Jest tylko jedna ludzka cywilizacja (Zawsze zagrożona przez barbarię)

Jest tylko jedna ludzka cywilizacja (Zawsze zagrożona przez barbarię)

Andrzej Koraszewski


Dopiero kilka dni temu dowiedziałem się, że 7 stycznia 2026 r. zmarł Murad Wahba, egipski filozof, w Europie praktycznie nieznany, w Ameryce znany w wąskich kręgach filozofów. Wiele lat temu moja żona robiła napisy do jednego z jego wywiadów, potem wywiązała się krótka korespondencja na marginesie jego wypowiedzi na łamach egipskiego dziennika „El Watan”.

Murad Wahba był nie tylko filozofem, był również sędzią egipskiego Sądu Najwyższego, a równocześnie wiecznie atakowanym dysydentem. We wspomnianym wywiadzie denerwował się na określenie „zderzenie cywilizacji”, uważał je za absurdalne, wychodząc z założenia, że cywilizacja jest stopniowym odchodzeniem od dzikości, że jest zawsze zagrożona przez barbarzyńców atakujących od środka i z zewnątrz, rozkwita w różnych miejscach i upada pod naciskiem fanatyzmu i barbarzyństwa, a inni z ruin ratują to, co daje się ocalić, i próbują ją wskrzesić w innym miejscu.

Ten jego pogląd staje się naturalny i zrozumiały, kiedy uświadomimy sobie, że jego główną specjalnością był arabski renesans, a w szczególności Ibn Ruszd, znany jako Awerroes, człowiek do dziś uznawany za najbardziej wnikliwego komentatora Arystotelesa.

Murad Wahba nie zawsze mówił wszystko wyraźnie, nie zamierzał umierać na emigracji i dożył sędziwego wieku w Egipcie, mając 99 lat, nieustannie łagodnie, ale stanowczo spierając się ze światem. Studiował w Kairze, doktoryzował się w Aleksandrii. Zdecydowany zwolennik rozdziału meczetu i państwa, na pytanie o definicję sekularyzmu odpowiadał, że jest „to sposób patrzenia na świat, który uznaje jego nieustanną zmienność. Skoro świat się zmienia, również nasze rozumienie rzeczywistości powinno być względne i otwarte na korekty”. Wyjaśniał, że religijna absolutna pewność nie daje się pogodzić ze zmiennością życia. Od zamachu we wrześniu 2001 roku powtarzał, że rosnący na świecie fundamentalizm religijny prowadzi do islamistycznego terroryzmu, który dąży do zniszczenia współczesnej cywilizacji, a jej obrona wymaga mobilizacji wszystkich sił.

„Istnieje tylko jedna ludzka cywilizacja – mówił. – Jej początki sięgają czasów, gdy ludzie osiedlili się i nauczyli uprawiać ziemię. Od tamtej pory rozwijała się nieprzerwanie, zmieniając jedynie geograficzne centrum. Tak zwane »zderzenie cywilizacji« nie jest więc konfliktem między cywilizacjami, lecz starciem jednej ludzkiej cywilizacji z jej największym wrogiem – fundamentalizmem religijnym.

Tę cywilizację trzeba ocalić przed islamskim fundamentalizmem, którego celem jest ustanowienie światowego kalifatu”.

Murad Wahba był represjonowany podczas studiów, znienawidzony do końca życia przez Bractwo Muzułmańskie i przez „umiarkowanych” duchownych. Żeby zrozumieć jego filozofię, trzeba wrócić do arabskiego renesansu i do Awerroesa.

Arabski renesans kończył się w czasach, kiedy Polska dopiero zaczynała swoją historię. Brytyjsko-amerykański historyk Niall Ferguson twierdzi, że europejski renesans był możliwy dzięki rozproszeniu władzy i osłabieniu papiestwa. Heretycy znajdowali schronienie u bardziej tolerancyjnych i bardziej światłych władców. Wcześniejszy o ponad 500 lat renesans arabski funkcjonował podobnie i niemile widziani przez kapłanów heretycy znajdowali schronienie na bardziej tolerancyjnych dworach.

Ibn Ruszd (Awerroes) urodził się w Kordobie w 1126 roku. Nie, nie był pierwszym arabskim myślicielem, który pragnął ocalić spuściznę greckiej filozofii. Zainteresowanie grecką filozofią niepokoiło muzułmańskich teologów. Prawie siedemdziesiąt lat przed narodzinami Awerroesa w Persji urodził się Al-Ghazali. Wkrótce po studiach został zausznikiem wezyra w Bagdadzie i z czasem stanął na czele religijnej uczelni. Jego obsesją były zagrażające islamowi wpływy pogańskie, a przede wszystkim Arystoteles i inni greccy filozofowie. Ghazali napisał 40-tomowy traktat Ożywienie nauk religijnych. W drugiej połowie XI wieku wielu muzułmańskich uczonych było zafascynowanych Arystotelesem i greckim empiryzmem, który próbowano wykorzystywać do bardziej swobodnej interpretacji Koranu. Ghazali uważał, że Koran można zrozumieć dopiero po śmierci, stając przed obliczem Allaha. Stał się najbardziej znanym i najbardziej wpływowym wrogiem myśli starożytnej. Jego zdaniem wszystkie wysiłki poznawcze na drodze rozumu i empirii są próżne, a jedyną możliwością poznania jest całkowite zdanie się na bożą wolę (oczywiście w interpretacji kapłanów).

Awerroes polemizował z poglądami Al-Ghazalego w Traktacie rozstrzygającym, dowodząc, że filozofia jest lepszym narzędziem dociekania prawdy niż teologia. Ciekawy był jego pogląd na duszę ludzką – uważał, że jednostkowe dusze umierają wraz z ciałem, ale dusza ludzkości jest nieśmiertelna. Podejrzewam, że idea Murada Wahby – jednej ludzkiej cywilizacji, która zamiera w jednym miejscu i odradza się w innym – ma silny związek z ideą nieśmiertelnej duszy ludzkości Awerroesa.

Za najważniejszą pracę Awerroesa w dziedzinie filozofii uważa się Rozproszenie rozproszenia (Tahafut al-tahafut), w którym bronił arystotelesowskiego punktu widzenia, sprzeciwiając się argumentom Al-Ghazalego zamieszczonym w Rozproszeniu filozofów (Tahafut al-falasifa), według których arystotelizm jest sprzeczny sam ze sobą oraz dodatkowo stanowi zniewagę dla samego islamu.

Życie Awerroesa przypomina, jak bardzo historia się powtarza. Kiedy był młody, Andaluzja była ciągle bardzo tolerancyjna. Awerroes szybko zdobył sławę jako filozof, lekarz i prawnik. W ostatnich dekadach XII wieku do Kordoby i Sewilli dotarł islamski fanatyzm. Kiedy w 1153 roku Awerroes był w Marrakeszu (Maroko), gdzie przedstawiono go kalifowi Almohadów, wykręcił się od odpowiedzi na pytanie, czy niebiosa zostały stworzone z niczego, czy są wieczne, gdyż zła odpowiedź mogła być śmiertelnie niebezpieczna. Na większą swobodę zdobył się dopiero, kiedy kalif zaczął dyskutować z przedstawiającym go przyjacielem o Platonie i Arystotelesie.

W 1195 roku Awerroes popadł w niełaskę. Postawiono mu różne zarzuty i był sądzony przez trybunał w Kordobie. Trybunał potępił jego nauki i nakazał spalenie jego dzieł. Wygnano go do pobliskiego żydowskiego miasta Erlisana (obecnie Lucena), z czasem przeniósł się do Marrakeszu, gdzie aż do śmierci w 1198 roku był chroniony przez tamtejszego kalifa.

Wróćmy do czasów współczesnych i Murada Wahby. Jego zdaniem dzisiejszy fundamentalizm islamski opiera się na średniowiecznych teologach, którzy uznali Awerroesa za heretyka. Dzisiejsi teolodzy muzułmańscy w większości uważają cywilizację za śmiertelnego wroga, popychając szarych ludzi do terroryzmu.

Walka z islamskim terroryzmem nie powinna ograniczać się do walki zbrojnej; równie ważna, a może wręcz ważniejsza, jest edukacja, ponieważ „cywilizacja rodzi się z myślenia mitycznego, ale rozwija się dzięki rozumowi”. Fundamentalizm opiera się na zasadzie bezwzględnego posłuszeństwa, więc gdyby cały świat stał się kalifatem opartym na ślepym posłuszeństwie zamiast na rozumie, oznaczałoby to – według niego – ostateczny koniec cywilizacji.

Podstawowym zadaniem państwa jest ochrona życia obywateli, ale walka z fundamentalizmem nie może ograniczać się do zadań policji i wojska. Centralną rolę musi pełnić walka z ideologią i kulturą przemocy. Wahba w 1983 roku zorganizował międzynarodową konferencję pod hasłem „Filozofia i człowiek z ulicy”. Religia odbiera człowiekowi własną sprawczość, ale mentalność wiernopoddańczą można powoli zmieniać; do tego potrzebna jest szeroko pojęta warstwa nauczycielska, która nie zamyka się w wieży z kości słoniowej i potrafi rozmawiać z szarym człowiekiem.

Ta konferencja ściągnęła na niego gromy ze strony napuszonych. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Przeglądając teksty napisane po jego śmierci, widzę, że wielu pobożnych autorów nadal oskarża go o wszystkie możliwe grzechy, włącznie z syjonizmem. Najbardziej ubawiły mnie zapewnienia, że Murad Wahba nigdy nie wejdzie do raju. Ostrożny filozof nigdy otwarcie nie przyznawał się do ateizmu, ale mam wrażenie, że nigdy się do raju nie wybierał, zgadzając się ze swoim idolem, że dusza jednostki umiera wraz z ciałem, a o duszę ludzkości warto walczyć, jak długo żyjemy.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Bipartisan House bill calling for UNRWA to be permanently dismantled, replaced ‘long overdue,’ experts say


Bipartisan House bill calling for UNRWA to be permanently dismantled, replaced ‘long overdue,’ experts say

Rikki Zagelbaum


“This is not a case of a few bad apples,” Yoni Tobin, senior policy analyst at JINSA, told JNS. “It’s a case of a rotten tree.”

The U.N. Relief and Works Agency for Palestine Refugees (UNRWA) building in Rafah, the southern Gaza Strip, Nov. 29, 2021. Photo by Abed Rahim Khatib/Flash90.

A new bipartisan bill introduced by Reps. Mike Lawler (R-N.Y.) and Josh Gottheimer (D-N.J.) to permanently dismantle and replace the United Nations Relief and Works Agency, some of whose members participated directly in the Oct. 7 attacks, is long overdue, experts told JNS.

“It’s trying to put the administration’s words into action,” Yoni Tobin, senior policy analyst at the Jewish Institute for National Security of America, told JNS on Tuesday, when the bill was introduced.

“It sort of lays out a roadmap for how to actually create not only a pathway to dismantle UNRWA but to replace it,” he said. “To ensure that there is an entity that does what UNRWA was supposed to do all these years but didn’t do.”

The Replace UNRWA with Real Humanitarian Assistance Act would require the U.S. secretary of state to submit, within 180 days, a “comprehensive strategy, coordinated with international partners and allies,” for dismantling the agency, which the U.N. General Assembly created in December 1949 to assist Palestinian refugees.

UNRWA has no mandate to resettle refugees or pursue other permanent solutions to their status, and its registry has only grown since the agency’s founding because it continues to classify refugees and their descendants as “refugees” in perpetuity.

The plan would include a detailed timeline to wind the agency down, identify the governmental or nongovernmental entities that would assume its responsibilities and outline funding and transition plans.

The U.S. secretary of state would be required to begin implementing the plan within one year of submitting the strategy.

“UNRWA has repeatedly failed to meet the basic standards of accountability and neutrality that the international community should expect from any humanitarian organization,” Lawler stated. “Credible reports have exposed serious failures within the agency, including employees with ties to terrorist organizations and educational materials that promote antisemitism and incite violence.”

He added that dismantling the organization would not interrupt “humanitarian aid” to those who need it, while preventing the strengthening of “organizations that undermine peace and security.”

.
The former offices of the U.N. Relief and Works Agency for Palestine Refugees (UNRWA) in Jerusalem, Jan. 20, 2026. Photo by Yonatan Sindel/Flash90.

A June report from the U.S. Agency for International Development’s Office of Inspector General stated that its investigation had resulted in suspension or debarment referrals for more than 100 current or former UNRWA staff members who participated in the Oct. 7 attacks or had ties to the terrorist group.

The individuals included school principals, teachers, security personnel, attendants, psychosocial counselors and medical professionals.

“Democrats and Republicans agree. We can’t keep funneling money through an organization that teaches kids to hate and employs Hamas terrorists involved in the Oct. 7 attack,” Gottheimer stated.

“That’s why our bill requires a responsible, phased transition to replace UNRWA with accountable partners and makes sure aid reaches the people who need it,” he stated. “Aid should feed families, not fund terror.”

Several Jewish organizations have supported the legislation, including AIPAC, the Foundation for Defense of Democracies and Christians United for Israel Action Fund.

Tobin told JNS that the U.S.-led Board of Peace has already adopted a policy of ensuring that UNRWA has no place in Gaza’s future. The legislation, he said, lays out a plan for “how to actually make that come to fruition.”

“There needs to be some plan, some action item, while we have this window of opportunity,” he said, “while the United States is actively seeking the dismantlement of UNRWA as formal government policy, while Congress is receptive to the idea, while Hamas is militarily weak and while we have momentum with the Board of Peace.”

Since 2000, the United States has provided more than $5.2 billion to UNRWA, “and in return, it’s gotten a hostile, rogue agency that is an obstacle to peace in Gaza,” according to Tobin.

“When news broke in January 2024 that nearly a dozen UNRWA personnel participated in Hamas’s Oct. 7 massacre, it was shocking but not surprising,” he said. “UNRWA’s many structural problems for decades have included a very cozy relationship with terrorists in Gaza, many of whom had infiltrated the agency.”

“This is not a case of a few bad apples,” he told JNS. “It’s a case of a rotten tree.”

David May, a senior research analyst at the Foundation for Defense of Democracies, told JNS that the agency “is dedicated to preserving the Palestinians as refugees and political pawns to be wielded against Israel, not to resettling them and encouraging them to move past the conflict.”

“UNRWA is a drain on donors and an obstacle to peace” that has “sold Palestinians the fantasy of erasing the State of Israel by moving there en masse” for decades, he said.

“This desire to prolong the refugee crisis stems partly from institutional inertia,” he said. “UNRWA is focused exclusively on Palestinians, and creating solutions would lead to its dissolution.”

The agency must be dismantled, “but this must be done gradually, as the bill recommends,” May told JNS. “Vital UNRWA responsibilities can and should be transferred to competent agencies that aren’t saddled by UNRWA’s corruption and baggage.”

The Trump administration barred federal agencies from providing funding to UNRWA through an executive order in February 2025. Cutting off U.S. funding alone, however, is insufficient, Tobin said, because a future administration could reverse the policy and UNRWA can continue raising money from other countries.

“For UNRWA to really be taken out of the equation in Gaza, which is long overdue, the United States needs to get its partners on board and ensure that funding isn’t coming to UNRWA from any source,” he told JNS.

The agency is “not a distinct entity from Hamas,” but rather has “been co-opted by Hamas,” Tobin said. Intelligence estimates suggest that about half of UNRWA’s 12,000 employees in Gaza have family members with terrorist ties and that another 1,000 employees are under U.S. investigation for alleged involvement in terrorism, he said.

“When you’re looking at an organization like UNRWA, with decades and decades of evidence that are publicly available for anyone to see of its deep rot, which goes beyond terrorism, it extends into deep corruption and just plainly being an ineffectual organization,” he said.

“If you look at some of the test scores and metrics coming out of Gaza schools from the early 2000s, not long after Hamas took power in Gaza, you’ll see that most kids in Gaza, as a result of UNRWA’s miseducation of them, lacked the basic ability to do math, read and write,” he told JNS.

UNRWA is concerned with two things, according to Tobin, “self-preservation and sheltering or enabling terrorism and terrorists.”

“UNRWA has been sheltering Hamas for years, and it’s time to end that,” he told JNS.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Anti-Zionist ‘Assault Battallions’ Patrol Thessaloniki Streets, Targeting Israelis and Jews


Anti-Zionist ‘Assault Battallions’ Patrol Thessaloniki Streets, Targeting Israelis and Jews

Ailin Vilches Arguello


Protesters who hung a huge Palestinian flag at a building facing the Israeli embassy, lit flares during a protest over the interception of the Gaza aid flotilla, in Athens, Greece, May 21, 2026. Photo: REUTERS/Louisa Gouliamaki

Greece’s Jewish community has denounced “anti-Zionist patrols” which harassed and intimidated Jews and Israelis on the streets of Thessaloniki, calling the incident a disturbing echo of one of the city’s most violent chapters nearly 95 years after assault squads first targeted its Jewish population. 

Last weekend, the left-wing anarchist group Rouvikonas organized what it called “anti-Zionist patrols” through the streets of Thessaloniki – Greece’s second-largest city in the country’s north – saying the demonstrations were intended to confront a growing “Israeli and Zionist infiltration” across the city.

Joined by members of the “Permanent Struggle for Class Liberation” and the “Thessaloniki Liberation Initiative,” individuals were seen marching through the city wearing black T-shirts featuring Palestinian flags.

According to the anti-Israel group, Thessaloniki has become part of a wider process of “colonization” driven by domestic and foreign capital, alleging that Israeli and other investment funds are increasingly buying up beaches, neighbourhoods and villages and displacing local residents in the process.

“Israelis are rushing to invest their money, bloodied by the genocide, into Airbnb and other accommodations, or into plots of land that the Greek state is selling off at bargain prices,” the statement reads.

“While the people of Palestine and Lebanon are being massacred, Zionist tourists, [Israeli] soldiers and their families arrive by the thousands on cruise ships, turning their investment properties into sources of income or holiday homes far removed from the rapes and murders of civilians and children in Gaza,” it continues.

Rouvikonas also accused Israeli investments of serving as part of the Jewish state’s “soft power” strategy, alleging they are used to expand Israel’s economic and political influence abroad while generating profits that are “used to maintain Israel’s expensive, international propaganda machine.”

As long as the Greek government continues military and commercial cooperation with Israel, the group vowed it would continue efforts to ensure that “the genocidaires and Zionists are not welcome in our cities.”

The Central Jewish Council of Greece condemned the demonstrations as a chilling reminder of one of the darkest chapters in the country’s Jewish history, warning that those involved evoked the “assault battalions” that hunted Jews through the streets of Thessaloniki nearly a century ago during the Campbell pogrom.

“In both cases – then and today – hatred against Jews prevails. And today a new climate of Jew-hatred is taking shape that threatens not only Greek Jews but also the well-being of all citizens. Because history teaches that antisemitism begins its course targeting Jews but never stops with Jews,” the statement reads.

“We observe with sadness the tolerance shown by state authorities and social institutions towards this new wave of fanaticism that is manifested against Jewish citizens of the State of Israel,” it continues.

“These ‘assault battalions’ and their followers seek to undermine the strategically important relations between Greece and Israel in a period of instability in the eastern Mediterranean that threatens the security of both countries,” it further says.

Now, local authorities have reportedly launched a preliminary investigation into whether the actions of Rouvikonas and its supporters amounted to public incitement to violence or hatred before taking any further legal action.

Thessaloniki was once home to one of the largest Jewish communities in Europe, with Jews making up more than half the city’s population for centuries — so much so that locals called it “the Mother of Israel.” That world ended in 1943, when Nazi forces deported nearly 50,000 Thessaloniki Jews to Auschwitz-Birkenau. More than 90% were murdered in the Holocaust. Today, fewer than 1,000 Jews remain in a city that once thrummed with synagogues, Sephardic culture, and Ladino-speaking street life.

In 1931, the Campbell pogrom erupted in Thessaloniki after false accusations that local Jews were collaborating with Bulgarians and Communists fueled antisemitic violence. Nationalist mobs attacked the city’s Campbell neighborhood, home to a large Jewish community, torching dozens of homes and businesses and forcing many families to flee. 

Although much of the neighborhood was destroyed, those responsible were ultimately acquitted, while government assistance for the devastated Jewish community remained limited.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Francuska teoria:Jak czterech filozofów nauczyło Zachód dekonstrukcji samego siebie


Francuska teoria:Jak czterech filozofów nauczyło Zachód dekonstrukcji samego siebie

Pierre Rehov


Książka Fredrica Jamesona o tym, dlaczego świat wciąż potrzebuje francuskiej teorii

Wiosną 2024 roku studenci Uniwersytetu Columbia okupowali budynki, zastraszali żydowskich kolegów i koleżanki, wymachiwali flagami Hamasu oraz domagali się likwidacji jedynego na świecie państwa żydowskiego. Podobne sceny rozgrywały się na Harvardzie, UCLA, Yale i dziesiątkach innych kampusów. Większość z tych studentów nigdy nie czytała Jacques’a Derridy. Niewielu potrafiłoby wyjaśnić teorie Michela Foucaulta albo wskazać choć jedno dzieło Gilles’a Deleuze’a. A jednak intelektualne odruchy, które prezentowali – podział świata na ciemiężców i ciemiężonych, podejrzliwość wobec instytucji, przekonanie, że to władza definiuje prawdę, odrzucenie uniwersalnych wartości na rzecz konkurujących ze sobą narracji – zostały ukształtowane dziesięciolecia wcześniej przez garstkę francuskich filozofów. Hasła były nowe. Idee – nie.

Każda cywilizacja prędzej czy później staje wobec wrogów. Jedni przychodzą z armiami. Inni przychodzą z książkami. Historia pamięta o tych pierwszych. O tych drugich często zapomina.

Cesarstwo Rzymskie nie upadło wyłącznie dlatego, że barbarzyńskie plemiona przekroczyły jego granice. Zanim najeźdźcy przybyli, Rzym już zaczął tracić wiarę w samego siebie. Ten sam schemat można dziś dostrzec w znacznej części świata zachodniego. Kryzys nie zaczął się od Black Lives Matter, programów Diversity, Equity and Inclusion, aktywizmu osób transpłciowych, cancel culture ani eksplozji nastrojów antyzachodnich po 7 października. Nie są to źródła tego zjawiska. Są jego najbardziej widocznymi konsekwencjami. Intelektualne trzęsienie ziemi nastąpiło dziesięciolecia wcześniej, w salach wykładowych uniwersytetów, gdzie niewielka grupa francuskich myślicieli zakwestionowała filozoficzne założenia, które od czasów Oświecenia stanowiły fundament cywilizacji zachodniej.

Paradoksalnie to, co zaczęto określać mianem French Theory, nigdy nie przekształciło Francji tak głęboko, jak przekształciło Stany Zjednoczone. Ameryka odziedziczyła cywilizację opartą na przekonaniu, że istnieje obiektywna prawda, że rozum pozwala niedoskonałym ludziom zbliżać się do niej, że instytucje można ulepszać bez ich niszczenia oraz że ludzi należy oceniać według uniwersalnych zasad, a nie tożsamości plemiennych. Począwszy od lat 70. XX wieku amerykańskie uniwersytety z entuzjazmem przyjęły jednak inną tradycję intelektualną – taką, która podważała każde z tych założeń.

Ta przemiana była niemal niewidoczna. Rewolucje intelektualne rzadko zapowiadają się dramatycznymi przemówieniami. Posuwają się naprzód po cichu – poprzez książki, rozprawy doktorskie, konferencje, komisje przyznające stałe etaty akademickie oraz nominacje uniwersyteckie. Zanim ich konsekwencje stają się widoczne w polityce, dziennikarstwie, rozrywce i życiu korporacyjnym, filozoficzna bitwa jest już wygrana.

Jacques Derrida stał się najbardziej rozpoznawalną postacią tego ruchu. Jego teoria dekonstrukcji była przedstawiana jako metoda ujawniania ukrytych założeń obecnych w tekstach. Sama w sobie ambicja ta nie była ani nierozsądna, ani rewolucyjna. Każdy poważny czytelnik powinien poddawać w wątpliwość odziedziczone interpretacje. Trudność tkwiła w szerszych konsekwencjach. Jeśli znaczenia są zawsze niestabilne, jeśli język nigdy nie zapewnia bezpośredniego dostępu do rzeczywistości, jeśli każde pojęcie może być bez końca reinterpretowane, wówczas sama pewność staje się podejrzana. Prawda stopniowo przestaje być czymś odkrywanym dzięki dowodom i rozumowi. Staje się czymś negocjowanym poprzez konkurujące ze sobą interpretacje.

Just how 'French' is French Theory? | Al Majalla

Konsekwencje wykraczają daleko poza literaturę. Demokracje wymagają stabilnego języka, ponieważ konstytucje, umowy, ustawy i orzeczenia sądowe opierają się na powszechnie rozumianych znaczeniach. Badania naukowe zakładają, że obiektywne fakty istnieją niezależnie od ideologii. Debata publiczna opiera się na założeniu, że argumenty można oceniać na podstawie dowodów, a nie siły. Gdy zaufanie do samego języka zaczyna się rozpadać, nieuchronnie podąża za nim zaufanie do instytucji. Dekonstrukcja, początkowo ograniczona do wydziałów literaturoznawstwa, stopniowo wydostała się poza ich obręb i przeniknęła do polityki, edukacji, prawa, historii, religii, a ostatecznie do samej cywilizacji.

Michel Foucault dotarł do tego samego celu inną drogą. Jego centralna teza głosiła, że wiedzy i władzy nie da się od siebie oddzielić. Szkoły, szpitale, psychiatria, medycyna, więzienia, edukacja, seksualność – każda instytucja stała się podejrzana, ponieważ każda sprawowała władzę. Wcześniejsi myśliciele liberalni pytali, czy instytucje uczciwie wypełniają swoją misję. Foucault zachęcił całe pokolenia badaczy do zadawania pytania, czy sama ta misja nie jest jedynie wyrafinowanym mechanizmem dominacji. Podejrzliwość przestała być użytecznym narzędziem krytycznej analizy. Stała się domyślną postawą intelektualną.

Historia pokazała, dokąd taka logika może prowadzić. Funkcjonariuszy policji ocenia się już nie przede wszystkim pod kątem tego, czy uczciwie egzekwują prawo, lecz pod kątem tego, czy samo funkcjonowanie policji stanowi przejaw systemowego ucisku. Nauczyciele przestają przekazywać wiedzę i stają się narzędziami ideologicznej indoktrynacji. Granice stają się symbolami wykluczenia, a nie wyrazem suwerenności. Zasługi stają się przywilejem. Równość wobec prawa przestaje być wystarczająca, ponieważ nierówne rezultaty interpretuje się jako dowód strukturalnej niesprawiedliwości. Instytucje nie wymagają już reform, ponieważ reforma zakłada ich legitymizację. Wymagają demontażu, ponieważ sama ich legitymizacja została zakwestionowana.

What are 'transvestigations'? Inside the ugly conspiracy | Advocate.com

Nieufność Foucaulta wobec autorytetu moralnego nie ograniczała się do filozofii abstrakcyjnej. W latach 70. wraz z kilkoma innymi czołowymi francuskimi intelektualistami podpisał petycje wzywające do uchylenia lub radykalnej zmiany francuskich przepisów określających wiek wyrażenia zgody na kontakty seksualne. Argumentację przedstawiano w języku wyzwolenia: twierdzono, że państwo nie powinno ingerować w dobrowolne relacje seksualne tylko dlatego, że jeden z uczestników nie osiągnął ustawowego wieku. Czytane dzisiaj teksty te budzą głęboki niepokój. Pokazują, jak schemat intelektualny traktujący każdy zakaz moralny jako formę kontroli społecznej mógł ostatecznie doprowadzić do kwestionowania zabezpieczeń, które większość społeczeństw uznaje za niezbędne. Gdy każdą normę z góry uznaje się za opresyjną, nawet granice ustanowione w celu ochrony dzieci stają się podatne na ideologiczną dekonstrukcję. Był to jeden z najwyraźniejszych przykładów szerszej tendencji obecnej we French Theory: odziedziczone granice moralne zasługiwały na podejrzliwość tylko dlatego, że istniały.

Gilles Deleuze przeniósł ten sam impuls intelektualny na nowy obszar. Wraz z Félixem Guattarim przedkładał płynność nad trwałość, wielość nad spójność, pożądanie nad powściągliwość, fragmentaryczność nad ciągłość. Trwałe tożsamości stały się przeszkodami, a nie punktami oparcia. Kategorie niegdyś uznawane za niezbędne dla porządku społecznego coraz częściej zaczęły jawić się jako arbitralne i opresyjne. Dziesięciolecia później teorie utrzymujące, że tożsamości są nieskończenie plastyczne, a biologiczna lub kulturowa trwałość jest jedynie kolejną formą dominacji, wyłoniły się właśnie z tego krajobrazu intelektualnego. Wielu współczesnych aktywistów nigdy nie otworzyło Tysiąca plateau. Mimo to posługują się językiem głęboko przez to dzieło ukształtowanym.

Jean-Paul Sartre zajmował odmienne miejsce w tej konstelacji, jednak jego wpływ okazał się równie doniosły. Jego największym wkładem nie była dekonstrukcja języka ani instytucji, lecz moralna rehabilitacja polityki rewolucyjnej. Jeszcze długo po tym, jak zbrodnie stalinizmu stały się niezaprzeczalne, Sartre nadal umniejszał znaczenie komunistycznych represji lub je usprawiedliwiał, ponieważ sam projekt rewolucyjny zachowywał w jego oczach moralną legitymację. Fakty miały coraz mniejsze znaczenie niż słuszność sprawy. Ten sposób myślenia nie zniknął wraz z upadkiem Związku Radzieckiego. Po prostu przeniósł się do nowych sporów ideologicznych. Dziś dowody często ocenia się nie według ich trafności, lecz według tego, czy wspierają aprobowaną narrację moralną.

Rozpatrywani osobno filozofowie ci nie zgadzali się ze sobą w wielu kwestiach. Rozpatrywani łącznie przekształcili intelektualną atmosferę zachodniego świata akademickiego. Oświecenie postrzegało rozum jako najlepsze narzędzie człowieka do zbliżania się do prawdy. French Theory coraz częściej traktowała prawdę jako coś nierozdzielnie związanego z władzą. Wcześniejsze pokolenia krytykowały instytucje, ponieważ chciały je ulepszać. French Theory zachęcała studentów do zadawania pytania, czy instytucje te w ogóle zasługują na istnienie.

Gdyby idee te pozostały ograniczone do wydziałów filozofii, ich znaczenie historyczne byłoby niewielkie. Tak się jednak nie stało.

Wielkimi wzmacniaczami stały się amerykańskie uniwersytety.

Yale, Berkeley, Columbia, Harvard, Cornell, Stanford i dziesiątki innych uczelni włączyły myśl poststrukturalistyczną do literaturoznawstwa, socjologii, pedagogiki, antropologii, historii, prawa, kulturoznawstwa i teorii polityki. Całe dyscypliny akademickie powstały na fundamentach pojęciowych wypracowanych w powojennym Paryżu. Studenci przyswajali te założenia na długo przed zetknięciem się z oryginalnymi tekstami. Wielu kończyło studia w przekonaniu, że za każdą różnicą zdań kryje się ucisk, każda hierarchia odzwierciedla niesprawiedliwość, każda tradycja wymaga podejrzliwości, a każde odwołanie do obiektywności maskuje przywilej.

Uniwersytety nie produkują jedynie dorobku naukowego. Kształcą elity.

Elity te trafiły do redakcji, wydawnictw, studiów filmowych, szkół, fundacji, agencji rządowych, organizacji międzynarodowych oraz zarządów korporacji. Działy Human Resources stopniowo porzuciły równość na rzecz equity. Rozbudowane struktury biurokratyczne DEI rozprzestrzeniły się w instytucjach publicznych i międzynarodowych korporacjach. Dziennikarze coraz częściej ujmowali wydarzenia polityczne przez pryzmat kategorii przywileju i ucisku, a nie dowodów i indywidualnej odpowiedzialności. Hollywood zastąpiło opowiadanie historii ideologicznym przekazem. Muzea przepisały historię przede wszystkim jako katalog grzechów Zachodu. Zmienił się nawet sam język. Zasługi stały się przywilejem. Granice stały się wykluczeniem. Kobiety stały się „osobami rodzącymi”. Płeć biologiczna stała się „płcią przypisaną przy urodzeniu”. Każda innowacja językowa odzwierciedlała głębsze założenie filozoficzne odziedziczone po tej samej tradycji intelektualnej: sama rzeczywistość jest podporządkowana narracji.

Spór na Evergreen State College w 2017 roku był wczesnym sygnałem ostrzegawczym. Profesor biologii Bret Weinstein sprzeciwił się planowanemu wydarzeniu na kampusie, które zachęcało białych studentów do opuszczenia kampusu na jeden dzień ze względu na ich rasę. Zamiast odnieść się do jego argumentów, aktywiści potępili go jako ciemiężcę. Zajęcia przestały się odbywać. Administracja ustąpiła. Weinstein ostatecznie zrezygnował z pracy. Wydarzenie to ujawniło coś znacznie większego niż spór na kampusie. Racjonalna różnica zdań ustąpiła miejsca ideologicznej ortodoksji. Tożsamość przeważyła nad dowodami. Władza przeważyła nad argumentacją.

Śmierć George’a Floyda w 2020 roku przyspieszyła ten proces. Uzasadnione pytania dotyczące niewłaściwych działań policji szybko przerodziły się w całościowe potępienie kapitalizmu, rodziny nuklearnej, religii, edukacji, historii Zachodu oraz samego ustroju konstytucyjnego. Indywidualna odpowiedzialność zniknęła pod warstwą wyjaśnień strukturalnych. Całe instytucje zostały oskarżone, ponieważ nierówne rezultaty zaczęto uznawać za wystarczający dowód systemowej niesprawiedliwości. Ten intelektualny skok nie narodził się spontanicznie w Minneapolis. Był ćwiczony przez dziesięciolecia na wydziałach uniwersyteckich ukształtowanych przez French Theory.

Demonstracje antyizraelskie po 7 października jeszcze wyraźniej ujawniły ten sam schemat intelektualny. Na Columbii, Harvardzie, UCLA i innych uczelniach studenci często interpretowali jeden z najbardziej złożonych konfliktów w historii przez pryzmat binarnego podziału moralnego, dzielącego ludzkość na trwałych ciemiężców i trwałe ofiary. Kontekst historyczny zszedł na drugi plan wobec kategorii ideologicznych. Sama masakra była często przesłaniana przez teorie przedstawiające przemoc jako nieuchronną odpowiedź na struktury dominacji. Po raz kolejny słownictwo wydawało się współczesne. Jego konstrukcja została jednak zbudowana pół wieku wcześniej.

Śladem uniwersytetów podążyła korporacyjna Ameryka. Dyrektorzy, którzy nigdy nie czytali Derridy, wdrażali mimo to szkolenia oparte na założeniu, że język tworzy rzeczywistość. Menedżerowie nieznający Foucaulta przyjmowali polityki oparte na niewidzialnych systemach przywileju i ucisku. Disney coraz częściej podporządkowywał opowiadanie historii ideologicznemu przekazowi. Bud Light przekonał się, że aktywizm polityczny może zrazić właśnie tych konsumentów, od których zależy jego działalność. Inwestorzy ostatecznie zmusili kilka firm do wycofania się z tego kursu, jednak tempo, z jakim idee te rozprzestrzeniły się w zarządach przedsiębiorstw, pokazało, jak gruntownie świat akademicki przekształcił kulturę elit.

Być może największym osiągnięciem French Theory było oddziaływanie psychologiczne, a nie polityczne. Przekonała społeczeństwa zachodnie, że pewność siebie jest arogancją, patriotyzm jest ksenofobią, granice są dyskryminacją, dziedzictwo religijne jest nietolerancją, a osiągnięcia historyczne są niewiele więcej niż nagromadzonym uciskiem. Samokrytyka jest niezbędna dla wolnych społeczeństw. Cywilizacyjna pogarda wobec samego siebie jest czymś zupełnie innym. Żadna kultura nie przetrwa, jeśli każde pokolenie będzie uczone, że jego dziedzictwo zasługuje na przeprosiny, a nie na zachowanie.

Nic z tego nie oznacza, że Derrida, Foucault, Deleuze czy Sartre świadomie zaprojektowali otaczający nas dziś krajobraz ideologiczny. Idee rzadko poruszają się po prostych liniach. Ewoluują, mutują i często wykraczają poza intencje swoich twórców. Intelektualiści pozostają jednak odpowiedzialni za narzędzia pojęciowe, które wprowadzają do historii. Jeśli kolejnym pokoleniom wpaja się, że prawda jest niestabilna, moralność względna, instytucje są przede wszystkim narzędziami ucisku, a odziedziczone tradycje zasługują na systematyczną podejrzliwość, nie należy się dziwić, gdy pokolenia te ostatecznie spróbują zdemontować cywilizację, która przekazała im te tradycje.

Najgłębszej ironii nie sposób przeoczyć. Cywilizacja postawiona przez French Theory na ławie oskarżonych jest tą samą cywilizacją, która stworzyła wolność konstytucyjną, badania naukowe, wolność słowa, niezależne sądy, równość obywateli wobec prawa oraz wolność akademicką, dzięki której filozofowie ci mogli ją w ogóle zakwestionować. Zachód stał się wyjątkowy nie dlatego, że uważał się za bezbłędny, lecz dlatego, że wierzył w istnienie obiektywnej prawdy, znaczenie rozumu oraz możliwość naprawiania niedoskonałych instytucji bez ich niszczenia.

XX wiek nauczył nas, że rewolucje przeprowadzane za pomocą karabinów mogą niszczyć państwa. XXI wiek może nauczyć nas, że rewolucje przeprowadzane za pomocą idei mogą podważać cywilizacje znacznie ciszej – i znacznie trwalej.

French Theory nie najechała Zachodu.

To Zachód zaprosił ją do siebie.

Oklaskiwał ją.

Przyznawał jej etaty profesorskie.

Fundował katedry noszące jej imię.

Uczynił z niej lekturę obowiązkową.

Wychował pokolenia studentów, by nie ufały cywilizacji, która je wykształciła.

Czterej francuscy filozofowie dostarczyli intelektualnej amunicji.

Amerykańskie uniwersytety zbudowały artylerię.

Pół wieku później konsekwencje nie ograniczają się już do sal seminaryjnych. Kształtują klasy szkolne i akademickie, sale sądowe, zarządy przedsiębiorstw, redakcje oraz w coraz większym stopniu życie polityczne demokratycznego świata. Pytanie nie brzmi już, czy French Theory przekształciła Zachód. To jest oczywiste.

Pytanie brzmi teraz, czy Zachód wciąż posiada dość wiary we własne zasady, aby odbudować to, co dziesięciolecia dekonstrukcji nauczyły go podawać w wątpliwość.


Link do oryginału:

Pierre Rehov – The French Theory:
In the spring of 2024, students at Columbia University occupied buildings, intimidated Jewish classmates, waved Hamas flags, and demanded the dismantling of the world’s only Jewish state. Similar scenes unfolded at Harvard, UCLA, Yale, and dozens of other campuses. Most of those students had never read Jacques Derrida. Few could explain Michel Foucault’s theories or identify a single work by Gilles Deleuze. Yet the intellectual reflexes they displayed—the division of the world into oppressors and oppressed, the suspicion toward institutions, the belief that power defines truth, the rejection of universal values in favor of competing narratives—had all been forged decades earlier by a handful of French philosophers. The slogans were new.The ideas were not…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Editor’s Notes: Countries didn’t ban athletes from flying to Israel, they let the paperwork do it


Editor’s Notes: Countries didn’t ban athletes from flying to Israel, they let the paperwork do it

ZVIKA KLEIN


A movement that began because Jews were shut out of a gym in Constantinople built games so Jews could always get in. This year, Jews who wanted in were kept out by paperwork of friendly governments.

Israeli participants at the 2026 Maccabiah games, Jerusalem, July 1, 2026. /  (photo credit: Chen G. Schimmel)

In 1930, a group of Jewish men got on motorcycles in Tel Aviv and rode to Europe.

The first Maccabiah was two years off, and there was no way to invite a scattered people to it. No television. Barely radio. So they rode, thousands of kilometers, community to community, knocking on doors: come to the Land of Israel, come compete. Yosef Yekutieli, the teenager who dreamed the games up in the first place, rode with one of the delegations.

A second group went out in 1931, over 9,000 km. to London and back. They went and fetched the Jewish people in person.

I thought about those riders on Wednesday night at Teddy Stadium, from row 9, where I sat with my two boys.

The ceremony was beautiful. It always is. This year’s torch even crossed the country by motorcycle convoy in tribute to those rides, which I’ll admit I only fully appreciated afterward, reading up on the history at one in the morning instead of sleeping.

The Maccabiah Games are back. (credit: RONEN ZVULUN/REUTERS)

Triumphant ceremony opens games

And by every account except mine, it was a triumph. Idan Raichel performed, and next to him sang Daniella Gilboa, who was a hostage in Gaza and on Wednesday stood in front of a full stadium singing to her people. Yuval Raphael, who survived Nova, opened the night. Edan Alexander got a wall of noise.

The Maccabiah banner came in with families of the 12 Druze children killed on the soccer field in Majdal Shams, and one of the torchbearers was Evyatar Zeituni, a paratrooper wounded on October 7 defending Kibbutz Kissufim.

President Isaac Herzog spoke. Prime Minister Benjamin Netanyahu spoke, and there were boos, some. The American section, around 900 of them, was so loud at points you couldn’t hear Michael Harpaz and Montana Tucker calling the parade.

My kids came for the singers, obviously. I came so they would absorb something they can’t get from me at the Shabbat table: that they belong to a people, that Judaism is bigger than our synagogue and our town, that there are Jews in places they’ve never heard of who care about the same things they do. They love sports. This was the night they learned the map that comes with it.

Which is why I couldn’t stop counting flags.

Austria: one athlete. One. Belgium, barely more. South Africa, which for decades sent big, noisy, proud delegations, was down to a handful. And Australia, usually among the largest teams at any Maccabiah, essentially wasn’t there.

The Australian story deserves to be told properly. Maccabi Australia withdrew its whole delegation, roughly 300 athletes and 60 staff who had trained for two years, because Canberra’s travel advice for Israel sits at “do not travel,” the most severe level.

The few Australians who marched came as individuals on borrowed teams. Remember, this is the community that buried four of its own after the bridge collapse at the 1997 games and still came back, game after game. For them, staying home is enormous.

In the stands Wednesday, I heard the rumor version: that some countries have banned their citizens from flying here. Not true, and I checked, because that’s the job.

No government has forbidden anyone anything. What they’ve done is raise advisories to “reconsider travel” or “do not travel,” which voids travel insurance, which makes it legally impossible for a national federation to send a team.

The athletes were never banned. The paperwork did it for everyone, quietly, and nobody had to say the word out loud.

Organizers put the parade at around 5,000 athletes from roughly 35 countries. Four years ago it was 10,000 from about 70. Israel marched more than 2,200, the biggest delegation on the field by a mile. The US came close to a thousand.

In 2022 they brought a sitting president; this time they didn’t need one. And here’s what those two delegations prove, between them: wherever Jews were free to come, they came, in force. So the missing didn’t stay home because their love ran out. An advisory made the trip uninsurable and a federation liable, and that was that.

Some history, because it changes how you read the whole night. The first Maccabi club was founded in 1895 in Constantinople, by Jewish gymnasts who were refused membership in a local sports club for being Jews. They built their own. Out of that came the movement, and out of the movement came the games, and the games of the 1930s picked up a nickname: the Aliyah Olympics. Athletes arrived and didn’t leave.

In 1935, the Bulgarian delegation sailed into Jaffa, 350 people and an orchestra, competed, and stayed. They shipped the equipment home without them. The Maccabiah was a side door into the land at the exact moment the world was bolting its front doors against us. You came for the games and the games became your way home.

There’s a precedent for a Maccabiah defined by absence, and it’s not a comforting one. The 1950 games, the first in the new state, the first after the Holocaust, opened with cannon fire and Yizkor at Ramat Gan.

The great delegations of Polish, Hungarian, Czech, German, Romanian Jews never came. Murdered, most of them. The survivors were behind the Iron Curtain, barred by their own governments from traveling to a Jewish state.

Historians of the games say you could watch the Jewish center of gravity physically move that year, out of Europe, toward the English-speaking world and Israel. Who marched told you where the Jewish people now lived.

Wednesday I stood in Teddy reading the same kind of map. In 1950 the missing were dead or caged by enemies. In 2026 they’re alive, free, and desperate to come, and what stopped them was a form.

There’s another way to read 1950, though. Those games happened in a state that was two years old. Rationing, austerity, survivors arriving faster than anyone could house them. Some of the athletes at Ramat Gan had been in the camps.

The country could barely feed itself, and it held a Maccabiah, because apparently gathering the Jewish people mattered that much even then. Especially then. And that’s the version of the games my kids saw on Wednesday, 76 years later: 2,200 Israelis on the field, a freed hostage on the stage.
Nobody watching the sad little parade of 1950 could have pictured it. Which makes me careful about reading too much doom into 35 flags. We’ve marched short-handed before. Last time it turned out we were just getting started.

Here’s the detail that actually keeps me up, though. Britain, Canada, and South Africa didn’t pull their adult teams first. They pulled the juniors first. The kids. And this is happening while Birthright cohorts and summer programs are suspended on the same insurance logic.

A bond can survive a bad year, fine. But the Maccabiah, like Birthright, is one of the machines that builds the bond in the first place, that takes a 16-year-old from Melbourne or Manchester and makes Israel unimaginable to live without.

Somewhere in Sydney there’s a father who wanted to give his sons the exact night I gave mine, and a risk department decided otherwise. Nobody chose this. That’s what bothers me most. There’s no villain to argue with, just fine print.

A movement that began because Jews were shut out of a gym in Constantinople built games so Jews could always get in. This year, Jews who wanted in were kept out by the paperwork of friendly governments.

The torch went up Wednesday like it always does, and my boys stood on their seats to see it, and it was beautiful, I mean that. On the way out, one of them asked me why some countries had only one athlete. I gave him the short answer. The long answer is this column, and I’m still not sure it’s a good enough one.

The riders of 1930 saw a scattered people and got on motorcycles. In 1950, they held games while new olim – immigrants to Israel – were still in transit camps. I’d like to believe we still have that in us. Watching my boys stand on their seats, I mostly do.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com