Wrocławscy urzędnicy sprawdzają, czy poniemieckie schrony mogą być znowu wykorzystane

Wzgórze Partyzantów we Wrocławiu, pozostałości niemieckiego dowództwa./de.wikipedia/Joee


Wrocławscy urzędnicy sprawdzają, czy poniemieckie schrony mogą być znowu wykorzystane

Kamil Krupa (PAP)


Wrocławscy urzędnicy sprawdzają, czy poniemieckie schrony z czasów II wojny światowej mogą być ponownie wykorzystane do ochrony ludności – potwierdził PAP UM Wrocławia. Zdaniem eksperta, we Wrocławiu na przestrzeni lat zaniedbano wiele obiektów, które obecnie mogłyby służyć pierwotnej funkcji.

Możliwe wykorzystanie wybudowanych w czasach II wojny światowej schronów i przywrócenie im ich pierwotnej funkcji potwierdził PAP Michał Guz z Urzędu Miejskiego Wrocławia. „Analizujemy możliwość wykorzystania istniejącej infrastruktury. W pierwszej kolejności brane są pod uwagę te lokalizacje, które historycznie były przystosowane do pełnienia funkcji schronów lub ukryć” – przekazał w odpowiedzi na zadane przez PAP pytania, ale nie wskazał dokładnych lokalizacji.

Jednocześnie zaznaczył, że wszystkie obiekty ujęte w ewidencji są obecnie objęte przeglądami technicznymi prowadzonymi we współpracy ze służbami, w tym strażą pożarną oraz organami nadzoru budowlanego. A dopiero po zakończeniu tych działań możliwa będzie rzetelna ocena potencjału poszczególnych lokalizacji pod kątem ich ewentualnego wykorzystania na potrzeby ochrony ludności.

Dodał, że zgodnie z raportem Najwyższej Izby Kontroli, dostępność miejsc schronienia dla ludności w Polsce jest ograniczona i zróżnicowana regionalnie. „Wrocław wpisuje się w średni poziom dostępności obserwowany w dużych miastach. Obecnie trwa weryfikacja i aktualizacja ewidencji obiektów ochronnych. To pozwoli na bardziej precyzyjne określenie rzeczywistych możliwości zabezpieczenia mieszkańców” – powiedział Guz.

O pomysł wykorzystania poniemieckich budowli ochronnych PAP zapytała dr. Stanisława Kolouszka, historyka, badacza architektury militarnej, znawcy dziejów Wrocławia i wiceprezesa Wrocławskiego Stowarzyszenia Fortyfikacyjnego. – Przede wszystkim we Wrocławiu nie ma publicznych budowli ochronnych – skomentował w rozmowie z PAP.

Jego zdaniem w stolicy Dolnego Śląska nie tyle brakuje Miejsc Doraźnego Schronienia, co w ogóle nie ma publicznych budowli ochrony zbiorowej, a ich pozostałości z dawnych lat nie spełniają już swojej roli. Mowa przede wszystkim o wolnostojących schronach i szczelinach przeciwlotniczych. W mieście jest około 30 stałych szczelin przeciwlotniczych. Każda z nich była przewidziana dla ochrony od 50 do 100 osób. Jak wyjaśnił badacz, szczeliny przeciwlotnicze są szansą ochrony przed skutkami eksplozji, m.in. odłamkami, falą uderzeniową czy zagruzowaniem, od których ginie najwięcej osób podczas ataków powietrznych.

Zaznaczył przy tym, że w 2010 roku takie wolnostojące obiekty zostały wykreślone z ewidencji, a obecnie w trakcie inwentaryzacji miejsc schronienia ludności się je pomija. – Nikt wtedy sobie nie zadał trudu opracowania właściwej koncepcji – powiedział PAP dr Kolouszek.

Ponadto dodał, że Wrocław posiadał odpowiednią infrastrukturę do ochrony ludności, ale w ostatnich trzech dekadach nikt nie myślał, że takie obiekty mogą być znowu przydatne, dlatego nie inwestowano w ich konserwację i zachowanie. Jako przykład podał konstrukcję, która znajduje się pod Placem Nowy Targ. – Tam jest 1200 metrów kwadratowych budowli ochronnej pod stropem bomboodpornym grubości prawie dwóch metrów. Obecnie jest tam wielkie podziemne jezioro odcięte od świata, dostępne wyłącznie jednym włazem kanalizacyjnym – powiedział.

Dodał, że obiekt nadaje się do ponownego wykorzystania, pod warunkiem przeprowadzenia remontu i modernizacji. Jako inne miejsca, które mogłyby przysłużyć się sprawie ochrony ludności wskazał szczeliny przeciwlotnicze przy Placu Powstańców Wielkopolskich, gdzie są dwie szczeliny typu stałego, Plac Orląt Lwowskich przy dawnym Dworcu Świebodzkim (3-4 szczeliny), wlot ulicy Tęczowej czy skwer u zbiegu ul. Koszykarskiej i Rękodzielniczej. Naturalnie wszystkie te budowle wymagają obecnie pewnych nakładów.

Zdaniem badacza, problem ochrony ludności jest szerszy. Jako przykład przedstawił kwestię stanowiska kierowania Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego. Takie znajduje się w biurowcu przy ul. Strzegomskiej. Jak zwrócił uwagę dr Kolouszek, nie jest to obiekt umocniony. – W związku z tym, kiedy zostanie porażony, a mogłoby tak się przydarzyć, wówczas ustałaby możliwość koordynacji działań ratunkowych i działań zarządzania kryzysowego w ogóle – podkreślił.

Według niego taki obiekt powinien być umocniony a miasto powinno posiadać dodatkowo stanowisko zapasowe. Przytoczył przy tym przykład, kiedy w latach 50. prowadzono program budowy tego rodzaju obiektów, przy czym Wrocław posiadał wówczas nie tylko umocnione stanowiska kierowania na szczeblu wojewódzkim i miejskim, ale również na szczeblu ówczesnych dzielnic miasta. Schrony dla kierownictwa władz miejskich i wojewódzkich miały być przygotowane, aby przez 2 tygodnie działać w sposób autonomiczny, czyli w odcięciu do świata zewnętrznego. Dziś obiekty te nie istnieją lub na skutek wieloletnich zaniedbań nie nadają się do użytku.

– Fundamentalnym brakiem jest nieprzygotowanie koncepcji ochrony ludności w sensie najbardziej ogólnym, strategicznym, ale również w zakresie myślenia o tak szczegółowym problemie jakim jest budownictwo ochrony zbiorowej w ramach systemu – dodał badacz. Podkreślił, że błędem jest bowiem wydatkowanie olbrzymich sum na samą tylko budowę schronów, jeśli miasto nie dysponuje również publicznymi budowlami ochronnymi, a przede wszystkim, zabezpieczonymi stanowiskami kierowania organów Obrony Cywilnej.

Pod koniec marca br. zastępca dyrektora Wydziału Komunikacji Społecznej UM Wrocławia Tomasz Sikora przekazał PAP, że Wrocław ma obecnie miejsce w schronach dla ok. 7 proc. populacji.

Z kolei, jak powiedział PAP rzecznik wojewody dolnośląskiej Tomasz Jankowski, na całym Dolnym Śląsku w ubiegłym roku nadzór budowlany wspólnie ze strażą pożarną zinwentaryzował ponad 210 obiektów ochronnych. Po planowanej modernizacji ok. 177 z nich będzie spełniać swoją funkcję.

– Do 20 marca samorządy z regionu zgłaszały do wojewody zadania w ramach programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej, łącznie tylko w tym obszarze trafiło do nas ponad 460 propozycji, w tym Wrocław wskazał 3 zadania związane z utworzeniem obiektów zbiorowej ochrony – powiedział PAP Jankowski.

Zaznaczył, że w 2026 roku rusza właściwy etap przedsięwzięcia: budowa schronów i adaptacja miejsc schronienia, także w oparciu o istniejącą infrastrukturę. Przyznał, że to obszar, w którym przez lata narastały zaległości. – Budowanie realnej odporności wymaga czasu, konsekwencji i dobrze zaplanowanych inwestycji – dodał.

Wybrane zostaną inwestycje o największym znaczeniu, które po zatwierdzeniu przez MSWiA zostaną sfinansowane z rządowego programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2027-2031.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Polska delegacja Flotylli Sumud zatrzymana przez Izrael. “Nie strzelajcie do nas”


Polska delegacja Flotylli Sumud zatrzymana przez Izrael. “Nie strzelajcie do nas”

Katarzyna Rochowicz


[webmaster: Dramatyczne “Nie strzelajcie do nas” z przedszkola aktywistow. Izraelscy żołnierze trafiaja w swoje cele. Jezeli strzelaja to zeby naklonic przyglupich aktywistow do posluszenstwa i wykonania polecen. ]


Statek biorący udział w Global Sumud Flotilla (Fot. REUTERS/Dilara Senkaya)

Wiadomo, że członkowie polskiej delegacji pozostają w rękach władz izraelskich i są transportowani do jednego z izraelskich portów – przekazał Rafał Piotrowski, rzecznik polskiej sekcji Globalnej Flotylli Sumud.

“We wtorek 19 maja około godziny 14 został przechwycony Kareem Awad – polski delegat i student medycyny Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu z brytyjskim obywatelstwem. Dołączył do Łukasza Kozaka przechwyconego wczoraj o godzinie 12.24 i Agaty Wisłockiej przechwyconej o 16.59 (czasu lokalnego)” – napisał Rafał Piotrowski, rzecznik polskiej sekcji Globalnej Flotylli Sumud. 

Polscy aktywiści w rękach Izraela “Nie strzelajcie do nas”

W rozmowie z PAP wyjaśnił, że wiadomo jedynie, iż członkowie polskiej delegacji są w rękach władz izraelskich i są transportowani do jednego z izraelskich portów.

Rzecznik dodał, że organizacja wzywa do uwolnienia wszystkich uczestników misji i “ponad 9 tysięcy niesłusznie przetrzymywanych palestyńskich więźniów politycznych”.

Przekazał też, że statek Girolama, będący częścią flotylli został ostrzelany przez siły izraelskie. – Na nagraniach widać moment otworzenia ognia oraz słychać, jak aktywiści krzyczą “don’t shoot us” (ang. nie strzelajcie do nas) – relacjonował.

Uzupełnił, że w kierunku łodzi Elengi, na której znajdował się Awad, “siły izraelskie oddały przynajmniej jeden strzał, który słychać i widać na transmisji na żywo ze statku”. Według Piotrowskiego ostrzelano też płynącą pod polską banderą jednostkę Zefiro. Zaznaczył, że organizatorzy na bieżąco informują o sytuacji polskie MSZ.

MSZ reaguje po zatrzymaniu uczestników flotylli

Rzecznik resortu Maciej Wewiór powiedział PAP, że polska służba konsularna pozostaje w gotowości do udzielenia pomocy swoim obywatelom. – Nasz konsul w Izraelu pozostaje w kontakcie z lokalnymi służbami, ale również z rodzinami osób, o których mamy informację, że mogą być wśród zatrzymanych – przekazał.

Dodał, że MSZ ma też kontakt z przedstawicielami placówek dyplomatycznych innych państw europejskich, których obywatele znajdowali się lub znajdują się jeszcze na pokładach flotylli.

Jak podał Piotrowski, do tej pory siły izraelskie przechwyciły 45 łodzi wchodzących w skład konwoju.

Izrael już wcześniej zatrzymywał uczestników flotylli. Akcje kończyły się deportacjami.

Globalna Flotylla Sumud wyruszyła w ubiegłym tygodniu z tureckiego portu Marmaris w stronę wybrzeża Strefy Gazy. Jak deklarują organizatorzy flotylli, celem tego “ostatniego etapu podróży”, rozpoczętej 12 kwietnia w Barcelonie, jest przełamanie blokady Strefy Gazy ustanowionej przez wojsko Izraela i stworzenie korytarza humanitarnego do palestyńskiej enklawy.

To kolejna taka inicjatywa tej organizacji. Jeden z największych konwojów zorganizowano jesienią 2025 roku Składał się z około 40 jednostek i blisko 500 aktywistów. Wówczas Izrael również interweniował, działaczy ujęto, przewieziono do Izraela i deportowano. 30 kwietnia Izrael przechwycił także inną, złożoną z około 20 statków flotyllę w pobliżu greckiej Krety. 


Redagowała Lidia Raś


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


UN Special Rapporteur Francesca Albanese Urges Germany to Get Over Holocaust Guilt in Antisemitic Tirade


UN Special Rapporteur Francesca Albanese Urges Germany to Get Over Holocaust Guilt in Antisemitic Tirade

Ailin Vilches Arguello


Francesa Albanese, the United Nations special rapporteur on the situation of human rights in the Palestinian territories, speaks at a conference, “A Cartography of Genocide: Israel’s Conduct in Gaza,” at the Roma Tre University, in Rome, Italy, Oct. 6, 2025. Photo: REUTERS/Remo Casilli

Francesca Albanese, the United Nations’ special rapporteur on the human rights situation in the Palestinian territories, has published a bizarre social media post mixing antisemitic rhetoric with Holocaust revisionism, appearing to urge Germany to move beyond its historical guilt while casting Jews as arrogant and viewing themselves as morally superior to Europeans.

In a Facebook post published on Sunday, Albanese — who has an extensive history of using her role to denigrate Israel and seemingly rationalize the Palestinian terrorist group Hamas’s attacks against the Jewish state — called on Germans to absolve themselves of responsibility for the Nazi regime’s crimes and the historical burden of guilt tied to them.

The anti-Israel UN official argued that modern Germany’s efforts to come to terms with its past through strong support for the Jewish state do not reflect genuine remorse.

Instead, she claimed this stance reflects a “historical superiority syndrome” that has never been addressed and serves as a “convenient mask” for Germany’s return to the international community.

“The Western club accepted them because they proved themselves capable of tolerating certain members of the group that were previously ‘undesirable,’ and so they accepted the Jews, but not all of them,” Albanese wrote. “They learned that to survive in this world they must be superior. No longer a fragile minority. No longer a people in exile. No longer the people of the book. But the chosen people. ‘Chosen to rule?’ One might wonder when looking at what Israel has become.”

She then went on to claim that Germany does not respect Jews unless they are Zionist and behaves like a “socially deranged” state that enacts discriminatory laws, while calling on its citizens to free themselves from what she described as an obligation to Israel.

“I know Germans can do better,” Albanese concluded. “I have seen them. But they are called upon emancipating themselves. This is their chance.”

This latest controversy is far from the first involving Albanese, who has a mandate from the UN to advise the international body on the Israeli-Palestinian conflict. In her position, which she has held since 2022, Albanese has faced consistent criticism over a pattern of incendiary anti-Israel remarks, with officials accusing her of inciting violence and hatred.

Earlier this year, top diplomats from Austria, Germany, Italy, the Czech Republic, and France called for Albanese’s resignation after she delivered yet another inflammatory tirade against Israel.

During an Al Jazeera forum in Doha, Albanese described the state of Israel as “the common enemy of humanity” and accused the country of “planning and carrying out a genocide” during its defensive war against Hamas.

“It’s also true that never before has the global community seen the challenges that we all face, we who do not control large amounts of financial, algorithms, and weapons,” Albanese said at the time, appearing to invoke a long-standing antisemitic conspiracy that Jews control wealth and technology.

She also accused Western nations of being complicit in the so-called “genocide” by supplying arms and financing Israel, while claiming that Western media helps defend the Jewish state by “amplifying the pro-apartheid, genocidal narrative.”

Albanese has previously referred to a “Jewish lobby” controlling the US and Europe, compared Israel to Nazi Germany, and stated that Hamas’s violence against Israelis — including rape, murder, and kidnapping — needs to be “put in context.”

Despite her history of antisemitic statements, the UN has consistently refused to fire Albanese, citing her status as one of its “independent experts.”

Since taking on her UN role, Albanese has been at the center of controversy due to what critics, including US and European lawmakers, have described as antisemitic and anti-Israel public remarks.

Last year, the UN Human Rights Council (UNHRC) faced intense pressure to block Albanese’s reappointment for another three-year term, with several countries and NGOs urging UN members to oppose the move due to her controversial remarks and alleged pro-Hamas stance.

Despite significant pressure and opposition, her mandate was confirmed to extend until 2028.

Last year, the UN launched a probe into Albanese for allegedly accepting a trip to Australia funded by pro-Hamas organizations.

In the past, she has also celebrated the anti-Israel protesters rampaging across US college campuses during the 2023-2024 academic year, saying they represent a “revolution” and give her “hope.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Nasza NakbaJak świat arabski wypędził swoich Żydów, a rezultat nazwał kolonializmem

Jak świat arabski wypędził swoich Żydów, a rezultat nazwał kolonializmem


Nasza Nakba
Jak świat arabski wypędził swoich Żydów, a rezultat nazwał kolonializmem

Matt Field


Żydzi egipscy opuszczający Egipt w 1956 roku.

Ambasador Niemiec w Egipcie pracuje w domu, który kiedyś należał do żydowskiej rodziny. Tak samo ambasador Szwajcarii. Tak samo amerykański. Domy skonfiskowano w 1956 roku, kiedy egipski rząd ogłosił — w komunikacie odczytanym z minaretów Kairu i Aleksandrii — że wszyscy Żydzi są syjonistami i wrogami państwa. Rodzinom pozwolono zabrać jedną walizkę. Podpisywały dokumenty „przekazujące” całą resztę państwu. Potem wyjeżdżały. Domy nadal stoją. Rodzin już nie ma.

To tutaj zaczyna się spór o Izrael. Nie w Europie. Tutaj.

Istnieje opowieść o Izraelu, powtarzana z niezwykłą pewnością siebie na uniwersytetach, w Organizacji Narodów Zjednoczonych i na łamach gazet, które powinny wiedzieć lepiej. Opowieść brzmi tak: europejscy Żydzi, straumatyzowani europejskimi prześladowaniami, przybyli do ziemi zamieszkanej przez rdzennych Arabów i siłą stworzyli państwo osadnicze. Europejskie poczucie winy. Europejska migracja. Europejska potęga. Kolonializm z Gwiazdą Dawida.

Ta opowieść wymaga zignorowania większości Izraelczyków.

Żydzi mizrachijscy — ci, których przodkowie pochodzą z Iraku, Iranu, Jemenu, Egiptu, Maroka, Libii, Syrii, Tunezji, Algierii i Libanu — stanowią największy blok demograficzny w żydowskiej populacji Izraela: od 45 do 61 procent, zależnie od tego, jak liczy się małżeństwa mieszane i samoidentyfikację. Żaden poważny demograf nie kwestionuje tego podstawowego faktu. Nie są Europejczykami. Są potomkami społeczności żyjących na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej ponad dwa tysiące lat, zanim słowo „Europa” nabrało jakiegokolwiek politycznego znaczenia. Wielu wywodzi swoje korzenie z niewoli babilońskiej z 586 roku p.n.e. Ich rodziny były w Bagdadzie, zanim Rzym stał się miastem. Były w Sanie, Kairze i Trypolisie, kiedy przodkowie dzisiejszych najgłośniejszych antysyjonistów byli jeszcze poganami w północnych lasach.

Według definicji, do której odwołuje się język praw ludów rdzennych, są oni rdzenną ludnością Bliskiego Wschodu.

Teza kolonialna nie komplikuje tego faktu. Ona wymaga jego wymazania.

Społeczności te nie pojawiły się w Iraku, Jemenie czy Egipcie z Europy ani znikąd. Przybyły tam z Ziemi Izraela, niesione przez podboje i wygnania, które definiowały starożytny świat. Niewola babilońska z 586 roku p.n.e. sprowadziła Żydów do Mezopotamii, kiedy Nabuchodonozor zniszczył Pierwszą Świątynię i deportował ludność Judei. Kolejne fale nastąpiły po podboju asyryjskim, zburzeniu Drugiej Świątyni przez Rzymian w 70 roku n.e. i późniejszych rozproszeniach, które rozsypały żydowskie społeczności po całym regionie. Żydzi z Bagdadu, Sany, Kairu czy Trypolisu nie byli imigrantami przybyłymi na Bliski Wschód z innego miejsca. Byli wygnanymi dziećmi Ziemi Izraela, żyjącymi na ziemiach, na które rzucił ich podbój, zachowującymi swój język, swoje teksty i pamięć o domu przez dwa tysiące lat. Kiedy wrócili do Izraela w XX wieku, nie przybywali jako kolonizatorzy. Wracali.

Aby zrozumieć, co zostało utracone, trzeba wiedzieć, co istniało.

Żydzi iraccy należeli do najstarszych nieprzerwanie istniejących społeczności żydowskich na świecie. Ich korzenie w Babilonii sięgały zburzenia Pierwszej Świątyni. W Iraku nie tylko przetrwali. Oni tam tworzyli. Talmud — centralny tekst żydowskiego prawa i życia, regulujący żydowską praktykę od piętnastu stuleci — został spisany w Babilonii, w akademiach Sury i Pumbedity, na ziemi dzisiejszego Iraku. Na początku XX wieku Żydzi stanowili około jednej trzeciej ludności Bagdadu. Byli kupcami, muzykami, urzędnikami państwowymi, lekarzami, bankierami. Mówili judeoarabskim i modlili się po hebrajsku — i robili jedno i drugie nieprzerwanie przez dwa i pół tysiąca lat.

Żydzi jemeńscy zachowali tradycję liturgiczną tak starą i tak odizolowaną od reszty żydowskiego świata, że badacze fonetyki hebrajskiej analizują ją dziś, by zrozumieć, jak język był pierwotnie wymawiany. Byli na Półwyspie Arabskim jeszcze przed narodzinami islamu. Ich piyyutim — religijna poezja — niosły melodie dawno zapomniane przez resztę żydowskiego świata.

Żydzi Maroka i Algierii poprzedzali arabski podbój Afryki Północnej. Perska społeczność żydowska wywodziła swoje początki z czasów Cyrusa Wielkiego, wymienionego w Księdze Izajasza jako narzędzie żydowskiego wyzwolenia. Żydzi Egiptu byli starożytni. Żydzi Syrii byli starożytni. Nie były to ludy przesiedlone. Były zakorzenione — z własnymi świętymi tekstami, żywymi językami i nieprzerwaną pamięcią wspólnotową sięgającą najwcześniejszych rozdziałów historii Żydów.

W 1948 roku w Iraku żyło 135 tysięcy Żydów. W Maroku 265 tysięcy. W Algierii 140 tysięcy. W Tunezji 105 tysięcy. W Egipcie 100 tysięcy. W Jemenie 60 tysięcy. W Libii 38 tysięcy. W Syrii 30 tysięcy.

Dziś w Iraku jest mniej niż dziesięciu Żydów. W Jemenie mniej niż dziesięciu. W Libii mniej niż dziesięciu.

Koniec każdej z tych społeczności miał własny charakter, ale schemat wszędzie był ten sam.

W Bagdadzie rozpad zaczął się podczas żydowskiego święta Szawuot w czerwcu 1941 roku. Nazistowskie wpływy dotarły do Iraku za pośrednictwem niemieckiego ambasadora Fritza Grobby, który finansował antysemickie gazety, sponsorował młodzieżówkę wzorowaną na Hitlerjugend i budował proizraelską… [sic? no] proosiową elitę oficerską. Gdy krótko istniejący pronazistowski rząd upadł, a brytyjskie wojska ruszyły ku miastu, tłumy wyszły na ulice. W ciągu dwóch dni zamordowano około 180 Żydów, setki raniono i kobiety gwałcono, a 1500 domów i firm splądrowano i zniszczono. Pogrom ten nazwano Farhud. Nie uczy się o nim w szkołach. Dekadę później Irak zdelegalizował syjonizm, skonfiskował żydowskie mienie, odebrał Żydom obywatelstwo i stworzył warunki, w których 120 tysięcy Żydów weszło na pokład samolotów do Izraela w ramach operacji Ezra i Nehemiasz, opuszczając ziemię, na której spisano Talmud.

W Egipcie rząd prezydenta Nasera czekał do kryzysu sueskiego w 1956 roku. Wtedy komunikat popłynął z meczetów. Syjoniści. Wrogowie państwa. Jedna walizka. Podpisz formularz. Wyjeżdżaj. Między 1948 rokiem a końcem lat 60. ponad 80 procent egipskich Żydów uciekło — większość do Izraela, część do Francji i obu Ameryk — wszyscy do życia budowanego od zera w kraju, który wcześniej nie był ich krajem.

W Jemenie antyżydowskie zamieszki wybuchły pod koniec listopada 1947 roku, sprowokowane protestami przeciw planowi podziału Palestyny ONZ. W ciągu trzech dni zabito ponad 80 Żydów, splądrowano ponad 100 żydowskich firm, spalono synagogi. W latach 1949–1950, w operacji nazwanej przez izraelski rząd „Na skrzydłach orłów”, niemal 49 tysięcy Żydów jemeńskich przetransportowano drogą lotniczą do Izraela. Wielu szło przez pustynię całymi dniami, by dotrzeć do pasa startowego. Przybyli niemal z niczym. Przywieźli swoje zwoje Tory.

W Libii Żydzi byli obecni od ponad dwóch tysięcy lat, a ich korzenie w regionie sięgały czasów sprzed zburzenia Drugiej Świątyni. W 1945 roku arabskie zamieszki nacjonalistyczne zabiły ponad 140 z nich i zniszczyły setki ich domów. Kolejny pogrom w 1948 roku. Więcej zabitych. Więcej spalonych domów. Gdy Kaddafi przejął władzę w 1969 roku, ustawowo skonfiskował całe pozostałe żydowskie mienie. Do 1970 roku rząd ogłosił Libię Judenrein — „wolną od Żydów”. Dwa tysiące lat żydowskiej obecności zakończono dekretem.

Ten sam schemat powtórzył się w Maroku, Algierii, Tunezji, Syrii, Libanie i Iranie. Czasem poprzez przemoc tłumu. Czasem przez biurokratyczne duszenie. Prawo wymagające muzułmańskich wspólników biznesowych. Zatrzymywane paszporty. Odbierane obywatelstwo. Zamrażane konta bankowe. Żydowskie społeczności świata arabskiego zostały zlikwidowane w ciągu trzech dekad poprzez połączenie prześladowań, zubożenia i okresowych rzezi — aż ponad 99 procent z nich zniknęło. Ziemia skonfiskowana tym, którzy uciekli, obejmuje 40 tysięcy mil kwadratowych — pięć razy więcej niż powierzchnia Izraela w 1948 roku. Straty majątkowe, udokumentowane w 22 archiwach i przedstawione Radzie Praw Człowieka ONZ, wycenia się dziś na 263 miliardy dolarów.

Nie istnieje żadna agenda ONZ dla tych uchodźców. Żaden coroczny dzień żałoby uznany przez Zgromadzenie Ogólne. Żaden specjalny sprawozdawca. Żaden międzynarodowy fundusz. Żadna stała populacja uchodźców utrzymywana przez pokolenia jako instrument polityczny. Nie używa się wobec nich słowa „Nakba”, choć według każdego mierzalnego standardu to, co spotkało niemal milion Żydów w świecie arabskim, było większym, pełniejszym i bardziej świadomie zaplanowanym wysiedleniem niż palestyński exodus, do którego termin ten stosuje się wyłącznie.

To milczenie nie jest przeoczeniem. Przeoczenia się koryguje, kiedy ktoś je wskazuje.

W tym miejscu trzeba nazwać spór precyzyjnie.

Ludzie forsujący kolonialną tezę o Izraelu zasadniczo nie są nieświadomi istnienia Żydów mizrachijskich. To ludzie wykształceni. Czytają. Wiedzą, że Izrael nie jest monokulturą. Problem nie polega na braku informacji. Problem polega na tym, że te informacje nie służą argumentowi, więc się ich nie używa.

Kolonialna rama jest konstrukcją nośną. Usuń ją, a cała ideologiczna budowla się zawali. Uznaj, że większość Izraelczyków pochodzi ze społeczności wypędzonych z krajów arabskich, a musisz też uznać, że państwa arabskie przeprowadziły czystkę etniczną swoich żydowskich populacji. Uznaj to, a nie da się utrzymać prostego podziału na rdzennych Arabów i kolonialnych Europejczyków. Uznaj to, a ludzie domagający się likwidacji Izraela jako aktu dekolonizacji domagają się, by uchodźcy arabskiej czystki etnicznej oddali jedyne miejsce, które ich przyjęło.

Żydzi mizrachijscy nie komplikują tego argumentu. Oni go kończą.

Dlatego są wymazywani. Nie przez spisek. Przez nawyk selektywnej uwagi tak konsekwentny i tak wygodny, że działa jak polityka. Są ludźmi, których ten argument potrzebuje, by nie istnieli. I w dużej mierze, w dyskursie kształtującym sposób, w jaki świat mówi o Izraelu, rzeczywiście nie istnieją.

To wymazanie nie jest ignorancją. Jest podtrzymywaniem konstrukcji.

Izrael jest krajem, którego większość populacji wywodzi się od Żydów wypędzonych ze świata arabskiego. Żydzi ci pochodzili ze społeczności starszych od islamu, które stworzyły Talmud na ziemi babilońskiej, zachowały starożytną liturgię hebrajską w jemeńskich górach i były częścią tkanki Kairu, Bagdadu i Trypolisu dłużej, niż istnieje większość współczesnych państw. Zostali wywłaszczeni przez arabski nacjonalizm, pozbawieni obywatelstwa i majątku, zmuszeni do wejścia do samolotów, obozów przejściowych i nowego kraju, który był jedynym krajem gotowym ich przyjąć. Nie są kolonizatorami Bliskiego Wschodu. Są jego wypędzonymi dziećmi, które wróciły.

A państwa arabskie ponoszą bezpośrednią odpowiedzialność za rzeczywistość demograficzną, którą potem przez dekady potępiały. Niemal 900 tysięcy Żydów opuściło Irak, Jemen, Egipt, Libię, Maroko, Algierię, Tunezję i Syrię — wypędzonych przez prześladowania, pogromy i sponsorowane przez państwo wywłaszczenia. Niektórzy wyjechali na mocy bezpośrednich nakazów wydalenia. Inni dlatego, że pozostanie stało się niemożliwe. Rozróżnienie ma mniejsze znaczenie niż rezultat: oni zniknęli, ich majątek został zabrany i żadne państwo arabskie nigdy nie zaoferowało, że ich zatrzyma, ochroni lub zrekompensuje to, co utracili. Około 650 tysięcy trafiło do Izraela, ponieważ Izrael był jedynym krajem, który przyjął ich bez warunków. Reszta wyjechała do Francji i obu Ameryk. Państwa arabskie wypędziły Żydów, zamknęły za nimi wszystkie drzwi, a potem potępiły miejsce, do którego ci Żydzi trafili. Populacja, którą teza kolonialna określa jako europejski narzut, została w większości zbudowana przez uchodźców stworzonych przez sam świat arabski. Akt oskarżenia i jego przyczyna są tymi samymi ludźmi.

Konflikt ma konkurujące ze sobą roszczenia. Zasługują one na uczciwe rozliczenie. A takie rozliczenie nie może się zacząć, dopóki wszyscy ludzie nie znajdą się na stole.

Ludzie, którzy zbudowali kolonialną tezę wokół Izraela, wiedzieli — lub powinni byli wiedzieć — to wszystko. A mimo to skonstruowali ten argument. Przywoływali prawa ludów rdzennych, jednocześnie wymazując najbardziej rdzennych Żydów na ziemi. Domagali się historycznej odpowiedzialności, jednocześnie zapewniając pełną bezkarność państwom arabskim, które zlikwidowały swoje żydowskie populacje i zatrzymały skradzione mienie. Nazywali Izrael projektem europejskim, ignorując jemeńskich Żydów, którzy szli przez pustynię ze zwojami Tory, by dostać się do samolotu lecącego do Tel Awiwu.

Nie da się uczciwie wysuwać tego argumentu. Można go wysuwać tylko wtedy, gdy z góry zdecyduje się, że pewni ludzie się nie liczą.

Żydzi mizrachijscy się liczą. Byli obecni, kiedy budowano argument przeciwko nim. Byli obecni, kiedy świat postanowił ich nie zauważać. Są obecni dziś — stanowią większość żydowskiej populacji państwa żydowskiego, wypędzone dzieci świata arabskiego, które wróciły do domu. Żadna teza tego nie przetrwa. Przetrwa tylko decyzja, by dalej udawać, że to nie istnieje.


Link do oryginały¨

That Jew Our Nakba – The German ambassador to Egypt works out of a house that used to belong to a Jewish family. So does the Swiss ambassador. So does the American one. The homes were confiscated in 1956, when the Egyptian government declared, in a proclamation read aloud from the minarets of Cairo and Alexandria, that all Jews were Zionists and enemies of the state. The fa…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Amid Conspiracy Theories, Eurovision Proves Ordinary People Are Still Willing to Treat Israel Fairly


Amid Conspiracy Theories, Eurovision Proves Ordinary People Are Still Willing to Treat Israel Fairly

Micha Danzig


Noam Bettan, representing Israel, performs “Michelle” during the dress rehearsal 2 of the Grand Final of the 2026 Eurovision Song Contest, in Vienna, Austria, May 15, 2026. Photo: REUTERS/Lisa Leutner

For many Americans, Eurovision requires a brief explanation. It is a massive annual international music competition involving dozens of countries across Europe and nearby regions, watched by hundreds of millions of people. And because much of the Arab world boycotted Israel culturally and politically after 1948 — excluding it from most regional sporting and cultural frameworks — Israel was integrated into European competitions instead.

Much like the situation where Israeli soccer teams must qualify for the World Cup through Europe rather than through the Middle East, Israel competes in Eurovision through the European broadcasting system.

For years now, Eurovision has followed the same ritualized choreography when it comes to Israel.

There are protests outside the arena. Activists demand Israel’s exclusion. Broadcasters openly question whether Israel should even participate. Some performers posture about morality and “complicity.” Social media floods with denunciations. Major media outlets, like The New York Times, publish innuendo-filled pieces implying Israel is somehow manipulating the contest through “soft power,” aggressive promotion, or shadowy mobilization campaigns.

And then the public votes for Israel at — or near — the top anyway.

The pressure campaign against Israel exploded after October 7, 2023, but the politicization predates October 7 by years.

Israel historically performed extremely well at Eurovision, winning in 1978, 1979, 1998, and again in 2018 with Netta Barzilai’s “Toy.” For decades, Israel was treated largely as a normal — if occasionally controversial — participant.

That changed during the 2010s, alongside the rise of intersectional activist politics, the normalization of BDS rhetoric in cultural spaces, and the growing effort to frame Israel as not merely controversial, but as uniquely illegitimate.

Netta’s 2018 victory was an early warning sign. The backlash quickly escalated from criticism of the song itself to claims that Israel should not host Eurovision (as all winners do) because the contest was supposedly “laundering apartheid.”

After October 7, the situation became impossible to ignore.

Israel increasingly received weak jury scores while performing dramatically better with the public vote. Ordinary viewers and elite opinion were diverging sharply.

That pattern repeated this year with Israel’s multilingual ballad “Michelle,” performed by Noam Bettan.

Last year, Israel’s “New Day Will Rise,” performed by Yuval Raphael — herself a survivor of the Nova massacre — triggered a frenzy of insinuations about “manipulated” voting after she finished second despite ranking only 15th with the professional juries.

This year, “Michelle” briefly surged into the overall lead during the public vote reveal but ultimately finished second as Bulgaria secured the win with far stronger professional jury support.

And once again, the reaction was not: “perhaps the public genuinely liked the song.”

Instead, Israel’s success is cast as both suspect and suspicious.

Apparently, Israel promoting its Eurovision entry is now evidence of sinister “soft power” — despite Eurovision itself being essentially one giant soft-power competition.

Countries spend heavily promoting themselves through Eurovision. The contest has always been part music competition, part tourism campaign, part national branding exercise, and part geopolitical theater in sequins.

Host countries market tourism and national identity through the contest. Governments support contestants. National broadcasters campaign aggressively. Diaspora and regional voting blocs have existed for decades and are openly joked about every year.

None of this becomes scandalous unless Israel succeeds.

Because increasingly, Israel is not treated as a normal country participating in international cultural life, but as a uniquely illegitimate presence whose success must always be explained away as manipulation, coercion, propaganda, or hidden influence — an impulse that mirrors classic antisemitic patterns.

In fact, many journalists now deploy this double standard so reflexively they no longer even recognize it.

But the deeper issue here is not really the Eurovision itself. It is the widening divide between institutional opinion and public sentiment.

The Eurovision voting system makes this unusually visible. Countries award separate “professional jury” votes and public televotes. Under Eurovision rules, countries cannot televote for themselves. Meanwhile, countries like Britain, France, Ukraine, Poland, and Romania possess diaspora populations vastly larger than the global Jewish population.

Yet when Israel performs strongly with the public vote, conspiracy theories immediately emerge.

The global Jewish population is roughly 15 million people — about half living in Israel, with much of the diaspora concentrated in the United States, where Eurovision remains relatively niche in mainstream culture. The notion that diaspora Jews are secretly overpowering Europe’s vastly larger voting populations through coordinated televoting campaigns collapses under minimal scrutiny.

The problem for many activists is not Israel’s Eurovision strategy. It is that the public itself keeps refusing to behave correctly.

The public keeps voting for the Israelis anyway — likely because Israeli entries are often among the competition’s strongest. And because many ordinary viewers probably recoil from the increasingly hysterical effort to turn Israeli artists into untouchables.

That effort has increasingly backfired.

Several left-wing European broadcasters and political actors spent years trying to pressure Eurovision organizers to ban Israel entirely. When that failed, some shifted toward symbolic boycotts and public distancing campaigns.

Yet despite the protests, the media pressure, the activist intimidation, and despite professional juries that increasingly appear politically or socially pressured not to reward Israel too generously, Israel still finished second again this year — propelled overwhelmingly by ordinary viewers.

That is the real story.

This does not mean European publics are uniformly pro-Israel. They are not. But many appear to recognize that the obsession with Israel is wildly disproportionate and often reflects something deeper than policy disagreement: hostility toward Jewish national legitimacy itself.

That distinction mattered even more after October 7.

Because while large segments of the Western media rapidly attempted to reframe Israelis from massacre victims into primary villains almost immediately after the largest single-day slaughter of Jews since the Holocaust, millions of ordinary people watched what actually happened.

They saw civilians butchered in homes. Families burned alive. Young people massacred at a music festival. Women dragged into Gaza. Babies kidnapped. Holocaust survivors taken hostage.

And despite relentless efforts afterward to flatten chronology, causation, and moral categories, many people never fully accepted the demand that Israelis immediately cede to an assigned role as uniquely illegitimate global pariahs. That, for parts of Europe’s activist and media class, is the real scandal.


Micha Danzig is an attorney, former IDF soldier, and former NYPD officer. He writes widely on Israel, Zionism, antisemitism, and Jewish history. He serves on the board of Herut North America.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com