Wojna w Izraelu. Hamas zaatakował na południu kraju, Netanjahu zapowiada “odwet, jakiego nie znali”

Atak na Izrael (Atak na Izrael/Fot. Hassan Eslaiah / AP Photo)


Archive | 2023/10/07


Wojna w Izraelu. Hamas zaatakował na południu kraju, Netanjahu zapowiada “odwet, jakiego nie znali”

Bartosz T. Wieliński / Łukasz Grzymisławski


Masakrują nas. Nie ma wojska od sześciu godzin. Ludzie błagają o litość – donoszą mieszkańcy żydowskich osiedli w południowym Izraelu. Po niespodziewanym i wielkim ataku terrorystów Hamasu izraelskie wojsko rozpoczęło uderzenia odwetowe .
Najpoważniejsza sytuacja panuje w 20-tysięcznym mieście Sderot położonym tuż przy granicy z kontrolowaną przez Hamas Strefą Gazy.

Rano do miasta wjechały półciężarówki wypełnione uzbrojonymi w kałasznikowy i granatniki RPG hamasowcami. Terroryści strzelali do wszystkiego, co się rusza. Na zamieszczonych w internecie zdjęciach widać m.in. ciała cywilów zabitych na przystanku autobusowym. Hamasowi udało się zająć komendę policji i przejąć magazyn uzbrojenia. Na filmach widać też zamaskowanych terrorystów, którzy zajmują pozycje przy głównych drogach w centrum miasta i na dachach okolicznych budynków.

Wiele raportów wskazuje na to, że izraelscy cywile są brani przez hamasowców jako zakładnicy i wywożeni do Strefy Gazy. Są też doniesienia o egzekucjach.

Hamasowcy chwalą się także zdobycznym izraelskim sprzętem. To głównie lekkie pojazdy. Z nagrań wynika jednak, że udało się im zniszczyć co najmniej jeden czołg Merkava. *************



Napływają również informacje o wejściu terrorystów do miasta Aszkelon położonego 7 km od granic Strefy Gazy. Tam również trwają walki i są ofiary wśród cywilów. Zaatakowano także inne osiedla. “Jesteśmy masakrowani. Nie ma wojska. Minęło już sześć godzin. Ludzie błagają tu o litość” – dziennik “Haarec” cytuje rozmowę z mieszkańcem jednego z kibuców w południowym Izraelu.

Największy atak o dekad i wielki blamaż izraelskich służb

Bezprecedensowa ofensywa Hamasu to wielka kompromitacja izraelskiego aparatu bezpieczeństwa.

Rano na Izrael odpalono ze strefy Gazy ponad 5 tys. pocisków. Jednocześnie rozpoczął się atak lądowy, po przełamaniu izraelskich pozycji na granicy terroryści z Hamasu wjechali do Izraela półciężarówkami i quadami. W powietrze wzbili się także paralotniarze, którzy mieli dotrzeć do bardziej oddalonych celów niż Sderot i Aszkelon. Do walk po stronie Hamasu przyłączyli się bojownicy Islamskiego Dżihadu. Walki wybuchły w Jerozolimie. Z Hamasem solidaryzuje się także sponsorowany przez Iran i kontrolujący południowy Liban Hezbollah. Zresztą obie organizacje są powiązane z Teheranem, sprzymierzeńcem i dostawcą uzbrojenia dla Rosji.  

Hezbollah pogratulował Hamasowi, ale w powściągliwy sposób, sugerujący, że sam nie zamierza angażować się w wojnę z Izraelem. W oświadczeniu opublikowanym w serwisie informacyjnym Al Manar Hezbollah stwierdził, że “uważnie śledzi wydarzenia na scenie palestyńskiej” i pozostaje “w bezpośrednim kontakcie” z przywódcami palestyńskich grup zbrojnych. Hezbollah uznaje atak Hamasu za “sygnał dla każdego, kto chce tzw. normalizacji, zwłaszcza tych, którzy dążą do nawiązania stosunków dyplomatycznych z Izraelem”. To zapewne dotyczy krajów Zatoki Perskiej, w szczególności Arabii Saudyjskiej, która ustala obecnie z USA warunki potencjalnego uznania przez Rijad państwa Izrael.

Jak to możliwe, że Izrael dysponujący potężnym aparatem bezpieczeństwa i jednymi z najlepszych służb wywiadowczych świata nie wykrył przygotowań do ataku?

Powtórka z wojny Jom Kippur?

Sytuacja przypomina wydarzenia sprzed półwiecza. 6 października 1973 r. wspólny atak wojsk syryjskich i egipskich całkowicie zaskoczył Izraelczyków. Niewiele brakowało, żeby syryjskie kolumny pancerne przebiły się przez izraelską obronę i wdarły się w głąb kraju. Izrael uratował wówczas heroizm obrońców, którzy nie byli w ogóle uprzedzeni o szykowanej przez sąsiadów napaści. Wówczas atak Syrii i Egiptu miał miejsce w dzień Jom Kippur, jedno z najważniejszych żydowskich świąt. Teraz Hamas zaatakował w święto Simchat Torah.

Jedno z możliwych wyjaśnień przeoczenia przygotowań do ataku są trwające w Izraelu od miesięcy przepychanki w sprawie niezależności sądownictwa. Rząd Benjamina Netanjahu pochłonęła walka o pozbawienie niezależności Sądu Najwyższego, przeciwko czemu regularnie na ulicach izraelskich miast protestują setki tysięcy ludzi. Teraz, w obliczu napaści Hamasu, wszelkie protesty zostały zawieszone przez samych organizatorów i opozycję, a do jednostek wracają rezerwiści, którzy w ramach protestu przeciwko rządowi od miesięcy odmawiali służby.

Netanjahu w orędziu ogłosił, że Izrael znajduje się w stanie wojny, a wojsko już rozpoczęło uderzenia odwetowe. Poderwano helikoptery szturmowe, które patrolują tereny w pobliżu Strefy Gazy, szukając oddziałów Hamasu zmierzających do izraelskich miast. Strefę Gazy zaatakowało izraelskie lotnictwo. Siły izraelskie zbierają się pod miastem Sderot, wkrótce ma dojść do uderzenia na Hamas

Do tej pory potwierdzono śmierć co najmniej 22 Izraelczyków. Ale ta liczba z pewnością wzrośnie. Daniel Hagari, rzecznik izraelskiej armii, przyznał, że “kraj czekają trudne godziny”. Według ministerstwa zdrowia Izraela w szpitalach przebywa już blisko 600 rannych w wyniku ataków.

Podobnie resort zdrowia Autonomii Palestyńskiej mówi już o wielu zabitych i dziesiątkach rannych i ogłasza stan alarmowy we wszystkich szpitalach.

Ze świata płyną głosy wsparcia dla Izraela, m.in. od kanclerza Niemiec Olafa Scholza, premiera Holandii Marka Ruttego, premiera Wielkiej Brytanii Rishiego Sunaka, szefa Rady UE Charlesa Michela – wszyscy jednoznacznie potępiają terrorystyczny atak Hamasu.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jestem Żydówką, w Uberze spotkałam Palestyńczyka. “Wkrótce nadejdzie czas”

Porwana Noa Argamani oraz autorka WELT Mirna Funk


Archive | 2023/10/07


Jestem Żydówką, w Uberze spotkałam Palestyńczyka. “Wkrótce nadejdzie czas”

Mirna Funk


Minęły ponad cztery dni, odkąd palestyńska organizacja terrorystyczna Hamas wypowiedziała wojnę Izraelowi. W chwili, gdy to piszę, potwierdzono, że ponad tysiąc Izraelczyków zostało zamordowanych, 3,5 tys. jest rannych, a ponad 200 zostało uprowadzonych do Gazy. Wśród nich duża liczba z okolicznych miast, z kibuców, a przede wszystkim z festiwalu muzycznego, na którym tysiące młodych ludzi się bawiło.

.

Widziałam straszne filmy i zdjęcia, których nigdy ja i świat nie powinien oglądać, ale gdy to się już stało, cały świat musi zobaczyć te okropieństwa, aby wyjaśnić, że to, przed czym my — a przez to rozumiem społeczność żydowską w Niemczech i na całym świecie — ostrzegaliśmy od lat, a mianowicie, że to, co tak zwane postępowe, antyrasistowskie i feministyczne ruchy na całym świecie podzielają i wspierają, ostatecznie oznacza nic innego jak masakry, masowe gwałty, bezczeszczenie zwłok i morderstwa.

Wasza ukochana “Wolna Palestyna” nie kończy się pokojem i radością, ale ludobójstwem. To nie festiwal folkowy, to pieprz****y cmentarz.

Byliśmy — zwłaszcza — ignorowani, wyśmiewani, a przede wszystkim wykluczani z dialogów przez tak zwaną bańkę aktywistów, która w ciągu ostatnich pięciu lat z rozmachem wdarła się do wszystkich niemieckich mediów, ponieważ różnorodność jest tam tak bardzo potrzebna. Ponieważ jesteśmy Żydami. Mogłabym teraz wymienić wszystkie te znane nazwiska, które pracują jako prezenterzy w telewizji publicznej, które otrzymały audycje, opublikowały książki w głównych wydawnictwach, które były i są zapraszane i zabiegane wszędzie, ale nie zrobię tego. Każdy, kto uważnie przyglądał się i słuchał w ostatnich latach, wie, o kim mówię.

Źli biali Żydzi

“Żydowscy kolonizatorzy” ze swoją “żydowską armią kolonizatorów” uciskali cały naród [palestyński] przez dziesięciolecia, a jedyne, czego ten naród pragnął, to żyć w pokoju. Hamas, jak twierdzili, był grupą oporu, która broniła interesów swoich braci i sióstr. Te narracje były rozpowszechniane tak, jakby były prawdziwe. Przez niemieckie feministki, aktywistów Black Lives Matter, “bojowników o sprawiedliwość”. W mediach i na całym świecie.

Antyrasistowskie i antykapitalistyczne ruchy dekolonizacyjne wykonały dobrą robotę, rozpowszechniając ten obraz białego Izraelczyka, który nie miał żadnego interesu “tam na dole” i eksterminował rdzenną ludność, i sprzedając go jako prawdę całemu pokoleniu. Nowa postępowa lewica radykalnie wykluczyła żydowskie głosy, które publicznie wspierały Izrael. Każdy Żyd w zachodnim świecie, który działał w świecie sztuki, literatury, branży muzycznej lub funkcjonował jako część społeczeństwa medialnego, musiał na własnej skórze odczuć głęboko zakorzenioną nienawiść do Izraela ze strony ruchu “postępowego”.

Byliśmy aktywnie wykluczani z rozmów, funduszy, możliwości, paneli, konferencji i wystaw. Byliśmy aktywnie konfrontowani z nienawiścią. Ale co najgorsze, nasze obawy nie były traktowane poważnie. Praktycznie przez nikogo. A ci, którzy traktowali nas poważnie, byli nazywani prawicowymi konserwatystami, wyrzutkami, reakcjonistami. Ponieważ ci absolutnie głupi ludzie poważnie ulegli praniu mózgu, że Hamas jest postępową organizacją, którą należy wspierać.

Kilka tygodni temu miałam spotkanie z kolegą, który towarzyszył mi i wspierał mnie przez jakiś czas, który wie, jak to wszystko działa. Był pewien, że jako Żyd w Niemczech będzie mile widziany we wszystkich kręgach aktywistów i feministek, ale to, co słyszał od miesięcy, sprawiło, że zaniemówił.

“Jestem dla nich nieodpowiednim Żydem” — to wszystko, co powiedział, a ja odpowiedziałam: “Wiem”.

Wystarczy być syjonistą, by zostać nazwanym prawicowym konserwatystą. Wystarczy być syjonistą, by zostać nazwanym rasistą. Wystarczy być syjonistą, by zostać nazwanym na Twitterze “starym białym człowiekiem”. Na przykład, gdybym publicznie opisała i podzieliła się następującym doświadczeniem z arabskim kierowcą Ubera, które miało miejsce 22 września 2023 roku, spotkałabym się z nienawiścią ze strony dużej części użytkowników. Teraz, w obliczu obecnej sytuacji, udostępniłam to na Instagramie, ponieważ opisuje to, z czym mamy do czynienia.

“Wkrótce, wkrótce” — powiedział “Już czas!”

Około 21:30 wsiadłam do mojego Ubera, aby udać się na otwarcie wystawy w Charlottenburgu. Kierowca od razu chciał wiedzieć, skąd jestem, bo ani nie wyglądałam na Niemkę, ani nie miałam niemieckiego imienia. Mirna, moje imię, jest szczególnie popularne w Libanie. Dlatego zdarza mi się to za każdym razem, gdy biorę Ubera, również dlatego, że większość kierowców Ubera w Berlinie to Palestyńczycy z Libanu. Powiedziałam, że jestem niemiecką Żydówką.

Odpowiedział, że jest Palestyńczykiem. Izrael wyjaśnił, nie istnieje, Żydzi muszą wrócić do Anglii i Polski, Palestyna musi zostać odzyskana od okupanta. Wyjaśniłam mu, że większość Izraelczyków pochodzi z krajów arabskich, byli tam prześladowani i wypędzeni i nie mają dokąd wracać. Skinął głową, że to “syjonistyczne kłamstwo”: wszyscy biali Europejczycy i kolonizatorzy, mruknął […].

Chciałam wiedzieć, czy kiedykolwiek był w Izraelu, w końcu miał niemiecki paszport i mógł tam pojechać w każdej chwili. Odpowiedział tylko, że pojedzie do Palestyny, gdy wszyscy Żydzi zostaną zamordowani. Natychmiast skontaktowałam się z przyjacielem na WhatsApp, zrobiłem zrzut ekranu aplikacji Uber i informacji o kierowcy i napisałam

“Tutaj, na wypadek, gdyby coś mi się stało. Ten facet bełkocze coś o wyjeździe do Palestyny, kiedy wszyscy Żydzi umrą i takie tam”

Przez kilka minut byłam przerażona, nie wiedziałam, co robić, kłóciłam się, ponieważ chciałam pokazać siłę, a potem wysiadłam w miejscu docelowym.

“Wkrótce, wkrótce. Nadejdzie czas!” – rzucił kierowca na pożegnanie.

Chciałabym w tym miejscu podkreślić, że nie każdy Arab, nie każdy Palestyńczyk i z pewnością nie każdy zwolennik narodu palestyńskiego zaprzecza prawu Izraela do istnienia i chce mordować Żydów, ale chciałam również podkreślić, że jest zbyt wielu, którzy widzą to dokładnie w ten sposób, którzy mogą to powiedzieć publicznie i którzy są celebrowani za swoje stanowisko. Hamas jest finansowaną przez Iran organizacją terrorystyczną, która kontroluje Strefę Gazy od 18 lat. Nie mieszka tam już ani jeden Żyd. Podobnie jak w większości krajów arabskich nie ma już Żydów, ponieważ zostali wypędzeni lub zamordowani i nie mogli przeżyć nawet jednego dnia.

Kiedy ludzie mówią o czystkach etnicznych dokonywanych przez Izraelczyków na Palestyńczykach, wszystkie statystyki i fakty ulatniają się. Nie patrzy się również na rozwój populacji arabskiej w Izraelu, na Zachodnim Brzegu czy w Strefie Gazy, ponieważ liczby te zaprzeczają tak popularnemu stwierdzeniu. Nie patrzy się również na brak Żydów w krajach arabskich, ponieważ liczby te potwierdziłyby, gdzie naprawdę miały miejsce czystki etniczne. Niemniej jednak wielu niemieckim mediom pozwala się na opowiadanie i rozpowszechnianie tych bajek. Tak, konflikt izraelsko-arabski jest skomplikowany, zwłaszcza że nie ogranicza się do samego obszaru, ale można go opisać przede wszystkim jako arenę konfliktów wewnątrz arabskich.

W ciągu ostatnich 72 godzin dzieci, kobiety i starcy zostali zabrani do Strefy Gazy. W mediach społecznościowych i na Telegramie udostępniono filmy wideo celebrujące egzekucje, pokazujące żydowskie kobiety gwałcone przez terrorystów Hamasu, a następnie ciała te są wleczone, ciągnięte lub przewożone przez Gazę, aby uczcić to, co im zrobiono.

A niemieckie feministki? One milczą. Te, które pisały książki o kobietobójstwie, te, które pisały książki o emancypacji kobiet, te, które przez lata występowały jako obrończynie życia kobiet, milczą. Nie dlatego, że konflikt jest tak skomplikowany, ale dlatego, że ich antysemicki światopogląd jest głęboko wpisany w ich tożsamość. Kiedy żydowska kobieta jest gwałcona i torturowana przez grupę mężczyzn, kiedy jest zmuszona zadzwonić do swojej matki, aby ta musiała wysłuchać tego, co robi się jej córce, są to oczywiście dla wielu w tym kraju, ale obecnie także na całym świecie, “uzasadnione środki palestyńskiego ruchu wolnościowego”.

Chodzi o eksterminację

Martwi ludzie opluwani, uprowadzone izraelskie dzieci nękane, bite, kopane na żywo przez palestyńskie dzieci i dorosłych w Gazie. Niemowlęta zastrzelone podczas snu, starsze kobiety porwane z domów i zabrane do Gazy, gdzie nagrano z nimi okropne filmy. Ci, którzy nie zostali zamordowani przez palestyńskich terrorystów 7 października, zostali wysłani w marszu śmierci do Gazy, gdzie zostali ukryci.

To, co stanie się z około 200 osobami, które są teraz w Gazie jako żydowscy zakładnicy w rękach szaleńców, jest nie do pomyślenia. W tej sekundzie kolejna młoda dziewczyna może zostać zgwałcona przez Palestyńczyków, a jej nagranie opublikowane w Internecie, w tej sekundzie kolejna dziewczyna może zostać zmuszona do zadzwonienia do swojej matki i opowiedzenia o swoim gwałcie i zbliżającej się śmierci. To właśnie dzieje się od rana 7 października i będzie się działo, dopóki zakładnicy nie zostaną uwolnieni. Jednak szansa na to jest niewielka.

Ideologia islamska jest antysemicka. Hamas jest antysemicki. Jego celem jest zabijanie Żydów. Dlatego Żydzi w diasporze, którzy nie mieszkają w Izraelu, są obecnie zagrożeni. To dlatego będziemy świadkami podpaleń synagog, jak miało to miejsce latem 2014 roku, które w niemieckich sądach będą nazywane “krytyką Izraela”. Ci, którzy nadal twierdzą, że nie chodzi o eksterminację narodu żydowskiego, nie znają Karty Hamasu ani nie studiowali ideologii islamskiej.

To, czego musieliśmy doświadczyć w Izraelu od soboty i co widzieliśmy w mediach, to nie strajk wyzwoleńczy, nieuzasadniona krytyka Izraela, nie walka o więcej praw człowieka, ale okropna nienawiść, która utorowała sobie drogę. To ludzka otchłań i nieludzkie zachowanie, które należy potępić ze wszystkich stron. Nie chcę więcej słyszeć od żadnego z tych aktywistów słów o antysemityzmie, nie chcę więcej czytać od nich “nigdy więcej”, a już na pewno żadnego feministycznego oświadczenia, jeśli teraz publicznie nie zdystansują się od tych czynów.


Mirna Funk jest niemiecką dziennikarką, autorką i feministką. Pracuje jako niezależna dziennikarka dla takich tytułów jak Die Welt, Der Freitag i Zeit Magazin i publikuje teksty na temat kultury, społeczeństwa i sztuki. Latem 2014 r. przeprowadzała wywiady z Izraela dla Zeit Magazine i pisała o swoim życiu podczas konfliktu izraelsko-palestyńskiego w Gazie w 2014 r.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Biden wspiera Izrael: Atak Hamasu najbardziej krwawym dniem od Holokaustu

Izraelscy żołnierze patrolują okolice kibucu Be’eri, 11 października 2023 r. /Fot. Ohad Zwigenberg / AP Photo


Archive | 2023/10/12


Biden wspiera Izrael: Atak Hamasu najbardziej krwawym dniem od Holokaustu

Marta Urzędowska


Prezydent Joe Biden w kolejnych oświadczeniach ostro krytykuje atak Hamasu na Izrael. Izraelska armia kontynuuje bombardowanie rządzonej przez radykałów Strefy Gazy i bierze na celownik ich przemytnicze tunele. Potwierdzają się koszmarne doniesienia, że hamasowcy ścinali głowy niemowlętom

– Atak Hamasu był najbardziej krwawym dniem dla Żydów od czasów Holokaustu – ocenił w środę Joe Biden. – To była kampania czystego okrucieństwa. Nie tylko nienawiści, ale czystego okrucieństwa, wymierzona w żydowski naród – dodał amerykański prezydent, przemawiając do przedstawicieli żydowskiej społeczności w Ameryce zebranych w środę w Białym Domu.

Izraelska armia: Nie mogliśmy uwierzyć, że nawet Hamas mógł się tego dopuścić

– Milczenie oznaczałoby współudział, dlatego nie będę milczał – dodał Biden w swoim przemówieniu. Powtórzył, że ponownie – już po raz czwarty od ataku Hamasu – rozmawiał z izraelskim premierem Beniaminem Netanjahu i zapewnił, że Ameryka „zwiększa” dodatkową pomoc wojskową dla Izraela.

Z Izraela wciąż płyną kolejne doniesienia o szczegółach ataku, który w ostatnią sobotę palestyńscy radykałowie z Hamasu przypuścili na kraj. Odpalili w jego kierunku tysiące rakiet, jednocześnie wysyłając do izraelskich miast i osiedli terrorystów, którzy z niespotykanym okrucieństwem zabijali izraelskich cywilów i żołnierzy. Liczba ofiar w Izraelu przekroczyła 1,2 tys. osób, wśród zabitych jest wiele kobiet i dzieci. Tysiące osób są ranne, 150 zostało porwanych.

W czwartek izraelska armia ostatecznie potwierdziła wcześniejsze doniesienia mediów, a także słowa Bidena, z których wynikało, że terroryści, zabijając całe izraelskie rodziny, postępowali wyjątkowo bestialsko – ścinali głowy nawet niemowlętom.

– Przyznaję, zajęło nam trochę czasu, by naprawdę zrozumieć i zweryfikować te doniesienia, bo nie mogliśmy uwierzyć, że nawet Hamas mógłby dopuścić się takiego barbarzyństwa – tłumaczył w oświadczeniu Jonathan Conricus, rzecznik izraelskiej armii. – Teraz mogę już z pewnością powiedzieć, że to właśnie zrobili. Okaleczone ciała były wszędzie – dodał.

WHO: W Gazie gorzej już być nie może

Izraelskie samoloty prowadzą odwetowe naloty w rządzonej przez Hamas Strefie Gazy. Choć izraelskie bombowce biorą na cel głównie bazy i sprzęt radykałów, w nalotach ginie też wielu cywilów. W sumie liczba ofiar przekroczyła już tysiąc osób, ponad 5 tys. osób jest rannych, a pracownicy organizacji humanitarnych i Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmują, że sytuacja w Strefie jest dramatyczna – szpitale są pełne rannych, kończą się leki, brakuje sprzętu medycznego.

Szef organizacji w regionie Richard Brennan potwierdza, że także wcześniej szpitale w Gazie były słabo wyposażone, a dziś brakuje w nich dosłownie wszystkiego – od opatrunków, poprzez łóżka, po najbardziej podstawowe leki. – Gorzej już być nie może – alarmuje. – Nie chodzi tylko o zniszczenia, ale o presję psychiczną, nieustanne bombardowanie, utratę kolegów z personelu medycznego – wylicza.

Izrael w ramach działań odwetowych odciął Gazę od dostaw jedzenia, leków, paliwa i prądu, a w czwartek minister ds. energii Israel Katz potwierdził, że dostawy nie zostaną wznowione, dopóki terroryści nie uwolnią izraelskich zakładników.

Zniszczony przez izraelskie naloty meczet w Chan Junus w Strefie Gazy, 8 października 2023 r. Fot. Yousef Masoud / AP Photo

To prawdziwy dramat dla 2,5 mln mieszkańców Strefy, którzy z powodu stosowanej od kilkudziesięciu lat blokady enklawy przez Egipt i Izrael i tak ledwo wiążą koniec z końcem. Tysiące ludzi próbują uciekać przed nalotami, choć w odciętej od świata Strefie, gdzie nie ma nawet bunkrów, trudno się ukryć. Jak podaje ONZ, już 338 tys. osób uciekło ze swoich domów.

Naloty prowadzone są od soboty. W czwartek nad ranem, jak potwierdza armia – przeprowadzono kolejne, „na wielką skalę”, wymierzone w cele Hamasu w Gazie. Nebal Barsahk, rzecznik palestyńskiego Czerwonego Półksiężyca, alarmuje, że bombardowanie niemal nie ustaje. – Nie ma nawet jednej spokojnej minuty, dlatego liczba ofiar cały czas rośnie – tłumaczy w oświadczeniu cytowanym w „Guardianie”. W dodatku w jedynej miejscowej elektrowni skończyło się paliwo, co budzi obawy, że w przepełnionych szpitalach zabraknie prądu i nie będą w stanie funkcjonować.

Jednocześnie komentatorzy przewidują, że Izrael zdecyduje się także na ofensywę lądową. Na razie gromadzi czołgi i setki tysięcy rezerwistów pod granicą z Gazą.

Kair ostrzegał już trzy dni przed atakiem

W czwartek w region leci amerykański sekretarz stanu Antony Blinken. Jego wizyta ma pokazać poparcie Ameryki dla Izraela. Sekretarz ma też pomóc w negocjacjach w sprawie uwolnienia przez radykałów izraelskich zakładników, wśród których są Amerykanie.

Blinken odwiedzi też Jordanię, by rozmawiać o eskalacji przemocy w regionie. Do wymiany ognia z Izraelem dochodzi też bowiem na granicy z Libanem i Syrią. Blinken spotka się również z palestyńskim prezydentem Mahmudem Abbasem.

Jednocześnie mnożą się spekulacje na temat udziału w ostatnim ataku wspierającego Hamas od lat Iranu. Biden w środę stwierdził, że wysłanie w region amerykańskich okrętów i samolotów, które są przemieszczane bliżej Izraela, powinno być sygnałem dla Teheranu. – Pokazaliśmy im wyraźnie, że powinni uważać – stwierdził amerykański przywódca.

Jednak anonimowy amerykański urzędnik, dobrze znający szczegóły sprawy, sugeruje w rozmowie z AP, że irańskie władze nie wiedziały o planowanym ataku palestyńskich radykałów. Także rzecznik Białego Domu John Kirby przyznał w środę, że waszyngtońska administracja „nie ma żadnych informacji, które konkretnie potwierdziłyby, że Irańczycy wsparli ten atak albo byli zaangażowani w przeszkolenie terrorystów”.

Za to Michael McCaul, szef komisji spraw zagranicznych w Izbie Reprezentantów, w środę przekazał dziennikarzom, że izraelskie władze zostały ostrzeżone o zbliżającym się ataku przez Egipcjan. – Wiemy, że Egipt ostrzegł ich trzy dni wcześniej, że coś takiego może się wydarzyć – oświadczył po spotkaniu ze specami od wywiadu. – Nie chcę wchodzić w tajne szczegóły, ale było wyraźne ostrzeżenie – dodał.

Izrael na czas wojny ma rząd jedności

Jak opisuje BBC, rodziny i bliscy porwanych Izraelczyków skontaktowali się z izraelskim negocjatorem Gershonem Baskinem, który pomógł doprowadzić przed laty do zwolnienia uprowadzonego przez Hamas izraelskiego żołnierza Gilada Shalita, przetrzymywanego przez porywaczy przez pięć lat.

Baskin potwierdza w rozmowie ze stacją, że rozmawia z radykałami, „próbując ich przekonać, by zwolnili kobiety i dzieci i pozwolili dostarczyć zakładnikom leki”. – Sądzę, że oni sami są zaskoczeni sukcesem swojej operacji. Tym, że udało im się porwać tyle osób – tłumaczy. – Uważam, że nie będą gwałcić kobiet ani torturować cywilów, choć nie jestem pewien, czy to samo dotyczy porwanych żołnierzy – dodaje.

Podczas gdy Izraelczycy próbują otrząsnąć się z szoku po największym ataku w historii ich kraju, premier Netanjahu ogłosił, że na czas wojny udało się stworzyć rząd jedności, w którym zasiądzie m.in. Benny Ganc, ważna postać opozycji i były minister obrony.

– Każdy członek Hamasu jest już martwy – stwierdził Netanjahu w przemówieniu wygłoszonym w telewizji w środę wieczorem. – Zmiażdżymy ich, zniszczymy – wygrażał. Z kolei Ganc zapewnił Izraelczyków, że nowo utworzony rząd jest „zjednoczony” i gotowy „zetrzeć Hamas z powierzchni ziemi”.

W piątek o sytuacji w Izraelu i Strefie Gazy na kryzysowym spotkaniu będą dyskutować członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Samobójcza religia buntu

Photo: Le Parisien, Le Figaro, Le Monde, Libération.


Samobójcza religia buntu

Anna Grabowska (Anne Goldschmid)


Nie mam już najmniejszej ochoty słuchać kolejnego wykładu o tym, że przede wszystkim należy “zrozumieć gniew młodzieży”. Rozumiem go doskonale i chyba właśnie dlatego jestem jeszcze bardziej wściekła na to, co widzę. Francuska szkoła od lat się degraduje. Nauczycieli brakuje, a w części placówek faktycznie na zastępstwo można czekać tygodniami. Uczniowie mają przeładowane plany i coraz częściej funkcjonują w budynkach, o których stanie władze przypominają sobie dopiero wtedy, kiedy zaczynają odpadać sufity. Do tego dochodzi Parcoursup, centralny system rekrutacji na studia, który potrafi miesiącami trzymać maturzystę w niepewności, bo młody człowiek składa papiery i później obserwuje, czy uczelnia go przyjmie oraz jak przesuwa się na liście. Tak, przy francuskiej tradycji do manifesowania to wszystko jest wystarczającym powodem, żeby wyjść na ulicę i zrobić politykom piekło. Nie potrafię natomiast zrozumieć, w jaki sposób z braku pieniędzy na szkołę pojawił się pomysł, żeby tę szkołę jeszcze podpalić.

Liceum Nelson-Mandela w Nantes jest chyba najlepszą fotografią francuskiego absurdu roku 2026. Ogień zniszczył całe wejście, przedarł się do wnętrza i do pracowni z komputerami, więc szkoła nie będzie mogła normalnie przyjąć ponad 1700 uczniów i studentów aż do ferii na Wszystkich Świętych. Ludzie wyszli walczyć o lepsze warunki nauki i efektem jest szkoła, w której przez następne tygodnie w ogóle nie da się normalnie uczyć. Jeśli ktoś chciał stworzyć metaforę kraju, który protestuje przeciwko własnej degradacji, degradując się jeszcze szybciej, zrobił to naprawdę perfekcyjnie. Odbudowę będzie trzeba sfinansować z tych samych pieniędzy, których podobno na edukację brakuje, a przecież do rachunku dochodzą jeszcze wszystkie konsekwencje interwencji i późniejszej organizacji nauki. Nie wiem, ile trzeba mieć pogardy dla wspólnego dobra, żeby krzyczeć o braku środków na szkołę, a kilka minut później patrzeć, jak ta szkoła płonie.

A już szczególnie obrzydliwie wygląda to, co wydarzyło się dziś w Belfort. Policjant w cywilu działający w okolicach liceum Gustave-Courbet został zaatakowany, przewrócony na ziemię i bity przez kilku ludzi. Jeden walił go pięściami w głowę, drugi kopał. Funkcjonariusz trafił do szpitala, zostało wszczęte śledztwo o usiłowanie zabójstwa. Jednego podejrzanego zatrzymano. To nie jest już rozbrykany siedemnastolatek przewracający śmietnik, którego zaraz będziemy przez godzinę diagnozować społecznie. Człowiek leżał na ziemi i był kopany w głowę przez grupę napastników. W tle słychać wyzwiska pod adresem policji. I właśnie w takich dniach lider największej partii radykalnej lewicy uznaje, że właściwą rzeczą jest opowiadać młodym ludziom przede wszystkim o “policyjnej dzikości”.

Mélenchon (LFI) mógł wykorzystać ogromny wpływ, jaki ma na młodzież, żeby wyhamować tę sytuację. Doskonale wie, że dla znacznej części młodych Francuzów jest politycznym autorytetem i że jego słowa nie znikną po konferencji prasowej. A mimo to wezwał swoich ludzi do “stawienia czoła policyjskiej dzikości” i dorzucił, że “nie będzie ani zapomnienia, ani przebaczenia”. W tamtym momencie jakoś nie znalazł równie mocnych słów dla przemocy manifestantów. Dopiero następnego dnia, kiedy polityczny smród zrobił się trudny do zniesienia, pojawiło się zapewnienie LFI o “niestosowaniu przemocy”. Znam ten numer. Najpierw należy powiedzieć rozwścieczonym ludziom, kto jest ich wrogiem i dlaczego gniew jest uzasadniony, a następnego dnia, najlepiej małym drukiem, przypomnieć, że właściwie wszyscy jesteśmy zwolennikami pokoju. Jakże wygodna metoda prowadzenia polityki, szczególnie kiedy to cudze dzieci stoją na ulicy, a samemu stoi się przy mikrofonie.

Bally Bagayoko, mer Saint-Denis z LFI, dostarczył do tego widowiska obrazka, którego nie wymyśliłby nawet wyjątkowo złośliwy satyryk. Mer miasta stoi obok płonącego kosza, jest oklaskiwany przez manifestujących i uradowany tańczy. To człowiek sprawujący władzę samorządową, a wokół niego koszmar. Mnie na jego miejscu nie przyszłoby do głowy podrygiwać jak idiota z zadowoloną miną. Byłabym wściekła, że w moim mieście młodzież podpala wspólną własność i że przed szkołami trzeba ustawiać oddziały policji. Bagayoko później poszedł jeszcze dalej, uznając, że przemoc może być “uzasadniona”. Słowo daję, że trudniej byłoby pokazać, jak bardzo ta część lewicy pomyliła przedstawiciela Republiki z ulicznym radykałem. W sytuacji, w której dorosły polityk powinien młodzieży postawić granicę, daje jej coś dokładnie odwrotnego: poczucie, że po tej właściwej stronie politycznej niemal wszystko da się później wytłumaczyć.

I właśnie dlatego tak bardzo zbrzydła mi lewica. Piszę to jako ktoś, kto właściwie całe dorosłe życie stał po jej stronie i długo uważał, że to tam znajduje się moje polityczne miejsce. Tym większą czuję dziś pogardę dla tego, czym jej radykalna francuska odmiana się stała. Lewica, którą pamiętam, miała emancypować człowieka przez wiedzę i samodzielność. Praca była częścią godności, a szkoła miała być windą wyciągającą z biedy. Świecka Republika nie była czymś, za co trzeba przepraszać człowieka tylko dlatego, że przywiózł ze sobą inną tradycję. Dzisiaj zamiast emancypacji coraz częściej widzę polityczne infantylizowanie ludzi, którym bez końca wyjaśnia się, dlaczego odpowiedzialność za ich własne czyny właściwie nigdy nie spoczywa całkiem na nich. Gdy ktoś coś rozwali, natychmiast pojawia się długa kolejka osób gotowych opowiedzieć każdemu o jego krzywdzie. Znacznie trudniej znaleźć polityka, który bez socjologicznego rozgrzeszenia powie, że prawie dorosły człowiek odpowiada za to, że kopnął leżącego policjanta albo podpalił cudze mienie.

Francja płaci za takie tchórzostwo od dziesięcioleci i płaci coraz więcej również dosłownie. Na koniec drugiego kwartału tego roku dług publiczny wynosił już 3 biliony 595,5 miliarda euro, czyli 119 procent PKB. W zaledwie trzy miesiące urósł o prawie 60 miliardów. Tego rachunku nie zapłaci żadne abstrakcyjne “państwo”, bo państwo samo niczego nie zarabia. Każdy kolejny miliard długu wcześniej czy później wraca do ludzi w podatkach lub składkach, odbija się na jakości usług publicznych albo zostaje przerzucony na następne pokolenie. Przez lata lewica zrobiła bardzo wiele, żeby z politycznego języka zniknęła druga strona tego równania. Świadczenie brzmi pięknie, “socjal” również, a nowe “prawo” jeszcze piękniej. Znacznie mniej ładnie brzmi pytanie, kto będzie na to pracował.

Nie mam nic przeciwko systemowi, który pomaga człowiekowi naprawdę choremu albo komuś, komu życie nagle się zawaliło. Sama uważam takie zabezpieczenie za jedno z osiągnięć europejskiej cywilizacji. Tyle że solidarność traci sens, kiedy politycy boją się wymagać samodzielności od ludzi, którzy są do niej zdolni, bo przez lata dużo łatwiej było dopisać następny wyjątek niż narazić się kolejnemu środowisku wyborców. Uczono ludzi pytać, co jeszcze państwo może im dać, i zadziwiająco rzadko przypominano, że to wszystko finansuje ktoś, kto każdego ranka wstaje do pracy. Kiedy po dziesięcioleciach takiej polityki przychodzi w końcu informacja, że pieniędzy już naprawdę brakuje, reakcją ma być bunt przeciwko samemu istnieniu ograniczeń. Lewica oczywiście natychmiast staje na czele tego buntu, chociaż przez lata uczestniczyła w budowaniu modelu, który właśnie doszedł do finansowej ściany.

Za jedno z najdroższych państw w Europie Francuzi coraz częściej dostają usługę, której jakość trudno uznać za europejski luksus. Francuski Rzecznik Praw ustalił, że już 61% osób ma trudności z przejściem przez procedury administracyjne, podczas gdy w 2016 r. mówiło o tym 39%. Prawie co czwarty człowiek rezygnuje w końcu z należnego mu prawa, bo nie potrafi przebić się przez system. Kto mieszka tutaj od zawsze, nie potrzebuje tabelki, żeby wiedzieć, o czym mowa. Prosta sprawa potrafi utknąć na kilka miesięcy, a dokument wysłany dwukrotnie nadal bywa dokumentem, którego urząd podobno nigdy nie widział. W ochronie zdrowia coraz trudniej znaleźć część specjalistów, szpitale od dawna mówią o kryzysie kadrowym, a teraz szkoła pokazuje nam następny fragment tego samego obrazu. Państwo jest potwornie drogie, zadłużone po szyję i zachowuje się wobec obywatela jak firma, która pobrała abonament z góry, po czym wyłączyła telefon.

Do tego doszła integracja, temat, który przez lata obłożono we Francji tyloma zakazami językowymi, że każda poważna rozmowa kończyła się podejrzeniem o rasizm. Nie chodzi mi o kolor skóry człowieka oglądanego przez kilka sekund w telewizji i nie potrzebuję zgadywać czyjegoś pochodzenia po twarzy. Chodzi o to, że państwo przyjmowało bardzo wielu ludzi, a później zbyt często zachowywało się tak, jakby dokument pobytowy i mieszkanie wystarczyły do stworzenia wspólnoty. Nie wystarczą. Integracja wymaga pracy przede wszystkim od państwa, które musi zapewnić sprawną szkołę i możliwość wejścia na rynek pracy, ale wymaga również wysiłku od tego, kto tutaj przyjechał. Francja nie ma obowiązku przepraszać za własne zasady. Równość kobiet nie jest propozycją do negocjacji, a rodzinna tradycja nie może być wiecznym argumentem usprawiedliwiającym życie poza regułami wspólnoty. Przez zbyt wiele lat łatwiej było finansować skutki porażki integracyjnej, niż przyznać, że samo stawianie wymagań nie jest żadną formą opresji.

Wystarczy zresztą włączyć dziś telewizor, żeby zobaczyć, jak bardzo protest dotyczący francuskich szkół został już oblepiony konfliktami, które początkowo nie miały z nim nic wspólnego. Obok haseł o nauczycielach pojawiają się palestyńskie flagi. Widzimy także algierskie. Co mają wspólnego z Parcoursup, stanem liceum albo godzinami lekcji? Nic. Za to doskonale pasują do politycznego świata, który przez ostatnie lata zrobił z Palestyny uniwersalny emblemat każdej możliwej rewolty. W Roanne również informowano o ludziach przybyłych spoza miasta z flagami algierskimi i palestyńskimi, którzy włączyli się w protesty.

W Carpentras przekroczono jeszcze jedną granicę, bo podczas blokady liceum padły słowa: “Kim są Żydzi? Depczemy ich”. Nie interesuje mnie już później żaden wykład o tym, że wszystko to jest krytyką Netanjahu, Izraela albo wojny. Kiedy ktoś mówi “Żydzi”, mówi o Żydach. Antysemityzm nie przestaje nim być dlatego, że człowiek trzyma w drugiej ręce palestyńską flagę. Dla mnie to jest szczególnie odrażające, bo widzę od trzech lat, z jaką obsesją część francuskiej skrajnej lewicy pompuje ten temat w młode pokolenie, jak sprawnie zrobiła z niego język politycznej identyfikacji i jak chętnie korzysta z niego LFI. Potem przychodzi dzień protestu o nauczycieli, a przed szkołą ktoś zaczyna krzyczeć o Żydach. Naprawdę trudno udawać zaskoczenie, jeżeli przez lata przesuwało się granice tego, co wolno powiedzieć.

Prawica oczywiście na tym wygrywa i będzie wygrywać dalej, dopóki lewica będzie prowadzić dla niej darmową kampanię. Bruno Retailleau doszedł już do punktu, w którym publicznie mówi o możliwości rozwiązania LFI. Jeszcze kilka lat temu sama obecność takiego pomysłu w poważnej debacie politycznej wydawałaby się absurdalna. Dzisiaj ludzie słuchają tego po obejrzeniu płonącej szkoły, pobitego policjanta i mera z LFI tańczącego obok płonącego kosza. Później słyszą Mélenchona opowiadającego o “policyjnej dzikości”. Następnego dnia wracają do własnego życia, próbują znaleźć lekarza albo przebić się przez biurokrację, po czym ktoś im jeszcze tłumaczy, że jeśli przesuwają się w prawo, najwyraźniej dali się uwieść “faszyzacji”. Naprawdę potrzeba wyjątkowej pogardy dla inteligencji własnych wyborców, żeby przez lata produkować powody ich wściekłości, a później obrażać się na sposób, w jaki głosują.

Mnie ta lewica zbrzydła chyba właśnie dlatego, że przez tak wiele lat była również moja. Nie mam wobec niej komfortu dawnego przeciwnika, który może z satysfakcją powiedzieć, że zawsze miał rację. Patrzę na własne dawne środowisko polityczne i widzę, jak z emancypacji zrobiło kult usprawiedliwiania, z solidarności coraz częściej robi klientelizm, a z buntu przeciwko niesprawiedliwości zrobiło permanentną potrzebę konfliktu. Najgorszy jest widok polityków, którzy wiedzą doskonale, że siedemnasto- i osiemnastolatkowie są rozgrzani do czerwoności, i zamiast zachować się jak dorośli, próbują wycisnąć z tej temperatury kilka kolejnych punktów poparcia. Mélenchon wskazuje policję. Bagayoko bawi się w tłumie. Potem wszyscy razem zapewniają, że przemoc oczywiście nie jest ich metodą. Cynizm byłby nawet imponujący, gdyby jego skutkiem nie byli prawdziwi ludzie bici i kopani oraz szkoły stojące w ogniu.

Jeśli Marine Le Pen albo ktoś z jej obozu rzeczywiście wejdzie do Pałacu Elizejskiego, chciałabym oszczędzić sobie późniejszego wielkiego przedstawienia francuskiej lewicy z pytaniem, jak mogło do tego dojść. Wystarczy zachować nagrania z tych kilku dni. Wystarczy przypomnieć sobie płonące liceum w Nantes, policjanta leżącego na ziemi w Belfort, Mélenchona mówiącego o “policyjskiej dzikości” i mera Saint-Denis tańczącego przy rozpalonym koszu. To będzie wystarczająco dokładna odpowiedź.

Od lat sami na ten wynik pracujecie.

Jeszcze jedna rzecz – patrząc na Francję z pozycji Polski, proszę tylko nie pocieszać się, że to wszystko dzieje się “gdzieś daleko”. Polska jest po prostu na tej samej drodze cofnięta o 20-30 lat. Przyjąć ludzi jest przecież bardzo łatwo, szczególnie kiedy robi się to w atmosferze moralnego uniesienia i każdy, kto pyta o koszty, integrację albo rynek pracy, natychmiast zostaje podejrzany o brak serca i moralne zepsucie. Jednak prawdziwy problem zaczyna się później, kiedy trzeba tych ludzi rzeczywiście włączyć do społeczeństwa, nauczyć języka, wprowadzić na rynek pracy i sprawić, żeby system świadczeń nie zastąpił samodzielności. W Polsce było to dobrze widać choćby przy Ukraińcach. Najpierw ogromna fala solidarności, później coraz więcej pytań o świadczenia, mieszkania, szkoły i koszty. A mówimy przecież o społeczności, w której bardzo wiele osób pracuje i kulturowo oraz językowo jest Polsce znacznie bliżej. Tym bardziej to naiwne przekonanie, że przy migracji z krajów, gdzie model rodziny, pozycja kobiet i udział kobiet w rynku pracy bywają zupełnie inne, wszystko “jakoś się ułoży”. No niestety nie, samo się nie ułoży. Jeśli państwo nie postawi od początku jasnych wymagań dotyczących języka, pracy, szkoły i odpowiedzialności, po latach dostanie nie integrację, tylko równoległe światy utrzymywane z jednego budżetu. Francja przerabia ten eksperyment od dawna i rezultat właśnie oglądamy w telewizji. Można oczywiście dalej nazywać każde ostrzeżenie “prawicowym straszeniem”. To jest znacznie wygodniejsze niż późniejsze płacenie rachunku.


Źródła:

https://www.leparisien.fr/…/la-violence-peut-etre…

https://www.lemonde.fr/…/presidentielle-2027-les…

https://www.publicsenat.fr/…/colere-lyceenne-bruno…

https://www.i24news.tv/…/artc-c-est-qui-les-juifs-on…

https://www.tf1info.fr/…/blocages-des-lycees-les-images…

https://www.tf1info.fr/…/video-policier-roue-de-coups…


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Irena Wiszniewska, “My, Żydzi z Polski”

Irena Wiszniewska, “My, Żydzi z Polski”

Jacy są “Żydzi z Polski”, z którymi rozmawia w swojej – wyczerpującej, niemal “encyklopedycznej” książce dziennikarka Joanna Wiszniewska? Zwyczajni, choć bardzo


Irena Wiszniewska, “My, Żydzi z Polski”

Aleksandra Lipczak 


Jacy są “Żydzi z Polski”, z którymi rozmawia w swojej – wyczerpującej, niemal “encyklopedycznej” książce dziennikarka Joanna Wiszniewska? Zwyczajni, choć bardzo interesujący z nich rozmówcy.


Wiszniewska, dziennikarka, w latach 90. korespondentka belgijskich i francuskich mediów, wykonała ciekawą pracę: przeczesała kawał Polski, by porozmawiać z Żydami, którzy mają do powiedzenia interesujące rzeczy na temat swojego żydostwa. Porozmawiała z Żydami z Warszawy, Łodzi i Wrocławia oraz z małych miast.  Z Żydami religijnymi i nie. Z takimi, którzy o swoim żydostwie dowiedzieli się w wieku 40 lat  i tymi, którzy chodzili do żydowskich przedszkoli i jeździli na obozy Fundacji Laudera. Uznających żydowskość za trzon swojej tożsamości albo jeden, niekoniecznie najważniejszy, z jej wielu składników. Odbyła nawet rozmowy z paroma “Polakami, którzy chcą być Żydami”. Wyłonił się z tego fascynujący i złożony portret bez tezy.

To książka niezwykła, przede wszystkim ze względu na swoją “normalność” – jak zauważyła na portalu Forum Żydów Polskich Aleksandra Buchaniec-Bartczak (patrz “młodzieżowa”, pomarańczowa okładka). Rozmówcy Wiszniewskiej mówią o swoim żydostwie otwarcie, niekoniecznie w cieniu Zagłady: Jan Gebert przedstawia się jako “żydkolog”, a ktoś inny wyznaje, że żydostwo kojarzyło mu się zawsze tylko z czymś pozytywnym. Antysemityzm jest, owszem, w tle  (większy, czy mniejszy niż w innych krajach Europy – co do tego zdania rozmówców są podzielone), ale przekaz jest  taki: Żydzi z Polski, zwłaszcza ci najmłodsi, noszą swoją żydowskość bez kompleksów, mówią lekko o tematach, które jeszcze do niedawna wymuszały mimowolne ściszenie głosu. W Polsce – jak konstatuje wielu z nich – mimo dobrze trzymających się uprzedzeń – nastała przecież “moda” na bycie Żydem i odkrywanie własnych żydowskich korzeni lub wątłych “korzonków”, jak ironicznie nazywa je któryś z rozmówców Wiszniewskiej.

O tym , że po 89’ miał miejsce renesans życia żydowskiego w Polsce, wiadomo. Książka Wiszniewskiej ma jednak tę ciekawą właściwość, że komplikuje zbyt uproszczony obraz i nadwątla “utrwalone narracje” na ten i wiele innych tematów. Po pierwsze, ustami rozmówców, rozprawia się z mitem “Polski bez Żydów” po wojnie. “Dominuje wątek o braku życia żydowskiego, o tkwieniu w szafach, o obawie przed ujawnieniem się. I że dopiero wraz z nadejściem wolności, po 1989 roku, minął strach i rozpoczął się rozkwit życia żydowskiego” – mówi Wiszniewskiej Bella Szwarcman-Czarnota. W taką wizję nie do końca wpisują się historie, których wysłuchuje dziennikarka. Owszem, dużo tu wyznań o korzeniach odkrytych już w dorosłym wieku, ujawnionych przez przypadkowe spotkanie albo czyjeś wyznanie na łożu śmierci. Ale jest też urodzona w 1945 roku Izabella Szwarcman –Czarnota, opowiadająca o kołysankach w jidysz, który był jej pierwszym językiem czy łódzki rabin Symcha Keller, który mówi o nieprzerwanym nigdy ciągu pokoleń i tradycji w swojej gminie (“To wszystko zostało, ja to przejąłem po moich poprzednikach, którzy byli stąd, jak ja”). “Mieliśmy życie społeczne, literaturę, muzykę i teatr. Były kluby, kolonie, obozy, gazety” – mówi Szwarcman-Czarnota. “W moim przekonaniu nie udałaby się odbudowa czy budowa tego życia żydowskiego, które mamy obecnie (…), bez tych enklaw w Legnicy, we Wrocławiu, w Bielsku-Białej, w Katowicach (…)”.

“My, Żydzi z Polski” komplikują też narrację dotyczącą religijnego charakteru odrodzenia. W książce Wiszniewskiej równie wyraźnie słychać głos zaangażowanych świeckich Żydów. Jan Gebert, syn Konstantego Geberta, uważanego za jednego z ojców odrodzenia, stwierdza wprost: ojciec zniechęcił nas do religii (“Może trochę za bardzo mu na tym zależało, może trochę za bardzo naciskał”). “Z czasem judaizm stał się dla mnie bardziej systemem wartości niż wiarą. Na pierwszym miejscu zacząłem stawiać kwestie sprawiedliwości społecznej” – mówi społecznik przed trzydziestką, Jan Śpiewak. Pokoleniowe napięcie to zresztą jeden z ciekawszych wymiarów książki Wiszniewskiej. Młodzi Żydzi to najbardziej frapująca, “niepoprawna politycznie” grupa jej rozmówców. Krytykujący działanie gminy, nie do końca odnajdujący się w tradycyjnej wspólnocie, a zarazem przejęci jej przyszłością. Zastanawiający się, kim są dziś i będą Żydzi, na czym może zasadzać się ich tożsamość, jeśli odjąć religię. “Szczerze mówiąc, uważam, że nie ma przyszłości dla Żydów w tym kraju. Jesteśmy jednym z ostatnich pokoleń, potem będą takie popłuczyny” – mówi Śpiewak.

Nie oznacza to jednak, że nie ma w “Żydach z Polski” miejsca na religię. Wiszniewska znalazła ludzi, którzy umieją pięknie opowiadać o religijnym doświadczeniu i tradycji (patrz na przykład: Paweł Passini). Inni opowiadają z kolei o obyczajach i bywają w odsłanianiu (swojej) intymności bardzo szczerzy (wspomnienia z obrzezania w latach 90. to temat niemal na film). Czy o duchowość chodzi, czy o “insiderskie” historie, ciekawy materiał i opowieści aż wylewają się z tego zbioru. Jeśli ktoś będzie się chciał kiedyś dowiedzieć o tym, jak wyglądało życie żydowskie w Polsce w początkach XXI wieku, znajdzie tu wszystko lub bardzo wiele: stosunki w gminie, pokoleniowe przemiany, napięcie na linii religijność-świeckość, obyczajowy szczegół. A także  lęk czy zeświecczona wspólnota ma szansę przetrwać czy raczej rozmyje się w zglobalizowanym, zmiksowanym świecie idei i tożsamości.

Właściwie można czytać “Żydów z Polski” jako książkę o dylematach z tożsamością w ogóle, żydowską i nie. W końcu, “dlaczego w tym dwudziestym pierwszym wieku, gdy mamy szanse czuć się Europejczykami, pielęgnujemy zagubione tożsamości przodków?” – jak pyta Wiszniewska jedną z rozmówczyń. Wiele do rzeczy ma tu nadzieja – pewnie płonna, jak zauważa we wstępie Irena Grudzińska-Gross – że “z palimpsestu przeszłości da się odtworzyć coś prawdziwego, autentycznego, bezpośredniego”.

Książka Wiszniewskiej to też, a może przede wszystkim, zbiór rozmów z ciekawymi ludźmi. O ich rodzinach. O powikłanych albo prostych losach. Chcąc nie chcąc, również o współczesnej Polsce. Jeden z rozmówców Wiszniewskiej zżyma się na festiwale kultury żydowskiej i upupiającą wizję tejże, która zaspokaja tęsknoty i potrzeby etnicznych Polaków. “My, Żydzi z Polski” zapewniają okazję, by usłyszeć żydowski (wielo)głos bez pośredników


Irena Wiszniewska
“My, Żydzi z Polski”
Wydawnictwo Czarna Owca
Wymiary: 135 mm x 210 mm
Liczba stron: 400
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-7554-809-9
http://www.czarnaowca.pl/


Autorka: Aleksandra Lipczak, lipiec 2014


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com