„Palestyńczycy”, Rezolucja 3379 Zgromadzenia Ogólnego ONZ i „Izrael jest państwem apartheidu” [Odpowiedź dla Krzysztofa]


„Palestyńczycy”, Rezolucja 3379 Zgromadzenia Ogólnego ONZ i „Izrael jest państwem apartheidu”

Anjuli Pandavar


„Jesteśmy Palestyńczykami wyłącznie z powodów politycznych.”

Pod tłumaczeniem mojego artykułu na język polski Krzysztof pisze:

Autorka słusznie krytykuje nadużywanie słowa “apartheid”. Jednocześnie sama równie łatwo przypisuje krytykom Izraela, bardzo często słusznie, złe intencje, określając ich jako manipulatorów lub uczestników wojny psychologicznej. To podobny mechanizm upraszczania rzeczywistości.

Moim zdaniem z całego tekstu warto zachować jedno ważne ostrzeżenie: nie należy używać pojęcia “apartheid” jako zwykłej etykiety politycznej. Jest to termin historyczny i prawny o bardzo konkretnym znaczeniu. Jeżeli ktoś twierdzi, że Izrael jest państwem apartheidu, powinien wykazać, że sytuacja spełnia kryteria prawa międzynarodowego, a nie ograniczać się do samego hasła.

(Krzysztof) Fragment komentarza.

Dziękuję, Krzysztofie, za Twoją obszerną krytykę. Doceniam zaangażowanie i mam nadzieję, że właściwie zrozumiałam Twoją odpowiedź oraz intencje, które za nią stoją. Jeśli nie, proszę, popraw mnie. Zamiast odnosić się do Twoich uwag punkt po punkcie, sądzę, że większy pożytek przyniesie przedstawienie tego, co leży u podstaw mojego rozumienia tego, co powszechnie nazywa się „konfliktem izraelsko-palestyńskim”. Jeżeli uznasz to ujęcie za błędne, będę wdzięczna, jeśli mi to wskażesz. Do najważniejszych kwestii, które poruszyłeś, odniosę się krótko na końcu.

W najbardziej intensywnym okresie wojny w Strefie Gazy, od końca października 2023 roku do listopada 2025 roku, w powszechnych reakcjach Zachodu na ten konflikt można było zaobserwować wiele osobliwych zjawisk. Jednym z nich było ocenianie sposobu prowadzenia wojny przez Izrael nie według standardów wojennych, lecz pokojowych: nie powinno być żadnych ofiar cywilnych; nieustannie domagano się, aby Izrael wyżywił ludność Gazy; obiekty medyczne miały pozostawać nietykalne mimo przytłaczających dowodów na to, że były wykorzystywane do celów wojskowych; Siły Obronne Izraela (IDF) w ogóle nie powinny były znajdować się w Gazie; podnoszono zarzuty dotyczące niszczenia domów cywilów; należało zaprzestać precyzyjnych likwidacji przywódców Hamasu itd.

Krótko mówiąc, od Izraela oczekiwano, by co najwyżej przeprowadził operację policyjną, jak gdyby gdzieś w jednej z dzielnic sytuacja wymknęła się nieco spod kontroli. Było całkowicie jasne, że większość zachodnich komentatorów nie miała pojęcia o wojnie ani o tym, jaki jest charakter relacji między walczącymi stronami. Oczywiście wszechobecni nienawidzący Żydów i bezrefleksyjni antysyjoniści wysuwali wobec Izraela własne żądania, lecz pod tym wszystkim wyraźnie dostrzegalna była ogólna niezdolność do uznania, że mamy do czynienia ze stanem wojny. Odmianą tego braku rozpoznania jest krytyka Krzysztofa dotycząca polskiego tłumaczenia mojego eseju „»Izrael jest państwem apartheidu« – kiedy nie wolno wiedzieć inaczej i to ci odpowiada”, opublikowanego na Substacku Listy z Naszego Sadu.

W latach czterdziestych XX wieku Najwyższy Przewodnik Bractwa Muzułmańskiego, Hassan al-Banna, intensywnie organizował mordowanie Żydów w Mandacie Palestyny. W wywiadzie udzielonym w 1948 roku amerykańskiemu dziennikarzowi Johnowi Royowi Carlsonowi wyjaśniał:

Dążymy do zniszczenia modernizmu w rządzie i społeczeństwie. W Palestynie naszym pierwszym obowiązkiem jako muzułmanów jest zmiażdżenie syjonizmu, który jest żydowskim modernizmem. To nasz patriotyczny obowiązek. Nakazuje nam to Koran.

(From Cairo to Damascus, Alfred A. Knopf, Inc., 1951, s. 92 i nast.) (Podkreślenie moje.)

Przedstawiciel Bractwa Muzułmańskiego, Labib Bey, chwalił się Carlsonowi, że „co najmniej dwadzieścia tysięcy” zagranicznych ochotników muzułmańskich spieszy do Palestyny, by prowadzić dżihad przeciwko Żydom.

Nasi chłopcy wierzą, że walcząc z Żydem, zapewnią sobie miejsce w Raju. Nie opuścimy Palestyny, dopóki nie uciszymy ostatniego syjonistycznego Żyda.

„Dżihad przeciwko Żydom w Palestynie” był jedynie częścią szerszego obowiązku „walki z Żydem” – islamskiego nakazu ciążącego na wszystkich muzułmanach, wyrażonego w hadisach o charakterze ludobójczym:

Godzina Ostateczna nie nadejdzie, dopóki muzułmanie nie będą walczyć z Żydami i nie będą ich zabijać, aż Żydzi ukryją się za kamieniem lub drzewem, a kamień lub drzewo zawoła: „Muzułmaninie, sługo Allaha, za mną ukrywa się Żyd. Chodź i zabij go”. Tylko drzewo gharqad nie przemówi, ponieważ jest drzewem Żydów.

(Sahih Muslim 6985)

Ten sam ludobójczy cel pozostaje żywy zarówno w Karcie Hamasu, jak i w wytycznych wydawanych przez Autonomię Palestyńską meczetom na potrzeby piątkowych kazań, między innymi bezpośrednio po 7 października. Innymi słowy, kiedy jedynymi rzeczywistymi Palestyńczykami na świecie byli Żydzi i Arabowie zamieszkujący Mandat Palestyny, dżihad przeciwko Żydom prowadzili muzułmanie zarówno z samej Palestyny, jak i spoza niej.

W 1960 roku na świecie żyło od 12,1 do 12,8 miliona Żydów. Szacowana liczba muzułmanów wynosiła wówczas około 200 milionów. W tej światowej wojnie religijnej 200 milionów muzułmanów było zobowiązanych do zabicia 12,8 miliona Żydów i wielu z nich pragnęło tego, licząc na męczeństwo, którego nagrodą miał być Raj. Nie była to walka prowadzona na równych zasadach, lecz do tego momentu muzułmanom nie przeszkadzała taka dysproporcja sił.

Problemem były jednak liczby: 200 milionów muzułmanów przeciwko 12,8 miliona Żydów. Nie można zbudować przekonującej narracji o „sprawiedliwej sprawie”, gdy przytłaczająca większość usiłuje zgładzić niewielką mniejszość. Również zestawienie 91,5 miliona Arabów z 1,9 miliona izraelskich Żydów nie stanowiło lepszej podstawy do zdobycia światowej sympatii dla Arabów. Natomiast przeciwstawienie 1,9 miliona Żydów 1,1 miliona Palestyńczyków dawało radzieckim propagandystom materiał, z którym mogli pracować. Choć w latach 1950–1960 liczebność obu populacji się podwoiła, populacja żydowska wkrótce zaczęła rosnąć znacznie szybciej niż palestyńska.

Już w samym 1951 roku saldo migracji osiągnęło wyjątkowo wysoki poziom (+104 osoby na tysiąc mieszkańców), napędzane falami imigrantów z Europy i Afryki Północnej. Jednocześnie wskaźniki urodzeń były bardzo wysokie i przekraczały 34 urodzenia na tysiąc mieszkańców, a współczynnik dzietności wynosił średnio ponad 4,5 dziecka na kobietę. To połączenie sprawiło, że w ciągu jednej dekady ludność Izraela niemal się podwoiła.

[…]

W latach pięćdziesiątych współczynnik urodzeń wśród Palestyńczyków należał do najwyższych na świecie – przekraczał 48 urodzeń na tysiąc mieszkańców, a współczynnik dzietności wynosił 7,8 dziecka na kobietę. Jednocześnie śmiertelność była bardzo wysoka: w 1950 roku na każde 1000 żywych urodzeń przypadało ponad 142 zgony niemowląt, a średnia długość życia wynosiła zaledwie 46 lat. Mimo tych trudności przyrost naturalny zwiększył liczbę ludności z 945 tysięcy do ponad 1,1 miliona w ciągu zaledwie jednej dekady.

(Palestine and Israel: population growth from 1922 to 2025).

Jako mistrzowie ideologicznej dywersji Sowieci znaleźli punkt zaczepienia, który pozwalał odwołać się do zakorzenionego w kulturze judeochrześcijańskiej motywu Dawida i Goliata. Pozostawał tylko jeden problem: Palestyńczycy nie istnieli. Arabska ludność dawnego Mandatu Palestyny – ta sama, która wcześniej odrzuciła podział kraju, pamiętajmy – z pogardą odrzuciła również radziecki pomysł oderwania jej od „narodu arabskiego” i przekształcenia w „Palestyńczyków”. KGB skutecznie przekonało jednak niezadowolonych Arabów z Palestyny do zaakceptowania nowej tożsamości „Palestyńczyków” jako nowego narodu, który miał stać się narzędziem odwrócenia ról w konflikcie z żydowskim narodem Izraela. Żydowską większość można było teraz przedstawić jako Goliata, a „palestyńską” mniejszość jako Dawida – obraz, który, jeśli zostałby przyjęty, silnie oddziaływałby na emocje zachodniej opinii publicznej.

Pozostawało już tylko uczynić celem ataku państwo żydowskie, do czego wykorzystano kolejne odwrócenie ról: potężny Izrael przeciwko maleńkiej „Palestynie”. Aby to osiągnąć, odrzucone wcześniej państwo arabskie miało zostać wskrzeszone jako rzekome „państwo palestyńskie”. (W czasie wojny w 1948 roku Jordania zajęła ten obszar, nazwała go „Zachodnim Brzegiem” i nadała wszystkim Arabom zamieszkującym okupowane terytorium obywatelstwo jordańskie. W 1967 roku, podczas kolejnej agresywnej wojny państw arabskich, Izrael odzyskał Zachodni Brzeg i przywrócił go Izraelowi jako Judeę i Samarię – biblijne serce narodu żydowskiego). W tym miejscu żydowskie pragnienie, by nie kontrolować, nie uciskać ani nie okupować Arabów, nieoczekiwanie przysłużyło się planom Sowietów.

„Zachodni Brzeg” stanowił część żydowskiej ojczyzny położonej na zachód od Jordanu już po pierwszym podziale Mandatu Palestyny, a ponadto został odbity Jordanii przez Izrael podczas arabskiej wojny napastniczej w 1967 roku. Teren ten był jednoznacznie terytorium Izraela. Rząd izraelski oraz związane z nim elity syjonizmu Partii Pracy nie chciały jednak traktować go w ten sposób, dostrzegając szansę na wykonanie wobec Arabów gestu dobrej woli, który miał skłonić ich do pokojowego współistnienia z Żydami.

Zamiast natychmiast objąć Judeę i Samarię pełną jurysdykcją izraelską oraz przesiedlić wszystkich obywateli Jordanii z powrotem za Jordan, Izrael stworzył szereg niejednoznaczności prawnych. Obejmowały one między innymi uznawanie samego siebie za okupanta, ograniczanie możliwości nabywania ziemi przez Żydów oraz najbardziej katastrofalne posunięcie – przekazanie Wzgórza Świątynnego z powrotem pod kontrolę muzułmanów.

W ciągu dziesięciu lat od stworzenia „Palestyńczyków” Arabowie byli gotowi rozpocząć kampanię, która poprzedziła późniejsze oskarżenia o „państwo apartheidu”. Stało się to wraz z przyjęciem przez Zgromadzenie Ogólne ONZ 10 listopada 1975 roku rezolucji nr 3379 – będącej zwieńczeniem i połączeniem wszystkich nurtów wymierzonych przeciwko Izraelowi: radzieckiego, muzułmańskiego i afrykańskiego:

[Rezolucja ONZ] „Uznaje, że syjonizm jest formą rasizmu i dyskryminacji rasowej.”

Był to znakomity sukces dyplomatyczny jego inicjatora – Ligi Państw Arabskich (Ligi Arabskiej), która wspólnie z blokiem wschodnim wykorzystała świeży idealizm i pewność siebie nowych państw postkolonialnych, afrykańskich socjalistów oraz różnorodnych nurtów świadomości czarnoskórej ludności rozprzestrzeniających się w Afryce Subsaharyjskiej, ze szczególnym ukierunkowaniem na białe społeczeństwa południowej części kontynentu. (W całym cywilizowanym świecie rezolucję 3379 potępiono jako hańbiącą i ostatecznie uchylono 16 grudnia 1991 roku rezolucją 46/86, przeciwko której Liga Arabska głosowała).

Rezolucja 3379 utorowała drogę tzw. „Przemówieniu z gałązką oliwną”, wygłoszonemu przez Jasera Arafata przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ 13 listopada 1974 roku, w którym mówił on o:

Sprawach pokoju, sprawiedliwości, wolności i niepodległości. Nasza determinacja do budowy nowego świata umacnia się – świata wolnego od kolonializmu, imperializmu, neokolonializmu i rasizmu we wszystkich jego przejawach, w tym także syjonizmu.

(Podkreślenie moje.)

W dalszej części tego samego przemówienia syjonizm przestaje być jedynie jednym z „przejawów” rasizmu, a staje się jego „główną formą”: „rasizm, którego główną postacią jest syjonizm”. Powinno być jasne, że kampania ta już wówczas nie miała nic wspólnego z prawem, międzynarodowym czy jakimkolwiek innym. Warto przytoczyć obszerniejszy fragment tej zwodniczej argumentacji Arafata przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ:

Jeśli teraz powracamy do historycznych korzeni naszej sprawy, czynimy to dlatego, że są dziś pośród nas ci, którzy, okupując nasze domy, wypasając swoje bydło na naszych pastwiskach i zrywając owoce z naszych drzew, jednocześnie twierdzą, że jesteśmy bezcielesnymi duchami, fikcją pozbawioną obecności, tradycji i przyszłości. Mówimy o naszych korzeniach także dlatego, że jeszcze do niedawna niektórzy uważali – i nadal uważają – nasz problem jedynie za problem uchodźców. Przedstawiali kwestię Bliskiego Wschodu jako niewiele więcej niż spór graniczny między państwami arabskimi a bytem syjonistycznym. Wyobrażali sobie, że nasz naród rości sobie prawa, które mu się nie należą, i walczy bez logiki oraz bez uzasadnionych motywów, kierując się wyłącznie pragnieniem zakłócenia pokoju i bezsensownego szerzenia terroru. Są bowiem wśród was – mam tu na myśli Stany Zjednoczone Ameryki i inne podobne państwa – tacy, którzy swobodnie dostarczają naszemu wrogowi samoloty, bomby i wszelkiego rodzaju śmiercionośną broń. Zajmują wobec nas wrogie stanowisko, świadomie zniekształcając prawdziwą istotę problemu. Wszystko to dzieje się nie tylko naszym kosztem, ale również kosztem narodu amerykańskiego oraz przyjaźni, którą nadal mamy nadzieję zbudować z tym wielkim narodem, którego historię walki o wolność szanujemy i pozdrawiamy.

[…]

Nie mogę teraz zrezygnować z tej okazji, by z tej mównicy zwrócić się bezpośrednio do narodu amerykańskiego i poprosić go o wsparcie dla naszego bohaterskiego walczącego narodu. Z całego serca proszę go, by opowiedział się po stronie prawa i sprawiedliwości, by przypomniał sobie George’a Washingtona, bohaterskiego Washingtona, którego celem była wolność i niepodległość jego narodu, Abrahama Lincolna, obrońcę ubogich i uciśnionych, a także Woodrowa Wilsona, którego doktryna Czternastu Punktów pozostaje przez nasz naród uznawana i otaczana szacunkiem. Pytam naród amerykański, czy demonstracje wrogości i niechęci odbywające się przed tą wielką salą rzeczywiście odzwierciedlają prawdziwą wolę Ameryki. Pytam was otwarcie: jaką zbrodnię popełnił nasz naród przeciwko narodowi amerykańskiemu? Dlaczego prowadzicie przeciwko nam walkę? Czy ta niczym nieuzasadniona wrogość naprawdę leży w waszym interesie? Czy służy interesom narodu amerykańskiego? Nie, z całą pewnością nie. Mogę jedynie mieć nadzieję, że naród amerykański będzie pamiętał, iż jego przyjaźń z całym narodem arabskim jest zbyt wielka, zbyt trwała i zbyt cenna, by mogły jej zaszkodzić takie demonstracje.

Organizacja Narodów Zjednoczonych, która za pośrednictwem UNRWA odegrała istotną rolę w utrzymywaniu arabskiej ludności palestyńskiej skupionej wokół Izraela w oczekiwaniu na moment, gdy nadejdzie właściwy czas, rzecz jasna nie miała problemu z zaakceptowaniem oszustwa Arafata. Niestety, Żydzi zbyt łatwo przymknęli oczy na fakt, że „Palestyńczycy”, kierowani przez urodzonego w Kairze Egipcjanina, przedstawianego jako urodzony w Jerozolimie Palestyńczyk Jaser Arafat, byli konstruktem stworzonym po to, by doprowadzić do zguby narodu żydowskiego. Szesnaście miesięcy po „Przemówieniu z gałązką oliwną”, 31 marca 1977 roku, jeden z przywódców OWP, Zuhajr Mohsen, nie widział już potrzeby stosowania takijji (arab. taqiyya), którą Arafat tak zręcznie posługiwał się przed społecznością międzynarodową:

Między Jordańczykami, Palestyńczykami, Syryjczykami i Libańczykami nie ma żadnych różnic. Jesteśmy częścią jednego narodu – narodu arabskiego. (…) Wyłącznie z powodów politycznych tak stanowczo podkreślamy naszą palestyńską tożsamość. Leży w interesie Arabów promowanie istnienia Palestyńczyków jako odrębnego narodu w opozycji do syjonizmu. Tak, istnienie odrębnej tożsamości palestyńskiej służy wyłącznie celom taktycznym.

Odrębny byt palestyński musi dążyć do uzyskania praw narodowych na pozostałych okupowanych terytoriach [tj. w Izraelu – przyp. autorki]. (…) Jako Palestyńczyk z całą pewnością roszczę sobie prawa do Hajfy, Jafy, Jerozolimy i Beer Szewy. Państwo palestyńskie będzie miało prawo przemawiać w imieniu wszystkich Palestyńczyków w świecie arabskim i poza nim [w tym także Arabów izraelskich – przyp. autorki]. Gdy odzyskamy nasze prawa do całej Palestyny [„od rzeki do morza” — przyp. autorki], nie wolno nam stracić ani chwili przed ponownym zjednoczeniem Jordanii i Palestyny.

(Tłumaczenie na angielski i wyróżnienia pochodzą od autorki).

Krótko mówiąc, Palestyńczycy nie są zainteresowani własnym państwem; interesuje ich jedynie to, by nie istniało państwo żydowskie. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na pewną pułapkę akademickiej interpretacji fragmentu wystąpienia brytyjskiego ministra Ernesta Bevina przed parlamentem podczas konferencji dotyczącej Palestyny w 1947 roku. Bevin powiedział wówczas:

Dla Żydów zasadniczą kwestią jest utworzenie suwerennego państwa żydowskiego. Dla Arabów zasadniczą kwestią jest przeciwstawianie się do samego końca ustanowieniu żydowskiej suwerenności w jakiejkolwiek części Palestyny.

Niektórzy badacze sprowadzili tę wypowiedź do chwytliwego hasła: „Żydzi chcą mieć państwo, a Arabowie nie chcą, żeby Żydzi mieli państwo”. W ten sposób powstała elegancko opakowana symetria, która może skłonić próżnego akademika do przekonania, że odnalazł palestyńskiego Świętego Graala, i zniechęcić go do dalszych badań z obawy, że ten Graal okaże się jedynie mirażem. Hasło „Żydzi chcą mieć państwo, a Arabowie nie chcą, żeby Żydzi mieli państwo” przedstawiane jest jako ostateczna odpowiedź. Trzeba jednak zapytać: ostateczna odpowiedź na co?

Jest to jedynie końcowy, niepodważalny dowód na to, że my, Żydzi, jesteśmy ofiarami. Właśnie to powtarzaliśmy od samego początku. Jedynym sposobem wyjścia z tej roli ofiary pozostaje nadzieja, że Palestyńczycy pewnego dnia zrozumieją, iż nigdzie się nie wybieramy i będą musieli zaakceptować fakt istnienia państwa żydowskiego. Tym samym jednak samo istnienie państwa żydowskiego zostaje postawione pod znakiem zapytania w chwili, gdy usiłuje się go bronić.

Środowiska akademickie rozwijające taki sposób myślenia utknęły w koncepcji tzw. rozwiązania dwupaństwowego, nie dostrzegając, że w tej formule w rzeczywistości nie ma miejsca na dwa państwa. Staje się to jasne dopiero wtedy, gdy przeczyta się zakończenie wypowiedzi Bevina i nie wyciąga z niej wniosku, że – podobnie jak Żydzi – również Palestyńczycy chcą własnego państwa. W obecnej postaci wspomniane hasło jest niewiele więcej niż wyrazem moralizatorskiego sentymentalizmu. Aby miało jakąkolwiek wartość analityczną, powinno raczej brzmieć: „[palestyńscy] Arabowie nie chcieli mieć własnego państwa i nie chcieli również, aby Żydzi mieli swoje państwo” – taki wniosek znacznie wyraźniej wynika z wypowiedzi Bevina.

Wówczas zamiast stwierdzenia „Żydzi są ofiarami” otrzymujemy stwierdzenie „Żydzi mają wrogów”. Cały sposób myślenia zmienia się z „musimy mieć nadzieję, że pewnego dnia będą dla nas życzliwi” na „przygotujmy się do walki, ponieważ nadchodzą”. Fantazja o „dwóch państwach”, która od tamtej pory ciąży nad żydowską polityką, jest jedynie rozwiniętą formą syjonistycznego marzenia Partii Pracy o dzieleniu się owocami tej ziemi z Arabami.

Izraelscy Żydzi mawiają, że Palestyńczycy nigdy nie przepuszczają okazji, by przegapić okazję. Oczywiście mają na myśli okazję do zawarcia pokoju z Izraelem i ostatecznego uzyskania własnego państwa palestyńskiego. Gdyby jednak patrzyli na Palestyńczyków nie jako na ludzi dążących do stworzenia państwa, lecz jako na ludzi dążących do zniszczenia Izraela i narodu żydowskiego, mogliby dojść do wniosku, że Palestyńczycy nigdy nie przepuszczają okazji, by wykorzystać nadarzającą się okazję. Niezależnie od tego, czy chodzi o kierowcę autobusu wjeżdżającego w ludzi czekających na przystanku, kobietę podwożącą zamachowca-samobójcę do zatłoczonej restauracji, czternastoletniego chłopca wbijającego nóż w brzuch ciężarnej Żydówki czy podpalenie góry śmieci obok żydowskiej społeczności, aby spowić ją duszącym dymem – każda okazja, duża czy mała, zostaje dostrzeżona i wykorzystana.

Skłonność Palestyńczyków do nieustannych ataków na Izrael jest wpisana w samą ich tożsamość jako Palestyńczyków. Niektórzy, dzięki wyjątkowej sile charakteru, mogą wyrwać się z tego uwarunkowania, ale nie jest to regułą. Imperatyw dżihadu, stanowiący istotę palestyńskiej racji bytu, oraz wszechobecny etos męczeństwa nie wywodzą się jednak z faktu stworzenia Palestyńczyków przez KGB. Są one znacznie starsze i wynikają z ich przynależności do islamu. To właśnie do tego odwołało się Bractwo Muzułmańskie w latach czterdziestych XX wieku. Palestyńczycy są jedynym narodem na świecie, którego tożsamość nie wymaga wspólnego języka, monarchy ani własnego państwa, lecz zagłady innego narodu. Są także wyjątkowi pod tym względem, że mają tylko jeden sposób potwierdzania własnej tożsamości: unicestwienie innego narodu. A gdyby kiedykolwiek, nie daj Boże, nadarzyła się im sposobność zabicia wszystkich Żydów, natychmiast popadliby w kryzys egzystencjalny, ponieważ nie potrafią określać samych siebie inaczej niż jako zabójcy Żydów. Biorąc pod uwagę centralną rolę przemocy w ich kulturze – zarówno w relacjach wewnątrz rodzin, jak i pomiędzy klanami – istnieje duże prawdopodobieństwo, że zwróciliby się przeciwko sobie nawzajem i rozpoczęli bratobójczą walkę.

Palestyńczycy będą mogli ocalić samych siebie tylko wtedy, gdy każdy z nich porzuci nihilistyczną tożsamość palestyńską na rzecz jakiejkolwiek konstruktywnej tożsamości. Nie ma przy tym znaczenia, jakiej – każda będzie lepsza od tożsamości palestyńskiej. W tej ponurej i przygnębiającej sytuacji jest jednak promyk nadziei. Świat ludzi wolnych i indywidualnej autonomii wywiera dziś na świat muzułmański i na psychikę muzułmanów, w tym Palestyńczyków, wpływ silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Tendencja ta będzie się prawdopodobnie nasilać, i to w sposób wykładniczy. Tak jak istnieją muzułmanie próbujący opóźnić nieuniknione poprzez różne formy „miękkiej apostazji” – od „muzułmanów kulturowych” po „życzliwych byłych muzułmanów” – tak samo są Palestyńczycy usiłujący podążać podobną drogą. Ludzie Zachodu mogą takich Palestyńczyków podziwiać, lecz zasada „żyj i pozwól żyć” nie jest wartością ani muzułmańską, ani tym bardziej palestyńską, o czym oni sami doskonale wiedzą. W obu przypadkach doktryny empatii i odcięcia się od odstępców, nakaz czynienia dobra i zakazywania zła, da’wa oraz kara śmierci za apostazję ostatecznie wymuszą rozstrzygnięcie w jedną lub drugą stronę.

Wracając do krytyki Krzysztofa, warto poczynić kilka uwag.

Podstawowym nieporozumieniem w krytyce Krzysztofa jest założenie, że Arabowie palestyńscy znajdują się w stanie pokoju. Tak nie jest. Od chwili, gdy pojawili się na tych ziemiach 1400 lat temu, pozostają w stanie wojny z Żydami i chrześcijanami. Konflikt ten nasilił się wraz z napływem Żydów do Erec Israel od połowy XIX wieku, a jeszcze bardziej po upadku Imperium Osmańskiego, kiedy pojawiła się możliwość, że Arabowie mogliby znaleźć się pod rządami niewiernych. Gdy na początku lat dwudziestych XX wieku stało się jasne, że mogą znaleźć się pod rządami Żydów, sytuacja stała się alarmująca, a masakry stały się zjawiskiem powszechnym.

Nie ma w tym nic nienaturalnego. Nie wdając się w szczegóły dotyczące doktrynalnie określonych relacji między muzułmanami a Żydami, islam nakazuje prowadzenie wojny między muzułmanami a niemuzułmanami, ze szczególnym naciskiem na Żydów. Raj pozostanie niedostępny, dopóki muzułmanie nie zabiją ostatniego Żyda na ziemi. Palestyńczycy zostali stworzeni przez KGB na „materiale genetycznym” dostarczonym przez islam i przygotowani przez Bractwo Muzułmańskie właśnie do realizacji tego celu.

Ledwie palestyńskie dziecko nauczy się mówić, już wypowiada – ku zachwytowi zachęcających je rodziców – słowa: „Chcę zabijać Żydów” (Yahud). Do czasu ukończenia szkoły podstawowej i kilku obozów szkoleniowych dla terrorystów („obozów letnich”) potrafi już czołgać się w błocie z karabinem maszynowym uniesionym nad głową, podczas gdy tuż nad nim rozciąga się drut kolczasty i świszczą kule z ostrej amunicji; potrafi z zawiązanymi oczami rozłożyć i ponownie złożyć karabin Kałasznikowa oraz porwać Żyda. Pod koniec szkoły średniej i po ukończeniu kolejnych specjalistycznych obozów umie prowadzić ogień w szyku, zakładać ładunki wybuchowe, przekonująco zachowywać się podczas przesłuchań i z niecierpliwością czeka na zabicie swojego pierwszego Żyda.

Jeśli chodzi o „status Palestyńczyków (…) oraz charakter sprawowanej tam władzy”, to rzeczywiście istnieje pewien problem. Izraelczycy traktują naród znajdujący się z nimi w stanie wojny tak, jak gdyby pozostawał z nimi w stanie pokoju. To właśnie dlatego Żydzi od ponad stu lat giną z rąk Arabów palestyńskich. Jest to łatwa wojna, w której nawet ośmioletnie dzieci zdobywają praktyczne doświadczenie, rzucając kamieniami w żołnierzy i wiedząc, że nie zostaną zastrzelone.

Tak czy inaczej, Palestyńczycy są w stanie wojny – zawsze. Palestyńskie matki nie płaczą z radości jedynie dlatego, że ich synowie zginęli podczas zabijania Żydów; czynią to dlatego, że ich synowie są bohaterami wojennymi. I to nie byle jakimi bohaterami, lecz takimi, którzy polegli w sprawie Allaha, co natychmiast podnosi status społeczny ich rodzin. Nie ma dla palestyńskiej matki większej tragedii niż śmierć syna podczas dżihadu, któremu nie udało się zabić ani jednego Żyda. Gdy Palestyńczycy znajdą się w pobliżu Żydów, muszą szukać okazji, by ich zabić, a jeśli to niemożliwe – przynajmniej ich skrzywdzić. Jeżeli do ataku nie dochodzi, oznacza to jedynie, że w danym momencie został on uznany za niewykonalny.

W latach 1948–1960 Izrael był, co zrozumiałe, zajęty budową własnego państwa. Mniej znanym faktem jest jednak to, że ówcześni izraelscy przywódcy byli również gotowi dzielić się dobrobytem swojego państwa z Arabami – zarówno tymi z Mandatu Palestyny, jak i tymi, którzy napłynęli tam z całego byłego Imperium Osmańskiego, aby korzystać z owoców żydowskiej imigracji, a którzy później zostali objęci wspólnym określeniem „Palestyńczycy”. Żydzi nie mieli zamiaru kontrolować, uciskać ani okupować Arabów.

Kiedy więc Krzysztof twierdzi, że mój esej „pomija kwestie leżące u podstaw sporu”, muszę zwrócić uwagę, że żadnego sporu nie ma. Jest tylko wojna, w której Arabowie palestyńscy próbują zabijać Żydów i od czasu do czasu im się to udaje, podczas gdy Żydzi starają się im w tym przeszkodzić. Jedyny spór toczy się z daleka i dotyczy tego, co wolno uznać za obiektywną rzeczywistość, a czego nie.

Krzysztof twierdzi, że u podstaw sporu leżą następujące kwestie: odmienne systemy prawne obowiązujące Izraelczyków i Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu, ograniczenia swobody przemieszczania się, status osiedli, areszty administracyjne, kwestie obywatelstwa oraz prawa powrotu. Żadna z tych kwestii nie ma zastosowania w warunkach wojny, a Izrael nie byłby nimi obciążony – ani nie musiałby odpowiadać na stawiane z ich powodu zarzuty – gdyby po prostu uznał, że ma do czynienia z dżihadem, a nie ze sporem. Wszystkie „kwestie”, o których mówi Krzysztof i które rzekomo pomija mój esej, stają się problemami wyłącznie wtedy, gdy na wojnę patrzy się tak, jakby była pokojem.

„To właśnie te kwestie stanowią sedno debaty o apartheidzie” – pisze Krzysztof. Wszystkie wymienione problemy znajdują się jednak w centrum konfliktów społecznych i terytorialnych w niezliczonych państwach świata: dotyczą Kurdów w Turcji, hinduistów w Pakistanie, chrześcijan w Chinach, mieszkańców Azji Południowej w państwach Zatoki Perskiej, ludności wiejskiej w chińskich miastach, Afrykanów w Kuwejcie czy nielegalnych imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Nikomu jednak nie przychodzi do głowy określać któregokolwiek z tych państw mianem „państwa apartheidu” z powodu występowania dokładnie tych samych problemów. Jedynie w przypadku Izraela – jeśli podążyć za sposobem rozumowania Krzysztofa – obecność takich kwestii wywołuje „debatę o apartheidzie”. Nigdzie indziej. To wymaga wyjaśnienia.

Mam nadzieję, że wykazałam, iż jeśli ktoś twierdzi, że Izrael jest państwem apartheidu, to jego twierdzenie nie ma nic wspólnego z prawem, międzynarodowym ani jakimkolwiek innym, a domaganie się od niego udowodnienia tej tezy byłoby działaniem nieskutecznym, ponieważ nie są to twierdzenia mające na celu ustalenie prawdy.

Oskarżenie o bycie „państwem apartheidu” służy temu, by wywołać skojarzenie Izraela z odrazą, jaką przyzwoici ludzie odczuwali wobec apartheidu w Republice Południowej Afryki – z powodu niesprawiedliwości prawnej, moralnego zepsucia i ludzkiej tragedii tego mrocznego rozdziału historii. Ma ono również skojarzyć „Palestyńczyków” z empatią okazywaną czarnoskórym mieszkańcom RPA pod rządami apartheidu oraz wynieść palestyńskich przywódców do rangi moralnych bojowników walczących z apartheidem.

Bezpośredni atak z użyciem oskarżenia o „państwo apartheidu” nie wyszedł jednak od Palestyńczyków, lecz od lewicowych żydowskich antysyjonistów, którzy próbowali wykorzystać to, co postrzegali jako listę problemów występujących w Judei i Samarii.


Źródła ilustracji

Government Press Office (Izrael), CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=22811903 (kadrowane)

Trouw, 31 marca 1977 r.

Autor nieznany – pierwotna publikacja: przed 1979 r.; bezpośrednie źródło: Fatah News; dozwolony użytek, https://en.wikipedia.org/w/index.php?curid=75410168

Link do oryginału:

Murtadd to Human
The “Palestinians,” UN Resolution 3379 and “Israel is an apartheid state”
Read more

Anjul Pandavar, urodzona w Południowej Afryce w muzułmańskiej rodzinie, zna czarne karty islamu tak, jak niektórzy z nas znają czarne karty Kościoła katolickiego. Islam broniący się przed współczesnością coraz głębszym fundamentalizmem, islam który sprzymierzył się z nazizmem, islam gloryfikujący nienawiść i barbarzyństwo, dotarł jej zdaniem do punktu zwrotnego. Wielu mieszkańców muzułmańskiego świata zaczyna dostrzegać, że ich religia nie tylko cofa ich do średniowiecza, uniemożliwia współżycie z innymi, ale również niszczy ich życie codzienne.

Autorka książki Islam, Wiara a człowieczeństwo wydanej w przekładzie Małgorzaty Koraszewskiej na język polski nakładem Wydawnictwa „Stapis”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


USA obawiały się, że Izrael storpeduje rozmowy z Iranem. “Jeśli zabijesz tych ludzi, zabijesz pragmatyków”

Przewodniczący irańskiego wymiaru sprawiedliwości Gholamhossein Mohseni Ejei, przewodniczący parlamentu Mohammad Baqer Qalibaf, prezydent Masoud Pezeshkian oraz dowódca wojskowy Mohsen Rezaee biorą udział w ceremonii pożegnalnej dla delegatów zagranicznych, poświęconej zmarłemu Najwyższemu Przywódcy Iranu, ajatollahowi Alemu


USA obawiały się, że Izrael storpeduje rozmowy z Iranem. “Jeśli zabijesz tych ludzi, zabijesz pragmatyków”

Wojciech Podgórski


Obawy dotyczące izraelskich zamiarów były na tyle silne, że wiosną Waszyngton poprosił mediatorów o przekazanie Teheranowi ostrzeżenia na ten temat.

Wysocy rangą przedstawiciele administracji USA obawiali się, że Izrael zamierza zabić irańskich negocjatorów Mohammada Ghalibafa i Abbasa Aragcziego i ostrzegli o tym władze w Teheranie – podał “Washington Post”. Stany Zjednoczone obawiały się, że Izrael storpeduje rozmowy dyplomatyczne.

Jak pisze dziennik, który powołuje się na obecnych i byłych urzędników USA wtajemniczonych w sprawę, obawy dotyczące izraelskich zamiarów były na tyle silne, że wiosną Waszyngton poprosił mediatorów o przekazanie Teheranowi ostrzeżenia na ten temat.

Gazeta nie podała, kiedy dokładnie doszło do przekazania ostrzeżenia. Jednak według cytowanego dyplomaty jeszcze w marcu amerykańscy urzędnicy powiedzieli swoim izraelskim odpowiednikom, by przestali zabijać czołowych przedstawicieli irańskiego reżimu. – Jeśli zabijesz tych ludzi, zabijesz pragmatyków – powiedział jeden z rozmówców “Washington Post”.

“USA szukały irańskiego urzędnika, z którym mogłyby się dogadać, a on nagle zniknął”

Według źródeł dziennika choć początkowo zarówno USA, jak i Izrael popierały zmianę reżimu w Iranie. Wojna zaczęła się od zabójstwa najwyższego przywódcy Iranu ajatollaha Alego Chameneiego oraz kilkudziesięciu innych wysoko postawionych urzędników reżimu i dowódców wojska. Potem jednak Stany Zjednoczone szybko zmieniły politykę, uznając, że establishment utrzyma się przy władzy w Teheranie.

Przełomowym momentem miało być zabójstwo szefa Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Alego Laridżaniego. – Punktem zwrotnym nie było zabójstwo najwyższego przywódcy, lecz zabójstwo Laridżaniego – powiedział zachodni urzędnik. – USA szukały irańskiego urzędnika, z którym mogłyby się dogadać, a on nagle zniknął – dodał.

“Washington Post” przypomina, że przewodniczący parlamentu Iranu Ghalibaf, który stoi na czele irańskiej delegacji negocjującej porozumienie pokojowe z USA, był jednym z celów Izraela podczas ubiegłorocznej wojny 12-dniowej. Miał on znajdować się razem z innymi urzędnikami reżimu w bunkrze zaatakowanym przez Izrael, jednak przeżył to uderzenie. Aragczi, drugi czołowy negocjator Iranu, jest ministrem spraw zagranicznych.


Źródło: PAP


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Mamdani Confirms Talks With Former VP Kamala Harris Amid Reports 2028 Contender Strengthening Ties With Anti-Israel Activists


Mamdani Confirms Talks With Former VP Kamala Harris Amid Reports 2028 Contender Strengthening Ties With Anti-Israel Activists

Corey Walker


US Vice President Kamala Harris. Photo: Erin Schaff/Pool via REUTERS

New York City Mayor Zohran Mamdani confirmed early Wednesday reports that he has been in contact with former Vice President Kamala Harris, raising eyebrows among pro-Israel and moderate Democrats.

“The vice president reached out to have a conversation,” Mamdani said in an interview with progressive radio host Clay Kane, “and we’ve had a brief conversation. We’ve been in touch over the last few months, and I really do appreciate her outreach.”

The interview comes amid a Wednesday Axios report that Harris, who is widely considered a frontrunner for the 2028 Democratic presidential nomination, has sought out discussions with progressive and pro-Palestine activists ahead of an expected presidential campaign launch. The report signals that Harris is attempting to mend relations with party activists, a wing of the Democratic base which largely condemned her for refusing to support a full arms embargo against Israel during the 2024 presidential campaign.

During that election cycle, anti-Israel activists routinely protested and shouted down Harris at campaign events, accusing her of helping facilitate a so-called “genocide” in Gaza. The activists also organized the “Uncommitted Movement,” an effort that encouraged Democratic voters not to vote for Harris over her unwillingness to acquiesce to their slate of anti-Israel demands.

Abbas Alawieh, a co-founder of the Uncommitted Movement, met with Harris for a discussion last week in Michigan, according to Axios. Alawieh told the outlet that he “reiterated my longstanding position that American tax dollars should never be used to target civilians or destroy entire communities.”

Israel denies allegations that its military operations involve targeting civilians. The Jewish state points to various measures it says are designed to mitigate civilian harm, such as alerting civilians before commencing airstrikes and establishing evacuation corridors. Hamas, the terrorist group that governs Gaza, maintains a long-established practice of embedding military operatives within the civilian population and repurposing civilian infrastructure such as schools and hospitals for military use — actions that endanger the population of the beleaguered enclave.

Notably, the Uncommitted Movement has not condemned Hamas and has not called for the terrorist group to surrender control of the Gaza Strip.

Harris’s outreach is perceived by observers as part of a strategy to curry favor with an increasingly influential progressive flank of the Democratic Party. Anti-Israel progressives have enjoyed a flurry of victories in recent weeks, toppling incumbents in both New York City and Colorado. Skeptics caution, however, that these victories occurred in deep-blue districts that are not representative of national sentiment.

The former vice president wrote in her memoir, 107 Days, that she “pleaded” with former President Joe Biden to express more “empathy” for Palestinians in the months following the Oct. 7 attacks. She lamented that Biden stridently labeled himself a “Zionist” and said his remarks about innocent Palestinians “came off as inadequate and forced.”

The story has also sparked concern among pro-Israel liberals that Harris and other 2028 contenders will distance themselves from the Jewish state. Polls indicate that Israel’s popularity has cratered among the Democratic electorate in the nearly three years since the outbreak of the Israel-Hamas War, with an overwhelming majority of Democrats now saying they believe Israel has committed a so-called “genocide” in Gaza. The plummeting support for Israel within the Democratic base has prompted many high-profile Democrats to more publicly condemn Israel and its leaders, with several progressive firebrands leveling unsubstantiated accusations of “genocide” against the Jewish state.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Izrael nie jest kolonią. Jest powrotem diaspory

To plakat amerykańskiego artysty z 1919 roku, stworzony w celu promocji „Palestine Restoration Fund” dla Syjonistycznej Organizacji Ameryki.


Izrael nie jest kolonią. Jest powrotem diaspory

Uri Kurlianchik


To plakat amerykańskiego artysty z 1919 roku, stworzony w celu promocji „Palestine Restoration Fund” dla Syjonistycznej Organizacji Ameryki.

Kolonia to grupa ludzi, którzy osiedlają się na odległym terytorium, aby utrzymywać więzi z krajem macierzystym, zazwyczaj w celu przesyłania do niego zasobów. Kartagina była fenicką kolonią założoną przez kupców z Tyru. Trzynaście Kolonii w Ameryce było koloniami angielskimi założonymi przez osadników z Wielkiej Brytanii. Francuska Algieria była francuską kolonią założoną przez Francję. Kolonia zawsze ma metropolię, która nią kieruje i do której wysyła zasoby. Przykłady: Wielka Brytania w Indiach, Francja w Algierii, Hiszpania w Meksyku, Turcja na Cyprze, ZSRR w Kazachstanie, Chiny w Tybecie.

Na marginesie: przyznaj, że zaskoczyło cię uwzględnienie mocarstw nieeuropejskich. Zabawne, jak we współczesnej akademii zawsze uchodzi im to na sucho. Ciekawe dlaczego…?

Jeśli więc Izrael jest kolonią, to czyją? Którego państwa jest kolonią? Gdzie znajduje się jego metropolia?

Nie istnieje jedno państwo, z którego pochodziłaby większość Żydów imigrujących do Palestyny. Większość przybyła jako imigranci i uchodźcy, bez jakiegokolwiek wsparcia ze strony krajów, które opuszczali, często uciekając przed przemocą i prześladowaniami.

Ich celem nigdy nie było wzbogacanie odległej metropolii. Chodziło o samostanowienie na terytorium mającym dla Żydów głębokie znaczenie historyczne i religijne. Niepodległość Izraela przypadła na okres dekolonizacji, a nie kolonizacji.

Oczywiście Izrael nie odpowiada współczesnej definicji kolonii. Jednak pierwsi syjoniści czasami używali tego terminu. Dlaczego?

Ponieważ znaczenie słów zmienia się z biegiem czasu.

Ludzie, którzy przybywali z odległych krajów, aby zakładać nowe osady na bagnach i pustyniach, byli kolonistami w tym samym sensie, w jakim kolonistami byliby ludzie osiedlający się na Marsie, ale nie byli kolonizatorami.

Używali słowa „kolonia”, aby opisać coś będącego właściwie przeciwieństwem tego, co dziś określa się tym mianem, czyli formy okupacji. Nawet najbardziej zagorzały krytyk syjonizmu nie może przecież oskarżać ich o okupowanie czegokolwiek w 1880 roku…

Czym więc jest Izrael? Powiedziałbym, że najlepszym określeniem byłby „powrót diaspory”. Choć dziś rzadko się je słyszy, nie jest ono czymś wyjątkowym.

Najbliższymi przykładami, jakie przychodzą mi do głowy, są Liberia i (w mniejszym stopniu) Pakistan.

Powstanie Izraela było reakcją na antysemityzm, tak jak powstanie Liberii było reakcją na rasizm, a Pakistanu – na uprzedzenia religijne. Izrael jest podobny do Liberii o tyle, że prześladowana grupa przeniosła się na odległe terytorium, z którym łączyły ją historyczne więzi, aby stworzyć państwo, w którym będzie wolna od prześladowań. Pakistan z kolei, podobnie jak Izrael, powstał w wyniku migracji wywołanej podziałem obszaru zamieszkanego przez ludność mieszaną.

Wspólnym mianownikiem wszystkich trzech projektów narodowych jest to, że prześladowania i brak własnego państwa skłaniają ludzi do domagania się własnego terytorium. Celem nie jest wzbogacenie odległej ojczyzny-metropolii, lecz stworzenie miejsca, w którym ludzie będą mogli żyć z godnością.

Pozostaje nam więc współczesny wynalazek w postaci „kolonializmu osadniczego”, który nie ma nic wspólnego z pierwotną definicją kolonializmu, lecz zamiast tego łączy dwa słowa, o których lewica uczy nas, że są straszne, tworząc coś bardzo, bardzo strasznego.

Zasadniczo kolonializm osadniczy oznacza, że silniejsze państwo rozszerza swoją obecność na terytorium słabszego państwa, wypierając jego pierwotnych mieszkańców. Na pierwszy rzut oka wydaje się to bardziej trafnym określeniem, lecz podobnie jak nazywanie Izraela kolonią, rozpada się przy nawet najbardziej pobieżnej analizie.

Żydzi są nieprzerwanie i udokumentowanie obecni na Ziemi Izraela od tysięcy lat. Współczesna ludność arabska wywodzi się z różnych fal migracji i podbojów na przestrzeni wieków. Z pewnością ma w sobie pewien udział ludności rdzennej, ale ma również wiele obcego pochodzenia.

Jeśli „rdzenny” oznacza „pierwotni mieszkańcy”, odpowiedź jest głęboko niejednoznaczna na ziemi, która przez tysiąclecia była dziesiątki razy podbijana i ponownie zasiedlana. W gruncie rzeczy wszyscy mieszkańcy tego regionu są dziś mieszaniną różnych pochodzeń.

Obecnie Izrael jest suwerennym państwem ludzi, którzy się tam osiedlili. Żydzi, którzy osiedlili się w Palestynie, stali się narodem samorządnym, a nie placówką zagranicznego imperium.

Konflikt między Żydami a Arabami w Izraelu rozpoczął się jako wojna domowa i w pewnym sensie nadal nią jest, choć przekształcił się w coś wyjątkowego z powodu wyjątkowego uporu Izraela, by nie wypędzić wrogiej ludności, jak uczynił niemal każdy inny kraj w poprzednim stuleciu.

Tak właśnie powstawała większość narodów w historii: poprzez migrację, wyparcie wcześniejszych mieszkańców i ustanowienie własnej suwerenności. Rosja, Turcja, Wielka Brytania, Francja, Hiszpania – wszystkie ukształtowały się w ten sposób, a mimo to żadnego z tych państw nie określa się mianem kolonii.

Jeżeli Izrael jest kolonią osadniczą, to wszystkie państwa nią są, co czyni ten termin pozbawionym znaczenia.

Jest jeszcze kwestia intencji.

Kolonializm osadniczy zakłada celową, wspieraną przez państwo eliminację ludności rodzimej w interesie państwa kolonizującego. Imigracja syjonistyczna nie była sponsorowana przez żadne państwo.

Żydzi prywatnie kupowali ziemię i od podstaw budowali własne instytucje. Ich zamiarem było przetrwanie i samostanowienie, a nie eliminacja Arabów żyjących wokół nich. Większość wczesnych syjonistów wyraźnie opowiadała się za współistnieniem, choć bardzo niewielu Arabów podzielało tę wizję.

Wysiedlenia były konsekwencją wojny stoczonej między dwoma narodami – zderzenia dwóch sprzecznych dążeń narodowych. Nie było w tym nic wyjątkowego w epoce, w której miliony ludzi zostały przesiedlone w ramach ogromnych wymian ludności w Europie i Azji, z których żadna nie była przez środowiska akademickie określana mianem kolonializmu osadniczego.

Widzieliśmy to w Algierii, Indonezji, Czechosłowacji, Jugosławii, Turcji, Grecji, na Cyprze, w Bułgarii, Bhutanie i niezliczonych innych miejscach. O większości tych wydarzeń dziś się nie pamięta, ponieważ całe populacje zostały wypędzone i problem został rozwiązany.

Wreszcie kolonializm osadniczy napędzany jest przez siłę: dominująca grupa rozszerza swoją władzę kosztem słabszej.

Żydzi przybywający do Palestyny, zwłaszcza po Zagładzie, należeli do najbardziej prześladowanych i bezbronnych ludzi na świecie, a nie do przedstawicieli ekspandującego imperium, które projektowało swoją potęgę na zewnątrz.

Ich zwycięstwo nad pięcioma najeżdżającymi armiami państw arabskich było niczym innym jak cudem. Ich decyzja, by nie zrobić tego, co w XX wieku zrobiło tak wiele innych państw, i nie dokonać transferu wrogiej ludności, była niczym innym jak szaleństwem.

Mimo to Izrael nie jest kolonią. Jest powrotem diaspory.


Link do oryginału:

Uri Kurlianchik – Israel Is Not a Colony, It’s a Diaspora Return
A colony is a group of people who settle in a distant territory to establish ties with their mother country, usually with the purpose of sending resources back. Carthage was a Phoenician colony established by merchants from Tyre. The Thirteen Colonies of America were English colonies established by settlers from Britain. French Algeria was a French colo…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


On its 250th birthday, Jews mustn’t abandon the fight for America


On its 250th birthday, Jews mustn’t abandon the fight for America

Jonathan S. Tobin


If the United States is lost to the woke left or the woke right, the consequences for Jews and the world are unimaginable. Now isn’t the time to write it off.

The Patrouille de France conducts a flyover above the Statue of Liberty in New York Harbor in commemoration of the 250th anniversary of American independence, June 9, 2026. Photo by Angela Weiss/AFP via Getty Images.

For those old enough to remember the general hoopla and feel-good atmosphere of the American bicentennial, the general lack of enthusiasm surrounding the 250th anniversary of the Declaration of Independence is shocking … and discouraging. Unlike 50 years ago, when the entire nation seemed to fairly burst with patriotic fervor, this year’s commemoration has a downbeat flavor to it.

Even worse, some Jews are—for the first time in the history of the country—beginning to think that America is no longer a safe place. Some are even openly speaking of it as no different from any other stop in the last two millennia of Jewish Diaspora waystations.

The reasons why are not far-fetched. But rather than giving up on the United States at a time when Jewish life is starting to feel precarious, Jews should be doing the opposite. They should not only be joining wholeheartedly in the America 250 celebrations. They should be doubling down on their determination to fight for it.

Partisanship and woke ideology

Some of the lack of enthusiasm for America 250 is due to the hyperpartisanship of these times, with many Democrats and liberals being reluctant to celebrate the country led by a man they despise: President Donald Trump.

But a lot also has to do with the pervasive influence of left-wing ideologies like critical race theory, intersectionality and settler-colonialism, that helped generate a spate of antisemitism that has rocked this country following the Hamas-led Palestinian Arab terrorist attacks in Israel on Oct. 7, 2023. These toxic ideas now dominate American education, journalism, culture and the arts. A half-century ago, they were largely unknown and confined to portions of the academy where progressives were just beginning to make their way in their long march through American institutions. But today, the belief that the United States is an irredeemably racist nation that has been more a force for evil than good has become widespread.

This neo-Marxist worldview is patently false. And yet, it has played an outsized role in convincing a great many people, especially the college-educated who now make up the vast majority of those who vote for Democrats and identify as liberal, that old-fashioned patriotism of the sort that was commonplace in 1976 is not merely out of fashion. It’s downright wrong.

And it is due to the growing influence of such thinking that many are starting to feel like the golden age of American Jewry is over.

Antisemitism isn’t merely rising to unprecedented levels; it is being mainstreamed by corporate media outlets like The New York Times. More than that, for the first time in American history, it has become an organizing principle of politics. Hatred for Israel and the normalization of blood libels against the Jewish state are now the litmus test by which left-wing activists view candidates, including those who are otherwise down-the-line liberals on every other issue, such as Rep. Dan Goldman (D-N.Y.), who just lost a primary that will mean the end of his career as a member of the U.S. House of Representatives.

Sadly, the same phenomenon is beginning to make itself felt on the American right as well. Though the overwhelming majority of Republicans and conservatives are pro-Israel and philo-semitic, the influence of Jew-hating podcasters—namely, former Fox News host Tucker Carlson, the even crazier commentator Candace Owens and the Holocaust-denying neo-Nazi Nick Fuentes, along with enablers like media celebrity Megyn Kelly—is also on the rise. Worse than that, Vice President JD Vance has been sending signals that not only is he neutral about the debate on the right about antisemitism, but that he is ready to jettison the U.S.-Israel alliance.

The fruits of American liberty

With the academy and so many other sectors of American life becoming hostile environments for Jews who won’t bend the knee to woke hatred for Israel and the Jewish people, it’s understandable that many no longer think of it as the “Goldene Medina” in the way their immigrant forebears did.

That’s sad, but it’s also counterproductive. Instead of throwing in the towel on what admittedly sometimes seems like a sinking ship, Jews should understand that they have no choice but to stand and fight for their place in society.

One reason for doing so is that, contrary to the assumptions of many Jewish liberals, America has always been a uniquely welcoming place for Jews. From its earliest days, the American republic not only didn’t erect barriers to Jewish equality and participation that were a given in Europe, as well as in the Arab and Muslim worlds. With few exceptions, Jews have always been treated as equal partners in the American experiment in constitutional government, rather than, as is the case elsewhere, a tolerated minority.

The principles of Judaism were baked into the Western Enlightenment thinking that was intrinsic to the mindset of the framers. And that made itself felt in a variety of ways. President George Washington’s famous letter to the Hebrew Congregation of Newport, R.I., in which he wrote that “happily the Government of the United States, which gives to bigotry no sanction, to persecution no assistance” was not merely a personal sentiment. Though Jews were a tiny minority in America, they had taken an active part in the American Revolution. And in a republic without an established religion and in which many of the various Christian sects had a living memory of persecution in Europe, religious freedom was enshrined as the nation’s “first freedom” in the Bill of Rights.

It was a nation that was not merely dedicated to liberty as no other had been. It was also a place where economic freedom and the rule of law were guaranteed, thus giving Jews and other immigrant minority groups a chance to better themselves. If American Jewry is the freest and most prosperous Jewish Diaspora in history, it is a function of the governing system first conceived in 1776 and then firmly established in the framing of the U.S. Constitution in 1787. It is those founding documents that are the guarantee of Jewish liberty as well as that of everyone else.

That this exceptionalism and tradition of liberty is under assault is not in doubt. A two-front war is being waged against the Judeo-Christian heritage that is the foundation of American liberty from both the left and the right. And given the strength of liberty’s woke opponents, pessimism about its survival, which is inextricably linked to Jewish safety, may be forgiven at times.

But the semiquincentennial is no time to concede that fight.

No choice but to stand and fight

We must do so not merely out of a desire to defend our lives here. We must do so because a strong America that has not abandoned the best of Western civilization and values is essential to the worldwide struggle against the forces of tyranny, both Marxist and Islamist, which threaten Israel and Jews everywhere.

If Jewish life is unsafe in America, it will be unsafe everywhere. And that will impact Israel as well. That’s why it is essential that, rather than giving up or giving in to hysterical talk about the end of American liberty and even the end of American Jewry, we must recommit to the fight to roll back the woke tide on the left and its antisemitic echo on the right—and to defeat it.

This may be a generational struggle in much the same way that leftist efforts to impose these false beliefs on the United States were one. But it is a battle that is necessary to fight—not just to save American Jewry, but to save the canon of Western civilization on which our freedoms rest.

The contempt for traditional patriotism and belief in the truth that the American republic—flawed though it might be—is a force for good in the world has already been made clear by left-wing elites. But as discouraging as this discourse may be, it is a reminder that the stigmatizing and targeting of Jews is part and parcel of the same struggle that other Americans are engaging in. America is and always has been exceptional. But it will only remain that way so long as a broad cross-section of its citizens—Jews and non-Jews, liberals and conservatives, Democrats as well as Republicans—are willing to stand up against the woke forces seeking to traduce its founding values.

The appropriate answer to attacks on Jews is not flight or a call to shelter in place. Jews must speak up and not abandon the streets or the public square to the antisemites and woke mobs. The rejoinder to anti-Jewish violence and intimidation is for Jews to act in the most quintessential American way possible: to arm themselves and make it clear that they will not be intimidated or silenced.

Those who hate the founding principles of the United States, in addition to its Jewish residents, may seem to be on the ascent, as election results in various Democratic Party primaries have shown. But they are wrong about the end of American greatness or the need to transform it into some pale reflection of Marxist or Islamist concepts. And as dire as the situation may seem at the moment, these enemies of liberty may be sealing their own fate with their attempt to foist antisemitic extremists on a country that is inherently moderate and where Jew-hatred of this type has always been confined to outliers rather than the mainstream.

Faith in the good sense and decency of the American people may seem like a forlorn hope when you witness the ability of figures like New York City Mayor Zohran Mamdani to affect the future of American democracy. But those who bet against America have always been shortsighted suckers. Right now is no time to doubt that this will continue to be the case.

On this 250th Independence Day, rather than writing off America, we should be embracing it all the more enthusiastically and pledging to defend it against those who wish to tear it down. The alternative is not merely unthinkable; it’s an abandonment of Western civilization, and all that decent people hold dear.

Happy birthday, America! Even on your worst day, we still believe in you, and we know you’re worth fighting for.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com