Klątwa pożytecznego idioty

Zack Polanski – wzorowy użyteczny idiota. (Zrzut z ekranu)


Klątwa pożytecznego idioty

Leo Pearlman


Pożyteczny idiota jest jedną z najbardziej trwałych postaci w historii. Pojawia się w każdym pokoleniu, w każdej ideologii i w każdym ruchu politycznym. Nie definiuje go to, w co wierzy, lecz to, do czego można go wykorzystać. Byłby jedną z wielkich komicznych postaci historii, gdyby nie był tak niebezpieczny.

Pożyteczny idiota rzadko jest głupi. Przeciwnie, wielu z nich to ludzie inteligentni, elokwentni i często świetnie wykształceni. Można ich znaleźć na uniwersytetach, w zarządach firm, partiach politycznych, organizacjach aktywistycznych i instytucjach medialnych. Tym, co ich wyróżnia, nie jest brak inteligencji, lecz brak ciekawości – albo, mówiąc dokładniej, lęk przed ciekawością.

Pożyteczny idiota boi się informacji, które mogłyby skomplikować jego obraz świata. Unika rozmów podważających jego założenia, szukając raczej potwierdzenia niż zrozumienia, pewności zamiast prawdy.

Dla poprzednich pokoleń edukacja była często procesem odkrywania, jak wiele się nie wie. Dziś dla wielu stała się procesem uczenia się, jakie poglądy można bezpiecznie wyznawać. Pierwsze kształtuje ludzi myślących samodzielnie, drugie – naśladowców.

Pożyteczny idiota nie boi się, że może nie mieć racji. Boi się odkrycia, że jego przeciwnicy mogą nie być całkowicie w błędzie. Bo takie odkrycie zagraża czemuś znacznie ważniejszemu niż argumentacja – zagraża przynależności. A właśnie przynależność leży w samym sercu tego zjawiska.

Pożyteczny idiota chce być akceptowany, potrzebuje należeć do „tych dobrych”, łaknie aprobaty tłumu. A przede wszystkim pragnie pewności. Chce świata schludnie podzielonego na dobrych i złych, ciemiężycieli i uciskanych, ofiary i złoczyńców.

Rzeczywistość rzadko jest tak prosta, ale pożyteczny idiota nie może sobie pozwolić na złożoność. Złożoność wymaga myślenia, myślenie rodzi wątpliwości, wątpliwości zagrażają przynależności, a przynależność coraz częściej jest walutą współczesnego aktywizmu.

I właśnie tutaj zaczyna się manipulacja, ponieważ pożyteczny idiota nie tylko się myli – jest wykorzystywany. Na tym polega cała rzecz, bo jego wartość nie tkwi w mądrości, wiedzy czy osądzie, lecz w zdolności do dostarczania legitymizacji.

Jeśli chcesz atakować Żydów, znajdź Żyda. Jeśli chcesz atakować kobiety, znajdź kobietę. Jeśli chcesz atakować prawa gejów, znajdź gejowskiego aktywistę. Jeśli chcesz atakować demokrację, znajdź demokratę.

Pożyteczny idiota staje się żywą tarczą, certyfikatem autentyczności, przepustką.

„Jak to może być antysemityzm? Przecież razem z nami maszerują Żydzi”.

„Jak to może być mizoginia? Przecież kobieta się z nami zgadza i stoi po naszej stronie”.

„Jak to może być homofobia? Przecież on stoi na naszym czele”.

Sama sprzeczność staje się produktem. Zjawisko to stało się tak powszechne, że niemal przestało zwracać uwagę. Zwrot „Jako Żyd…” stał się wręcz osobnym gatunkiem dyskursu politycznego.

Rzadko chodzi tu o fachową wiedzę. Chodzi o rozgrzeszenie. Taka osoba nie znajduje się tam dlatego, że rozumie problem lepiej niż wszyscy inni. Jest tam po to, by pozwolić wszystkim pozostałym przestać myśleć – albo, w wielu przypadkach, w ogóle nie zaczynać.

Pożyteczny idiota bierze to za akceptację. Ale to nie jest akceptacja. Akceptacja oznacza, że jesteś ceniony za to, kim jesteś. Użyteczność oznacza, że jesteś ceniony za to, co możesz zrobić dla kogoś innego.

Pierwsze jest bezwarunkowe. Drugie ma termin ważności.

7 października nie stworzył pożytecznego idioty. Ujawnił go. A właściwie ujawnił ich miliony. To, co nastąpiło po masakrze, było jednym z najbardziej niezwykłych politycznych przegrupowań we współczesnej historii Zachodu.

Powstała burza doskonała: część progresywnej lewicy zaczęła maszerować ramię w ramię z ruchami islamistycznymi.

Organizacje walczące o prawa kobiet miały trudności z potępieniem zorganizowanych gwałtów i przemocy seksualnej wobec izraelskich kobiet.

Organizacje LGBTQ entuzjastycznie sprzymierzały się ze sprawami, których ideologie polityczne uznawałyby homoseksualizm za przestępstwo i karały homoseksualistów śmiercią przez powieszenie.

Obrońcy praw człowieka zaczęli bronić organizacji otwarcie odrzucających wiele praw, których sami rzekomo bronią.

Sprzeczność była oczywista, a jednak miliony ludzi zdawały się jej nie dostrzegać – albo nie chciały jej dostrzec. Bo kiedy przynależność staje się ważniejsza niż prawda, rzeczywistość staje się negocjowalna.

Pożyteczny idiota przestaje pytać: „Co się stanie, jeśli ci ludzie zwyciężą?”. Zamiast tego pyta: „Co pomyśli o mnie moje plemię, jeśli zacznę ich kwestionować?”.

Ta jedna zmiana wyjaśnia wiele ze współczesnego aktywizmu. Pożyteczny idiota ocenia ruchy według tego, jak współczująco brzmią, nigdy zaś według tego, co się dzieje, kiedy zdobywają władzę.

I tu dochodzimy do brytyjskiego polityka z Partii Zielonych, Zacka Polanskiego.

Gdyby komuś powierzono zadanie skonstruowania w laboratorium idealnego pożytecznego idioty, rezultat mógłby wyglądać uderzająco podobnie.

Gej, Żyd i progresywny polityk, entuzjastycznie uczestniczący w koalicjach politycznych, w których znajdują się ludzie celebrujący 7 października, broniący Hamasu lub sprzymierzający się z ruchami zasadniczo wrogimi zarówno żydowskiemu samostanowieniu, jak i równouprawnieniu osób LGBT.

Ironia jest niemal zbyt doskonała. Żyd i homoseksualista prowadzący kampanię u boku ludzi, których ideologiczni pobratymcy mieliby niewiele cierpliwości zarówno dla jego żydowskości, jak i homoseksualności.

A jednak właśnie ta sprzeczność czyni go tak wartościowym. Jego żydowskość, seksualność i poglądy polityczne zapewniają legitymizację. Jest użyteczny nie pomimo tych cech, lecz właśnie dzięki nim.

Pożyteczny idiota jest zawsze cenniejszy, kiedy można go pokazać palcem. „Widzicie? To przecież nie może być antysemityzm”. „Widzicie? To przecież nie może być homofobia”. „Widzicie? Jeden z nich się z nami zgadza”.

Jest jeszcze jedna cecha pożytecznego idioty, której poświęca się znacznie mniej uwagi:

Jego użyteczność często rośnie, kiedy cierpi. Pożyteczny idiota wyobraża sobie, że jest częścią ruchu. W rzeczywistości często jest surowcem, którym ruch się żywi.

Jego aresztowanie staje się okrzykiem mobilizującym zwolenników. Jego zawieszenie – apelem o datki. Jego zwolnienie z pracy – dowodem prześladowania. Jego uwięzienie – narzędziem rekrutacji. Ruch pochłania jego ofiarę i przetwarza ją w energię. Jednostka płaci cenę, organizacja inkasuje dywidendę.

Skuteczny aktywista jest użyteczny. Ofiara jest bezcenna.

Dlatego tak wiele ruchów z większym entuzjazmem celebruje swoich męczenników niż własne sukcesy. Uwięziony aktywista, wyrzucony student, aresztowany demonstrant, napiętnowany wykładowca. Ich cierpienie staje się kapitałem politycznym, ich ofiara – strategią marketingową.

Pożyteczny idiota bierze ten proces za solidarność. Często jest to po prostu eksploatacja. Jego poświęcenie nie jest niefortunnym skutkiem ubocznym działalności ruchu – jest jednym z jego najcenniejszych aktywów. A ponieważ nauczono go, że cierpienie jest dowodem zaangażowania, staje się jeszcze bardziej lojalny. Im więcej traci, tym bardziej jest przekonany. Im więcej poświęca, tym bardziej czuje się sprawiedliwy. Im surowiej jest karany, tym większą ma pewność, że stoi po właściwej stronie historii.

Ruch rozumie to instynktownie. Pożyteczny idiota – rzadko.

I tu dochodzimy do publicysty „Guardiana”, Owena Jonesa.

Jego doświadczenie po wizycie na Buttmitzvah, queerowej żydowskiej imprezie klubowej w Londynie, było drobną, lecz doskonałą ilustracją szerszego zjawiska.

Przez lata Jones prezentował nienaganne antysyjonistyczne referencje. Przejął odpowiedni język, popierał właściwe sprawy i z niesłabnącą obsesją atakował zatwierdzone cele. A jednak wystarczyło, że pojawił się na żydowskiej imprezie, by niektórzy zwrócili się przeciwko niemu.

Jego reakcja była znamienna: zdziwienie, rozczarowanie, poczucie zdrady. Oczywiście nie powinien był być zaskoczony. Pożyteczny idiota często dopiero za późno odkrywa, że tłum, który mu klaskał, nigdy naprawdę go nie akceptował. Po prostu uważał go za użytecznego.

Lekcja, którą Owen odebrał w miniaturze, jest tą samą lekcją, której historia raz po raz udziela w pełnej skali. Pożyteczny idiota wyobraża sobie, że lojalność zostanie w końcu odwzajemniona. Historia sugeruje coś innego. Bo pożyteczny idiota nigdy nie jest partnerem. Jest narzędziem. Dziś jest przydatny do atakowania kogoś innego. Jutro staje się zbędny i sam znów staje się celem.

Historia już spotykała pożytecznego idiotę.

Spotkała go w zachodnich intelektualistach gloryfikujących Stalina, podczas gdy miliony ludzi znikały w gułagach. Spotkała go w świeckich rewolucjonistach maszerujących u boku islamistów w Teheranie, przekonanych, że wspólnie budują tę samą przyszłość. Spotkała go w idealistycznych studentach rewolucji kulturalnej Mao, którzy z entuzjazmem burzyli stary świat, zanim rewolucja zwróciła uwagę na nich samych.

Flagi były inne, hasła były inne, rezultat – uderzająco podobny. Pożyteczny idiota zawsze jest przekonany, że pomaga budować lepszy świat. Tragedia polega na tym, że rzadko zatrzymuje się, by zapytać, jaki świat zamierzają zbudować ludzie, których wzmacnia, kiedy już zwyciężą.

I dlatego Dearborn ma znaczenie.

Przez lata wielu ludzi na progresywnej lewicy przekonywało samych siebie, że wszystkie grupy mniejszościowe w naturalny sposób podzielają te same wartości i aspiracje. Potem pojawiły się kwestie dotyczące seksualności, edukacji, religii i wolności słowa. Nagle grupy, które wcześniej maszerowały razem, odkryły, że wyobrażają sobie zupełnie inne społeczeństwa.

Koalicja działała doskonale, dopóki miała charakter symboliczny. Stało się znacznie trudniej, kiedy wkroczyła polityczna rzeczywistość.

Dearborn nie jest wyjątkiem. Jest zapowiedzią kierunku, w którym zmierzają wydarzenia. Tak właśnie wygląda zderzenie haseł z władzą, kiedy sojusz zbudowany wyłącznie na wspólnym sprzeciwie zostaje zmuszony do odpowiedzi na znacznie trudniejsze pytanie:

Co właściwie próbujecie zbudować?

To pytanie dotrze również do Wielkiej Brytanii, ponieważ istnieje zasadnicza różnica między wspólnym występowaniem przeciwko czemuś a zgodą co do tego, co powinno owo coś zastąpić.

Pożyteczny idiota nigdy nie rozumie tej różnicy. Zakłada, że wszyscy podzielają jego wartości, że wszyscy chcą tej samej przyszłości, że lojalność zostanie w końcu nagrodzona. Zamiast tego odkrywa, że użyteczność ma termin ważności.

7 października nie stworzył pożytecznego idioty. Obnażył go. Pokazał, jak wielu ludzi tak rozpaczliwie pragnie przynależeć, że przestało zadawać najważniejsze ze wszystkich pytań politycznych: „Co się stanie, jeśli ci ludzie zwyciężą?”.

Ujawnił pokolenie gotowe oceniać ruchy według tego, jak współczująco brzmią, zamiast według tego, jakie społeczeństwa chcą zbudować. Pokolenie gotowe usprawiedliwiać mizoginię, homofobię, autorytaryzm i przemoc, pod warunkiem że zostaną opakowane we właściwe hasła.

Niektórzy w końcu dostrzegą tę sprzeczność. Wielu nie dostrzeże jej nigdy. Historia podpowiada, że kiedy wreszcie ją dostrzegają, często jest już za późno. Bo pożyteczny idiota rzadko jest ostatnią ofiarą sił, które sam wzmacnia. Jest po prostu pierwszą.

Wolności, które pomaga podkopywać, prawdy, które pomaga tłumić, i instytucje, które pomaga osłabiać, nie znikają wraz z nim. Stają się dziedzictwem następnego pokolenia. I właśnie na tym polega prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie na krzywdzie, którą pożyteczny idiota wyrządza samemu sobie, lecz na szkodach, które pozwala wyrządzić innym, kiedy już pomoże im dotrzeć tam, dokąd chcieli dojść.

7 października powinien był być ostrzeżeniem. Zamiast tego dla wielu stał się sprawdzianem. Sprawdzianem tego, czy przynależność liczy się bardziej niż prawda, czy hasła są ważniejsze od rzeczywistości, czy akceptacja jest ważniejsza od zasad. Zbyt wielu tego sprawdzianu nie zdało.

Tragedia nie polega na tym, że pewnego dnia mogą odkryć, iż byli wykorzystywani. Tragedia polega na tym, że kiedy to odkryją, cenę będą już płacić ludzie daleko wykraczający poza ich własne grono.

Historii nigdy nie kształtowali wyłącznie fanatycy. Znacznie częściej kształtowali ją zwyczajni ludzie, którzy wmówili sobie, że zadawanie trudnych pytań jest mniej ważne niż akceptacja tłumu.

Pożyteczny idiota rzadko jest celem podróży. Jest mostem.

Tragedia polega na tym, że nasze społeczeństwo przechodzi po tym moście razem z nim.


Link do oryginału: https://www.israelnationalnews.com/news/428694?utm_source=substack&utm_medium=email

Israel National News, 16 czerwca 2026

Leo Pearlman jest londyńskim producentem oraz otwarcie i dumnie deklarującym się syjonistą. Jego film o masakrze na festiwalu muzycznym Nova 7 października, We Will Dance Again, zdobył w 2025 roku nagrodę Emmy podczas 46. dorocznej gali News & Documentary Emmy Awards w kategorii „Outstanding Current Affairs Documentary”.



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Historyczka: W Niemczech długo dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności za zbrodnie

Okupacja niemiecka podczas II wojny światowej – egzekucja Polaków. Fot. PAP/PAI/Reprodukcja


Historyczka: W Niemczech długo dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności za zbrodnie

Józef Krzyk


– W powojennych Niemczech przez długi czas dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności. Zbrodnie przypisywano abstrakcyjnemu „nazizmowi”, wąskiej grupie przywódców albo aparatowi SS – mówi w rozmowie z PAP dr Joanna Nikel z Instytutu Pileckiego w Warszawie.

Archiwum Instytutu Pileckiego otrzymało dotąd niepublikowane i nieznane wspomnienia niemieckiego urzędnika, który podczas II wojny światowej pracował w administracji cywilnej Generalnego Gubernatorstwa. Materiał jest obecnie opracowywane przez dr Joanną Nikel. Rezultatem badań będzie artykuł naukowy, który najprawdopodobniej na początku przyszłego roku zostanie opublikowany w recenzowanym czasopiśmie naukowym.

PAP: Jak to się stało, że wspomnienia urzędnika niemieckiego z czasów okupacji niemieckiej trafiły do Instytutu Pileckiego?

Dr Joanna Nikel: To ogromna zasługa dyrekcji naszego Instytutu, przede wszystkim stojącej na czele berlińskiego oddziału IP Hanny Radziejowskiej i jej zespołu. To dzięki ich pracy Instytut Pileckiego w Berlinie zdobył taką renomę, że osoba, która w swoich rodzinnych archiwach znalazła dotyczące II wojny światowej wspomnienia swojego przodka, postanowiła je przekazać właśnie nam, a nie innej placówce.

PAP: Co wiadomo o autorze wspomnień?

J.N.: Osoba, która przekazała nam jego wspomnienia, zastrzegła że nie możemy ujawnić nazwiska. Urodził się w 1914 roku w Dolnej Saksonii i pochodził z rodziny o bardzo bogatym kapitale kulturowym. Jego ojciec był dyplomowanym kupcem i ekonomistą, pracował m.in. w Chinach, gdzie autor interesujących nas wspomnień spędził dzieciństwo, a następnie wrócił do Niemiec, skończył studia i zrobił doktorat. Miał pewne problemy kardiologiczne, a chcąc uniknąć poboru do wojska w 1943 roku postarał się o posadę urzędnika w Generalnym Gubernatorstwie. W ten sposób na kilka miesięcy trafił do Radomia, a w czerwcu 1944 r. został wysłany na front, w następstwie czego finalnie trafił do francuskiej niewoli.

Udało się ustalić, że po wojnie przeszedł proces denazyfikacji i został całkowicie oczyszczony, nie było przeciwko nim prowadzone żadne śledztwo, nie miał żadnych zarzutów.

PAP: Swoich wrażeń z pobytu w okupowanej przez Niemcy Polsce nie spisywał na bieżąco. Zrobił to dopiero po wojnie. Co w tych wspomnieniach jest najciekawsze? Jak one świadczą o ich autorze?

J.N.: Najbardziej uderzające jest właśnie to, czego w tych wspomnieniach brakuje: mimo że autor zetknął się z biedą Polaków, przemocą i wiedzą o Zagładzie, doświadczenia te nie prowadzą go do zakwestionowania systemu, którego sam był częścią. Znacznie chętniej obserwuje innych Niemców – urzędników, policjantów czy żołnierzy Wehrmachtu – i opisuje ich zachowania, nadużycia oraz krytyczne uwagi pod adresem Hansa Franka. Do takich powojennych deklaracji trzeba jednak podchodzić ostrożnie: krytyka nieżyjącego już Franka nie wiązała się wówczas z żadnym ryzykiem.

Bardzo dobrze znał też realia okupacyjnej codzienności. Wiedział, co oznacza kupowanie „na lewo” i że niemieccy urzędnicy mogą dzięki czarnemu rynkowi zdobyć właściwie wszystko – i sam z tych możliwości korzystał. Właśnie ta zwyczajność jest w jego relacji szczególnie znacząca: pokazuje, jak łatwo przemoc, przywilej i eksploatacja stawały się elementami normalnego życia okupanta.

PAP: Był zagorzałym nazistą?

J.N.: Trudno to zweryfikować tylko na podstawie treści jego wspomnień, choć wybrzmiewa z nich narodowosocjalistyczny światopogląd. Z przeprowadzonych kwerend archiwalnych udało się ustalić że w 1933 roku wstąpił do SS, a był również członkiem NSDAP.

Oczywiście, wśród członków tych formacji zdarzały się osoby które przystępowały tam kierując się koniunkturalizmem. Dotyczyło to jednak głównie tych, którzy sięgali po partyjną legitymację i zakładali czarny mundur wtedy gdy wiązało się to z udziałem w pewnych profitach.

W NSDAP w szczytowym momencie było aż 8,5 mln Niemców. Jedni byli zagorzałymi wyznawcami hitleryzmu, a inni tylko liczyli na awans.

PAP: Jaki obraz polskiej rzeczywistości okupacyjnej wyłania się z tych wspomnień?

J.N.: Pewnym utrudnieniem jest to, że nie pojawia się w nich żadna data. Z treści wynika jednak, że autor pojawił się w okupowanym Radomiu już po zakończeniu Akcji Reinhardt – czyli deportacji Żydów do obozów zagłady. Informacje te potwierdziły dalsze kwerendy archiwalne. Nie brał więc bezpośredniego udziału w holokauście, ale zdawał sobie sprawę z tego, co zaszło. Kompletnie pijani żołnierze jadący na przepustkę opowiedzieli mu z detalami o mordowaniu Żydów na Białorusi, ale skłoniło go to tylko do myśli o tym, co się stanie z Niemcami po wojnie.

Od tego, co się działo z Żydami i Polakami, bardziej jednak zajmowała go sytuacja Niemców. Od pewnego momentu dostrzegał już, że III Rzesza wojnę przegrywa. Widział odwrót Wehrmachtu i był świadkiem pogarszających się nastrojów, ale też coraz bardziej bezwzględnej grabieży. Wielu Niemców wokół niego wychodziło z założenia, że trzeba się szybko wzbogacić. Na porządku dziennym były korupcja i pijaństwo.

PAP: A autor wspomnień był tylko świadkiem, czy może też brał w tym udział?

J.N.: Był częścią tego systemu. Wspominał chociażby o olbrzymim bagażu, z jakim wyjeżdżał na święta do rodziny, z produktami spożywczymi, które nie były wtedy powszechnie dostępne. Nie widać w tych zapiskach jednak refleksji, który by świadczyła że miał z tego powodu wyrzuty sumienia. Wychodził z założenia, że ponoszącym koszty wojny Niemcom coś się należy, że to oni są ofiarami i trzeba ulżyć rodzinom w bombardowanej przez wroga Rzeszy.

A jednocześnie widział ogromną degradację materialną i zubożenie ludności polskiej. Przyglądał się głodującym dzieciom, ale nie ma w tych zapiskach żadnej konstatacji, która byłaby dowodem jego świadomości, że to Niemcy są odpowiedzialni za tę sytuację. Był zaledwie urzędnikiem niższego szczebla, ale i tak znajdował się w sytuacji uprzywilejowanej. Przynajmniej w porównaniu do tego, z czym musiała się wtedy mierzyć większość żyjących pod okupacją niemiecką Polaków.

PAP: Na czym polega wartość tych wspomnień? 

J.N.: Są one cennym źródłem pokazującym mentalność i światopogląd Niemców na terenie okupowanej przez III Rzeszę Polski. Jeśli potraktować te wspomnienia jako próbę powojennego rachunku sumienia, jest to dokument przygnębiający właśnie przez brak głębszej refleksji nad własnym miejscem w systemie okupacyjnym. Pod tym względem autor nie był jednak wyjątkiem. W powojennych Niemczech przez długi czas dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności: zbrodnie przypisywano abstrakcyjnemu „nazizmowi”, wąskiej grupie przywódców albo aparatowi SS i policji, znacznie rzadziej pytając o udział zwykłych urzędników, prawników, przedsiębiorców czy funkcjonariuszy administracji.

Także historiografia długo znacznie lepiej znała struktury niemieckiego aparatu okupacyjnego niż ludzi, którzy wprawiali je w ruch. Potrafimy opisać instytucje, kompetencje i mechanizmy terroru, ale zejście z poziomu Hansa Franka czy najwyższych dowódców SS do poziomu konkretnych urzędników, starostów, policjantów i funkcjonariuszy odpowiedzialnych za konkretne decyzje pozostaje znacznie trudniejsze.

PAP: Czy to zaniedbanie historyków?

J.N.: Nie postrzegałabym tego jako zaniedbania polskiej historiografii. Po 1945 r. prawda historyczna i możliwość dochodzenia odpowiedzialności zostały w znacznej mierze zakładnikami nowego podziału politycznego Europy. Polska znalazła się w bloku sowieckim, podczas gdy ogromna część byłych funkcjonariuszy niemieckiego aparatu państwowego żyła w RFN. Przez dziesięciolecia nie istniały warunki do normalnej współpracy archiwalnej, badawczej i prawnej między oboma państwami. Z kolei NRD budowała swoją legitymizację na micie państwa antyfaszystowskiego, co również nie sprzyjało całościowemu rozliczeniu niemieckiego społeczeństwa z nazistowską przeszłością.

Polscy badacze wykonywali w tym czasie fundamentalną pracę dokumentacyjną: ustalali skalę zbrodni, identyfikowali ofiary, miejsca egzekucji i struktury aparatu okupacyjnego. Znacznie trudniejsze było natomiast przeprowadzenie tego, co dziś nazwalibyśmy badaniem sprawców – połączenie konkretnej zbrodni lub decyzji z biografią konkretnego człowieka, jego wojenną działalnością, a następnie powojenną karierą. Dokumentacja potrzebna do takiej rekonstrukcji pozostawała rozproszona po obu stronach żelaznej kurtyny. Dlatego jednym z ważnych zadań współczesnych badań jest dziś przywrócenie zbrodniom i polityce okupacyjnej ich personalnego wymiaru: za strukturami, rozporządzeniami i statystykami stali przecież konkretni ludzie, podejmujący konkretne decyzje. (PAP)


Dr Joanna Nikel jest badaczką historii Niemiec i totalitaryzmów XX wieku, ekspertką Instytutu Pileckiego w zakresie Täterforschung (badań nad sprawcami).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Two-Thirds of Lebanese Shias Want Hezbollah Disarmed as Survey Finds Openness to Peace With Israel


Two-Thirds of Lebanese Shias Want Hezbollah Disarmed as Survey Finds Openness to Peace With Israel

Ailin Vilches Arguello


Lebanese Hezbollah fighters take part in cross-border raids, part of a large-scale military exercise, in Aaramta bordering Israel on May 21, 2023, ahead of the anniversary of Israel’s withdrawal from southern Lebanon in 2000. Photo: Fadel Itani/NurPhoto via Reuters Connect

A new Lebanese opinion poll points to mounting pressure on Hezbollah to relinquish its weapons, even among its traditional Shia base of support, with a clear majority of respondents backing state control of the Iran-backed terrorist group’s arsenal and nearly two-thirds supporting some form of agreement with Israel.

The latest data comes as Hezbollah, a Shia Islamist group which for decades has exerted significant influence across Lebanon, continues to refuse to disarm despite the US, Israeli, and Lebanese governments all demanding disarmament to move forward with a broader ceasefire and potential peace deal.

According to the poll conducted by the Statistics Lebanon Institute, a Lebanese public opinion research organization, among the country’s Shia community, 66.4 percent of respondents support transferring Hezbollah’s weapons to the state, compared with 29.6 percent who believe the Shia terrorist organization and Iran’s chief regional proxy should retain its arsenal.

Among the survey’s key findings, 63.3 percent of respondents expressed support for some form of agreement with Israel, whether through direct negotiations, mediation, or a comprehensive regional deal.

The newly released survey, which was conducted nationwide in September among 800 Lebanese citizens of the Shiite community aged 18 and over, also found that 71.1 percent of respondents believe the Lebanese government should have sole authority over matters of war and peace, while just 5.9 percent support giving Hezbollah’s leadership a greater role in the country’s future.

Even more striking, 78.5 percent of respondents expressed confidence in the Lebanese Army, with 51.1 percent identifying it as the institution most capable of ensuring long-term security, compared with just 16.5 percent who gave Hezbollah that distinction.

The survey also found that 67.4 percent of respondents believe Hezbollah failed to achieve any or all of its objectives, with the war with Israel exacting a devastating toll, while 42.1 percent expressed disappointment, anger, or concern over the terrorist organization’s leadership and its conduct.

However, criticism of Hezbollah does not mean that the group has lost all public support: 37.1 percent of respondents said they have a great deal of trust in it, while another 22.4 percent expressed some trust, compared with 38.5 percent who reported varying levels of distrust.

Among respondents, 34 percent favor limiting Hezbollah to a political party in the future and 9.4 percent support a political and social role, while 10 percent wanted the group to retain its political and military activities and 10.6 percent back keeping its armed wing outside state control.

The results came months after a separate poll, conducted by the research firm Information International and published in May by Lebanese broadcaster Al-Jadeed, similarly found growing support for disarming Hezbollah and increased openness to a peace agreement with Israel. According to the earlier findings, Lebanese Shia were more resistant to such steps, indicating a potential shift among the portion of the population that historically has made up the core of Hezbollah’s domestic support.

Earlier this year, Israel and Lebanon agreed to a US-backed ceasefire framework to disarm Hezbollah, gradually withdraw Israeli forces from southern Lebanon, and deploy the Lebanese Armed Forces in their place, starting in designated pilot areas as part of broader efforts to restore state authority and stabilize the border.

However, implementation has largely stalled, with Israel maintaining troops in a security zone extending roughly 10 kilometers into southern Lebanon to protect its northern communities, prevent further terrorist attacks, and dismantle Hezbollah’s terrorist infrastructure in the area.

Hezbollah, like the Iranian regime, openly seeks Israel’s destruction. The internationally designated terrorist group began attacking Israel in early March, days after the joint US-Israeli military campaign began against Iran.

Israel and Lebanon do not have formal diplomatic relations and have technically remained in a state of war since 1948, despite recently engaging in US-brokered talks. However, the current Lebanese government has formally declared Hezbollah’s military operations illegal and indicated a willingness to making peace with the Jewish state.

Israeli officials have repeatedly warned that the Lebanese government has failed to fulfill its commitments under the framework to disarm Hezbollah, raising the possibility of a renewed large-scale military campaign against the terrorist group that could extend into additional areas.

Multiple media reports have suggested that Israel could even impose an air, land, and sea blockade on Lebanon as tensions mount over Hezbollah’s refusal to disarm and the group’s potential involvement in an escalating regional conflict.

Several rounds of negotiations have yet to yield tangible progress, with discussions reportedly including the possible deployment of military personnel from Italy, Switzerland, and Jordan to help oversee the removal of Hezbollah’s weapons

The Iranian proxy has accused Lebanese President Joseph Aoun and Prime Minister Nawaf Salam of betraying the “resistance” and collaborating with Israel amid ongoing direct bilateral negotiations, branding them “traitors” aligned with foreign interests.

Last week, European Union foreign policy chief Kaja Kallas called for extending the mandate of the United Nations Interim Force in Lebanon (UNIFIL) beyond its scheduled expiration at the end of the year, warning that southern Lebanon could face a security vacuum if no alternative international arrangement is ready in time.

Critics have lambasted UNIFIL for allowing Hezbollah to build up its weapons arsenal and wield significant political and military influence across Lebanon with little pushback. Israeli officials have long reported of Hezbollah fighters using UN peacekeepers as “human shields,” placing weapons and other assets near UN sites.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Autor monografii o lekarzach-więźniach w Auschwitz: podważyłem sporo mitów

Rzekomo bohaterska postawa niemieckich komunistów więzionych w Auschwitz to utrwalona po wojnie legenda, a większość zarzutów wobec dr. Władysława Deringa, oskarżanego o „współpracę z oprawcami”, jest wyssana z palca – mówi PAP Bogdan Musiał, autor monografii pt. „Szpital w piekle. Historie lekarzy-więźniów w Auschwitz”, która ukaże się 13 października.


Autor monografii o lekarzach-więźniach w Auschwitz: podważyłem sporo mitów

Anna Gwozdowska (PAP)


Rzekomo bohaterska postawa niemieckich komunistów więzionych w Auschwitz to utrwalona po wojnie legenda, a większość zarzutów wobec dr. Władysława Deringa, oskarżanego o „współpracę z oprawcami”, jest wyssana z palca – mówi PAP Bogdan Musiał, autor monografii pt. „Szpital w piekle. Historie lekarzy-więźniów w Auschwitz”, która ukaże się 13 października.

PAP: „Szpital w piekle” to polskie tłumaczenie pana książki wydanej wcześniej w Niemczech. Według niemieckich recenzentów oparł się pan na rzadko wykorzystywanych źródłach dostępnych w Polsce. Jakie znaczenie mają te materiały?

Bogdan Musiał: Są kluczowe. Ze względu na niemiecką politykę narodowościową, której celem było wyniszczenie polskiej inteligencji i zagłada Żydów, w Auschwitz więziono przede wszystkim lekarzy z Polski i medyków pochodzenia żydowskiego. Zdarzały się tylko pojedyncze przypadki lekarzy innych narodowości. Poza tym Niemcy zniszczyli dokumentację dotyczącą masowych zbrodni popełnianych w obozie i dlatego historykom pozostały głównie zeznania byłych więźniów — także lekarzy — z powojennych procesów obozowej załogi SS.

PAP: A dwa najważniejsze takie procesy odbyły się w Polsce.

B.M.: Niestety zgromadzone wtedy materiały są mało znane na Zachodzie, a jeżeli już, to wyrywkowo. Na przykład Rudolf Höss, komendant obozu, był sądzony w Polsce, ale żaden z autorów jego licznych biografii nie zadał sobie trudu, żeby przebadać polskie świadectwa.

PAP: Czym różni się obraz Auschwitz, który nakreślił pan w książce, od wcześniejszych publikacji?

B.M.: Myślę, że udało mi się podważyć sporo mitów na temat tego obozu, w tym popularną w zachodnich publikacjach opowieść o bohaterskiej roli austriackich i niemieckich komunistów, którą odegrali w obozowym szpitalu. Po wojnie ci ludzie zdominowali debatę na temat Auschwitz, ale w trakcie moich badań przekonałem się, że byli w pewnym sensie oszustami, którzy po 1945 roku przypisali sobie zasługi polskich i żydowskich lekarzy-więźniów.

PAP: Jak wspominał dr Leon Landau, świadectwa lekarzy-więźniów były po wojnie przyjmowane często z niedowierzaniem…

B.M.: Dlatego Landau i inni lekarze-więźniowie, pełniący np. funkcję pisarzy rejestrujących obozowe statystyki medyczne, mieli świadomość, że trzeba wszystko dokumentować, a notatki ukrywać albo wysyłać poza obóz, jeszcze zanim skończy się wojna. Oczywiście zdarzali się więźniowie, którzy woleli mieć spokój, a inni byli tak zdemoralizowani przez warunki obozowe, że szli na totalną współpracę z Niemcami.

Jednak to w obozowym szpitalu działała kluczowa komórka ruchu oporu, dzięki której niektórzy lekarze SS i inni ludobójcy z Auschwitz byli znani w świecie z imienia i nazwiska już w 1944 roku.

PAP: Odtworzył pan medyczną historię obozu. Czy coś pana w niej zaskoczyło?

B.M.: Byłem zdumiony, że w warunkach obozowych niektórzy lekarze-więźniowie prowadzili badania naukowe. Dr Władysław Fejkiel na podstawie materiałów o tyfusie plamistym, które zbierał na polecenie niemieckiego lekarza garnizonowego, zrobił w 1955 roku habilitację. Dziś o jego pracy kompletnie zapomniano, a przecież jest to także część historii Auschwitz.

PAP: Trudno w to uwierzyć, bo Auschwitz kojarzy się raczej z Josefem Mengele i jego pseudomedycznymi eksperymentami…

B.M.: Tu nie ma sprzeczności. To, co robił Fejkiel, absolutnie nie szkodziło innym więźniom. Po prostu zbierał informacje na temat przebiegu choroby i je rejestrował. Nie przeprowadzał żadnych eksperymentów. Oczywiście zdarzały się przypadki, kiedy zmuszano lekarzy-więźniów, a także sanitariuszy, do podawania współwięźniom zastrzyków z fenolu. Robił to np. faworyt esesmanów, funkcyjny Mieczysław Pańszczyk, przed wojną student ASP w Krakowie, który w obozie znalazł się w wieku 18 lat i został kompletnie zdeprawowany. Wstrzymałbym się jednak z osądzaniem tych ludzi z dzisiejszej perspektywy. Nie znaleźli się przecież w Auschwitz dobrowolnie, a prawdziwy głód zmienia nie tylko wygląd człowieka, ale także jego sposób myślenia. Mottem mojej książki jest stwierdzenie, że w nienormalnej sytuacji nienormalne zachowanie staje się normą.

PAP: Lekarze-więźniowie działali pod nadzorem esesmanów i chcąc nie chcąc, musieli z nimi współpracować. Czy w tych warunkach rzeczywiście można było komuś pomóc?

B.M.: Tak, na wiele sposobów i nierzadko skutecznie, choć wiązało się to często z trudnymi dziś do pojęcia dylematami. Lekarze-więźniowie z powodu braków kadrowych w załodze SS brali np. czasem udział w selekcjach przeprowadzanych w szpitalu. Przedwojenny oficer i polski patriota dr Rudolf Diem wspominał, że trzeba było wtedy decydować, kogo ratować i czyim kosztem. Lekarz czy sanitariusz SS pojawiał się w szpitalu raz na dwa, trzy tygodnie i wysyłał kilkuset chorych więźniów do komór gazowych, a lekarz-więzień mógł zamiast 300 wybrać np. tylko 100 chorych. Wybierał tych, o których było wiadomo, że w warunkach obozowych nie mieli żadnych szans, aby przeżyć, na przykład ze względu na atrofię głodową.

PAP: Jak doszło do tego, że Niemcy dopuścili polskich i żydowskich więźniów do pracy lekarza?

B.M.: Wkrótce po napaści na ZSRR Niemcy zorientowali się, że wbrew wcześniejszym oczekiwaniom wojna się szybko nie skończy, a na front trzeba będzie wysyłać coraz więcej mężczyzn w sile wieku. To wtedy zapadła decyzja, żeby do wsparcia wysiłku wojennego III Rzeszy wykorzystać więźniów obozów koncentracyjnych. W szpitalu w Auschwitz formalnie zakazano więc bicia i dopuszczono możliwość dłuższego leczenia chorych zamiast natychmiastowego wysyłania ich do gazu. Równocześnie niemieccy lekarze nagle zauważyli, że mają w obozie fachowców i pod koniec 1941 roku oficjalnie dopuścili więźniów z medycznym wykształceniem (także lekarki, które już od 1942 roku zajmowały się chorymi w kobiecym szpitalu więźniarskim) do pracy w obozowych szpitalach. Od tego momentu polscy i żydowscy medycy zaczęli mieć głos w sprawach leczenia. To była zasadnicza zmiana, bo wcześniej o tym, co działo się w szpitalu, decydowali m.in. przywiezieni do Auschwitz z Dachau niemieccy komuniści, a także zwykli kryminaliści i ich protegowani.

PAP: Jak ta zmiana wpłynęła na funkcjonowanie obozowego szpitala?

B.M.: W szpitalu spadła śmiertelność. Zresztą już wcześniej lekarze-więźniowie udowodnili swoją skuteczność. Kiedy na wiosnę 1941 roku w obozie wybuchła epidemia tyfusu plamistego, Niemcy byli bezradni, a Polacy — wówczas jeszcze formalnie pracujący jedynie jako pielęgniarze – pokazali lekarzom SS, że zamiast ludzi można zabijać wszy. Zaproponowali rygorystyczne zasady higieny, które wprowadzono, a tysiące ludzi uniknęło śmierci.

PAP: Wśród więźniów byli także znani przed wojną chirurdzy…

B.M.: Przede wszystkim Polacy. To oni stworzyli oddział chirurgiczny. Dzięki temu, że niemieccy lekarze chcieli ćwiczyć pod okiem świetnych operatorów, można było przeprowadzić dziesiątki tysięcy w większości prostych zabiegów, które jednak w warunkach obozowych przynajmniej na jakiś czas ratowały życie tysiącom więźniów.

PAP: Kim byli niemieccy lekarze obozowi?

B.M.: Nie należeli zazwyczaj do pierwszej ligi niemieckiej medycyny. Lekarze SS trafiali do Auschwitz najczęściej z frontu z powodu niezdolności do służby. Mengele był wyjątkiem, bo w 1943 roku zgłosił się do pracy w obozie na ochotnika. Wcześniej pracował w Instytucie Cesarza Wilhelma (dzisiejszy Instytut Maxa Plancka), wówczas jednym z najlepszych ośrodków tego typu na świecie. Mengele uznał, że w obozie jest bardzo dużo „materiału badawczego”, bo więziono tam wtedy całe rodziny.

PAP: Czy „anioł śmierci”, jak nazywano Mengelego, przeprowadzał swoje zbrodnicze eksperymenty z pomocą więźniów?

B.M.: Mengele szybko się zorientował, że w obozie jest wielu wysoko wykwalifikowanych lekarzy. Zaczął z nich formować „zespoły badawcze”. Nie chodziło wyłącznie o nieludzkie eksperymenty, z którymi Mengele jest słusznie kojarzony. Lekarze-więźniowie przeprowadzali dla niego np. badania antropologiczne polegające na mierzeniu, pobieraniu krwi i spisywaniu protokołów w języku niemieckim, które Mengele wykorzystywał później pod swoim nazwiskiem. Lekarze pochodzenia żydowskiego, będący w obozie w dużo gorszej sytuacji od Polaków, byli zmuszani do uczestniczenia w eksperymentach. Musieli np. przeprowadzać dla Mengelego autopsje zabitych rzekomo dla celów „badawczych” dzieci.

Trzeba pamiętać, że w obozowej hierarchii tzw. Żydzi transportowi znajdowali się najniżej i byli de facto od początku skazani na śmierć. Polacy byli w tej hierarchii nieco wyżej i teoretycznie niektórzy z nich mieli szansę na przeżycie.

PAP: Czy polscy lekarze uczestniczyli w pseudomedycznych eksperymentach prowadzonych przez niemieckich nadzorców?

B.M.: Lekarze-więźniowie byli po wojnie często demonizowani i zarzucano im zmyślone zbrodnie. Było to tym łatwiejsze, że aby ratować ludzi, musieli najpierw przeżyć. Znalezienie się w obozowym szpitalu dawało im na to większe szanse. Musieli następnie uzyskać pewną pozycję w szpitalnej hierarchii, a to wiązało się z jakąś formą współpracy z lekarzami SS.

PAP: Z pana książki wynika jednak, że więzień Auschwitz dr Władysław Dering na polecenie lekarza garnizonowego operował wcześniej naświetlanych żydowskich mężczyzn. Czy słusznie bywa do dziś opisywany jako „najbliższy współpracownik oprawców”?

B.M.: Na Zachodzie, ale także w Polsce, rzeczywiście funkcjonuje do dziś przekaz o uczestnictwie Deringa w pseudomedycznych eksperymentach. Na podstawie badań w archiwach mogę jednak stwierdzić, że większość tych zarzutów jest wyssana z palca.

Deringa starało się dopaść UB. Kampania oszczerstw przeciwko niemu miała z tego powodu zasięg wręcz międzynarodowy. Oczywiście Dering z pewnością miewał osobiste konflikty i nie wszyscy współwięźniowie go lubili, ale trzeba spojrzeć także na jego dokonania. To on rozbudował i prowadził oddział chirurgiczny i wielu ludziom uratował życie. To jego ogromna zasługa.

PAP: Był także członkiem ruchu oporu. Rotmistrz Witold Pilecki po swojej ucieczce z Auschwitz w kwietniu 1943 r. uznał go w Raporcie „W” za filar założonej przez siebie konspiracji…

B.M.: O tym akurat po wojnie milczano. Być może nie przypadkiem próbowano zniszczyć człowieka, który był bliskim współpracownikiem Pileckiego. Co istotne, zasługi Deringa przypisali sobie po wojnie ci więźniowie, którzy go oskarżali, m.in. austriacki komunista Hermann Langbein, z zawodu aktor, który miał ogromny wpływ na powojenną narrację o Auschwitz. Wymyślił np., że Dering rzekomo zrobił z worka mosznowego żydowskiego więźnia woreczek na tytoń. Ta pseudoinformacja wciąż widnieje w niemieckiej Wikipedii.

Niestety ta wieloletnia, niesprawiedliwa nagonka doprowadziła do tego, że pod koniec lat 50. i na początku lat 60. to nie Mengele, ale Dering był niesłusznie postrzegany jako symbol zbrodni medycznych w Auschwitz.


Rozmawiała Anna Gwozdowska (PAP)

Książka „Szpital w piekle. Historie lekarzy-więźniów w Auschwitz” ukaże się nakładem wyd. Zysk i S-ka.

Bogdan Musiał to historyk dziejów najnowszych, w latach 1990-1998 studiował historię, nauki polityczne i socjologię w Hanowerze i Manchesterze, od 1999 do 2004 roku był pracownikiem Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie, współpracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej. Autor licznych książek historycznych, m.in. „Zachodu po trupie Polski” i „Wojny Stalina”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Trump-Netanyahu Partnership: The Middle East Gains That Must Not Be Squandered


The Trump-Netanyahu Partnership: The Middle East Gains That Must Not Be Squandered

Bassam Tawil


  • The Middle East… remains far from stable. Hamas continues to resist disarmament, Iran remains a major threat, and Hezbollah’s armed presence in Lebanon continues to undermine the authority of the Lebanese state. The future of Gaza, including who will govern it and who will control its weapons, stands unresolved.
  • Can Gaza really have a new beginning while the organization that launched the October 7, 2023 massacre retains the ability to obstruct the transition and launch more massacres — not just of Israelis but of its own citizens and other neighbors?
  • The achievements of recent months could be weakened, or even reversed, if the remaining challenges are left unresolved.
  • The question is no longer simply what Washington and Jerusalem have achieved together. It is whether they can turn those achievements into lasting security.
  • A ceasefire without disarmament, a transitional administration without operational authority, and military victories without a strategy for the future will leave the region exposed to endless instability.
  • The task ahead is therefore clear: turn the gains already made into a strategic reality in which Palestinians in Gaza can live under civilian government rather than an armed factional rule; in which Israel’s security is strengthened, and in which Iran and its Middle Eastern allies can no longer threaten its own people or the region in any way.

The question is no longer simply what Washington and Jerusalem have achieved together. It is whether they can turn those achievements into lasting security. Pictured: U.S. President Donald Trump shakes hands with Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu during a press conference on December 29, 2025 in Palm Beach, Florida. (Photo by Joe Raedle/Getty Images

Over the past year and a half, the Middle East has undergone dramatic changes. Israel, increasingly encircled for decades by an Iranian “noose of fire” on seven fronts, inflicted severe damage on its enemies’ military capabilities; the United States finally demonstrated its willingness to use military force against the Islamic Republic of Iran, and a US-backed agreement brought home all the Israeli hostages still held by Hamas.

President Donald J. Trump and Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu played central roles in these developments. Their partnership combined America’s diplomatic leverage and military power with Israel’s intelligence capabilities and military operations.

The Middle East, nevertheless, remains far from stable. Hamas continues to resist disarmament, Iran remains a major threat, and Hezbollah’s armed presence in Lebanon continues to undermine the authority of the Lebanese state. The future of Gaza, including who will govern it and who will control its weapons, stands unresolved.

The question is no longer simply what Washington and Jerusalem have achieved together. It is whether they can turn those achievements into lasting security.

One of the most consequential developments was the US-backed Gaza ceasefire agreement reached in October 2025. The agreement ended the period of large-scale fighting and led to the return of all the remaining living Israeli hostages held by Hamas.

For the families who endured months of uncertainty and suffering, the return of their loved ones was an enormous achievement. It also demonstrated the potential of American diplomatic pressure, regional mediation, and Israeli military pressure to produce results that years of negotiations had failed to secure.

Trump’s 20-point plan subsequently provided a framework for a different future for Gaza. It envisioned an end to Hamas’s rule, the disarmament of armed factions, a transitional Palestinian administration, an International Stabilization Force (ISF), and reconstruction.

In January 2026, the Board of Peace was formally launched, with Trump as its chairman. Its mandate was to help oversee the transition and create the conditions for Gaza to be governed without the political or military domination of the terrorist group Hamas.

There has been progress in building the institutional framework. The National Committee for the Administration of Gaza has been established, preparations have been made to recruit and train Palestinian police, and the international community has developed a roadmap for disarmament.

The most difficult tasks, however, remain unfinished.

A report submitted by the Board of Peace to the UN Security Council in May acknowledged that negotiations over the implementation roadmap had not been finalized. The proposed ISF was still preparing for deployment, while the disarmament of Hamas and other armed terrorist factions remains a central obstacle.

Hamas has suffered substantial military loses, but as a political and armed force, it has not disappeared. Its continued presence raises a fundamental question: Can Gaza really have a new beginning while the organization that launched the October 7, 2023 massacre retains the ability to obstruct the transition and launch more massacres — not just of Israelis but of its own citizens and other neighbors?

The answer will determine whether the ceasefire becomes the foundation of a lasting settlement or merely an interval before another round of fighting.

The other historic development was the military confrontation with Iran in June 2025.

Israel, on June 13, 2025, launched Operation Rising Lion, striking Iranian nuclear infrastructure, missile production facilities, air defenses, military headquarters, and senior military commanders. On June 22, the United States struck three Iranian nuclear facilities at Fordow, Natanz, and Isfahan.

The operations demonstrated a level of US-Israeli military coordination with massive implications for regional security. They inflicted damage on important elements of Iran’s military and nuclear infrastructure and demonstrated that Iran’s geographical distance and extensive defensive preparations could not guarantee the protection of its most sensitive facilities.

The main challenge is still to prevent Iran from restoring the capabilities that made it such a serious threat to Israel and other countries in the region. This objective requires sustained intelligence cooperation, effective monitoring, credible deterrence, and a clear response to attempts to rebuild prohibited or threatening capabilities.

The challenge extends beyond Gaza and Iran.

Hezbollah’s decision to build an extensive military infrastructure outside the authority of the Lebanese state has contributed to decades of instability along Israel’s northern border. Hezbollah’s relationship with Iran was what gave the country the means of projecting military power beyond its own territory.

Efforts to strengthen the Lebanese state’s authority and dismantle Hezbollah’s independent military capabilities — as well as those of Iran’s other terrorist proxies, Hamas and the Houthis — remain essential to any durable regional settlement.

A Lebanon in which the rightful government exercises unobstructed control over the country’s armed forces and territory would be in the interests of both Lebanese citizens and their neighbors.

The same principle applies to Gaza. Civilian institutions cannot function effectively when an armed faction retains the power to threaten and overrule them.

The Trump-Netanyahu partnership has also operated against the background of the Abraham Accords, which established diplomatic relations between Israel and several Arab states during Trump’s first administration. These agreements remain an important foundation for the possibility of broader regional cooperation.

Trump and Netanyahu have helped bring about long-sought-after changes in the regional balance of power. Military success and diplomatic breakthroughs, however, are not ends in themselves. Their significance ultimately depends on what follows.

The opportunity is significant, but it is not guaranteed. The achievements of recent months could be weakened, or even reversed, if the remaining challenges are left unresolved.

A ceasefire without disarmament, a transitional administration without operational authority, and military victories without a strategy for the future will leave the region exposed to endless instability.

The task ahead is therefore clear: turn the gains already made into a strategic reality in which Palestinians in Gaza can live under civilian government rather than an armed factional rule; in which Israel’s security is strengthened, and in which Iran and its Middle Eastern allies can no longer threaten its own people or the region in any way.


Bassam Tawil is a Muslim Arab based in the Middle East. His work is made possible through the generous donation of a couple who wish to remain anonymous. Gatestone is most grateful.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com