Tag Archive | Reunion68 Reunion 68 Reunion’68 Reunion-68

Chanukah Jewish Rock of Ages – Official Hanukkah Song (Video)

Chanukah Jewish Rock of Ages – Official Hanukkah Song (Video)

AishCom


The parody of all parodies! “Chanukah: Rock of Ages” is a parody of Jewish holiday parody songs that have become so popular. It tells the Chanukah story in 8 hit songs, capturing the history of contemporary music and dance.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Włodek Goldkorn odmówił wymierzenia karabinu w palestyńskie dziecko

Włodek Goldkorn i okładka książki ‘Osioł Mesjasza’ (Fot. Jacek Proszyk, CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons)


Włodek Goldkorn odmówił wymierzenia karabinu w palestyńskie dziecko

Paweł Smoleński


– Widziałem państwo w amoku nacjonalistycznym i militarystycznym po wygranej wojnie sześciodniowej. Zwycięstwo nad arabską koalicję było cudem, ale Izrael od tego zaczął wariować – mówi Włodek Goldkorn, autor książki “Osioł Mesjasza”

.

Spotkanie online z Włodkiem Goldkornem – 13 stycznia, godz. 19.30.

Paweł Smoleński: Wyjeżdżasz do Izraela wyszczuty po Marcu ’68. Masz wtedy 16 lat i zahaczasz się tam z bagażem polskiego nastolatka oraz wyobrażeniami o kraju, w którym masz mieszkać. Mógłbyś zostać chasydem, osadnikiem w pierwszych osiedlach na Zachodnim Brzegu, kibucnikiem. Możliwości bez liku, a jednak wybierasz drogę buntu.

Włodek Goldkorn: Wychowałem się w dziwnej rodzinie w tym sensie, że takie statystycznie nie istniały. Mój ojciec był komunistą i jednocześnie jidyszystą. Mama z kolei pochodziła z burżujskiego, mieszczańskiego domu, gdzie mówiło się po polsku. Nie lubiła jidysz, choć znała ten język. Była też komunistką, ale specyficzna, właściwie bardzo niezależną anarchistką. W naszym domu był zawsze dystans do przywódców partii, oficjalnej propagandy wymieszany z kultem Lwa Trockiego, ale nie jako człowieka terroru tylko przeciwnika Stalina. 

W domu rozmawiało się o polityce i o książkach, a tata jeszcze w Polsce w tramwaju czy w pociągu czytywał „Fołks Sztyme”, gazetę w jidysz. Byłem wychowywany do bycia w mniejszości, od dziecka miałem wpojony elementarz rewolty. Z tym przyjechałem do Izraela. Mogę modyfikować i zmieniać moje poglądy polityczne, lecz bunt we mnie zostaje, nie potrafię być człowiekiem apologetycznym. Mam nadzieję, że taki umrę.

Miałem poglądy syjonistyczne, co dzisiaj dziwne, że tak młody człowiek może już mieć jakieś poglądy.  Stałem się syjonistą jeszcze przed emigracją, kiedy po wojnie sześciodniowej Gomułka nazwał polskich Żydów „piątą kolumną”. Powiedziałem rodzicom, że przy najbliższej okazji wyjeżdżam, bo mam drugą ojczyznę, o czym jednak do końca nie byłem przekonany.

Bardzo chciałeś zostać Izraelczykiem?

– Bardzo. Na dodatek byłem bardzo lewicowy, pod wielkim wrażeniem paryskiego Maja ’68. Przyjeżdżam więc do Jerozolimy i powoli dostrzegam sytuacją, która dla mnie jest dziwna. Mam w sobie entuzjazm, wielką miłość do hebrajskiego, do pustyni, do krajobrazu, do całego kraju, ale też do arabskiego jedzenia i muzyki. 

Jednocześnie widziałem państwo w amoku nacjonalistycznym i militarystycznym po wygranej wojnie sześciodniowej. Zwycięstwo nad arabską koalicję było cudem, ale Izrael od tego zaczął wariować. Rozumiałem dlaczego okupujemy Zachodni Brzeg, ale ufałem, że okupacja musi się jak najszybciej skończyć.

Nie skończyła się do dzisiaj, a to bardziej Izraelowi szkodzi niż pomaga.

– Co już wtedy było dla mnie niepojęte. Zacząłem więc być bardzo krytyczny. Dziś Izrael jest krajem zamożnym, nowoczesnym, bardzo otwartym, gdzie wszystko wolno. Lecz w 1968 r. taki nie był. Cechowało go zamknięcie, ogromny prowincjonalizm, do tego stopnia, że nie pozwolono występować tam Beatlesom. Nie mieściło mi się to w głowie, skoro w komunistycznej Warszawie byłem na koncercie Stonesów. Do Izraela w ogóle nie dotarła młodzieżowa kontestacja. Panowała kompletna uniformizacja.

Przystąpiłem więc do jednej organizacji lewicowej, potem do innej, jeszcze bardziej radykalnej, co w tamtym okresie historii świata było bardzo powszechne wśród ludzi w moim wieku, ale w Izraelu taka postawa była w kompletnej mniejszości.

Dziś w Izraelu sprawy są otwarte, w tym również bardzo trudne historyczne pytania. Nikt nie powie, a wtedy nie było to tak jasne, że podczas wojny o niepodległość nie było eksodusu Palestyńczyków i nikt nie będzie twierdził, że Izrael się do tego nie przyczynił. Trwa dyskusja, na ile przyczyniliśmy się do wyrzucenia Palestyńczyków, zupełnie normalna rozmowa o przeszłości: wygnaliśmy, więc musimy przeprosić albo – to przykre, lecz oni muszą to zrozumieć – niech spadają. W 1968 r. nie istniało słowo „Palestyńczycy”, zaś eksodus tłumaczono wezwaniem arabskich przywódców do opuszczenia domów, co do pewnego stopnia też jest prawdą, choć jednak najczęściej ludzie uciekają przed strzelaniem a nie wezwaniami.

Publikacja mapy Izraela, gdzie oznaczono zniszczone arabskie wioski, była wielkim skandalem, a dzisiaj jest czymś normalnym. I tak ze wszystkim.

Dzisiaj rozumiem, dlaczego mały, biedny kraj, bojący się, że zniszczą go arabski sąsiedzi zafałszowywał historię. Lecz wówczas dla mnie, młodego zbuntowanego człowieka to po prostu było niewyobrażalne. Miałem wrażenie, jako Izraelczyk, ogromnej niesprawiedliwości wyrządzonej Palestyńczykom. Myślałem o złu, za które jestem jakoś współodpowiedzialny. Niech arabskimi grzechami zajmują się sami Arabowie, bo ja mam swoje.

A jednocześnie, jako Żyd z Europy, Aszkenazyjczyk, byłeś już na starcie uprzywilejowany wobec wielu innych Izraelczyków, nawet tych z dłuższym obywatelskim stażem.

– Widziałem straszliwą nędzę Mizrahim, czyli Żydów orientalnych, a wcześniej opowiadał mi o niej mój ojciec, który odwiedził Izrael jeszcze przed naszą emigracją. Mówiło się o nich „czarni” albo nawet gorzej.

Jak?

– Nie powiem, bo to wstyd jeszcze dzisiaj.

Oglądałem Żydów marokańskich, jemeńskich, irackich. I coraz bardziej się radykalizowałem. A ponieważ interesowałem się światem, widziałem, że może w Izraelu należę do mniejszości, jestem inny niż moi koledzy szkolni, ale generalnie nie jestem osamotniony. Młodzież na świecie stawała się rewolucjonistami.

Ale nie wszyscy młodzi rewolucjoniści mieli odwagę, by odmawiać wykonania wojskowych rozkazów, a ty odmówiłeś wymierzenia karabinu w palestyńskie dziecko.

– Kiedy każą wymierzyć broń w dziecko, jest to ewidentnie nielegalny, bezprawny rozkaz. Ja o tym wiedziałem i mój dowódca też. Nie postawiono mnie przed żadnym sądem, a gdybym poszedł pod sąd też nic by mi się nie stało. Więzienie, zwłaszcza krótkie, kilkudniowe, to też miejsce dla ludzi. Słowem – konsekwencje odmowy byłyby znacznie mniejsze, niż gdybym wykonał rozkaz.

Po wtóre – byłem Aszkenazyjczykiem , po maturze zrobionej w niezłej szkole, czyli jakoś tam wykształconym, uprzywilejowanym „białym”. Mój sierżant, Mizrahi, nie miał matury i był, jak mówili Aszkenazyjczycy, „czarnym”. Nie miałem nad nim władzy, ale wielką psychologiczną przewagę.

Po trzecie – to nie było żadne bohaterstwo, o tym się nie myśli. Po prostu w ogóle nie powinienem być okupantem, nie powinienem być w palestyńskim Ramallah.

Pracowałeś z Mizrahim w najbardziej zapadłych dzielnicach Jerozolimy.

– Moja organizacja i ja mieliśmy przekonanie, że robimy rewolucję, więc trudno było nie znać choć trochę tych ludzi, którzy mieli skorzystać z owoców rewolucji. W Jerozolimie, w bardzo konkretnej dzielnicy Musrara, zaczynało wrzeć. To dziś kwartał bardzo pięknie odnowionych domów, mieszkania w horrendalnych cenach nawet jak na Jerozolimę. Dzisiaj to serce miasta, ale do wojny sześciodniowej i zdobycia Jerozolimy przez Izrael Musrara – kiedyś arabska – była wciśnięta w płot graniczny z Jordanią, co i raz cierpiała od arabskiego ostrzału. Osiedlano tam na kupie najbiedniejszych, najbardziej wykluczonych, kwitła skrajna nędza, przemoc, bandyterka jak we wszystkich gettach.

Ale bez przesady: nie byłem człowiekiem od pracy z izraelskimi Czarnymi Panterami, organizacji Mizrahim, podobnej do amerykańskiego imiennika. Ja po prostu ich znałem, siadywałem w tej samej kafejce, rozmawiałem, lecz „biały Aszkenazyjczyk” za wiele nie mógł; łatwiej było z Palestyńczykami. Pantery to byli dla mnie bardzo ciekawi ludzie i oczywiście byłem po ich stronie. Nawiasem mówiąc – to nie byli grzeczni, spokojni chłopcy.

Jak wygnany z Polski, radykalnie lewicowy młody człowiek może w zaściankowym Izraelu dokopać się własnej tożsamości?

– Kosztowało mnie to wiele wysiłku, rozmawiałem z bardzo wieloma bardzo mądrymi ludźmi. Dzisiaj uważam, że po prostu miałem szczęście w życiu, spotykałem bardzo różne, wybitne osoby, które mogłem pytać o takie sprawy. Sądzę więc, że można mieć bardzo wiele tożsamości, co jest wiedzą elementarną. Jestem dziadkiem, ojcem, mężem, bratem. Jestem kibicem Fiorentiny, co oznacza cierpienie. Jestem włoskich pisarzem, Polakiem, Żydem, Izraelczykiem. Te wszystkie tożsamości razem we mnie mieszkają, a kiedy bywają antynomiczne, powtarzam sobie rzecz prostą: antynomia jest częścią naszego życia, objawem i cechą nowoczesności. U Żydów jest z tym o wiele gorzej, jako że nowoczesność dała Żydom obietnicę włączenia, a potem ich wyrzuca, co nie jest żadnym odkryciem.

Ze 35 lat temu poszedłem do ortodoksyjnego izraelskiego myśliciela Jehaszaju Leibowitza, który jako jeden z pierwszych sprzeciwiał się okupacji Zachodniego Brzegu. Jakim cudem mnie przyjął, nie mam pojęcia. Spytałem, co to znaczy być Żydem. Odpowiedział: „Przyjąć jarzmo Tory”. „A dla mnie – chciałem wiedzieć – który nie przyjmuje takiego jarzma?”. Leibowitz wstał, zaczął na mnie krzyczeć: „To kretyńskie pytanie, sam sobie odpowiedz”. 

Lecz nie wyrzucił mnie, dalej rozmawialiśmy, a zrozumiałem z tego, że odpowiedzią na antynomię jest autonomia. Jarzmo Tory oznacza zbiór reguł, który trzeba przestrzegać. Ja zaś po prostu jestem, mam różne lojalności.

Kiedyś uważałem, że poglądy są ważniejsze niż lojalność, co jest oczywistą nieprawdą, czego uczy również Hannah Arendt, iż przyjaźń jest ważniejsza niż prawda.

Różne tożsamości nie oznaczają, że muszę tańczyć na wszystkich weselach.

Tożsamość, nawet wieloraka, potrzebuje miejsca, gdzie złapie korzenie, będzie zakotwiczona. Jesteś Polakiem, a z Polski cię wyrzucają; trudno, tak się życie plecie. Ale jesteś Izraelczykiem i z Izraela wyjeżdżasz dobrowolnie.

– Wyjechałem z Izraela, potem wróciłem, potem znów wyjechałem – w sumie kilka razy. Nie jest to ciekawe, gdyż stały za tym względy bardzo prywatne i osobiste, a nie decyzja polityczna.

Zakotwiczenie to jednak kwestia imaginarium. Gdy jestem w Polsce, zapach lasu, smak potraw jest dla mnie tak własny, jak niezaskakujący. No i nikt nie pyta mnie, skąd przyjechałem. Tyle, że czasami, gdy jestem w Polsce, tęsknię za Izraelem, bo w Izraelu też czuję się w domu. Przepadam za Tel Awiwem. Trochę mniej i inaczej czuję się w domu we Włoszech.

Czuję się w domu w różnych językach: polskim, hebrajskim, włoskim. Jidisz jest językiem serca, mogę czytać, tłumaczyć nawet wiersze, ale kiedy spróbuję coś powiedzieć, robię w jednym zdaniu dziesięć błędów.

Jak to wszystko ogarnąć?

– Mówię językiem rebelii, ale nie jestem już rewolucjonistą. Ma wiele empatii do Palestyńczyków, ale patrzę na konflikt izraelsko-palestyński nie tak samo, jak 50 lat temu. Lepiej w nim rozumiem Izraelczyków, choć kategorycznie sprzeciwiam się okupacji, bo to sprawa wręcz przedpolityczna.

Nie jestem uchodźcą. Nawet w 1968 r. nim nie byłem, bo nie uciekłem z PRL-u na jakiejś tratwie i w kompletnie niewiadome. W sensie tożsamościowym mam kilka domów, co jest przywilejem w sensie dosłownym.

Wytłumaczył mi to przed laty Zygmunt Bauman. Powiedział: „Możesz we Włoszech w sferze publicznej powiedzieć wiele rzeczy, których tubylec nie może. Masz wariackie papiery”. 

Jako swój-obcy włoski pisarz lepiej wyczuwam muzykalność języka, która dla Włochów jest tak oczywista i codzienna, że nawet jej nie słyszą. Wiele na tym gram jak człowiek, który dostrzega oddech, bo inni po prostu oddychają. W Polsce też tak się czuję, lecz akurat nie w Izraelu, bo nie istnieję tam w przestrzeni publicznej.

Dlatego napisałeś „Osła Mesjasza”, książkę o tożsamości, choć niektórzy potraktują ją jako biograficzny esej o Izraelu przełomu lat 60. i 70. Wielu rabinów nazywało osiołkami Mesjasza tych wszystkich syjonistów, kibucników, żołnierzy izraelskich wojen, lewicowców i wywrotowców, którzy absolutnie nieświadomi swej roli przybliżali powstanie Królestwa Izraela.

– Hannah Arendt opisywała sytuację Marcela Prousta: Belle Epoque, cudowny Paryż, kankan i szampan w kabaretach. Tymczasem sytuacja Żyda w nowoczesności jest sytuacją człowieka, który jest przyjęty do salonu, ale wie, że w każdej chwili można go wyprosić. I już.

W tym sensie już cesarz Tytus był osłem Mesjasza. Gdy zburzył Drugą Świątynię, wyzwolił całą przestrzeń dla Słowa, a wyganiając Żydów z Ziemi Obiecanej oddzielił ich od miejsca. Dla mnie Słowo jest ważniejsze niż miejsce, czego nauczyłem się z książki Dawida Grossmana „Patrz pod: miłość” i dziadek Wasserman, którego komendant obozu koncentracyjnego nie potrafi zabić, bo on opowiada historie jak żydowska Szeherezada. Mesjasz nie będzie królem, tylko kimś licho ubranym, nie przyniesie szczęśliwości, a raczej wędrówkę.

Druga sprawa to intymny związek kata i ofiary. Można znaleźć to w Jedwabnym i w więzieniach argentyńskiej junty wojskowej, które też widziałem. Bez podróży do Jedwabnego nie umiałby stworzyć tej drugiej argentyńskiej opowieści.

Ale książka kończy się wizytą w kibucu Sde Boker przy grobie Dawida Ben Guriona.

– Syjonista Ben Gurion zaczął karierę polityczną od walki z żydowskim socjalistycznym Bundem, która była dla niego ważniejsza niż walka z caratem. A ja próbuję stać na straży pamięci Bundu. 

Bo w mojej tożsamości mam Ben Guriona, którego oceniam niezmiernie krytycznie, ale jest częścią mnie jako Izraelczyka. Oraz Bund, o wiele bardziej we mnie obecny niż Ben Gurion. Że to moje i sprzeczne ze sobą – nic nie poradzę.


Włodek Goldkorn – Żyd, Polak, ceniony włoski publicysta i pisarz. Dzieciństwo spędził w Katowicach, potem mieszkał w Warszawie, skąd wyjechał do Izraela na fali antysemickiej kampanii Marca ’68. Następnie osiadł we Włoszech. Wieloletni redaktor działu kultury tygodnika „L’Espresso”. Przyjaciel Marka Edelmana, z którym spisał rozmowy w książce „Strażnik. Marek Edelman opowiada”. Autor autobiograficznej książki „Dziecko w śniegu” (Czarne). Właśnie ukazała się jego najnowsza publikacja „Osioł Mesjasza” (Czarne)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Media: Israel Must Be Denigrated for Its World-Beating Vaccination Programme

Media: Israel Must Be Denigrated for Its World-Beating Vaccination Programme

Richard Kemp


  • The same negative policy [by the press and many purported human rights groups] extends to other major benefits that Israel has brought to the world, including scientific innovation, medical technology and life-saving intelligence. It goes against editorial agendas to report on the Jewish state in a positive light unless they can somehow twist a good story to turn it bad.
  • Under the Oslo Accords between Israel and the Palestinians in the 1990s, which created the Palestinian Authority (PA), it alone and not Israel, is responsible for their health care, including vaccinations. Nearly 150 UN members recognise “Palestine” as a state, yet these media and human rights bodies, displaying deplorably predictable bias, cannot bring themselves to allow it agency.
  • Contradicting allegations of a racist or “apartheid” policy, Israel has been vaccinating its Arab citizens since the programme began. Given some reluctance to be vaccinated among these communities, the Israeli government, in conjunction with Arab community leaders, have been making concerted efforts to encourage them, including a visit by Prime Minister Netanyahu to two Arab towns in the last few days for this purpose.
  • The same approach can be seen over the Abraham Accords of 2020, historic achievements in a hitherto elusive peace between Israel and the Arabs. These have often been received with callous cynicism in the media as well as among veteran peace processors, whose own prescriptions have repeatedly failed.
  • [Israeli Prime Minister Benjamin] Netanyahu is the driving force behind the Abraham Accords, whose origins date back to his speech to a joint session of Congress in 2015, when he made a stand against Iran’s nuclear ambitions. Netanyahu’s solitary stance was seized on by Arab leaders, who began to realise they had common cause with the State of Israel, which could lead to a brighter future for them than one encumbered with unnecessary animosity.

Newspapers and broadcast media on both sides of the Atlantic have been contorting themselves — and the truth — to bash Israel over its remarkable success in vaccinating against Coronavirus. Pictured: A healthcare worker speaks to an Arab Israeli woman before giving her a COVID-19 vaccine at Clalit Health Services, in the Arab city of Umm al Fahm, Israel on January 4, 2021. (Photo by Jack Guez/AFP via Getty Images)

Prejudice against the Jewish state is so intense in the Western media that praiseworthy actions guaranteed to hit the headlines if attributable to any other country are frequently ignored, diminished or denigrated when it comes to Israel. When there is a disaster anywhere in the world, for example, Israel is often the first, or among the first, to offer assistance and send in relief workers. Most recently, last month the Israel Defence Forces dispatched a team to Honduras following the devastation of category 4 hurricanes Eta and Iota which left thousands homeless.

In the last 15 years IDF relief missions have deployed in Albania, Brazil, Mexico, Nepal, the Philippines, Ghana, Bulgaria, Turkey, Japan, Columbia, Haiti, Kenya, the US, Sri Lanka and Egypt — and many other countries in the years before.

Under Operation Good Neighbour, between 2016 and 2018, the IDF set up field hospitals on the Syrian border to treat civilians wounded by violence in their country and sent vital supplies directly into Syria, a nation which is at war with Israel, to help suffering people there.

Few outside Israel, Jewish communities around the world and the places that have benefited from IDF assistance have any idea of any of this because the media is not interested. In some cases, news items about countries contributing teams to disaster relief have omitted Israel despite knowing the IDF was playing an important role.

The same negative policy extends to other major benefits that Israel has brought to the world, including scientific innovation, medical technology and life-saving intelligence. It goes against editorial agendas to report on the Jewish state in a positive light unless they can somehow twist a good story to turn it bad.

This week we have seen exactly that in newspapers and broadcast media on both sides of the Atlantic as they contort themselves — and the truth — to bash Israel over its remarkable success in vaccinating against Coronavirus. In the UK, the Guardian newspaper reported:

“Two weeks into its vaccination campaign, Israel is administering more than 150,000 doses a day, amounting to initial jabs for more than 1 million of its 9 million citizens — a higher proportion of the population than anywhere else”.

With the world so focused on Coronavirus and national reactions everywhere, papers such as the Guardian could hardly avoid reporting Israel’s achievement, much as they would likely have preferred not to. So the article had to be headlined: “Palestinians excluded from Israeli Covid vaccine rollout as jabs go to settlers”.

Effectively accusing Israel of racism by neglecting Palestinian Arabs, the Guardian wrote: “Palestinians in the Israeli-occupied West Bank and Gaza can only watch and wait”. Across the Atlantic, the Public Broadcasting Service (PBS) gleefully headlined its article on Israel’s success with: “Palestinians left waiting as Israel is set to deploy COVID-19 vaccine”. The Washington Post published similarly malign sentiments under the headline: “Israel is starting to vaccinate, but Palestinians may have to wait months”.

Predictably the UN Office for Coordination of Humanitarian Affairs leapt onto this rickety bandwagon, publishing on its website a joint statement by a range of human rights organisations, levelling the same criticism and erroneously claiming violations of international law. Ken Roth, Executive Director of Human Rights Watch — an organization which its founder, the late Robert L. Bernstein, left precisely because of its unjust stance against Israel — in a tweet alleged: “Israel’s discriminatory treatment of Palestinians” and claimed in a separate tweet: “it has not vaccinated a single Palestinian”.

Unwilling to be left out of these gratuitous efforts to attack Israel, Amnesty International also levelled accusations of contravening international law by not vaccinating Palestinian Arabs.

As with most Israel-related stories in the mainstream media and the propaganda relentlessly churned out by so-called human rights groups, these slanders are entirely false. Palestinian Arabs living in Judea and Samaria, or the West Bank, and Gaza, are not even Israeli citizens and they are not signed up to Israeli healthcare providers.

Under the Oslo Accords between Israel and the Palestinians in the 1990s, which created the Palestinian Authority (PA), it alone and not Israel is responsible for the health care of Palestinians, including vaccinations. Nearly 150 UN members recognise “Palestine” as a state, yet these media and human rights bodies, displaying deplorably predictable bias, cannot bring themselves to allow it agency.

The Palestinian Authority has its own plans for vaccinating its people, including in conjunction with the World Health Organization’s Covax scheme, which have been reported in the same media that is attempting to traduce Israel.

At the time when Israel was planning its vaccination programme and procuring vaccines, the Palestinian Authority had broken off relations with Israel. Since contact has been restored, until now, neither the PA nor the Hamas terrorist regime that runs the Gaza Strip have asked Israel for any help with vaccinations, evidently preferring their own paths. However, as late as January 5, a Palestinian Authority official claimed the PA is now discussing with Israel the possibility of some vaccines being supplied to them, which the Israeli authorities are reportedly considering.

Reports also suggest that some doses of vaccine had already been secretly provided by Israel to the Palestinian Authority, following earlier unofficial approaches. The reason for this smoke-and-mirrors approach is the embarrassment the PA has at publicly seeking assistance from Israel, which it unfailingly rages against and vilifies at every opportunity. None of this is likely to be known or covered by the majority of media: it doesn’t fit their agenda.

The idea advanced by some media and human rights commentators that Israel might be allowed to vaccinate the citizens of Gaza, whose rulers have been firing lethal rockets at Israeli territory before and since the pandemic began, is derisory. What are these media commentators and so-called human rights groups doing to persuade the international community to help Gazans in their plight?

Contradicting allegations of a racist or “apartheid” policy, Israel has been vaccinating its Arab citizens since the programme began. Given some reluctance to be vaccinated among these communities, the Israeli government, in conjunction with Arab community leaders, have been making concerted efforts to encourage them, including a visit by Prime Minister Netanyahu to two Arab towns in the last few days for this purpose.

Jerusalem Post journalist Seth Frantzman personally confirms that Arabs in eastern Jerusalem have been and are being vaccinated. These people are classed by Ken Roth as Palestinian citizens, by his own lights giving the lie to his assertion that Israel “has not vaccinated a single Palestinian”.

According to Frantzman, there are cases of non-citizens in Israel getting vaccinated by showing up at the mass vaccination points. He cites the example of a Palestinian citizen in Judea who was vaccinated by Israeli authorities despite not having an Israeli health card, illustrating that “Israel’s health authorities are doing all they can to vaccinate as many people as possible, regardless of whether they are Arab or Jewish”.

As anyone who actually knows Israel even slightly would expect, its government will be doing everything it reasonably can to help Palestinians in Judea and Samaria and in Gaza with their fight against Coronavirus.

Despite the usual allegations to the contrary, the IDF say they have accepted and facilitated all requests for medical assistance of any kind into the Gaza Strip, including ventilators, oxygen generators and Coronavirus testing equipment. This accords with their track record of making all possible efforts to coordinate humanitarian aid for the people of Gaza, even during periods of intensive conflict initiated by Gaza terrorists.

The New York Times also takes a swipe at Israel but from a different angle. While noting the criticisms over “failure” to vaccinate Palestinians, the paper majors not on that but on strong and laboured implications that Israel’s success is driven by Prime Minister Netanyahu’s desire to “bolster his own battered image”. One way or another, journalists are determined that Israel’s achievements must not be painted in a positive light.

The same approach can be seen over the Abraham Accords of 2020, historic achievements in a hitherto elusive peace between Israel and the Arabs. These have often been received with callous cynicism in the media as well as among veteran peace processors, whose own prescriptions have repeatedly failed. Many political leaders in Europe have followed suit. Their decades-old opposition to the Jewish state was actuated largely by a self-interested desire to take sides with an Arab world vehemently opposed to Israel’s existence even to the point of battle.

Lord David Trimble, former First Minister of Northern Ireland and a Nobel Peace Prize laureate, in November nominated Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu for the prize, along with Crown Prince Mohammed bin Zayed Al Nahyan of Abu Dhabi. Lord Trimble recognised that Netanyahu is the driving force behind the Abraham Accords, whose origins date back to his speech to a joint session of US Congress in 2015, when he made a stand against Iran’s nuclear ambitions. Netanyahu’s solitary stance was seized on by Arab leaders, who began to realise they had common cause with the State of Israel, which could lead to a brighter future for them than one encumbered with unnecessary animosity.

There has been no greater move towards peace anywhere in the world in decades. We will see whether Netanyahu receives the Nobel Prize in October. If not, it will be due to the same contempt that the New York Times and many self-proclaimed Western intelligentsia have for this prime minister who, though controversial both at home and abroad, represents the Israeli spirit that they seem determined to denigrate at every turn — even in the face of such monumental achievements as the Abraham Accords and a world-beating vaccination programme.


Colonel Richard Kemp is a former British Army Commander. He was also head of the international terrorism team in the U.K. Cabinet Office and is now a writer and speaker on international and military affairs.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel- Jan 12, 2021

News From Israel- Jan 12, 2021

ILTV Israel News


Clashes in Ashdod as Israelis fight against #Coronavirus closures

Free speech under attack again in the wake of banning President #Trump from social media…

The internet asked, Israeli pilots answered. Stay tuned for a very special message from the Israeli Air Force.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wielki krok naprzód dla światowego pokoju – i ci, którzy wolą go ignorować

Flagi Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Izraela na lotnisku w Abu Zabi 31 sierpnia 2020 roku. Photo by JACK GUEZ)



Wielki krok naprzód dla światowego pokoju – i ci, którzy wolą go ignorować

Richard Kemp
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


W tym tygodniu byliśmy świadkami największego chyba kroku w kierunku pokoju światowego od dziesięcioleci. Pierwszy w historii bezpośredni pasażerski lot z Izraela do Zjednoczonych Emiratów Arabskich przez niemal całą długość przestrzeni powietrznej Arabii Saudyjskiej. Po Egipcie w 1979 i Jordanii w 1994 roku ZEA stały się trzecim państwem arabskim, który normalizuje stosunki z Izraelem według nowego Abrahamowego Porozumienia.

W przyszłym miesiącu w Oslo zostanie ogłoszony laureat lub laureaci Nagrody Pokojowej Nobla za rok 2020. Czy otrzymają ją architekci Abrahamowego Porozumienia, które jest samo w sobie doniosłym osiągnięciem, a także wielką zmianą w regionalnym przeszeregowaniu geopolitycznym, która jest dobra nie tylko dla pokoju i dobrobytu na Bliskim Wschodzie, ale i na świecie? Znaliśmy odpowiedź na to pytanie, zanim zostało ono sformułowane. (Ci, którzy wskazują, że ostateczny termin na nominację na rok 2020 już minął, nie powinni spodziewać się, że zobaczą to w roku 2021.)

Mohammed bin Zajed Al Nahjan, następca tronu Abu Zabi, mógłby zainteresować Komitet Noblowski, ale niestety, jego partnerami w tym przedsięwzięciu są prezydent USA, Donald J. Trump i izraelski premier Benjamin Netanjahu. Obaj są znienawidzonymi postaciami dla “przebudzeńców” w Oslo i dla wszelkich poputczików, którym rozpaczliwie chcą imponować. Według postrzegania tych przywódców przez twardą lewicę, która dominuje wszelki dyskurs o “pokoju”, ich osiągnięcia na arenie świata nie mogą się liczyć.

Odciski ich palców na Abrahamowym Porozumieniu zapewniły także jego chłodne przyjęcie przez większość amerykańskich i międzynarodowych mediów oraz w rządowych gabinetach w Europie – ściślej stowarzyszonych z wrogimi i reakcyjnymi reżimami Iranu, Turcji i Kataru niż z tymi, którzy autentycznie dążą do pokoju i postępu oraz przestrzegania praw człowieka na Bliskim Wschodzie; „ludzi na arenie”, by pożyczyć zwrot byłego prezydenta USA, Theodore Roosevelta.

A przecież nawiązanie stosunków między Izraelem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi jest przynajmniej równie ważne, jak traktat pokojowy między Izraelem i Egiptem, który zasłużenie doprowadził do Pokojowej Nagrody Nobla dla Menachema Begina i Anwara Sadata. Toruje drogę dla dalszych skoków do przodu z potencjałem dla podobnej normalizacji stosunków między Izraelem a innymi krajami w regionie, takimi jak Bahrajn, Oman, Sudan, Maroko, a nawet Arabia Saudyjska. ZEA nie działałyby bez błogosławieństwa Arabii Saudyjskiej. Chociaż publicznie powściągliwa, opinia w Rijadzie jest jasna. Kilka miesięcy temu, podczas rozmów prowadzonych tam z przywódcami w ramach delegacji Friends of Israel Initiative byłego kanadyjskiego premiera, Stephena Harpera, razem z ich dyrektorem wykonawczym i byłym hiszpańskim doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego, Rafaelem Bardajim, słyszałem osobiście, jak otwarci byli Saudyjczycy na perspektywę zbliżenia z Izraelem w przyszłości.

Za zmieniającymi się geopolitycznymi piaskami na Bliskim Wschodzie leżą korzyści ekonomiczne, bowiem zarówno okazje do handlu i zdobycia nowych technologii stały się wyraźniejsze, jak też pilniej potrzebne państwom Zatoki. Znacznie większe znaczenie ma jednak zagrożenie regionu przez Iran i – w nieco mniejszym stopniu – przez Turcję. Większość krajów arabskich widzi, że ma wspólne interesy z Izraelem w sytuacji, kiedy mułłowie w Teheranie kontynuują swoją imperialną agresję w Libanie, Syrii, Iraku, Jemenie i innych krajach, co łączy się w dodatku z ich nienasyconymi ambicjami nuklearnymi.

Były prezydent USA, Barack Obama, nieświadomie pomógł doprowadzić do zbliżenia między Izraelem i Arabami przez próby przekazania hegemonii na Bliskim Wschodzie Iranowi, z najbardziej przerażającym spektaklem zawarcia głęboko wadliwej umowy nuklearnej – JCPOA – która otwarła szeroko drzwi do uzbrojonej w broń nuklearną, teokratycznej dyktatury. W ramach tych działań uwolnił olbrzymie fundusze dla Teheranu, które pomogły finansować jego terroryzm przez zastępców w całym regionie. Jest bardziej niż prawdopodobne, że nieszczęsny Komitet Noblowski przyznałby prezydentowi Obamie Nagrodę Nobla za JCPOA, gdyby nie to, że już przyznali mu ją spiesząc się na łeb na szyję, gdy tylko został prezydentem w 2009 roku, w politycznym komunikacie, w którym chodziło w równym stopniu o uwłaczenie poprzedniemu prezydentowi, George’owi W Bushowi, jak i o uhonorowanie laureata.

Niezależnie od imperatywów ekonomicznych, technologicznych i bezpieczeństwa, które leżą u podstaw ewolucji stosunków na Bliskim Wschodzie, trzeba przyznać olbrzymią zasługę ludziom, którzy doprowadzili do Abrahamowego Porozumienia. Skuteczne zaprowadzanie pokoju, szczególnie w kontekście tak długotrwałej wrogości, wymaga wizji, śmiałości, a nade wszystko odwagi. Nie zapominajmy o krwawym końcu dwóch bliskowschodnich przywódców, którzy zaryzykowali wszystko dla pokoju – Anwara Sadata i również laureata Nagrody Pokojowej, premiera Rabina. Mohammed bin Zajed jest w innej sytuacji niż Sadat, jak też Benjamin Netanjahu jest w innej sytuacji niż Rabin, niemniej obaj wiedzą aż nazbyt dobrze, że takie działania obarczone są poważnym ryzykiem dla nich osobiście i dla ich krajów.

Premier Netanjahu od dawna prowadził śmiałą strategię nacelowaną na osiągnięcie bliższych stosunków w całym regionie. Wśród wielu innych cichych starań jego współpracowników i jego samego, Netanjahu i Jossi Cohen, szef Mosadu, spotkali się podobno w tajemnicy z bin Zajedem w Abu Zabi w 2018 roku. Jednym z głównych założeń Abrahamowego Porozumienia jest zgoda Izraela na odłożenie swoich planów rozciągnięcia izraelskiej suwerenności na 30% Judei i Samarii. Bez wysunięcia planu suwerenności, co samo wymagało odwagi i stanowiło historyczną zmianę dla państwa Izraela, jest mało prawdopodobne, by osiągnięto obecne porozumienie. Dla Netanjahu zgodzenie się na jego zawieszenie wymagało odwagi, bowiem stanowi to zagrożenie znaczącego politycznego kapitału w bardzo niepewnym momencie.

Sam plan suwerenności wyrósł z inicjatywy prezydenta Trumpa “Pokój dla dobrobytu”, którą starał się on przełamać stuletni konflikt na Bliskim Wschodzie. Dziesięciolecia procesu pokojowego według od dawna wyznawanej obiegowej mądrości nie doprowadziły donikąd. Dyskutowałem o propozycji Pokój dla dobrobytu z kilkoma jego architektami od samego początku, kiedy było jasne, że mieli nadzieję na stworzenie właśnie takiej sytuacji, jaka się obecnie rozwija.

Wiedzieli, że niepowodzenia poprzednich planów pokojowych były spowodowane przede wszystkim wręczeniem palestyńskim przywódcom prawa weta wobec każdego postępu. Niezależnie od tego, co mówili publicznie lub do negocjatorów, palestyńscy przywódcy nie mieli najmniejszego zamiaru zatwierdzać propozycji, które obejmowały istnienie suwerennego państwa żydowskiego na Bliskim Wschodzie. Nie chcieli rozwiązania w postaci dwóch państw, jeśli jedno z tych państw miało być rządzone przez Żydów; dlatego też odmawiali pójścia na jakikolwiek kompromis i wyłącznie wszystko odrzucali. Inicjatywa Trumpa przewidywała Izrael ściślej zjednoczony ze światem arabskim w celu zmuszenia Palestyńczyków do przyszłych ustępstw. Ta wizja może ostatecznie nie zostać zrealizowana, ale ma większe szanse powodzenia niż wielokrotne powtarzanie tego samego i spodziewanie się innego wyniku.

Oczywiście, wysunięcie takiego planu pociąga za sobą wielkie ryzyko dla prezydenta Trumpa i dla USA, jak również dla Izraela i innych krajów, których dotyczy, ale zawiera także perspektywę wielkich nagród tak w postaci pokoju, jak i dobrobytu. Reakcja europejskich przywódców i wielu ludzi w USA był ledwo letnia: po prostu nie rozumieli tego, co rozumiał Trump i jego zespół – wewnętrznego paradoksu międzynarodowej strategii. Jak napisał w swym mistrzowskim dziele Strategy, The Logic of War and Peace historyk Edward N Luttwak: “Cała dziedzina strategii jest przesiąknięta przez własną, paradoksalną logikę, sprzeczną ze zwykłą, liniową logiką, według której żyjemy we wszystkich innych dziedzinach życia”. Europejczycy i inni przeciwnicy planu Trumpa w większości nie potrafili zrozumieć, że liniowa logika, z którą tak dobrze się czują, mogła dać w wyniku jedynie niekończący się konflikt; a wielu tych, którzy to rozumieli, brakowało odwagi, by przyjąć ten strategiczny paradoks z całym jego nieodłącznym ryzykiem

Oczywiście, ciężko upolityczniony Komitet Pokojowej Nagrody Nobla nie ma o tym wszystkim pojęcia i najwyraźniej nie chce mieć. Od lat już ich decyzje opierały się nie na obiektywnym wkładzie w sprawę pokoju, ale na lewicowym, globalistycznym światopoglądzie. W innym razie dlaczego mieliby przyznać Nagrodę Unii Europejskiej za zachowanie pokoju w Europie, skoro wiedzą doskonale, że pokój utrzymywany w Europie od 1945 roku jest zasługą NATO, nie zaś UE? Dlaczego mieliby przyznać Nagrodę arcyterroryście, Jaserowi Arafatowi i poważnie rozważać przyznanie jej przywódcy IRA, Gerry’emu Adamsowi? Lub dlaczego przyznali Nagrodę północnowietnamskiemu komuniście, Le Duc Tho? Ta lista jest długa.

Mamy szczęście, że dzisiejsi przywódcy rozumieją, jak oszałamiająco bez znaczenia są zarówno Komitet Noblowski, jak UE. Mimo wysokiego mniemania o sobie, obie te grupy, niestety, zhańbiły się i pracują przeciwko pokojowi, dobrobytowi i prawom człowieka.


Richard Justin Kemp – Były dowódca sił brytyjskich w Afganistanie, pracował w Joint Intelligence Committee oraz COBR. Po przejściu na emeryturę napisał książkę o wojnie w Afganistanie Attack State Red, która stała się bestsellerem.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com