Tag Archive | Najwiekszy blog emigracji marca’68

Chag Pesach Sameach

Moses Leads the Jews out of Egypt - by Stephen Howard

Moses Leads the Jews out of Egypt – by Stephen Howard


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


ZROZUMIEĆ PESACH: MICWA SPOŻYWANIA MACY

ZROZUMIEĆ PESACH: MICWA SPOŻYWANIA MACY

P. Jędrzejewski


Maca (fot. David R. Tribble)

Maca_1.jpgFaraon wezwał Moszego i Aharona nocą i powiedział, że Żydzi mogą opuścić Egipt. I wtedy „Ludzie zabrali swoje ciasto, zanim się zakwasiło. Resztę swojego [ciasta] obwiązali w ubrania [i umieścili] na ramionach” (Szemot 12, 34). Oznacza to, że Żydzi nie wynieśli z Egiptu chleba, ale placki macy i one stanowiły ich pożywienie bezpośrednio po wyjściu z niewoli – „Upiekli ciasto, które wynieśli z Egiptu, jako placki macy, bo się nie zakwasiło” (12, 9).

Spożywanie macy w Pesach jest nakazane w Torze na pamiątkę tego wydarzenia. Micwa (przykazanie) ta nazywa się achilat maca i sformułowana została na podstawie wersetu 12, 18 z Szemot. Głosi ona, że jedzenie macy jest obowiązkiem zarówno mężczyzn, jak i kobiet, wieczorem 15 dnia nisan (poza Izraelem także 16 dnia tego miesiąca).

Maca jest nazywana chlebem ubóstwa lub niedoli (lechem oni), który jest jednocześnie chlebem wiary i wolności. W nazwach tych kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego istnieje nakaz jedzenia macy w święto Pesach, które upamiętnia zakończenie niewoli egipskiej i wybranie przez Żydów wolności – dzięki interwencji Boga w ich życie. W niewoli Żydzi żyli bowiem w ubóstwie – i jedli przede wszystkim mace. Gdy uzyskali wolność – też musieli zadowolić się plackami macy, które wynieśli z Egiptu.

Pozornie wydaje się to nielogiczne: dlaczego maca symbolizuje jednocześnie i zniewolenie, i wolność?

Niewola oznaczała poniżenie, uległość i moralny upadek. Niewolnik wykształca w sobie „niewolniczą mentalność”, a ta zawsze oznacza duchową i etyczną ułomność. Jednocześnie niewola to stan, w którym ludzie-niewolnicy nie muszą brać odpowiedzialności za swoje życie. Odpowiedzialność za siebie oznacza podejmowanie decyzji. Niewolnik nie musi o niczym decydować. Robi to za niego właściciel. Niewolnik jest tylko przedmiotem.

W Egipcie właściciele niewolników jedli chleb. Tym niewolnikom, którzy byli szczególnie gorliwi i posłuszni, czyli najbardziej skorumpowani i zniewoleni pod względem etycznym – też wolno było, z łaski Egipcjanina, jeść chleb. Natomiast ci, którzy zachowali resztki godności, nie mogli liczyć na więcej niż na niewyrośnięte, twarde, gorsze smakowo pieczywo – czyli macę. Dla nich smakiem niewoli był smak macy.

Wybranie wolności było zbiorową rezygnacją Żydów z perspektywy jedzenia egipskiego chleba w nagrodę za dobre wykonywanie obowiązków niewolników i związane z tym ciągłe poniżenie. Chleb symbolizował Egipt i Żydzi go odrzucili – wybierając macę, jako symbol gorszego jedzenia, trudniejszego życia, ale za to z zachowaniem godności i samostanowienia o swoim losie, w wolności, która nie jest przecież nigdy za darmo. Placki z macy symbolizują wybór ryzykownego, ale niezależnego, wolnego losu. Jednocześnie są symbolem wiary w to, że Bóg otacza Żydów opieką i nie dopuści, aby umarli na pustyni.

Maca zaczęła od tego momentu na zawsze już symbolizować nie gorycz niewoli, ale trudny czas wolności, za którą ceną były niewygody, niepewność i zagrożenia podczas tułaczki w drodze do Ziemi Obiecanej.

Dlatego jedzenie macy w Pesach jest symbolicznym – powtarzanym przez wszystkich religijnych Żydów rok w rok przez całe życie – solidaryzowaniem się z tamtą decyzją Przodków, podjętą przed ponad trzema tysiącami lat. “W każdym pokoleniu człowiek powinien postrzegać siebie, jak gdyby to on sam wyszedł z Egiptu” – czytamy w Hagadzie na Pesach.

Słowa te można rozumieć w dwojakim sensie.

•Ten węższy skierowany jest tylko do Żydów, którzy zobowiązani są pamiętać wyjście z Egiptu nie jako odległe wydarzenie historyczne, ale doświadczenie wszystkich pokoleń Izraela, ponieważ to, co wydarzyło się 3250 lat temu, dotyczy ich bezpośrednio. Gdyby nie tamte zdarzenia, oni właśnie nadal “byliby wciąż niewolnikami w Egipcie” (Hagada na Pesach).

•W szerszym i głębszym rozumieniu oznacza to, że wszyscy ludzie którzy chcą być wolni, stali przed górą Synaj, gdy “pojawiły się grzmoty i błyskawice i potężny obłok na górze i bardzo donośny dźwięk szofaru” i “Bóg powiedział: Ja jestem twój Bóg, który wyprowadził cię z ziemi egipskiej, z domu niewoli“. Doświadczenie tamtego pokolenia Izraelitów ma wymiar uniwersalny. I każdy może się na podstawie tego doświadczenia uczyć sensu wolności i jej praktycznych konsekwencji. Teologiczne przesłanie historii Wyjścia Żydów z niewoli egipskiej zawiera nadzieję i naukę dla całej ludzkości (rabin Samson Rafael Hirsch pisze na temat symboliki Wyjścia: „Każdy człowiek może uznać tę przeszłość za swoją własną i włączyć się do kręgu tych, którzy zostali wówczas wyzwoleni”).

Gdy Mojżesz udał się do faraona i ogłosił słynne żądanie Boga: Wypuść mój lud” (“Szalach et ami”), podał wyraźny cel, dla którego Bóg domagał się uwolnienia Izraelitów: “weja awduni” – “aby mogli Mi służyć”. Służyć – czyli wypełniać wolę Boga. A wolą Boga, objawioną na Synaju, jest to, aby ludzie postępowali wobec siebie nawzajem według przykazań etycznych (Dekalog) zaprzeczających regułom niewoli egipskiej. A to znaczy, że tylko ludzie wolni mogą postępować etycznie i zarazem że tylko kierowanie się etyką czyni człowieka wolnym. W tym sensie podstawowym przesłaniem przytoczonego powyżej cytatu z Hagady jest zdefiniowanie wolności nie jako prawa do czynienia tego, na co ma się ochotę, ale jako prawa do czynienia tego, co etycznie słuszne. Nie tego, co bezpieczne, opłacalne, konformistyczne, zgodne z oczekiwaniami władzy – krótko mówiąc: zapewniające egipski chleb.

Taka wolność kosztuje. Smak pesachowej macy ma symbolizować jej cenę.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com


Pesach – jeden z największych cudów w historii Żydów


Pesach – jeden z największych cudów w historii Żydów

Lauren Colgan


Pesach, znane również jako Pascha, to dla Żydów niezwykle ważny czas. Święto obchodzone corocznie od 15 do 22 dnia miesiąca Nissan wedle kalendarza hebrajskiego przypomina historię narodzin narodu żydowskiego. W roku 2026 według kalendarza gregoriańskiego początek Pesach przypada na czas po zachodzie słońca 1 kwietnia. Święto będzie trwać do 8 kwietnia w Izraelu i w innych krajach.

Talerz sederowy (seder ha-ke'ara), I połowa XIX w. Fajans, ręcznie malowany, 246 mm szerokości. Zbiory ŻIH
Talerz sederowy (seder ha-ke’ara), I połowa XIX w. Fajans, ręcznie malowany, 246 mm szerokości. Zbiory ŻIH

W czasie Pesach prawo Tory zabrania jedzenia i posiadania w domu jakichkolwiek pokarmów zawierających chamec, czyli zakwas. Obejmuje to każdy produkt zawierający jęczmień, owies, żyto, orkisz lub pszenicę, nawet jeśli są to tylko śladowe ilości. Żydzi aszkenazyjscy unikają również kitniyos (kitniyot), roślin strączkowych. Opiera się to na zwyczaju rabinackim wywodzącym się z części Talmudu – Gemary. Zanim zacznie się Pesach, należy dokładnie posprzątać dom i upewnić się, że nigdzie nie ma zakwasu. Chamec, którego nie można wyrzucić, można przekazać nie-Żydowi, a następnie zabrać z powrotem do domu po zakończeniu Pesach. Wieczorem przed Pesach następuje ostatnie, uroczyste poszukiwanie zakwasu, a rano przed rozpoczęciem święta odbywa się ceremonia palenia chomecu.

Krótka historia Pesach

Tora opowiada o tym, jak ponad 3000 lat temu naród żydowski znajdował się w niewoli w Egipcie rządzonym przez faraona. Bóg, który widział udrękę Izraelitów, wysłał Mojżesza do faraona z prośbą o uwolnienie Jego ludu, aby znów mógł Mu służyć. Ponieważ faraon wielokrotnie łamał Boże rozkazy, Bóg zesłał na Egipt dziesięć plag, z których każda miała coraz bardziej dotkliwy charakter. Faraon wciąż odmawiał uwolnienia Izraelitów, mimo że teraz cierpiał także jego lud. Jednak ostatnia plaga złamała nawet faraona.

O północy 15 Nissan 2448 od stworzenia świata Bóg zabił wszystkie pierworodne stworzenia w Egipcie. Ominął jednak wszystkie domy Żydów, stąd nazwa Pascha, w hebrajskim tłumaczeniu Pesach. Zrozpaczony faraon chciał natychmiast usunąć Żydów ze swojej ziemi. Powodem, dla którego Żydzi nie jedzą żadnego pożywienia upieczonego na zakwasie podczas całego Pesach, jest to, że uciekając z niewoli w Egipcie, zabrali ze sobą niewyrośnięty chleb. Maca, tradycyjna potrawa na Pesach, to właśnie płaski, niewyrośnięty chleb.

8 dni świętowania

Pierwsze dwa i ostatnie dwa dni Pesach wiążą się z bardziej restrykcyjnymi „zasadami” – żadna forma pracy nie jest dozwolona: zabronione jest wykonywanie czynności takich jak pisanie, prowadzenie samochodu czy używanie jakichkolwiek urządzeń elektronicznych. Dozwolone jest jednak gotowanie i wynoszenie rzeczy z domu na zewnątrz, co różni to święto np. od cotygodniowego szabatu, kiedy również te czynności są zabronione. W te dni Pesach Żydzi zapalają świece, odmawiają kidusz (błogosławieństwo nad winem) i spożywają obfite posiłki. Te dni są określane jako Jom Tow.

Dni, które przypadają pomiędzy Jom Tow, nazywają się Chol HaMoed; w te dni dozwolona jest praca, a Żydzi często przeznaczają je na odpoczynek, spotkania z rodziną i przyjaciółmi oraz wspominanie cudu wyzwolenia narodu żydowskiego. Podczas całego Pesach odmawia się Hallel, radosną modlitwę dziękczynienia i uwielbienia Boga. Sefirat HaOmer (liczenie omeru) rozpoczyna się w drugą noc Pesach i trwa aż do dnia poprzedzającego Szawuot (Święto Tygodni, obchodzone 50 dni po Pesach). Omer liczony jest przez 49 dni, na pamiątkę przejścia Żydów przez pustynię po wyjściu z Egiptu. Po upływie tego czasu Żydzi otrzymali Torę w święto Szawuot.

Pyszny Seder

Gdy zbliża się Pesach, Żydzi nie mogą doczekać się sederu. Jest to tradycyjny, niezwykle uroczysty posiłek, podczas którego czytają hagadę czyli opowieść o wyjściu z Egiptu, w niektórych momentach wypijają cztery filiżanki wina (lub soku winogronowego), przechylają się na bok podczas siedzenia i jedzą specjalne potrawy. Przechylanie się podczas picia to oznaka, że Żydzi są wolnymi ludźmi; w starożytności tylko wolni ludzie mogli odpoczywać podczas jedzenia.

Nakazem Tory jest odprawianie sederu po zmroku pierwszej nocy Pesach, a także drugiej nocy w przypadku mieszkańców diaspory. Istnieje lista produktów, które muszą znaleźć się na talerzu sederowym, okrągłym naczyniu z sześcioma miejscami na sześć produktów. Są to: Zeroa (kość jagnięca), Beica (jajko), Maror (gorzkie zioła) i Chazeret (gorzkie zioła), Charoset (pasta owocowo-orzechowa) oraz Karpas (warzywo – zwykle pietruszka). Potrawy mają swoje znaczenie symboliczne: kość jagnięca i jajko odnoszą się do ofiar składanych w świątyni, maror symbolizuje gorycz niewoli, charoset przypomina zaprawę murarską i pracę Żydów w Egipcie. Spożywa się je w określonych momentach sederu – stąd nazwa kolacji, od hebrajskiego słowa oznaczającego porządek.

Trzy mace układa się jedna na drugiej, a następnie przykrywa. Pierwsza symbolizuje kapłanów, druga lewitów, a trzecia pozostałych Żydów. Środkowa jest łamana, potem większa część jest zawinięta i ukryta. Nazywa się afikomen i jest spożywana jako „deser” po sederze. Znalezienie afikomenu jest zadaniem dzieci.

Ważnym elementem kolacji jest również wspólne śpiewanie. Zwyczajowo jedno z dzieci zadaje tradycyjne śpiewne pytania „ma nisztana…?” czyli „czym się różni ta noc od innych nocy?”.

Dlaczego Pesach jest tak cudownym świętem?

W dniu Pesach Żydzi zostali uratowani przez Boga przed śmiercią, co zapoczątkowało wyjście narodu izraelskiego z Egiptu. Chociaż pierwszych dziewięć plag nie skłoniło faraona do uwolnienia Żydów, Bóg wiedział, co robi. Po dziesiątej pladze sam faraon wypędził Żydów z Egiptu, chcąc chronić własny lud. Żydzi nie tracili czasu na opuszczenie ziemi egipskiej, by wyruszyć do ziemi obiecanej przez Boga.

Wszystkie te wydarzenia można uznać za jeden z największych cudów w historii żydowskiej. Żydzi uważają, że w Pesach najważniejsze jest to, aby nakłonić samego siebie do pokory; dzięki pokorze można poczuć, że cud Pesach wciąż jest w nas. Dzięki boskiej interwencji można usiąść przy wspólnym stole i przypomnieć sobie, przez co przeszli przodkowie, aby dziś Żydzi mogli znaleźć się w tym czasie i w tym miejscu.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Chaim z Warszawy

Chaim z Warszawy

Agata Szydłowska, Marian Misiak


Krój pisma Chaim jest dla izraelskiej kultury wizualnej jednym z typograficznych filarów. Powstał w międzywojennej Warszawie, zaprojektował go młody Jan Levitt, grafik samouk, pisarz i malarz – przedpremierowy fragment książki poświęconej historii projektowania liter w Polsce

Chaim w Katalogu czcionek żydowskich z odlewni Jana Idźkowskiego w Warszawie (1936?), fot. dzięki uprzejmości Archiwum Państwowego w Lublinie

Jeśli pojawia się w Izraelu ważna informacja, złożona jest krojem Chaim” – takie sformułowanie padło z ust starego drukarza w jednej z wąskich uliczek w centrum Jerozolimy latem 2011 roku. Krój pisma Chaim jest dla izraelskiej kultury wizualnej jednym z typograficznych filarów. Jego wszechobecność jest zaskakująca. Od naklejek ostrzegawczych w środkach transportu publicznego, przez tytuły nagłówków w gazetach, numery taksówek, po znajdujące się na opakowaniach napisy mające zniechęcić palaczy do sięgnięcia po kolejnego papierosa.

Chaim powstał w międzywojennej Warszawie, zaprojektował go młody Jan Levitt (również znany jako Le Witt lub Lewitt). Historia powstania tego kroju i pierwsze kroki autora w zawodzie projektanta nie są do końca znane. Levitt urodził się w 1907 roku w Częstochowie, zmarł w Londynie w 1991 roku. Był grafikiem samoukiem, pisarzem i malarzem. W latach 1925 – 1926 odbył podroż po Europie, w 1927 roku przebywał w Palestynie. W 1928 roku wrócił do Warszawy i prawdopodobnie wtedy opracował krój pisma, który przyjął nazwę Chaim, co po hebrajsku znaczy Jan.

W 1933 roku Levitt spotkał innego wykształconego projektanta o żydowskim pochodzeniu, Jerzego Hima, z którym zawiązał wieloletnią, pełną sukcesów współpracę. Obaj są uznawani za należących do najoryginalniejszych i najnowocześniejszych projektantów okresu międzywojennego. Byli odpowiedzialni za wiele druków reklamowych, między innymi dla firm farmaceutycznych czy Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, zaprojektowali również sporo okładek książkowych. Wyróżniali się biegłością w łączeniu stylów i technik, bezpośredniością i trafnym humorem. Jednym z największych ich sukcesów były ilustracje do „Lokomotywy” Juliana Tuwima. W roku 1937 emigrowali do Londynu i współpracowali nieprzerwanie do 1954, odnosząc kolejne sukcesy w Wielkiej Brytanii. Po rozwiązaniu współpracy Levitt skupił się na malarstwie, Him kontynuował działania projektowe, stworzył między innymi wizerunek izraelskich linii lotniczych ELAL.

Chaim, napisy na izraelskim przystanku autobusowym

Badacze zajmujący się krojem Chaim, który wkrótce okazał się wielkim przełomem w typografii hebrajskiej, podają rożne daty jego powstania. Wspominany jest rok 1932 lub – bardziej ogólnie – lata trzydzieste. Zagraniczni eksperci nie uwzględnili jednak do tej pory dokumentów pochodzących z Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej w Warszawie, gdzie możemy znaleźć adnotację wskazującą jednoznacznie, że krój „Chaim tłusty” w tej odmianie zgłoszono 18 marca 1929 roku. Producentem i wnioskodawcą rejestru była, jedna z najaktywniejszych wtedy w Warszawie, potężna odlewnia Jan Idźkowski i S-ka (ta sama, która dwa lata później odleje Antykwę Półtawskiego i Pan­europę). Błyskawiczny sukces kroju zaowocował drugą wersją – bardziej ekonomicznym w składzie, skondensowanym „Chaimem ściągłym”; pojawia się on w wykazie Urzędu Patentowego 18 stycznia 1936 roku. Odlewnia Idźkowski i S-ka była najbardziej wyspecjalizowanym w krojach hebrajskich zakładem spośród innych licznie wtedy działających warszawskich odlewni (poza stolicą było ich niewiele). Przejęła ona wcześniej spore zasoby matryc hebrajskich z giserni Orgelbrandów i w tym dziale czcionkolejnictwa stała się potentatem na skalę światową (eksportowała do Paryża, Wiednia, Londynu, Jerozolimy, Nowego Jorku, Johannesburga, Algieru, Tunisu). Andrzej Tomaszewski pisał o niej: „W latach dwudziestolecia międzywojennego doskonały interes w Palestynie robiła odlewnia Idźkowski i S-ka, dysponująca matrycami Orgelbrandów. Dwadzieścia cztery pisma hebrajskie z giserni Orgelbrandów odnajdujemy jeszcze w katalogu państwowej Odlewni Czcionek w 1954 roku”. W „Grafice Polskiej” z 1924 roku czytamy: „Jasne się więc staje, że, jeśli się zjawią nowe wzory pism żydowskich, to tem samem wywoła to niewątpliwie wielki popyt na nie”. Nie powinno więc dziwić, iż we własnej drukarni doświadczalnej firmy Idźkowski i S-ka wydana została nawet specjalna, poświęcona czcionkom hebrajskim książeczka reklamowa.

Skąd tak natychmiastowy sukces Chaima? Od końca XIX wieku w społeczności żydowskiej można było zauważyć znaczne kulturowe i społeczne zmiany. Typografia hebrajska zaczęła poszukiwać w związku z tym nowych torów, wołała o radykalną reformę. Było to spowodowane narodzinami ruchów syjonistycznych; język hebrajski po wielu wiekach stał się znowu językiem żywym (wcześniej używany był tylko w literaturze religijnej). Społeczność ta stawała się też coraz bardziej zsekularyzowana. W konsekwencji pozbawiony ozdób, szeryfów i kontrastu, „świecki” w wyrazie odwrót od tradycyjnej typografii był bardzo oczekiwany. Dobitnie ilustruje to cytat ze wspominanej „Grafiki Polskiej” z roku 1924, który idealnie wpisuje się w ton manifestów „Nowej Typografii”: „Przedewszystkiem należałoby zupełnie usunąć wystające końce liter, któremi tak obficie alfabet żydowski jest obdarzony, albo też zmienić rysunek litery tak, ażeby te końce skrócić, pochylić lub umieścić je na marginesie czcionki”.

Przez ostatnich kilkaset lat wizualny obraz typografii hebrajskiej właściwie się nie zmienił. Nie chodziło tutaj o wymianę skryptu na zupełnie nowy, jak w Turcji w 1928 roku, ale odnalezienie czegoś żydowskiego, co sprosta nowym realiom i nowoczesności, która w typografii przyjęła opisywaną formę krojów bezszeryfowych. W latach dwudziestych w Warszawie działały prężne grupy żydowskiej awangardy, które, podobnie jak środowisko artystów europejskich, poszukiwały „nowej formy”. Henryk Berlewi, jeden z głównych przedstawicieli warszawskiej „jidysz awangardy”, w tekście „W walce o nową formę”, opublikowanym w 1921 roku w programowym magazynie „Ringen”, pisał: „nowa idea eksploduje na gruncie starych form; w stosunku do starych form jest ona tak rewolucyjna, że nie może się w nich zmieścić. Wówczas następuje walka między dwoma przeciwieństwami, a dawna forma musi zostać przełamana. Nowa idea musi otrzymać dla siebie odpowiedni kształt”. Duch konstruktywizmu, osiągnięć Bauhausu i postępu unosi się nad wielokulturową Warszawą. Nie wiemy nic o kontaktach młodego Jana Levitta, autora kroju Chaim, z artystami awangardowymi – mógł się jednak z nimi zetknąć w którejś z lokalnych redakcji. W takiej gęstej atmosferze młody, bo zaledwie dwudziestodwuletni, grafik skrystalizował dążenia do radykalnej reformy typograficznej w projekcie Chaim, który zaspokoił oczekiwania nowoczesnej społeczności żydowskiej.

Krój pisma Chaim projektu Jana Levitta wykorzystany w nekrologach (tzw. klepsydrach), Jerozolima 2011. Fot. Marian Misiak;

Z relacji Simona Praisa, który rozmawiał z Levittem na temat opisywanego kroju, możemy dodatkowo dowiedzieć się dwóch rzeczy. Po pierwsze, autor wspomina, że jego szczególnym zamiarem było pominięcie w projektowanych literach – na wzór eksperymentów z Bauhausu – okrągłych kształtów i zakrzywionych linii. Jest to jedna z cech decydujących o sukcesie pisma. Po drugie, Levitt nie przyznawał się do autorstwa znaku zapytania i wykrzyknika, które wyglądają zdecydowanie za lekko w porównaniu z resztą znaków. Nie mamy niestety żadnych informacji dotyczących cyfr, które – podobnie jak wspomniane dwa znaki interpunkcyjne – nieco odstają od obrazów reszty znaków. Możliwe, że w odlewni dodano je z istniejącego wcześniej wzornika. Elementy te zostały poprawione i zharmonizowane w wydanej kilka lat później wersji skondensowanej Chaima nazwanej „Chaim ściągły”.

Brak materiałów źródłowych (szkiców, rysunków produkcyjnych), które zaginęły wskutek działań wojennych, pozwala niektórym ekspertom snuć alternatywną historię autorstwa kroju Chaim. Współczesny izraelski projektant i historyk dizajnu David Tartakover twierdzi, że być może należałoby go przypisać innemu, działającemu przed wojną na terenach Ziemi Świętej grafikowi Pesachowi Ir-Shayowi, który w 1929 roku sformułował podstawowe zasady nowego hebrajskiego alfabetu w postaci szkicu. Nie został on jednak nigdy wdrożony (w zasadzie nie istnieje nawet dobra reprodukcja tego rysunku, choć Tartakover twierdzi, że posiada go w swoim archiwum). Sam Ir-Shay nigdy nie przypisywał sobie autorstwa opisywanego kroju, wspomina tylko o uformowaniu podstawowych zasad13. Możliwe, że doszło do spotkania i rozmów Levitta i Ir-Shaya w 1927 roku, kiedy ten pierwszy przebywał w Palestynie. Tego nie wiemy. Inny współczesny izraelski typograf, Yanek Iontef, twierdzi, że zasady zawarte w Chaimie są tak fundamentalne, iż wielce prawdopodobna jest sytuacja, w której obaj projektanci narysowali równolegle rzeczy prawie identyczne. Analizując jednak wszystkie znane dziś fakty związane z kamieniem milowym nowej typografii hebrajskiej, z całą pewnością można powiedzieć: Chaim jest produktem warszawskim, odlanym na Mokotowie przy ulicy Rejtana 16.

Projekt Levitta stał się hebrajskim odpowiednikiem Futury Paula Rennera, uzyskując pozycję symbolu nowoczesności. Ponieważ nie miał konkurentów, błyskawicznie trafił na tereny Palestyny, a po utworzeniu państwa Izrael stał się niezmiernie ważnym wizualnym narzędziem budowy nowego kraju i do dziś jest jednym z najczęściej używanych tam krojów pisma. Cytowany wcześniej Yanek Iontef doprojektował łacińską wersję Haima jako komplementarną część rodziny krojów pism Chaim – od tej pory jest to tak zwany projekt multiskryptowy. Takie podejście projektowe może być interpretowane jako manifestacja integracji międzykulturowej. Oficjalnie używanymi językami w Izraelu są hebrajski, angielski i arabski, co pociąga za sobą rzadko spotykaną koegzystencję trzech skryptów – hebrajskiego, łacińskiego i arabskiego. Chaim jak do tej pory nie doczekał się adaptacji arabskiej, co jest symptomatyczne dla współczesnej sytuacji w Izraelu, gdzie skrypt arabski poddawany jest dyskryminacji. Taka marginalizacja jest obrazem szerszej sytuacji politycznej, w której kultura i mniejszość palestyńska wystawiane są na instytucjonalne i okupacyjne opresje.

Samo pojęcie modernizmu w sztuce, architekturze i szeroko pojętym dizajnie, którego ważną częścią może być minimalistyczne w cechach formalnych pismo Chaim, jest czasem nadinterpretowane we współczesnym Izraelu. Używa się hasła „modernizm” na określenie doktryny powiązanej z nowoczesnym państwem poszukującym pokoju. Tymczasem budowa murów na obszarach okupowanych tak zwanego Zachodniego Brzegu Jordanu, polityka nielegalnego w świetle prawa międzynarodowego osadnictwa i konflikty zbrojne w strefie Gazy nie zmierzają w kierunku, o którym można by sądzić, że prowadzi w stronę rozwiązań pokojowych.


Fragment rozdziału „Chaim – owoc wielokulturowej Warszawy” pochodzi z książki „Paneuropa, Kometa, Hel. Szkice z historii projektowania liter w Polsce” Agaty Szydłowskiej i Mariana Misiaka, która w połowie kwietnia ukaże się w wydawnictwie Karakter.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Hitlerowski program budowy bomby atomowej rozpoczął się równo z kapitulacją Warszawy. Dlaczego się nie udał?

Test bomby atomowej na Atolu Bikini, 1946 r (Fot. Domena Publiczna)


Hitlerowski program budowy bomby atomowej rozpoczął się równo z kapitulacją Warszawy. Dlaczego się nie udał?

Piotr Głuchowski


Gdy goszczący w Nowym Jorku fizyk atomowy Enrico Fermi dowiedział się, jakie mogą być efekty odkrycia rozpadu uranu, wyjrzał przez okno na Manhattan i rzekł: – Mała bomba, wielkości piłki… i to wszystko zniknie.
W grudniu 1938 r. para Szwedów – były jezuita Niklas Bergius oraz jego żona, katolicka pisarka i pierwsza w kraju docent fizyki Eva von Bahr-Bergius – zaprosiła na Boże Narodzenie do swego wiejskiego domu w Kungälv dwójkę fizyków. Goście pochodzili z Wiednia, od ośmiu miesięcy miasta III Rzeszy. W rozumieniu uchwalonych w 1935 r. ustaw norymberskich oboje byli Żydami.

W mroźne wigilijne przedpołudnie zaproszona para wybrała się, by zażyć świeżego powietrza (ona pieszo, on na nartach biegowych) i omówić list, który właśnie przyszedł z Niemiec. Była to najbardziej brzemienna w skutki świąteczna przechadzka w historii ludzkości.

PRZECIEŻ URAN NIE MOŻE SIĘ TAK ROZPAŚĆ…

Spacerujący po zamarzniętej rzece Göta i pobliskim lesie byli dla siebie nawzajem siostrzeńcem i ciotką. Ona – Eliza Meitner – miała 60 lat, jeszcze w Wiedniu przeszła na protestantyzm i przyjęła chrzest; w 1906 r. doktoryzowała się jako druga kobieta w historii tamtejszego uniwersytetu. Chciała pracować w Paryżu u Marii Skłodowskiej-Curie, lecz nie została przez noblistkę przyjęta. Wyjechała więc do Berlina, gdzie najpierw słuchała wykładów ojca mechaniki kwantowej Maxa Plancka, a później pracowała, początkowo jako wolontariuszka, w przerobionym z warsztatu stolarskiego laboratorium młodszego od niej o rok Ottona Hahna, który w 1944 r. dostanie Nobla za rozszczepienie jądra atomowego. Po dojściu Hitlera do władzy, jako niepodlegająca niemieckiej jurysdykcji obywatelka Austrii, jeszcze na pięć lat zachowała stanowisko kierownika wydziału fizyki Instytutu Cesarza Wilhelma w podberlińskim Dahlem i kontynuowała (z Hahnem) badania nad następstwami neutronowego bombardowania atomów uranu. Po anszlusie Austrii uciekła do Sztokholmu – i stamtąd przyjechała na święta do Bergiusów.

Jej siostrzeniec Otton Frisch miał 34 lata i po Wiedniu pracował w Hamburgu u innego przyszłego noblisty, badacza protonów, a przy tym Żyda ze śląskiego Sohrau (dziś Żory) Ottona Sterna. Po spaleniu Reichstagu i wywiezieniu ojca Frischa – a szwagra Elizy – do Dachau syn schronił się w Londynie, a potem w Kopenhadze, gdzie przez pięć lat pracował z twórcą współczesnej atomistyki, Żydem po matce, Nielsem Bohrem.

Tematem, który ciotka i siostrzeniec chcieli omówić na spacerze, był list od Hahna, który informował Elizę, że przeprowadził doświadczenie będące powtórką wcześniejszego, jak wtedy sądzono nieudanego, eksperymentu serbskiego fizyka Pavle Savića i Jeana Joliot-Curie, zięcia Marii Skłodowskiej. Savić i Curie bombardowali powolnymi neutronami jądra uranowe, w efekcie otrzymali – ujmując rzecz w uproszczeniu – jądra pierwiastka zachowującego się jak lantan albo bar. Najtęższe głowy ówczesnej fizyki miały już świadomość, że pod wpływem atakujących neutronów niektóre pierwiastki mogą się zamieniać w swych sąsiadów z tablicy Mendelejewa – uran ma jednak liczbę atomową 92, a bar i lantan odpowiednio 56 i 57. Tego rodzaju transmutacja – przeskoczenie 35 lub 36 miejsc w układzie okresowym pod wpływem zaabsorbowanego neutronu – wydawała się niemożliwa.

Fizycy Otto Hahn (1879-1968) i Eliza Meitner (1878-1968) w swojej wiedeńskiej pracowniFizycy Otto Hahn (1879-1968) i Eliza Meitner (1878-1968) w swojej wiedeńskiej pracowni  domena publiczna

– Curie i Savić zupełnie się zaplątali – orzekł Hahn we wrześniu 1938 r., gdy przeczytał o eksperymencie w piśmie Francuskiej Akademii Nauk „Comptes Rendus”. Po czym postanowił powtórzyć doświadczenie. Do pomocy wziął Fritza Strassmanna, chemika i skrzypka samouka, który publicznie odmówił przystąpienia do NSDAP, za co został ukarany zakazem pracy w niemieckim przemyśle chemicznym. W czasie gdy Europą wstrząsał kryzys czechosłowacki, Strassmann z Hahnem bombardowali neutronami uran, otrzymując m.in. trzy nieznane dotąd izotopy radu – tak przynajmniej sądzili. Wyniki eksperymentu opublikowali w listopadowym „Naturwissenschaften” (niemieckim odpowiedniku „Nature”). 19 grudnia Hahn napisał do Elizy krótki list:

„Coś dziwnego dzieje się z [otrzymanymi] izotopami radu, na razie wspominam o tym tylko tobie (…) krystalizacja frakcyjna nie wychodzi. Izotopy zachowują się jak bar (…) Może znasz jakieś fantastyczne wyjaśnienie? Rozumiemy przecież, że uran nie może się rozpaść na bar. Spróbuj wymyśleć jakąś inną możliwość. [Na koniec życzę ci] znośnego Bożego Narodzenia”.

ABY ZIARNKO PIASKU PODSKOCZYŁO

W Wigilię 1938 r. w Kungälv było spokojnie: z kominów pomalowanych w pastelowe barwy drewnianych domków unosiły się pionowe smugi dymu – mieszkańcy przygotowywali świąteczne potrawy.

– To niemożliwe – powtarzał sunący na nartach Frisch, gdy ledwo za nim nadążająca ciotka Eliza opowiedziała o powtórzonym przez Hahna i Strassmanna eksperymencie Curie i Savića. – Nikomu nigdy nie udało się oderwać od jądra żadnych fragmentów większych niż protony, najwyżej jądra helu. Atakujący jądro uranowe neutron nie może go rozbić na dwie części, bo nie ma takiej siły. Jest też wykluczone, aby jądro pękło. To nie jest krucha bryłka. Bohr uczył, że najbardziej przypomina kroplę.

– No właśnie… – ciotka Meitner wydobyła z torebki papier i ołówek. Usiedli oboje na kamieniu, zaczęli rysować. Frisch tak to będzie opisywał ponad 30 lat później:

„[Eliza] narysowała dwa kółka, pytając, czy to może być coś w tym rodzaju? Zawsze miała kłopoty z wyobraźnią przestrzenną, ja natomiast mam całkiem niezłą. Najwidoczniej wpadłem na ten sam pomysł, bo narysowałem kółko [silnie] zgniecione w dwóch punktach naprzeciw siebie [otrzymując coś] jakby hantlę. (…) Kropla cieczy zachowuje kształt dzięki napięciu powierzchniowemu, a jądro – dzięki silnym oddziaływaniom [atomowym]. Odpychanie elektryczne protonów działa jednak przeciwnie (…) im cięższy pierwiastek, tym mocniej. Nie wiem, skąd wzięliśmy [podczas spaceru] wszystkie nasze liczby, ale sądzę, że musiałem już wtedy mieć jakieś pojęcie o energiach wiązania. Wyszło [mi], że gdy liczba atomowa wynosi w przybliżeniu 100, napięcie powierzchniowe znika, a zatem uran 92 musi być bliski niestabilności”.

Otto Frisch (1904-79), siostrzeniec Elizy MeitnerOtto Frisch (1904-79), siostrzeniec Elizy Meitner  East News

Sporządzone na kamieniu i świstku z torebki obliczenie uświadomiło Elizie, że gdy z uranu „wyklują się” dwa mniejsze jądra (na przykład baru i kryptonu), to muszą się one oddalać od siebie z ogromną energią.

Nie czując mrozu, oboje porachowali, że energia ta wyniesie około 200 milionów elektronowoltów, co oznacza, że siła z rozpadu jednego atomu uranu wystarczy, aby ziarnko piasku widocznie podskoczyło. Skąd taka moc?

Meitner policzyła w mig. Jeżeli duże jądro uranu rozpadnie się na krypton i bar, to oba mniejsze jądra ważą w sumie mniej niż jedno macierzyste. O ile? O prawie jedną piątą masy pojedynczego protonu. Wstawmy tę masę do równania Einsteina (energia równa się masa razy prędkość światła do kwadratu) i otrzymujemy…

…energię równą 200 milionom elektronowoltów! – ostatnie słowa Frisch niemal wykrzyczał.

ROZSZCZEPIENIE

Po świętach Frisch wrócił do Kopenhagi, by – jak potem zapisał – „przedstawić nasze spekulacje Bohrowi”. „Ledwo zacząłem mówić, [Niels] uderzył się ręką w czoło i krzyknął: – To wspaniałe! Tak właśnie musi być!”.

13 stycznia 1939 r. Frisch rozpoczął w Instytucie Bohra doświadczenie mające potwierdzić rozpad uranu na dwa lżejsze pierwiastki i trzynastka okazała się dlań szczęśliwa. O siódmej rano listonosz przyniósł telegram z Niemiec: ojca zwolniono z Dachau, rodzina wyjeżdża do Sztokholmu, gdzie zamieszkają z ciotką Elizą. Eksperyment także się udał. W jego trakcie do laboratorium wszedł amerykański biolog William Arnold, którego Frisch zapytał, „jak mikrobiolodzy nazywają proces, w którym bakteria dzieli się na dwie?”. Usłyszał: „rozszczepienie” (binary fission) i tak zostało na zawsze.

Od lewej: Werner Heisenberg i Niels Boht na konferencji w Kopenhadze w 1934 r.Od lewej: Werner Heisenberg i Niels Boht na konferencji w Kopenhadze w 1934 r.  Fermilab, U.S. Department of Energy, Public domain, via Wikimedia Commons

Gdy numer „Naturwissenschaften” z opisem doświadczenia Hahna i Strassmanna dotarł do Paryża, małżonkowie Joliot-Curie wiedzieli już, co wymyślili Frisch i Meitner. Z rozgoryczeniem stwierdzili, że wymknęło im się z rąk epokowe odkrycie.

Gdy obliczenia ciotki i siostrzeńca dotarły do Roberta Oppenheimera (Żyda i późniejszego „ojca bomby atomowej” ), ten napisał do przyjaciela: „Sprawa U[ranu] jest nieprawdopodobnie wspaniała! Na ile sposobów rozpada się U? A przede wszystkim: ile neutronów jest uwalnianych w procesie rozszczepiania? Jeżeli dużo [to nastąpi reakcja łańcuchowa], co mogłoby z pewnością spowodować piekielny wybuch”.

Gdy o wszystkim dowiedział się goszczący w USA Enrico Fermi (fizyk nagrodzony rok wcześniej Noblem za wykrycie silnego działania powolnych neutronów), wyjrzał przez okno na zasypany śniegiem Manhattan i rzekł do kolegi George’a Uhlenbecka: – Mała bomba, wielkości piłki… i to wszystko zniknie.

TRZECIA RZESZA STAJE DO WYŚCIGU

Jean Joliot-Curie był sfrustrowany, lecz nie załamany. Wraz z dwoma współpracownikami przeprowadził w stworzonym przez teściową Instytucie Radowym serię eksperymentów zakończonych publikacją na łamach „Nature” pt. „Liczba neutronów wyzwalanych podczas rozszczepienia jądra uranu”. Tytułowa liczba wyniosła 3,5. Upraszczając: zaatakowane neutronem jądro uranowego izotopu 235 (później przyjęła się nazwa „uran wzbogacony”) emituje średnio trzy i pół neutronu, a cząstki te natychmiast rozbijają kolejne jądra. „Łańcuch rozszczepienia będzie trwał i przerwie się dopiero po osiągnięciu granic” materiału rozszczepialnego – napisali w kwietniu 1939 r. Joliot-Curie, Hans von Halban (austriacki Żyd) i Lew Kowarski (naturalizowany Francuz, syn polskiego przedsiębiorcy i ukraińskiej piosenkarki). Ich publikację z uwagą przeczytano w Niemczech.

Młody fizyk z Hamburga Paul Harteck, który wcześniej pracował w Dahlem, a od dwóch lat był doradcą Heereswaffenamt (HWA), czyli hitlerowskiej agencji uzbrojenia, napisał do ministerstwa wojny: „Pozwalam sobie zwrócić uwagę na najnowsze osiągnięcia fizyki jądrowej, które umożliwiają otrzymanie środka wybuchowego o wiele rzędów wielkości potężniejszego od konwencjonalnych (…) Kraj, który go pierwszy zastosuje, osiągnie przygniatająca przewagę nad innymi”. 

Od lewej: Karl Scheel i Hans Geiger (1928)Od lewej: Karl Scheel i Hans Geiger (1928)  GFHund, CC BY 3.0 , via Wikimedia Commons

List odebrał Hans Geiger (ten od licznika promieniowania), nazista znany z tropienia Żydów w podległych ministerstwu instytucjach. Natychmiast zalecił rozpoczęcie szeroko zakrojonych prac. Gdy biurokracja wyraziła zgodę, kierownikiem zespołu o enigmatycznej nazwie Rada Rzeszy ds. Badań został fizyk i doradca ministerstwa wojny Kurt Diebner, a jego nadzorcą – generał Carl Becker z HWA. Na 16 września 1939 r. obaj wezwali do Berlina Ottona Hahna, Walthera Bothego (konstruktora niemieckiego cyklotronu, czyli przyspieszacza cząstek elementarnych) oraz Geigera. Zebrani omówili najnowszą pracę Bohra z „Physical Review” (artykuł pt. „Mechanizm rozszczepienia jądrowego”), po niej artykuł Joliot-Curie i kolegów, na koniec zaś przygotowali „Wstępny plan działania w celu zapoczątkowania doświadczeń nad wykorzystaniem rozszczepienia”. Zarysowano program badań, zakazano eksportu uranu i zakontraktowano największą możliwą jego ilość w czeskiej (a teraz już niemieckiej) kopalni w Jáchymowie.

Hitlerowski program budowy bomby atomowej ruszył w ostatnich dniach września, równo z kapitulacją Warszawy.

ŻEBY NIEMCY NAS NIE WYSADZILI

Kolejny Żyd w tej historii to Leó Szilárd, pochodzący z Węgier konstruktor-wynalazca, który zasłużył na kilka Nagród Nobla, lecz nie dostał żadnej. Możliwość wywołania atomowej reakcji łańcuchowej przewidział (i opatentował) w 1933 r., kilkanaście miesięcy po odkryciu neutronu. Cztery lata wcześniej wymyślił mikroskop elektronowy (Nobla za to odbierze dopiero w 1986 r. Ernst Rusk), a rok później wynalazł cyklotron (za co szwedzką nagrodę wziął w 1939 r. Ernest Lawrence). Richard Rhodes, autor najsłynniejszej książki o bombie atomowej, pisze, że nikt na świecie nie zdawał sobie sprawy tak jasno jak Szilárd, do czego prowadzi rozszczepienie jądra.

Leo Szilard (1898-1964)Leo Szilard (1898-1964)  unknown photographer Furfur, Public domain, via Wikimedia Commons

Węgierski geniusz znał się z Herbertem George’em Wellsem, który w książce science fiction „Świat uwolniony” opisał wojnę z użyciem bomb atomowych (wymyślił je, prawdopodobnie dumając nad najsłynniejszym równaniem Einsteina). Po tej lekturze Szilárd postanowił utajnić swój patent z 1933 r., a w związku z emigracją do Wielkiej Brytanii przekazał sekret królewskiej Admiralicji, której urzędnicy wojskowi schowali go na dnie szafy. Tymczasem Szilárd – w obawie przed zajęciem Wysp przez Hitlera – przeprowadził się do USA i postawił sobie za cel zaalarmowanie w kwestii bomby samego prezydenta. Sporządził krótki tekst informujący, czym grozi wyprzedzenie w tej dziedzinie Anglii i Ameryki przez hitlerowskie Niemcy, po czym zdobył pod nim podpis Alberta Einsteina. Memorandum miał wręczyć Franklinowi Rooseveltowi Alexander Sachs, Żyd z Litwy i tajny radca dyrektora Biura Usług Strategicznych, instytucji wywiadowczej, z której wykluje się CIA.

Alexander Sachs (1893-1973)Alexander Sachs (1893-1973)  Harris & Ewing, photographer, Public domain, via Wikimedia Commons

Sachs, wchodząc do Gabinetu Owalnego 11 października 1939 r., zaczął od anegdoty o młodym amerykańskim wynalazcy Robercie Fultonie, który zaproponował Napoleonowi budowę flotylli statków bez żagli, by napaść na Anglię. Cesarz wyśmiał pomysł. Pierwszy pasażerski parowiec powstał więc w USA – o czym Roosevelt wiedział. Teraz Sachs wyjął pismo Szilárda i Einsteina, a gdy streścił je, prezydent zapytał krótko: – Chodzi o to, by Niemcy nas nie wysadzili?

– Dokładnie tak – odparł równie zwięźle tajny radca.

Roosevelt od razu wezwał swego attaché, generała Edwina „Pa” Watsona, i zwrócił się do niego słowami, które potem przeszły do legendy: – „Pa”… to wymaga działania!

Amerykański program atomowy ruszył dwa tygodnie po niemieckim.

Franklin D. Roosevelt i Edwin 'Pa' Watson, 1939 r.Franklin D. Roosevelt i Edwin ‘Pa’ Watson, 1939 r.  National Archives and Records Administration, Public domain, via Wikimedia Commons

MASA KRYTYCZNA

W 1940 r. Otton Frisch zamieszkał w Anglii u innego emigranta z Niemiec, również pochodzenia żydowskiego, wielce bogatego z domu Rudolfa Peierlsa. Ten studiował m.in. pod kierunkiem Fermiego, a ostatnio zainteresował się wynikami naukowca z instytutu Curie – Francisa Perrina, któremu udało się obliczyć masę krytyczną (a więc potrzebną do samoistnego wybuchu) naturalnego uranu. Wyszło: 44 tony. Peierls z Frischem policzyli to samo dla izotopu U 235 (który Rudolf potrafił wyodrębnić z pomocą tzw. rury Clausiusa) i uzyskali zupełnie inny wynik – jak potem zapisał Otto: „ku mojemu zdumieniu – funt lub dwa” (0,45-0,9 kg). Uran jest bardzo ciężki, więc taką masę ma już bryłka wielkości piłeczki do golfa.

Jaka będzie siła wybuchu? Peierls z Frischem szybko to obliczyli: temperatura równie wysoka jak we wnętrzu Słońca, ciśnienie większe niż w jądrze Ziemi. Byli wstrząśnięci.

„Popatrzyliśmy na siebie i zrozumieliśmy, że konstrukcja bomby atomowej jest możliwa” – zanotował Peierls.

Choć obaj zostali wcześniej wykluczeni z prac nad radarem dla wojska (byli obywatelami kraju, z którym Wielka Brytania prowadziła wojnę), uznali, że wyników nie będą publikować w piśmie naukowym, ale przekażą rządowi Jego Królewskiej Mości. Tzw. memorandum Frischa-Peierlsa postawiło na nogi nie tylko przechowującą wciąż patent Szilárda Admiralicję. Powołano tajny komitet, który miał rozstrzygnąć, czy bomba atomowa będzie wykonalna – a jeżeli tak, to kiedy? Ruszył brytyjski program atomowy.

Na marginesie – obliczenia Ottona i Rudolfa były błędne (ale nie tak jak Perrina). Masa krytyczna dla czystego U 235 wynosi 52 kilo.

WALTHER BOTHE ODRZUCA GRAFIT

W czerwcu 1940 r. niemiecki koncern Auer zakontraktował (niezależnie od zamówienia z Jáchymowa) 60 ton tlenku uranu w przedsiębiorstwie Union Miniere w okupowanej Belgii. Belgowie mieli uran w swojej kolonii – Kongu. Do spowalniania neutronów (wolne najlepiej „wnikają” w jądra atomowe) zespół Kurta Diebnera potrzebował jeszcze – zgodnie z ówczesną wiedzą – grafitu lub ciężkiej wody, bo zwykła też spowalnia, ale absorbuje zbyt wiele wystrzeliwanych w kierunku uranu cząsteczek. Ciężką, w której zamiast wodoru łączy się z tlenem jego cięższy izotop – deuter, produkowano jedynie w norweskiej górskiej hydroelektrowni w Vemork, 180 km na zachód od Oslo. Co nie było problemem, ponieważ Norwegowie poddali się Rzeszy 10 czerwca.

Czekając na sprowadzenie cennej cieczy, fizyk-eksperymentator i przyszły noblista z Heildelbergu Walther Bothe przeprowadził na wszelki wypadek doświadczenie z konkurencyjnym grafitem, po czym… wyeliminował tę substancję na długo. Prawdopodobnie użyta przezeń ponadmetrowej średnicy bryła zawierała zanieczyszczenia, czego nie był świadom.

„Pomiar Bothego zakończył niemieckie doświadczenia grafitowe” – pisze Richard Rhodes. Później historycy zastanawiali się, czy zdegradowany w 1933 r. za antynazistowskie podglądy eksperymentator celowo nie sfałszował wyników kluczowego pomiaru – zdaniem Rhodesa nic na to nie wskazuje.

Walther Bothe (1891-1957) - niemiecki fizyk, matematyk, chemik, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki w roku 1954 (współlaureat: Max Born)Walther Bothe (1891-1957) – niemiecki fizyk, matematyk, chemik, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki w roku 1954 (współlaureat: Max Born)  Unknown (Mondadori Publishers), Public domain, via Wikimedia Commons

Naukowcom Rzeszy pozostało czekać na ciężką wodę. Pierwsza partia – 150 litrów – dotarła z Norwegii do laboratorium Wernera Heisenberga w Lipsku we wrześniu 1940 r. Nagrodzony w 1932 r. Noblem za stworzenie zasad mechaniki kwantowej fizyk przystąpił w październiku do budowy reaktora (stosu atomowego) na norweską wodę. Podczas konferencji naukowej w Kopenhadze – pod koniec miesiąca – pokazał szkic konstrukcji Nielsowi Bohrowi. Ten – być może przez Peierlsa – ostrzegł Brytyjczyków, że Niemcy robią postępy, co przyspieszyło prace w ramach programu nazwanego później Projektem Manhattan.

27 października Roosevelt otrzymał sprawozdanie zawierające m.in. takie zdania: „Bomba rozszczepieniowa o najwyższej sile rażenia powstanie przez szybkie połączenie wystarczającej masy pierwiastka U 235. (…) Masa z pewnością będzie większa od dwóch kilogramów i mniejsza od 100 kg. (…) Przybliżona siła rażenia – równowartość 1800 ton trotylu na kilogram uranu. (…) Liczącą się ilość bomb rozszczepieniowych można zbudować w ciągu trzech lub czterech lat”. I ostatnie zdanie: „Wydaje się, że troska o obronę naszego kraju wymaga pilnego rozwoju tego programu, gdyż w przeciwnym wypadku mogą wyprzedzić nas inni”.

ZDOLNOŚCI POZNAWCZE HITLERA

Ci „inni” popadli tymczasem w kłopoty. W grudniu 1941 r. Sowieci zatrzymali ich pod Moskwą.

Niemiecka gospodarka musiała oszczędzać. Ministerstwo wojny ograniczyło więc program pracy nad uranem i przekazało go… resortowi szkolnictwa.

Kierował nim zapalony nazista – a przy tym naukowy i organizacyjny analfabeta – SS-Obergruppenführer Bernhard Rust. Z powodu tych decyzji niemiecki program uranowy podupadł.

Rada Rzeszy ds. Badań miała tego świadomość, więc Diebner, Becker i ich współpracownicy postanowili potrząsnąć najwyższymi władzami. Zorganizowali 26 lutego 1942 r. konferencję, na którą zaprosili Hermanna Göringa, Heinricha Himmlera, Martina Bormanna, feldmarszałka Wilhelma Keitla oraz dysponującego największym budżetem ministra uzbrojenia Alberta Speera. Ci jednak nie dotarli, bo sekretariat Rusta źle wysłał zaproszenia. W efekcie Speer dowiedział się o „kręgu uczonych pracujących nad bronią zdolną niszczyć całe miasta” dopiero w kwietniu 1942 r.

Hermann Göring, Adolf Hitler, Albert SpeerHermann Göring, Adolf Hitler, Albert Speer  Heinrich Hoffmann/Wikimedia Commons

6 maja – jak potem zapisze w pamiętniku – omówił temat z Hitlerem i zaproponował, by „na czele Rady postawić Göringa zwiększając tym samym jej wagę”. Tak się wkrótce stało. Po rocznym buksowaniu w miejscu znalazły się wreszcie poważne pieniądze – dwa miliony marek.

„Hitler rozmawiał ze mną niekiedy o możliwościach bomby atomowej – zapisze Speer. – Ta myśl przekraczała jednak wyraźnie jego zdolności poznawcze. Nie potrafił pojąć rewolucyjnego charakteru fizyki jądrowej. [W dodatku] moje informacje o rozmowach z fizykami zniechęciły go do tej sprawy. Faktycznie bowiem, gdy zapytałem prof. Heisenberga, czy reakcję rozszczepienia (…) można kontrolować, nie udzielił mi jednoznacznej odpowiedzi. Hitler nie był więc zachwycony ewentualnością, że Ziemia pod jego panowaniem mogłaby się zamienić w rozżarzoną gwiazdę”.

Troska Führera o planetę przekierowała aktywność niemieckich fizyków w stronę – cytując Speera – „budowy stosów atomowych na ciężką wodę, które mogłyby posłużyć jako źródło energii dla silników okrętów podwodnych”. I takim zastosowaniem uranu niemieccy fizycy się zajęli – na to przeznaczyli miliony od Speera. Alianci jednak nie spali. Transportów rudy z Jáchymowa i Konga zniszczyć nie mogli, lecz na ciężką wodę produkowaną przez Norsk Hydro w Vemork zasadzili się jesienią 1942 r.

OPERACJE „GROUSE” I „GUNNERSIDE”

18 października w ramach operacji „Grouse” Brytyjczycy zrzucili nad wioską Rjukan – siedem kilometrów od Vemork – czwórkę komandosów z zadaniem przygotowania lądowiska dla grupy uderzeniowej. 19 listopada ze Szkocji wystartowały dwa bombowce – ciągnęły za sobą szybowce z saperami, którzy mieli wysadzić hydroelektrownię. Fatalna pogoda sprawiła, że zamiast wylądować na zamarzniętym jeziorze Møsvatn na zachód od Vemork, rozbili się w otaczających Norsk Hydro dzikich górach Hardangervidda. Katastrofę przeżyło 14 ludzi, lecz Niemcy wszystkich wyłapali i – jako szpiegów-sabotażystów – pozabijali bez śledztwa.

Elektrownia Vemork w Rjukan w Norwegii w 1935 r.Elektrownia Vemork w Rjukan w Norwegii w 1935 r.  Anders Beer Wilse, Public domain, via Wikimedia Commons

16 lutego 1943 r. londyńskie Dowództwo Operacji Połączonych wdrożyło kolejną akcję „Gunnerside”. Sześciu norweskich cichociemnych wylądowało na lodzie w jednej z zatok Møsvatn – z nartami, prowiantem, krótkofalówką i 18 kostkami wybuchowego plastiku – po jednym na każdy elektrolizer, czyli zestaw do produkcji ciężkiej wody. Przedzierając się przez góry w kierunku Vemork, zgarnęli pierwszą czwórkę komandosów z operacji „Grouse” – ledwo żywi skoczkowie przesiedzieli w jaskiniach i śniegach prawie cztery miesiące. Obejrzeli w tym czasie zakład. Zbudowaną na skalnej półce naturalną fortecę w stylu neoromańskim i towarzyszący jej (postawiony później) sześciopiętrowy blok chroniło z jednej strony wysokie urwisko, a z drugiej – głęboki kanion. Wszystkie drogi dojazdowe zostały zaminowane, a na wiszącym moście nad wodospadem stała przez całą dobę drużyna wartowników Wehrmachtu.

Traf chciał jednak, że szefem komórki wywiadu i sabotażu w londyńskim emigracyjnym Naczelnym Dowództwie Wojsk Norweskich był fizykochemik, uchodźca Leif Tronstad, przed wojną projektant w Vemork. Dzięki niemu cichociemni wiedzieli, iż na poziomie twierdzy znajduje się nieużywana bocznica kolejowa, którą niegdyś transportowano materiały i maszyny do przyszłej elektrowni. Tej drogi Niemcy nie zaminowali. Odziani w białe kombinezony komandosi wdrapali się na skałę i podeszli wzdłuż szyn do fortecy.

Genialni fizycy, którzy przyczynili się do stworzenia broni jądrowej - Albert Einstein (1879-1955), uhonorowany Nagrodą Nobla w 1922 r., i Leó Szilárd (1898-1964), który zasłużył na kilka Nobli, lecz nie dostał nawet jednegoGenialni fizycy, którzy przyczynili się do stworzenia broni jądrowej – Albert Einstein (1879-1955), uhonorowany Nagrodą Nobla w 1922 r., i Leó Szilárd (1898-1964), który zasłużył na kilka Nobli, lecz nie dostał nawet jednego  Getty Images

„Reflektory [nad ogrodzeniem] były wyłączone, a wycie silnego wiatru zagłuszało wydawane przez nas hałasy – zapisze po wojnie jeden z komandosów Knut Haukelid. – Zatrzymaliśmy się, by zjeść trochę czekolady i poczekać na zmianę posterunków (….). Wszyscy byliśmy dobrze uzbrojeni: na dziesięciu ludzi mieliśmy pięć karabinów maszynowych, każdy po pistolecie, a do tego noże i granaty ręczne”.

Zaatakowali po godzinie, gdy czujność nowej warty osłabła. Haukelid: „Przecięliśmy cienki, żelazny łańcuch zagradzający drogę do jednego z najważniejszych celów wojskowych w Europie (…) grupa ubezpieczająca [do której należałem] rozbiegła się na wyznaczone pozycje, a grupa sabotażowa ruszyła [ku elektrolizerom]”. Dwaj ludzie wczołgali się do środka opisanym przez Leifa Tronstada kanałem kablowym. Haukelid dalej: „Po pewnym czasie, który wydawał mi się nieskończenie długi, usłyszałem niewielki wybuch. Czy po to, żeby stało się coś takiego, zrobiliśmy ponad tysiąc mil?”.

Niemcom drobny hałas też się nie wydał istotny. Jeden z żołnierzy sprawdził drzwi fabryki, stwierdził, że są zamknięte i odszedł. Akcia „Gunnerside” wypaliła: przy zerowych stratach własnych elektrolizery zniszczono bezpowrotnie, pół tony ciężkiej wody spłynęło do kanału ściekowego. W efekcie niemiecki program rozszczepienia uranu spóźnił się o rok. Do lutego 1944 r. elektrownia wyprodukowała co prawda kolejne 16 ton drogocennej cieczy, ale pozostawiony w Norwegii Haukelid z jednym tylko wspólnikiem, ładunkiem plastiku i budzikiem w roli zegara do prowizorycznej bomby zatopili prom, którym ładunek był transportowany po jeziorze Tinnsjå w stronę bałtyckich cieśnin – i dalej do Rzeszy.

SZTOS STOSOWI NIERÓWNY

– Przerwanie produkcji ciężkiej wody w Norwegii było główną przyczyną, która spowodowała, że nie udało nam się zbudować krytycznego stosu [atomowego] przed kapitulacją – stwierdził po wojnie Kurt Diebner.

Gdy 23 kwietnia 1945 r. szukająca śladów niemieckiego programu atomowego aliancka specjednostka Alsos, którą dowodził holenderski fizyk żydowskiego pochodzenia Samuel Goudsmit, odkryła jaskinię pod szwabskim miasteczkiem Haigerloch, ukryci w niej naukowcy Diebnera wciąż czekali na transport wody. Mieli przygotowany atomowy stos – głęboką i szeroką na 2,5 metra studnię, w niej aluminiowy cylinder obłożony grafitem (jednak!), a w tym cylindrze drugi – z magnezu. Dopiero w magnezowym walcu kryło się serce reaktora: 78 aluminiowych drutów, na które w odstępie 14 cm nawleczono 664 uranowe kostki o masie 2,5 kg każda. Diebner i jego ludzie liczyli na to, że gdy napełnią wewnętrzny cylinder ciężką wodą, neutrony emitowane z opuszczonej specjalnym szybem ampułki radu i berylu spowolnią na tyle, by wniknąć w jądra uranu i wreszcie się rozpocznie niemiecka reakcja łańcuchowa. Nie mieli jednak ciężkiej wody, a poza tym – o czym Diebner nie wiedział, a Goudsmit już tak – ich stos był półtora raza za mały.

Pierwsza w historii bomba atomowa, nazwana 'Little Boy' (mały chłopiec), została zdetonowana 6 sierpnia 1945 r. nad Hiroszimą. Jej moc wynosiła ok. 15-16 kiloton (15 tys. ton trotylu). Szacuje się, że zginęło natychmiast 100 tys. ludzi, kolejne 65 tys. zmarło w wyniku choroby popromiennej w ciągu kilku latPierwsza w historii bomba atomowa, nazwana ‘Little Boy’ (mały chłopiec), została zdetonowana 6 sierpnia 1945 r. nad Hiroszimą. Jej moc wynosiła ok. 15-16 kiloton (15 tys. ton trotylu). Szacuje się, że zginęło natychmiast 100 tys. ludzi, kolejne 65 tys. zmarło w wyniku choroby popromiennej w ciągu kilku lat  Getty Images / Universal Images Group via Getty Images

Amerykanie zbudowali odpowiednio wielki – i działający – już 2 grudnia 1942 r. (w Chicago, zespołem kierował Fermi). Ich pierwsza bomba atomowa – naukowcy z Projektu Manhattan nazywali ją między sobą Gadżetem – wybuchła 16 lipca 1945 na nowomeksykańskiej pustyni, w miejscu nazwanym przez jego hiszpańskich odkrywców Jornada del Muerto – droga umarłego.


Korzystałem z: Richard Rhodes, „Jak powstała bomba atomowa”; wyd. Marginesy, 2022; Bartosz Wieliński, „Atom dla Hitlera”, „Ale Historia”, 31.08.2015

Piotr Głuchowski

Reporter, publicysta i redaktor “Wyborczej” od 1990 r. Autor książek kryminalnych i non-fiction.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com