Archive | April 2018

Religia jest sprawą prywatną

Religia jest sprawą prywatną

   Malgorzata Koraszewska



Powoli na światło dzienne wypływają liberałowie muzułmańskiego świata. Pojawiają się również w debatach telewizyjnych. W Kuwejcie przed kamerami telewizji liberał, Nasser Dashti, debatował o prawie do wolności od religii z dziennikarzem o poglądach islamistycznych,  Saeedem Tawfiki.
(Więcej filmów o podobnej tematyce znajdziesz na stronie http://www.listyznaszegosadu.pl/)

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Jeden z trzech “tytanów ducha”

Mógł zrobić w III RP polityczną karierę, ale tylko – w sekrecie – doradzał premierowi. Jeden z trzech “tytanów ducha”

ŁUKASZ LUBAŃSKI


Zdaniem Jana Olszewskiego, postawa Jakuba Karpińskiego podczas trwającego w latach 1969-1970 tzw. procesu „taterników” była wzorowa. – On po prostu nic nie mówił – wspomina adwokat i były premier – w odróżnieniu od wielu młodych, niedoświadczonych ludzi, którzy bardzo łatwo wpadali w zastawiane przez śledczych pułapki. W czwartek 22 marca minie 15. rocznica śmierci Jakuba Karpińskiego.

Był pionierem badań nad epoką PRL; pierwszym „peerelistą”, jak określił go profesor Jerzy Eisler. Jego publikacje o ustroju komunistycznym cieszyły się dużą popularnością w drugim obiegu. Intensywnie współpracował z Jerzym Giedroyciem, wydając (jako „Marek Tarniewski”) książki w paryskim Instytucie Literackim i pisząc do „Kultury”.

Ciekawość świata

Jakuba Karpińskiego, podobnie jak jego młodszych braci, Wojciecha (pisarza, historyka sztuki) i Marka (byłego urzędnika państwowego, publicystę) kształtował inteligencki dom. Matka – Stanisława Karpińska była córką przedwojennego właściciela majątku na Czerniakowie, gdzie w czasie wojny schronienie znalazło wielu Żydów z Haszomer Hatzair (międzynarodowej młodzieżowej organizacji syjonistycznej). Później podjęli oni walkę w powstaniu w getcie warszawskim. Z kolei Zbigniew Karpiński był uznanym architektem, profesorem. 

Niebagatelne znaczenie miała szkoła. Rafał Marszałek, kolega Jakuba Karpińskiego z liceum Reytana – obecnie krytyk filmowy – kilka lat temu w „Stanie rzeczy”, półroczniku Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, wspominał, jak czerpali garściami od wymagających, acz ciepłych przedwojennych profesorów, ucząc się od nich wrażliwości na świat, rzetelności poznawczej, dyscypliny wewnętrznej i poczucia wspólnoty.

Wikipedia: Życiorys

Absolwent VI Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Reytana w Warszawie. W latach 1958-1964 studiował filozofię i socjologię na Uniwersytecie Warszawskim, przewodniczył kołu naukowemu studentów socjologii. Od 1964 pracował jako asystent, a następnie starszy asystent na Wydziale Filozoficznym UW. Wspierał protesty studenckie w marcu 1968, m.in. w jego mieszkaniu podjęto decyzję o zorganizowaniu wiecu w dniu 8 marca 1968 w obronie Adama Michnika i Henryka Szlajfera, napisał też wspólnie z Jadwigą Staniszkis i Andrzejem Mencwelem „Deklarację ruchu studenckiego” ogłoszoną 28 marca 1968. Został aresztowany w dniu 9 maja 1968 i zwolniony bez procesu we wrześniu tegoż roku. Został zawieszony w prawach pracownika UW.

W siedzibie Polskiego PEN Clubu, dwa miesiące przed śmiercią Jakub Karpiński odebrał Nagrodę im. Jana Strzeleckiego. Warszawa, 13 stycznia 2003 r. Fot. PAP/Andrzej Rybczyński

Marszałek przywołał obrazy z października 1956 r., powstałe wtedy wyspy wolności; opisał, jak 16-letni wówczas Jakub „łapczywie chłonął świat: jeszcze wczoraj nieznane albo zakazane lektury, pierwsze manifestacje jazzowe, teatr na Tarczyńskiej”. Podkreślał jego ciekawość świata, „zazwyczaj przeradzającą się w empatię, nawet serdeczność w stosunku do otoczenia”. Ale i nieciekawość dziedziny życia, jaką był sport, co też Marszałek uwzględnił jako pewnego rodzaju wadę.

Nieposłuszeństwo w myśleniu

Studiując socjologię Jakub Karpiński miał szczęście terminować u wielkich uczonych, takich jak Kazimierz Ajdukiewicz, Władysław Tatarkiewicz, Janina Kotarbińska czy Maria i Stanisław Ossowscy.

„Od Ossowskiego przyjął zasadę nieposłuszeństwa w myśleniu” – pisał kilka lat temu na łamach „Rzeczpospolitej” prof. Antoni Sułek, socjolog, przyjaciel i były student Karpińskiego. I dodawał, że zasadę nieposłuszeństwa w myśleniu naukowym Karpiński rozciągał poza naukę, tj. na działanie publiczne: „To był człowiek, który nie kłaniał się okolicznościom i nie rozglądał się za tym, co powiedzieli inni. Jak szedł po schodach, to wiadomo było, czy idzie w górę czy na dół”.

W roku 1968 Jakub Karpiński, wtedy już starszy asystent na Wydziale Filozofii UW, łączył karierę naukową z działalnością opozycyjną. Był czołową postacią wydarzeń marcowych, o czym dziś często się zapomina: mózgiem ruchu studenckiego w Warszawie i kronikarzem Marca. Po brutalnie stłumionym wiecu studentów na dziedzińcu uniwersytetu, zaangażował się w organizację uczelnianego komitetu studenckiego, pisał rezolucje, przygotowywał i redagował ulotki, także dla innych szkół wyższych. W trakcie wiecu na Politechnice Warszawskiej podkręcał emocje, drąc gazetę i jednocześnie wołając: „Prasa kłamie!”.

W trakcie wiecu na Politechnice Warszawskiej (na zdjęciu) 9 marca 1968 r. Jakub Karpiński podkręcał emocje, drąc gazetę i jednocześnie wołając: „Prasa kłamie!”.

Irena Lasota, politolog, publicystka, prywatnie żona Jakuba Karpińskiego, wielokrotnie przypominała tezę męża, że prawdziwy Marzec rozpoczął się po pierwszym strajku studenckim – wieczorem 8 marca, gdy ruch studencki zaczął się spontanicznie rozwijać. Z uśmiechem wspomina też jego skrupulatność redaktora. Otóż dostając ulotki do sprawdzenia, Jakub Karpiński zawsze wyrzucał pierwsze zdanie, jeżeli zaczynało się od słów: „Nie jesteśmy przeciw socjalizmowi, ale…”.

W tym samym czasie sporządzał na gorąco analizy wydarzeń. Zbierał marcowe ulotki i rezolucje, które później docierały do Maisons-Laffitte.

Milczenie w śledztwie

Aresztowany został w maju. Bez wyroku spędził w więzieniu kilka miesięcy. Rok później znalazł się zaś na ławie oskarżonych w tzw. procesie „taterników”. Tym razem usłyszał wyrok: cztery lata więzienia. Ostatecznie odsiedział prawie dwa i pół roku. Czas ten spędził na pisaniu pracy z socjologii (z głowy, opierając się na własnych wykładach), na podstawie której pod koniec lat 70. obronił doktorat.

Ale wróćmy na chwilę do procesu „taterników”. – Postawa Jakuba Karpińskiego była wzorowa. Idealna z punktu widzenia obrońców w procesach politycznych – ocenia w rozmowie z tygodnikiem.tvp.pl Jan Olszewski, były premier, adwokat i przyjaciel Karpińskiego. – On po prostu nic nie mówił – kontynuuje – w odróżnieniu od wielu młodych, niedoświadczonych ludzi, którzy bardzo łatwo wpadali w zastawiane przez śledczych pułapki. Jego zachowanie było pod tym względem wyjątkowe.

Były premier dodaje, że osobiście, jako adwokat, nie mógł wziął udziału w procesie. Został zawieszony po Marcu ’68, kiedy bronił aresztowanych i sądzonych w przyspieszonym trybie studentów, i przez dwa lata nie mógł wykonywać zawodu. Jednak, jak sam przyznaje, dobrze znał sprawę: – Oskarżonych bronił mój kolega, Stanisław Szczuka, który konsultował ze mną przebieg obrony.

Karpiński po wyjściu na wolność kontynuował działalność opozycyjną. Wydawał na emigracji, a potem w drugim obiegu, książki, m.in. „Porcję wolności”, „Krótkie spięcie” czy „Płonie komitet”.

– Był pierwszym człowiekiem w Polsce, który badał PRL, zachowując przy tym naukowe standardy. Próbował opisywać tamtejszą rzeczywistość precyzyjnym, możliwie zobiektywizowanym i wolnym od emocji językiem. Pisał bez cenzury. Przede wszystkim o polskich miesiącach: Czerwcu ’56, Marcu ’68, Grudniu ’70, Czerwcu ’76. Później o Solidarności i stanie wojennym – mówi prof. Jerzy Eisler, historyk, szef warszawskiego oddziału IPN.

Wtóruje mu prof. Antoni Dudek, historyk i politolog z UKSW w Warszawie, który podkreśla wagę wspomnianych książek dla edukacji społecznej: – Te wszystkie książki tworzyły serię publikacji, która była unikalna do połowy lat 80., gdy prof. Wojciech Roszkowski jako „Andrzej Albert”, opublikował „Historię Polski”. Do tego czasu książki Karpińskiego nie miały żadnej konkurencji – ocenia historyk.

Prof. Dudek podkreśla, że mimo znacznego postępu w badaniach nad historią najnowszą, dostępności nowych dokumentów, z którymi Karpiński nie mógł się zapoznać, jego książki nie straciły na wartości i są aktualne do dziś. I nie zmienia tego skromna, jak na dzisiejsze warunki, baza źródłowa – głównie prasa PRL.

Zdaniem Jana Olszewskiego, postawa Jakuba Karpińskiego (stoi na rozprawie w procesie tzw. „taterników”) była z punktu widzenia obrońców więźniów politycznych wzorowa. Fot. PAP

– „Tarniewski” wykazywał się talentami analitycznymi, znakomicie potrafił czytać między wierszami. Ponadto jego książki są bardzo ciekawe od strony językowej. Pisał w niepowtarzalnym stylu, który można nazwać zdystansowaną ironią. Precyzyjnie, nie przegadując, bez wrogości i agresywnych sformułowań, piętnujących system. Ale przy tym był jednoznaczny, nie pozostawiał wątpliwości, co sądzi o tym systemie. U „Alberta”, w pierwszych konspiracyjnych wydaniach, co jakiś czas pojawiały się określenia, typu: „Tępy żołdak”, „prymitywny politruk”. Wojciech Roszkowski lubił wyraziste, stygmatyzujące sformułowania. Karpiński ich unikał – wyjaśnia Dudek.

Krytyka przez uśmiech

Właściwie wszystkie osoby, z którymi rozmawiałem o Karpińskim, zwracały szczególną uwagę na jego intelekt, przenikliwość, zdolności analityczne i umiejętność operowania słowem. Jan Olszewski, pomysłodawca podpisywanego na przełomie roku 1975 i 1976 Listu 59 (przeciwko zmianom w konstytucji PRL) mówi o problemach przy jego przygotowaniu. – Bo wie pan, zachęcić ludzi, by wystąpili w obronie de facto stalinowskiej konstytucji, którą jeszcze usiłowano nam pogorszyć… Zwróciłem się wtedy o pomoc właśnie do Karpińskiego. Razem przygotowaliśmy treść listu – wspomina były premier.

Mało kto, tak jak „Marek Tarniewski”, potrafił z ironią obnażać propagandę i ułomności komunistycznego ustroju. – Miał świetne poczucie humoru. To nie był człowiek, który śmiał się z opowiadanych przez siebie dowcipów. Bawiły go raczej subtelne aluzje, analogie, porównania, a nie dosadne sformułowania, typu – cała sala się rechocze, bo ktoś, za przeproszeniem, powiedział „dupa” – mówi prof. Eisler.

Karpiński, zdaniem uczonego, miał coś z angielskiego poczucia humoru, co mu wręcz pomagało w opisywaniu PRL. Traktował bowiem tamten system dość poważnie, choć nie zawsze. To znaczy, kiedy pisał o zbrodniach, więzieniach, torturach – nie mógł być frywolny, swobodny i dowcipny. Ale kiedy pisał o głupocie tamtego systemu, jego dziwactwach, niewydolności, śmieszności, to odwoływał się do krytyki przez uśmiech.

Jakub Karpiński współpracował z Jerzym Giedroyciem (na zdjęciu) i publikował na łamach redagowanej przez niego paryskiej „Kultury”. Fot. TVP

Zgłębiał również peerelowską nowomowę. – Stał się specjalistą w tej dziedzinie – ciągnie dalej Jerzy Eisler – pokazywał, że ten język wcale nie miał objaśniać, tłumaczyć, lecz etykietować ludzi. Te wszystkie określenia, jak „rewizjoniści”, „syjoniści”… Absolutnie nie chodziło w tym o określenie ludzi, którzy czymś się wyróżniali. Była to bezrefleksyjna etykieta.

W roku 1972, w paryskiej „Kulturze”, tym razem pod pseudonimem „Jan Nowicki”, Karpiński opublikował tekst „Mówi Warszawa…”, obnażający komunistyczną propagandę. A oto fragment o systemie pojęciowym w PRL:

„(…) Rozmaite nazwiska występowały w liczbie mnogiej, m.in. dajczgewantowie (z małej litery), ale także np. Słonimscy (z dużej litery) i spółka. Oczywiście nie każde nazwisko może wystąpić w liczbie mnogiej. Na gruncie języka marcowego formy: Dajczgewandowie, Baumanowie, Kisielewscy – są poprawne. Forma: Gierkowie – nie jest poprawna. Odnotujmy ewolucję języka. Forma: Gomułkowie jest obecnie na granicy poprawności. Wtedy była niewątpliwie błędna. Ogólnie można powiedzieć, że nazwiska występujące po słowach „żądamy ukarania”, względnie „są odpowiedzialni za” – mogą występować w liczbie mnogiej, inne – nie (…)”.

Skromny człowiek

Całe lata 80., i pierwszą połowę 90., Karpiński przebywał na emigracji. Spędzał godziny w bibliotece, odkrywając nowe książki. Wykładał na jednej z amerykańskich uczelni. Bardzo dużo pisał, stale utrzymując kontakt z Jerzym Giedroyciem.

Według Piotra Semki, Jakub Karpiński nie pasował do świata, w którym za autorytety uchodzili Aleksander Kwaśniewski i Włodzimierz Cimoszewicz. Fot. PAP/Damazy Kwiatkowski

Do kraju wrócił w realiach tworzącej się III RP. Po kilku dekadach przerwy znów mógł wykładać na Uniwersytecie Warszawskim. Studenci darzyli Karpińskiego sympatią, a jego wykłady cieszyły się sporym zainteresowaniem.

Nie wszyscy go jednak lubili. – Miał cichych wrogów. Zwłaszcza środowisko „Gazety Wyborczej”, z Adamem Michnikiem na czele, za nim nie przepadało. Prezentował ostrą wizję przeszłości, i nie pasował do świata, w którym za autorytety uchodzili Włodzimierz Cimoszewicz czy Aleksander Kwaśniewski – mówi Piotr Semka.

Publicysta tygodnika „Do Rzeczy” po chwili dodaje, że Karpiński nie został odpowiednio doceniony również przez swoją Alma Mater: – Po powrocie z emigracji, powinien być jedną z czołowych „twarzy” socjologii Uniwersytetu Warszawskiego; dostać przestrzeń badawczą, możliwości naukowe. Tymczasem nigdy nie został przez własną uczelnię należycie uhonorowany. Uniwersytet Warszawski w latach 90. nie zawsze był przychylnie nastawiony do krytyków PRL i krytycznej analizy tego, co zdarzyło się po 1989 roku. Uważam, że potencjał Karpińskiego został zmarnowany przez III RP – mówi.

Być może przyczynił się do tego również charakter Jakuba Karpińskiego. To że miał sztywny kręgosłup moralny, nigdy nie chodził na skróty i nie kalkulował; że z szacunkiem odnosił się do ludzi i unikał rozgłosu. Mimo zasług dla nauki i nurtu niepodległościowego, Karpiński nie pisał o sobie. Jedyną książką z elementami autobiografii w jego dorobku jest „Taternictwo nizinne”.

Był niezależnie myślącym, uczciwym i skromnym człowiekiem. W III RP mógł zrobić polityczną karierę. Mógł, ale o to nie zabiegał. Nie chciał. Jan Olszewski przyznaje, że w czasie jego rządów, często zwracał się do Jakuba Karpińskiego o pomoc, radę, i chętnie widziałby go w swoim gabinecie – w gronie najbliższych doradców. Jednak Karpiński wolał pozostać w cieniu.

– Wie pan, co było urzekające w jego postawie? – pyta retorycznie były premier. I bez chwili namysłu odpowiada: – Zawsze mogłem liczyć na Jakuba, ale niezwykłe jest to, że jemu nigdy nie przyszło do głowy, aby w zamian za pomoc oczekiwać przysług czy korzyści. Dbał o dyskrecję i był absolutnie bezinteresowny.

A przecież Karpiński miałby się czym chwalić. Piotr Semka postawił tezę, że w latach 90. było trzech tytanów ducha: – To byli ludzie, którzy nie bali się mówić, że III RP nie odcięła pępowiny od PRL. Stąd byli obiektami demonstrowanej w mniejszym lub większym stopniu niechęci. Do tej trójki należą: Zbigniew Herbert, Gustaw Herling-Grudziński i Jakub Karpiński.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


JUDGE AWARDS NAZI-LOOTED ARTWORKS TO HOLOCAUST VICTIM’S HEIRS

JUDGE AWARDS NAZI-LOOTED ARTWORKS TO HOLOCAUST VICTIM’S HEIRS

REUTERS


Art experts view the case as a key test of a US law designed to ease the recovery of such stolen works.

A man looks at self-portraits by Egon Schiele at the Belvedere museum in Vienna . (photo credit: REUTERS/HERWIG PRAMMER)

A New York judge on Thursday awarded title of two Nazi-looted drawings by noted Austrian painter Egon Schiele to a Holocaust victim’s heirs in what art experts viewed as a key test case of a US law designed to ease the recovery of such stolen works.

Under the ruling, both works – “Woman in a Black Pinafore” and “Woman Hiding her Face” – are to be turned over to descendants of Franz Friedrich “Fritz” Grunbaum, an Austrian-Jewish entertainer and impresario who perished in the Dachau concentration camp in 1941.

Grunbaum, a vocal critic of the Nazis, once owned some 450 artworks, including more than 80 by Schiele, an Expressionist protege of Gustav Klimt and a major figurative painter of the early 20th century in his own right.

Grunbaum’s art collection was seized by the Nazi regime after he was arrested in 1938 and sent to Dachau, according to a synopsis of the case contained in Thursday’s summary judgment.

The two Schiele works in question turned up decades later, in a booth operated by a London-based dealer, Richard Nagy, at a 2015 art and design show in New York City, and the heirs filed suit seeking to recover the drawings.

Nagy’s lawyers asserted he had acquired legitimate title to the two drawings, stemming from a 1956 sale of some 50 Schiele works by Grunbaum’s sister-in-law to a gallery in Switzerland, and that the heirs’ rights to bring their claim had long since expired.

In his 17-page decision, however, Justice Charles Ramos of the state Supreme Court in Manhattan sided against Nagy, citing the Holocaust Expropriated Art Recovery (HEAR) Act.

That law, enacted by Congress in 2016, extended the federal statute of limitations for seeking restitution of Nazi-confiscated art to six years from the time of “actual discovery” of its identity and whereabouts.

Nagy’s lawyers argued the HEAR Act did not apply, a position the judge called “absurd,” saying the statute was “intended to apply to cases precisely like this one.”

The judge said there was no dispute the artworks at stake formerly belonged to Grunbaum and were forcibly taken by the Nazis during World War Two, a fact that put the onus on Nagy to establish a superior claim. Ramos said no such evidence was presented.

The judge also held that New York law “protects the rightful owner’s property where that property had been stolen, even if the property is in the possession of a good faith purchaser.”

Raymond Dowd, lawyer for the Grunbaum heirs – named in the case as Timothy Reif, David Frankel and Milos Vavra – hailed the decision as a landmark in bringing justice to Holocaust victims.

The ruling, he said, “brought us a step closer to recovering all of the culture that was stolen during the largest mass theft in history, which until now, has been overshadowed by history’s largest mass murder.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


“8 dekad propagandy” wykład Jacka Fedorowicza

“8 dekad propagandy” wykład Jacka Fedorowicza

   Uniwersytet Warszawski



20 lutego 2018 r. Jacek Fedorowicz wygłosił na Uniwersytecie Warszawskim wykład pt. „8 dekad propagandy”. Był to kolejny wykład w ramach cyklu „8 Wykładów na Nowe Tysiąclecie”.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Któregoś dnia na progu Wichrówki stanęło żydowskie małżeństwo.

Któregoś dnia na progu Wichrówki stanęło żydowskie małżeństwo. Zbigniew Pajor o nic nie pytał, ukrył ich pod podłogą

Renata Radłowska


Zdjęcie rodziny sprzed Wichrówki (Fot. arch. pryw.)

Chciałabym wiedzieć, jak Winklerowie żyli pod tą podłogą. Kto im przynosił jedzenie? Tata rozmawiał z nimi? O czym? Kiedy stamtąd wyszli? I w którym kierunku poszli?

„Konie nie chciały wieczorem tamtędy chodzić. Ludzie objeżdżali więc Wichrówkę dołem. Koń mojego ojca Edwarda, ale i konie Dominika Jelenia i Pierchały stawały tam dęba” – opowiadał Kazimierz Sołtys z Dursztyna. Opowiadał o Wichrówce, przedziwnej willi na Spiszu – pięknej, drewnianej, podobno przeklętej. I dorzucił jeszcze, o córce ówczesnego właściciela (bo dom przechodził z rąk do rąk, a te ręce nie zawsze były zwyczajne): „Kiedyś uciekła stamtąd w nocy. Pobiegła najpierw do Mochorka, potem do mojego ojca, który wtedy był sołtysem. Skarżyła się też mojej matce. Pamiętam też, że którejś nocy poszli tam chłopi sprawdzać, czy rzeczywiście w Wichrówce straszy, bo jej nie uwierzyli. I co? I w środku nocy uciekli do domów” (wspomnienie opublikowane na Dursztyńskim Portalu Informacyjnym).

Maria Makuch: – Dom postawiony przez mojego dziadka Bogusława Pajora rzeczywiście miał coś w sobie. Może i przyciągał dziwaków, chłonął nieszczęście, ale nie był przeklęty. To lata tajemnic, cierpienie, strach, a jednak wielka nadzieja. Mój tato, Zbigniew Pajor, ukrywał w nim kurierów, ludzi AK, którzy przez góry docierali z informacjami do Budapesztu (tzw. węgierskie wrota). Mój tato schował w nim pod podłogą żydowskie małżeństwo, uratował im życie. Szkoda, bardzo szkoda, że nigdy nie chciał o tym opowiadać. Ta historia została tylko w rodzinie, wie o niej niewielu. Nie, tata nie ma medalu Yad Vashem ani swojego drzewka.

Polski dom w niepolskim kraju

Bogusław Pajor zawsze marzył o domu w górach, posłuchał zaprzyjaźnionych księży reformatów z Krakowa i kupił kawałek ziemi na Spiszu, w Dursztynie. Na górze Honaj. Dookoła tylko polany i lasy; jeżeli domy, to daleko. Z przeszklonej werandy widać było Tatry.

Był notariuszem, miał kancelarię w centrum Krakowa i dom przy ul. Czarnowiejskiej. I dwóch synów – Zbigniewa i Kazimierza – oraz córkę Krystynę. Wichrówka miała być dla nich. Stanęła w 1935 r. Pajorowie spędzali tam wakacje, przyjeżdżali zimą.

Sielanka skończyła się we wrześniu 1939 r., a ostatecznie w dniu, w którym Gestapo aresztowało Bogusława. Miał dojechać do syna Zbigniewa i Antoniny Małasińskiej (później w konspiracji „Ninka”), narzeczonej starszego syna Kazimierza, który już wtedy walczył na Zachodzie. Bogusław nigdy tam nie dotarł, a przecież rodzina przekupiła, kogo mogła, walczyła o ojca. Trafił najpierw do aresztu na Montelupiuch w Krakowie, zginął w Palmirach pod Warszawą w czerwcu 1940 r.

Rodzina się podzieliła: w Krakowie matka i siostra, w Dursztynie – syn i narzeczona drugiego syna. Zbigniew był jedynym gospodarzem Wichrówki. Maria Makuch: – W trakcie wojny Polska straciła Dursztyn i inne miejscowości. Wichrówka była polskim domem w niepolskim kraju.

Kiedy skończyły się pieniądze, Zbigniew sprzedawał meble, krzesło po krześle, stół po stole.

Spisz i Podhale to tereny przemytników. Jedni rzeczywiście przemycali, inni przekazywali raporty, rozkazy, byli kurierami Państwa Podziemnego. Taka działalność potrzebowała tajemnicy, ukrycia. Wichrówka była idealna. Wypatrzył ją Dominik Stanek z Łapsz Niżnych, w którego domu była już kryjówka, tyle że cholernie na widoku. Stanek chodził wokół willi, podpytywał Zbigniewa, sprawdzał, czy odważny, potrafi ryzykować.

Trafił. Zbigniew i Antonina zostali konspiratorami, wstąpili do AK. Wichrówka zamieniła się w bazę kurierów. Syn Bogusława nie wątpił, że tak trzeba. Tu zatrzymywali się Józef Stanek („Józek”, „Lis”) i Zbigniew Ryś („Zbyszek”), kurierzy. Ale nie tylko oni. Być może i Jan Karski.

Baza

To było skomplikowane, to wymagało kluczenia, precyzji w planowaniu, zgrania.

Dursztyński Portal Informacyjny: „Wiozący przesyłkę kurier najpierw z Warszawy musiał dojechać do Waksmundu, a stamtąd (przez Harklową, rzekę Białkę, Krempachy i Dursztyn) do Łapsz Niżnych. Później (już na Słowacji) przedostawał się do Spiskiej Starej Wsi, a potem taksówką przez Kieżmark, Poprad i Dobszynę do Polomy. Tam wysiadał z wiozącego go samochodu i po pokonaniu pieszo ok. 15 km meldował się na stacji Rożniawa, by wsiąść do jadącego do Budapesztu pociągu. (…) Potem zmieniono nieco sposób przemierzania tej trasy, tworząc dobrze przemyślaną sztafetę kurierską. I tak pierwszy łącznik (tzn. kurier krajowy) dostarczał pocztę z Warszawy do Waksmundu, drugi brał ją stamtąd do Łapsz Niżnych, trzeci (był nim posiadający obywatelstwo słowackie Polak Józef Stanek) przewoził tajne papiery do słowackiej Polomy, a tam czekał już Zbigniew Ryś, by dostarczyć przesyłkę do Budapesztu”.

Wichrówka była tym miejscem, w którym kurierzy przekazywali sobie przesyłki, odpoczywali. Ryś wspominał: „W czasie każdorazowych przejść nocą obok Wichrówki zachwycałem się jej położeniem i przydatnością w czasie konspiracji – z dala od zabudowań ludzkich i blisko lasu”.

To pewne, że Zbigniew Pajor i Antonina Małasińska nie wiedzieli na początku, kogo ukrywają. Myśleli, że zwyczajnych przemytników, ci przecież mieli zawsze przy sobie towar (cukier, naftę, cokolwiek). Później dostali już konkretne zadania. W Wichrówce najlepszą kryjówką był strych – jak się zdjęło belki z części stropu, a potem przykryło je słomą, tworzył się bunkier, w którym mogło się schować kilka osób. Kiedy baza u Dominika Stanka została odkryta, Zbigniew Pajor przeprowadził kurierów do Waksmundu.

Baza w Wichrówce działała na wysokich obrotach do wybuchu powstania warszawskiego. Potem kurierzy pukali do drzwi willi coraz rzadziej. Jesienią 1944 r. rozpoczęła się czystka ludności żydowskiej na Spiszu i Podhalu. Któregoś dnia na progu Wichrówki stanęli Winklerowie, żydowskie małżeństwo. Zbigniew Pajor o nic nie pytał, ukrył ich pod podłogą.

Maria Makuch: – Tato nigdy o tym nie mówił. Może czasem mama coś wspomniała – że nie wyszli z lasu, nie wyskoczyli z pociągu; ta operacja była przygotowywana. Tato zawsze się bał, że opowiem w szkole komuś tę historię; on w latach 50. stawał na baczność, jak tylko usłyszał, że pod domem zaparkowało auto (myślał, że to UB). Nie powiedział więc ani słowa, a ja bym chciała wiedzieć: jak Winklerowie żyli pod tą podłogą? Kto im przynosił jedzenie? Tata rozmawiał z nimi? O czym? Kiedy stamtąd wyszli? W którym kierunku poszli?

Praga

Oskar Winkler – rocznik 1909, słowacki architekt, projektował domy w Łuczeniecu, Bańskiej Bystrzycy, Rymawskiej Sobocie. Kiedy wybuchła wojna, walczył w armii węgierskiej, trafił w końcu do Rosji. Część jego rodziny zginęła w Auschwitz. Do końca wojny ukrywał się w Wichrówce. Potem wrócił do zawodu, był wizjonerem; tę karierę przerwała katastrofa budowlana na osiedlu, które zaprojektował. Sąd uznał, że jest niewinny, ale to nie miało żadnego znaczenia. Co miało się przylepić do Winklera, przylepiło się na zawsze. Zmarł w 1970 r. na zawał serca (pierwszy przeżył, drugiego już nie).

Tyle pisze słowacki portal Lepsiebyvanie.centrum.sk.

Ale Maria ma w domu album. Rzadko do niego zaglądała. Był jednym z wielu rodzinnych, nic wyjątkowego.

Otworzyła go kiedyś, patrzy, a w nim rodzice – pewnie na wycieczce, bo okolice ładne, uśmiechnięci; stoją przy zabytku, gdzieś w ruinach zamku, pozują na placu, piją kawę, siedzą w restauracji.

A z nimi kto? Kobieta i mężczyzna, po pięćdziesiątce, niscy oboje, roześmiani. I Maria zaczęła kojarzyć: rodzice pojechali na wycieczkę do Pragi, ktoś, kto nazywał się trochę po niemiecku, przysłał im zaproszenie; to nazwisko już słyszała. Winklerowie.

Zaczęła sobie przypominać: mama przecież mówiła, że ci państwo zaprosili ich na wycieczkę (rok 1963); że oni byli bardzo eleganccy, dostojni tacy, dobrzy. Pajorowie nigdy wcześniej nie bywali w takich restauracjach.

A potem cisza. Już o Winklerach się nie mówiło. Tamto spotkanie obu rodzin w Pradze było ostatnie.

Córka Marii Makuch, Aleksandra, szuka Winklerów (dzieci, może wnuków). Uparła się, że znajdzie. Bo to, co się spotkało, potem rozeszło, musi się znowu spotkać, żeby zakończyć tę historię.

Jak Śmiałkowski ze Zwierzyńskim

Skąd te opowieści, że w Wichrówce straszy?

Bracia Pajorowie przyjechali do willi zaraz po wojnie. Wchodzą do środka, a tam dwa trupy – Niemiec i Rosjanin. Pierwszy drugiego odkrył, drugi próbował pierwszego zatrzymać? Bracia sprzedali Wichrówkę.

Kupił ją Józef Śmiałkowski, nowotarżanin. Człowiek, który stworzył swój życiorys (bo raczej nie ma potwierdzenia, że walczył pod Monte Cassino, że uratował ludzi w sanatorium w Alpach, wynosząc ich na własnych plecach; że przyjął go papież i obdarował relikwiami). Wichrówkę przechrzcił na Duninówkę (niby że wywodzi się ze szlacheckiego rodu Duninów, herbu Łabędź). Ludzie mówili o nim, że jasnowidz. Patrząc na człowieka, potrafi znaleźć w nim chorobę i uleczyć.

Ze Śmiałkowskim i jego żoną zamieszkał w willi niejaki Zwierzyński, który miał zostać gajowym. Gospodarz i gość mieli podobne charaktery, pożycie sąsiedzkie (w dodatku pod tym samym dachem) się nie układało. Któregoś dnia Zwierzyński porwał flintę i wycelował w Śmiałkowskiego. Oddał dwa strzały.

Dzisiaj Wichrówka to dom rekolekcyjny.

Zbigniew

Maria Makuch: – Mówią, że powinnam być z taty dumna, przecież był w AK, ukrywał kurierów, opiekował się dwójką Żydów. Co to znaczy „duma”? Co ona dziś znaczy? Bo mnie kojarzy się ze wstawaniem z kolan. Tato zrobił to, co powinien zrobić człowiek – zachował się przyzwoicie. Najlepsze, co mógł zrobić. Medale i drzewka są nieważne. Ta historia jest taka nasza, niech tak zostanie.

Maria jest żoną Janusza Makucha, dyrektora Festiwalu Kultury Żydowskiej. Tak sobie kiedyś rozmawiali:

On: – W garażu zimuje drzewko oliwne, już chyba czas, żeby je wynieść do ogrodu.

Ona: – Jeszcze za zimno.

On: – A może je posadzić przy domu?

Ona: – Nie wytrzyma na mrozie, nie w naszym klimacie.

On: – To może jakiś dąb posadzić? Dalibyśmy mu na imię Zbigniew.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com