ONZ: klub dyktatorów i tyranów

Rozwiązanie problemów ludzkości, które stało się największym problemem ludzkości


ONZ: klub dyktatorów i tyranów

Pierre Rehov


Rozwiązanie problemów ludzkości, które stało się największym problemem ludzkości

Co własne dokumenty ONZ mówią o ONZ

Miała być sumieniem świata. Powstała po najkrwawszej wojnie w historii ludzkości, a Organizację Narodów Zjednoczonych przedstawiono zrujnowanej planecie jako instytucję, która zamieni hasło „nigdy więcej” w coś więcej niż tylko slogan. Osiemdziesiąt lat później nadal zajmuje swój gmach nad East River, nadal zwołuje zgromadzenia i nadal publikuje komunikaty w sześciu językach urzędowych. Jednak organizacja, której powierzono zadanie reagowania na najgorsze nadużycia na świecie, zbyt często stawała się miejscem, gdzie takie zachowania są usprawiedliwiane, a ludzie za nie odpowiedzialni zostają ponownie wpuszczeni do sali obrad wpływając na wyniki głosowań.

Nie jest to zarzut formułowany przez jakiegoś skrajnego cynika. Wynika to z własnych dokumentów ONZ: raportów, które sama zleciła, przeprosin odczytywanych przez jej urzędników oraz głosowań, które jej członkowie przeprowadzają rok po roku. Akt oskarżenia wobec tej instytucji nie wymaga przesady. Wystarczą dokumenty.

Arytmetyka obsesji

Zacznijmy od liczby, której żaden dyplomata nie potrafił przekonująco wyjaśnić. W 2024 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło siedemnaście rezolucji potępiających Izrael i sześć dotyczących całej reszty świata łącznie. Te pozostałe sześć dotyczyło odpowiednio Korei Północnej, Iranu, Syrii i Mjanmy, rosyjskiej wojny przeciwko Ukrainie oraz amerykańskiego embarga wobec Kuby. W roku naznaczonym masowymi zbrodniami, głodem i dyktaturami na kilku kontynentach trzy czwarte formalnych potępień Zgromadzenia skierowano przeciwko jednemu państwu wielkości New Jersey.

Nie był to wyjątek. W latach 2015–2024 Zgromadzenie Ogólne przyjęło 173 rezolucje przeciwko Izraelowi i 80 przeciwko wszystkim pozostałym państwom świata łącznie. W Radzie Praw Człowieka od 2006 roku liczby przedstawiają się następująco: 112 rezolucji przeciwko Izraelowi, 45 przeciwko Syrii, gdy ta używała gazów bojowych i bomb beczkowych przeciwko własnej ludności, 16 przeciwko Iranowi, 11 przeciwko Rosji i 4 przeciwko Wenezueli. Można mieć dowolny pogląd na politykę Izraela i nadal dostrzegać problem: organ, który potępia jedyną demokrację ponad dwadzieścia razy częściej niż najbardziej brutalnych zabójców na świecie, nie prowadzi już rejestru naruszeń praw człowieka. Odhacza jedynie coroczny rytuał.

Najbardziej jaskrawy kontrast pojawił się w listopadzie 2025 roku, kiedy ONZ przyjęła sześć rezolucji wymierzonych w Izrael i ani jednej dotyczącej Sudanu, gdzie zginęło ponad 150 tysięcy ludzi, a dwanaście milionów zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów. Ofiary z Darfuru i Chartumu nie doczekały się niczego. Nie ma w tym nic tajemniczego. Stały blok głosujący, oparty na 57 członkach Organizacji Współpracy Islamskiej, co roku przedstawia te same projekty potępiające Izrael niezależnie od sytuacji w ich regionie, a reszta Zgromadzenia je zatwierdza.

Straż pożarna złożona z podpalaczy

Jeśli obsesja na punkcie jednego państwa jest najbardziej widoczną wadą ONZ, to skład tego towarzystwa jest najbardziej absurdalny. Około dwie trzecie miejsc w Radzie Praw Człowieka zajmują państwa niedemokratyczne. Chiny, Kuba, Erytrea, Sudan, Wietnam i Katar nie zasiadają tam dzięki swoim osiągnięciom w dziedzinie praw człowieka. Właśnie te „osiągnięcia” są sednem sprawy: miejsce przy stole praw człowieka jest najtańszym alibi, jakie represyjny rząd może sobie kupić.

Przykłady są wręcz trudne do sparodiowania. W 2023 roku, zaledwie kilka dni po tym, jak Iran stracił dwóch mężczyzn za krytykowanie religii w internecie, Rada powierzyła Iranowi przewodnictwo nad corocznym Forum Społecznym. W 2020 roku Chiny, które przetrzymywały około miliona Ujgurów w obozach, zostały umieszczone w pięcioosobowym panelu pomagającym wybierać śledczych zajmujących się prawami człowieka dla samej Rady. Jedna z długoletnich ekspertek, Specjalna Sprawozdawczyni ds. jednostronnych środków przymusu, przedstawiała reżim Maduro jako ofiarę, odwiedziła Sinciang jako gość Pekinu, a kierowane przez nią biuro przyjęło darowiznę od Chin w wysokości 200 tysięcy dolarów. Jak powiedział kiedyś Hillel Neuer, wybieranie seryjnych sprawców naruszeń praw człowieka na sędziów ONZ w tej dziedzinie przypomina utworzenie z bandy podpalaczy straży pożarnej.

Największe oszustwo finansowe współczesnej historii

Korupcja w ONZ nie jest kwestią plotek ani propagandy przeciwników; została udokumentowana przez śledztwo zlecone przez samą organizację. Program „Ropa za żywność”, stworzony w latach dziewięćdziesiątych, by objęty sankcjami Irak mógł kupować żywność i lekarstwa dla swojej cierpiącej ludności, stał się największym skandalem finansowym współczesnej epoki. Dochodzenie prowadzone przez byłego przewodniczącego Rezerwy Federalnej Paula Volckera wykazało, że reżim Saddama Husajna wyłudził około 1,8 miliarda dolarów w nielegalnych prowizjach i dopłatach przy współudziale ponad 2200 firm z 66 krajów.

Raport Volckera nie ograniczył się do Bagdadu. Wskazał również na niegospodarność i korupcję wewnątrz samej ONZ, określając te nieprawidłowości jako problem instytucjonalny. Dochodzenie stwierdziło, że Saddam był w stanie przekierować miliardy dolarów głównie dlatego, że nadzór Sekretariatu był słaby, a Rada Bezpieczeństwa odwracała wzrok. Volcker uznał, że afera poważnie zaszkodziła wiarygodności i integralności organizacji. Kofi Annan, skrytykowany w raporcie wraz ze swoim zastępcą, wyznaczył wzorzec, który ONZ stosuje od tamtej pory: wziął odpowiedzialność na siebie, nie dopuścił do żadnych dymisji i oświadczył, że praca będzie kontynuowana. I była kontynuowana.

Ludobójstwa, którym się przyglądano

Najpoważniejszy zarzut nie dotyczy korupcji ani stronniczości, lecz nieobecności: w chwilach, dla których została stworzona, ONZ nie zrobiła nic. W 1994 roku, gdy w Rwandzie w ciągu stu dni zamordowano ponad 800 tysięcy Tutsi i umiarkowanych Hutu, organizacja wycofywała się i zwlekała, podczas gdy rzeź trwała. Dwie dekady później były przewodniczący Rady Bezpieczeństwa stanął przed tym samym organem i przeprosił za tę porażkę. Przeprosiny znajdują się w oficjalnych dokumentach. Nie zmieniły jednak niczego, co nastąpiło później.

Lekcja nie została odrobiona, ponieważ zaledwie rok później sytuacja się powtórzyła. W lipcu 1995 roku w Srebrenicy około 8 tysięcy muzułmańskich mężczyzn i chłopców zostało zamordowanych na terenie, który ONZ ogłosiła „strefą bezpieczną”. Lekko uzbrojeni holenderscy żołnierze sił pokojowych, działający na podstawie słabego mandatu i ignorowani, gdy błagali o wsparcie lotnicze, pozostali bierni, gdy enklawa upadła. Błękitna flaga nie ochroniła ludzi, którzy zgromadzili się pod jej osłoną.

Szkody, które ONZ sama wyrządziła

Na Haiti ONZ nie tylko nie zapobiegła katastrofie – sama ją sprowadziła. W 2010 roku siły pokojowe wysłane po niszczycielskim trzęsieniu ziemi naruszyły podstawowe procedury sanitarne w swojej bazie i wprowadziły do systemu wodnego cholerę, nieobecną na wyspie od stulecia. Epidemia zabiła ponad 10 tysięcy ludzi. Przez sześć lat organizacja zaprzeczała swojej odpowiedzialności, przyznając się do niej dopiero w 2016 roku, długo po tym, jak policzono ofiary.

Choroba nie była jedynym dziedzictwem tej misji. Śledztwo Associated Press udokumentowało blisko 2 tysiące zarzutów dotyczących wykorzystywania seksualnego i nadużyć popełnianych przez żołnierzy sił pokojowych w ciągu dwunastu lat, z czego około 300 dotyczyło dzieci. Ujawniony raport wewnętrzny wykazał, że co najmniej 229 Haitańek wymieniało seks na żywność i lekarstwa. Oficjalna polityka ONZ głosi „zerową tolerancję”. Na Haiti, podobnie jak w innych miejscach, określenie to opisywało raczej aspirację niż rzeczywistą praktykę.

Nie były to potknięcia młodej instytucji, która dopiero uczyła się funkcjonować. Rwanda wydarzyła się niemal pięćdziesiąt lat po podpisaniu Karty Narodów Zjednoczonych; Srebrenica — rok później. W obu przypadkach powtarzały się te same błędy: łańcuch dowodzenia niezdolny do działania, ostrożność mylona z roztropnością oraz ostrzeżenia, które trafiały do archiwów i były zapominane. Badacze porównujący oba przypadki wskazywali na ten sam schemat: siły obecne na miejscu nie miały ani środków, ani mandatu do ochrony kogokolwiek; istniały wyraźne sygnały ostrzegawcze, a centrala w Nowym Jorku zamieniała te ostrzeżenia w bezczynność. Mechanizm działał dokładnie tak, jak został zaprojektowany – i właśnie to jest problemem, a nie jego usprawiedliwieniem.

Sympton i choroba

Ten sam wzorzec widoczny jest dziś w działalności UNRWA, agencji ONZ ds. uchodźców palestyńskich. Po masakrze z 7 października 2023 roku śledztwo przeprowadzone przez samą ONZ wykazało, że dziewięciu pracowników UNRWA mogło brać udział w ataku, a agencja ich zwolniła. Niezależnie od tego, jak ocenia się szersze, kwestionowane oskarżenia podnoszone przez Izrael i analizowane później przez sądy międzynarodowe, jedno wynika z własnych ustaleń agencji: osoby znajdujące się na jej liście płac zostały powiązane z aktem terrorystycznym. Organizacja poważnie traktująca swoją misję uznałaby to za kryzys. ONZ potraktowała to jak problem kadrowy.

Przez wszystkie te przypadki przewija się jeden wspólny motyw. Nierównomierne potępienia, dyktatury wydające wyroki w sprawach praw człowieka, miliardy dolarów wyprowadzone z programu „Ropa za żywność”, ludobójstwa obserwowane z dystansu, cholera i nadużycia na Haiti, pracownicy agencji powiązani z wydarzeniami z 7 października – raz za razem nikt nie podaje się do dymisji i nikt nie ponosi odpowiedzialności. Organizacja ponownie wybiera własnych winowajców, przeprasza po upływie całego pokolenia i działa dalej. ONZ została stworzona, by rozwiązać najstarszy problem polityki: skłonność ludzi posiadających władzę do działania bez konsekwencji. Zbyt często sama stawała się miejscem, gdzie konsekwencje przestają istnieć, podczas gdy język jej założycielskich ideałów pozostaje nienaruszony w oficjalnych przemówieniach.

Po każdym skandalu obiecuje się reformy, a po żadnym ich nie wprowadza. Być może tej instytucji nie da się już uratować. Uczciwym punktem wyjścia byłoby jednak przestać udawać, że jest inaczej, przeczytać dokumentację, którą ONZ sama zgromadziła na swój temat, i otwarcie powiedzieć, co z niej wynika. Trudniejsze pytanie brzmi, czy ktokolwiek posiadający mandat do działania jest gotów się temu przyjrzeć.


Link do oryginału:

Pierre Rehov
The UN : a club of dictators and tyrants
What the UN’s Own Record Says About the UN…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Hezbollah’s veto breaks Lebanon and blocks the Iran deal


Hezbollah’s veto breaks Lebanon and blocks the Iran deal

Amine Ayoub


The government in Beirut was immediately overruled by an organization that has held it foreign policy hostage for 40 years.

An interceptor missile launched by Israel’s Iron Dome air-defense system is seen following a failed launch near the Israel-Lebanon border, June 1, 2026. Photo by Ayal Margolin/Flash90.

On June 3, Israel and Lebanon sat down at the U.S. State Department, conducted direct talks and signed an agreement to implement a ceasefire that would require a complete cessation of Hezbollah fire and the removal of Hezbollah operatives from Southern Lebanon. The Lebanese ambassador was there. The Israeli ambassador was there. American diplomats flanked both sides. The document was signed.

Then Hezbollah leader Naim Kassem, in a written statement read on his group’s Al-Manar TV, rejected the deal entirely, saying the agreement’s demand that Hezbollah fighters leave Southern Lebanon under fire would mean “surrender, defeat and achieving the enemy’s goals.”

This is not just a ceasefire collapsing. This is the moment the fiction of Lebanese sovereignty finally shattered in public, under fluorescent State Department lighting with both ambassadors watching.

For decades, the diplomatic world operated on a collective polite pretense: that Lebanon, despite Hezbollah’s military dominance of its south, its parliamentary seats, its cabinet ministers and an arsenal that dwarfs the Lebanese Army, was still a unitary sovereign state whose government spoke authoritatively for all entities on its territory. Wednesday destroyed that pretense more completely than any artillery shell ever could.

Lebanese President Joseph Aoun called the Washington deal the “last chance” to reach a comprehensive truce. Hezbollah called it surrender. Both men were talking about the same piece of paper.

What this means strategically is explosive, and it operates on three distinct levels.

First, it destroys the diplomatic architecture Iran has spent months carefully constructing. Tehran has made one demand a constant throughout every round of negotiations: Any comprehensive ceasefire must include Lebanon, and the fighting jettisoned immediate prospects of a wider U.S.-Iran truce. On the surface, Iran’s insistence sounded principled, even generous. It was solidarity with the Lebanese people. But the Lebanon card was always designed as something else. It was designed as a veto mechanism.

.
View of Southern Lebanon as seen from Metula, on the Israeli side of the border, May 30, 2026. Photo by Michael Giladi/Flash90.Michael Giladi

Here is how the trap works: The United States cannot negotiate with Hezbollah because it is a designated terrorist organization. Washington does not speak directly to Hezbollah. Iran insists Lebanon must be included in any deal. Lebanon’s government agrees to the terms. Hezbollah immediately rejects those terms. Iran then uses the rejection as proof that no Lebanon deal exists; therefore, no broader deal is possible. Round and round it goes, while Iran rebuilds its military-industrial base, reconstitutes its drone-production lines and continues enriching uranium.

Iran’s Foreign Minister Abbas Araghchi said this week there has been no “significant progress” in recent days, even as Trump described negotiations going “very well.” That gap is not a communications failure. It is the Lebanon veto operating in real time.

Second, Kassem’s declaration that “we did not make any commitment to any party to stop resisting as long as there is occupation” hands Israel the most potent strategic legitimacy it has possessed in this entire war.

Jerusalem has argued, consistently, that Hezbollah and the Lebanese state are operationally distinct entities that must be treated as such. The international community spent years resisting this framing. This week’s events proved Israel correct. The Lebanese government cannot deliver Hezbollah’s compliance; it never could. It cannot enforce its own ceasefire agreements within its own borders.

This is not Beirut’s failure. It is proof that Hezbollah has functioned as a state-within-a-state since the 1980s, and that no amount of diplomatic fiction-building in Washington or Brussels changes that physical reality on the ground.

Israeli Defense Minister Israel Katz said on Thursday that attacks on Hezbollah will continue in Southern Lebanon and that displaced Lebanese civilians will not be allowed to return despite the Washington agreement, asserting that the IDF maintains “freedom of action,” including in Beirut. He is being criticized for this position internationally. But he should not be. Halting operations against a force that just publicly refused to honor its own government’s signed commitments would be a strategic concession with no return.

Third, the timing relative to Washington’s own political fractures makes this worse. The House passed a war powers resolution to halt U.S. military action against Iran, defying Trump as a handful of Republicans joined Democrats to end the three-month conflict. The rationale was that the fighting was winding down. It is not.

Iran has been rebuilding its military-industrial base faster than expected and is already producing drones again, according to U.S. intelligence. American war powers are being legislated away at precisely the moment Iran’s stall strategy is producing results, and Hezbollah is proving it answers to Tehran, not Beirut.

The deepest irony of the Lebanon ceasefire debacle is this: The Lebanese government did something politically courageous. It crossed political lines, went to Washington, sat across the table from Israelis and signed its name to terms that stripped Hezbollah of its operational freedom in the south. For that act of sovereignty, it was immediately overruled by the organization that has held Lebanon’s foreign policy hostage for 40 years.

Aoun called it the last chance. He is right, though not in the way he intended.

It is the last chance to recognize that Hezbollah does not take orders from Beirut. It takes orders from Tehran. And until that single fact drives American and Israeli strategy without apology or diplomatic softening, no ceasefire agreement—however carefully drafted in Washington—will survive the next 24 hours.


Amine AyoubAmine Ayoub, a fellow at the Middle East Forum, is a policy analyst and writer based in Morocco. Follow him on X @amineayoub

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Trump calls off Iran strikes, says deal approved but Islamic Republic denies agreement reached


Trump calls off Iran strikes, says deal approved but Islamic Republic denies agreement reached

Jessica Russak-Hoffman


“Based on the fact that discussions with the Islamic Republican of Iran have been brought to the highest level of Iranian leadership and approved, I have, as president of the United States of America, canceled the scheduled strikes and bombings against Iran this evening,” the president said.
Jessica Russak-Hoffman

An F-35C Lightning II, attached to Marine Fighter Attack Squadron (VMFA) 314, prepares to make an arrested landing on the flight deck of Nimitz-class aircraft carrier USS Abraham Lincoln (CVN 72), May 9, 2026. Credit: U.S. Navy

U.S. President Donald Trump said on Thursday that he has called off strikes against Iran after reaching a deal with the regime.

“Based on the fact that discussions with the Islamic Republic of Iran have been brought to the highest level of Iranian leadership and approved, I have, as president of the United States of America, canceled the scheduled strikes and bombings against Iran this evening,” the president stated. “Discussions and final points have been, in both concept and great detail, approved by all parties involved.”

Trump said that the other parties were “Israel, Saudi Arabia, United Arab Emirates, Qatar, Turkey, Pakistan, Bahrain, Kuwait, Jordan, Egypt and others.”

The U.S. naval blockade on the Strait of Hormuz “will remain in full force and effect until this transaction is finalized,” Trump stated. “Time and place of the signing to be announced shortly.”

During a press conference in the Oval Office later in the day, Trump said that “we have a deal that Iran will never have a nuclear weapon, which was the whole purpose of what we had to go through to get this.”

“We have a signing soon, and the documents are in pretty final shape, so we’ll see,” he said. “It should be done and it should be done pretty quickly.”

“They want it every bit as much as everybody else wants it,” the president said. “I think a lot of good relationships can ensue from this.”

Iran reportedly denied approving an agreement with the United States.

“I hope we have in fact reached a diplomatic solution to end the Iranian conflict that will meet President Trump’s red lines and be fundamentally different from the JCPOA,” said Sen. Lindsey Graham (R-S.C.), referring to the past Iran nuclear deal.

“As in the past, any agreement reached with Iran related to their nuclear program will be presented to Congress for review and approval,” the senator stated. “I look forward to that process.”

Jason Brodsky, policy director at United Against Nuclear Iran, told JNS that the president has been “practicing his own brand of coercive diplomacy.”

Islamic Revolutionary Guard Corps-linked media outlets denying that there is a deal is not the same as Iranian officials denying it, according to Brodsky.

“I’ll believe there’s a deal when I see there’s a deal,” he said.

“This is not a final deal,” he added. “This is a memorandum of understanding that paves the way for more talks about Iran’s nuclear program.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Islamski podbój terrorystyczny Afryki Zachodniej

Przywódcy nie mającej nic wspólnego z religią organizacji terrorystycznej Dżama’at Nusrat al-Islam wal Muslimin.

.


Islamski podbój terrorystyczny Afryki Zachodniej

Lawrence A. Franklin


Rozszerzający się zakres i przyspieszające tempo operacji wojskowych Państwa Islamskiego w regionie Sahelu – położonym tuż poniżej Afryki Północnej, mniej więcej od Senegalu po Sudan – grożą zmianą strategicznej orientacji całego kontynentu afrykańskiego. Wysiłki mające przeciwdziałać operacjom terrorystycznym w Sahelu, o ile w ogóle istniały, najwyraźniej zakończyły się niepowodzeniem. Ponieważ wszystkie drogi prowadzące do stolicy Mali, Bamako, są obecnie zablokowane, kraj ten może być pierwszym państwem, które „upadnie”.

25 kwietnia, podczas skoordynowanego ataku na kilka miast Mali, muzułmańscy terroryści zabili ministra obrony tego kraju. Następnie wyparli armię Mali oraz wspierających ją rosyjskich najemników z północnej części państwa.

Junty wojskowe rządzące Mali, Burkina Faso i Nigrem okazały się równie nieskuteczne w zwalczaniu islamskich operacji terrorystycznych jak demokracje, które obaliły. Narastające ataki terrorystyczne w całym Sahelu oraz zdeterminowane wysiłki dżihadystów zmierzające do przejęcia Mali, Burkina Faso i Nigru podważyły suwerenność tych państw.

Sukcesy bojowe dżihadystów w Sahelu w marcu 2022 r. doprowadziły do podniesienia ich do rangi „Prowincji Sahelu Państwa Islamskiego” w hierarchii IS, a kilka innych czynników ułatwiło rozwój dżihadystycznej ekspansji w regionie.

Osłabienie niegdyś globalnej krucjaty antyterrorystycznej – wynikające z widocznego przesunięcia uwagi na rywalizację między mocarstwami światowymi, a także ograniczenia zasobów przeznaczanych na walkę z terroryzmem – pozostawiło próżnię, którą zręcznie wypełniły grupy dżihadystyczne. Zmniejszyło to presję wywieraną na regionalne filie Państwa Islamskiego i Al-Kaidy.

Kolejnym czynnikiem, który mógł negatywnie wpłynąć na ogólne bezpieczeństwo Sahelu, jest ogromny przepływ migracyjny Afrykanów z krajów subsaharyjskich, którzy przemieszczają się przez Sahel do basenu Morza Śródziemnego, oraz wynikające z tego obciążenie gospodarek państw regionu.

Trzecią siłą osłabiającą suwerenność państw Sahelu jest wojna prowadzona przez powiązane z Al-Kaidą organizacje terrorystyczne rywalizujące z Państwem Islamskim, takie jak Dżama’at Nusrat al-Islam wal Muslimin (JNIM). JNIM koordynuje także ataki z malijską antyrządową milicją znaną jako Front Wyzwolenia Azawadu.

Przemoc dżihadystyczna stała się wszechobecna w Sahelu, a ostatnio rozszerzyła się również o walki między Państwem Islamskim a Al-Kaidą. 2 kwietnia w zachodnim Nigrze doszło do znaczącego starcia pomiędzy tymi dwiema rywalizującymi sieciami terrorystycznymi.

Sahel wydaje się obecnie epicentrum światowej przemocy terrorystycznej. Grupy terrorystyczne działające w regionie mogą także nabierać przekonania, że w niedalekiej przyszłości są w stanie osiągnąć trwałe i bardziej ambitne cele.

Oddziały Państwa Islamskiego wykorzystują również pogarszającą się sytuację bezpieczeństwa w Sahelu oraz w północno-wschodnich stanach Nigerii, które już są rządzone zgodnie z islamskim prawem szariatu. Państwo Islamskie prawdopodobnie czuje się dodatkowo ośmielone łatwymi zwycięstwami odniesionymi ostatnio nad armią nigeryjską.

25 kwietnia terroryści Al-Kaidy przeprowadzili równoczesne ataki na kilka obszarów miejskich Mali. Ich sukces może skłonić bojowników dżihadystycznych do wkroczenia do dużych ośrodków miejskich w północnej Nigerii i innych częściach Sahelu.

Dodatkowo niepokojącym trendem jest przesuwanie się przemocy terrorystycznej na zachód, ku atlantyckiemu wybrzeżu Afryki.

Kontrola państwowa w regionie Sahelu coraz bardziej się rozpada, mimo wielostronnych wysiłków mających podtrzymać suwerenność kilku państw regionu, takich jak Wielonarodowe Połączone Siły Zadaniowe (MNJTF), tworzone przez Czad, Nigerię, Benin, Kamerun oraz – do ubiegłego roku – Niger. MNJTF poczyniły znaczące postępy w powstrzymywaniu ekspansji powiązanej z Al-Kaidą organizacji terrorystycznej Boko Haram, szczególnie w Czadzie, lecz ostatnio ogólny bilans jest znacznie mniej jednoznaczny.

MNJTF utrzymywane są głównie przez obejmującą cały kontynent Organizację Jedności Afrykańskiej (OAU). Chociaż pierwotnie planowano wystawić 10-tysięczną armię OAU, niewystarczające wsparcie lotnicze, słaba komunikacja i problemy logistyczne ograniczyły skuteczność organizacji.

Inna grupa wielonarodowa – „G5 Sahel”, obejmująca Mauretanię, Burkina Faso, Czad, Mali i Niger – okazała się nieskuteczna po swoim powstaniu w 2014 r. Trapiona problemami biurokratycznymi, wojskowymi zamachami stanu i brakiem odpowiedniego zaangażowania państw członkowskich, została rozwiązana w grudniu 2023 r.

Francja, byłe kolonialne „państwo-opiekuncze” kilku państw Sahelu, również podjęła zdecydowany wysiłek, by powstrzymać islamistyczne zagrożenie w regionie. Działając na prośbę Mali o wsparcie wojskowe, Francja wysłała w 2013 r. wojska do północnego Mali w ramach „Operacji Serval”.

Po znaczących sukcesach Francja, wraz z politycznym wsparciem ONZ, rozpoczęła w 2014 r. „Operację Barkhane”, mającą zwalczać działalność islamistycznych organizacji terrorystycznych w regionie Sahelu. Misja zakończyła się jednak w 2022 r., gdy po wojskowych zamachach stanu trzy państwa Sahelu zażądały wycofania Francuzów. Później te same trzy państwa zaprosiły rosyjskich najemników, co również nie przyniosło trwałego postępu na polu walki.

Wraz z rozszerzaniem się islamskiej kontroli terrorystycznej nad coraz większymi obszarami Sahelu, w ostatnich latach amerykańskie oddziały sił specjalnych działały w Nigrze. 4 października 2017 r. obecność ta doprowadziła do śmierci czterech amerykańskich żołnierzy i kilkunastu nigeryjskich żołnierzy w zasadzce przygotowanej przez „Państwo Islamskie na Wielkiej Saharze”. W ostatnim czasie priorytety bezpieczeństwa narodowego USA w innych częściach świata wydają się skutkować ograniczeniem amerykańskiego zaangażowania wojskowego w Sahelu.

Stały postęp islamskiej kontroli terrorystycznej nad terytoriami w Sahelu może wkrótce zagrozić suwerenności państw Afryki Zachodniej położonych na atlantyckim wybrzeżu kontynentu.

Najwyższy czas, aby USA podjęły działania mające na celu ochronę nie tylko ogromnych zasobów naturalnych regionu, ale także powstrzymanie dalszego pochłaniania Afryki przez rozszerzający się dżihadystyczny podbój.


Link do oryginału: https://www.gatestoneinstitute.org/22534/west-africa-islamic-terrorists

Gatestone Institute, 25 maja 2026

Dr Lawrence A. Franklin był urzędnikiem ds. Iranu w biurze sekretarza obrony Donalda Rumsfelda. Służył również czynnie w armii USA oraz jako pułkownik rezerwy Sił Powietrznych USA.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Należy sprzedawać broń Tajwanowi już teraz: Chiny blefują

Na zdjęciu: Piloci Tajwańskich Sił Powietrznych stoją obok myśliwców Mirage w bazie lotniczej Hsinchu, 16 stycznia 2019 r. (Zdjęcie: Sam Yeh/AFP via Getty Images)


Należy sprzedawać broń Tajwanowi już teraz: Chiny blefują

Gordon G. Chang
Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski


“Kwestia Tajwanu jest najważniejszym problemem w relacjach chińsko-amerykańskich” — powiedział Xi Jinping prezydentowi Donaldowi Trumpowi podczas ich szczytu w tym miesiącu, według rzeczniczki chińskiego MSZ Mao Ning. “Jeśli zostanie właściwie rozwiązana, relacje dwustronne zachowają ogólną stabilność. W przeciwnym razie oba kraje czekają starcia, a nawet konflikty, co postawi całe relacje w ogromnym niebezpieczeństwie”.

“Kwestia Tajwanu”, według ambasady Chin w Waszyngtonie, jest pierwszą z “czterech czerwonych linii” w relacjach chińsko-amerykańskich, “których nie wolno przekraczać”.

Chińska Republika Ludowa jednak blefuje.

Już na wstępie warto zaznaczyć: chiński reżim nie ma żadnych czerwonych linii ani zasad. Przesuwa swoje “granice” w zależności od zmieniającej się oceny własnej pozycji negocjacyjnej. Co więcej, przez całą historię Chińskiej Republiki Ludowej polityka zagraniczna państwa była ściśle związana z wewnętrznymi intrygami politycznymi i zmieniała się wraz z nimi. Obecnie preferowaną przez Xi formą dyplomacji jest zastraszanie, dlatego stara się on sprawiać wrażenie, że nigdy nie zmieni swojego stanowiska.

Mimo to dla Xi wszystko jest ostatecznie przedmiotem negocjacji – w tym także Tajwan.

Xi musi negocjować. Chińska armia nie jest obecnie zdolna do realizacji jego gróźb użycia siły w celu aneksji Tajwanu. Coraz intensywniejsze czystki wśród generałów i admirałów sprawiły, że w Centralnej Komisji Wojskowej Komunistycznej Partii Chin – najwyższym organie wojskowym – nie pozostali żadni oficerowie operacyjni. Tymczasem do przeprowadzenia skomplikowanej inwazji powietrzno-lądowo-morskiej na główną wyspę Tajwanu konieczna jest ścisła koordynacja.

Co więcej, aby dokonać inwazji, Xi musiałby przekazać jakiemuś wysokiemu oficerowi niemal pełną kontrolę nad Armią Ludowo-Wyzwoleńczą, czyniąc z niego najpotężniejszą osobę w Chinach. To prawdopodobnie nie jest coś, na co Xi byłby obecnie gotów.

Ponadto staje się coraz bardziej oczywiste, że chińscy wyżsi oficerowie z różnych powodów nie chcą podejmować tak ryzykownej operacji, dlatego Xi często mówi im: “Miejcie odwagę walczyć”.

Niezdolność chińskiej armii do działania daje Stanom Zjednoczonym bezkosztową możliwość uzbrojenia Tajwanu.

W grudniu administracja Trumpa zatwierdziła pakiet uzbrojenia o wartości 11,1 miliarda dolarów — największy amerykański pakiet zbrojeniowy dla Tajwanu w historii.

Trump zrobił jednak Chinom ogromny prezent, mówiąc, że planowana sprzedaż uzbrojenia o wartości 14 miliardów dolarów jest “bardzo dobrą kartą negocjacyjną” dla USA. Słowa te padły w wywiadzie dla prezentera Fox News Breta Baiera, wyemitowanym po szczycie. “Wstrzymuję tę decyzję i wszystko zależy od Chin” – powiedział.

Tajwan jednak nie jest “kartą przetargową”. Tajwan ma absolutnie kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa Ameryki:

  • Wyspa posiada “krzemową tarczę”: jedna z jej firm, Taiwan Semiconductor Manufacturing Co., produkuje około 92% najbardziej zaawansowanych mikrochipów na świecie.
  • Tajwan powstrzymuje chińską marynarkę wojenną i lotnictwo przed wyjściem na Pacyfik i zagrożeniem Stanom Zjednoczonym oraz ich demokratycznym sojusznikom – takim jak Australia, Japonia i Filipiny – w ich bezpośrednim otoczeniu.
  • Od XIX wieku Waszyngton wyznacza swoją zachodnią linię obrony u wybrzeży Azji Wschodniej, a Tajwan znajduje się w samym centrum tej linii – tam, gdzie Morze Południowochińskie styka się z Morzem Wschodniochińskim. Tajwan strzeże podejścia do dwóch amerykańskich sojuszników traktatowych: Japonii i Filipin.
  • Po katastrofalnym wycofaniu się z Afganistanu Tajwan stał się kluczowym testem wiarygodności i determinacji Ameryki. Oddanie wyspy bez wątpienia rozzuchwaliłoby ekspansjonistyczny Pekin.
  • Wreszcie, sprawa demokracji poniosłaby ogromny cios, gdyby totalitarne Chiny przejęły demokratyczny Tajwan.

“Wstrzymanie zbrojenia Tajwanu nie tylko zwiększy pokusę Chin do ataku, ale również podważy strategiczną wiarygodność USA w Tokio, Seulu i Manili, których współpraca jest niezbędna, by Ameryka mogła odstraszać Chiny” – powiedział Gatestone Richard Fisher z International Assessment and Strategy Center. “Podczas pierwszej kadencji i obecnie, w drugiej, Trump przewyższył swoich poprzedników pod względem jakości i ilości broni sprzedawanej Tajwanowi. Wstrzymanie sprzedaży broni pokaże Xi Jinpingowi, że Amerykę można zastraszyć groźbami, a to z kolei pomoże rozmontować strukturę sojuszy USA w Azji”.

Ponadto Tajwan jest najlepszą amerykańską tarczą w wojnie informacyjnej prowadzonej przez Chiny przeciwko USA. “Partia Komunistyczna nie może zaakceptować obrazu prosperującego, demokratycznego Tajwanu widocznego dla mieszkańców kontynentu – ludzi uciskanych, poddawanych grabieży organów i ocenianych przez system kredytu społecznego” – powiedział tej publikacji Blaine Holt, emerytowany generał sił powietrznych USA i obecnie obserwator Chin.

Obrona Tajwanu jest więc obroną Ameryki.

Decyzje dotyczące pakietów uzbrojenia pokażą przede wszystkim, czy Trump boi się Xi Jinpinga. Jeśli amerykański prezydent nie potrafi zrobić czegoś, co leży bezpośrednio w interesie Stanów Zjednoczonych, ponieważ mogłoby to rozgniewać Chiny, Trump pośrednio przyzna, że Pekin kontroluje Biały Dom.

Wstrzymanie sprzedaży broni wyglądałby ponadto na naruszenie Taiwan Relations Act z 1979 roku, który zobowiązuje Stany Zjednoczone między innymi do “dostarczania Tajwanowi broni o charakterze defensywnym”.

Czy Trump zatwierdzi sprzedaż uzbrojenia za 14 miliardów dolarów? Po szczycie Trump przyjął fałszywą chińską narrację dotyczącą Tajwanu. “Mają tam teraz kogoś, kto chce niepodległości” – powiedział Baierowi, odnosząc się do prezydenta Tajwanu Lai Ching-te.

Tajwan jednak już jest niepodległy. To państwo posiadające wszystkie atrybuty suwerenności wymienione w konwencji z Montevideo z 1933 roku. Tajwan jest przecież Republiką Chińską, całkowicie oddzielną i niezależną od Chińskiej Republiki Ludowej.

Tajwan – wbrew temu, co Trump powiedział po szczycie – nie jest stroną próbującą zmienić status quo. W rzeczywistości Chińska Republika Ludowa nigdy nie sprawowała żadnej kontroli nad Tajwanem, a żaden chiński reżim w Pekinie nigdy nie posiadał bezspornego zwierzchnictwa nad wyspą.

Jest jednak jedna rzecz, co do której możemy zgodzić się z Xi: Ameryka musi właściwie “rozwiązać kwestię Tajwanu”. Nadszedł czas, by powiedzieć mu – publicznie, jeśli będzie trzeba — że Tajwan nie jest jego sprawą.


Gordon G. Chang jest autorem książki Plan Red: China’s Project to Destroy America, starszym wyróżnionym analitykiem Gatestone Institute oraz członkiem jego rady doradczej.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com