Archive | 2022/01/08

Zachód i jego stare iluzje

Zachód i jego stare iluzje

Amir Taheri
Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski


Teza, że dawanie irańskim mułłom wszystkiego, czego chcą, w nadziei, że mogą zmienić swoje postępowanie, była wielokrotnie testowana i zawsze okazywała się błędna. Na zdjęciu: amerykański sekretarz stanu Antony Blinken, w Departamencie Stanu w Waszyngtonie, 2 sierpnia 2021, po wypowiedzi o “wspólnej odpowiedzi” Iranowi. (Zdjęcie: Brendan /Pool/AFP via Getty Images)

Czy dyplomacja i handel są skutecznymi narzędziami, za pomocą których demokracje zachodnie mogą przekonać państwa totalitarne do reform prowadzących ku demokracji?

To pytanie było przedmiotem debat od dziesięcioleci i powraca dziś przy głośnej kampanii ze strony tych co zawsze, przez ludzi zachęcających administrację prezydenta Bidena do dawania irańskim mułłom wszystkiego, czego chcą, w nadziei, że mułłowie mogą zmienić swoje postępowanie. Obecnie czyta się artykuły i pseudo-badawcze analizy przedstawiające Iran jako “potencjalny rynek o wartości 3 bilionów dolarów” i ostatni brakujący element na wielkim globalnym rynku.

Ta teza była testowana wielokrotnie i nigdy nie okazała się prawdziwa.

W latach dwudziestych XX wieku, gdy reżim bolszewicki w Rosji dociskał śrubę przeprowadzając masowe morderstwa, niektórzy Amerykanie, w tym naukowcy prowadzili kampanię na rzecz uznania “nowej rzeczywistości” i zaoferowania totalitarnemu reżimowi pakietu pomocy ekonomicznej.

Armand Hammer, amerykański biznesmen z ukraińskimi korzeniami, tak bardzo uległ urokowi Lenina, iż powiedział, że: “Gdyby Lenin poprosił mnie, żebym wyskoczył przez okno i się zabił, prawdopodobnie bym to zrobił”.

Hammer, oczywiście, nie zamierzał zabijać się dla Lenina, zajął się przemytem ropy naftowej z Rosji, łamiąc tym zachodnie sankcje.

Nie był sam w dążeniu do uzyskania prywatnej korzyści z forsowania politycznej iluzji.

W długim artykule Edward Dana Durand, doradca prezydenta Herberta Hoovera, przekonywał, że “najszybszym sposobem na wprowadzenie pożądanych przez nas reform (w ZSRR) są inwestycje w tym kraju i handel”.

Rada Duranda została zaakceptowana i Stany Zjednoczone pomogły Stalinowi wydostać się z trudnej sytuacji, którą sam stworzył przez dogmatyczne parcie do kolektywizacji w rolnictwie. W 1933 roku przyszły “partner” prezydenta Franklina D Roosevelta publicznie podziękował Stanom Zjednoczonym za udzieloną pomoc. W tym samym duchu po II wojnie światowej prezydent Harry S Truman zaproponował rozszerzenie planu Marshalla na ZSRR. Jednak Stalin stanowczo odmówił.

Iluzja została ożywiona w nowym formacie za pomocą słynnego “długiego telegramu” George’a Kennana, który położył podwaliny pod niesławne odprężenie Henry’ego Kissingera pokolenie później. ZSRR został usankcjonowany jako partner w światowym przywództwie i otrzymał hojne zastrzyki wsparcia od “pożerającego świat imperializmu”.

ZSRR nie stał się demokracją, ale dzięki zachodnim złudzeniom, “inwestycjom i wymianie handlowej” zdołał opóźnić nieuchronną implozję o długie lata, jeśli nie dziesięciolecia.

Lenin i Stalin nie byli jedynymi despotami XX wieku, którzy uwiedli tak wielu w zachodnich demokracjach.

Benito Mussolini miał swoich amerykańskich apologetów i wielbicieli, wśród nich Waltera Lippmanna, który przekonany o “niezdolności wyborców do zrozumienia kwestii współczesnego sprawowania władzy”, uległ urokowi retoryki “silnego państwa” Il Duce.

Anne O’Hare McCormack, korespondentka “New York Timesa” w Rzymie, i Richard Washburn Child, ambasador USA we Włoszech, poprowadzili całą orkiestrę głosów wychwalających Mussoliniego, podczas gdy niektóre uniwersytety amerykańskie włączyły do programu nauczania “Państwo etyczne” Giovanniego Gentile’a. Tysiące Amerykanów pochodzenia włoskiego pojechało nawet do Hiszpanii, by walczyć po stronie generała Franco, wspieranego przez Mussoliniego i nazistowskie Niemcy.

Kolejnym krwawym despotą, który przyciągnął zachodnich “znawców”, był Adolf Hitler.

Wśród jego amerykańskich wielbicieli i apologetów byli Henry Ford, Thomas Watson, założyciel IBM i przyjaciel rodziny Rooseveltów, dziadek prezydenta George’a W. Busha, Prescott Bush i przez pewien czas bohater lotnictwa Charles Lindbergh.

Mao Zedong, reinkarnacja Kubilaj-chana, był kolejnym despotą, który uwiódł niektórych na Zachodzie. Dziennikarz Edgar Snow był jednym z amerykańskich intelektualistów, którzy przedstawiali “Wielkiego Sternika” jako azjatyckiego Mesjasza przybywającego, by ratować uciśnionych i zasługującego na wsparcie, w tym na “inwestycje i wymianę handlową”.

Dekady później ta iluzja znalazła swoje biurokratyczne echo w raporcie jego asystenta, sekretarza stanu Roberta Zoellicka, dla prezydenta George’a W. Busha, w którym wzywał on do pomocy i handlu, aby pomogły komunistycznym Chinom w podjęciu reform i wyjściu z biedy.

Bush dał się nabrać na tę narrację, reklamowaną również przez Kissingera.

Co może się dalej stać z Chinami, nikt nie wie. Ale jedno jest jasne. Prognozy Zoellicka okazały się całkowicie błędne. Dziś, pod rządami prezydenta Xi Jinpinga Chiny coraz bardziej oddalają się od demokratyzacji i stają się rywalem, jeśli nie przeciwnikiem Stanów Zjednoczonych.

Irański despota ajatollah Ruhollah Chomeini miał swoich własnych amerykańskich lobbystów. Kiedy zabijał setki ludzi w Teheranie, “Time Magazine” w Nowym Jorku okrzyknął go “Gandhim islamu”. Młody senator z Delaware, Joe Biden, powtarzał pobożne życzenia prezydenta Jimmy’ego Cartera o przyjaźni z “nowym Iranem”. Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński marzył o islamskim Iranie jako części “zielonego pasa islamu”, który miałby odgradzać ZSRR, który, ze względu na swoje polskie pochodzenie, uważał za trwające i największe zagrożenie.

Henry Precht, szef biura Iranu w administracji Cartera, nazwał reżim chomeinowski “potencjalnym sojusznikiem”, ponieważ pierwszy gabinet ajatollaha obejmował pięciu mężczyzn posiadających obywatelstwo amerykańskie i/lub pozwolenie na pobyt na podstawie “zielonej karty”.

Przez lata następcy Chomeiniego cieszyli się poparciem amerykańskich lub amerykańskich apologetów, w tym Noama Chomsky’ego, George’a Sorosa, Richarda Falka, Louisa Farrakhana, Chucka Hagela, Olivera Stone’a i Seana Penna.

W swoim czasie Hitler używał stowarzyszenia Amerykanów niemieckiego pochodzenia Bund, jako konia trojańskiego w USA. Mussolini miał wtykę w Organizacji Włosko-Amerykańskiej. Podobną rolę dla ZSRR odgrywała Komunistyczna Partia Stanów Zjednoczonych. Islamska Republika Iranu używa tego samego przepisu poprzez irańsko-amerykańską grupę polityczną, finansowaną przez amerykańskich “miłośników” Islamskiej Republiki.

W mniejszym stopniu politykę dopieszczania despotów stosowano w stosunkach z Muammarem al-Kaddafim w Libii, Saddamem Husajnem w Iraku, Hugo Chavezem w Wenezueli; i Manuelem Noriegą w Panamie, dopóki nie przekroczyli granic utrudniających tolerancję nawet zachodnim “gorącym sercom”. I nie zapominajmy o miłości i podziwie Johna Kerry’ego dla Baszara al-Assada w Syrii.

Zachodnie upiększanie odrażających reżimów nigdy nie doprowadziło do zmiany trajektorii, by despota dołączył do tego, co Amerykanie nazywają “demokratycznym światem”. Reżimy, które gnębią swoje własne społeczeństwa, nigdy nie mogą zmienić się w godnych zaufania przyjaciół, ani tym bardziej nie zmienią się w państwa respektujące prawa człowieka i mające rządy zatwierdzone przez wyborców.

Następnym razem, kiedy usłyszysz śpiewkę “pomóżmy mułłom we wprowadzaniu reform”, pamiętaj o historii Stalina, Mussoliniego, Hitlera, Mao i innych.

Oczywiście w relacjach z despotycznymi reżimami nie jesteśmy skazani na wybór między miłosnym uściskiem a krwawą wojną. Istnieją inne możliwości, na przykład “niech się duszą we własnym sosie” lub przynajmniej nie musimy im raz za razem pomagać w wydostawaniu się z kłopotów, których sami są autorami.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


A Coen Brother’s Brilliant Macbeth

A Coen Brother’s Brilliant Macbeth

DAVID MIKICS


Denzel Washington and Frances McDormand in ‘The Tragedy of Macbeth’A24 FILMS

Joel Coen’s new film is a surprising capstone to the brothers’ razor-sharp oeuvre.

.

The director Sam Raimi once remarked that the Coen brothers’ movies obey three rules—the innocent must suffer, the guilty must be punished, and you must taste blood to be a man. There might be a fourth rule, Raimi added: The dead must walk. Shakespeare’s Macbeth embodies all these traits of the Coen canon. But Joel Coen’s Macbeth goes beyond the movies he made with Ethan, which were infected by a glorious wiseass sensibility. There is no virtuoso madcap side to this Macbeth, and no trace of sarcasm. Here the older Coen brother is as serious as fate itself, and dark as blood. He has made by far the best film Macbeth, outshining the famous versions by Welles and Polanski.

The Tragedy of Macbeth, the first movie directed by Joel without Ethan as producer, will open on Dec. 25. Ethan, now writing plays in LA, has announced that he wants to devote himself to theater rather than cinema. There’s no better time than this to look back on the Coens’ oeuvre—and to gaze more deeply into Joel Coen’s new Macbeth, which turns out to be a surprising capstone to the Coens’ films.

Starting with Blood Simple (1984), these smartass Jewish zanies from Minnesota have been the most happily volatile presence in American movies. Steeped in film noir and with a strong taste for bloodshed, they also inherited Preston Sturges’ roguish screwball talent—but the Coens’ movies have a steel-trap sensibility and a grain of vicious fun that Sturges never possessed. Applying the sadistic acumen of a Road Runner cartoon to grown-up storylines, the Coens were merciless parodists, yet so thorough and pitch-perfect that they seemed to honor their victims, like the Hollywood communists in the underrated Hail, Caesar! or the studio fat cat Jack Lipnick in Barton Fink.

The Coens gave us a series of mocking, spit-polished parables illustrating the symbiosis of three crucial American traits, ingenuity, stupidity, and recklessness. They studied the fablelike lessons told by old Westerns for The Ballad of Buster Scruggs. And they adored the hardboiled novels of James M. Cain, especially Mildred Pierce. Cain’s heroine looks to my mind exactly like Frances McDormand (Joel’s wife), whose tough yet tender small-town vibe is central to so many Coen brothers movies. (The Coens told an interviewer that the façade of Columbia’s Butler Library ought to read “Sophocles … Plato … Aristotle … James M. Cain.”)

The Coens’ movies almost always revolve around a fall guy or shlemiel. Sometimes the shlemiel triumphs in his foolishness (The Big Lebowski, The Hudsucker ProxyO Brother, Where Art Thou?). Other times he ends up a survivor matured by trauma (Barton Fink). Sometimes, like Llewyn Davis or Bernie Birnbaum in Miller’s Crossing, he is a doomed sacrifice or also-ran.

To counterbalance the shlemiel, the Coens often provide a moral compass: Mike Mannix in Hail Caesar!, detective Marge in Fargo, the elderly Black timekeeper in The Hudsucker Proxy (who seems straight from the pages of Ellison’s Invisible Man), the wife in O Brother, Where Art Thou?, Sheriff Ed Tom Bell (Tommy Lee Jones) in No Country for Old Men.

The Coens feel most Jewish when they put together the shlemiel and the moral compass, suggesting that ignorance and wisdom are two sides of life’s coin. In A Serious Man, the Coens’ most overtly Jewish movie, hapless physics professor Larry Gopnik is both shlemiel and highly fallible moral compass.

A Serious Man, “our Jew movie,” as Joel Coen once called it, remains an exception in the Coen canon. The Coens have mostly focused on the classic American gentile fueled by bluff overconfidence. America puts foolishness into overdrive, and the results are sometimes lucky, sometimes not. A hearty idiocy drives the north country murderers of Fargo. The Coens love dumb people, spectacularly in Burn After Reading, that delectable moronic scherzo, but quietly and respectfully in The Man Who Wasn’t There, with its morose existentialist barber Ed Crane (Billy Bob Thornton), a dullard everyman facing the void.

The Coen brothers have at times shown us implacable, force-of-nature serial killers—Mad Man Mundt (John Goodman) in Barton Fink and Anton Chigurh in No Country for Old Men. But for the most part, the Coens’ criminals are bunglers (Raising Arizona, Burn After Reading). Ethan once noted that “in most cases criminals belong to the strata of society least equipped to face life, and that’s why they’re caught so often.”

Enter Macbeth, one of Shakespeare’s more intellectually challenged heroes. Macbeth is a lousy tyrant who can’t get anything right. No one dreads his authority, since he has none—he has only the power to kill, and when that runs out, a fierce willingness to die.

When he wrote Macbeth, Shakespeare invented the gangster movie. And gangsters, as Robert Warshow told us in a classic essay from the 1940s, subvert the American dream. Warshow wrote that “the gangster speaks for us, expressing that part of the American psyche which rejects … ’Americanness’ itself.” America promises that family values, good neighbors, and grabbing the next promotion will make us happy, but such “optimism is fundamentally satisfying to no one,” Warshow adds.

The gangster is never happy—at least not in the movies, where our myths live. High-stakes dissatisfaction fuels him. He must make his mark because either “one emerges from the crowd or else one is nothing,” Warshow writes (true in both Macbeth’s archaic Scotland and Prohibition-era Chicago). Since the gangster’s success is “simply the unlimited possibility of aggression,” with no end in sight, his frustration and death are foretold from the start. He’s trapped, a nothing despite all his firepower. “Even to himself he is a creature of the imagination,” Warshow says of the gangster, perfectly describing Macbeth, that poor player who struts and frets for his allotted time, and then is heard no more.

The Coens have always known that gangsters, nihilism, and loneliness all go together, and that these are the true dark American themes, at the heart of the hardboiled fiction and movies that explode this country’s claim to a perpetual can-do cheerfulness.

Noir skates on the thin ice that separates the ordinary man from an outlandish yet all too real possibility, murder. Like many film noir gangsters, Macbeth is a relative nobody who bursts into the big time—a nondescript thane just doing his brutal job, until the witches come to set him on fire. Then he burns with a visionary torment, and speaks some of Shakespeare’s most staggering poetry.

As Macbeth paces steadily toward Duncan’s murder, a pang of conscience stops him. He fears that

… pity, like a naked newborn babe
Striding the blast, or heaven’s cherubim, horsed
Upon the sightless couriers of the air,
Shall blow the horrid news in every eye,
That tears shall drown the wind.

Such galvanizing poetic lightning can be found outside Shakespeare only in Greek tragedy and the Hebrew prophets. That naked newborn babe strips us bare, too. The only way for Macbeth to recoup this decimated innocence, the wound in nature caused by Duncan’s death, is to press boldly forward to more killings, and rip out all compassion and pity. Blood will have blood.

Visually, the new Macbeth fits into the spare, beautifully bleak strain in the Coens’ work, especially The Man Who Wasn’t There, which like Macbeth is in black and white. Macbeth’s cinematographer, Bruno Delbonnel, gives us a world of bleary opaque whiteness, influenced by Peter Brook’s superstark King Lear but also the complex northern moods of the Danish director Carl-Theodor Dreyer. In Dreyer’s movies characters swim up to the viewer like uncanny ghosts. He holds shots a little too long so he can study how emotions emerge and dissolve in a human face. Like Dreyer’s, Coen’s camera patiently watches his actors’ faces, but Coen also dwarfs their presence with a soaring bizarre German Expressionist architecture borrowed from Fritz Lang’s Siegfried (courtesy of set designer Stefan Dechant).

Joel Coen has acknowledged Dreyer’s influence on his Macbeth, along with that of F.W. Murnau’s Sunrise. When Macbeth (Denzel Washington) returns home from the wars, having sent his wife (Frances McDormand) the letter telling her about the witches’ prophecy, she seems to waken from a healing trance, her face softly glowing. She resembles the Woman in Sunrise happily welcoming her beloved. The fragile health evoked by Murnau turns ill here, for this is Lady Macbeth’s first and last smile.

In their mid-60s, Washington and McDormand are the oldest Macbeths I have seen on either stage or screen. McDormand’s Lady Macbeth is no temptress, and there is no sexual heat between her and Macbeth. Their plot is not an act of passion but a somber duty to themselves—this is their last chance at the throne. Shadowing each other, at one point they touch foreheads affectionately. The mood passes quickly. Soon they will become as numb to each other as a pair of married heroin addicts. The husband and wife end up cordoned off in solitary wretchedness—the misery of killers, let’s not forget. “She should have died hereafter,” Macbeth intones when told of his wife’s suicide, as if she were never really there.

Coen’s Macbeth stays faithful to Shakespeare, with only a few cuttings and pastings. As if to prove this is not a Coen brothers movie, he doesn’t allow anything to become a freestanding tour de force—not the acrobatic contortions of the witches (Kathryn Hunter plays all three) and not the hungover Porter’s stand-up shtick (ably performed by Stephen Root).

Coen’s main innovation is to make the usually faceless Ross a pivotal figure in the story. Here is a man poised between evil and good and finally forced to choose, as if acting out Macbeth’s own early doubt—“I dare do all that may become a man,/Who dares do more is none.” Ross becomes a moral compass, as in earlier Coen movies. Alex Hassell, who plays Ross, wears a short cape resembling an angel’s or perhaps a devil’s wings, lean and sharply defined, slicing through the fog and filthy air of the story. (Mary Zophres’ costumes for the film are artful and pointed throughout.) Banquo, superbly played by Bertie Carvel, bears a more anguished ambivalence, full of foreboding. When Macbeth dandles the head of Fleance, the air is thick with mistrust—this is Banquo’s son, whom the witches have said will become king after Macbeth. Both Ross and Banquo resonate with a dilemma for all eras, including our own: how to react to the tyrant who has power over you, when resisting him would be suicidal, and staying loyal to him an offense to your soul?

Washington’s Macbeth is a man on the brink—resolute, hesitant, trapped by his own boldness. When he recites the “Is this a dagger I see before me” soliloquy, Washington chuckles softly under his breath, steeling himself. He speaks Macbeth’s words rapidly, eschewing the pointed pauses and heavy underlinings most actors embrace in this role. The point is clear: Macbeth is the servant of these words, not their master. Hamlet plays with words, but Macbeth’s words play him. So Denzel says the words swift and lowdown, like a knife to the heart.

This Macbeth is shaky, too, haunted by terror just like the nerdy Barton Fink awakening next to a bloody corpse. “How full of scorpions is my mind, dear wife,” Macbeth broods. He cannot again become the naive bloody soldier he was at the beginning of the play, not even with Lady Macbeth’s help, for she too is haunted. Lady Macbeth would like to resemble Fargo’s Marge, an utterly practical Midwestern spirit, for whom a body in a woodchipper is nothing so special. The Macbeths try to pull the same trick—a dead body is just a dead body. It doesn’t work. The dead will walk.

Washington stays subdued until he launches into reckless fury near the film’s end. Then he vaunts and pivots like a samurai who dares all. With nothing left to lose, he will never know who or what has opposed him, whether the witches were allies or enemies. He strikes out wildly at emptiness. If only there were someone to fight, rather than a hurly burly cosmos signifying nothing.

Finally there is no future, only ceaseless, sleepless tomorrows, exactly resembling the vacant present day. Each noise signals a dreadful monotony. A steady, leaden thumping punctuates Coen’s Macbeth: the thudding of boots, heavy knocking on gates, battleaxes hitting their target. There is also an old Coen brothers effect, the slow ooze of blood dripping from a dead body, tick-tock, and puddling like motor oil—a viscous, mesmerizing token of the fate that plays tricks on you.

Macbeth, his horrid deeds exposed to all, resembles those American bad hombres whose sense of nakedness before cosmic judgment is rooted in our age-old Puritan fear of God. Steve Rojack, the narrator hero of Norman Mailer’s An American Dream, says he was “buried in fear” after killing his wife, since “I no longer had the confidence my thoughts were secret to myself … a killer attracted the attention of the gods; then your mind was not your own, your anxiety ceased to be neurotic, your dread was real.”

An America where dread is real and summed up in the dispossessed mind of the outlaw—perhaps Joel Coen will return from his Shakespearean bloodbath ready to film an acid new world nightmare. After all, James M. Cain is your favorite novelist, right, Joel?


David Mikics is the author, most recently, of Stanley Kubrick (Yale Jewish Lives). He lives in Brooklyn and Houston, where he is John and Rebecca Moores Professor of English at the University of Houston.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


More Than 120 Celebrities Sign Open Letter Against Boycott of Sydney Festival Over Israeli Dance Sponsorship

More Than 120 Celebrities Sign Open Letter Against Boycott of Sydney Festival Over Israeli Dance Sponsorship

Shiryn Ghermezian


Gene Simmons. Photo: Wikimedia Commons.

Kiss frontman Gene Simmons, actress Emmanuelle Chriqui, and filmmaker Nancy Spielberg are among the more than 120 members of the entertainment industry who have signed an open letter against the boycott of the 2022 Sydney Festival, after dozens of acts pulled out of the event over its $20,000 sponsorship deal with an Israeli embassy.

The open letter, published on Thursday by the non-profit group Creative Community for Peace, calls the boycott “an affront to both Palestinians and Israelis who are working to advance peace through compromise, exchange, and mutual recognition.” It also said the boycott “turns the festival from an opportunity for unity into a weapon of division.”

The letter continued saying that “while we all may have differing opinions on the Israeli-Palestinian conflict and the best path to peace, we all agree that a cultural boycott is not the answer.”

An estimated 30 acts have so far reportedly cancelled their participation in the festival because it signed a $20,000 sponsorship agreement with the Israeli Embassy in Canberra, Australia, which will support a performance of “Decadance,” a piece by acclaimed Israeli choreographer Ohad Naharin. The festival said on Tuesday that despite the boycott by pro-Palestinian artists, it will not terminate its sponsorship deal with the Israeli embassy.

The festival is set to take place Jan. 6-30 and will include more than 120 events. It opened on Thursday night mere hours after another act, Tropical F**k Storm, pulled out after failing to convince the festival to refund and end their deal with the Israeli embassy. The boycott also resulted in a pro-Palestinian protest outside the Sydney Opera House this week.

CCFP’s open letter quoted comments made by Australian singer-songwriter Nick Cave in 2018 when he said: “The cultural boycott of Israel is cowardly and shameful. Israel is a real, vibrant, functioning democracy – yes, with Arab members of parliament – and so engaging with Israelis, who vote, may be more helpful than scaring off artists or shutting down means of engagement.” However, Cave has not signed the new open letter.

The letter also argued that,”while art can reflect politics, and artists can choose to reflect their politics in their own art, art should never become subservient to politics and artists and cultural events should never be forced to be politicized.”

Others signatories include songwriter and producer Diane Warren; singer Deborah Conway, actor Eric Balfour, Disturbed frontman David Draiman, comedian Elon Gold, actress and producer Noa Tishby and composer Aaron Symonds.

Simmons further slammed anti-Israel activists boycotting the Sydney Festival in a recent interview with an Australian morning show, accusing the campaign of”punishing young, talented people who have nothing to do with politics.”

“I fully respect people who have a different point of view — but right time, right place. Don’t take it out on young people in the arts. They have nothing to do with politics,” he said on air. “Leave young talents alone. The arts should be free of political pressure.”

CCFP Director Ari Ingel said in a released statement, “The organizers of the Sydney Festival boycott intentionally misrepresent the truth about Israel and make provocative statements, to try and bully artists into backing out of the festival. Their messages deceptively involve an element of dishonesty and deny the truth of Jewish indigeneity to the land of Israel. Their actions only further hostility and dampen hope for peace, which all of us so urgently desire.”

“The Sydney Festival is a beautiful event celebrating Sydney’s diverse and rich culture – bringing the entire community together. Unfortunately, it’s now being used for political purposes to divide, rather than unite,” Ingel added. “The boycott movement is also counterproductive and instead of amplifying the voices of coexistence trying to effect real change on the ground, those who support the calls for a boycott are only creating more hostility, division, and mistrust.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com