Archive | 2022/02/12

Halacha, życie wcześniaków i proszek z koników polnych

Halacha, życie wcześniaków i proszek z koników polnych

KATARZYNA ANDERSZ


Leonardo da Vinci, fragment Studium płodu w macicy.

JAK POD WPŁYWEM ROZWOJU MEDYCYNY ZMIENIAŁA SIĘ INTERPRETACJA HALACHY? JAKIE WYZWANIE DLA RABINÓW BĘDĄ STANOWIĆ ZDOBYCZE TECHNOLOGICZNE XXI WIEKU? O SYTUACJACH, W KTÓRYCH ROZWÓJ NAUKI TRZEBA POGODZIĆ Z WIELOWIEKOWYM PRAWEM RELIGIJNYM, OPOWIADA RABIN ARI ZIVOTOFSKY, DOKTOR NEUROBIOLOGII W MULTIDYSCYPLINARNYM CENTRUM BADAŃ NAD MÓZGIEM IM. LESLIEGO I SUSAN GONDÓW NA UNIWERSYTECIE BAR-ILAN ORAZ WYKWALIFIKOWANY SZOCHET. 

.

Katarzyna Andersz: W niedalekiej przyszłości będzie możliwe wyhodowanie organów z tkanek zwierzęcych lub zbudowanie ich na bazie sztucznych materiałów. Zacznijmy jednak od tego, jak kwestię przeszczepów – osiągnięcie zaledwie ostatniego półwiecza – postrzega żydowskie prawo?

Ari Zivotofsky: Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to halachicznie problematyczny temat. Ważne jednak, aby w odniesieniu do wszystkich tego typu pytań pamiętać, że halacha bierze pod uwagę rozwój nauki. Innymi słowy rabini zawsze dążyli do tego, żeby kwestie religijne rozstrzygać w oparciu o współczesny stan wiedzy, a nie formułować stanowisko, przyjmując za punkt wyjścia przekonania z czasów starożytnych.

Przykładem takiego podejścia jest kwestia ratowania wcześniaków. W Talmudzie czytamy, że dziecko, które urodziło się zarówno w dziewiątym, jak i w siódmym miesiącu ciąży, jest zdolne do życia. Natomiast dziecko, które urodziło się w ósmym miesiącu, nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Taki był stan wiedzy medycznej w czasie spisywania Talmudu i stąd zapis mówiący o tym, że jeśli dziecko urodzone w ósmym miesiącu nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować, to w szabat nie można się nim zajmować – powinno się je traktować jak ciało zmarłego. Natomiast żeby ratować dziecko urodzone w siódmym miesiącu, można szabat złamać. Dziś oczywiście tak nie myślimy i nigdy nie pozwolilibyśmy takiemu ośmiomiesięcznemu wcześniakowi po prostu umrzeć. Nikt nie śmiałby powołać się na ten zapis.

W czasach powstawania Talmudu o przeszczepach nie mogło być mowy. Jakie więc stanowisko wypracowali współcześni rabini?

Przeszczepy organów są cudowną metodą ocalenia czyjegoś życia lub poprawienia jego jakości – to powszechnie panujący pogląd. Natomiast ważne są kwestie szczegółowe. Oddanie własnej nerki czy szpiku to ogromna micwa. Większość organów pochodzi jednak od nieżyjących dawców i tu pojawia się problem traktowania zwłok – zgodnie z halachą powinny one przecież zostać jak najszybciej pochowane. Niemniej jednak rabini niemal jednogłośnie twierdzą, że jeśli chodzi o ratowanie innego życia, można poczekać i pobrać organ, niezależnie od tego, ile taka procedura zajmuje czasu.

A pochowanie niekompletnych zwłok nie jest problemem? Ortodoksyjny judaizm sprzeciwia się przecież kremacji ze względu na zmartwychwstanie ciała w czasach mesjańskich.

Pytanie o to, co stanie się z osobą pozbawioną wątroby, w momencie gdy przyjdzie Mesjasz, jest domeną ludzi przesądnych, a nie rabinów. Skoro Bóg będzie w stanie odtworzyć ciało z pozostałych po nim kości, to poradzi sobie też z brakiem wątroby. Rabini uważają, że ludzkim problemem jest ocalenie życia, a kwestie boskie są poza naszym zasięgiem i nie należy się nimi przejmować. Taki przyjęto konsensus. Najbardziej sporną kwestią jest natomiast definicja granicy życia i śmierci.

Dla lekarzy śmierć mózgu jest z reguły wystarczającym kryterium pozwalającym na pobranie narządów.

Naczelny rabinat Izraela uznał, że śmierć mózgu jest wystarczająca, aby pobrać organy, ale istnieją odłamy judaizmu, głównie ultraortodoksyjnego, które takiej definicji nie przyjmują – uważają, że pobranie organu od osoby, u której nie ustało krążenie, jest równoznaczne morderstwu. Z tego powodu niektórzy rabini uważają, że żaden Żyd nie powinien być dawcą serca i płuc, bo te narządy mogą być pobrane wyłącznie od osoby z nadal funkcjonującym układem krążenia.

Gdy będzie już możliwa hodowla organów na bazie zwierzęcych tkanek, jakie stanowisko przyjmie judaizm?

To w zasadzie mniej skomplikowana kwestia. Już dziś powszechnie wykorzystuje się na przykład zastawki serca pochodzące od świni, genetycznie podobnej do człowieka. Nie ma halachicznego zakazu używania zwierząt, także tych niekoszernych, dla ludzkich korzyści. Czy Żydzi nie mogą grać w futbol amerykański, bo piłka tradycyjnie zrobiona jest ze świńskiej skóry? Oczywiście, że mogą – niekoszernych zwierząt nie wolno jedynie jeść. Jeśli w przyszłości uda nam się dokonywać przeszczepów całych organów od zwierząt czy też budować narządy na bazie ich tkanek, będzie to fantastyczne rozwiązanie, ponieważ cały czas borykamy się z brakiem wystarczającej ilości dawców.

Postęp nauki przyniesie też najpewniej możliwość manipulowania genami, na przykład do stworzenia dziecka o określonym wyglądzie. Już teraz w przypadku implementacji in-vitro można wybrać zarodek, który zostanie przebadany pod kątem obecności konkretnego genu wywołującego ciężką chorobę. Judaizm uznaje takie działania za etyczne?

Tak, generalnie jest przychylnie nastawiony do tego typu procedur. W diagnostyce preimplantacyjnej chodzi o wybranie zarodka, który nie ma wadliwego genu przekazanego przez jednego z rodziców, a zatem o wyeliminowanie choroby. Niedawno natomiast Komisja Etyki przy izraelskim Ministerstwie Zdrowia debatowała nad inną sprawą. Padło pytanie, czy jeśli małżeństwo ma czwórkę zdrowych synów, ale chce, żeby z kolejnej ciąży urodziła się córka, może wybrać żeński zarodek? Nie ma tutaj mowy o niczym tak skomplikowanym jak – niemożliwa zresztą jeszcze – ingerencja w sekwencję DNA. Chodzi jedynie o wybór żeńskiego zarodka spośród kilku innych i jego implementację. Komisja miała tu wiele wątpliwości i w końcu uznała, że dopuszczenie takiego wyboru będzie jak otwarcie puszki Pandory. Pojawią się rodzice, którzy będą chcieli wybierać spośród zarodków takie, które mają określone cechy – gdzie wtedy postawić granicę? Zarówno izraelscy rabini, jak i wspomniana Komisja Etyki zgadzają się więc, że diagnostyka preimplantacyjna powinna służyć tylko eliminowaniu chorób genetycznych. Cała reszta przypadków spotyka się raczej z negatywną opinią, choć nie wiem dokładnie, jaki halachiczny zakaz miałby w tym przypadku zastosowanie.

W zeszłym roku Chińczyk He Jiankui dokonał zmiany sekwencji DNA zarodków w taki sposób, że uzyskały one genetyczną odporność na wirusa HIV.

To była jak dotąd jedyna potwierdzona próba takiej ingerencji i spotkała się ona z ostracyzmem ze strony środowiska naukowego. Teoretycznie judaizm mógłby na taki proceder spoglądać z aprobatą. Póki co jednak nie ma przyzwolenia na tego typu praktyki, ponieważ istnieje obawa, że nie znamy wszystkich konsekwencji manipulacji genami. Nie wiemy na przykład, jak zamiana jednego genu wpływa na inne. Rabini zawsze starają się podążać za opiniami naukowców – jeśli oni twierdzą, że jest to procedura niebezpieczna lub nieprzewidywalna, nikt nie weźmie jej nawet pod uwagę.

Poza tym nie widzi rabin innych przeszkód?

To, o czym teraz rozmawiamy, na razie przypomina bardziej science-fiction. Talmud i prawo żydowskie sprzeciwiają się zabobonom oraz praktykom, które nie znajdują swojego potwierdzenia w faktach. Chory może w Jom Kipur zaprzestać postu, jeśli niezbędne jest zażycie lekarstwa, jednak tylko w przypadku, gdy jego działanie jest udowodnione naukowo. Jeśli miałby wypić jakieś ziółka czy połknąć sproszkowane zwierzę, to nie tylko nie wolno mu tego zrobić w Jom Kipur, ale generalnie byłoby to uznane za jakiś rodzaj szamaństwa czy magii. Jeśli manipulacja sekwencją DNA okaże się skutecznym i bezpiecznym sposobem na ochronę przed różnymi chorobami, rabini będą skłonni patrzeć na taki proceder przychylnie.

Skoro autorytety rabiniczne wydają swoje opinie na podstawie sprawdzonych naukowych danych, czemu nagle słyszymy o tak wielu przypadkach odry w społecznościach ultraortodoksyjnych? Skąd bierze się tam antyszczepionkowa ideologia?

Rzeczywiście, odra rozprzestrzenia się w takich społecznościach wyjątkowo szybko, ale to nie wina antyszczepionkowców. W prawie żydowskim, jakkolwiek interpretowanym, nie ma niczego, co poddawałoby kwestię szczepienia dzieci w wątpliwość. Moja żona jest pediatrą i ma wielu pacjentów z ultraortodoksyjnych rodzin. Według niej winna jest po prostu hierarchia zadań w tego typu społecznościach. Często rodzice mają tak wiele spraw na głowie, że bagatelizują szczepienia, odkładając je na bliżej nieokreśloną przyszłość. Poza tym rodziny ultraortodoksyjne żyją często w gorszych warunkach sanitarnych, w bardzo gęsto zaludnionych dzielnicach, a to także sprzyja rozprzestrzenianiu się choroby. Kiedy wysyła się tam mobilne ambulatorium szczepionkowe, okazuje się, że przychodzi do niego wiele osób, które na co dzień nie mają czasu zabrać dzieci do przychodni.

W krajach katolickich, takich jak Polska, przy okazji debaty na temat diagnostyki preimplantacyjnej i w ogóle procedury in-vitro słyszy się, że marnowane są zarodki, które nie zostaną wybrane do zabiegu. 

Judaizm, w przeciwieństwie do katolicyzmu, nie postrzega zarodka jako pełnej formy życia, bo nie jest on w stanie przeżyć i rozwinąć się poza organizmem matki. Można powiedzieć, że nas interesuje przede wszystkim rezultat. Jeśli para chce mieć dziecko, to ważne, żeby jej w tym pomóc, na przykład poprzez procedurę sztucznej implementacji.

Również płód nie jest postrzegany jako życie w pełni rozwinięte, stąd o wiele bardziej zniuansowane spojrzenie na aborcję.

PRENUMERATA
Czym jest w takim razie płód i w jakich sytuacjach rabini dopuszczają jego usunięcie?

Od dziesiątek lat toczy się dyskusja na temat tego, o ile mniejsza jest wartość życia dziecka w łonie od życia matki. Płód jest potencjalnym życiem, zatem nie można go zabić, ale jednocześnie nie jest życiem w pełni rozwiniętym, dlatego ważniejsza jest matka. Pośrodku tych opinii pozostaje natomiast wielka szara strefa i pytanie o to, kiedy w takim razie można dokonać aborcji. Jeśli zagrożone jest życie lub zdrowie kobiety, nie ma żadnej granicy wieku płodu – można usunąć nawet ośmiomiesięczny, bo zawsze będzie on czymś mniej niż pełnym życiem. Tak uważał na przykład jeden z najważniejszych izraelskich rabinów XX wieku Eliezer Waldenberg. Z drugiej strony, jeśli życie płodu – przyjmując nawet, że jest to życie tylko potencjalne – jest zagrożone, można złamać szabat, żeby je ratować. Podobnie kobiecie w ciąży pozwala się nie pościć w Jom Kipur, bo podtrzymuje ona życie dziecka.

Ponadto panuje zgoda co do tego, że zarodek młodszy niż czterdzieści dni ma jako potencjalne życie mniejszą wartość niż płód bardziej rozwinięty.

Czy judaizm wartościuje choroby płodu, które uzasadniają przerwanie ciąży? Są przecież takie wady, które dzięki rozwojowi medycyny dają dobre rokowania i stosunkowo dobrą jakość życia, na przykład zespół Downa.

Sądzę, że w takim przypadku większość rabinów byłaby przeciwna aborcji. Owszem, posiadanie dziecka z zespołem Downa utrudni funkcjonowanie rodziców, ale wciąż mówimy tu o dziecku, które ma potencjał rozwinąć się na tyle, żeby cieszyć się dobrą jakością życia przez wiele lat. Nie powinno mu się tego odbierać.

Oprócz rozwoju technologii i medycyny nadchodzące dekady przyniosą również globalny kryzys ekologiczny, w związku z czym będziemy musieli zmienić nasze nawyki żywieniowe. Już teraz wiele firm z powodzeniem prowadzi na przykład prace nad mięsem produkowanym w laboratoryjnych warunkach.

Powiedziałaś „mięsem”, to znamienne. Od kilku lat rabini zastanawiają się, czym będzie ten produkt. Osher Weiss, rabin i posek z Jerozolimy, odnosząc się do owego „sztucznego mięsa”, powiedział, że skoro ono wygląda i smakuje jak mięso, a ponadto ludzie chcą, żeby było ono za mięso uznawane, to produkt ten nie jest niczym innym, jak właśnie mięsem. Komórka, z której zostało ono wyprodukowane, pochodzi od zwierzęcia, w związku z tym tak powinno się je traktować.

Może być koszerne?

Sztuczne mięso – lub czyste mięso, jak się je często nazywa – może zostać stworzone na bazie komórki pochodzącej od krowy, kurczaka czy świni. Ale nawet jeśli ta komórka pochodziłaby od zwierzęcia koszernego, to i tak nie rozwiązuje to wszystkich problemów. Żeby wołowina była koszerna, krowa musi zostać zabita w odpowiedni sposób, zgodnie z zasadami szchity. Posłużę się brutalnym przykładem, żeby pokazać, na czym polega problem. Jeśli po prostu odciąłbym żywej krowie nogę, a potem chciał ją przyrządzić na grillu, to takie mięso nie byłoby koszerne. Co w takim razie, jeśli z krowy pobiorę zaledwie kilka komórek, które potem, mówiąc w dużym skrócie, przeistoczą się w sztuczne mięso? Ono także nie będzie koszerne, bo przed pobraniem tego mikroskopijnego kawałka tkanki krowa nie została ubita w odpowiedni sposób. Dozwolone byłoby na przykład pobranie komórek z jej mieszka włosowego, bo sierść nie jest jadalna, a zatem nie łamalibyśmy zakazu spożywania mięsa pochodzącego z niekoszernego uboju – to tylko hipoteza, bo niestety nie wiem, czy taki sposób pozyskania materiału pod hodowlę sztucznego mięsa w ogóle istnieje. Podobnie mogłoby być z komórkami macierzystymi pobranymi z krwi pępowinowej – one też nie są częścią jadalną.

Jestem jednak przekonany, że wszystkie te problemy są rozwiązywalne. Izrael przoduje w liczbie firm zajmujących się produkcją sztucznego mięsa, a w jednej z nich szefową laboratorium jest ortodoksyjna kobieta.

Czy istnieje możliwość, żeby mięso pochodzące ze świńskiej komórki zostało uznane za koszerne? Na przykład jeśli byłaby to komórka pobrana z niejadalnej części świni?

Podejrzewam, że opinia większości rabinów byłaby negatywna. Dopóki jednak nie jest znany produkt i proces jego powstawania, trudno o wyrok.

W ciągu ostatnich kilku lat pojawiło się też wiele firm, które jako rozwiązanie problemu głodu i braku białka pochodzącego z mięsa opracowują odżywcze suplementy na bazie owadów. Czy takie produkty są koszerne? 

Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, ale w Torze są wymienione koszerne owady, na przykład niektóre gatunki szarańczaków. W Izraelu jest nawet start-up zajmujący się wytwarzaniem białkowego proszku z konika polnego. Ma certyfikaty potwierdzające, że produkt jest koszerny i halal. W Stanach Zjednoczonych znam przynajmniej jedną firmę, która używa do produkcji swoich suplementów świerszczy, ale one nie są niestety koszerne.

Konik polny uznawany jest za mięso?

Nie, należy do kategorii parwe, tak jak ryby.

A gdy w odległej przyszłości prawdziwe jedzenie zamienimy na pigułki, które będą zawierały wszystkie niezbędne wartości odżywcze, wpisze się to w żydowską tradycję i zastąpi świąteczne posiłki?

Jeśli myślimy o kolacji szabatowej, to ma ona być po prostu posiłkiem lepszym od pozostałych jedzonych w ciągu tygodnia. To, co takie stwierdzenie będzie oznaczać, jest kwestią kulturową. Żydzi w Polsce tradycyjnie podczas szabatu jadali inne rzeczy niż Żydzi w Jemenie. W Bagdadzie ryb z Tygrysu czy Eufratu było pod dostatkiem, ale może w Jerozolimie, oddalonej od morza, stanowiły one nie lada rarytas. To od nas będzie zależało zdefiniowanie świątecznego charakteru posiłku.

Coraz więcej ludzi odchodzi obecnie od jedzenia mięsa, choć tradycyjnie to ono było – przynajmniej w naszej części Europy – kojarzone ze świątecznym posiłkiem.

Jeśli ktoś chce zostać wegetarianinem z powodu negatywnego wpływu, jaki na środowisko ma hodowla zwierząt i produkcja mięsa, to wpisuje się to w żydowską filozofię. Jeśli ktoś po prostu nie lubi mięsa, to też zrozumiałe. Natomiast jeśli ktoś decyduje się na dietę wegetariańską, bo myśli, że to niemoralne, żeby mordować zwierzęta dla swojego zysku, to mam z tym problem. Przez cztery tysiące lat żydowska filozofia mówiła, że zabijanie zwierząt jest dozwolone. Bardziej współcześni nam rabini, na przykład Awraham Kuk, zajmowali się co prawda problemem dobrostanu zwierząt, jednak ich poglądy były zachowawcze. Rabin Kuk, mimo że sam był wegetarianinem, uważał, że zbyt duży rozrost ruchu postulującego niejedzenie mięsa mógłby przyczynić się do tego, że przestaniemy interesować się dobrem ludzi. Ja uważam podobnie – nie powinniśmy zacierać granicy między nami a zwierzętami. W judaizmie wierzymy, że zwierzęta są na ziemi dla pożytku ludzi. Eksperymenty medyczne na zwierzętach są dozwolone, choć oczywiście trzeba dołożyć wszelkich starań, aby zminimalizować ich cierpienie. Być może rozwój nauki przyniesie rozwiązania, które pozwolą takie badania wyeliminować. Tak jak pojawienie się traktorów sprawiło, że nie musimy już wyzyskiwać koni do orania pól, powszechny dostęp do sztucznego mięsa może spowodować, że nie będziemy zabijać zwierząt na mięso. Póki co jednak ani w eksperymentach medycznych na zwierzętach, ani w jedzeniu mięsa judaizm nie widzi niczego nieetycznego.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Prasa żydowska w Lublinie

Prasa żydowska w Lublinie

Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”


W latach 1916–1939 w Lublinie ukazywało się około 30 żydowskich gazet w językach jidysz, polskim i sporadycznie w hebrajskim. Pierwszą gazetą żydowską wydawaną w Lublinie była polskojęzyczna „Myśl Żydowska” (1916-1918). Dużą poczytnością cieszyły się wydawane w języku jidysz dziennik „Lubliner Tugblat” oraz tygodnik „Lubliner Sztyme”. Oprócz nich w Lublinie wydawano także szereg innych pomniejszych czasopism w języku jidysz, jednak większość z nich miała charakter jednodniówek lub nie była w stanie utrzymać się na rynku. W Lublinie ukazywały się także specyficzne żydowskie czasopisma uczniowskie. W szczątkowej i konspiracyjnej formie prasa żydowska istniała w Lublinie także podczas II Wojny Światowej, po wojnie natomiast w mieście ukazywał się przez kilka miesięcy dwujęzyczny (polsko-jidyszowy) Biuletyn Żydowskiej Agencji Prasowej

Prasa żydowska w Lublinie
Winieta gazety „Lubliner Tugblat”
Spis treści

[Zwiń]

„Myśl Żydowska”

Lata ukazywania się: 1916 – 1918
Adres redakcji: Radziwiłłowska 3/
Druk: Franciszek Pietrzykowski

Rodzaj: początkowo tygodnik, pod koniec istnienia pismo wychodziło nieregularnie.

„Myśl Żydowska” – polskojęzyczny tygodnik społeczny, wydawany przez młodą inteligencję skupioną wokół Zjednoczenia Żydowskiej Młodzieży Demokratycznej. Gazeta ukazywała się w latach 1916-1918, łącznie wydrukowano 88 numerów czasopisma.

Historia gazety

„Myśl Żydowska” – tygodnik społeczny, wydawany przez młodą inteligencję skupioną wokół Zjednoczenia Żydowskiej Młodzieży Demokratycznej. Pierwszy numer wyszedł 7 marca 1916 roku, w czasie okupacji austriackiej. Łącznie wyszło 88 numerów „Myśli Żydowskiej”. Redaktorem gazety był Ludwik Rechtszaft (do września 1917), następnie Izaak Kerszman, a siedziba redakcji znajdowała się przy ulicy Radziwiłłowskiej 3/9. Za druk odpowiedzialna była oficyna Józefa Pietrzykowskiego, wydawcą był zaś Salomon Lewin. Z redakcją współpracowali: znany pod nazwiskiem Mikołaj Wadyas – M. Szejnbrun, Bolesław Warman, dr Mojżesz (Mieczysław) Zajdenman, adwokat Goldberg, Wadja Szajnbrun i Leon Szper, a także publicyści związani z prasą krajową i zagraniczną: Natan Szwable, Jakub Appenszlak, Samuel Hirszhorn, Dawid Socher, Józef Dunkelblum, M. Fiszlender, Samuel Mejerson i Ignacy Finkielsztajn1.

Do 28 września 1917 r. pismo ukazywało się pod redakcją Rechtszafta po czym nastąpiły zmiany w składzie redakcji. Naczelnym redaktorem został Izaak Kerszman. Trudności finansowe sprawiły, że kolejne numery ukazały się dopiero w grudniu tego roku (1917). Kerszman redagował „Myśl” do maja 1918, kiedy to wskutek „odmowy dalszego subwencjonowania z funduszów pomocy amerykańskiej” pismo upadło2.

Cele i ideologia „Myśli Żydowskiej”

Redakcja za swoje główne cele stawiała złagodzenie antagonizmów chrześcijańsko-żydowskich, obronę Żydów przed atakami antysemickimi, a także promowanie koegzystencji opartej na wzajemnym szacunku i zrozumieniu. Miała być czasopismem bezpartyjnym, niezaangażowanym w dyskusje dotyczące asymilacji kulturowo-językowej. Naczelnym hasłem pisma było „uobywatelnianie” się żydowskich mieszkańców miasta3.

„Myśl Żydowska” w bibliotekach

Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. H. Łopacińskiego w Lublinie:

R. 1 nr 1-38, 07 Marzec – 21 Grudzień 1916, brak nr 8, 32.
R. 2 nr 1-40, 39-7,7 02 Styczeń – 31 Grudzień 1917, brak nr 12, 18, 29-30.

Winieta „Myśli Żydowskiej”, zbiory Biblioteki Wojewódzkiej im. H. Łopacińskiego w LublinieWinieta „Myśli Żydowskiej”, zbiory Biblioteki Wojewódzkiej im. H. Łopacińskiego w Lublinie.

„Lubliner Tugblat” (jid. Dziennik Lubelski)

Lata ukazywania się: 1918-1939.
Adres redakcji: Bernardyńska 20 (1918-1928); Królewska 13 (1928-1939).

Druk: N. Herszenhornowa i Sz. Strazberger, Bernardyńska 20 (do 1928); własna drukarnia (od 1928).

Rodzaj: dziennik (prócz sobót)

„Lubliner Tugblat” był pierwszą i jednocześnie najdłużej ukazującą się gazetą w języku jidysz wydawaną w Lublinie. Dziennik drukowany był w latach 1918-1939 i posiadał silną pozycję na lokalnym rynku prasowym.

Powstanie i historia gazety

„Lubliner Tugblat” założyli w 1918 roku Izrael Kacenelenbogen, Mojsze Gradel (działacze Żydowskiej Partii Ludowej), Izrael Barzach (powiązany ze środowiskiem syjonistycznym) i Mojsze Chaim Wizenfeld (ze środowiska ortodoksów)4. Czasopismo ukazywało się niemal nieprzerwanie przez cały okres 20-lecia międzywojennego – codziennie oprócz sobót aż do 8 września 1939 roku. Redaktorami „Lubliner Tugblat” w różnych latach byli: Szlomo Baruch Nissenbaum (do 1922 roku), Boruch Cukerman, Lejb Perel i Jakub Hersz Nisenbaum (po roku 1922 dziennikarz, następnie współwłaściciel gazety). W skład dziennikarzy i publicystów gazety wchodzili między innymi Szaul Icchok Stupnicki (kierownik literacki, następnie współpracownik), Henoch Isz (do 1919 roku), Jakub Waksman, Lewi Niemcewicz i Jakub Hersz Nisenbaum. Redakcja mieściła się przy ulicy Bernardyńskiej 20 (w latach 1918–1928), a następnie (do 1939 roku) Królewskiej 13. Za druk odpowiedzialna była oficyna N. Herszenhornowej i Sz. Strazbergera (ulica Bernardyńska 20), z czasem pismo utworzyło własną drukarnię i zecernię.

Czasopismo przeszło kilka burzliwych epizodów. W 1922 roku w redakcji doszło do rozłamu, część z pracowników gazety, na czele ze Stupnickim, przeszła do nowego dziennika „Lubliner Najes”. W tym samym roku redakcję opuści Szloma Baruch Nissenbaum, który na kilka lat wyjechał do Palestyny. Po odejściu Nissenbauma właścicielami gazety oraz zecerni stali się jej pracownicy – Lejb Perel (redaktor odpowiedzialny i wydawca prawdopodobnie w latach 1922-1926), Herc Kohen (redaktor odpowiedzialny, redaktor naczelny i wydawca od 1926 roku), Jakow (Jankiel) Kac, Chaim Gawril Herszenhorn, Benjamin Westler i Fiszel Grynwald. W dość skomplikowany sposób układała się współpraca gazety ze Stupnickim. Po zlikwidowaniu „Lubliner Najes” w 1922 roku powrócił on na krótko do redakcji gazety, po czym w 1926 roku wyjechał do Rygi, by w 1927 znów zostać współpracownikiem „Tugblatu”5. Z czasem wykrystalizował jasny podział kompetencji między właścicielami gazety. Sprawami administracyjnymi zajęli się Hersz Kohen i Jakow Kac, korektą – Lejb Perel, a w zecerni pracowali Fiszel Grynwald, Benjamin Westler i Chaim Herszenhorn. Ponadto: Jakub Hirsz Nisenbaum, który od 1927 roku stał się głównym publicystą, a od 1930 współwłaścicielem gazety. Na przełomie lat 20. i 30. „Lubliner Tugblat” przeszedł kilka kolejnych zmian. W roku 1928 przeniesiono siedzibę redakcji do budynku przy ulicy Królewskiej 13. W nowej siedzibie zorganizowano własną zecernię i drukarnię oraz powiększono personel techniczny, w skład którego weszli Abraham Blum, Icchok Rajchensztajn, Jeszaja Kurc, I. Cygielman, Ch. Kenigsberg, Welwel Getrejtman, Henoch Nomberg, Mosze Roszgold oraz I. Bojm. Pracownicy zecerni „Lubliner Tugblat” byli założycielami i aktywnymi działaczami Związku Zawodowego Drukarzy, a część z nich miała dodatkowo ambicje redaktorskie. Rajchensztajn i Cygielman zostali komentatorami sportowymi, a inni zajmowali się redakcją tekstów nadsyłanych do gazety przez różne organizacje polityczne. Mojsze Roszgold wspominał, że przez jakiś czas na łamach pisma prowadził nawet anonimową polemikę na temat żydowskich szkół powszechnych z redaktorem gazety – Jakubem Hirszem Nisenbaumem6. Jedną z najbardziej widocznych zmian w owym okresie było także wprowadzenie nowej szaty graficznej gazety, która miała nadać jej bardziej nowoczesny charakter. Ostatnia duża zmiana w funkcjonowaniu dziennika nastąpiła pod koniec 1930 roku, kiedy powołano spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością Wydawnictwo Lubliner Tugblat.  Do 6-osobowego grona właścicieli gazety dołączył wówczas Jakub Hirsz Nisenbaum, który odkupił 1/7 część udziałów wydawnictwa. Zreorganizowano także system pracy w gazecie. Westlerowi, Kohenowi i Perelowi powierzono zajęcia administracyjno-księgowe; łamaczem i kierownikiem zecerni został Jakow Kac, natomiast na redaktora naczelnego wybrano Jakuba Hirsza Nisenbauma. Oprócz tego stworzono także nietypowe stanowisko nadzorcy redaktora naczelnego, który miał akceptować dostarczane przez Nisenbauma teksty i w razie wątpliwości interweniować u innych właścicieli gazety; funkcję tę powierzono Stupnickiemu, który w 1927 roku powrócił do redakcji, jednak formalnie nie piastował w niej kierowniczego stanowiska7.

Zawartość i funkcje gazety

„Lubliner Tugblat” w dni powszechnie posiadał cztery strony, w piątek przed szabasem – osiem. Szata graficzna była dość skromna, a samą gazetę wydawano na papierze bardzo słabej jakości. Na pierwszej stronie publikowano zazwyczaj wiadomości ze świata, krótkie ogłoszenia i nekrologi. Na dalszych kartach znajdowały się: popularna rubryka Wos hert zich in Lublin? (jid. Co słychać w Lublinie?), artykuły poświęcone sytuacji politycznej w kraju, relacje z posiedzeń Rady Miasta, gminy żydowskiej i innych instytucji. Na ostatniej stronie umieszczano zwykle repertuary kin i teatrów, reklamy, różnego rodzaju sensacje i pozostałe wiadomości z miasta i okolic. Na łamach „Lubliner Tugblat” ukazywały się także powieści i reportaże w odcinkach. Dziennik nie posiadał stałych korespondentów, ale lokalni żydowscy mieszkańcy miasta chętnie informowali redakcję o najważniejszych wydarzeniach. Mimo że nakład był stosunkowo niewielki, pismo zyskało rzeszę stałych czytelników, którzy czytali gazetę wspólnie8. Przez krótki okres (od stycznia do końca marca 1933 roku) gazeta posiadała w piątkowych numerach stałą, całostronicową rubrykę humorystyczną, zatytułowaną Ojf der linker zajt, frejlich winkel far humor un satire (jid. Z lewej strony, radosny kącik humoru i satyry). Rubrykę redagowała osoba podpisującą się jako Jankelen (Jankiel), publikowano w niej żarty, przeróbki znanych piosenek i zabawne powiedzonka, często dotyczące żydowskiej religii i tradycji.

Pismo było nie tylko organem informacyjno-publicystycznym, ale także pośrednikiem w kontaktach z zagranicznymi stowarzyszeniami (ziomkostwami) Żydów pochodzących z Lublina. Było więc punktem kontaktowo-adresowym dla osób pragnących skontaktować się z lubelskimi krewnymi. Gazeta uczestniczyła ponadto w rozprowadzaniu pomocy materialnej z zagranicy dla ubogich9.

„Lubliner Tugblat” w zasobach lubelskich bibliotek

Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. H. Łopacińskiego w Lublinie:

1918 nr 2

na mikrofilmach:

1919 r., R. 2 nr 2, 5, 71, 86, 95-96, 110a, 141.
1921 r., R. 4 nr 20, 67.
1926 r., R. 229-230.
1927 r., R. 10 nr 16-24, 36-50, 67, 70-79, 122,124, 158, 183-185, 204-223, 226-233, 246-300.

1928 r., R. 11 nr 1-305.
1929 r., R. 12 nr 1-305.
1930 r., R 13 nr 2-94, 96-149, 151-300.
1931 r., R 14 nr 1-189, 191-209, 211-229, 231-304.
1932 r., R 15 nr 1-63, 65-183, 185-290, 292-302.
1933 r., R 16 nr 1-301.
1934 r., R 17 nr 1-44, 46-66, 68-130, 132-164,166-191,193-205, 207-296, 298-302.

1935 r., R 18 nr 1-36, 38-56, 58-147, 149-188, 191-257, 259-303.
1936 r., R 19 nr 1-67, 69-302.
1937 r., R 20 nr 1-35, 37-169, 171-206, 208-288, 290-302.
1938 r., R. 21 nr 1-111, 113-289, 291-293, 295-301.
1939 r., R. 1-207.

Archiwum Państwowe w Lublinie:

1934 nr 213.
1937 nr 277.
1939 nr 93.

„Lubliner Sztyme” (jid. Głos Lubelski)

Lata ukazywania się: 1928-1939

Druk: oficyna braci Feder, Zamkowa 2; Mendel Sznajdermesser, Rybna 2 (od 1929)

Adres redakcji: Kowalska 4, Kowalska 7, Szeroka 16, Szeroka 25

Rodzaj: tygodnik

„Lubliner Sztyme”, tygodnik w języku jidysz ukazujący się od 1928 do 1939 roku jako organ lubelskiego Bundu. Pismo miało wyraźnie lewicowy charakter, charakteryzowało się ostrą publicystyką i wspieraniem działalności lubelskich organizacji lewicowych.

Powstanie i historia gazety

Pierwszy numer „Lubliner Sztyme” ukazał się 15 stycznia 1928 roku. Pismo było organem prasowym lokalnego Bundu. Wychodziło do czerwca lub sierpnia 1939 roku. Redaktorami odpowiedzialnymi gazety byli – Szyja Arbes (do marca 1929 roku), Alter Zaterman (do czerwca 1929 roku), Lejzor Zaterman (do marca 1930 roku), Chaim Nisenbaum (do czerwca 1934 roku), Abram Gutwajn (do 1938 roku) i wreszcie, do końca działalności tygodnika Aron Nisenbaum. Do marca 1929 roku Aron Nisenbaum był także pierwszym wydawcą gazety, po nim funkcję tę pełnili kolejno redaktorzy odpowiedzialni, aż do 1938 roku, kiedy wydawcą został Arbes10. Od 1933 roku gazeta posiadała własną zecernię przy ulicy Zamkowej 2. Drukowano ją w oficynie braci Feder przy ulicy Zamkowej 2, a od 1928 roku w drukarni Mendela Sznajdermessera przy ulicy Rybnej 2. Nakład wynosił ok. 600 egzemplarzy. Redakcja kilkukrotnie zmieniała adres: początkowo mieściła się w lokalu przy ulicy Kowalskiej 4, następnie Kowalskiej 7, Szerokiej 16 i wreszcie Szerokiej 25.

Zawartość czasopisma

Jako organ prasowy Bundu, pismo miało lewicowy charakter. Na jego łamach prowadzono ostre polemiki z przeciwnikami politycznymi, promowano i wzywano do popierania Bundu, a także krytykowano lokalną Gminę Wyznaniową za obecne w niej wpływy tradycjonalistów. Gazeta wspierała świeckie szkolnictwo i podejmowała tematy związane z międzynarodowym ruchem robotniczym. Na łamach „Lubliner Sztyme” nie ukazywały się popularne powieści w odcinkach, publikowano natomiast reportaże i szkice literackie.

Początkowo gazeta składała się z 6 stron, od połowy 1930 roku z czterech. Na pierwszej i ostatniej znajdowały się reklamy, ogłoszenia i nekrologi, na drugiej zaś publikowano większe artykuły i felietony. Trzecia strona poświęcona była rubryce zatytułowanej Dos lebn in Lublin (jid. Życie w Lublinie).

Winieta „Lubliner Sztyme”, zbiory Biblioteki NarodowejWinieta „Lubliner Sztyme”, zbiory Biblioteki Narodowej.

Pomniejsze żydowskie tytuły prasowe w jidysz w Lublinie

W okresie międzywojennym w Lublinie ukazywał się szereg czasopism żydowskich, które nie zdołały utrzymać się na runku lub wydawane były jako okolicznościowe periodyki. Wśród tych inicjatyw najdłużej ukazującym się była gazeta „Lubliner Unzer Express” (jid. Nasz Express Lubelski).

„Lubliner Najes” (jid. Nowiny Lubelskie)

W 1922 roku, na skutek rozłamu w redakcji „Lubliner Tugblat” zaczął wychodzić dziennik „Lubliner Najes” (jid. Nowiny Lubelskie) – organ prasowy folkistów, który przestał się ukazywać po zaledwie kilku miesiącach. Redaktorem tego czasopisma był Abraham Cymerman, natomiast wydawcą jeden z założycieli „Lubliner Tugblatu” – Izrael Kacenelenbogen11.

„Dos Lubliner Wort” (jid. Słowo Lubelskie)

Pierwszego czerwca 1930 roku na lubelskim rynku prasowym pojawił się pierwszy numer tygodnika „Dos Lubliner Wort” (jid. Słowo Lubelskie; zapisywane także jako „Das Lubliner Wort”). I to pismo nie było w stanie się utrzymać. Wychodziło do 14 listopada 1930 roku, upadło po ukazaniu się 9 numerów. Redaktorem gazety był Heszel Szpiro, działacz syjonistycznej organizacji Mizrachi oraz nauczyciel szkoły Tarbut. Redakcja mieściła się początkowo przy ulicy Szewskiej 3, następnie Staszica 22 (siedziba szkoły Tarbut), natomiast jako adres kontaktowy podawano w stopce redakcyjnej Rynek 7, miejsce zamieszkania niejakiego Mojżesza Kerszenblata. Gazetę drukowano w chełmskiej drukarni Wajnsztejnów i lubelskiej oficynie należącej do Sz. Fernanda przy ulicy Krakowskie Przedmieście 2212. „Dos Lubliner Wort” publikowało artykuły dotyczące działalności Organizacji Syjonistycznej i Syjonistów Rewizjonistów, funduszy osadniczych w rodzaju Keren Kajemet LeIsrael (Żydowski Fundusz Narodowy), a także informacje o bieżącej sytuacji politycznej w Palestynie.

„Lubliner Unzer Express” (jid. Nasz Express Lubelski)

Przez kilka miesięcy, od 6 października 1931 roku do 24 lutego 1932 roku ukazywał się dziennik „Lubliner Unzer Express” (jid. Nasz Express Lubelski). Pierwszym redaktorem i wydawcą był Izrael Funt, natomiast od 19 stycznia 1932 roku L. A. Sztejn; kierownikiem administracji gazety był jej założyciel Emanuel Binder13. Gazeta posiadała własną zecernię, korzystała z usług drukarni Jojny Goldblata przy Rynku 19 i Mendla Sznajdermessera przy ulicy Rybnej 2. Siedziba redakcji mieściła się przy ulicy Lubartowskiej 10. Pismo było lokalną filią warszawskiej „Unzer Express”, miało charakter w dużej mierze gazety sensacyjnej; publikowano w niej popularne powieści w odcinkach, doniesienia i reportaże o tematyce kryminalnej. Zdarzało się jednak, że umieszczano także artykuły poważniejsze, chociaż większość z nich była przedrukami z macierzystego „Unzer Express”. Wydania piątkowe były poszerzane o humorystyczny dodatek Der szed (jid. Diabeł, demon) pod redakcją M. Nodelmana. Na stronie pierwszej i ostatniej zamieszczano zazwyczaj autorskie noty, krótkie artykuły i ogłoszenia lokalne. Pismo nie zdołało utrzymać się na rynku i po kilku miesiącach działalności przestało istnieć.

„Lubliner Frimorgen”, „Der Tug”, „Biuletyn” Jesziwy Chachmej Lublin

Inicjatywą wydawniczą, która zakończyła się po wydaniu zaledwie 14 numerów było czasopismo „Lubliner Frimorgen” (jid. Lubelski Poranek), pierwszy numer tej gazety ukazał się 4 października 1932 roku.

W styczniu 1934 roku ukazało się ponadto 16 numerów dziennika „Der Tug” (jid. Dzień) związanego ze środowiskiem syjonistów-rewizjonistów i sympatyków Mizrachi14.

Swoje pismo o nazwie „Biuletyn” posiadało także Centralne Biuro Hagigat HaTora przy Jeszywasz Chachmej Lublin. Pismo to, będące organem informacyjnym dla prasy ukazało się w 1938 roku z okazji drugiego sijum daf jomi, czyli ukończenia drugiego cyklu studiowania Talmudu metodą daf jomi (dosł. jedna kartka dziennie)15.

Winieta "Biuletynu" Jesziwy Mędrców Lublina z 29 maja 1936 roku, dzięki uprzejmości Yeshiva University LibraryWinieta “Biuletynu” Jesziwy Mędrców Lublina z 29 maja 1936 roku, dzięki uprzejmości Yeshiva University Library

Wykaz pozostałych czasopism żydowskich ukazujących się w Lublinie

„Di Frajleche Hagode. A Humoristisz Pejsech-Blat” (jid. Wesoła Hagada. Humorystyczne Wydanie z okazji Pesach), jednodniówka, 18 kwietnia 1924, redakcja – Szmul Symcha Gutfinger, druk. Josek Lichtenpach, Siedlce, jid.

„Cum Najem Szuljor” (jid. Z okazji nowego roku szkolnego), jednodniówka, 10 czerwca 1926, redaktor i wydawca M. Hochman, druk Grafia, publikacja uczniowska, jid..

„Lubliner Arbeter Weker” (jid. Lubelska Pobudka Robotnicza), jednodniówka, maj 1927, jid.

„Lubliner Moment” (jid. Chwila Lubelska), 10 września 1929, jednodniówka poświęcona wyborom w lubelskim kahale, redaktor i wydawca M. Lichtig, skład: zecernia Lubliner Tugblat, druk Jakow Kac, Nowa 13.

„Naje Cajtszrift” (jid. Nowe Czasopismo), 1934, brak danych.

„Di Cukunft” (jid. Przyszłość), kwiecień 1939, redaktor i wydawca I. Fiszader, adres redakcji Królewska 15, druk Praca Królewska 3, jid.

„Brit Jeszurum” (hebr. Przymierze Izraela), jednodniówka, 1933, redakcja: Mojżesz Wajnryb, Abram Blass, Heszel Szpiro, druk. Rekord, jid. ?

„Bafrajung” (jid. Wyzwolenie), jid. bd.

„Arbeter Sztyme” (jid. Głos Robotniczy), jednodniówka, jid. bd.

„Unzer Wort” (jid. Nasze Słowo), bd.

„Di Naje Cajt” (jid. Nowy Czas), redaktor Wajselfisz, jid., bd.

„Jednodniówka Bundu”, jednodniówka, 16 marca 1936, pol.

„Uśmiech Fortuny”

Specyficznym czasopismem ukazującym się w Lublinie był polskojęzyczny „Uśmiech Fortuny”,  kwartalnik reklamowy wydawany od 1927 roku (prawdopodobnie do 1934 roku) przez Michała (Majlecha) Morajne, właściciela kolektury o tej samej nazwie. Jedynym celem gazety było prowadzenie kampanii reklamowej kolektury i propagowanie loterii, często w bardzo pomysłowy i nietuzinkowy sposób — w czasopiśmie ukazywały się opowiadania, wiersze, (prawdopodobnie nieprawdziwe) listy czytelników, historie osób, które wygrały na loterii, kącik humoru itp. Na tle innych lubelskich gazet „Uśmiech Fortuny” wyróżniał się bogatą szatą graficzną i kolorystyką, drukowany był w Warszawie najpierw przez Drukarnię Polską przy Szpitalnej 12, a potem w drukarnii koncernu Prasa Polska przy Marszałkowskiej.

Kwartalnik pokazywał obraz uśmiechniętego państwa, którego jedynym organem centralnym jest Generalna Dyrekcja Państwowej Loterii Klasowej, a którego naród – pochłonięty bez reszty błahostkami i konsumpcją – boryka się z doraźnymi problemami, na które niezawodnym rozwiązaniem jest loteria – z biednych czyniąca bogatych, a bogatym pomagająca jeszcze lepiej zbilansować domowy budżet.

P. Nazaruk, Uśmiech Fortuny, blog Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”.

Winiety zachowanych numerów „Uśmiechu Fortuny”, zbiory Biblioteki NarodowejWiniety zachowanych numerów „Uśmiechu Fortuny”, zbiory Biblioteki Narodowej

Żydowskie czasopisma uczniowskie

W dwudziestoleciu międzywojennym w Lublinie ukazało się kilka uczniowskich tytułów prasowych, redagowanych przez żydowską młodzież szkolną. Były to najczęściej jednodniówki, większość z nich ukazywała się w języku polskim. Specyficznym medium, stanowiącym połączenie gazetki z radiowęzłem było pisemko „Nasze Radio” (jid. „Undzer Radio”), tworzone przez dzieci żydowskie uczestniczące w półkoloniach letnich TOZ.

„Życie Uczniowskie”

Na przełomie 1921 i 1922 roku wydawano „Życie Uczniowskie”. Pismo to zlikwidowano zaledwie po kilku numerach (prawdopodobnie trzech). Redaktorem gazety był dr O. Neubauer, wydawcą H. Gajzler, zaś drukiem zajmowała się Drukarnia Udziałowa mieszcząca się przy placu Litewskim 1. Siedziba redakcji znajdowała się przy ulicy Foksal 22/17 (obecnie 1 Maja). „Życie Uczniowskie” publikowało artykuły popularnonaukowe, felietony, przekłady obcojęzycznych utworów, a także nadesłane przez czytelników wiersze.

W „Życiu Uczniowskim” prawdopodobnie pracowała znana lubelska działaczka oświatowa – nastoletnia wówczas Bela Mandelsberg (później Mandelsberg-Szyldkraut; w czasopiśmie podpisana jako Mandelsberżanka). W skład redakcji pisma wchodzili ponadto: Goldberżanka, A. Gallis, D. Hochgemajn, B. Matecki, M. Mendlewicz, P. Mendlewicz, A. Rotbaum, A. Szeftel i S. Tugental. Do administracji natomiast weszli: Bakman, Bajer, Blechmanówna, Gajzler (wydawca), Klajnberżanka, Mandelbaumówna, Margulies, Majzels, Rotrubin, Syrkin, Trachtenberżanka i Wajngartenówna.

„Jednodniówka Szomrowa”

Trzeciego października 1921 roku ukazała się pisana ręcznie polsko-hebrajska „Jednodniówka Szomrowa”, wydana przez lubelski oddział Haszomer Hacair (słowo „szomrzy” oznacza osoby należące do Haszomer Hacair). Redaktorką „Jednodniówki” była Bela Barsachowa, za sprawy administracyjne odpowiedzialny był Natek Zylbergeld, a redakcja mieściła się w siedzibie Haszomer Hacair przy ulicy Szewskiej 1. Treść tej gazetki stanowiły głównie artykuły dotyczące żydowskiego ruchu skautowskiego16.

„Gazeta Uczniowska”

Trzydziestego stycznia 1925 roku ukazała się kolejna publikacja polskojęzyczna – „Gazeta Uczniowska”, którą opracowali uczniowie Gimnazjum Humanistycznego Towarzystwa Zakładania Szkół Żydowskich w Lublinie przy Niecałej 3. Gazetka ta upadła po ukazaniu się prawdopodobnie dwóch numerów, jej redaktorem był nauczyciel historii Józef Izrael Twyesschorr, a za druk odpowiedzialne były drukarnie Udziałowa (numer 1.) i zakład Andrzeja Rozdoby przy Początkowskiej 1 (numer 2.)17.

„Heatid”

Pod koniec lat 20. XX wieku w Lublinie wydawano polsko-hebrajsko-jidyszowy miesięcznik „Heatid” (hebr. Przyszłość). Zachował się jedynie 2. numer tej gazety pochodzący z grudnia 1928 roku, wydawcą i redaktorem był Leon Frank, siedziba redakcji mieściła się w przy Placu Łokietka 2, natomiast za druk odpowiedzialna była znana drukarnia Polonia przy Nowej 1318.

„Nasze Radio” (jid. Undzer Radio)

„Nasze Radio” – tytuł gazetki tworzonej przez dzieci uczestniczące w półkoloniach letnich TOZ (Towarzystwo Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej w Polsce). Pisemko stanowiło specyficzne połączenie gazety i radiowęzła. Przynajmniej jeden numer gazetki (z 4 sierpnia 1935 roku) został oficjalnie zarejestrowany i odbity w 1500 egzemplarzach.

Tło powstania gazetki

Półkolonie letnie TOZ organizowane były rokrocznie od połowy lat 20. XX. wieku przez TOZ przy udziale organizacji powiązanych z Bundem – Żydowskiej Szkoły Ludowej im. Pereca, młodzieżówek bundowskich Skif i Cukunft oraz klubu sportowego Morgensztern. Półkolonie, w których co roku uczestniczyło od kilkuset do 1500 ubogich dzieci żydowskich odbywały się na rozległym placu TOZ przy ulicy Siennej (dawniej plac nazywany był od nazwiska właściciela placem Arenbrodta, obecnie na jego części znajduje się centrum handlowe Tarasy Zamkowe/ Vivo! oraz Aleja Tysiąclecia). Celem półkolonii było zapewnienie dzieciom opieki, wyżywienia oraz zajęć rozrywkowo-edukacyjnych. Pisemko o takiej samej nazwie tworzone było również przez dzieci przebywające w Sanatorium im. Włodzimierza Medema w Miedzeszynie pod Warszawą, ośrodku prowadzonym przez powiązaną z Bundem Centralną Żydowską Organizację Szkolną (CISzO); stanowiło ono być może inspirację dla lubelskich „półkolonistów”19.

Gazetka i jej zawartość

Informacji o gazetce „Nasze Radio” dostarcza anonimowy reportaż z półkolonii letnich TOZ, opublikowany na łamach tygodnika „Lubliner Sztyme” w lipcu 1935 roku (w numerach 28, 29 i 30 z 12, 19 i 26 lipca). W reportażu tym znalazł się nie tylko opis samego pisemka, ale uwzględnione w nim zostały także cytaty z nadawanych przez dzieci „audycji”.

Według relacji prasowych pisemko „Nasze Radio” tworzone było w całości przez dzieci uczestniczące w półkoloniach. Ukazywać się miało codziennie latem roku 1935, jednak nieznane są dane dotyczące nakładu oraz sposobu jego publikowania; przypuszczać można, że pisane było ręcznie i powstawało w bardzo niewielu bądź jednym egzemplarzu. Codziennie przed południem gazetka odczytywana była przez starsze dzieci do mikrofonów z szopy znajdującej się na placu i nadawana na błonia za pomocą głośników, co dawało złudzenie radia.

„Nasze Radio” posiadało szereg rubryk, wśród nich były: Nowiny ze świata, Kronika półkolonii, Odpowiedzi redakcji, Życzenia i pomysły, czy Rzeczy zagubione. Podczas audycji odczytywano także komunikaty z szeregu komisji powołanych przez dzieci – np.: bibliotecznej czy gazetek ściennych. Po zakończeniu nadawania pisemka następował wspólny obiad.

Jednodniówka „Nasze radio”

Prawdopodobnie jedyny profesjonalnie wydrukowany numer gazetki odbito 4 sierpnia 1935 w nakładzie 1500 egzemplarzy w drukarni Mendla Sznajdermessera przy Rybnej. Numer ukazał się zatem już po publikacji reportażu dotyczącym półkolonii TOZ i gazetki. Numer ten posiadał podtytuł „Undzer halb-kolonie radio. Ajnmolike ojsgabe cum 10-jeriken jojwel fun der halb-kolonie” (jid. Nasze Półkolonijne Radio. Jednodniówka z Okazji Dziesięciolecia Półkolonii). Czasopismo miało kosztować 5 groszy, składać się z 4 stron, a jako redaktor i wydawca figurował w nim J. Goldfarb20. W przeciwieństwie do jubileuszowej jednodniówki z 4 sierpnia, która została oficjalnie zarejestrowana i prawdopodobnie była kolportowana, inne wydawania „Naszego Radio” najpewniej nie były drukowane i powstawały wyłącznie na użytek dzieci uczestniczących w półkoloniach. Należy zatem odróżnić „oficjalną” jednodniówkę od codziennej gazetki półkolonijnej.

Żydowskie czasopisma w Lublinie podczas II Wojny Światowej

II Wojna Światowa i okupacja niemiecka przerwały istnienie żydowskich wydawnictw prasowych w Lublinie. Próby podejmowania takich inicjatyw w większości przypadków uniemożliwiały niemieckie represje oraz zniszczenia wywołane okupacją.

Do 8 września ukazywał się „Lubliner Tugblat”. Według Bernarda Goldsteina krajowe kierownictwo Bundu we wrześniu 1939 roku (po ewakuacji z Warszawy) miało wydać w Lublinie pojedynczy numer „Lubliner Sztyme”21. Jak dotąd nie udało się odnaleźć żadnego egzemplarza tej wojennej gazety, jednak Goldstein zanotował w swoich wspomnieniach:

[Po przybyciu do Lublina po ewakuacji z Warszawy we wrześniu 1939 – przyp.] Wiktor Alter zajął się przygotowaniami do ponownego wydawania naszej gazety «Lubliner Sztyme» (tygodnik Bundu wychodzący przed wojną). Bez względu na ogromne trudności techniczne, jak brak papieru, zecerów, drukarzy itd. dość szybko wyszedł numer tej gazety. Na pierwszej stronie opublikowano wezwanie «Walka nadal trwa!». […] Towarzysze Majus, Ruben i Jankiel pomogli przy całej technicznej pracy przy powstaniu tego numeru. Dwóch towarzyszy z naszej grupy rozjechało się po okolicznych miasteczkach żeby rozprowadzać tę gazetę.

Goldstein B., Finf jor in warszewer geto, Nju Jork, 1947, s. 79, przeł. P. Nazaruk.

Wkrótce potem, w związku ze zbliżaniem się do miasta wojsk niemieckich, kierownictwo Bundu ewakuowało się z Lublina. Według relacji Mojsze Roszgolda w pierwszych dniach okupacji komendant niemiecki zezwolił na wydawanie w mieście małej żydowskiej gazety. Choć w drukarni Polonia Jakowa Kaca złożono już nawet dwie kolumny tego pisma, w ostatniej chwili komendant wycofał się z podjętej decyzji. W 1941 roku w okupowanym Lublinie ukazały się co najmniej 3 numery czasopisma konspiracyjnego „Licht” (jid. Światło) wydawanego przez organizację Gordonia22.

Żydowska prasa w Lublinie po II wojnie światowej

Dwujęzyczny polsko-jidyszowy Biuletyn Żydowskiej Agencji Prasowej był pierwszym czasopismem żydowskim ukazującym się w wyzwolonym Lublinie. Czasopismo wydawano w Lublinie od 13 listopada 1944 roku do prawdopodobnie 29 grudnia tego roku, następnie redakcja gazety została przeniesiona do Łodzi, a potem Warszawy.

Symboliczną kontynuację lubelskiej prasy żydowskiej stanowi dziś rocznik Ziomkostwa Żydów Lubelskich w Izraelu Kol Lublin – Lubliner Sztyme (hebr., jid. Głos Lubelski). Pierwszy numer tego pisma ukazał się w 1962 roku w Tel-Awiwie-Jafie. Początkowo pismo ukazywało się głównie w jidysz, natomiast z czasem zaczął dominować w nim język hebrajski. Mimo to, do dziś sporadycznie ukazują się w nim artykuły w językach jidysz, angielskim czy polskim. Pierwszym redaktorem gazety był urodzony w Lublinie Dawid Sztokfisz; dziś jest nią Neta Żytomirska-Avidar, której rodzina pochodziła z Lublina.

Piotr Nazaruk


Przypisy
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 47-48; por. Majzels A. C., Myśl Żydowska, tłum. Adamczyk-Garbowska M., [w:] Adamczyk-Garbowska M., Kopciowski A., Trzciński A. (red.), Tam był kiedyś mój dom. Księgi pamięci gmin żydowskich, Lublin 2009, s. 171.
    1. Wróć do odniesienia Zieliński K., Żydzi Lubelszczyzny 1914-1918, Lublin 1999, s. 286-287.
    1. Wróć do odniesienia Rechtszaft L., Nasze Zadania, „Myśl Żydowska”, R. I, nr 1, 1916, s. 1-3.
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin, 2015, s. 214-216.
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 236-240.
    1. Wróć do odniesienia Roszgold M., „Lubliner Tugblat”, [w:] Kopciowski A. (red.), Księga Pamięci Żydowskiego Lublina, Lublin 2011 s. 232-237; por. Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 248-253.
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 257.
    1. Wróć do odniesienia Fuks M., Prasa żydowska w Lublinie i na Lubelszczyźnie (1918-39), [w:] Jarowiecki J. (red.), Prasa lubelska: tradycje i współczesność, Lublin 1986, s. 100-101.
    1. Wróć do odniesienia Roszgold M., „Lubliner Tugblat”, [w:] Kopciowski A. (red.) Księga Pamięci Żydowskiego Lublina, Lublin 2011 s. 232-237. .
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 66-67. .
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 539; por. Strajk pracowników dziennika żydowskiego „Lubliner Najes”, „Głos Lubelski”, R. 9, nr 208, 1922, s. 2. .
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 82-83.
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 299, s. 63.
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 93-94; por. „Urzędowy Wykaz Czasopism”, R. V, 1933, s. 1.
    1. Wróć do odniesienia por. Katalog Yeshiva University Library, Central Relief Committee Collection, box 227, folder 3.
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 30-31.
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 95.
    1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 91. .
    1. Wróć do odniesienia por. Bojm fun der kinder zelbstfarwaltung in der Medem-sanatorie, w: Biber I., Winter in wald (winter in der Medem-sanatorie), Warsze, 1937, s. 8.
    1. Wróć do odniesienia UWDW, nr 30, 3 sierpnia 1935, s. 599, poz. 7094, za: Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015, s. 104.
    1. Wróć do odniesienia Goldstein B., Finf jor in warszewer geto, Nju Jork, 1947, s. 79.
  1. Wróć do odniesienia Kopciowski A., Wos hert zich in der prowinc? Prasa żydowska na Lubelszczyźnie i jej największy dziennik „Lubliner Tugblat”, Lublin 2015; s. 187, por. tamże, s. 538.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


To grzech (It’s a sin) Tribute to Wiera Gran

To grzech (It’s a sin) Tribute to Wiera Gran


Olga Mieleszczuk


To zapomniane tango z żydowskiego kabaretu Jidysze Bande napisał Dawid Bajgelman, który został zamordowany w obozie koncentracyjnym w Auschwitz.
Wiera Gran nagrała je dla Syreny-Electro na początku 1934 roku, gdy miała zaledwie 17 lat.
Piosenka stała się częścią repertuaru Lilalo – między Warszawą a Tel Awiwem, który łączy muzyczne światy Warszawy i Tel Awiwu lat 30-stych i 40-stych. Premiera koncertu odbyła się w Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie w listopadzie 2013 roku.
Wokal – Olga Mieleszczuk, Pianino – Hadrian Tabęcki, Mandolina – Grzegorz Lalek, Kontrabas – Wojciech Pulcyn.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com