Antoni Słonimski, Julian Tuwim, “W oparach absurdu”

Antoni Słonimski, Julian Tuwim, “W oparach absurdu”

Janusz R. Kowalczyk


Tom satyrycznych tekstów Antoniego Słonimskiego i Juliana Tuwima z lat 1920–1936 to jedno z najwspanialszych dzieł humorystycznych. Wykorzystując znane prasowe formy: ogłoszenia, porady, przepisy kulinarne, reklamy, autorzy skłaniali czytelników do euforycznego śmiechu.

Zarazem Antoni Słonimski i Julian Tuwim    uczyli nas dostrzegania absurdu w codziennym życiu. Po raz pierwszy zbiór tekstów z cyklu “W oparach absurdu” został wydany w 1958 roku, w niezapomnianej serii “Biblioteka Stańczyka” wydawnictwa Iskry. Warto dodać, że po latach ukazał się również tom zatytułowany “Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy”, Iskry 2011, niejako uzupełniający literackie zabawy skamandrytów, choć tym razem autorstwa wyłącznie Tuwima.

We wstępie do zbioru “W oparach absurdu” Antoni Słonimski pisał:

Od pierwszych dodatków primaaprilisowych “Kuriera Porannego” do ostatniej naszej wspólnej wyprawy w krainę bzdury i absurdu minęło bez mała piętnaście lat. Nie była to więc sporadyczna zabawa, a raczej stała potrzeba, dla której odchodziliśmy co pewien czas na stronę, przerywając normalną pracę literacką. 

Antoni Słonimski, fot. Archiwum Fotograficzne Władysława Miernickiego / Narodowe Archiwum Cyfrowe

Antoni Słonimski

Pomijając aspekt edukacyjny i wychowawczy, a więc chęć nauczenia krytycznego podejścia do słowa drukowanego w codziennej prasie, ujawniony w ten sposób nonsens przełamywał czytelniczą rutynę przyjmowania za dobrą monetę wszelkich mniej lub bardziej utartych poglądów.

W swoich parodiach, czy wyławianiu absurdów dnia powszedniego, autorzy unikali bieżących tematów, co nadało ich dziełku waloru ponadczasowości, z pożytkiem dla wszystkich czytelników, wrażliwych na ten rodzaj przewrotnego, diablo inteligentnego humoru. W ostatnim zdaniu wstępu Słonimski przyznaje, iż:

Nie wszystkie zebrane w tym tomie utwory stoją na tym samym poziomie, są tu żarty słabsze i lepsze, ale zaletą ich niewątpliwą jest to, że nie udają czegoś, czym nie są, nie bałamucą i nie mistyfikują.

Julian Tuwim, rep: Wojciech Kryński / Forum

Julian Tuwim

Z kolei Tuwim – w skrócie przedrukowanego eseju, zaczerpniętego z jego książki “Pegaz dęba” – dał do zrozumienia, że chwile, kiedy wraz ze Słonimskim zdarzało im się pławić w czystym absurdzie spraw nieistniejących, rozbudzały w nich ogień równie świętego co szalonego natchnienia do tego stopnia, że kiedy w końcu wracali do spraw codziennych i rzeczywistych: kto co pisał, czytał czy oglądał na scenie, ich wcześniejszy zapał – “żar, patos, żywioł” – z nagła dziwnie stygł. Autorskie przesłanie tekstów tomu “W oparach absurdu” najkrócej można by streścić przytoczonym przez poetę zdaniem: “Ach, żeby było inaczej, na przekór, wbrew”! W jawnym sprzeciwie wobec wszystkiego, co “wiadome”, co “utarte” i co nieodmiennie wkrótce wróci, nudząc rutynowym porządkiem.

Fascynujący wydał się Tuwimowi fakt, że dzieci bzdurzą: “Maleństwo się rodzi. Po pewnym czasie zaczyna mówić – i od razu, bez przygotowania mówi nieprawdę. To znaczy, że fantastyka jest zjawiskiem przyrodzonym. Potem dopiero głupiejemy, my, smutni dorośli ludzie”. Jeśli jednak któremuś z pełnoletnich ludzi bzdurzenie nie przechodzi, “zostaje poetą”. Pod koniec wstępu autor “Kwiatów polskich” przypomniał słynną maksymę Tertuliana: “Wierzę, bo to absurd”, uznając ją za jedno “z najpiękniejszych i najmądrzejszych zdań, jakie człowiek na ziemi powiedział”.

Już pierwszy dodatek primaaprilisowy w “Kurierze Polskim” [1 kwietnia 1920] obok nonsensownych wieści z kraju i ze świata (“Z Wisły – Woda jak woda”) czy parodystycznego omówienia nieistniejących książek, zawiera zgrabny pastisz ówczesnej gazetowej reklamy. Na wzór “Reformackich z zakonnikiem”, tradycyjnych tabletek o działaniu “łagodnie przeczyszczającym”, pada propozycja skorzystania z innego wyrobu: “Tamare indienne – Łagodnie przeczyszcza nie przerywając snu”. To do dziś niedościgniony wzór inteligentnego, zabawnie ironicznego podejścia do wciskanych nam, nikomu niepotrzebnych, pozbawionych sensu reklam.

Intrygująco przedstawiała się również rubryka “Z ostatniej chwili”, z sensacyjną informacją o posmaku kryminalnym: “W Neandertalu odkryto zwłoki człowieka przedhistorycznego. Śledztwo w toku. Władze są już na tropie mordercy”. Bo jakżeby inaczej.

W “Poradniku kulinarnym” znajdujemy między innymi przepis na eskalop z cielęciny: “Wziąć dwa funty cielęciny, wstrząsnąć obrać, zaprawić i zrobić eskalop. Dla smaku można dodać szczyptę soli”. Słowem, dziecinnie proste danie.

Z ogłoszeń różnych warto odnotować (w układzie alfabetycznym) pierwszy anons: “Chrześcijanin sprzeda spodnie. Krucza 38”, oraz ostatni: “Żyd kupi spodnie. Krucza 38”.

Jak na pierwszy numer wcale nieźle. Rok później [“Kurier Polski”, 1 kwietnia 1921] – nie inaczej. Można uznać, że autorzy nieco się rozbrykali, donosząc choćby o tym, że: “Fryzjer damski »Emilio« czesze wszędzie”. Hmm… Skoro istnieje zapotrzebowanie…

Atrakcyjnie zapowiada się także: “»PTWUM« (Pierwsze Polskie Tow. Wzajemnych Ubezpieczeń od Mordobicia)”, które ” p o l e c a pp. recenzentom polisy premiowe i w ogóle teatralne, w p r o w a d z i ł o specjalny dział ubezpieczeń sejmowych, k i e r u j e sprawy honorowe na drogę sądową”. No proszę. I komu to szkodziło?

Dołączony na tenże rok “Kalendarzyk encyklopedyczno-informacyjny”, zbożnie zatytułowany “Pracowita pszczółka”, zawierał comiesięczne “Wskazówki dla rolników” (między innymi – w sierpniu: “W ogrodach dojrzewa sośnina, a dąb, król drzew rzuca cień na skoszoną murawę”); ponadto “Wspominki historyczne” (1 marca 1754: “Walezjusz, jako małe dziecko, odkrywa głowę przed pomnikiem swego następcy”; 11 kwietnia 1812: “Napoleon Wielki udaje się do Moskwy”); czy menu na kolejny miesiąc zawierające trzy potrawy – nieodparcie z grzybów: (“Menu na maj”: “Rosół na grzybkach. Grzybki à la admirał Nelson. Kompocik grzybowy”); a także “Ważniejsze imiona słowiańskie i żydowskie” (listopad: “Somowir, Samowar, Lassota, Lewita, Wyszosław, Wyszogrod, Kopyciński, Hipek, Wolidar i Konarek”).

Autorzy nie kryją, że się niekiedy wzorowali na innych, na przykład na Marku Twainie: “Pootrząsaj drzewa z ogórków (jak to zaznaczył znany agronom amerykański M. T.), a czyń to w ten sposób, aby od razu spadały do kadzi z kiszoną wodą i koprem. Należy uważać, aby kłusownicy nie zastawiali sieci na pozostałe ogórki”. Rok wcześniej, w cyklu wieści z ostatniej chwili, informowali, że: “Wiadomości o śmierci królowej Bony są mocno przesadzone”, odwołując się niechybnie do znanego aforyzmu amerykańskiego pisarza, iż: “The reports of my death are greatly exaggerated” – “Doniesienia o mojej śmierci są mocno przesadzone”, co było jego reakcją na nekrolog o nim samym, który nagle a nieoczekiwanie ukazał się w prasie.

Równie ciekawych informacji jest dostatecznie wiele, jak choćby ostrzeżenie, że nadając list polecony możemy z poczty odejść z kwitkiem. Warto o tym pamiętać, podobnie jak o szkodliwości spożywania napojów wyskokowych: (“W.Z. Brunet z Pragi Czeskiej. Nie pijał nigdy. Po śmierci żony zaczął pić. Tegoż roku skradziono mu cenny pamiątkowy zegar i futro (szenszyle [sic!] na multonie)”. I co wy na to?

Są “wrażenia szczególne” z “Obrad Sejmu Walnego”, sprawozdawane w stylistyce pokrewnej językowi Wiecha. Jest też “Teatr i muzyka” – tekst zapoczątkowujący serię kilku innych, w duchu spastiszowanego “Gwałtu na Melpomenie” Antoniego Słonimskiego:

W i e l k i. Dziś nuda, jutro nuda, co dzień dzika nuda.

R o z m a i t o ś c i. Dziś nuda, jutro nuda, co dzień potworna nuda.

P o l s k i. Dziś i jutro ponura, beznadziejna nuda.

R e d u t a. Straszna, zgrozą przyjmująca nuda co dzień.

K o m e d i a, M a ł y, i m. D o m o s ł a w s k i e g o, N o w o ś c i, N o w y, P r a s k i, N i e t o p e r z, D r a m a t y c z n y – co dzień groźna nuda.

Z wyliczeń widzów na sali wychodzi na to, że nie grzeszą one szczególną frekwencją: (“W i e l k i. Dziś Kościński z żoną. Olszewski. Rajzman. Siostra Wajcmana. Brat biletera. Dwu braci Koszun i Kolman z żoną i córką. Jutro »Deficyty«, opera Gounoda”). Nie inaczej w pozostałych przybytkach Melpomeny: (“R e d u t a. Dziś nikogo. […] S t a ń c z y k. Nikogo”) etc., etc.

Zabawnie wychodzi pastiszowe zestawienie recenzji z piętnastotysięcznego jubileuszowego przedstawienia “Don Juana” w Teatrze Narodowym w… 1974 roku: Władysław Rabski: (“Jak grali, co grali, nie wiem, nie chcę wiedzieć, nie pamiętam. Czuło się tylko, że tam na scenie święci się wielkie misterium dusz, triumf artyzmu zakuty w jedno wielkie, przepotężne, zniewalające »credo« tytanów talentu”). Fragment pióra – jakoby – Antoniego Słonimskiego: (“Mimo ogromnego wzruszenia artyści mówili chwilami zupełnie wyraźnie i tylko kilkanaście osób nie umiało swych ról”). I jeszcze niejaki Kornel Makuszyński: (“Patrzę przez łzy, a przed sobą słyszę dialog: – Te, mikrus, jak się nazywa ten, co beszta Węgrzyna? – Taż to Roland, batiaru! On ma do niego ansę. Kochane, drogie chłopaki, pewnie z Jarosławia!”).

Można jeszcze długo cytować obu arcymistrzów ostrego satyrycznego pióra – okazjonalnie wspieranych przez Jana Lechonia i Stanisława Ignacego Witkiewicza (Witkacego) – kiedyś jednak trzeba postawić końcową kropkę. Stąd też nie omówię szerzej książki Ireny Krzywickiej, zatytułowanej “Jak odpowiadać dzieciom na drażliwe pytania”, poza odpowiedzią na niewinne zagajenie: “Mamusiu, z czego się robią dzieci?”. Otóż przed młodzieżą w wieku dojrzewania nie powinno się kryć, że: (“Dzieci powstają z zaniedbania i lekkomyślnego zapuszczenia ciąży”). Mniejsze pociechy zbywamy natomiast jakowymś troskliwym acz stanowczym stwierdzeniem: (“Nie garb się”), na przykład.

Prawdziwe ciarki natomiast mogą, nawet dziś, przejąć czytelników drobnego ogłoszenia: (“Malarz pokojowy chciałby zostać malarzem wojennym. Błaga pp. dyplomatów o zamieszki i powikłania międzynarodowe. Chętnie będzie malował bitwy, potyczki itp.”). Kilka zdań z kwietnia 1925 roku, wkrótce, zrazu niepostrzeżenie, zaczęło się dojmująco urzeczywistniać. A poeci, cóż? Ostrzegali, jak umieli, ale kto by ich tam słuchał…


  • Antoni Słonimski, Julian Tuwim
    “W oparach absurdu”
    ilustracja na obwolucie: Jerzy Zaruba
    opracowanie graficzne: Andrzej Barecki
    przedmowa: Jerzy Bralczyk
    wydawnictwo: Iskry, Warszawa 2008
    wymiary: 110 x 215 mm
    oprawa: twarda z obwolutą
    liczba stron: 188
    ISBN: 978-83-244-0067-6


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com