Norwich, 1144: Narodziny oskarżenia Żydów o mord rytualny

Jak mnich, konwertyta i miasto spragnione pielgrzymów stworzyli najbardziej trwałe antysemickie oszczerstwo


Norwich, 1144: Narodziny oskarżenia Żydów o mord rytualny

Pierre Rehov


Jak mnich, konwertyta i miasto spragnione pielgrzymów stworzyli najbardziej trwałe antysemickie oszczerstwo

25 marca 1144 roku, w Wielką Sobotę, przechodnie odnaleźli w lesie Thorpe na obrzeżach Norwich ciało około dwunastoletniego chłopca. Nazywał się William i był uczniem garbarza. Nikt nie wiedział, kto go zabił ani dlaczego. Zbrodnia nigdy nie została wyjaśniona: nikogo nie aresztowano, nie odbył się żaden proces, nikomu nie udowodniono winy. A jednak z tej lokalnej tragedii narodził się jeden z najbardziej zabójczych mitów w historii Europy – oskarżenie Żydów o mord rytualny, będące początkiem tego, co później nazwano „oszczerstwem o krwi”. Przez osiem stuleci – od Norwich po Damaszek i od Blois po Kijów – całe społeczności żydowskie płaciły życiem za bajkę zrodzoną w benedyktyńskim klasztorze w Norfolk.

Ciało bez sprawcy

Przypomnijmy fakty w takim zakresie, w jakim pozwalają ustalić je źródła.

William zaginął podczas Wielkiego Tygodnia 1144 roku. Jego ciało odnaleziono w lesie, nosiło ślady przemocy. Rodzina – zwłaszcza jego wuj Godwin Sturt, będący księdzem – natychmiast oskarżyła miejscowych Żydów, nie przedstawiając najmniejszego dowodu. Sprawę skierowano przed synod diecezjalny, czyli sąd kościelny, który nie miał ani kompetencji do prowadzenia postępowań karnych, ani uprawnień śledczych.

Reakcja władz królewskich mówi sama za siebie. Szeryf John de Chesney, przedstawiciel króla Stefana w Norwich, stanowczo odmówił wydania Żydów sądowi kościelnemu i objął ich ochroną na zamku. Żydzi w Anglii podlegali bezpośrednio Koronie. Gdyby istniał choćby najmniejszy poważny dowód przeciwko nim, władza królewska – która nie darzyła swoich poddanych szczególną sympatią, lecz zazdrośnie strzegła monopolu na wymierzanie sprawiedliwości – sama wszczęłaby postępowanie. Nie zrobiła tego. Nikogo nie postawiono przed sądem, nikogo nie skazano. Akta sprawy były puste – dosłownie – i takimi pozostały.

Przez sześć lat sprawa pozostawała w zapomnieniu. Williama pochowano bez większych ceremonii, a miasto wróciło do codziennego życia. Martwy chłopiec nie czynił cudów, nie przyciągał tłumów i nikogo szczególnie nie interesował. Dopiero pojawienie się przedsiębiorczego twórcy kultu religijnego zmieniło niewygodne zwłoki w cenny kapitał.

Tomasz z Monmouth – producent męczennika

Około 1150 roku do klasztoru przy katedrze w Norwich przybył walijski mnich Tomasz z Monmouth. Nigdy nie znał Williama, nie przebywał w Norwich w 1144 roku i niczego nie był świadkiem. To jednak on opisał całą historię.

Między około 1150 a 1173 rokiem napisał siedem ksiąg Żywota i męki świętego Williama, męczennika z Norwich – tekst, który stał się fundamentem kultu i, choć autor nie mógł tego przewidzieć, aktem narodzin jednego z najbardziej trwałych mitów kryminalnych w dziejach.

Jego metoda zasługuje na uwagę, ponieważ jest metodą każdego twórcy plotek.

Zebrał „świadectwa” spisane co najmniej sześć lat po wydarzeniach: wizje matki chłopca, która miała śnić o napadzie jeszcze przed jego dokonaniem; relację chrześcijańskiej służącej twierdzącej, że przez szczelinę w drzwiach zobaczyła Williama w żydowskim domu; plotki krążące po okolicy, wyniesione do rangi dowodów.

Na tej podstawie stworzył szczegółową i widowiskową opowieść. William miał zostać zwabiony do żydowskiego domu podczas Paschy, torturowany, ukoronowany cierniami i ukrzyżowany na wzór Męki Chrystusa.

Ani jeden materialny dowód nie potwierdzał tego scenariusza. Co więcej, przeczył on wszystkiemu, co wiadomo o judaizmie, którego prawo bezwzględnie zakazuje zarówno zabójstwa, jak i spożywania krwi.

Tomaszowi to nie przeszkadzało. Nie pisał śledztwa. Pisał hagiografię, a ten gatunek wymagał męczeństwa.

Teobald – konwertyta, który dostarczył teorię spisku

Tomaszowi brakowało jeszcze jednego elementu: motywu. Dlaczego Żydzi mieliby zabijać chrześcijańskie dziecko?

Tutaj pojawia się najbardziej zagadkowa postać całej historii – Teobald z Cambridge, Żyd, który przeszedł na chrześcijaństwo i został mnichem.

Tomasz przedstawia jego relację jako świadectwo człowieka znającego sprawę od środka. Według Teobalda Żydzi z całej Europy mieli co roku spotykać się w Narbonie, gdzie ich przywódcy losowali kraj, w którym zostanie złożone w ofierze chrześcijańskie dziecko. Coroczna ofiara miała być rzekomo warunkiem odzyskania przez nich własnej ziemi. W 1144 roku los miał paść na Anglię, a wybranym miejscem miało zostać Norwich.

W tej opowieści wszystko jest niewiarygodne. Tajny synod w Narbonie nigdy nie istniał. Żadne źródło żydowskie ani chrześcijańskie o nim nie wspomina. Sama idea przebłagalnych ofiar z ludzi stanowi całkowite odwrócenie zasad judaizmu rabinicznego.

Słowa konwertyty miały jednak ogromną siłę retoryczną. Był człowiekiem, który „należał do nich”, twierdził, że ujawnia tajemnice swojej dawnej wspólnoty, a jego nawrócenie miało być gwarancją szczerości.

Stało się to wzorem dla późniejszych oskarżeń. Od Mikołaja Donina w XIII wieku po „ekspertów” procesu Bejlisa w 1913 roku antyżydowskie oskarżenia regularnie opierały się na rzeczywistych lub domniemanych odstępcach – jedynych osobach zdolnych nadać fantazjom pozory wiarygodnego świadectwa.

Teobald był pierwszym z tego szeregu. Jego opowieść o międzynarodowym żydowskim spisku losującym ofiary z ukrytego centrum zawierała już w zalążku całą późniejszą mitologię spiskową, która siedem stuleci później osiągnęła kulminację w „Protokołach mędrców Syjonu”.

Przedsiębiorstwo męczeństwa

Pozostaje wyjaśnić, dlaczego Norwich tak chętnie przyjęło tę opowieść. Odpowiedź można zawrzeć w jednym słowie: interes.

Klasztor przy katedrze w Norwich był stosunkowo nową fundacją, powstałą pod koniec XI wieku. Nie posiadał prestiżowych relikwii w Anglii, gdzie kult świętych był dobrze prosperującą gałęzią gospodarki. Kilka mil dalej opactwo Bury St Edmunds czerpało znaczne korzyści z grobu króla-męczennika Edmunda, przyciągając pielgrzymów, datki i prestiż.

Lokalny święty oznaczał stały napływ pielgrzymów, ofiar składanych przy ołtarzu, wotów, relacji o cudownych uzdrowieniach oraz silniejszą pozycję wobec konkurencyjnych klasztorów.

William – miejscowy chłopiec zamordowany w Wielkim Tygodniu – był idealnym kandydatem, pod warunkiem że jego śmierć uda się przedstawić jako męczeństwo. A męczeństwo wymagało katów.

To, co wydarzyło się później, nie pozostawia wątpliwości.

Ciało Williama kilkakrotnie ekshumowano i przenoszono, za każdym razem bliżej serca katedry: z cmentarza klasztornego do kapitularza, a następnie do samego kościoła, w pobliże głównego ołtarza. Ta „droga nieruchomości” dokładnie odzwierciedlała rosnącą rangę jego kultu.

Biskup William de Turbe, jeden z nielicznych dostojników kościelnych, którzy od początku popierali oskarżenia, aktywnie wspierał całe przedsięwzięcie.

Tomasz z Monmouth skrupulatnie spisywał kolejne cuda. Charakterystyczne było to, że ich liczba rosła dokładnie wtedy, gdy wymagała tego promocja sanktuarium.

Warto dodać, że Rzym nigdy nie kanonizował Williama. Jego kult pozostał lokalny – tolerowany, lecz nigdy oficjalnie zatwierdzony.

Najważniejszy cel został jednak osiągnięty. Norwich zyskało własnego męczennika, a Żydów – którzy nikogo nie zabili – obsadzono w roli katów, ponieważ wymagała tego dramaturgia opowieści i interes klasztoru.

Niewinność potwierdzana punkt po punkcie

Trzeba to powiedzieć raz jeszcze z całą stanowczością, na jaką pozwalają fakty: Żydzi z Norwich nie byli niczemu winni.

Żadne śledztwo nigdy nie wykazało ich udziału w zbrodni. Żaden sąd – królewski ani jakikolwiek inny – nie uznał ich za winnych. Królewski szeryf objął ich ochroną właśnie dlatego, że nic ich nie obciążało.

„Dowody” Tomasza z Monmouth sprowadzają się do snów, zasłyszanych po latach pogłosek oraz fantastycznego wyznania konwertyty.

Współcześni historycy – poczynając od wiktoriańskich wydawców Żywota św. Williama, a kończąc na całym dorobku obecnej historiografii – są zgodni: 

żaden mord rytualny nigdy nie miał miejsca ani w Norwich, ani gdziekolwiek indziej.

Za każdym razem, gdy oskarżenia były poddawane rzetelnej weryfikacji – przez cesarza Fryderyka II po wydarzeniach we Fuldzie w 1235 roku, przez papieża Innocentego IV w 1247 roku, przez komisję osmańską i europejskie kancelarie po wydarzeniach w Damaszku w 1840 roku czy przez rosyjską ławę przysięgłych, która uniewinniła Mendla Bejlisa w 1913 roku – rozpadały się całkowicie.

Również papieże wielokrotnie potępiali to oszczerstwo.

Mimo to przetrwało każde obalenie, ponieważ nie opierało się na faktach, lecz na potrzebie znalezienia dogodnego winowajcy.

Zaraźliwa opowieść

Historia z Norwich nie pozostała lokalną ciekawostką. Dostarczyła gotowego scenariusza, który można było powielać wszędzie tam, gdzie znaleziono martwe dziecko i istniała społeczność żydowska.

W Gloucester wykorzystano go w 1168 roku, a w Bury St Edmunds w 1181 roku. Każde z tych miast zyskało własnego małego męczennika i własne miejsce pielgrzymkowe.

W 1171 roku, w Blois, oskarżenie przekroczyło nową granicę. Nawet bez odnalezienia ciała ponad trzydziestu Żydów spalono żywcem na podstawie pojedynczego zeznania. Była to pierwsza zbiorowa egzekucja oparta na micie narodzonym w Norwich.

W 1235 roku we Fuldzie w Niemczech do oskarżenia dodano motyw krwi – rzekomo zbieranej do celów rytualnych. W ten sposób ukształtowała się klasyczna postać „oszczerstwa o krwi”, pozostająca w oczywistej sprzeczności z najbardziej podstawowymi zakazami prawa żydowskiego dotyczącymi spożywania krwi.

W 1255 roku, w sprawie małego Hugona z Lincoln, po raz pierwszy wspólnikiem oszczerstwa stała się sama angielska Korona. Król Henryk III kazał stracić dziewiętnastu Żydów.

Od tego momentu oszczerstwo wędrowało przez kolejne stulecia – od Trydentu w 1475 roku, przez Damaszek w 1840 roku i Kijów w 1913 roku, aż po nazistowski tygodnik „Der Stürmer”, który w 1934 roku poświęcił mu specjalny ilustrowany numer.

Łańcuch tych wydarzeń jest ciągły i dobrze udokumentowany, a jego pierwsze ogniwo wykuł Tomasz z Monmouth.

1189–1190: Koronacja Ryszarda i prawdziwa krew

Czterdzieści pięć lat po wydarzeniach związanych z Williamem Anglia pokazała, do czego może doprowadzić pokolenie wychowane na takiej propagandzie.

3 września 1189 roku Ryszard Lwie Serce został koronowany w Westminsterze. Żydowscy dostojnicy, którzy – podobnie jak pozostali przedstawiciele stanów królestwa – przybyli złożyć nowemu królowi hołd i wręczyć dary, zostali odprawieni sprzed uczty koronacyjnej. Plotki zaczęły się rozprzestrzeniać, tłum ogarnęła furia i Londyn pogrążył się w pogromie. Podpalano domy, mordowano Żydów lub pod groźbą śmierci zmuszano ich do przyjęcia chrztu.

Ryszard, rozwścieczony tym, że do zamieszek doszło w dniu jego koronacji i że ofiarami padli ludzie znajdujący się pod jego królewską ochroną, ukarał sprawców jedynie połowicznie, po czym wyruszył na krucjatę.

Jego wyjazd otworzył drogę dalszej przemocy.

Na początku 1190 roku masakry rozprzestrzeniły się z miasta do miasta – King’s Lynn, Stamford i Bury St Edmunds.

6 lutego 1190 roku dotarły do samego Norwich. Żydów zastanych w domach zabito. Przeżyli jedynie ci, którym udało się schronić w zamku.

Miasto, które wymyśliło fikcyjne męczeństwo chrześcijańskiego chłopca, czterdzieści sześć lat później wydało prawdziwe żydowskie ofiary.

Kulminacja nastąpiła w Yorku 16 i 17 marca 1190 roku. Około stu pięćdziesięciu Żydów, oblężonych w wieży zamkowej, gdzie szukali królewskiej ochrony, odebrało sobie życie lub zostało zabitych po poddaniu się.

Jeden szczegół najlepiej pokazuje rzeczywiste motywy sprawców. Przywódcy pogromu, miejscowi możni poważnie zadłużeni u żydowskich pożyczkodawców, udali się prosto z miejsca masakry do katedry, aby spalić przechowywane tam dokumenty dłużne.

Także tutaj, za religijnym uzasadnieniem kryła się korzyść materialna.

Sto lat później, w 1290 roku, Edward I wypędził Żydów z Anglii. Było to pierwsze powszechne wygnanie Żydów z europejskiego królestwa.

Kraj, który stworzył oskarżenie o mord rytualny, jako pierwszy pozbył się całej swojej społeczności żydowskiej i pozostał bez niej przez ponad trzysta pięćdziesiąt lat.

Czego uczy Norwich

Historia Norwich nie jest średniowieczną ciekawostką.

Obnaża w najczystszej postaci mechanizm działania każdego zbiorowego oszczerstwa: rzeczywiste, lecz niewyjaśnione wydarzenie; ideologicznego przedsiębiorcę, który nadaje mu kształt i znaczenie; odstępcę dostarczającego fantazji pozorów wiarygodnego świadectwa; instytucję, która odnajduje korzyść w kłamstwie i wykorzystuje swój autorytet, by je uwiarygodnić; wreszcie tłumy, które po jednym lub dwóch pokoleniach przechodzą od opowieści do czynów.

Na każdym etapie byli ludzie, którzy wiedzieli – lub mogli wiedzieć – że cała historia jest fałszywa.

Wiedział o tym szeryf w 1144 roku.

Mówili o tym papieże.

Potwierdzały to sądy.

Mimo to oszczerstwo rozkwitało, ponieważ przynosiło korzyści: klasztorowi zapewniało pielgrzymów, dłużnikom uwolnienie od zobowiązań, a rozwścieczonym tłumom łatwy cel.

William z Norwich najprawdopodobniej padł ofiarą rzeczywistego przestępstwa.

Żydzi z Norwich, Yorku i Blois padli ofiarą kłamstwa.

Osiem stuleci po Tomaszu z Monmouth to kłamstwo nadal krąży w obiegu.

To wystarczający powód, by nadal rozbierać na części mechanizm jego powstania – krok po kroku.


Link do oryginału:

Pierre Rehov
Norwich, 1144: The Invention of the Jewish Ritual Murder
On 25 March 1144, Holy Saturday, passers-by discovered in Thorpe Wood, on the outskirts of Norwich, the body of a boy of about twelve. His name was William; he was apprenticed to a skinner in the town. No one knew who had killed him, or why. The crime would never be solved: no suspect was ever arrested, no trial was ever held, no guilt was ever established. And yet from this obscure local tragedy would emerge one of the most murderous inventions in European history: the accusation of ritual murder levelled against the Jews, the matrix of what posterity would call the blood libel. For eight centuries, from Norwich to Damascus and from Blois to Kiev, entire Jewish communities would pay with their lives for a fable born in a Benedictine priory in Norfolk…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Prezydent RP: niech pamięć o zagładzie Romów będzie przestrogą dla przyszłych pokoleń


Prezydent RP: niech pamięć o zagładzie Romów będzie przestrogą dla przyszłych pokoleń

szf/ miś/


Uroczystość przed Pomnikiem Zagłady Romów i Sinti podczas obchodów Dnia Pamięci o Zagładzie Sinti i Romów, w byłym niemieckim obozie zagłady Auschwitz II-Birkenau. Fot. PAP/Jarek Praszkiewicz

Niech pamięć o Porajmos (Zagładzie Romów – PAP) pozostanie przestrogą dla przyszłych pokoleń – napisał prezydent Karol Nawrocki w liście do uczestników niedzielnych obchodów 82. rocznicy likwidacji tzw. obozu cygańskiego w Birkenau, które odbyły się w tym miejscu pamięci.

W nocy z 2 na 3 sierpnia 1944 roku SS zgładziło wszystkich żyjących jeszcze w obozie Sinti i Romów: 4,3 tys. osób, w tym dzieci. W Polsce jest to Dzień Pamięci o Zagładzie Romów i Sinti. Parlament Europejski uznał go za Dzień Pamięci o Holocauście Europejskich Romów i Sinti.

„Pochylam głowę w hołdzie dla Romów i Sinti, którzy cierpieli i ginęli w tym okrutnym miejscu. Czynię to w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej i wszystkich moich rodaków. Jednocząc się z państwem w modlitwie za pomordowanych, pragnę raz jeszcze z całą mocą potępić zło, jakim są wszelkie odmiany nazizmu i szowinizmu. Ani współcześnie, ani w przyszłości w żadnej cywilizowanej społeczności nie może być miejsca na hasła, publikacje, wypowiedzi artystyczne ani tym bardziej organizacje szerzące nienawiść na tle etnicznym lub rasowym. Niech pamięć o Porajmos pozostanie przestrogą dla przyszłych pokoleń” – napisał w liście prezydent Karol Nawrocki.

Sinto Dieter Flack, którego niemal cała rodzina poniosła śmierć w Auschwitz, mówił, że przeżył Zagładę dlatego, iż jego matce udało się uciec z dziećmi do Szwajcarii. Stamtąd zostali zawróceni do Bawarii, ale doczekali wolności.

– Jako ocalały czuję głęboką potrzebę ostrzec przed narastającym prawicowym ekstremizmem, antycyganizmem i antysemityzmem oraz postępującą brutalizacją życia społecznego. Już dziś w samych Niemczech nienawiść i mowa nienawiści wobec naszej mniejszości stale się nasilają. Budzi to we mnie lęk – nie tyle o własne życie, ile o życie moich dzieci i wnuków, a przede wszystkim o przyszłość demokracji w Niemczech i Europie – mówił.

Flack zaapelował zarazem, by historia Sinti i Romów została na trwałe wpisana do programów nauczania we wszystkich szkołach Europy. Wsparli go liderzy społeczności z Polski i Niemiec. Roman Kwiatkowski, szef Stowarzyszenia Romów w Polsce, oraz Romani Rose, szef Centralnej Rady Niemieckich Sinti i Romów, podpisali apel, w którym zwrócili się do państw członkowskich Rady Europy i UE o wprowadzenie do szkół działań edukacyjnych przybliżających wielowiekową historię tych narodów i ich wkład w sztukę, muzykę i kulturę. Dokument przekazali obecnej na obchodach przewodniczącej zgromadzenia parlamentarnego RE Petrze Bayr.

Romani Rose podkreślił, że jest skandalem, iż „największa mniejszość w Europie, licząca 10-12 mln osób, praktycznie nie pojawia się w podręcznikach szkolnych w poszczególnych krajach”.

Podczas uroczystości głos zabrał Rudolf Murka, syn Rudolfa Murki, byłego więźnia Auschwitz, pochodzącego z Moraw Roma. Wspominał, jak 60 lat temu odwiedził z ojcem Miejsce Pamięci Auschwitz. – Wtedy mój ojciec chodził całą noc po obozie, podczas gdy spaliśmy. Przechadzał się między barakami i drutem kolczastym byłego obozu, znowu chodził po miejscach, gdzie cierpiał i gdzie stracił całą rodzinę. Rano zobaczyłem czerwone oczy mojego ojca; oczy, które płakały całą noc – mówił.

Murka podkreślił, że pokolenia jego rodziców, którzy przeżyli piekło niemieckich obozów, już nie ma. – Dzięki ich odwadze i sile przetrwania my, ich dzieci, jesteśmy tutaj i spoczywa na nas wielka odpowiedzialność, aby pamięć o naszych rodzicach nie została zapomniana – podkreślił.

Prezes Stowarzyszenia Romów w Polsce Roman Kwiatkowski przypomniał, że w tym roku przypada 15. rocznica ustanowienia przez Sejm 2 sierpnia Dniem Pamięci o Zagładzie Romów i Sinti. – To ważny wyraz uznania dla historii romskich ofiar oraz zobowiązanie państwa polskiego do zachowania pamięci o jednej z najbardziej przemilczanych tragedii II wojny światowej – mówił.

Kwiatkowski zwrócił uwagę, że współcześnie Europa ponownie doświadcza wojny, a wśród ofiar są członkowie jego narodu. – Jednocześnie również w czasie pokoju zbyt wielu Romów w Europie nadal doświadcza dyskryminacji. Wciąż istnieją bariery w dostępie do edukacji. Do ochrony zdrowia. Do rynku pracy. Do godnego życia. (…) Nie prosimy o szczególne traktowanie. Nie prosimy o nowe prawa, bo one istnieją. (…) Żądamy ich pełnego respektowania – apelował.

Wicemarszałek Sejmu Szymon Hołownia zwrócił uwagę, że politycy muszą potwierdzić wcześniejsze zobowiązania. Przypomniał – za Kwiatkowskim – że w 2011 roku Sejm RP ogłosił 2 sierpnia Dniem Pamięci o Zagładzie Romów i Sinti. – To zobowiązanie dzisiaj Sejm Rzeczpospolitej Polskiej podtrzymuje – zapewnił.

Wśród uczestników uroczystości byli między innymi także: szefowa MSZ Księstwa Monako Isabelle Berro-Amadei oraz sekretarz stanu w rządzie Niemiec Michael Brand.

Niemcy rozpoczęli eksterminację Romów już w 1941 roku. W grudniu 1942 roku zwierzchnik SS Heinrich Himmler rozkazał, by Cyganie z Rzeszy i terenów okupowanych zostali osadzeni w obozach koncentracyjnych. Trzy miesiące później w Auschwitz II-Birkenau powstał dla nich obóz rodzinny Zigeunerlager. Niemcy deportowali do niego całe rodziny. Więźniów, w tym dzieci, dziesiątkowały choroby i głód. Między 26 lutego 1943 a 21 lipca 1944 roku do Zigeunerlager deportowano blisko 21 tys. osób. Zigeunerlager został zlikwidowany w nocy z 2 na 3 sierpnia 1944 roku.

Ogółem w Auschwitz zginęło 21 tys. Romów. Pod względem liczby ofiar stanowią oni trzecią grupę, po Żydach i Polakach. W wyniku prześladowań i terroru w czasach istnienia III Rzeszy śmierć poniosło 500 tys. Sinti i Romów. (PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Boy George Claims Bandcamp ‘Bowed to the Pressure of Antisemites’ After Its Removes Pro-Israel Song ‘We Will Dance Again’


Boy George Claims Bandcamp ‘Bowed to the Pressure of Antisemites’ After Its Removes Pro-Israel Song ‘We Will Dance Again’

Shiryn Ghermezian


Boy George live at the 80s Live Party 2026 at the Volksparkstadion in Hamburg, July 18, 2026. Photo: IMAGO/Future Image via Reuters Connect

British pop icon Boy George accused the online music distribution platform Bandcamp on Tuesday of “bowing to the pressure of antisemites” after it removed his new pro-Israel song “We Will Dance Again” as well as his profile.

The Culture Club singer, 65, made the accusation a day after he called the digital distributor a “bunch of c–ts” and criticized their policy on songs with artificial intelligence, which Boy George used to create his new track.

“We Will Dance Again” defends Israel’s military actions in the Gaza Strip against Hamas terrorists who orchestrated the Oct. 7, 2023, deadly invasion of southern Israel. Its lyrics include: “You say genocide, I say war / When you’re attacked, that’s what the army’s for / Does it get ugly? You bet it does / When I know you wanna kill every last one of us.”

On Monday, Boy George shared in a video message that Bandcamp deleted his profile. “So anyone trying to get a copy of ‘We Will Dance Again’ will have to wait until I record it and find a way to put it out,” he said. “Also they’ve taken money, so hopefully Bandcamp will refund that money. It’s very disappointing and obviously, if you’ve got the track already, make videos, play it on the internet. Play it everywhere, get it heard.”

Bandcamp said the track was removed because of how it was created. The platform has a policy that does not allow music “that is generated wholly or in substantial part by AI.”

In response, Boy George criticized the platform in a lengthy statement shared on X. He said Bandcamp allowed originally allowed him to upload “We Will Dance Again” and “it stayed there for over 24 hours which mean the haters alerted them or they did not like the message,” he claimed. The singer, who has been open about using AI for the song, said, “it seems obvious that despite the claims of @bandcamp there is a shitload of AI assisted music all over the website and to deny this is not only misleading but moronic.”

“It appears they have bowed to the pressure of antisemites because the system, just like any digital platform cannot tell if something is AI. Or maybe the problem is internal but I don’t buy the no AI policy because @bandcamp has it in droves,” he added. “Leave the creative process to the artists. Even if you don’t agree with it. Sometimes the message is greater than the rules and we sold a ton. Some people paying a thousand pounds and many dropping 100 pounds. Hopefully that money will be refunded in full to those of you who payed and could not download after they shut a b–ch down. I live for this total grass roots moment! Rock and F–king Reggae roll!”

After the release of “We Will Dance Again” in late July and backlash regarding its pro-Israel lyrics, Boy George pulled out of his scheduled appearance in the production of “Jesus Christ Superstar” at the London Palladium. He also parted ways with Tony Pontius, the manager of his indie record label Boy George Presents (BGP), after the latter was “unequivocal” in refusing to release “We Will Dance Again.” Boy George’s manager Paul Kemsley defended the artist in a statement on Tuesday. Kemsley said about the singer: “I am completely behind him. For better [or] for worse. Always. His courage to speak up for what he believes in should be respected not attacked.”

In a statement to The Sun, Boy George said “We Will Dance Again” is “pro-peace” and was inspired by his visit several weeks ago to London’s Nova Music Festival Exhibition, where he met people impacted by the Hamas-led terrorist attack on Oct. 7, 2023.

“We Will Dance Again” is now available for download on the e-commerce platform Payhip. In an Instagram video, Boy George encouraged fans to download the song and “play it loud, play it proud.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wędrówki ludów – epizod hiszpański

Źródło zdjęcia: zrzut z ekranu wideo.


Wędrówki ludów – epizod hiszpański

Andrzej Koraszewski


Małe hiszpańskie miasto Ceuta niespodziewanie znalazło się na ustach światowych mediów. Miasto ma mniej niż sto tysięcy mieszkańców, a kilka dni temu odwiedziło je plus minus 60 tysięcy turystów bez paszportów. Premier Tusk napisał na X, że Hiszpania powinna prowadzić taką politykę imigracyjną jak Polska, a żona naszego ministra spraw zagranicznych opublikowała obszerny artykuł na łamach „The Atlantic”, informując, że skrajna prawica zrobiła z tego wydarzenia burzę w szklance wody. Większość przybyszów, którzy wdarli się do Hiszpanii, została zawrócona do Maroka. Masowa wycieczka kosztowała życie około stu osób (ale nadal nie ma dokładnych danych).

Jak podkreśla Anne Applebaum, ważna jest mapa. Istotnie, Ceuta znajduje się na przylegającym do Maroka niewielkim półwyspie i jest jedną z ostatnich pereł w koronie hiszpańskich kolonii. Hiszpania objęła ten półwysep w posiadanie w XV stuleciu i jest do niego bardzo przywiązana. Amerykańska żona polskiego ministra przypomina, że chociaż miasteczko jest hiszpańskie, to od Hiszpanii kontynentalnej oddzielają je morze i bariery administracyjne, więc żadnego zagrożenia dla Europy nie było, chociaż prawdą jest, że nowe rozporządzenia Madrytu utrudniają odsyłanie nieproszonych gości.

Historia (czy może histeria) podobno rozpoczęła się od obwieszczenia na TikToku o tym, jak łatwo dostać się z Maroka do Hiszpanii, a dokładniej do pozostałości jej kolonii na kontynencie afrykańskim. Autorka artykułu zauważa, że błyskawicznie pojawiły się liczne oferty sprzętu potrzebnego do szybkiego i sprawnego dotarcia drogą wodną do brzegów półwyspu. Władze Ceuty nie były na te masowe odwiedziny przygotowane, a władze marokańskie niespecjalnie przeszkadzały. Anne Applebaum wydaje się nie wykluczać, że mogły pomagać, chociaż zdecydowanie istotniejsze w jej rozważaniach jest minimalizowanie znaczenia tego wydarzenia, które – jak pisze – zostało przez skrajną prawicę nadmiernie wyolbrzymione.

Faktem jest, że Maroko zgłasza roszczenia do półwyspu. Jakąś rolę mogli tu również odegrać Algierczycy (których wśród przybyszów do Ceuty było całkiem sporo, ale nie mamy dokładnych danych). „Gazeta Wyborcza” wysłała do Ceuty swoją reporterkę, Emilię Bromber, która wysmażyła ociekający ckliwością, głodny kawałek o biednych muzułmanach, iżby ludzie dowiedzieli się, co zobaczyła na własne oczy. W samej Hiszpanii trwa burza, która może wpłynąć na scenę polityczną, ale – jak wiadomo – przewidywanie przyszłości jest niebezpiecznym zajęciem.

Jak pisze Ayaan Hirsi Ali na swojej stronie Substacka „Restopring the West,

„Kryzys na granicy Hiszpanii stał się kryzysem narodowym”. Jej zdaniem ta historia jest ostrzeżeniem przed kolejnymi naruszeniami granic, które łatwo zorganizować, kiedy państwo wycofuje się z egzekwowania prawa i wykonywania swoich funkcji. W hiszpańskim miasteczku wielotysięczny, dobrze zorganizowany tłum młodych mężczyzn bez trudu sforsował lądowe przejście graniczne, strzeżone przez kilku niczego niespodziewających się mundurowych. W tym samym czasie inni okrążali falochron drogą wodną. Oczywiście możemy szukać winnych, zastanawiać się, dlaczego nie zauważono aktywności w mediach społecznościowych w Maroku i praktycznie zupełnie otwartych przygotowań do tej akcji. Jak pisze autorka: „Czwartkowe wydarzenia wpisują się w tendencję widoczną od lat. Ich rezultat był całkowicie przewidywalny”.

We wspomnianym artykule Anne Applebaum znajduje się nawet informacja o fali syryjskich imigrantów sprzed dekady, chociaż autorka nie wspomina o roli, jaką odegrała w tej masowej inwazji nielegalnych imigrantów Turcja, gdzie przemyt ludzi stał się nie tylko niezwykle intratnym procederem, ale również częścią działań organów państwowych. (Bliżej domu, patrząc na granicę między Polską a Białorusią, mogliśmy zauważyć, jak tworzenie szlaków nielegalnej imigracji staje się świetnym narzędziem destabilizacji sąsiedniego kraju).

„Europejskie ramy prawne dotyczące azylu, stworzone po II wojnie światowej, powstały z myślą o zupełnie innej epoce. Miały służyć rozpatrywaniu wniosków niewielkich, jasno określonych grup dysydentów politycznych lub bezbronnych rodzin uciekających przed ukierunkowanymi prześladowaniami ze strony państwa. – pisze Hirsi Ali -To, z czym Hiszpania mierzy się obecnie, ma zasadniczo odmienny charakter: są to liczne, mobilne grupy młodych mężczyzn działających poza legalnymi kanałami, dążących do uzyskania dostępu do możliwości ekonomicznych z pominięciem standardowych procedur weryfikacji.”

Kolumbowy błąd Angeli Merkel powtarza dziś rząd Hiszpanii – problemy nielegalnej imigracji są tuszowane, a władze państwowe świadomie wybierają zarządzanie narracją zamiast otwartej debaty publicznej i prób stawienia czoła narastającym problemom. Lawinowo rośnie liczba nielegalnych imigrantów, brakuje integracji, lawinowo rosną koszty opieki socjalnej, a także przestępczość (czytaj: rabunki, pobicia i gwałty), której sprawcami są ludzie, którzy nie zamierzają respektować prawa goszczącego ich kraju.

Dobrze zorganizowana inwazja w hiszpańskiej enklawie zakończyła się odesłaniem gości do Maroka (podobno pozostało w mieście „zaledwie” kilka tysięcy), więc – jak pisze Ayaan Hirsi Ali – jest to przede wszystkim ostrzeżenie dotyczące charakteru tej współczesnej wędrówki ludów.

Brak egzekwowania prawa oznacza bezprawie.

„Sytuację pogarsza fakt, że Hiszpania wykonuje zaledwie około jedno na dziesięć wydanych nakazów deportacji. W ubiegłym roku socjalistyczny rząd wydał 53 695 decyzji o deportacji. Wykonano jedynie 5 705 z nich. Tak niski poziom egzekwowania prawa jest w praktyce przyznaniem, że rządy prawa kończą się na drzwiach sal sądowych.”

Równocześnie widzimy (podobnie jak wcześniej w innych krajach Europy Zachodniej) proces masowej legalizacji nielegalnych przybyszy. W Hiszpanii z ponad miliona złożonych wniosków zaakceptowano pół miliona, co – zdaniem hiszpańskich urzędników odpowiadających za imigrację – po zakończeniu procesu łączenia rodzin będzie oznaczać około trzech milionów legalnych już imigrantów, których skłonność i zdolność do integracji stoi pod znakiem zapytania.

„Poza bezpośrednimi wyzwaniami dla organów ścigania istnieje elementarna prawda, której europejscy przywódcy z uporem graniczącym z absurdem nie chcą uznać: rozbudowane państwo opiekuńcze i nieszczelne granice nie mogą współistnieć – pisze Ayaan Hirsi Ali. – Można mieć jedno albo drugie, ale nie oba jednocześnie. W całej Hiszpanii infrastruktura publiczna ponosi konsekwencje tego złudzenia. Usługi społeczne, szpitale i szkoły podstawowe dysponują ograniczonymi zasobami, tworzonymi i finansowanymi przez podatników. Gdy tysiące osób przybywają z naruszeniem prawa, natychmiast wymagają pomocy państwa, schronienia i obsługi administracyjnej. Państwo, które udaje, że jego zasoby są niewyczerpane, ostatecznie zniszczy system zabezpieczenia społecznego dla wszystkich.”

Anne Applebaum ma rację – nie jest prawdą, jakoby w ciągu jednej nocy 60 tysięcy afrykańskich imigrantów przedarło się do strefy Schengen. Nikt tego jednak nie twierdzi. Zobaczyliśmy pokaz gwałtownego przełamania granicy, który jest częścią większego obrazu – kryzysu, który od lat pogłębia się w wielu krajach Europy Zachodniej, więc teoretycznie może to być okazja do uczciwej debaty nad realnym problemem. Kraje, które nie potrafią zabezpieczyć własnych granic, stają się ziemią niczyją. Artystyczne i biurokratyczne zapewnienia, że wszystko jest w najlepszym porządku, często zyskują oklaski, ale rzeczywistości nie zmieniają. Niestety, wzmacniają czarnosecinnych obrońców prawa i sprawiedliwości i to w stopniu znacznie większym, niż pani Applebaum potrafi to sobie wyobrazić.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


A Dangerous Deal: Trump’s Board of Peace and Hamas


A Dangerous Deal: Trump’s Board of Peace and Hamas

Khaled Abu Toameh


  • The original goal of Trump’s peace plan was not to relocate Hamas’s arsenal. It was to eliminate it permanently.
  • Weapons stored in warehouses remain weapons that function. Explosives stored today can be easily recovered tomorrow. Rocket factories that are preserved can resume production. Tunnels that are mapped rather than destroyed can be used again.
  • The issue has never been where Hamas keeps its weapons. The issue has always been Hamas having access them.
  • Transferring weapons from one Palestinian group to another is not demilitarization.
  • Even more disturbing is the new deal’s assertion that “no weapons shall be transferred or handed to Israel or non-Palestinian parties.”
  • Equally disturbing is the new roadmap’s conditioning of disarmament on an Israeli withdrawal from the Gaza Strip….
  • Why should a terrorist organization that carried out the October 7, 2023 massacre in Israel be allowed to dictate the conditions of its own disarmament? No country fighting ISIS or al-Qaeda would first withdraw its forces and only then hope terrorists voluntarily surrender their weapons. Hamas should not be negotiating the terms of its defeat. It should be compelled to unconditionally surrender and disarm.
  • This is the same Ghazi Hamad [senior Hamas official] who publicly vowed that Hamas would repeat the October 7 massacre time and again until Israel is eliminated: “The Al-Aqsa Flood [the name Hamas uses to describe the October 7 massacre] is just the first time, and there will be a second, a third, a fourth, because we have the determination, the resolve, and the capabilities to fight.”
  • Anyone who thinks that the newly established NCAG will somehow confront Hamas and impose its authority over the terrorist organization is living under an illusion.
  • The far more likely scenario is that Hamas will continue to call the shots from behind the scenes while allowing another Palestinian body to assume responsibility for governance, civil service salaries, reconstruction, and collecting international aid.
  • This would essentially replicate the Hezbollah model in Lebanon, where a heavily-armed Iran-backed terrorist militia coexists with a formal government while retaining independent military power and ultimate political influence.
  • Within hours of the announcement of the roadmap, Iran’s Islamic Revolutionary Guard Corps dismissed the plan outright, declaring… that “the resistance” (Hamas) would remain steadfast until what it called the “final victory” over Israel.
  • Iran understands Hamas better than anyone else because it has financed, armed and trained the terrorist organization for decades. If the Iranian regime is openly rejecting the prospect of Hamas’s disarmament, why should anyone else believe that Hamas intends to honor the agreement?

The original goal of Trump’s peace plan was not to relocate Hamas’s arsenal. It was to eliminate it permanently. Weapons stored in warehouses remain weapons that function. Explosives stored today can be easily recovered tomorrow. Rocket factories that are preserved can resume production. Tunnels that are mapped rather than destroyed can be used again. Pictured: Hamas terrorists in Gaza City on January 25, 2025. (Photo by Abood Abusalama/Middle East Images via AFP)

For nearly a year, the international community insisted that there could be no future for the Gaza Strip unless Hamas was stripped of every weapon, every tunnel, every missile factory, and every military capability.

US President Donald J. Trump’s September 2025 peace plan was explicit: Gaza would be demilitarized, terrorist infrastructure destroyed, and weapons rendered permanently unusable.

Article 13 of Trump’s 20-point plan states:

“All military, terror, and offensive infrastructure, including tunnels and weapon production facilities, will be destroyed and not rebuilt. There will be a process of demilitarization of Gaza under the supervision of independent monitors, which will include placing weapons permanently beyond use through an agreed process of decommissioning, and supported by an internationally funded buy back and reintegration program all verified by the independent monitors.”

Now, however, that clear objective appears to have been replaced by something radically different. Instead of eliminating Hamas’s arsenal, negotiators are discussing storing weapons, transferring them to another Palestinian party, and even allowing Hamas members to retain “personal firearms.”

The original goal of Trump’s peace plan was not to relocate Hamas’s arsenal. It was to eliminate it permanently. Replacing “demilitarization” with “storage” is a win for Hamas and other Palestinian terrorist groups in the Gaza Strip.

The latest deal between Trump’s Board of Peace and Hamas, titled “A Roadmap for Completing the Implementation of President Trump’s Comprehensive Peace Plan in Gaza,” states:

“A process to decommission and store heavy weapons, military production sites, depots of weapons, and tunnels, shall begin after completing the remaining commitments under Sharm Sheikh Protocol, the entry of NCAG [National Committee for the Administration of Gaza] and deployment of ISF [International Stabilization Force].”

How did the promise of permanent demilitarization become a discussion about warehouses full of Hamas weapons? Weapons stored in warehouses remain weapons that function. Explosives stored today can be easily recovered tomorrow. Rocket factories that are preserved can resume production. Tunnels that are mapped rather than destroyed can be used again.

The issue has never been where Hamas keeps its weapons. The issue has always been Hamas having access them.

The assumption that the NCAG or ISF would be able to prevent terrorists from regaining control over the stored weapons is totally misleading. Even more disturbing is the new deal’s assertion that “no weapons shall be transferred or handed to Israel or non-Palestinian parties.”

Transferring weapons from one Palestinian group to another is not demilitarization.

Equally disturbing is the new roadmap’s conditioning of disarmament on an Israeli withdrawal from the Gaza Strip:

“This process [to decommission and store heavy weapons, military production sites, depots of weapons, and tunnels] shall be linked to an Israeli withdrawal, in phases, from the areas under its control in Gaza and the decommissioning of [Israel-backed] armed militias.”

Why should a terrorist organization that carried out the October 7, 2023 massacre in Israel be allowed to dictate the conditions of its own disarmament? No country fighting ISIS or al-Qaeda would first withdraw its forces and only then hope terrorists voluntarily surrender their weapons. Hamas should not be negotiating the terms of its defeat. It should be compelled to unconditionally surrender and disarm.

While discussions about disarmament were underway, Hamas reportedly began distributing more automatic rifles to operatives under the guise of “personal ownership.” Israel’s Kan News quoted an unnamed Palestinian source as saying that the goal of the rifle distribution was to ensure that weapons stay in the hands of Hamas members. “Hamas will not disarm. Period,” the source asserted.

Before the first stage had even been implemented, Hamas was already looking for loopholes.

Shortly after the new roadmap was announced, senior Hamas official Ghazi Hamad said in an interview with Saudi-owned Al-Arabiya TV:

“The weapons will be stored and not handed over, and this is conditional on Israel’s commitment. What we agreed upon with the mediators is storing the weapons, not surrendering them. Our political and civilian role in Gaza continues. Hamas has not and will not abandon its national project to reclaim the Palestinian land. We consider the current phase exceptional due to the circumstances that the Gaza Strip is going through.”

This is the same Ghazi Hamad who publicly vowed that Hamas would repeat the October 7 massacre time and again until Israel is eliminated:

“We must teach Israel a lesson, and we will do this again and again. The Al-Aqsa Flood [the name Hamas uses to describe the October 7 massacre] is just the first time, and there will be a second, a third, a fourth, because we have the determination, the resolve, and the capabilities to fight.”

This quote alone should destroy confidence in Hamas’s promises to the Board of Peace.

Anyone who thinks that the newly established NCAG will somehow confront Hamas and impose its authority over the terrorist organization is living under an illusion. Hamas has ruled the Gaza Strip since 2007. It controls thousands of armed men, intelligence networks, clan alliances, financial resources, and a deeply entrenched political and security apparatus. No technocratic committee can simply arrive and displace an organization that has spent nearly two decades ruthlessly consolidating its power.

The far more likely scenario is that Hamas will continue to call the shots from behind the scenes while allowing another Palestinian body to assume responsibility for governance, civil service salaries, reconstruction, and collecting international aid.

This would essentially replicate the Hezbollah model in Lebanon, where a heavily-armed Iran-backed terrorist militia coexists with a formal government while retaining independent military power and ultimate political influence.

Supporters of the new roadmap argue that international observers and the ISF will oversee implementation. International observers may monitor warehouses and oversee the delivery of humanitarian assistance, and the ISF may train Palestinian security forces. They will not confront Hamas if it decides to rearm. They definitely will not risk their lives dismantling some terrorist infrastructure.

Within hours of the announcement of the roadmap, Iran’s Islamic Revolutionary Guard Corps dismissed the plan outright, declaring that the effort to disarm Hamas “will achieve nothing” and had already failed. Tehran pledged that “the resistance” (Hamas) would remain steadfast until what it called the “final victory” over Israel.

Iran understands Hamas better than anyone else because it has financed, armed and trained the terrorist organization for decades. If the Iranian regime is openly rejecting the prospect of Hamas’s disarmament, why should anyone else believe that Hamas intends to honor the agreement?


Khaled Abu Toameh is an award-winning journalist based in Jerusalem.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com