Archive | 2021/11/05

DUMA, ZABAWA I MILCZENIE – ROZMOWA Z TAMARĄ SZTYMĄ

Gramofon model JUNIOR, fot. M. Starowieyska / Muzeum POLIN


DUMA, ZABAWA I MILCZENIE – ROZMOWA Z TAMARĄ SZTYMĄ

IDA ŚWIERKOCKA


Przez wieki muzyka była dla Żydów nośnikiem duchowości. Była też medium, dzięki któremu gra się swoją kulturową tożsamością. Obecnie nowa muzyka żydowska jest tworzona głównie przez nie-Żydów, także dla nie-Żydów. Stała się czymś uniwersalnym. Pokazuje to wystawa w POLIN.

,

IDA ŚWIERKOCKA: „Jak Żydek umie tylko grać, to w świecie on nie zginie – śpiewała przed laty Ordonówna do tekstu Tuwima. W polskiej kulturze wciąż silnie obecna jest figura Żyda – muzyka, grajka, który niekoniecznie zna nuty, ale ma za to iskrę bożą i talent. Czy to jak w przypadku Żyda – handlarza kolejny stereotyp?


TAMARA SZTYMA:
 Muzyka zawsze odgrywała bardzo ważną rolę w tradycji żydowskiej. W klasycznym dualizmie obraz–dźwięk słuch dla Żydów był zawsze ważniejszy niż wzrok. Muzyka i śpiew towarzyszyły wszystkim ważnym żydowskim obrzędom. Od XVIII wieku orkiestry klezmerskie przemierzały miasta, miasteczka i wsie Europy Środkowo-Wschodniej i grały podczas ceremonii weselnych i innych ważnych uroczystości, a także w karczmach i na dworach szlacheckich. Z czasem zaczęły funkcjonować duże klany klezmerskie – syn dziedziczył profesję po ojcu i był do tego zawodu przez niego starannie przygotowany. Figura grajka Żyda wciąż jest bardzo silna, stąd chociażby słynny Mickiewiczowski Jankiel.

Dla nas, Polaków, koncert Jankiela miał wyraźny kontekst patriotyczny. U Żydów chyba na plan pierwszy wysuwały się kwestie związane z duchowością?

Muzyka zawsze była dla Żydów emanacją spraw duchowych. Poprzez nią najchętniej wyrażali swoje uczucia religijne. Gdy słucha się śpiewu kantora przewodzącego modlitwom w synagodze, od razu słychać tę pasję. Również muzyka klezmerska jest pełna niezwykle silnych emocji.

Jak to jest, że każde dziecko słyszało o Franklinie i Gutenbergu, i o Edisonie – ale jako o wynalazcy żarówki, a nie fonografu – o istnieniu Emila Berlinera  wiedzą tylko nieliczni?

W naszej koncepcji edukacji zupełnie inaczej patrzy się na wynalazki praktyczne, które służą większej efektywności pracy. A muzykę – podobnie jak sztukę i całą kulturę – traktuje się raczej marginalnie, jako coś błahego, przyjemność, nieznaczącą zbyt wiele rozrywkę. Nikt w szkole nie czuje się więc w obowiązku, aby uczyć dzieci, kto wynalazł gramofon. Nawet gdy przygotowywałam się do tej wystawy, wiele osób mówiło mi, że to będzie taka lekka, przyjemna ekspozycja, ale która poza rozrywką nie wniesie nic większego. Okazuje się jednak, że „Szafa…” wzbudza duże zainteresowanie i że poprzez – pozornie błahą – opowieść o muzyce można powiedzieć o wiele więcej na temat żydowskiej kultury i jej związków z kulturą światową i polską.

Jeśli już ktoś usłyszy gdzieś imię i nazwisko Emil Berliner” i zechce sprawdzić w encyklopedii, kim był, to przeczyta, że to – zacytuję prosto z Encyklopedii PWN – amerykański elektrotechnik i wynalazca, pochodzenia niemieckiego”. Dlaczego to żydowskie pochodzenie jest marginalizowane?

W Polsce wciąż mówienie o tym, że ktoś jest Żydem, jest piętnujące. Tak naprawdę jesteśmy cały czas obciążeni postholokaustową traumą. Żyjemy w kraju, w którym przez wiele lat była tworzona wizja sztucznej homogenicznej polskości. Żydzi musieli chować głęboko do szafy swoją tożsamość. Na Zachodzie mówienie o tym, że ktoś ma jakieś korzenie, że wywodzi się z danej tradycji, jest rzeczą zupełnie naturalną. Tam głęboko w świadomości funkcjonuje coś takiego jak wielokulturowość, coś, co pomaga zrozumieć to, że mamy różne, często złożone, tożsamości. My – Polacy – od dłuższego czasu nie byliśmy uczeni tej perspektywy wielokulturowej, ale perspektywy homogenicznej.

fot. M. Starowieyska / Muzeum POLINGramofon na monety, fot. M. Starowieyska / Muzeum POLIN

Do tej pory mówiliśmy o mężczyznach. Jak wyglądała emancypacja muzyczna u żydowskich kobiet?

W tradycyjnej żydowskiej kulturze role przypisane kobietom i mężczyznom były zupełnie inne. Ta dychotomia była bardzo silna. W ortodoksyjnych synagogach kobiety nie mogły uczestniczyć w modlitwach razem z mężczyznami, siedziały w osobno wydzielonym pomieszczeniu, czyli babińcu. Nie mogły nawet marzyć o tym, by być kantorkami. Kobieta była ograniczona do sfery domowej, chociaż odgrywała bardzo ważną rolę, ale jednak zawsze prywatnie, a nie publicznie.

W reformowanym judaizmie w XX wieku zdarzały się jednak przypadki kobiet kantorek. Na wystawie można zobaczyć płytę Jean Gornish znanej jako Sheindele, córki kantora z Filadelfii, która sama już w końcu lat 30. została kantorką, występując też w radio i nagrywając na płytach.

Kobiety pochodzenia żydowskiego musiały więc – jak zwykle – przebyć zdecydowanie trudniejszą drogę, by zajmować się muzyką?

Kobiece bohaterki wystawy w POLIN to bardzo silne osobowości. Musiały mieć w sobie mnóstwo odwagi i siły, aby pokonać tak wiele barier i stereotypów. Taką postacią jest Sophie Tucker, która jest moim największym prywatnym odkryciem tej wystawy. Jej droga z dalekiej Ukrainy do Stanów Zjednoczonych była bardzo wyboista. To historia jak z filmu. Sophie miała niezwykle trudne początki, ale robiła wszystko, by śpiewać i zostać gwiazdą. Karierę zaczynała jako black face, śpiewając z pomalowaną na czarno twarzą jazzującą muzykę z południa Ameryki. Czarnoskórzy Amerykanie nie mogli wówczas występować przed białą publicznością. W ten sposób zaczynało wielu piosenkarzy pochodzących z żydowskich rodzin, dzieci emigrantów. Ale w tekstach Sophie jest sporo o sile kobiet, o ich niezależności, o bezkompromisowości. Jest taka piękna piosenka Life Begins at Forty” o wyzbywaniu się kompleksów, o sile dojrzałości.

Sophie Tucker jest dziś jedną z ikon amerykańskich feministek. Ale wydaje mi się, że takie kwestie pojawiają się nawet u hollywoodzkich gwiazd?

Gramofon firmy Odeon, fot. M. Starowieyska / Muzeum POLINGramofon firmy Odeon, fot. M. Starowieyska / Muzeum POLIN

Oczywiście, tego typu wątki znajdziemy chociażby w twórczości Barbry Streisand. Choć jest ona typową gwiazdą pop, w swoich tekstach nie zapomina o drodze, którą kobiety musiały przebyć. Mimo że sama miała już zdecydowanie łatwiejszy start niż Sophie. W filmie „Yentl” Streisand sprytnie rozprawia się z wykluczeniem kobiet w tradycyjnych żydowskich społecznościach. To właśnie ona do amerykańskiej popkultury wnosi taką figurę żydowskiej emancypantki. Wystarczy posłuchać utworów „By Myself” czy „On my Own”.

Wspomniała pani o tym, że wciąż podchodzi się inaczej do wielokulturowości w Polsce i na Zachodzie. Wystawa „Szafa… pokazywana była już w innych krajach, a jej główny kurator i pomysłodawca Hanno Loewy jest Austriakiem. Jak pracowało się z kimś, kto, choć doskonale zna żydowską kulturę, nie jest obarczony doświadczeniem postholokaustowej traumy w naszym rozumieniu tych słów?

Hanno Loewy jest świetnym kuratorem, dyrektorem Jewish Museum Hohenems i przewodniczącym European Association of Jewish Museums. Nasza praca musiała jednak łączyć się z wieloma godzinami rozmów. Dla niego robienie tego typu wystawy w Austrii czy w Wielkiej Brytanii nie jest niczym nadzwyczajnym. Tam wielokulturowość odbierana jest jako naturalny czynnik kształtujący życie społeczne. Nikt nie wstydzi się swoich korzeni czy tradycji. U nas jest to nadal nowa perspektywa, której wciąż się uczymy, którą próbujemy zrozumieć. 

fot. M. Starowieyska / Muzeum POLINTłumaczyłam Hanno Loewy’emu, że będziemy musieli włożyć dużo pracy w samo już komunikowanie wystawy. Zaznaczałam, że tutaj niezbędny jest bardzo mocny komentarz. Nie chciałam, żeby odwiedzający myśleli, że zaprezentowanie skrawka historii muzyki popularnej jest pretekstem do pokazania, że ktoś jest Żydem i przez to jest jakiś – lepszy czy gorszy. Moim celem było przedstawienie tej wielokulturowości na zupełnym luzie, bez żadnych kompleksów, bez oceny.

.

.

  Zebrali państwo w jednym miejscu wielką liczbę twórców żydowskiego pochodzenia. Ale wystarczy przeczytać nazwiska tych osób – większość z nich nie brzmi „po żydowsku”. Dlaczego zasymilowani polscy Żydzi woleli nazywać się po polsku (np. Włast) lub „po amerykańsku” (np. Aston)?

Działa tu klasyczny mechanizm znany z antropologii. Mniejszość zawsze musi dopasować się do większości. Osoba z mniejszości aspirująca do dołączenia do większości, nawet jeśli jest najzdolniejsza na świecie, często ma poczucie, że po prostu musi więcej. Dlatego też niejednokrotnie Żydzi osiągali tak wiele. To „bycie na niższej pozycji” działało na nich stymulująco. Musimy pamiętać jednak o tym, że polska kultura międzywojenna była zapatrzona w Zachód. Długie żydowskie nazwiska nie były po prostu tak sexy jak amerykańskie. W Stanach Zjednoczonych Żydzi też zmieniali nazwiska, ale tutaj chodziło głównie o brzmienie i łatwiejszą wymowę. Słynne The Barry Sisters były przecież siostrami Bagelman.

Ten mechanizm dopasowywania się działał tak mocno, że większość żydowskich twórców doskonale znała nawet najgłębsze zakamarki polskiej kultury. Dla mnie jednym z większych odkryć tej wystawy jest to, że miejski folklor Warszawy jest w dużej mierze żydowski.

W Warszawie międzywojennej większość Żydów należała do nizin społecznych. Wielu było robotnikami. Ta polska część kultury popularnej niezwykle intensywnie zazębiała się z żydowską. Utwory takie jak „Nie masz cwaniaka nad warszawiaka” czy „U cioci na imieninach”, które śpiewali Grzesiuk, Wielanek i inni warszawscy artyści, stworzyli – o czym nie wszyscy wiedzą – tekściarze i kompozytorzy pochodzenia żydowskiego. Nie zapominali jednak oni o swoich korzeniach i chętnie przemycali do tego warszawskiego świata i półświatka motywy żydowskie, czego świadectwem jest chociażby słynny „Bal na Gnojnej”. Podobnie wyglądało to we Lwowie, gdzie tworzyli Marian Hemar, Henryk Wars i Emanuel Szlechter.

A jak było podczas wojny? O muzyce w gettach wiadomo bardzo niewiele, tyle co z Pianisty” Polańskiego czy książki o Wierze Gran Tuszyńskiej. Jak Żydzi próbowali zachować pozory normalności w tych czasach?

W gettach, zwłaszcza tych większych, funkcjonowały kawiarnie, kluby muzyczne, kabarety i teatrzyki. Historie Wiery Gran, Marysi Eisenstadt, Władysława Szpilmana dobitnie pokazują, że z jednej strony muzyka była zwykłą walką o przeżycie, z drugiej zaś – walką o siebie samego, o swoją pasję, o zachowanie nawet pozornej normalności.

Mam jednak wrażenie, że o ile o muzyce przedwojennej mówi się dużo i chętnie, o tyle muzyka podczas wojny, a zwłaszcza już – muzyka w getcie – wciąż pozostaje tematem marginalnym. Tak jakby kultura traktowana była jako nic nieznacząca fanaberia.

Jeśli rzeczywiście ten mechanizm wciąż działa, to dlatego, że samo mówienie o muzyce w getcie wymaga komentarza, podania szerszego kontekstu. Gdyby nawet zachował się występ z rewii „Szafa gra”, w której śpiewała Wiera Gran, to nie wyobrażam sobie, aby został on zaprezentowany tutaj bez odpowiedniego ulokowania go w sytuacji historycznej. Piosenka nie służyła wtedy wyłącznie rozrywce, choć tego komponentu nie można też jej odbierać.

Jak muzyka żydowska funkcjonowała w PRL-u – kraju, w którym wiele zjawisk kultury popularnej było dyskryminowanych?

Przed wojną na Zachodzie i w Polsce kultura żydowska rozwijały się bardzo podobnie. Żydzi mieli bardzo duży udział w rozwoju branży fonograficznej, filmu i kabaretu. Po wojnie zamiast kolorowej, barwnej popkultury mieliśmy cenzurę i jedną wytwórnię płytową. Wielu piosenkarzy śpiewało jednak dawne przeboje, np. Ewa Demarczyk, Sława Przybylska czy Staszek Wielanek.   Holocaust i późniejsza emigracja mocno ograniczyły żydowskie wpływy. Żydzi, którzy zdecydowali się zostać, chowali swoją tożsamość głęboko, nie chcieli w ogóle o niej mówić. Na Zachodzie gwiazdy muzyki pop dumnie podkreślały swoje żydowskie korzenie albo odwrotnie – z równie wielkim zapałem kontestowały je lub po prostu się nimi bawiły. U nas tego tematu w ogóle nie było, bo żydowskość była cały czas silnie straumatyzowana. Dlatego dzieje Żydów w Polsce po wojnie nazywane bywają „historią milczenia” lub „historią braku”.

Czyli obserwowane od kilku lat ogromne zainteresowanie muzyką żydowską w jej różnych aspektach jest jakby odreagowaniem tego wieloletniego milczenia?

Oczywiście, a poza tym tradycyjna muzyka żydowska zawsze była silnie związana ze sferą duchową, co jest bardzo atrakcyjne dla współczesnych muzyków, którzy chętnie łączą historyczne elementy tej muzyki z nowymi, niekiedy zupełnie zaskakującymi, brzmieniami. Bez wątpienia artystów przyciąga też naznaczony silnymi emocjami tragizm, który jest nieodłącznie związany z pełną wzlotów i upadków historią Żydów.

Użyła pani określenia „zabawa korzeniami żydowskimi” w stosunku do zachodnich artystów. Taką najbardziej oczywistą ikoną jest tu Bob Dylan, który przeszedł ogromną drogę w swoich duchowych poszukiwaniach.

Tak, Bob Dylan pochodzi z rodziny żydowskiej, która na początku   poprzedniego wieku przybyła z Rosji do Ameryki Północnej. Jego poszukiwania tożsamości były niezwykle interesujące – przeszedł na chrześcijaństwo, grał przecież dla papieża, ale w końcu odnalazł się, zgodnie z rodzinną tradycją, w judaizmie, co znalazło odzwierciedlenie w jego tekstach. Artystyczny wizerunek, jaki stworzył, niepokój duchowy, który wyobrażał w swojej twórczości, aż proszą o przywołanie archetypicznej figury Ahaswera, Żyda Wiecznego Tułacza. Innym takim bohaterem był oczywiście Leonard Cohen, który łączył klasyczny kościelny gospel z przejmującymi tekstami dotyczącymi na przykład wyjścia Żydów z niewoli. Nie można zapominać też o żydowskich korzeniach punkowców i postpunkowców z Nowego Jorku. The Ramones, Lou Reed, The Dictators jawnie, choć przecież w nieoczywisty sposób żonglowali motywami ze swojej sfery kulturowej. Podobnie jak londyński The Clash. Inną ikoną jest Amy Winehouse, która już jako dziewczynka założyła zespół, który później żartobliwie nazywała „żydowskim odzwierciedleniem zespołu Salt-N-Pepa”.

fot. M. Starowieyska / Muzeum POLINfot. M. Starowieyska / Muzeum POLIN

Na górnej części wystawy można posłuchać najnowszej żydowskiej muzyki tworzonej w Polsce (a nawet spróbować swoich sił w grze na perkusji). Najciekawsi polscy muzycy młodego i średniego pokolenia nawiązują do żydowskich tradycji muzycznych. Przeżywamy odrodzenie tej muzyki w Polsce?

Rzeczywiście od kilkunastu lat obserwuje się u nas ogromne zainteresowanie brzmieniami muzyki żydowskiej. Dużą rolę odegrały i odgrywają tu festiwale, takie jak Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie, Tzadik Poznań Festival, Festiwal Nowa Muzyka Żydowska, Festiwal Warszawa Singera oraz kluby muzyczne, jak choćby zamykany właśnie Pardon, To Tu. Nie bez znaczenia jest też działalność sceny muzycznej Muzeum POLIN. Rahpael Rogiński, Mikołaj Trzaska,  Paweł Szamburski, Ola Bilińska, Wacław Zimpel, Jarosław Bester,  Karolina Cicha – twórców eksperymentujących z tradycyjnymi żydowskimi brzmieniami jest dziś mnóstwo. Każdy oczywiście interpretuje muzykę w swój własny, autorski sposób. Ta wystawa pokazuje jeszcze jedną ciekawą rzecz: nowa muzyka żydowska jest dziś tworzona głównie przez nie-Żydów, także dla nie-Żydów i staje się częścią sfery uniwersalnej.


IDA ŚWIERKOCKA Ur. 1988, dziennikarka i redaktorka. Absolwentka kulturoznawstwa i socjologii. Współpracuje m.in. z „Wysokimi Obcasami” i magazynem „Skarpa”. Pracuje nad książką o przedwojennej Warszawie.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych). 


Tamara Sztyma – Ur. 1975, historyczka sztuki i kuratorka wystaw; absolwentka historii sztuki UW, podyplomowych studiów żydowskich w Oxford Centre for Hebrew and Jewish Studies oraz studiów doktoranckich z zakresu nauk o sztuce na UMK. Od 2013 roku pracuje jako kuratorka wystaw w Muzeum POLIN. W latach 2008–2013 pracowała w zespole przygotowującym wystawę stałą tego muzeum, gdzie zajmowała się galerią międzywojenną.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Remembrance of Herrings Past

The author’s grandparents, at left, at a dinner party in UkraineORIGINAL PHOTO COURTESY THE AUTHOR


Remembrance of Herrings Past

SAMANTHA SHOKIN


Trying several varieties of forshmak on a recent trip to Ukraine sent me back to my own kitchen, trying to recreate the recipe for minced herring my grandmother used to make.

During my extended stay in Kyiv earlier this year I sat down at the charming Favorite Uncle, one of the city’s many trendy eateries, for a taste of cuisine boasting “the bright personality of the Middle East.” There, I was shocked to find one decidedly non-Middle Eastern menu item: forshmak, aka minced herring, or what poet Jake Marmer describes as “probably the most authentically Jewish herring recipe” there is.

Maybe forshmak served at an upscale Ukrainian restaurant is nothing out of the ordinary, but I hadn’t thought about it since childhood, and simply reading the name on the menu triggered a rush of memories.
Back in the 1990s, I spent my childhood summers at a bungalow colony in the borscht belt that had once been frequented by Yiddish-speaking immigrants not unlike my grandparents. By that point, mountain resorts had long since fallen out of fashion and welcomed a new crop of vacationers: namely, Russian-speaking Jews in search of affordable summer dachas. It was at this bungalow colony that I had my first crush, played my first game of soccer, caught my first fish, and learned the Macarena, subsisting solely on my grandmother’s food—and one food in particular: the visually unappetizing but strangely addicting gray mush known as forshmak. Though the fish-based schmear is not that conceptually different from its North American cousin whitefish salad, somehow it never caught on to the same extent and I had never chanced to see it at any American Jewish delis growing up. Instead, forshmak retained its place as a staple of Russian and Ukrainian fare, and as a child of Soviet Jewish immigrants I used to gobble up my grandmother’s forshmak by the jarful.

There is no discernible reason for a 6-year-old to love the taste of pickled herring (though I suspect it is encoded in my genes). Whatever the reason, my forshmak obsession gave peace of mind to my grandparents, whose patience for picky eaters had long run thin. Having immigrated from Ukraine a decade before I was born, they were no strangers to food shortages and could not shake the notion that a healthy child is a plump child. If I refused to sit down for my grandmother’s three-course meals, whose portion sizes were fit for at least one barrel-chested adult, at least I would eat forshmak. Given its medley of nutritious ingredients—fish, egg, bread, apple, and onion, all ground to a pulp and soaked in vinegar—it was reasonably balanced, and one of the few things I, the kindelah, loved to eat, so they left me alone.

At Favorite Uncle, when my order arrived, I looked at the presentation—a miniature tower of cucumber slices, two hefty slices of black bread, and half a soft-boiled egg tucked into a teacup-size portion of forshmak—and couldn’t help but laugh. If this was once considered poor man’s food, I thought, it sure has come a long way. Adding to my disappointment, the taste was entirely wrong. It wasn’t bad—in fact, by industry standards (if those exist) it would probably be considered quite good—but it lacked that magical, life-affirming flavor of my grandmother’s recipe, the flavor of my childhood summers in the Catskills.

Cooking was my grandmother Raisa’s raison d’etre, and I owe many of my favorite flavor combinations to her, particularly the delectable trifecta of sweet, sour, and savory. Her kitchen was a mashup of hyphenated cuisines—Ukrainian-Jewish, Soviet-American—and the apartment that housed it was a testament to her love of the finer things in life, however unattainable they often were. Forced to leave everything behind in Kyiv save a few trifles and $96 per family member, she insisted on shipping the entirety of her ornate furniture collection abroad shortly before immigrating, baroque paintings and all. Eventually the collection made it to East New York where it ended up furnishing my grandparents’ apartment through the end of their lives. The decor always seemed to me ironic, or aspirational at best, belying their modest means in America.

When my grandmother passed away, it marked the end of any era: Gone were the days of living room dinner parties and champagne-stained carpeting. With my grandparents no longer with us, extended family gatherings became obsolete, and, with their American dreams realized, my parents’ generation preferred to dine out.

Although my family cherishes grandmother Raisa’s handwritten recipe collection, forshmak was among the many dishes that she would prepare from memory, leaving us no written record of her method. Today I appreciate that her recipe was truly unique, with a mouthwatering tartness that I have yet to encounter in the dozens of forshmak variations I’ve since tried from Eastern European groceries and restaurants. And as I discovered in Ukraine, there are as many varieties of forshmak as there are people who make it, Jewish or gentile.

On a visit to Lviv a month after the meal at Favorite Uncle, my husband and I stopped into the very haimish Cafe Jerusalem for a kosher-style lunch complete with three forshmak varieties. Once again, the vinegary taste I so desperately craved was conspicuously absent, making me wonder: Was grandmother Raisa’s recipe really that obscure? Even more surprising was spotting forshmak at the military-themed restaurant Kryivka alongside Ukrainian moonshine and garlic-infused pig fat. That the menu was garishly treyf didn’t bother me at all; tasting forshmak pureed with mayonnaise, on the other hand, felt all but sacrilegious.Having tried so many forshmak varieties to no avail, it was time to attempt my grandmother’s recipe myself. I returned home to New York with a pang of reverse culture shock that could only be remedied by a visit to my parents on Brighton Beach. There my mother joined me in reverse-engineering her mother’s recipe. “The secret is in the black bread,” she said. “In Odessa they used white bread, but in Kyiv, grandma Raisa used only black.”

As my mother and I cut the ingredients down to size, I pictured the magnificent spread of my grandmother’s dinner parties, set to perfection on a folding table in the living room where guests would scurry in from the winter chill, fur coats piled on the bedspread and ladies’ perfume mingling with the scent of piping hot borscht. Despite leaving all their savings in the Soviet Union and only scraping by as immigrants in America, my grandparents never stopped loving to entertain—and though I didn’t realize it as a child, grandmother Raisa was truly an extraordinary hostess.

The ingredients fell from the meat grinder into the mixing bowl, and I scooped them up with the first utensil I could find. Without any need for adjustments, the taste was remarkably spot on. It turns out that the holy grail of forshmak recipes had been waiting for me at home all along—and this time I made sure to write it down..


Samantha Shokin is a writer and musician based in Brooklyn.


Raisa’s Forshmak

Wikipedia

For this recipe you will need a meat grinder.

INGREDIENTS

  • 2brined herrings, deboned and filleted
  • 4slices dark rye bread (Borodinsky or Lithuanian work well)
  • 1cup white vinegar, or enough to soak the bread slices
  • 4hard-boiled eggs
  • 1large Granny Smith apple, cored
  • 1small yellow onion

PREPARATION

  • Step 1

    Cut the ingredients down to size and soak the bread in vinegar for about a minute, draining the excess. Feed the ingredient pieces into the grinder on a medium coarse setting (4-5mm or what you would use for hamburger or sausage meat). The bread should be fed last so that it can push out any pieces that might have gotten stuck. Mix well, serve on toasted black bread and garnish as desired.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Is Benjamin Netanyahu’s political career over? – opinion

Is Benjamin Netanyahu’s political career over? – opinion

YAAKOV KATZ


There are a number of top members within Likud who hope and pray that after the budget passes, Netanyahu will finally step down.

.

Opposition Leader Benjamin Netanyahu in the Knesset in June.
(photo credit: YONATAN SINDEL/FLASH90)

In the middle of August, former prime minister Benjamin Netanyahu flew to Hawaii, together with his wife, Sara, and their older son Yair.

The trip was memorable for a few reasons. At the time, the Israeli government was warning its citizens against flying overseas due to the onset of the fourth wave of corona.

Netanyahu ignored the warning and boarded a flight to San Francisco, the first time in 12 years that he flew on a commercial flight. There were no charter planes or private jets. Yes, he had security with him, but he was flying like a regular citizen.

One photo in particular told the entire story. It showed Netanyahu waiting in line at what looked like a check-in counter sitting on one of those Smart Carte baggage wagons that you pay for at American airports. He did not look happy.

Inside the Likud, some members like Nir Barkat had a feeling what would happen when the Netanyahus arrived in Hawaii. A tech entrepreneur who made hundreds of millions before entering politics, Barkat had been to Hawaii twice with his family. He told some close associates at the time that there was no way Netanyahu was coming back that quickly.

Israel’s opposition leader Benjamin Netanyahu is seen gesturing at the Knesset, on July 26, 2021. (credit: MARC ISRAEL SELLEM/THE JERUSALEM POST)

He was right. First, Netanyahu extended his trip. Then, when he returned, his wife and son decided to stay a little longer. When Sara’s time came to return to Israel, Yair still had not had enough. He wanted a little more time in paradise.

It was – as Likud members later called it – the “Hawaii Effect.”

According to some, it has not yet completely worn off. Netanyahu, these MKs say, is not the same as he was when the current government was established by Naftali Bennett and Yair Lapid in June.

In those first few weeks, Netanyahu promised anyone who would listen that the new government was going to fall within a matter of weeks. When that didn’t happen, it turned into a matter of months. As recently as last week, he was still telling party members that there was a chance the government would yet fall before the state budget passed.

This column is being written after the 2021 budget passed this week, and before the vote on the 2022 budget. Netanyahu and his associates have tried for weeks to recruit a defector from among the ranks of the so-called “change coalition” to vote against the budget, but so far they have only met failure. Netanyahu even had an embarrassing moment early Thursday morning when he – one of the three longest-serving MKs in the house – accidentally voted with the coalition for one of the budget amendments.

But even without the budget, Netanyahu seems to many in Likud to have checked out of the parliamentarian work that is expected from the leader of Opposition.

Yes, he gives the occasional fiery speech against Bennett, but he has been known to skip votes and important faction meetings, and does not meet with foreign dignitaries visiting Israel. Now this could be his way of protesting the new government – by not meeting with visiting dignitaries and heads of state, he is showing his contempt for the government that he and his followers claim is illegitimate.

On the other hand, he is missing out on an opportunity to show that he is still a statesman who is sought out by foreign officials. As head of the opposition, it is within his right and in line with protocol to ask for those meetings.

Whatever the reason, there are a number of top members within Likud who hope and pray that after the budget passes, Netanyahu will finally step down. In addition to the “Hawaii Effect,” they’re looking for other signs of this happening.

In two months, for example, the security detail that Sara and sons Yair and Avner have grown accustomed to over the last 12 years will suddenly be gone. No longer will there be a car and security guards accompanying the Netanyahus on their trips overseas and their travels throughout Israel.

And then there is Netanyahu’s ongoing trial. On November 16, Nir Hefetz, a former top Netanyahu aide and a star state witness, will begin testifying in Case 4000, the bribery part of the trial pertaining to the Bezeq-Walla affair. Despite Netanyahu’s protests, the trial is moving ahead full steam, and the picture of how he allegedly tried to manipulate coverage in exchange for regulatory benefits is coming together.

So if he wanted to try and make a deal, now might be the best time, because Attorney-General Avichai Mandelblit is set to step down in February.
The search for his replacement has already begun, and while the next attorney-general will need to continue overseeing the trial, whoever gets the job will not be as invested in the outcome. Mandelblit, on the other hand, (even outside the Justice Ministry) knows that his legacy hinges on the Netanyahu trial ending in a conviction.

It was his decision to indict the former prime minister, and whatever happens in the case will determine his legacy. But his replacement will be less dedicated – it will not matter as much to him or her if Netanyahu gets acquitted as it will to Mandelblit.

Netanyahu knows this, and as a result might be inclined to reach a plea deal with Mandelblit now before he steps down in three months. Will he? The option cannot be ruled out.

And this is where it could get really interesting. If Netanyahu suddenly steps down, Likud will need to hold primaries within a couple of months to elect a new chairman.

Party insiders expect a long list of candidates, with some having already announced they will run while others are still waiting in the wings. The leading candidates are Nir Barkat, Israel Katz, Gilad Erdan, Miri Regev and Yuli Edelstein. Others, like Danny Danon, Tzachi Hanegbi and Avi Dichter, are expected to run, but their chances are deemed slim.

The three working the hardest right now are Barkat, Katz and Edelstein. Barkat is using the vast sums of money he has and loopholes in election laws – as long as primaries have not been called there are no limits on how much private money a potential candidate can spend – and he has hired a team of top adviser and pollsters.

Edelstein is also spending a lot of money, which gives him an advantage over other candidates. He has stepped up activity within the party since making his dramatic announcement a few weeks ago that he will run against Netanyahu, and not wait for him to step down like the rest of the candidates have said.

Erdan, who leaves his post in Washington this month as Israel’s ambassador, will remain at the United Nations, but is expected to return immediately to Israel if a primary race were to be called within the party. The last year has burnished his diplomatic credentials, but it has also distanced him from the party’s members – no weddings, bar mitzvahs or central committee barbecues – and he will have an uphill battle to take the top spot. Nevertheless, Erdan is expected to run so he can secure himself a top ranking and reestablish his standing within the party.

Katz is well plugged-in within the party institutions as well as when it comes to the “shetach,” the field of regular party members where he is popular and well-received. This will give him a step up in a future battle.
Many expect that there will not be a winner after one round of voting – because of the packed field of candidates, it is unlikely that anyone will receive the necessary 40% of the vote. If so, there will be a runoff between the two who come out on top.

When a new chairman is elected, that will likely mean the end of the current government. There won’t even be a need for an election. Under Israeli law, a constructive no-confidence motion – if passed – brings down the current government and immediately installs a new one.

The breakdown will look like this: the Likud-Shas-UTJ-Religious Zionist bloc currently counts 53 MKs. New Hope Chairman Gideon Sa’ar has already said that the moment there is a new Likud leader, everything is open again; and Yamina’s Ayelet Shaked has long been praying for a right-wing government. There will also be little need to convince Defense Minister Benny Gantz to bolt the current coalition – he will not want to crown his nemesis, Yesh Atid’s Yair Lapid, as the prime minister, and so he too will likely join a new Likud-led coalition.

Last but not least is Bennett, who would have to return to being the leader of a party of six with all that comes with it – or doesn’t.

Will any of this happen? No one knows. But here is what is clear: Netanyahu’s trial is continuing, and every day that passes reduces the chances that he will ever return. He knows it, as do his fellow party members and the members of the Bennett-Lapid coalition. Passing of the budget will help keep their government together, but they are still far from being out in the clear.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com