przedwojennych polskich policjantów, przeistoczyły się w zbrodnicze formacje, które stały się jednym z ważniejszych elementów strategii »ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej« w Polsce” (376).

Może jeszcze słowo na temat motywów, jakimi się kierowali polscy mordercy Żydów. Jak pamiętamy, we wstępie Jan Grabowski wspomniał o ich racjonalizacji i przeświadczeniu, że tak naprawdę służyli polskiej racji stanu. Po lekturze całości otrzymujemy obraz znacznie bardziej zniuansowany:

W wypadku polskich policjantów i polskich strażaków (oraz, jak sądzę, litewskich ochotników) mordy dokonywane na Żydach miały głębsze korzenie. Zabójstwa popełniane często bez emocji, niejako automatycznie były możliwe dzięki głębokiej, dobrze zakorzenionej nienawiści, która wzrastała na pożywce antysemityzmu, od wieków podsycanego przez Kościół katolicki oraz indoktrynację nacjonalistyczną, przybierającą na sile od początku XX wieku. Chciwość i żądza grabieży miały więc niewątpliwy wpływ na kształtowanie postaw, ale w wypadku Polaków, morderców swoich żydowskich sąsiadów, nie były to czynniki o zasadniczym znaczeniu (s. 377).

Komentarz jest tu całkowicie zbędny.

I jeszcze istotne w zakończeniu uporządkowanie terminologiczne. Czy w naprawdę można polską policję porównać z policją żydowską, jak to się zdarza nagminnie zwolennikom polityki historycznej? Otóż nie można, a powód jest prosty:

Czyż można porównywać ofiary z katami? Koniec końców prawie wszyscy żydowscy policjanci podzielili los Żydów, których najpierw musieli nadzorować. Niektórzy przeżyli ich o dzień, inni o kilka tygodni (aż do uprzątnięcia zlikwidowanych gett), a potem również poszli na śmierć. Ich wyborów w żaden sposób nie można porównać z wyborami polskich funkcjonariuszy. (s. 386).

Pozostaje mi życzyć nie tyle miłej lektury, ile raczej wzięcia sobie do serca tej prawdy o nas samych, jaka się z książki Na posterunku wyłania. To najlepszy środek na uleczenie megalomanii narodowej.


Stanisław Obirek – Profesor Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita. Ur. 1956


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Argentina’s first Jewish coronavirus death is cremated, sparks controversy

Argentina’s first Jewish coronavirus death is cremated, sparks controversy

JTA STAFF


Cremation of the dead is not allowed under religious Jewish law.

Old part of the Jewish cemetery of La Tablada, in the province of Buenos Aires, Argentina / (photo credit: WIKIMEDIA COMMONS/DARIO ALPERN)

Despite protests from a Jewish community in northeastern Argentina, the first Jewish victim of the coronavirus in Argentina was cremated by local authorities, causing controversy and sparking concern among other Jewish communities throughout the country.

Cremation of the dead is not allowed under religious Jewish law.

Ruben Bercovich, a 59-year-old businessman and father of three, passed away on Thursday in Resistencia, the capital of the northern Chaco province.

Bercovich, owner of the BercoMat construction materials company, had returned to Argentina on March 9 after a trip to the United States.

His death and subsequent cremation has started a dialogue between Argentine rabbis and officials over a possible compromise to uphold Jewish law.

Authorities said the cremation was the best practice to avoid further spread of the disease.

Rabbis and officials have already compromised on leaving open mikvahs, or Jewish ritual baths. Those who wish to use one correspond with the government and get a code to enter once they are deemed healthy enough.
Bercovich was active in Jewish institutions in the Chaco community and represented Argentina in golf in global Maccabiah Games events.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Antisemitic Broadcaster: COVID-19 Blamed on Jews for Not Following Jesus

Antisemitic Broadcaster: COVID-19 Blamed on Jews for Not Following Jesus

Jackson Richman / JNS.org


Rick Wiles hosts an antisemitic and racist talk show on the far right ‘TruNews’ website. Photo: Screenshot.

Antisemitic and conspiracy broadcaster and Christian pastor Rick Wiles said on Wednesday that the coronavirus outbreak is spreading to synagogues, and is a punishment from God because Jews don’t follow Jesus.

“Stay out of those things, there’s a plague in them. God’s dealing with false religions,” he said on Wednesday night on TruNews, which he founded. “God’s dealing with people who oppose his son, Jesus Christ. He’s dealing with the forces of Antichrist. And there’s a plague moving upon the earth right now, and the people that are going into the synagogues are coming out of the synagogues with the virus.”

“It’s spreading in Israel through the synagogues,” he continued, before blaming the Jewish state’s prime minister, Benjamin Netanyahu, and the Anti-Defamation League.

“Let me tell you Mr. Netanyahu, let me tell you ADL: God. God is spreading it in your synagogues. You’re under judgment because you oppose his son, the Lord Jesus Christ.”

The ADL condemned the comments.

“This is classic antisemitism mixed with religious triumphalism. It is unsurprising coming from Pastor Rick Wiles, whose ‘news’ outlet is a primary source for outrageous antisemitic conspiracy theories,” ADL CEO and National Director Jonathan Greenblatt told JNS. “As we note in our report ‘Antisemitism Uncovered,’ the belief that Jewish people are cursed goes back to the Middle Ages and the Inquisition. It is backward thinking and has no place in America in 2020.”

Wiles also claimed that the COVID-19 outbreak in the United States “started” earlier this month at the AIPAC Policy Conference in Washington, DC.

While a number of people who attended the conference were later diagnosed with virus, both the first case and outbreak in the United States were reported in Washington state. The pandemic started in Wuhan, China.

Wiles has a history of making antisemitic remarks, including blaming the so-called “Jewish mafia” and “Jewish lobby” and calling Jews “deceivers” and “domestic enemies.”

In November, Wiles called the effort to impeach US President Donald Trump a “Jew coup.”

TruNews was granted press credentials by the Trump administration to cover the World Economic Forum in January in Davos, Switzerland. Senators and the White House Correspondents’ Association, which consists of and represents reporters covering 1600 Pennsylvania Avenue, have sought answers from the White House as to why the outlet was approved.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Państwo polskie przeciw Ukraińcom

“Będziemy wam szmatami gęby zatykać za waszą mowę”. Państwo polskie przeciw Ukraińcom

Anna Richter


Łosiatyn, województwo wołyńskie), lata 30. Osadnicy wojskowi (Fot. Jerzy Konrad Maciejewski / Ośrodek KARTA)

“Z tamtego czasu zachowałem taką kliszę: ojca purpurowego na twarzy i krzyczącego, choć nie wolno mu się było denerwować. Przerażony słuchałem, jak przepowiada, że nas tu Rusini bez cienia litości wyrżną, że nam tego nigdy nie zapomną”.

*

W latach 30. rzeczywistość autorytarna zdawała się przesądzona. Po śmierci Józefa Piłsudskiego tendencja ta zaostrzyła się jeszcze i skrajnie zdegenerowała. Projekty asymilacji państwowej Ukraińców – przy zachowaniu ich odrębności narodowej, językowej, kulturalnej – zostały wyparte przez koncepcje nacjonalistyczne. Eksperyment wołyński Henryka Józewskiego, który w tym województwie, odgraniczonym kordonem sokalskim od wpływów politycznych z radykalnej Galicji, wsparł ukraińskie życie kulturalne, oświatę, stowarzyszenia, został zamknięty. Nowy wojewoda Aleksander Hauke-Nowak postawił na intensyfikację osadnictwa i polonizacji.

Polityka antyukraińska przyjęła postać akcji wymierzonej przeciw prawosławiu, która swoje apogeum osiągnęła latem 1938. Miała zminimalizować wpływy Cerkwi, kojarzonej z rosyjskim imperializmem, ale też wzmacnianiem odrębności narodowej Ukraińców. Cerkwie poddawano „rewindykacji”.

Ppłk Mieczysław Wężyk, były prezydent Łucka, do ministra spraw wojskowych Tadeusza Kasprzyckiego, Warszawa, 3 grudnia 1936 r.:

Moim zdaniem polska racja stanu w województwach wschodnich bazuje na miastach, dworach i kościołach. Bez Lwowa i Wilna, bez polskiego ziemiaństwa i kościołów w województwach wschodnich bylibyśmy tylko okupantami, ponieważ wieś nie jest polska.

Jeśli chcemy budować Polskę w województwach wschodnich, powinniśmy tam wzmacniać miasta, dwory i kościoły, a jednocześnie rozbudowywać przemysł, sprowadzając w tym celu robotników z zachodu, i opanowywać handel, obsadzając go polskim kupiectwem. Parcelacja majątków polskich jest dopuszczalna tylko w takich warunkach, aby polską kulturę dworu zastąpiła polska kultura wsi – przez zakładanie na parcelowanych terenach polskich gospodarstw wzorowych wysoko uprzemysłowionych (jak czeskie i niemieckie na Wołyniu). [3]

Gen. Bruno Olbrycht, dowódca 3. Dywizji Piechoty Legionów, w podstawowych wytycznych do polonizacji Chełmszczyzny, 20 stycznia 1938 r.:

A) Wszyscy prawosławni Chełmszczyzny są zruszczonymi Polakami, którzy przez ucisk zaborców odpadli od polskości. Prawosławnych, mówiących po polsku i podających się za Polaków traktować należy jak Polaków i prowadzić robotę pod kątem rewindykacji wyznaniowej. (…)

B) Akcję polonizacyjną w stosunku do prawosławnych, przywiązanych do religii prawosławnej oraz do Polaków podających się za Rusinów prowadzić należy nie pod kątem rewindykacji wyznaniowej, lecz pod kątem polonizacji prawosławia, albowiem wyznaniowe podejście do ludności prawosławnej może z miejsca zrazić ludzi, którzy w tym wyznaniu wyrośli i do niego się przywiązali. (…)

Pińsk, lata 20. XX w. Targ na Pinie Fot. Ośrodek KARTA

C) Przy polonizacji Cerkwi prawosławnej należy osiągnąć, by kazania były wygłaszane w języku polskim, by religia była uczona po polsku, by duchowny zwracał się w mowie potocznej do otoczenia po polsku. Samo zaś odprawianie nabożeństw ma odbywać się w języku starocerkiewnym, tak jak w obrządku rzymskokatolickim po łacinie. [4]

Gen. Bruno Olbrycht do ministra spraw wojskowych w Warszawie, Zamość, 6 marca 1938 r.:

Stwierdzam kategorycznie, że Cerkiew prawosławna na Chełmszczyźnie jest instytucją rusyfikacyjną i jej wpływ, jak również rozrost musi być absolutnie zahamowany. Jest to jednozgodny głos władz i ludności bez względu na zapatrywania polityczne. W tym celu należy jak najszybciej zrobić następujące pociągnięcia:

1) Rząd polski musi zmusić Cerkiew prawosławną na terenie Chełmszczyzny (tak samo Podlasia), by kazania i modły z wyjątkiem mszy świętej oraz mowa potoczna były tylko w języku polskim. Wszak nie powinno to przedstawiać żadnej trudności, gdyż Cerkiew ta jest utrzymywana za polskie pieniądze i Rosja się za nią nie ujmie. (…)

3) Należy natychmiast rozebrać i częściowo przekazać Kościołowi katolickiemu 54 cerkwie zamknięte i stojące pustką, gdyż są one czynnikiem agitacji antypaństwowej – tak dla popów, jak i dla komunistów. [3]

Polanka (koło Krosna), 19 marca 1935 r. Uroczystość z okazji imienin marszałka Józefa Piłsudskiegow ukraińskiej szkole powszechnej Fot. NAC

Płk Marian Turkowski, kierownik akcji rewindykacyjnej na Chełmszczyźnie, do powiatowych kierowników akcji, Zamość, 27 maja 1938 r.:

21 maja 1938 objąłem kierownictwo akcji rewindykacyjnej na Chełmszczyźnie od p. gen. Olbrychta. (…) Ustalam:

(…) Akcję przeciw duchownym prawosławnym należy prowadzić w ten sposób, że ostrze działalności skierować przeciw duchownym prawosławnym nieoficjalnym, prowadzącym robotę przeciwpolską.

a) Nie występować przeciwko ludności prawosławnej, a zaznaczać w sposób zdecydowany i wyraźny, że nie występuje się przeciw prawosławnym jako takim, lecz przeciw rusyfikacyjnej akcji ich duchowieństwa. W związku z tym prawosławnych o stwierdzonym nastawieniu polskim przyjmować do organizacji polskich.

b) W działalności przeciw duchownym prawosławnym unikać aktów, które by, rozdmuchane przez popów, mogły robić z nich wobec ludności męczenników za wiarę. Niemniej akcja społeczeństwa winna obrzydzić im pobyt w terenie i zmusić przez to do usunięcia się z niego, względnie z prowadzonej przez siebie przeciwpolskiej działalności. W najbliższym czasie wyjdą z góry w tym kierunku zasadnicze pociągnięcia. [3]

Płk Marian Turkowski do powiatowych kierowników akcji rewindykacyjnej, Zamość, 5 czerwca 1938 r.:

W związku z rozpoczęciem przez władze administracyjne akcji usuwania z terenu popów nieetatowych należy tę akcję jak najsilniej poprzeć poprzez obrzydzanie popom życia w terenie aż do osobistego sekowania. (…)

Zaznaczam, że należy wstrzymać się jeszcze ze stosowaniem radykalnych sposobów, jak palenie cerkwi itp.

Będzie to mogło być stosowane już tylko jako sposób ostateczny, przy czym zaznaczam, że wojskowi nie mogą być w żaden sposób wciągnięci do tej akcji. [1]

Eustachy Świeżawski, właściciel majątku Gołębie (powiat hrubieszowski):

Tylko ja jeden w tej wsi miałem telefon. Wieś prawie czysto ukraińska, pięć rodzin polskich, leżała w szerokiej dolinie Bugu. (…) Pracowałem w moim gabinecie, gdy gwar głosów za oknem kazał mi wstać od biurka i przejść przez sień do drzwi wejściowych. Kilkunastu moich sąsiadów, chłopów ukraińskich, stało przed schodami. Zaproszeni przeze mnie wypełnili gabinet. Oczy ich, przerażone, niepewne, a zarazem jakby czegoś wyczekujące skierowały się na czarny sprzęt, wiszący na ścianie: telefon.

– W jakiej sprawie? – spytałem.

– Policja przyjechała do wsi – odpowiedział głosem jakby trochę zdyszanym i schrypniętym stary Pańko Gurskij, dawny ławnik, piękny, postawny chłop o szarych oczach, ciemnym, krótkim wąsie, a mlecznobiałej, kędzierzawej czuprynie.

– Przyjechali awtami, przywieźli drabiny jak strażackie, haki; no i karabiny maszynowe mają. Mówią, że cerkwu naszu mają rozkaz rozwalić. Panie, czy to może być?! Wy macie telefon, znacie się z panem starostą, zapytajcie go, co to znaczy. (…)

Połączenie otrzymałem szybko; rozmowa była krótka. Starosta potwierdził wiadomość. Wczoraj, mówił, rozebrała policja już kilka cerkwi, to idzie prędko, mają dobrych fachowców; dzisiaj kolej na waszą wieś i kilka sąsiednich. (…) Na moją uwagę, że cerkiew w naszej wsi pozostaje pod opieką konserwatora jako zabytek budownictwa drewnianego z końca XVII wieku odpowiedział, że niestety to jej nie ocali. Ubolewał nad tym, jego zdaniem, nieprzemyślanym rozkazem, ale rozkaz jest, rozkaz z województwa, rozkaz do pilnego wykonania – musi go szybko wykonać. (…)

Szła cała wieś. (…) Wiedzieli, że jestem katolikiem, że kieruję Akcją Katolicką w powiecie, ale czuli, że łączy mnie z nimi i chrześcijaństwo (…), i wreszcie stary duch tej wspólnej ziemi, duch Rzeczypospolitej. (…)

Cerkiew była otoczona szeregiem ludzi w granatowych mundurach. Dwa karabiny maszynowe groziły tym, którzy chcieliby ich czynnościom przeszkodzić. Długie drabiny stały oparte o szare, modrzewiowe ściany, a na omszałym gontowym dachu uwijali się ludzie z siekierami, odbijając krokwie i zakładając mocne, grube liny. Tłum zbierał się wokół, gęstniał – stał milczący.

Ludzie z dachu zsunęli się po drabinie i odstawili je. Końce zwisających spod okapów lin przymocowali do samochodów. Motory zawarczały na pełnym gazie. Rozrywane wiązania starych zrębów zatrzeszczały, załamały się z hukiem, ściany zachwiały się. Ale nim runęły, padł na kolana tłum i jęk przeciągły, szloch i zawodzenie zagłuszyły grzmot walącego się na stos belek dachu.

Piękne rajskie wrota z lipowego drzewa, oryginalne dzieło miejscowych snycerzy z XVIII wieku, malowane i złocone, leżały połamane. Tłum klęczał, modląc się i płacząc.

Ludzie w granatowych mundurach i ci z siekierami zabierali karabiny maszynowe, narzędzia, liny, składali drabiny i wsiadali do samochodów. Odjeżdżali, by dalej wypełniać rozkazy. [4]

Towarzystwo Rozwoju Ziem Wschodnich do kierownika akcji rewindykacyjnej w Zamościu, Tomaszów Lubelski, 30 czerwca 1938 r.:

Rozbiórki na ogół odbywały się spokojnie i bez przeszkód. Jedynie w Żabczu ludność nie chciała dopuścić do rozbiórki, lecz policja wszelkie przeszkody usunęła i cerkiew została rozebrana. Jeśli chodzi o głosy, to są różne. Jedni mówią, że tak powinno być. Za ruskiego burzyły kościoły i za polskiego cerkwie. Drudzy solidaryzują się całkowicie, mówiąc, że jak miały stać zamknięte, to lepiej, że je rozebrali. (…) U ludności prawosławnej wyczuwa się nienawiść i wzburzenie, które nie przejawia się w manifestacjach lub wystąpieniach oficjalnych, a tylko pomiędzy sobą. Rozbiórki powyższe wpłynęły dodatnio na Polaków, a przygniatająco na Rusinów. Słyszałem od poważnych gospodarzy prawosławnych głosy rezygnacji i podporządkowania się. Niechby się to wszystko skończyło i nastąpiła zgoda i jedność. Przy lekkim nacisku wielu zmieniłoby wyznanie z ulgą i zadowoleniem. [1]

Kpt. Piotr Pełka, kierownik referatu Dowództwa Okręgu Korpusu II, do szefa Oddziału II Sztabu Generalnego w Warszawie, Lublin, 11 lipca 1938 r.:

Dotychczas rozebrane zostały cerkwie prawosławne w następujących powiatach: tomaszowskim 23 cerkwi, hrubieszowskim 15, chełmskim 10, biłgorajskim 1.

Do rozbierania cerkwi używana jest młodzież polska, przeważnie spośród członków miejscowych oddziałów straży ogniowej.

Ludność prawosławna wspomnianych wiosek nie stawia oporu przy rozbieraniu cerkwi, jest jednak oburzona na władze polskie, lecz wyraz oburzenia daje tylko w rozmowach między sobą. [3]

Nina Łuciuk, mieszkanka Międzylesia (powiat bialski):

Przyjechały samochody. Wyskoczyli z nich policjanci. Otoczyli plac cerkiewny. Ludzie ze wsi i okolic przybiegli pod cerkiew. Ale gdzie tam, do cerkwi podejść nie można było. Tego, kto się odważył, bito nahajkami. Podeszliśmy do wójta z Matiaszówki. Jego ojciec był prawosławny, on już – rzymski katolik. „Wójcie – mówimy do niego – ratujcie naszą cerkiew”. A on tylko mrugnął do policji.

Zaraz jedna ze starszych kobiet tak dostała nahajem, że aż jej koszula pękła na plecach. No i wyrzucili wszystko z cerkwi – czaszę, ikony, mój Boże!

Taka obraza boska! Potem rozcięli cerkiew na cztery części. A była nasza cerkiew piękna, drewno pięciocalowe, smolne. Na dachu blacha. Więc tam wskoczyli. Blachę zerwali, na ziemię zrzucili. To samo zrobili z dzwonnicą. Lud płacze. Jedni rozmawiają, inni krzyczą. Wszystko w naszym, miejscowym języku. A policjanci do nas: „Będziemy wam szmatami gęby zatykać za taką waszą mowę”. A my do nich: „Kto wie, może nie zdążycie”. [1]

Iwan Korowicki, nauczyciel akademicki, powiat bialski, 15 lipca 1938 r.:

Zburzono cerkiew w Międzylesiu. Ludzie domyślali się tego jeszcze w przeddzień, gdy rozebrano cerkiew w niedalekim Zahorowie. Zeszli się ludzie, powynosili i pochowali niektóre cenniejsze rzeczy. Zdejmując dzwony kupione kilka miesięcy wcześniej, trzykrotnie na pożegnanie uderzyli w wielki dzwon. Zebrani zaczęli płakać i całą noc nie opuszczali swojej świątyni. I całą noc we wsi, czując nieszczęście, wyły psy. Rano o godzinie siódmej na ośmiu ciężarowych samochodach do wsi przyjechali policjanci i robotnicy Polacy. Policja zaczęła gumowymi pałkami rozganiać ludność i gęsto otoczyła cerkiew. Wójt zaczął szukać duchownego, który ukrył się w sąsiedniej wsi. Robotnicy zaczęli zdzierać dach, łamać i wyrzucać z cerkwi ikony i ikonostas. Około godziny dwunastej przewrócili wielką banię [kopułę], potem zaczęli piłami rozcinać z góry do dołu ściany cerkwi i rozciągać je sznurami. Około godziny trzeciej w nocy, skończywszy swą kainową pracę, policja i robotnicy odjechali. [4]

Z memorandum Soboru Biskupów Świętego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego w Polsce do najwyższych władz RP, Warszawa, 16 lipca 1938 r.:

Jeszcze tak niedawno nikomu nie mogło przyjść do głowy, że tak bliski jest srogi i niezasłużony cios, który spadnie na świątynie chrześcijańskie w kraju chrześcijańskim, a który można przyrównać do tego, co dzieje się w krajach bezbożniczych.

I za co to? W imię czego dopuszczono się u nas takiego okrucieństwa i niesprawiedliwości?

Przecież na Lubelszczyźnie spokojnie zamieszkuje 250 tysięcy najlojalniejszych prawosławnych obywateli polskich, których przodkowie od wieków byli prawosławni, a oni sami swoją lojalnością, swym zrozumieniem niezbędności pokojowego współżycia z obywatelami innych wyznań w Polsce zasługują na lepszą dolę i inny stosunek do swych najistotniejszych potrzeb, a szczególnie potrzeb duchowych. [3]

Poseł Stefan Baran (UNDO) w interpelacji do premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego, Warszawa, 21 lipca 1938 r.:

W poniedziałek 4 lipca rano zjawił się koło cerkwi w Łaszczowie wójt gminy Kazimierz Chmiel w asyście licznego oddziału policji państwowej z psem policyjnym oraz robotników Polaków z okolicznych miejscowości i od razu przystąpiono do burzenia cerkwi, jedynej świątyni prawosławnej na całą okolicę z kilkoma tysiącami wiernych prawosławnych. Na widok burzenia cerkwi zbiegła się w ilości kilkuset ludzi miejscowa ukraińska ludność prawosławna. Przybiegły małe dzieci, przyszli i starcy nad grobem, zjawiła się młodzież, kobiety i mężczyźni. Rozległ się straszny płacz i lament wśród zebranych prawosławnych.

Wówczas policja państwowa puściła psa swego na małe dzieci, a starszych zaczęła bić pałkami gumowymi i okładać kolbami karabinów, starając się odpędzić ich od cerkwi.

Wielu ludzi wtedy pobito. Policja utworzyła wokół kordon i asystowała przez cały czas burzenia cerkwi trwający trzy dni.

Miejscowa ukraińska ludność prawosławna była oczywiście bezsilna wobec licznego uzbrojonego oddziału policyjnego i tylko głośnym płaczem i szlochaniem protestowała przeciw burzeniu swej cerkwi. [2]

Stanisław Cat-Mackiewicz w „Słowie”, Wilno, 31 lipca 1938 r.:

Ciśnie się na usta pytanie: Po co to było potrzebne? (…) Ponieważ w Polsce zamieszkuje 3.762.500 prawosławnych, więc ten fakt, że Cerkiew i jej hierarchowie, nie mając podtrzymania od bolszewików, nie mając oparcia u Ukraińców czy separatystów białoruskich, uzależniali się coraz bardziej od naszych rządów, był dla nas faktem pomyślnym i trzeba było upaść na głowę, aby się tego atutu pozbyć przez ukrainizację względnie białorutenizację tej Cerkwi.

Jednak tośmy zrobili. Jakie są teraz skutki ostatniego wyczynu rozumu państwowego?

Oto po zburzeniu 114 cerkwi:

1) Metropolita Dionizy, ten ultralojalny metropolita Dionizy, wydał z innymi archijerejami prawosławnymi list pasterski, który uległ konfiskacie. Trzeba było istotnie kunsztu, aby takiego zdecydowanego ugodowca jak Dionizy pchnąć do roli biskupa Krasińskiego czy Hryniewieckiego.

2) Ukraińcy i Rosjanie – którzy dotychczas byli między sobą na noże – pogodzili się i idą razem w obronie Cerkwi prawosławnej, wołając głośno o jej prześladowaniu. Niech sobie kto chce z publicystów polskich napisze, że to oskarżenie o prześladowanie jest niesłuszne – ja tego nie napiszę! [4]

Ze sprawozdania sytuacyjnego wojewody lubelskiego Jerzego de Tramecourt, Lublin, sierpień 1938 r.:

Straszy się ludność, że władze państwowe zarządzą zabranie z cerkwi obrazów, że cmentarze zostaną zaorane, a zwłoki przeniesione na jeden wspólny cmentarz, że rząd sowiecki ma interweniować u Rządu polskiego z powodu zburzonych świątyń, że Rząd będzie musiał odbudować zlikwidowane cerkwie, że sprawą cerkwi interesują się też inne państwa, głównie Niemcy, że w razie wojny sprawa cerkwi będzie wysunięta na pierwszy plan przez Ukraińców. [4]

Mjr J. Szymański w imieniu naczelnika Wydziału Społeczno-Politycznego Urzędu Wojewódzkiego do starostów powiatowych i starosty grodzkiego w Lublinie, Lublin, 1 września 1938 r.:

Urząd Wojewódzki komunikuje, iż Pan Premier i Minister Spraw Wewnętrznych [Felicjan Sławoj Składkowski] uznał sprawę likwidacji pewnych obiektów prawosławnych na terenie wschodnich powiatów w województwie lubelskim za dotyczącą najbardziej istotnych potrzeb państwa i religii. Z tych też względów Pan Premier nie może uznać za dopuszczalną jakąkolwiek krytykę działań rządu na tym odcinku w akcji prasowej. W razie gdyby któreś z pism wykazało niezrozumienie dla tej sprawy, Pan Premier zdecydowany jest zastosować wobec właściwych redaktorów czy publicystów represje do Berezy włącznie. [4]

Z informacji proboszcza z Wojsławic dla dziekana Okręgu Chełmskiego ks. A. Kisiela, Wojsławice, 19 października 1938 r.:

Zburzono kaplicę w Wojsławicach. Burzyło pięciu robotników oderwanych od budowy szosy, asystował policjant, który odganiał ludzi i dzieci. Kaplica dużej wartości nie miała, lecz ludność dotkliwie odczuła burzenie jako prześladowanie wiary prawosławnej w odrodzonej Polsce. Prawosławni od razu stali się wrogo usposobieni do sąsiadów katolików, czego dotychczas nie było, a jedna prawosławna kobieta kilka razy uderzyła w twarz katolika, który coś tam jej złośliwo-radośnie mówił na temat walenia cerkwi. [3]

Michał Karowicz, kierownik szkoły, Kryłów (powiat hrubieszowski):

Dziedzic z Cichoburza „nawrócił” swoich fornali. Kazał im po prostu przejść na katolicyzm. Byłem przypadkowo przy tym, gdy owi fornale przyjechali do Kryłowa, aby w kościele „zrobić wyznanie wiary”.

Przyznaję, że gdy zobaczyłem tych ludzi, ogarnął mnie lęk. W ich obliczach – wyraźnie gniew i nienawiść.

Od tego czasu wrogość do Polski i Polaków dawała się wyczuwać wyraźnie w bliższym zetknięciu się z ludnością prawosławną, która już teraz nazywała się ukraińską. Chłód i nienawiść wyczuwałem także w szkole u starszych uczniów. Została zmarnowała wieloletnia praca szkoły polskiej. [4]

Płk Marian Turkowski, kierownik akcji rewindykacyjnej, Zamość, 24 stycznia 1939 r.:

Podaję dalsze wytyczne do akcji rewindykacyjno-polonizacyjnej. (…)

Stać twardo na stanowisku, że w Polsce tylko Polacy są gospodarzami, pełnoprawnymi obywatelami i tylko oni mają coś w Polsce do powiedzenia. Wszyscy inni są tylko tolerowani. Wytworzyć wśród mas polskich kompleks wyższości w stosunku do ludności niepolskiej. Mowa polska winna być wyrazem wyższości tak kulturalnej, jak i obywatelskiej. Polak musi się zwracać do ludności niepolskiej tylko po polsku. A już w żadnym wypadku funkcjonariusz państwowy czy też samorządowy nie może używać innego języka jak polski.

Organizować akcję oświatowo-propagandową o wielkości i potędze Polski i doprowadzić do tego, aby u ludności niepolskiej wzbudzić chęć zostania Polakiem i katolikiem.[4]

Tadeusz Chrzanowski, mieszkaniec Moroczyna (powiat hrubieszowski):

Z tamtego czasu zachowałem taką kliszę: ojca purpurowego na twarzy i krzyczącego, choć nie wolno mu się było denerwować, bo miał ciężką chorobę serca, ale wtedy to właśnie krzyczał na rząd, na Sławoja i na Mościckiego, nawet na Rydza, chociaż mnie uczono w szkole, że oni są mądrzy i dobrzy. Przerażony słuchałem, jak przepowiada, że nas tu Rusini bez cienia litości wyrżną, że nam tego nigdy nie zapomną. [4]

Więcej na ten temat w „Karcie” 101/2019.

‘Karta’ 101/2019 Fot. Ośrodek KARTA


Źródła:

1. 1938. Jak burzono cerkwie, red. Eugeniusz Czykwin, Anna Radziukiewicz, Białystok 2018,

2. Cerkiew prawosławna na Chełmszczyźnie. Przemówienia i interpelacje posłów i senatorów ukraińskich w Sejmie i Senacie, Lwów 1938,

3. Mikołaj Siwicki, Dzieje konfliktów polsko-ukraińskich, t. 1, Warszawa 1992,

4. Strona internetowa prawosławnej diecezji lubelsko-chełmskiej www.cerkiew1938.pl pod redakcją Grzegorza Kuprianowicza (dostęp: 1 października 2019).

*

Tematy Karty

Tematy Karty to wspólny cykl magazynu “Ale Historia” oraz Fundacji Ośrodka Karta, które prowadzi największe w Polsce archiwum społeczne XX wieku. Będą w nim prezentowane relacje świadków historii opowiadających o jednostkowych losach na tle najważniejszych wydarzeń minionego stulecia.

Karta oddaje głos przewodnikom po czasie minionym – ich pochodzącym z pierwszej ręki świadectwom. Historia ma tu przemówić wprost, bez pośredników i partykularnych interpretacji. W Polsce spolaryzowanej, w której używa się przeszłości dla wzmacniania podziałów, odrywanych od rzeczywistości, powrót do czystych źródeł może służyć odnalezieniu gruntu.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Netanyahu temporarily isolates after close aide contracts coronavirus

Netanyahu temporarily isolates after close aide contracts coronavirus

GIL HOFFMAN


Rivka Paluch, the prime minister’s parliamentary aide, diagnosed with COVID-19. She spent time with Netanyahu and his staff at Knesset last week.

PM Benjamin Netanyahu with parliamentary adviser Rivka Paluch, who tested positive for the coronavirus / (photo credit: Courtesy)

Prime Minister Benjamin Netanyahu and his staff will temporarily isolate themselves until the end of an epidemiological study that is expected to reveal that he was not exposed to the coronavirus, his office said.

But Netanyahu’s office continued to deny reports on Monday that a decision had been made to quarantine him for a week after his parliamentary adviser, Rivka Paluch, was diagnosed with the virus.

His office said that Health Ministry professionals were conducting a thorough study to determine what needs to be done next.

The first indications of the study indicate that there is no need for Netanyahu to enter quarantine, because he did not meet with Paluch and did not come into close contact with her. They were not in the same room over the past two weeks.

Netanyahu, in coordination with his personal doctor, has been maintaining health restrictions strictly and is conducting most of his work from his home and most of his consultations by video.

Netanyahu intends to be tested for the virus again on Monday after taking it multiple times before.

Channel 12 reported on Monday morning that the prime minister will enter isolation for a week after Paluch tested positive for the disease.

Paluch told The Jerusalem Post on Sunday night that reports Netanyahu would have to be quarantined were incorrect.

Paluch said that while she did go to the Knesset on Thursday to prepare the prime minister for the vote for Knesset speaker, she did not have any real contact with Netanyahu.

An investigation by the Knesset found that Paluch had been in the Knesset on March 16, 23, and 26, so anyone who had been in her company for an extended period of time on one of those days must quarantine themselves accordingly.

If Netanyahu tested positive, he and his entire staff would have to be quarantined, as would Blue and White leaders Benny Gantz and Gabi Ashkenazi, who spent eight hours with him overnight on Saturday night negotiating entering his government.

But Paluch said it was very unlikely that she had passed the virus on to her boss.

Paluch’s husband tested positive for the coronavirus before she did. She said he got it after visiting Ichilov Hospital. She said that both she and her husband felt well and had minimal symptoms.

Speaking before she got the positive test, Paluch said she did not think she would test positive.

Paluch is one of Netanyahu’s few female advisers. While most of the closest advisers to Netanyahu are in their 20s, she is a haredi (ultra-Orthodox) grandmother with many grandchildren. She is considered especially close to his wife, Sara.

A veteran of the Israeli political scene, Paluch once organized a visit of MKs and reporters to Ramallah to meet with Palestinian Authority chairman Mahmoud Abbas. She ensured that a lunch at the Mukata presidential compound would be strictly kosher.

British prime minister Boris Johnson has tested positive for the virus and is quarantined. Canadian Prime Minister Justin Trudeau’s wife Sophie Gregoire Trudeau said Saturday that she has recovered from being ill from COVID-19 disease caused by the new coronavirus. She and her husband had been self-quarantined.


Alex Winston contributed to this report


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com