Tag Archive | Reunion68 Reunion 68 Reunion’68 Reunion-68

Microsoft will Relocate Development Center to new offices in Tel Aviv

Microsoft Is on the Move, Will Relocate Development Center to New WeWork Offices in Tel Aviv

Meir Orbach / CTech


Silhouettes of laptop and mobile device users are seen next to a screen projection of Microsoft logo. Photo: Reuters / Dado Ruvic / Illustration.

Microsoft’s development center in Tel Aviv is set to expand, a person with knowledge of the move told Calcalist on condition of anonymity on Wednesday. The Tel Aviv expansion is taking place in parallel to the completion of the tech giant’s new center in Herzliya.

The company’s employees, who currently work out of shared office space in the WeWork building on Dobnov Street in Tel Aviv will relocate to a 6,600 square meter (70,000 sq. ft.) space, occupying four stories, in WeWork’s midtown building by the end of the year. Microsoft’s development center currently employs more than 1,500 people, including those who came on board with its recent acquisition of CyberX.

The new facility was designed by WeWork tailored to Microsoft Israel’s R&D division’s needs. It will accommodate hundreds of employees from the company’s cloud security R&D department as well as from its Microsoft for Startups department, the Microsoft accelerator, and the Reactor — a new technological hub for developers. In addition, the space will feature a studio for the recording of podcasts, lectures and meeting halls, an innovation lab, a coffee shop, a convenience store, and more.

The Tel Aviv Reactor hub joins similar initiatives in six other global locations including San Francisco, Sydney, Seattle, Redmond, New York, and London.

Microsoft for Startups offers global support for small companies through various programs. The initiative’s ScaleUp program allows startups to receive access to Microsoft’s product teams, technology, and management of joint sales processes.

Microsoft’s accelerator has supported more than a hundred startup companies. A new cohort of AI for good recently got underway, aiding Israeli startups that are focused on social impact goals, such as environmental protection, accessibility, and health, and are based on artificial intelligence.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


„Pamiętniki z Breslau” (cz. III)

Rudi Herrnstadt: „Pamiętniki z Breslau” (cz. III)

RUDI HERRNSTADT
Tłumaczenie: Marta Fogielman


Fragment okładki „Chiduszu” 5/2019 będącej ilustracją do wspomnień Rudiego Herrnstadta. Autorka: Edyta Marciniak

TRZECIA CZĘŚĆ „PAMIĘTNIKÓW Z BRESLAU” RUDIEGO HERRNSTADTA OBEJMUJE LATA 1933-1936 – OD PRZEJĘCIA WŁADZY PRZEZ HITLERA DO WYJAZDU HERRNSTADTÓW Z UKOCHANEGO WROCŁAWIA.

CZĘŚĆ III

1933-1936

Wkraczamy teraz w najbardziej tragiczny etap historii Niemiec. Pisałem już wcześniej, że przynajmniej w naszych kręgach nikt nie traktował Hitlera i jego partii poważnie, mimo że jej znaczenie ciągle rosło. Z garstki parlamentarzystów pod koniec lat dwudziestych przerodziła się ona już w 1931 roku w partię niemalże większościową. Nikt nie wierzył, że nadejdzie dzień, w którym Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei zyska prawie czterdzieści procent głosów, wprowadzając tym samym do Reichstagu ponad dwustu członków. Drugie miejsce pod względem liczebności zajmowali komuniści, resztę zaś stanowiły tak zwane „partie centrum”. Kryzys ekonomiczny i rosnące bezrobocie doprowadziły kraj do sytuacji, w której do władzy dojść mogła albo partia skrajnie lewicowa, albo prawicowa lub wojskowa dyktatura. Wszelkie próby powołania rządu koalicyjnego zakończyły się fiaskiem. Pod koniec stycznia 1933 roku starzejący się już prezydent Hindenburg nie miał innego wyboru, jak tylko mianować na urząd kanclerza Niemiec Hitlera – lidera największej partii. Doprowadziło to oczywiście do obsadzenia wszystkich głównych stanowisk rządowych i innych pozycji kierowniczych znaczącymi członkami partii nazistowskiej. Hermann Göring, jeden z najbliższych współpracowników Hitlera, został ministrem sprawiedliwości, a później premierem Prus.

Tymczasem sprawy w sądach w Breslau toczyły się swoim normalnym trybem. Pewnego dnia, w marcu 1933 roku, wszyscy radcy, a przynajmniej ich większość, jak zwykle zebrali się w tak zwanym Anwaltszimmer (pokoju adwokackim), jedząc (pyszne i słynne) kiełbaski. Nagle drzwi otworzyły się z impetem i do środka wpadła grupa uzbrojonych członków SA, krzycząc „Juden raus!”. Wybuchła panika. Wszyscy myśleli tylko o jednym – żeby jak najszybciej stamtąd uciec. Cały budynek został jednak otoczony przez oddział, a na korytarzach roiło się od funkcjonariuszy. Wtargnęli do wszystkich sal sądowych, przerywając toczące się procesy. Pamiętam jednego odważnego sędziego, który miał „czelność” zapytać funkcjonariuszy, z czyjego rozkazu działają. – Z rozkazu feldmarszałka Göringa – usłyszał. Z wieloma adwokatami, a nawet sędziami o „żydowskim wyglądzie” obchodzono się brutalnie. Mi na szczęście udało się zachować spokój. Chodziłem od gabinetu do gabinetu, prosząc o odroczenie moich rozpraw do jutra. Następnie wróciłem do pustego pokoju adwokatów, ściągnąłem togę, założyłem marynarkę i przez nikogo nieniepokojony wyszedłem z budynku, do którego już nigdy nie dane było mi wrócić.

Dopiero wtedy tak naprawdę zdałem sobie sprawę z tego, co stało się w naszym kraju i co jeszcze może się wydarzyć. Wróciłem do biura na Gartenstraße [Józefa Piłsudskiego] i zdałem relację z całego zdarzenia mojemu partnerowi Löserowi. Siedzieliśmy potem przez długi czas, nie odzywając się ani słowem. Byliśmy przerażeni i zrozpaczeni.

Kiedy wróciłem do domu, bardzo ostrożnie opowiedziałem o wszystkim Thei. Była wtedy w piątym miesiącu ciąży. Od tamtego dnia sprawy nabrały zawrotnego tempa. W maju 1933 roku otrzymałem list z Ministerstwa Sprawiedliwości. Ponieważ byłem Żydem, zostałem skreślony z listy adwokatów, a cały mój prawniczy dorobek po prostu przestał istnieć. Löser, jako weteran pierwszej wojny światowej, otrzymał tymczasowe zezwolenie na zachowanie prawa do wykonywania zawodu. Obiecał mi, że nic między nami się nie zmieni – on miał zajmować się sprawami w sądzie, a ja przygotowywać je w biurze. Niestety trwało to tylko do momentu, w którym zmuszono go, żeby mnie zwolnił. On sam zresztą wkrótce potem otrzymał zakaz wykonywania zawodu. W 1937 roku wraz z rodziną uciekł do Holandii. Kiedy Niemcy dotarli tam na przełomie 1940 i 1941 roku, trafił z żoną do obozu. Obydwoje zginęli.

8 czerwca 1933 roku, miesiąc przed terminem, urodziła się wasza matka. Przedwczesny poród był bez wątpienia wynikiem ogromnego stresu, jaki wasza babcia przeżywała w trakcie ciąży. Kiedy poszedłem zarejestrować waszą matkę, urzędnik zapytał mnie o zawód. Opowiedziałem mu całą historię. – Przecież to niemożliwe, aby odebrano panu zawód! Jeśli zarejestruję ojca jako bezrobotnego, może to źle wpłynąć na przyszłość dziecka – upierał się. Chciał wpisać w rubrykę „zawód”: „Adwokat, Doctor Juris”. Jak widzicie, obowiązywała wtedy jeszcze pewna doza przyzwoitości.

Opisanie tego, jak wielki entuzjazm i radość przyniosły narodziny waszej matki, byłoby chyba niemożliwe. Była pierwszą dziewczynką w rodzinie Herrnstadtów od czasu narodzin – pół wieku wcześniej – sióstr mojego ojca, Hanny i Henny. Nazwaliśmy ją Renata. Poród, jak było wtedy przyjęte, miał miejsce w domu, z udziałem ginekologa i położnej. Wszystko poszło gładko, chociaż całą operację skomplikowała oczywista chęć Renaty, aby wypiąć się na cały świat, zamiast się z nim zmierzyć. Pomimo starań doktora Großa poród, jak myślę, był dla waszej babci bardzo bolesny. Ale jeszcze bardziej bolesny był oczywiście dla mnie. Zmuszony słuchać krzyków i jęków, krążyłem w nerwach po pokoju gościnnym – miejscu najbardziej oddalonym od sypialni, w której miał miejsce poród. Wiecie zresztą, że nigdy nie byłem śmiałkiem w obliczu tego rodzaju sytuacji. Oczywiście wszyscy zgodnie uznali, że nie przyszło wcześniej na świat ładniejsze i bardziej urocze dziecko. Wraz z mijającymi tygodniami i miesiącami zmieniliśmy nieco zdanie. Renata płakała dniami i nocami, nie dając nam prawie nigdy chwili spokoju. Nie potrafił temu zaradzić nawet nasz lekarz rodzinny, stary już wtedy wujek Weigert. Erwin Cohn radził, abyśmy skonsultowali się z pediatrą, doktor Aron. Ona natychmiast zdiagnozowała u małej skurcz mięśnia, powodujący niedrożność jelit. Leczenie, zmiana pokarmu i sposobu karmienia były oczywiście uciążliwe, ale wasza babcia była przepełniona miłością i niezwykłą cierpliwością. Miała też dodatkowe wsparcie świetnej pielęgniarki, pani Hirschel. Dla waszego dziadka był to jednak moment kompletnego załamania nerwowego.

Nie było wątpliwości, że do tego stanu doprowadziła mnie akumulacja stresów, których doświadczyłem w pierwszej połowie 1933 roku, połączona z totalnym rozpadem mojego świata – utratą pracy i nieciekawie wyglądającą przyszłością. Idąc pewnego dnia przez miasto, poczułem nagłą falę zawrotów głowy. Ledwie dotarłem na Gartenstraße i zdołałem wspiąć się na trzecie piętro, na którym znajdowało się biuro Lösera, gdy runąłem na podłogę i zacząłem wymiotować. Wezwano lekarza. Na początku podejrzewano wrzody żołądka, ale ta diagnoza okazała się zupełnie nietrafiona. Została skorygowana przez Erwina Cohna, który sam był już wtedy lekarzem. Zadzwonił do mojego doktora po tym, jak ambulans zabrał mnie do domu. Doktor Pringsheim potwierdził, że cierpiałem na załamanie nerwowe, za które odpowiedzialnych było wiele czynników. Dodatkowo mój stan pogorszyły nieprzespane noce – sprawka waszej ukochanej matki. Po kilku dniach leczenia zdecydowałem się pozostawić Renatę pod czułą opieką jej odważnej, niestrudzonej, kochającej mamy i przeprowadzić się na jakiś czas do Reichenbach [Dzierżoniów], gdzie mieszkał Günter. Miałem tam wszystko, czego potrzebowałem: zupełną ciszę i spokój, a nawet rozrywkę zapewnianą przez przyjaciół brata. Towarzyszyli nam Franz i Helmut Kanter oraz ich żony. Później ja i Thea zaprzyjaźniliśmy się z nimi blisko i odwiedzaliśmy ich w Anglii, dokąd wyemigrowali. Choć przez długi czas wyglądałem jak chodząca śmierć, w końcu wyzdrowiałem (pomogło leczenie lampą ultrafioletową) i zacząłem snuć plany na najbliższą przyszłość. Mimo że Felix Löser wielkodusznie przekazywał mi każdego miesiąca jakąś sumę pieniędzy, było jasne, że nie mogliśmy dłużej mieszkać w drogim apartamencie przy Hohenzollernstraße [Zaporoska]. Do dziś pamiętam wyraz żalu na twarzy naszego gospodarza, pana Rademachera, kiedy wręczyłem mu wypowiedzenie i przedstawiłem powód decyzji. Żyliśmy więc w naszym stworzonym z miłością i cudownie umeblowanym mieszkaniu zaledwie rok, po czym musieliśmy się wyprowadzić i zamieszkać z rodzicami przy Schenkendorfstraße 10 [Orla], gdzie przyjęto nas niezwykle ciepło. Mogę szczerze powiedzieć, że miłość i uwaga, jaką Renata (oczywiście zasłużenie) otrzymywała od moich rodziców i babci Käte – nie tylko w okresie niemowlęctwa, ale również później – zwyczajnie jest nie do opisania.

Pozostawało jednak pytanie, co dalej. Ojciec zaproponował mi pracę w swoim biurze, którą przyjąłem z ochotą. Niestety nie miałem ani wykształcenia, ani ambicji do wykonywania tego zawodu. Hans podjął dobrą decyzję i w 1933 roku wyemigrował wraz z przyjacielem, Günterem Schönwaldem, do RPA. Nikt z rodziny nie miał wtedy nawet pojęcia, gdzie ten kraj się znajduje. Nam podjęcie decyzji o emigracji zajęło kolejne trzy lata.

Nie musieliśmy długo czekać na pierwsze wieści od Hansa, do którego niebawem dołączyli przyjaciele. Wiadomości o kraju, a szczególnie o Przylądku, były niezwykle entuzjastyczne. Hans radził nam jednak nie spieszyć się, bo sytuacja ekonomiczna w RPA była nienajlepsza, a jako rodzina z dzieckiem moglibyśmy napotkać na miejscu wiele przeszkód.

Kontynuowałem więc pracę w firmie ojca, której działalność w ogromnej większości polegała na prowadzeniu filii NWK [Nordwestdeutsche Kraftwerke AG]. Nie było to dla niego łatwe zadanie, jako że wielu klientów zaczęło popierać nazistów. Niektórzy nie mogli zrozumieć, dlaczego NWK nadal zatrudnia Żyda.

Firma jednak trzymała się ojca mocno. Pracował dla nich cały czas, nawet kiedy w 1936 roku zdecydowaliśmy się na emigrację. Ostatecznie zmuszeni byli go zwolnić w 1937 czy 1938 roku. Dostał od nich hojny dodatek, a dużo później – już po wojnie – firma wypłaciła mu jeszcze „odszkodowanie”. Czapki z głów. Nie jestem pewien, co ostatecznie stało się z przedsiębiorstwem, ale myślę, że firma zbankrutowała, jeszcze zanim w połowie lat pięćdziesiątych rezultaty zaczął przynosić Wirtschaftswunder.

Wypłata ojca kurczyła się z miesiąca na miesiąc. Kończyły się też moje oszczędności i pieniądze ze sprzedaży mebli. Doszliśmy do smutnego wniosku, że musimy poszukać innego, tańszego lokum. Znaleźliśmy wystarczająco duże mieszkanie, po raz kolejny przy Hohenzollernstraße, ale w znacznie tańszej, położonej bardziej na północ okolicy, zwanej teraz Hindenburg Platz [plac Powstańców Śląskich]. Sprzedaliśmy sporo mebli rodziców (również ukochany fortepian), na które nie było miejsca w nowym mieszkaniu. Wciąż jednak było wygodnie. Bez problemu podzieliliśmy pokoje w mieszkaniu tak, aby wystarczyło miejsca dla wszystkich – naszej trójki i rodziców. Ojciec mógł zrezygnować z dotychczasowego biura i wynająć coś na innym piętrze budynku, w którym teraz mieszkaliśmy, co było dużym plusem tej przeprowadzki. I właśnie tam wraz z ojcem, zmuszeni zwolnić pozostałych pracowników, zajmowaliśmy się interesami NWK.

Nowa praca nie dawała mi satysfakcji, wpadłem jednak na pomysł, który wydał mi się genialny. Czemu nie wykorzystać mojej wiedzy i nie pracować jako doradca prawny lokalnych przedsiębiorców i byłych klientów? Był to sposób na co prawda niską, ale comiesięczną wypłatę. Przedyskutowałem pomysł z przyjaciółmi i spotkałem się ze sporym entuzjazmem, szczególnie ze strony przyjaciela Güntera, Maxa Proskauera.

Max zaproponował, abyśmy wspólnie otworzyli biuro w jednym z pokoi w mieszkaniu jego rodziców przy Goethestraße [Wielka]. Miał on kontakt z kilkoma firmami ubezpieczeniowymi i był przekonany, że uda mu się wciągnąć je do współpracy. Otworzyliśmy więc biuro i szybko znaleźliśmy sporą grupę zainteresowanych. Ponieważ biznes nic nas nie kosztował, zaczęliśmy nawet trochę zarabiać, a pomimo dodatkowego zajęcia wciąż mieliśmy sporo wolnego czasu. Kupiliśmy niewielką motorówkę i spędzaliśmy długie cudowne godziny, pływając po Odrze. Odkrywaliśmy idylliczne okolice Breslau i odwiedzaliśmy piękne zakątki, które pamiętaliśmy jeszcze ze szkolnych wycieczek. Wasza babcia Thea nie pozostawała bezczynna – rozpoczęła pracę dla żydowskiej organizacji kulturalnej Jüdischer Kulturbund. Pod nieobecność Thei małą Renatą zajmowały się prababcie. Staraliśmy się więc, jak tylko mogliśmy.

Oczywiście czasami w domu dochodziło do spięć. To zupełnie normalne, kiedy pod jednym dachem mieszka młodsze i starsze pokolenie. Thea i moja matka nigdy dobrze się nie dogadywały i nie potrafiły się do końca polubić. Jakoś dawaliśmy sobie jednak radę. […]

Był 16 stycznia 1935 roku. Dzień, w którym sprawy zaczęły się gwałtownie pogarszać. Zgodnie z ustawami norymberskimi Żydzi nie mogli już zatrudniać służby. Dochodziło do coraz większej liczby aresztowań. Ludzie po prostu znikali bez śladu. Zaczęła się nagonka. Żydzi byli wyjęci spod prawa. W każdym momencie można było spodziewać się najgorszego. Zmuszano do sprzedaży za bezcen swoich interesów tak zwanym „aryjczykom”. Na żydowskich sklepach wymalowywano wielkimi literami słowo Żyd. Każdego wieczoru z radia dochodził paskudny głos Hitlera. Pomimo wyraźnego zakazu zawsze wyłączaliśmy odbiornik. Aby choć trochę odpocząć i zająć myśli czymś innym, prawie każdego wieczoru z rodzicami i Theą siadaliśmy do brydża, który okazał się naszym zbawieniem. Wokół jednak bez przerwy działy się straszne rzeczy. Ludzie odbierali sobie życie. Pojawiły się nowe regulacje zabraniające byłym adwokatom prowadzenia jakiejkolwiek prawniczej działalności. Był to ostateczny koniec spółki Proskauer & Herrnstadt. I tak oto znowu znaleźliśmy się na dnie. Nazistowski obłęd stale się pogłębiał. Hitler skazał na śmierć przywódcę SA Ernsta Röhma (krążyły pogłoski, że zamordował go własnymi rękami, bo ten stał się zbyt wpływowy). Dysydenci, tacy jak generał von Schleicher czy Gregor Straßer, zostali zamordowani, choć w tym przypadku lepszym słowem byłoby „zlikwidowani”. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak rozpocząć planowanie emigracji do RPA. Z pomocą przyszedł nam Günter i jego bogaci przyjaciele, którzy z radością zapłacili za nasze bilety. Zaopatrzyli nas również w niezbędną gotówkę, którą oczywiście obiecaliśmy zwrócić w obcej walucie, kiedy tylko ułożymy sobie jakoś życie na miejscu. Upłynęło jednak trochę czasu, zanim poważnie zaczęliśmy myśleć o wyjeździe.

Wcześniej zmuszeni byliśmy do kolejnej przeprowadzki. Życie z rodzicami było coraz bardziej uciążliwe, a nasze nerwy coraz bardziej zszargane. Całą trójką przenieśliśmy się do co prawda ślicznego, ale bardzo małego mieszkania przy Derfflingerstraße [Krakusa]. Było to mieszkanie na trzecim albo czwartym piętrze nowoczesnego, ale pozbawionego duszy bloku. Moi rodzice przenieśli się zaś do bardzo wygodnego mieszkania na Wölflstraße [Pocztowa]. […]

W 1936 roku południowoafrykański Johannesburg obchodził pięćdziesiątą rocznicę istnienia. Z tej okazji wielu przewoźników morskich oferowało tanie wycieczki do RPA. Jedynym warunkiem skorzystania z promocji było zarezerwowanie biletu powrotnego. Uznaliśmy, że to nasza najlepsza szansa i za pożyczone wcześniej pieniądze kupiliśmy bilety na rejs Ulyssesem. Statek wypływał z Liverpoolu 25 października i płynął do Kapsztadu, dalej do Australii, a następnie wracał do Anglii. Zwykły bilet kosztował trzydzieści funtów, a bilet waszej mamy połowę mniej. Musieliśmy dostać się pociągiem przez Berlin do Hoek van Holland, stamtąd promem do Dover i dalej pociągiem do Londynu. Tam zaopiekowała się nami znajoma rodzina Kanterów. Dołączył do nas też Günter, który upierał się, że musi nas odprowadzić na statek. Moi rodzice bali się trudnego pożegnania, więc aby go uniknąć, na krótko przed naszym wyjazdem pojechali do Krummhübel [Karpacz] w Karkonoszach, gdzie często spędzaliśmy szkolne wakacje. Wasza babcia zaczęła uczyć się angielskiego na rok przed wyjazdem, ale po przyjeździe na Wyspy szybko zorientowaliśmy się, że ani nie rozumiemy języka, ani nie jesteśmy w stanie się w nim porozumiewać. Ulysses był pełen Anglików.

Statek dysponował tylko jedną klasą, atmosfera była więc bardzo przyjemna. Wszyscy byli przyjaźnie nastawieni, a jedzenie wyśmienite. Niestety waszą mamę dopadła choroba morska, która trwała przez cały czas naszej podróży. Oma Käte służyła pomocą i wszyscy wykorzystaliśmy tę trwającą trzy tygodnie podróż najlepiej, jak potrafiliśmy. Będąc jeszcze w Londynie, otrzymaliśmy od Hansa list z życzeniami szczęśliwej podróży. Radził w nim, abyśmy nie tęsknili zbytnio za Europą, która niedługo miała stanąć w płomieniach – były to prorocze słowa. Obiecywał spotkać się z nami w Kapsztadzie.

Nie mogliśmy się również doczekać spotkania z wujkiem Wernerem, który mieszkał w Johannesburgu. Wyjechał tam w 1934 czy 1935 roku. Zajmował się swoją matką, dopóki wszystkim nam nie udało się razem zamieszkać. To, jak możecie się domyślać, zajęło jednak trochę czasu. […] Rozstanie z Breslau i Europą nie było wcale łatwe. Nie mieliśmy pojęcia, co stanie się z rodzicami, los Güntera również nie był pewny. Myślał, że jest bezpieczny – wciąż miał dobrą pracę w Weil & Nassau i dobrze zarabiał. Dokładnie pamiętam, jak czuliśmy się z Theą tego deszczowego dnia, około 20 listopada 1936 roku, kiedy całą trójką musieliśmy opuścić mieszkanie moich rodziców (już wcześniej zrezygnowaliśmy bowiem z tego przy Derfflingerstraße). Na dworzec jechaliśmy taksówką. Gdy wsiadaliśmy do pociągu do Berlina, do przepełnionego wagonu drugiej klasy, mocno ściskałem małą rączkę Renaty. Babcia Käte wyruszyła do stolicy kilka dni wcześniej, ponieważ chciała pożegnać się ze swoją siostrą Toni Wachsner, która cierpiała na nieuleczalną chorobę nerek. Toni zmarła kilka dni po naszym wyjeździe. […] Pociąg opuścił już Breslau, kiedy wasza najdroższa matka (wtedy trzyletnia i niezwykle urocza) na cały głos wykrzyczała: – Tatusiu, kiedy będziemy w Afryce?

Cały przedział zamarł. Na granicy Niemiec z Holandią nadzorca niemieckiej służby celnej przyszedł do naszego przedziału, uścisnął mi dłoń i powiedział: – Koniecznie wróćcie do kraju, czas Hitlera niedługo dobiegnie końca.

PRANUMERATA

Od razu po naszym przybyciu do Londynu wybuchło wielkie zamieszanie, bo nigdzie nie mogliśmy znaleźć wózeczka dla ulubionej lalki Renaty, którą wszędzie ze sobą nosiła. Na szczęście w końcu udało się go znaleźć Helmutowi, podczas gdy ja i Thea gorączkowo szukaliśmy w kieszonkowym słowniku angielskiego słowa na Kinderwagen. Gorsze jednak miało dopiero nadejść. Gdy dobiliśmy do Liverpoolu, okazało się, że cały nasz bagaż, który został wysłany na Ulyssesa statkiem z Hamburga, nie dotarł na miejsce z powodu sztormu. Nie wiedzieliśmy, co robić. Nie mogliśmy niczego dokładnie wytłumaczyć – ani głównemu stewardowi, ani kapitanowi statku. Z pomocą przyszła jedna z naszych współemigrantek – wówczas pani Herschan, a później Meyer. Wyjaśniła całą sytuację kapitanowi, który od razu zgodził się na zmianę planowanej godziny opuszczenia portu. Na statek z Holandii czekaliśmy prawie dwanaście godzin. Po raz pierwszy na własnej skórze doświadczyliśmy angielskiej zasady fair play. Gdy kładliśmy Renatę do łóżka w naszej niewielkiej kabinie, znów zapytała niecierpliwie: – Czy rano obudzę się w Afryce? […]

Po przybyciu do Kapsztadu musieliśmy przebrnąć jeszcze przez wszystkie formalności, okazać dokumenty oraz łączną sumę stu funtów w banknotach, po czym mogliśmy w końcu zejść na ląd i wpaść w objęcia Hansa, który – jak obiecał – przybył do Kapsztadu specjalnie po to, aby nas przywitać.

Miasto było niesamowicie gorące i wilgotne. W pewnym momencie zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy będziemy w stanie żyć w takim klimacie. Najbardziej z powodu gorąca cierpiała Oma Käte. Była tak zniesmaczona, że prawie dostała zawału, kiedy podczas śniadania w Sea Point zobaczyła przechadzające się po obrusie mrówki. Dla Europejczyka było to coś niewyobrażalnego. Już wkrótce jednak spotkaliśmy się z naszymi przyjaciółmi, Beatą i Wolfgangiem Wohl, którzy przyjechali do RPA niedługo przed nami. […]

Nadszedł w końcu dzień wyjazdu do Johannesburga. Podróż trwała trzydzieści sześć koszmarnych godzin. Zdążyliśmy już przyzwyczaić się do lekkich, sportowych ubrań, które mieliśmy na sobie podczas rejsu. Wyjeżdżałem ubrany od stóp do głów w biały len. Jednak dzięki połączonym siłom parowych silników pociągu i pustynnego wiatru niosącego piasek z Karru, do Johannesburga przybyłem w czarnym stroju żałobnym. […] Na miejscu czekał już na nas jednak komitet powitalny, więc szybko zapomnieliśmy o trudach podróży.

Zamieszkaliśmy z Hansem i trójką jego przyjaciół (Heinzem Kretschmerem, Ernstem Fuchsem i Karlem Herzem), którzy przyjęli nas z otwartymi ramionami, mimo że nasza obecność musiała być dla nich sporą niedogodnością. Babcia Käte zamieszkała zaś z Wernerem. Tak zakończyła się nasza odyseja i zaczęło nowe życie. Jedyną osobą, która od razu poczuła się jak w domu, była wasza matka – była uciechą dla każdego, kto wszedł z nią w interakcję. Jako pierwsza też z niezwykłą łatwością nauczyła się angielskiego.

Wkrótce nie przypominała już prawie wcale dziewczynki, która niedawno przypłynęła statkiem do Kapsztadu. Hans zabrał nas na cudowną przejażdżkę po półwyspie. W Pawilonie w Muizenbergu, gdzie piliśmy herbatę, grano muzykę jazzową. Renata nigdy wcześniej nie doświadczyła muzyki na żywo, znała ją tylko z płyt gramofonowych. Kiedy więc członkowie zespołu zrobili krótką przerwę, przybiegła do naszego stolika, wykrzykując: „Die grammophon Herren haben jetzt Kafee!” [„Panowie z gramofonu piją teraz kawę!”].


Wybór fragmentów i redakcja: Jolanta Różył


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Rep. Ilhan Omar wins Democratic primary, US media projects

Rep. Ilhan Omar wins Democratic primary, US media projects

JERUSALEM POST STAFF


Congresswoman who tweeted that Israel “hypnotized the world” wins Democratic primary in Minnesota.

U.S. Rep Ilhan Omar (D-MN) / (photo credit: REUTERS/KEVIN LAMARQUE)

US Rep. Ilhan Omar has won her district’s Democratic primary election, US media projected Wednesday morning, beating out her challenger, Antone Melton-Meaux. If correct, she will now go on to run for reelection in a bid to secure a second term in Congress.

Melton-Meaux, who described himself as a pro-Israel progressive, made Omar’s comments on Israel a key part of his campaign

Omar had the support of some local and progressive Jews who were excited about supporting a member of “The Squad,” a quartet of prominent progressive freshmen congresswomen that also includes Reps. Alexandria Ocasio-Cortez, Ayanna Pressley and Rashida Tlaib.

Just a few days before the primary, a surprising op-ed appeared on the blogging platform Medium: a Jewish Omar supporter from her Minnesota district, Jeremy Iggers, not only said he was supporting Omar but explained why he thinks she is good for the Jews.

“… Jews are facing a second reckoning — questioning our cherished myths about Israel and coming to grips with its reality of racism and intolerance, the brutality of the occupation, and the profound corruption of its leaders,” he wrote. “By taking on the Israel lobby, Ilhan Omar and Bernie [Sanders] and a few other brave souls have made possible a more honest conversation about Israel. That’s the part that is really good for the Jews — and also very difficult,”

But from most Jews, she has received criticism for antisemitic and anti-Israel remarks.

Upon the release of the race projections, the Republican Jewish Council released a statement saying it “deplores the loss by Antone Melton-Meaux in the Democratic primary in MN-5. While Melton-Meaux is a progressive Democrat and we disagree strongly with him on any number of issues, he would have been a welcome change from Rep. Ilhan Omar and her virulently anti-Israel and antisemitic positions.

“The national Democrat Party’s lurch to the left in recent years has been extremely troubling, and Omar’s election in 2018 was one example of the seriousness of this trend,” RJC continued.

The organization accused the Jewish Democratic Council of America of having failed its members “and our entire community by abdicating their role and staying silent about this primary, when they were in a position to speak with authority about antisemitism in the Democrat Party.”
In 2012, before joining Congress, Omar tweeted that Israel “hypnotized the world.” As a new member of Congress, with the tweet under renewed scrutiny, she apologized.

But in February 2019, Omar responded to a tweet from Rep. Kevin McCarthy, a California Republican who had called for action to be taken over Omar’s past statements suggesting that Israel policy in Congress was driven by money.

“It’s all about the Benjamins baby,” she wrote in a tweet that raised eyebrows.

Asked to clarify what she meant, Omar responded “AIPAC!”

AIPAC, or the American Israel Public Affairs Committee, is the largest pro-Israel lobby in the United States. Critics said that Omar was invoking two anti-Semitic tropes: again that Israel exerts too much political pressure on U.S. government, and that money was inherently involved in that pull. Many took her words to mean that Omar believed AIPAC pays American politicians to be pro-Israel.

The comments earned her national rebuke, including from many of her Democratic colleagues.

In a subsequent op-ed for The Washington Post, Omar defended her critiques of Israel as calling for a more “balanced” policy toward the Israeli-Palestinian conflict, but she also called Israel the “historical homeland” of Jews.

But when she and Tlaib tried to visit Israel on a congressional trip, they were denied entry. A 2017 Israeli law entitles the state to deny entry to boycott Israel activists. It was the first time that the Jewish state refused to allow in members of Congress.

Despite this, Omar still received considerable support from high profile members of the Democratic Party, including from Bernie Sanders, who she endorsed vocally during his presidential campaign. House Speaker Nancy Pelosi also endorsed Omar, meaning that anyone providing resources to her opponent would have been working against the Democratic leadership, a potentially costly move.

She also enjoyed the support of the state’s Democratic-Farmer-Labor Party, including her predecessor in the 5th District, Minnesota Attorney General Keith Ellison.

Omar and Tlaib made history as the first Muslim women to serve in Congress when they won in 2018. At the time, Omar received more votes in total than any new member of Congress and outperformed 428 congressional districts out of 435, according to an analysis from the congresswoman’s campaign team, which was reported on by CNN.


JTA contributed to this report.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


TV7 Israel News

TV7 Israel News

  TV7 Israel News


1) Palestinian Islamists incessantly persist with attempts to harm Israel by means of incendiary and improvised explosive devices attached to clusters of balloons.
2) The IDF has announced its decision to lower its state of alert along Israel’s border with Lebanon.
3) Lebanese Prime Minister Hassan Diab announced the resignation of his government after the devastating explosion in the port of Beirut sparked a public uproar against the country’s seemingly corrupt leadership.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Fałszerze i komedia wyborcza. Tak się robiło wybory w PRL

Fałszerze i komedia wyborcza. Tak się robiło wybory w PRL

Józef Krzyk


Wybory do Sejmu 26 października 1952 r. Głosuje operator Polskiej Kroniki Filmowej Karol Szczeciński. W tle godło Polski i portrety prezydenta Bolesława Bieruta oraz sowieckiego marszałka Polski Konstantego Rokossowskiego (Fot. Archiwum Szczecińskich/East News)

Rząd pozbawiony kontroli, mający w ręku prasę, administrację, policję i fundusze państwowe, dysponujący bogatym arsenałem środków nacisku politycznego i gospodarczego wygra każde wybory – komentował w 1947 r. wybory do Sejmu Ustawodawczego emigracyjny publicysta i endek Stanisław Stroński.

*

Wszystkie wybory w PRL były sfałszowane. Bezapelacyjnymi triumfatorami zawsze były partia rządząca oraz jej przystawki – fasadowe ugrupowania, które od lat 50. tworzyły z komunistami Front Jedności Narodu.

Próba sił z szulerami

Do pierwszych powojennych wyborów doszło w styczniu 1947 r., ale preludium do nich było o pół roku wcześniejsze referendum ludowe. Pomysł, raczej niechcący, podsunął komunistom Stanisław Mikołajczyk, lider PSL i wicepremier w Tymczasowym Rządzie Jedności Narodowej. Prawdopodobnie łudził się, że nacisk mocarstw zachodnich spowoduje, że Moskwa zgodzi się na demokratyczne wybory w Polsce, co Wielka Trójka uzgodniła w Jałcie.

Jednak gdy w listopadzie 1945 r. komuniści przegrali wybory na Węgrzech i nie pomogła im nawet stacjonująca w tym kraju Armia Czerwona, Polska Partia Robotnicza zdała sobie sprawę, że w uczciwej rywalizacji nie ma szans. Zaproponowała więc Mikołajczykowi start ze wspólnej listy, obejmującej również pozostałe „demokratyczne”, czyli koncesjonowane przez komunistów partie. Ludowcy mieliby dostać 25 proc. miejsc w Sejmie, czyli właściwie jedynie legitymizować władzę komunistów. Mikołajczyk ofertę odrzucił, a gdy rozmowa zeszła na uchwalenie nowej konstytucji, wspomniał, że we Francji odbyło się w tej sprawie referendum.

Komuniści uznali wówczas, że w Polsce może być ono dobrą próbą sił przed wyborami i okazją, by postawić PSL w trudnej sytuacji. Trzy pytania do referendum ułożyło bowiem kierownictwo PPR, ale podpisać się pod nimi mogli właściwie ludzie obu przeciwnych obozów. W żadnym nie wspomniano o komunizmie, ale jedynie o poparciu granicy zachodniej (o wschodniej nie wspomniano), planowanych reformach – głównie nacjonalizacji przemysłu i reformie rolnej oraz o likwidacji Senatu. PSL sam takie hasła wysuwał, ale skoro tzw. Blok Demokratyczny wezwał, by na wszystkie trzy pytania odpowiedzieć „tak”, wiadomo było, że wyników użyje do celów propagandowych. A kiedy generalnym komisarzem referendum został Wacław Barcikowski, I prezes Sądu Najwyższego, stało się jasne, że zostanie ono przeprowadzone pod pełną kontrolą komunistów. Przed wojną Barcikowski bronił przed sądem Władysława Gomułki, a po niej uchodził za posłuszne narzędzie w rękach komunistów.

Z głosowania na mocy dekretu zostali wykluczeni ludzie, którzy w czasie wojny kolaborowali z okupantem lub odpowiadali za przedwojenną „faszyzację” Polski. Te zarzuty komuniści wykorzystywali do dyskredytowania swoich przeciwników, pozbawiając prawa udziału w referendum prawdopodobnie kilkaset tysięcy osób.

Według oficjalnych wyników w referendum ludowym przeprowadzonym 30 czerwca 1946 r. aż 68 proc. obywateli było za zniesieniem Senatu, 77,2 proc. opowiedziało się za reformami proponowanymi przez komunistów, a aż 91,4 proc. głosowało za granicą na Odrze i Nysie Łużyckiej.

W te wyniki mało kto wierzył, ale nie można było ustalić prawdziwych. Opozycja przypuszczała, że były fałszowane już na poziomie komisji obwodowych. Z drugiej strony, gdyby tak się działo, PPR nie dowiedziałaby się nawet, jakie są autentyczne nastroje społeczne.

Tajemnicę wyjaśnił prawie pół wieku później Nikita Pietrow, rosyjski historyk związany ze stowarzyszeniem Memoriał, który wykorzystał chwilowe otwarcie archiwów Kremla za czasów Borysa Jelcyna. Według jego ustaleń fałszowaniem referendum zajęła się grupa z sowieckiego ministerstwa bezpieczeństwa państwowego (MGB) dowodzona przez płk. Arona Pałkina. Okazało się, że porażka komunistów była znacznie wyższa, niż wynikało z fragmentarycznych danych, którymi dysponowali w 1946 r. politycy PSL – np. za likwidacją Senatu w poszczególnych obwodach było zaledwie od 1 do 15 proc. głosujących. Ludzie Pałkina sfałszowali protokoły z prawie 6 tys. obwodowych komisji, a z pozostałych 5 tys. – prawdopodobnie funkcjonariusze polskiego Urzędu Bezpieczeństwa.

Z kolei z tzw. archiwum Bieruta, które zbadał prof. Andrzej Paczkowski, wynika, że „tak” na pytanie o likwidację Senatu odpowiedziało 26,9 proc. głosujących. Najmniej, bo tylko 13,5 proc., w województwie krakowskim, dlatego po kraju krążyła plotka, że komuniści zamierzają za karę wysiedlić mieszkańców Krakowa.

Leć pan do Churchilla

Kolejka po karty do głosowania w jednym z lokali wyborczych podczas wyborów do Sejmu Ustawodawczego w 1947 r. Agitacja za głosowaniem na komunistów trwała aż do momentu wrzucenia kart do urn – wyborcy na ubraniach mają przyczepioną trójkę, czyli numer listy tzw. Bloku Demokratycznego utworzonego przez PPR i jej przystawki Fot. IPN

Referendum uzmysłowiło komunistom, że całą procedurę wyborczą muszą mieć pod kontrolą. Uznali też, że muszą zastraszyć przeciwnika, dlatego milicja i UB aresztowały ok. 50-60 tys. ludzi, głównie powiązanych z PSL. W dziesięciu spośród 52 okręgów w kraju wyborcy w ogóle nie mogli głosować na partię Mikołajczyka, ponieważ pod różnymi pretekstami unieważnione zostały listy kandydatów.

Nadużycia były możliwe, ponieważ członków komisji powoływały zdominowane przez komunistów wojewódzkie rady narodowe. To oni w praktyce decydowali nie tylko o wynikach wyborów, ale nawet o tym, kto zostanie do nich dopuszczony. Ordynacja przewidywała, że prawa do głosowania mogą być pozbawione osoby współdziałające z antykomunistycznym podziemiem, a w czasie wojny z oczywistą szkodą dla narodu polskiego czerpały korzyści ze współpracy gospodarczej z władzami okupacyjnymi. O tym, kto się tego dopuścił, decydowały władze. Zdarzało się, że z głosowania wykluczano całe wioski, ale nie z powodu kolaboracji, tylko dlatego, że silne wpływy miał tam PSL.

Opozycja, widząc, że wybory nie są uczciwe, chciała utrudnić komunistom ich sfałszowanie. Sposobem kontroli prac komisji miało być podawanie do publicznej wiadomości wyników z poszczególnych obwodów i okręgów. Ale komuniści nawet na to się nie zgodzili: wyniki zbiorcze ogłaszał generalny komisarz, który dostał na to aż 12 dni. – Leć pan ze skargą do Churchilla – śmiał się Gomułka z protestującego przeciwko takiemu rozwiązaniu Mikołajczyka.

Na wybory nieufnie patrzyła emigracja. Najdosadniej o intencjach rządu pisał w londyńskim „Przeglądzie Polskim” endek Stanisław Stroński: Nie po to został nam narzucony, by kapitulował przed opinią i oddał władzę w polskie ręce. Zamiarem jego jest trwać wbrew wszystkiemu i doprowadzić do końca dzieło zniszczenia i ujarzmienia kraju.

Według danych, które ludowcom udało się zebrać w stu obwodach (spośród 6 tys.), na listę tzw. Bloku Demokratycznego, czyli PPR i jej akolitów, padło 27 proc. głosów, a na PSL – 63 proc. Oficjalne wyniki były odwrotne: Blok – 80,1 proc., PSL – 10,3. Reszta przypadła Stronnictwu Pracy oraz secesjonistom z PSL.

Konsekwencją tej farsy był wybór na prezydenta Bolesława Bieruta, który składając przysięgę, wypowiedział nawet formułę „tak mi dopomóż Bóg”. Nielegalny „sejm” wybrał nielegalnego „prezydenta” – komentował emigracyjny „Dziennik Polski”. A rząd londyński stwierdził: Wolność w Polsce przestała istnieć. Niepodległość Rzeczypospolitej stała się fikcją, przesłanianą kłamliwymi pozorami.

Specjalistka z Moskwy

Następne wybory, 26 października 1952 r., zostały sfałszowane przez specjalną grupę funkcjonariuszy MBP kierowaną przez Anatola Fejgina i Michała Taboryskiego, szefów kluczowych departamentów w resorcie. Prawdziwe wyniki nie są znane. Ogłoszono, że 99,8 proc. głosów padło na jedyną listę kandydatów zgłoszoną przez Front Narodowy. Kulisy tego „zwycięstwa” po ucieczce z Polski opisał Józef Światło, zastępca Fejgina.

Wyjawił, że resortowej grupie fałszerzy pomagała przysłana z Moskwy agentka, specjalistka w przerabianiu i podrabianiu dokumentów.

Uczyła ich m.in. wywabiać pismo z dokumentów, podrabiać podpisy, dobierać najlepszy do tego celu papier oraz pióra i atrament.

Tych, którzy wykazali większe zdolności, nauczyła szybciej, innych wolniej. Ale mimo to wszyscy w końcu nauczyliśmy się tej sztuki tak, że przed wyborami gotowe były wszystkie protokoły okręgowych komisji wyborczych z pieczęciami i podpisami. Trzeba było tylko wpisać cyfrę – wspominał Światło.

Nazajutrz po wyborach specgrupę odwiedził wiceminister bezpieczeństwa Roman Romkowski, który oświadczył, że głosowanie przebiegło po myśli władz, więc fałszowanie nie jest potrzebne. Światło był przekonany, że to tylko gra: Spojrzeliśmy tylko po sobie i zrozumieliśmy od razu, o co chodzi. Skoro sfałszowane protokoły były już gotowe, to najwidoczniej Bierut wolał wstawić cyfry w Biurze Politycznym aniżeli u nas. Tam są ludzie z jego punktu widzenia bardziej zaufani i grono wtajemniczonych może być mniejsze. Z ogłoszonych wyników wyborów okazało się, że nasze przypuszczenia były słuszne.

Komisje trzymać w garści!

Następne wybory miały się odbyć 16 grudnia 1956 r. Taki termin jeszcze przed Październikiem wyznaczyła Rada Państwa, jednak głosowanie trzeba było przesunąć, bo w ciągu kilku tygodni wszystko się zmieniło: Gomułka objął władzę, a radzieckie czołgi stacjonujące w Polsce jechały na Warszawę. 24 października, w dniu słynnego przemówienia „towarzysza Wiesława” na placu Defilad, Sejm zmienił ordynację wyborczą. Od poprzedniej różniła się istotnymi drobiazgami. Ta z 1952 r. przewidywała, że liczba kandydatów na liście nie może być większa od liczby miejsc do obsadzenia w danym okręgu. Natomiast nowa dopuszczała, że kandydatów może być więcej niż miejsc, ale nie więcej niż o dwie trzecie.

Teoretycznie nawet stalinowska ordynacja z 1952 r. pozwalała zarejestrować w okręgu więcej niż jedną listę wyborczą, ale w praktyce było to niemożliwe, ponieważ prawo ich zgłaszania miały jedynie PZPR i koncesjonowane przez nią organizacje. Jako żart traktowano więc paragraf, który precyzował, że kolejność umieszczenia list na karcie do głosowania zależy od terminu zgłoszenia ich w komisji wyborczej. Twórcy ordynacji niespecjalnie starali się maskować to, że wybory to fikcja, bo na liście nie trzeba nawet nikogo wskazywać, żeby głos był ważny.

Dopuszczenie przez ordynację z 1956 r. na listę większej liczby kandydatów miało jednak ten skutek, że mandaty obejmowali ci, którzy dostali najwięcej głosów. Ale tylko raz ta zasada znalazła zastosowanie. W wyborach, które ostatecznie odbyły się 20 stycznia 1957 r., w okręgu nowosądeckim Jan Antoniszczak jako jedyny nie uzyskał wymaganej bezwzględnej większości, więc konieczna była druga tura. Antoniszczak już do niej nie przystąpił, ale krzywda mu się nie stała – w latach 60. był prezesem klubu sportowego Cracovia, starostą w Nowym Sączu i Żywcu, wiceprezydentem Krakowa oraz dyrektorem Zjednoczenia Wapnia i Gipsu.

Wybory z 1957 r. zakończyły natomiast karierę byłego premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego. Naraził się Gomułce, więc trzy dni przed wyborami został skreślony z listy do Sejmu. Ordynacja na to wprawdzie nie pozwalała, ale I sekretarz, tak jak jego poprzednicy, nie przejmował się za bardzo literą prawa.

O tym, co władza myśli o wolnych wyborach, świadczy instrukcja, którą szefom terenowych struktur partyjnych wydał Edward Ochab: Przede wszystkim należy zapewnić sobie istotny wpływ, codzienny wpływ na okręgowe komisje wyborcze. Nie mogą one beztrosko zarejestrować zgłoszonych list wyborczych, nawet jeśli tam będzie dziesięć pieczątek i sto podpisów. Okręgową komisję wyborczą trzeba codziennie mieć na oku i w gruncie rzeczy trzymać w garści, chociaż nie może to przybierać form administracyjnych czy rzucających się w oczy, czy dających podstawę do rozróbki przeciw partii.

O co chodzi w wyborach?

O tym, że to władza decyduje, kto ma zostać posłem, przekonali się studenci Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Łodzi, którzy bezskutecznie prosili, by na liście do Sejmu umieścić rektora tej uczelni prof. Zygmunta Izdebskiego. Demonstrowali nawet na ulicy i interweniowali u Zenona Kliszki, bliskiego współpracownika Gomułki, ale nic nie wskórali.

W podobny sposób komuniści traktowali kilkuosobowe koło Znak, które w 1957 r. utworzyli w Sejmie posłowie ze środowiska świeckich katolików. Przy każdej okazji słyszeli jednak, że już sama ich obecność w ławach poselskich to łaska ze strony władz. A gdy w 1976 r. poseł Znaku Stanisław Stomma nie poparł wprowadzenia do konstytucji zapisów o przyjaźni ze Związkiem Radzieckim i przewodniej roli PZPR, w następnych wyborach już nie mógł startować.

Nadzieja, że Październik ’56 zmienił coś na lepsze, okazała się płonna. Polacy przekonali się o tym kilka dni przed wyborami w 1957 r., gdy Gomułka wezwał ich do głosowania bez skreśleń. Skreślanie określił jako zamach na niepodległość. „W wyborach nie chodzi o to, czy rząd ludowy i nasza partia wespół z innymi partiami Frontu Jedności Narodu nadal utrzymają władzę. PZPR nigdy nie odda władzy reakcji i restauratorom kapitalizmu w Polsce” – grzmiał w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki.

Prasa agitowała, by głosować jawnie, a zniesmaczona Maria Dąbrowska pytała w dzienniku, czy można zaczynać budowanie praworządnej demokracji od jej złamania: Czy to nie jest powrót do zasady „cel uświęca środki”? Czy to nie jest złamanie morale narodu? Gdy państwo zaczyna „naprawę” od oszustwa, to zwalnia obywateli od obowiązku lojalności.

Wstydu nie mają

W podobny sposób wybory komentował w swoim dzienniku Mieczysław Rakowski, naczelny tygodnika „Polityka”: Oczywiście wygraliśmy bezapelacyjnie. Mało kto korzystał ze skreśleń. Kabiny były zresztą tak ustawione, że trudno było do nich dotrzeć – pisał z sarkazmem w marcu 1961 r. W podobnym tonie komentował wybory z marca 1980 r.: Na listy Frontu Jedności Narodu głosowało ponad 99 proc. wyborców. Szalona frekwencja i szalone poparcie! Moi współtowarzysze po prostu wstydu nie mają.

Rakowski zastanawiał się, dlaczego Gierek, który zapewne znał prawdziwe nastroje i dane z głosowania, zdecydował się na fałszerstwo: Widocznie sztab uznał, że w związku z fatalną sytuacją polityczną w kraju trzeba „bić po oczach” i pokazać narodowi, że na nic jego demonstracje. Wyniki będą takie, jakie my ustalimy. I dodawał: Boję się jednak, że nadejdzie dzień, kiedy społeczeństwo wystawi nam przykry rachunek za pogardę, z jaką się do niego odnosimy. Nadszedł szybciej, niż się Rakowski spodziewał – niespełna pół roku później zaczął się Sierpień.

Plakat nawołujący do bojkotu wyborów w 1980 r. Fot. Wojtek Łaski/East News

Wybory za Gomułki i Gierka różniły się jedynie rosnącą – w oficjalnych protokołach – frekwencją. W 1957 i 1961 r. wyniosła ona ponad 95 proc., później była coraz większa, by w 1980 r. osiągnąć aż 98,87 proc. W przypadku tych ostatnich wyborów fałszerstwo musiało być najgrubsze, bo demokratyczna opozycja wezwała do ich bojkotu. Udział w tej przykrej farsie ubliża godności obywatelskiej i ludzkiej – ogłosił Komitet Obrony Robotników. W Warszawie, gdzie ulotek z takimi hasłami rozrzucono najwięcej, do urn według szacunków poszło tylko 75 proc. uprawnionych.

Gomułka za kotarą

Trzy razy z rzędu PZPR według oficjalnych danych uzyskała 55,5 proc. głosów i 255 mandatów. Władza niespecjalnie więc się starała, by ktoś wyniki wyborów traktował poważnie. Zmieniało się tylko nastawienie do nich prominentów. Sensacją wyborów 1972 r. był podobno Gomułka, który niepomny tego, że gdy rządził, wzywał do głosowania bez skreśleń, wszedł w lokalu wyborczym za kotarę. Wychodzi na to, że cała jego gadanina o ideologii niewiele była warta. Chodziło jedynie o władzę – komentował Rakowski. Drugim, który – jak to określił naczelny „Polityki” – postąpił jak ostatni dureń, był Ochab: wziął kartkę wyborczą, na oczach wszystkich przekreślił ją na krzyż i dopiero wtedy wrzucił do urny.

Ochab, podobnie jak Gomułka, był już na bocznym torze, więc chciał pokazać Gierkowi, co o nim myśli. Oczywiście prasa nie pisała wtedy o takich gestach.

Wybory w 1972 r. skomentował w dzienniku również Stefan Kisielewski – od 1957 do 1965 r. poseł Znaku: Ten naród jest poniżany, a wcale o tym nie wie – jedną z form poniżenia są właśnie te „wybory”. Ja w nich udziału nie wezmę – niech chociaż ktoś ocala jakoś „honor”. To nie są żadne wybory, lecz upokarzająca komedia, bo kandydaci z góry są wyznaczeni i mianowani.

Rakowski uważał, że wielu ludzi zdawało sobie sprawę z tego, że uczestniczy w komedii. Traktowali wybory jak rytuał, w którym wypada wziąć udział, żeby się nie narazić władzy. W gruncie rzeczy wiedzą o tym również rządzący i na ich dobro należy zapisać, że nie kazali aparatowi się wysilać w okresie tzw. Kampanii – komentował w latach 70.

Podobnie stosunek do wyborów oceniał Andrzej Kijowski, krytyk literacki: chłop, który u siebie na wsi poszedłby głosować albo nie poszedłby, zależnie od opinii swojej i otoczenia, ewentualnie ze strachu, przesiedlony do miasta idzie głosować, żeby użyć swego statusu miejskiego, społecznego. Odziewa siebie i całą swoją rodzinę odświętnie w nowe rzeczy i ciągnie jak na odpust z dzieciakami z paradą.

Dwa razy tak

Pierwsze wybory, w których oficjalna frekwencja nie była prawie stuprocentowa, to te z 1985 r. Z dziennika Rakowskiego wynika jednak, że jej wysokość została ustalona na naradzie u gen. Wojciecha Jaruzelskiego, I sekretarza PZPR. „Poniżej 75 proc. zejść nie wolno, byłoby to wysoce niekorzystne” – rzucił do słuchaczy. Na tę uwagę zareagować miał Kazimierz Cypryniak, szef wydziału polityczno-organizacyjnego w Komitecie Centralnym: „Muszę jeszcze pojechać do kilku województw, żeby pododawali po kilka procent”. I frekwencja rzeczywiście wyniosła 78 proc.

Opozycja szacowała, że prawdziwa sięgnęła 66 proc., a w dużych miastach – Wrocławiu, Gdańsku, Krakowie i Warszawie – do urn poszła tylko połowa uprawnionych.

Dwa lata później, 27 listopada 1987 r., ekipa Jaruzelskiego zorganizowała referendum, które miało wysondować, czy społeczeństwo zgodzi się na zaciskanie pasa. Pytania były dwa: czy zgadzasz się na radykalny program uzdrowienia gospodarki oraz czy popierasz rządowy pomysł na demokratyzację. Zachęcała, by głosować na tak.

Na Śląsku dowcipkowano, że w 1947 r. było „trzy razy tak”, teraz jest „dwa razy tak”, a następnym razem będzie „guten tag”.

Władza sama zastawiła na siebie pułapkę, ustalając, że wyniki referendum uzna za wiążące, jeśli na oba pytania pozytywnie odpowie większość uprawnionych. Według oficjalnych danych do takiego wyniku zabrakło niewiele. W referendum miało wziąć udział 67 proc. uprawnionych, spośród których mniej więcej dwie trzecie zagłosowało na tak. W tej sytuacji rządzący uznali, że zaciskanie pasa jest zbyt ryzykowne, i nie odważyli się na radykalne reformy.


Korzystałem m.in. z opracowań: Andrzeja Paczkowskiego „Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski”, Andrzeja Rzeplińskiego „Niewolne wybory parlamentarne. Doświadczenia polskie 1947-1989” oraz Andrzeja Friszkego „Czas KOR-u. Jacek Kuroń a geneza Solidarności”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com