Jerzy Urban to teraz dziadziuś z YouTube’a.

Jerzy Urban to teraz dziadziuś z YouTube’a. A pamiętacie imię chłopaka zatłuczonego przez milicję?

Paweł Smoleński


03.09.2020 Konstancin – Jeziorna . Jerzy Urban . (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

W mojej gazecie ukazał się wywiad z Urbanem, dziś papućnym (dla niektórych) staruszkiem, w którym dwukrotnie pojawia się nazwisko Przemyka. Ale dlaczego się pojawia – ani słowa, ani słowa też o roli Urbana.

Książka Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów” (słusznie nagrodzona w 2016 r. nagrodą Nike) to historia warszawskiego licealisty zakatowanego na śmierć po maturach 1983 r. przez bezmózgich troglodytów z milicji. Ale też, co dziś ważniejsze, wybitny reportaż o tym, jak oprawcom w sukurs idą największe figury w państwie.

Reportaż odtwarza przebieg zdarzeń z aptekarską dokładnością i nie słowa autora są oskarżeniem, lecz opisywane fakty. Dziś czytam tę książkę jako memento dla zbyt ochoczych policjantów. Ale nie tylko.

Urban w spisku z mordercami

Jednym z bohaterów Łazarewicza jest Jerzy Urban, wówczas rzecznik rządu, osobnik znacznie silniejszy od wielu generałów z junty Jaruzelskiego, bo bystrzejszy i większy nihilista od największych bezpieczniaków. Ma pomysły, jak rozegrać kwestię zabójstwa, i list ze swoją propozycją wysyła do Jaruzelskiego. Przestrzega, by sprawy nie lekceważyć.

„Według ministra Urbana – pisze reporter – istnieje niebezpieczeństwo, że chłopak stanie się męczennikiem, na co pozwolić nie można. Minister proponuje więc przykryć sprawę zabicia maturzysty taśmą kompromitującą Lecha Wałęsę”. A chodzi o spotkanie braci Wałęsów w Arłamowie, gdzie został internowany przewodniczący „Solidarności”.

Stanisław Wałęsa rozmawiał tam z Lechem o pieniądzach i bardzo przy tym przeklinali. Taśma ogłoszona w telewizji – ma nadzieję Urban – „wywoła taki skandal, że odwróci uwagę od śmierci”. Rzecznik twierdzi też, że ma kompromitujące informacje o chłopcu, ale na razie nie będzie ich używał, bo atak na niego „byłby teraz fatalnie przyjęty i zaogniłby sprawę. Na to działanie przyjdzie czas później, przy okazji wycieków ze śledztwa” – pisze Urban i proponuje na razie siać zwątpienie: „Przedstawić opinii społecznej jak najwięcej znaków zapytania. Kto pobił? Gdzie pobito? Dlaczego lekarz odesłał go do domu? Czy mógłby żyć tak długo po pobiciu przez MO, gdyby miał wszystko zmiażdżone, jak twierdzą lekarze? Głównie powinno chodzić o to, żeby opinia społeczna zaczęła dyskutować, wątpić, dostrzegać złożoność wydarzenia”.

Słowem, Urban zachęca do mataczenia i sam kombinuje, jak zdjąć z władzy odpowiedzialność. Czyli jest w spisku z mordercami, popełnia przestępstwo.

Sam przyznaje mimochodem, że boi się swych mocodawców, dziewczyna licealisty nosi bowiem takie nazwisko jak on. „Marzena Urban nie jest moją krewną” – zapewnia szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka.

O sprawie bestialskiego morderstwa mówi świat, więc Urban dalej brnie w mataczenie. Na każdy dzień procesu niewinnych ludzi wytypowanych na zabójców zagraniczni dziennikarze będą dostawać wejściówki, by można było sterować medialnym przekazem z sądu.

„Stosować zasadę: fragmenty procesu, które chcemy, aby Zachód słyszał, są dostępne dla trzech, czterech dziennikarzy zachodnich. Fragmenty procesu, którym nie chcemy nadawać rozgłosu, obsadzone są przez specyficznie dobranych dziennikarzy (np. Chińczyk, Hindus) albo w ogóle nie będzie na nie zaproszeń” – zaleca Urban.

Grzegorz Przemyk, nie tylko Przemyk

I oto ukazuje się w mojej gazecie wywiad z Urbanem, dziś papućnym (dla niektórych) staruszkiem, w którym dwukrotnie pojawia się nazwisko zakatowanego licealisty. Ale dlaczego się pojawia – ani słowa, ani słowa też o roli Urbana.

Ktoś zaprotestował, kilka głosów uznało wywiad za przedni, choć nie było w nim żadnej świeżej opinii. Nawet mantra Urbana – „niczego nie żałuję” – jest stara jak sam Urban. Ale cóż – podobno była to rozmowa dla młodych, a ci poza filmikami dziadziusia na YouTubie (byle panna od mody ma większą popularność) niewiele o nim wiedzą.

Tu nie idzie o masturbacyjne nurzanie się Urbana w sformułowaniu „Goebbels stanu wojennego”. Ani o ekspiację, której nie doczekamy. Nie idzie nawet o jego winę, gdyż sprawa morderstwa przedawniła się w 2005 r.

O nic nie idzie, tylko o zatłuczonego przez milicję chłopca, o pamięć o nim i o bardzo konkretną zbrodnię. Co Urban krył i przeinaczał, ale o tym już się nie dowiedzieliście.

Ten chłopiec nazywał się Grzegorz Przemyk. Nie tylko Przemyk, jak napisał autor, a redaktor i wydawca opublikowali. Grzegorz, Grześ – tak miał na imię. Nie żyje, nie może sam się przedstawić. Występuje zaś pod własnym imieniem nawet w aktach bezpieki. Przeczytajcie.


Paweł Smoleński – pisarz, publicysta, reporter “Gazety Wyborczej”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com