Archive | 2020/04/16

Wczuwam się, więc jestem. Z Edytą Stein w dobie pandemii

Wczuwam się, więc jestem. Z Edytą Stein w dobie pandemii

CEZARY GAWRYŚ


Św. Edyta Stein, siostra Teresa Benedykta od Krzyża OCD.

Skoro potrafimy kochać Drugiego – tak iż gotowi jesteśmy w akcie solidarności z nim spojrzeć śmiało w oczy śmierci, to znaczy, że życie ma sens.

Muszę przyznać ze wstydem, że o Edycie Stein, kanonizowanej przez św. Jana Pawła II jako siostra Teresa Benedykta od Krzyża, wiedziałem do niedawna tylko tyle, że to niemiecka Żydówka, uzdolniona uczennica Edmunda Husserla; że w pewnym momencie przyjęła wiarę chrześcijańską i wstąpiła do Karmelu, a w czasie drugiej wojny światowej, solidarna ze swoim narodem – choć dzięki przyjaciołom mogła się uratować – zginęła w komorze gazowej w Auschwitz.

Niedawno ukazała się na polskim rynku książka zatytułowana „Edyta Stein. Prolog filozoficzny 1913-1922” (Esprit, Kraków 2019). Jej autorem jest Alasdair MacIntyre. Ten znany filozof brytyjski prezentuje i uzasadnia ciekawą tezę, że na przełom religijny w życiu Edyty Stein bezpośredni wpływ miała właśnie jej przygoda z filozofią. A ponieważ i moje poszukiwania religijne za młodu inspirowane były studiowaną na Uniwersytecie Warszawskim filozofią, postanowiłem zdobyć i przeczytać tę książkę.

Nie była to lektura łatwa, zwłaszcza rozdziały poświęcone fenomenologicznym badaniom prowadzonym na początku XX wieku w Getyndze przez Husserla. Oprócz zagłębienia się w problematykę ściśle filozoficzną, dowiedziałem się jednak z książki MacIntyre’a kilku ciekawych rzeczy o samej Edycie Stein.

Anty-skuteczna pomoc i pomoc prawdziwa

Zafascynowana fenomenologią, należała – obok Romana Ingardena – do grona najbliższych uczniów Husserla, najpierw jako studentka, potem doktorantka. A on, geniusz nieco „pogrążony w chmurach”, rozpoznawszy jej niewątpliwy talent połączony z pracowitością, zaproponował Edycie stanowisko asystentki. To w dużej mierze dzięki niej z chaotycznych zapisków z wykładów mistrza, które żmudnie odczytywała ze stenogramów, powstało jego drugie ważne dzieło – „Idee” (1913). Zdaniem znawców tematu, Edyta Stein wpłynęła wręcz na rozwinięcie i sprecyzowanie istotnych myśli znanego filozofa. Niestety, nie została przez niego nawet wspomniana w opublikowanej książce! Szukając warunków samodzielnego rozwoju, zdecydowała się na rozstanie z Husserlem  funkcję jego asystenta objął po niej nie byle kto, bo młody Martin Heidegger.

Stein, mając już doktorat i kilka ważnych publikacji, zaczęła myśleć o habilitacji, która była warunkiem starań o profesurę na którymś z niemieckich uniwersytetów. Poprosiła więc – co było naturalne – swego mistrza o napisanie opinii. Husserl niestety zachował się anty-skutecznie. Chwaląc jej wybitne osiągnięcia, dodał jedno niepotrzebne zdanie, które de facto ją pogrążyło: „Gdyby było dziś możliwe przyznanie habilitacji kobiecie, pani Stein w pełni by na nią zasługiwała”.

Edyta Stein po nawróceniu nie wyrzekła się filozofii. Akt wiary był logiczną konsekwencją jej filozoficznych poszukiwań

Pamiętajmy, że mówimy o czasach, gdy uniwersytecka kariera kobiety była jeszcze nie do pomyślenia. Zwłaszcza Żydówki! Jednym słowem, spotkanie z wielkim Husserlem, któremu młodziutka Edyta poświęciła rok wytężonej pracy jako asystentka i przyczyniła się istotnie do powstania jego słynnego dzieła, skończyło się zerwaniem jej kariery jako filozofki. Musiała znaleźć sobie pracę jako zwykła nauczycielka w prywatnym gimnazjum. Należy odnotować z podziwem, że do Husserla nie chowała w sercu żadnej urazy.

Kiedy wybucha wielka wojna, Stein czuje się w obowiązku służyć ojczyźnie. Zapisuje się na kurs pielęgniarstwa, w roku 1915 zdaje egzamin państwowy i zostaje wysłana do szpitala polowego w Hranicach na Morawach. Zdobywa tu nowe ważne doświadczenie: pielęgnuje rannych żołnierzy, cierpiących i umierających mężczyzn różnych narodowości, nieznających języka niemieckiego, często zawstydzonych i maskujących przed młodą siostrzyczką swój ból i prawdziwe potrzeby. Komunikacja z nimi wymaga od Edyty wczucia się, czytania w niemym spojrzeniu, w wyrazie twarzy, w mowie ciała. Przeżywa w praktyce to, o czym pisała w swoim doktoracie: że drogą do poznania drugiego „ja” jest Einfȕhlung, wczucie się, inaczej mówiąc: postrzeganie duchowe za pośrednictwem ciała.

Filozofia – zabytek przeszłości?

Tu musimy cofnąć się nieco i przedstawić, siłą rzeczy w ogromnym uproszczeniu, zasadniczy wywód Alasdaira MacIntyre’a. Pokazuje on, że przełom religijny w życiu Edyty Stein nie był jakimś deus ex machina, nagłym nie-racjonalnym przeżyciem (jak na przykład u Paula Claudela), które sprawiło, że – jak obawiał się jej kolega Roman Ingarden – będzie odtąd „stracona dla fenomenologii”. Wręcz przeciwnie – akt wiary był logiczną konsekwencją jej filozoficznych poszukiwań. Wiemy też, że po latach, już jako karmelitanka, na polecenie przełożonych wróciła do uprawiania filozofii, czego owocem jest jej dzieło z roku 1936 – „Byt skończony a byt wieczny”.

Młodziutka Edyta jako kierunek studiów wybrała filozofię, ponieważ poszukiwała prawdy. Klasyczna filozofia stawiała pytanie: „co istnieje, czym jest byt?”. Zapoczątkowana przez Kartezjusza, z jego słynnym Cogito ergo sum („Myślę, więc jestem”, a więc, wnioskował dalej błędnie, jestem „rzeczą myślącą”, powiedzielibyśmy: czystym myśleniem), filozofia nowożytna z czasem uczyniła swoją centralną kwestią pytanie „jak poznajemy?”. Cios śmiertelny realistycznej metafizyce zadał Kant przekonaniem, że nie jest możliwe dotarcie do „rzeczy samej w sobie”. Owszem, prawdę o świecie przyrody i świecie ludzkich tworów możemy osiągnąć w sposób pewny, ale prawdy dotyczące „idei regulatywnych” (dusza nieśmiertelna, Bóg) są nam dostępne jedynie w postępowaniu praktycznym. Nie jest więc możliwe uprawianie tradycyjnej metafizyki (ontologii), możliwa jest ewentualnie „metafizyka moralności” („Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”).

Filozofia niemiecka poszła w rezultacie w kierunku idealizmu, czyli przekonania, że cała rzeczywistość jest tworem świadomości (idei, Ducha). Okazało się to ślepą uliczką, zwłaszcza w związku z oszałamiającym rozwojem nauk przyrodniczych i ścisłych. W europejskiej kulturze umysłowej zapanował scjentyzm. Zdawało się, że filozofia jako ontologia jest już tylko zabytkiem przeszłości.

„Powrót do samych rzeczy”

Gdy Stein zaczynała studia, na uniwersytetach niemieckich królowały neokantyzm i psychologizm (psychologia zastępowała teorię poznania). I oto pojawia się w Getyndze Edmund Husserl ze swoją nową metodą filozofowania – fenomenologią, czyli badaniem tego, co nam „jawi się w doświadczeniu”. Jego pierwsze dzieło, „Badania logiczne”, było rewelacją: wyrażało „realizm fenomenologiczny”, proponowało „powrót do samych rzeczy” (ściślej: dotarcie do „istot rzeczy”). Fenomenologia w pewnym sensie otwierała więc drogę do filozoficznego poznania prawdy o obiektywnie istniejącym świecie.

W następnym swoim dziele, „Ideach czystej fenomenologii”, Husserl podstawą swych badań czyni świadomość, wprowadzając m.in. pojęcie intencjonalności: świadomość jest zawsze „świadomością czegoś”, wychodzi poza siebie. Przy czym byt świadomości jest dla nas czymś koniecznym i absolutnym, natomiast świat naturalny jest relatywny względem świadomości.

Trzeba jednak przyznać, że dokonując operacji „redukcji fenomenologicznej”, Husserl nie unicestwiał realnie istniejącego świata, a tylko zawieszał nasze „nastawienie naturalne” i odsłaniał „fenomeny” jako jednostki sensu. Jego idealizm był więc transcendentalny, ale nie metafizyczny, tzn. nie twierdził, że świat rzeczywisty jest wytworem świadomości (jak to zarzucał mu Ingarden). Z czasem, w „Medytacjach kartezjańskich”, pojawi się jednak kwestia intersubiektywności: jak poznać „ja” drugiej osoby?

Rozejścia i zbliżenia

Drogi mistrza i uczniów stopniowo się rozchodziły. Także drugi po Edycie Stein asystent Husserla, Martin Heidegger, z czasem usamodzielnił się. Uchylając się od abstrakcyjnego sporu o status obiektywnego świata, analizował Dasein, „ludzkie bycie w świecie”. Tak powstała jego filozofia, bliska odczuciom ludzi XX wieku, z przejmującą kategorią „trwogi egzystencjalnej”, przez wielu uznawana za ateistyczny egzystencjalizm.

Inny z kolei uczeń Husserla, Adolf Reinach, znalazłszy się jako żołnierz na froncie pierwszej wojny światowej, zbliżył się do chrześcijaństwa. Edyta Stein była pod wrażeniem jego listów pisanych w okopach, a potem – pogody ducha, z jaką śmierć Reinacha (w roku 1917) przyjęła jego żona.

Stein wychowana była przez matkę w tradycji judaizmu, ale w okresie młodzieńczego krytycyzmu przestała chodzić do synagogi i modlić się – została bezwyznaniową ateistką. Pod wpływem doświadczeń czasu wojny i na drodze dociekań filozoficznych zbliżyła się do wiary i – mimo protestów matki – przyjęła chrzest w Kościele katolickim.

Oczyszczenie przedpola

Zatrzymajmy się w tym momencie. To, co napiszę dalej, nie jest już referowaniem książki MacIntyre’a, lecz wyrazem moich własnych przemyśleń zainspirowanych tą lekturą. Wiem, profesjonalny filozof pewnie się otrząśnie, ale nie mogę nie filozofować po zapoznaniu się z „prologiem filozoficznym” męczennicy z Auschwitz.

W popularnym odbiorze kwintesencją filozofii jest przywołana już przeze mnie słynna formuła Kartezjusza: „Myślę, więc jestem”. Faktycznie, można uznać, że od niej zaczęła się w XVII wieku filozofia nowożytna. Snując językową analogię, można by powiedzieć, że filozofia klasyczna, zrodzona dwa i pół tysiąca lat temu w starożytnej Grecji, zaczęła się od formuły: „Dziwię się, więc jestem” – dziwię się, że istnieje świat i że ja w nim istnieję, dlatego filozofuję, czyli zastanawiam się, co to znaczy „istnieć”.

Z czasem, po kilku wiekach, filozofia grecka spotkała się z chrześcijaństwem, czyli objawieniem Boga, który sam o sobie mówi w Biblii: „Jestem, który jestem”. Z tego spotkania filozofii greckiej z religijną tradycją wiary w Boga, który w Chrystusie stał się człowiekiem, powstała filozofia chrześcijańska – soror theologiae, jak mawiał profesor Stefan Swieżawski.

Filozofia klasyczna, zrodzona dwa i pół tysiąca lat temu w starożytnej Grecji, zaczęła się od formuły: „Dziwię się, więc jestem” – dziwię się, że istnieje świat i że ja w nim istnieję, dlatego filozofuję

Niestety, po wielu wiekach wyrodziła się ona w jałową scholastykę, od której radykalnie odciął się Kartezjusz, zafascynowany geometrią jako ideałem nauki i pragnący z filozofii uczynić wiedzę „jasną i wyraźną”. Kant do reszty oczyścił przedpole, skądinąd nie znając oryginalnych pism Tomasza z Akwinu, a odnosząc się do XVIII-wiecznego wtórnego filozofa Christiana Wolffa. Potem przyszedł idealizm niemiecki i Hegel z jednej strony, empiryzm angielski i sceptycyzm Hume’a z drugiej, pozytywizm, aż wreszcie – już za naszych czasów – postmodernizm (mający też swoje zasługi w oczyszczaniu przedpola dla poszukiwania prawdy). Widocznie tak być musiało. Jak głosił profesor Swieżawski, filozofia to taka specyficzna nauka, dla której doświadczeniem weryfikującym względnie falsyfikującym jej teorie jest własny rozwój, czyli historia filozofii sprzężona z dziejami.

Wiek XX przyniósł głęboki kryzys filozofii, polegający na tym, że coraz bardziej stawała się ona „rozmową o rozmowie” zamiast „rozmową o rzeczywistości” (to myśl Jana Andrzeja Kłoczowskiego OP). Jednocześnie miniony wiek przyniósł też kryzys cywilizacji – eksplozję zła na niewyobrażalną skalę: dwie wojny światowe, gułagi i Holokaust, broń masowej zagłady i zniszczenie naturalnego środowiska.

Zbawienna solidarność

Co przyniesie ludzkości wiek XXI? Na razie, w roku 2020, mamy pandemię koronawirusa. Ogarnia nas paraliżujący strach, pojawiają się nastroje apokaliptyczne, grozi nam irracjonalizm i powrót do tradycjonalizmu, chaos i rozpad dotychczasowego porządku gospodarczego, społecznego, politycznego. Gdzie szukać rozumnej nadziei?

Jednocześnie jesteśmy świadkami narastającej fali dobra i międzyludzkiej solidarności. Bohaterami czasu pandemii są nie tylko lekarze i pielęgniarki, ratownicy medyczni, ale także pracownicy wszystkich służb publicznych: restauratorzy i sprzedawcy, pocztowcy, śmieciarze, policjanci, nauczyciele – i wreszcie tysiące młodych ludzie, anonimowo oferujących pomoc starszym i chorym, zamkniętym w swoich domach na czas kwarantanny. Ile dobra!

Chciałoby się powiedzieć, trawestując formułę Kartezjusza, a w nawiązaniu do Edyty Stein: „Wczuwam się, więc jestem”. Skoro potrafimy kochać Drugiego – tak iż gotowi jesteśmy w akcie solidarności z nim spojrzeć śmiało w oczy śmierci, to znaczy, że życie ma sens.

A może okaże się, że doświadczana obecnie na wielką skalę solidarność z drugimi, którzy trwożą się i cierpią z powodu pandemii tak samo jak my, pozwoli nam przekroczyć kredowe koło wątpienia, w jakim zamknęła się filozofia? Może człowiek Zachodu – po strasznych doświadczeniach komunizmu, Shoah i koronawirusa – uzna z pokorą swoją ludzką kondycję „bytu przygodnego”, spojrzy ze zdziwieniem i zachwytem na „rozgwieżdżone niebo nad sobą”, i – tak jak to już raz się stało u zarania europejskiej kultury, w starożytnej Grecji – znów zacznie odważnie filozofować, czyli szukać mądrości, nawiązując do dawnych mistrzów?


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Rick Steves Keeping Faith With the Mullahs, Not His Viewers

Rick Steves Keeping Faith With the Mullahs, Not His Viewers

Dexter Van Zile


Demonstrators carry the Iranian flag as they gather for a rally marking the 41st anniversary of the Islamic Revolution, in Tehran, Iran, Feb. 11, 2020. Photo: Nazanin Tabatabaee / WANA (West Asia News Agency) via Reuters.

Rick Steves, the beloved producer of travel shows for PBS, has a pretty explicit agenda for his journalism. He wants to promote empathy for people who live in other countries, especially countries that many Americans regard with fear and hostility. “I think it’s good character to know people before you bomb them,” he said to great applause before a TedX Rainier audience in Washington state in 2009.  

Steves offered this bromide to explain why he went to Iran in 2008 to produce a softball travel segment about Iran that aired on PBS stations in 2009. The way Steves tells it, he was approached by the “local people from the United Nations” (whoever they might be), who were concerned about a rush to war and thsaber rattling that was going on in the US at the time. They asked him if there was anything he could do to “help calm things down.”

“I said really the only thing I could do of any consequences would be to produce a TV show on Iran,” he said. Steves told the unnamed UN officials who approached him that he was too busy to do the paperwork necessary to visit Iran, but that if they did it for him, he’d bring his camera crew to Iran, produce an hour-long show, “and get it run on public television.”

Lo and behold, the folks from the UN got the Iranian government to give Steves and his crew permission to film there. Upon arriving in the country, Steves made it perfectly clear to Iranian officials that he wasn’t there to challenge the mullahs who run the country.

“I made it very clear in my presentation to the Iranian government that we are not interested in politicizing it,” he said in a lecture he gave in 2009. “I didn’t want to deal with their funding of terrorism. I didn’t want to deal with their treatment of homosexuals or Baha’is. I didn’t want to deal with nuclear issues. I just wanted to be a travel writer and go there and understand the culture because it’s a rich culture and it’s 70 million people.”

In sum, Steves marketed himself to the mullahs as a human billboard for a country whose leaders murder gays and lesbians, brutally oppress women, and terrorize religious minorities under their control.

And, to a large extent, he kept his promise in the PBS show — “Iran: Yesterday and Today.” To be fair, Steves told his viewers that his journalism about the country (if you can call it that) was being conducted within the constraints set for him by an ever-present handler. His goal was to “meet and talk with people whose government so exasperates America.”

“Exasperates America?” Well, that’s just obfuscation for supporting terrorist groups that have murdered Jews in Argentina and Israel and killed Americans in Lebanon and Iraq, and for promoting Holocaust denial, while at the same time calling for another Holocaust against Israel. Can’t let a little genocidal imperialistic Jew-hatred get in the way of peacemaking!

During the segment, Steves admits that Iran is not a democracy, but a theocracy — and says that, ultimately, the people are not angry at America. One woman tells Steves that there is a distance between the government and the people in the country, because politics and religion are mixed in Iran. Visiting Friday prayers at a mosque, Steves sees a flag that declares “Death to Israel,” but dismisses this image (which he admits is disturbing) as apparently resulting from “a deep-seated resentment of Western culture imposed on their world.”

To soften the image of the mullahs, Steves declares that the Zoroastrian community in Iran “worships freely.”

Two years after the segment aired, CNN reported “that young Zoroastrians were involuntarily drafted for suicide missions in the Iranian army,” during the Iran-Iraq war, and that “[f]ailing to offer their lives on the battlefield could result in execution for treason.”

The segment closes with the all-too-predictable assurance that the people in Iran are nice, and that just like in the United States, there’s a tension between modernity and tradition, liberalism and conservativism, and secular and religious worldviews.

“Maybe we’re all just struggling to defend the moral fabric of our respective societies,” he says, suggesting that there is some equivalence between Evangelicals in the US and hard-line supporters of the mullahs in Iran.

Maybe Steves had to offer bromides like this to gain access to Iran and to protect his friends from mistreatment.

But more than a decade later, Steves is still carrying water for the mullahs that he cut a deal with in 2008. During an October 2019 talk at a Lutheran church in Palo Alto, California, Steves joked about the suffering endured by the Baha’is in Iran.

“Jesus is a prophet and Jesus is fine and dandy, but [in Islam] Muhammed is the last prophet,” Steves said.

“Now, if you have a religion where your prophet is after 650 [C.E.] or whenever Mohammed lived … let’s say you’re a Baha’i and you consider Bahaullah your prophet, who lived in the 1800s, for you to worship him is blasphemy and you can be killed.”

“Is that nice? Not really,” he said. “But is that OK?”

“I would say yes, it is,” he said. “If you have a Muslim country that’s not a democracy, it’s a theocracy, and in your religion its blasphemous to worship somebody who comes after your guy, you get the opportunity to not allow it in your country. If you happen to be a Baha’i in Iran — keep a low profile! Ha! Or leave!”

Both Steves and the Lutherans in the audience had a good chuckle at that line.

In the same talk, Steves falsely suggested that pro-Israel Jews in New York were able to stop local PBS stations from airing another segment he produced that was sympathetic to the Palestinians.

“It never aired in New York because it called Palestine ‘Palestine,‘” he said.

But two PBS stations aired the show in New York when it was released in 2014.

Why exactly is PBS airing shows produced by a self-admitted billboard for the mullahs in Iran who can’t keep his facts straight?


Dexter Van Zile is the Shillman research fellow for the Committee for Accuracy in Middle East Reporting and Analysis.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


“…murem podzielone”

“…murem podzielone”


Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce


Im więcej upływa czasu, tym bardziej zaciera się pamięć o piekle warszawskiego getta. Żeby ją zachować, w 77. Rocznicę Wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim przygotowaliśmy serię reportaży, z których będzie można dowiedzieć się:

– jak wyglądało życie za murem?
– która część miasta znalazła się w dzielnicy zamkniętej?
– jak w tej przestrzeni radzili sobie artyści?
– kto i za jaką cenę przechował okruchy pamięci o mieszkańcach getta?
– w jakich okolicznościach rozpoczęło się powstanie i jaki miało przebieg?

W ostatnim dniu wspólnie – na ekranie – przejdziemy szlakiem pamięci, którym co roku chodziliśmy 19 kwietnia.

Z pierwszego reportażu Hanny Dzielińskiej (Hanki Warszawianki) zatytułowanego “…murem podzielone” można się dowiedzieć jakie represje objęły warszawskich Żydów zanim zamknęły się bramy getta? Którą część miasta objął teren getta? Jak wyglądała topografia dzielnicy zamkniętej i jak zmieniała się wraz z zaostrzaniem się polityki okupanta? Czym różniły się poszczególne kwartały getta? Gdzie należy się udać, żeby zobaczyć pozostałości muru, a gdzie – zachowane kamienice, w których mieszkali w getcie warszawscy Żydzi?

Hanna Dzielińska (Hanka Warszawianka) – dziennikarka, która pracę w telewizji zmieniła na pracę przewodnika miejskiego. Autorka niebanalnych wycieczek, firmowych integracji (również online), wykładów i wycieczek online, spersonalizowanych publikacji o Warszawie, książek i serii przewodników dla dzieci „Detektywi w wielkim mieście”. Popularyzatorka wiedzy o mieście. Znajdziesz ją na www.hankawarszawianka.com


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com