Dokończyć robotę

Protest na Amirkabir University of Technology w Teheranie


Dokończyć robotę

Majid Rafizadeh


Reżim Iranu musimy widzieć takim, jakim on jest: jako potężnie uzbrojoną bandę zbirów oraz — według rządu USA — „największego państwowego sponsora terroryzmu” od dziesiątków lat. Reżim irański utrzymuje władzę dzięki brutalnej sile, która terroryzuje nie tylko jego sąsiadów i szerszy świat za pośrednictwem pełnomocników, pocisków balistycznych i bliskiej zdolności nuklearnej, lecz także własną populację liczącą około 93 milionów ludzi. Dekady represji, „eksportowania rewolucji” i ideologicznego ekstremizmu ukształtowały jego tożsamość, głęboko zakorzenioną w antyamerykanizmie, antysemityzmie i pogardzie wobec własnych obywateli.

W latach 1979, 1999, 2009, 2017–2018, 2019, 2022, pod koniec 2025 i na początku 2026 roku Irańczycy masowo wychodzili na ulice w ogólnokrajowych protestach przeciwko załamaniu gospodarczemu, represjom i nieudolnym rządom. Za każdym razem reżim odpowiadał bezwzględnymi masakrami — ostatnio w styczniu 2026 roku, kiedy siły bezpieczeństwa wprowadziły blackouty i otworzyły ogień do cywilnych demonstrantów z karabinów maszynowych i karabinów snajperskich. Reżim Iranu, według prezydenta USA Donalda J. Trumpa, zabił „co najmniej 42 tysiące protestujących” w ciągu kilku dni.

Reżim irański — dysponujący setkami tysięcy uzbrojonych ludzi w Korpusie Strażników Rewolucji Islamskiej, milicji Basidż i innych formacjach bezpieczeństwa — utrzymuje kontrolę nad społeczeństwem bez jakichkolwiek ograniczeń wobec własnych obywateli. Miliony nieuzbrojonych cywilów, niezależnie od odwagi, nie są w stanie przeciwstawić się takiej sile.

Administracja Trumpa, współpracując z Izraelem, wykonała mocny pierwszy krok poprzez precyzyjne uderzenia, które znacząco osłabiły irańską infrastrukturę wojskową, zdolności nuklearne i możliwości projekcji siły. Same bombardowania nie zmieniły jednak podstawowej ideologii reżimu ani jego psychopatycznej brutalności. Reżim Iranu nadal utrzymuje antyamerykańską postawę, wspiera swoich pełnomocników i prowadzi wewnętrzne represje. Nie dąży do reform, lecz do ponownego dozbrojenia i zemsty. Dlatego zmiana reżimu nie jest opcjonalna — jest konieczna.

Wysłanie amerykańskich wojsk lądowych na terytorium Iranu byłoby kosztowne pod względem ludzkim i finansowym. Sami odważni Irańczycy stanowią miliony „żołnierzy na miejscu” — gdyby tylko mieli środki, by się bronić i przechylić równowagę sił.

Zwycięska walka amerykańskich kolonii o niepodległość od Wielkiej Brytanii w dużej mierze opierała się na uzbrojonych obywatelach. Kolonialne milicje i minutemani — zwykli ludzie posiadający własną broń palną — odegrali decydującą rolę od pierwszych strzałów pod Lexington i Concord aż po kluczowe bitwy. Bez uzbrojonej ludności gotowej do oporu te improwizowane siły nie byłyby w stanie prowadzić długiej walki przeciwko zawodowej armii. Amerykańskie prawo do posiadania broni nie było dodatkiem po fakcie; stanowiło fundament obalenia tyranii.

Amerykański senator Lindsey Graham niedawno opowiedział się za „rozwiązaniem w duchu Drugiej Poprawki”:

„Uwielbiam pomysł rozwiązania w duchu Drugiej Poprawki dla narodu irańskiego… Gdybym był prezydentem Trumpem i byłbym Izraelem, uzbroiłbym Irańczyków po zęby, aby mogli wyjść na ulice uzbrojeni i odwrócić losy walki wewnątrz Iranu… Dajcie im broń, aby mogli powstać tak jak my, by zniszczyć ten reżim”.

Trump również zauważył, że Irańczycy nie mają broni, by przeciwstawić się reżimowym snajperom i siłom bezpieczeństwa.

Iran graniczy lądowo z Irakiem, Turcją, Afganistanem, Pakistanem, Azerbejdżanem, Turkmenistanem i Armenią. Należy wykorzystać kreatywne i bezpieczne kanały — we współpracy z grupami opozycyjnymi i dysydentami wewnątrz Iranu — aby dostarczać broń, amunicję i środki obronne bezpośrednio Irańczykom. Nie chodzi o tworzenie chaosu, lecz o przywrócenie równowagi, tak aby reżimowi despoci nie mogli bezkarnie nadal masakrować nieuzbrojonych tłumów.

Zasada prawa obywateli do posiadania broni, której znaczenie potwierdziła historia Stanów Zjednoczonych, ma zastosowanie również tutaj. W Iranie mogłoby to neutralizować reżimowych egzekutorów miasto po mieście bez konieczności zagranicznej okupacji.

Równolegle do uzbrajania irańskich cywilów USA i ich sojusznicy muszą utrzymywać maksymalną presję gospodarczą: blokady, sankcje i izolację, które odetną reżim od zasobów potrzebnych do represji i awanturnictwa.

Są sytuacje, w których nawet góry dyplomacji nie działają. Czy Adolf Hitler w Niemczech albo premier Japonii Hideki Tōjō rozbroili się i zreformowali?

Krótko mówiąc: uzbroić naród irański. Gospodarczo zdusić reżim. Pozwolić samym Irańczykom zdecydować o swojej przyszłości. Taki jest jasny wniosek z kolejnych irańskich powstań tłumionych przy użyciu przeważającej siły ognia oraz z historii powstania samych Stanów Zjednoczonych. Irańczycy pokazali swoją wolę. Zmiana reżimu dokonana przez samych Irańczyków — wyposażonych w środki obrony i chronionych — jest jedynym trwałym rozwiązaniem.


Link do oryginału: https://www.gatestoneinstitute.org/22532/finish-the-job

Gatestone Institute, 16 maj 2026

Dr Majid Rafizadeh jest politologiem, analitykiem wykształconym na Harvardzie oraz członkiem rady Harvard International Review. Jest autorem kilku książek poświęconych polityce zagranicznej USA. Można się z nim skontaktować pod adresem: dr.rafizadeh@post.harvard.edu

Obserwuj Majida Rafizadeha w serwisie X (dawniej Twitter).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Who should speak for Israel? The case for Caroline Glick


Who should speak for Israel? The case for Caroline Glick

Jonathan S. Tobin


Pearl-clutching about the veteran journalist possibly being sent to the New York consulate misses the point. The Jewish state needs bold advocates more than traditional diplomats.

Caroline Glick, international affairs adviser to the Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu, attends the FOZ Ambassadors Summit in Jerusalem, Dec. 7, 2025. Photo by Yonatan Sindel/Flash90.

As far as Prime Minister Benjamin Netanyahu’s leftist critics are concerned, the last thing Israel needs is someone representing the country abroad who enthusiastically supports his policies, and is ready to do intellectual and verbal combat with the government’s opponents. If that doesn’t make sense, then welcome to Israeli politics.

That basic conundrum explains the firestorm that has greeted the floating of the idea that Netanyahu might name veteran journalist and current adviser Caroline Glick to the post of consul general in New York City. Glick was a senior contributing editor at JNS and hosted “The Caroline Glick” show on JNS TV before being named as Netanyahu’s international affairs adviser in February 2025.

In many ways, she is an ideal candidate for such a post. She was born, raised and educated (at Columbia and Harvard universities) in the United States. As a result, she speaks unaccented idiomatic American English, unlike most of Israel’s diplomats.

After making aliyah, she served in the Israel Defense Forces, where she worked as coordinator of negotiations with the Palestinian Authority during the period of the Oslo Accords. After becoming a journalist, she was embedded with the U.S. Army during the invasion of Iraq and worked as a frontline war correspondent. Since then—and outside of a brief stint running for the Knesset in 2019—she’s been covering and commenting on the issues that are at the forefront of Israeli public policy and diplomacy.

Moreover, as someone who worked with Netanyahu for a while in the 1990s and then again in the last year, she understands the prime minister’s views as well as anyone.

Unpopular with the left

So, what’s the problem with sending her to represent Israel in the city with the largest Jewish population outside of the Jewish state?

The answer, according to the scathing comments published in recent days in outlets like The Times of Israel and Haaretz, is that her views are in line with those of the government she would represent and the voters who elected it. According to both of those publications, which are bitterly opposed to that government, sending Glick to New York would offend “progressive” Jews. As far as the far-left Haaretz is concerned, Netanyahu is “spitting in American Jews’ faces” by even thinking of such an appointment.

The portrait they paint of her is of someone who hates most American Jews. The truth is quite the opposite. Glick loves both Israel and the Jewish people. But she has little patience or tolerance for those who claim to represent the Jews but have abysmally failed to defend their interests and security. Which is to say that she has been deeply critical of much of the American Jewish establishment and those elements of the community that have largely failed to live up to their responsibilities.

Since the Hamas-led Palestinian Arab terror attacks on Israel on Oct. 7, 2023, American Jewry has been faced with an unprecedented surge of antisemitism. Mobs on college campuses and in the streets of American cities have targeted Jews of all ages for intimidation and even violence, while chanting for Jewish genocide (“From the river to the sea”) and terrorism against Jews everywhere (“Globalize the intifada”). The traditional allies of liberal Jews have turned their backs on them, joining the gangs and embracing a new generation of anti-Zionist politicians who have joined in spreading blood libels about Israel being guilty of “genocide” and “apartheid.” And with the help of corporate media outlets like The New York Times, they have created a situation where Jew-hatred has become not just mainstream but even fashionable in elite circles.

Much of the American Jewish establishment has failed to respond to this crisis. Even when confronted with openly anti-Zionist figures like New York City Mayor Zohran Mamdani, whose entire career has revolved around his opposition to the existence of a Jewish state and who eggs on mobs besieging synagogues, all too many Jewish leaders have failed to confront or consistently oppose him.

Moreover, some of the so-called Jewish “progressives” whose sensibilities TOI and Haaretz are so worried about have joined with the likes of Mamdani to vilify Israel.

Diplomacy or advocacy

At such a moment in history, it’s worth asking: What is needed most? Israeli diplomats to schmooze the Jewish establishment, as so many have done in the past, and seek to avoid criticizing anti-Zionist Jews? Or does Israel, as well as the majority of New York Jews who are still supportive of the Jewish state, need someone who will pull no punches—and directly confront their country’s foes and help inspire others to do the same?

Advocacy hasn’t always been the top priority when Israel has chosen people to fill the country’s three top diplomatic posts in the United States and arguably the world: ambassador to the United States, ambassador to the United Nations and consul general in New York City. In practice, these positions are often treated more like patronage plums to be given out for political reasons as opposed to decisions directly related to public support for the Jewish state.

It’s also true that when it comes to filling such posts, governments of all stripes like to follow tradition, picking people who can look and play the role of diplomat. That means choosing a person who doesn’t offend anyone or step on any toes. That often involves dipping into the ranks of the professionals who have served in a similar capacity elsewhere, including veterans of Israel’s Foreign Ministry.

Being charming at cocktail parties can also be useful. But given the current crisis, perhaps it’s time that a new voice is represented in a major American posting by someone who goes against type. That would entail choosing an individual who could not only handle the duties of a typical diplomat but serve as an unapologetic advocate for the country and for the government he or she is representing.

In the past, some of Israel’s envoys have distinguished themselves as public advocates.

Abba Eban, the Jewish state’s first ambassador to the United Nations, who also jointly held the post of ambassador to the United States from 1950 to 1959; and U.N. Ambassadors Chaim Herzog (1975-78) and Netanyahu (1984-88) ably argued the justice of the Jewish state’s cause.

It’s no coincidence that in addition to their command of the issues—and unlike many of those who have represented Israel in the United States—all three spoke fluent and idiomatic English with, respectively, South African/English, Irish and American accents. That was a major asset; it enabled them to avoid the pitfalls of addressing the American public with awkward or non-idiomatic English, a must in a country where relatively few people speak a foreign language.

Netanyahu managed to do the same with some of his appointments.

Two former Americans he appointed as ambassadors to the United States—Michael Oren (2009-2013) and Ron Dermer (2013-2021)—were able diplomats and articulate exponents of their country’s cause.

Yechiel Leiter, the current ambassador in Washington, also American-born, is willing to eloquently and bluntly speak truth to both Washington and American Jewry. In fact, he did so earlier this month, when he aptly characterized the left-wing J Street as “a cancer within the Jewish community” for advocating for cutting off arms sales to Israel in the middle of a war in which it is fighting for its survival.

Leiter may have offended left-wing opponents of Israel, but he was only saying what most American Jews who care about Israel were already thinking.

The American Jewish disconnect

Such truth-telling can be jarring for American Jews. Too many of them get their news about Israel from The New York Times or left-wing publications like TOI and Haaretz. So, it’s no wonder that in contrast to the overwhelming majority of Israelis, they cling to outdated patent nostrums like the belief in a two-state solution the Palestinians repeatedly rejected long ago. They tend to believe that anyone who doesn’t sound like a J Street spokesperson is a rabid right-winger and opposed to peace, even if that sort of thinking is utterly disconnected from the reality of Israel, especially after Oct. 7.

With all due respect to many of the able and hard-working people who have served in this post before, what is required now is thinking outside the box. Sending another former Knesset member who needed to be “promoted” to a diplomatic post to get them out of the way in Jerusalem or a veteran diplomat who sees New York as another rung up the organizational ladder in the Ministry of Foreign Affairs would be a missed opportunity for the Jewish state.

What Israel and American Jewry need now is not someone who will try to make friends with Mamdani or be comfortable at a soirée with editors of the Times or liberal Jews who continue foolishly to look to both for leadership. An Israeli representative who will take on the intersectional left and the antisemitic right with equal boldness is what is required right now. So is someone who will fearlessly speak directly to ordinary Jews and not just to the Manhattan elites.

And that is exactly what Caroline Glick would do if given this opportunity.

In the past, Netanyahu flirted with the idea of appointing Glick to this post; in the end, he went in another direction. But he ought to take the pearl-clutching about Glick from left-wingers who oppose everything that he and most Israelis stand for as a good reason to trust his instincts and to choose her this time. While she wouldn’t be the safe choice or one that would earn him the applause of the liberal establishment in either country, she would be the right one.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Głowa do góry Ministro kultury


Głowa do góry Ministro kultury

Andrzej Koraszewski


Piszę do ciebie w te dni przedostatnie, bo w moją skrzynkę pocztową wpadły dwa listy otwarte nie do mnie lecz do Ministry Kultury. Jam nie kulturysta, zaś dziedzic narodowy poniekąd i owszem, ale wybredny, wątek niedocieczony…

Czytając te listy z jakiegoś powodu najpierw przyszedł do głowy „Fortepian Szopena”. Może ze względu na motto: L’art?… c’est l’art — et puis, voilà tout, albo pierwsze wersy:

Byłem u Ciebie w te dni przedostatnie

Niedocieczonego wątku

– Pełne jak mit,

Blade jak świt,

– Gdy życia koniec szepce do początku:

„Nie stargam cię ja – nie! – Ja, u-wydatnię!…”

Mamy tu i mit i jakby pytanie o miejsce sztuki w życiu. Ale im bardziej wgłębiałem się w te listy do Ministry, tym bardziej myśli moje uciekały od narodowego dziedzictwa do tego bardziej światowego, a osobliwie do Erazma, który przemierzając na koniu przez kawał Europy układał w głowie „Pochwałę głupoty”. Tytuł troszkę mylący, bo chciał chwalić cnotę. Wybrał w tym celu Głupotę, która napuszonym odpowiada skromnie, że z tym napuszeniem, to raczej nie do mnie.

Jesteś Ministro politolożką, producentką, a wszystko w jednym. Twarz miła, mówić by siła, ale ja chciałbym o tych listach od ludzi kultury do Ministry Dziedzictwa. Czytając te listy, jako ateista, westchnąłem „mój Boże, bo cóż nasza Ministra zrobić teraz może, czy im odpowie, czy raczej zmilczy?” Biedna Ministra w sytuacji trudnej. Mogłabyś tedy odpowiedzieć sucho, że polityka międzynarodowa nie jest moim zadaniem, mam dbać, o naszą kulturę, by kwitła. No właśnie, jaką rolę ma minister kultury? Najkrócej mówiąc, to państwowy mecenas sztuki. Artyści z mecenasami mieli zawsze kłopot, bo źródło utrzymania ale i różne oczekiwania. Państwowy mecenas sztuki, zazwyczaj twierdzi, że sztuce tylko oddany, ale to pół prawdy, bowiem zawsze pragnie by sztuka wspierała tę stronę sceny, która ją (czy jego) wybrała. Ludzka sprawa. Tak więc minister lub ministra wybiera dyrektorów i przydziela granty stosownie do potrzeb właściwej entanty.

Wróćmy przeto do listów otwartych do Pani – pod pierwszym pół tysiąca pisarzy, poetów, artystów i statystów w dziedzictwie tworzonym na żywo. Przeglądam tę listę, co całymi stronami płynie i parafraza słów T.S. Eliota na usta się ciśnie – nie sądziłem, że głupstwo porwało tak wielu.

Piszą tedy autorzy owego listu otwartego do Ministry Dziedzictwa, że stoją (lub siedzą) w obliczu „ludobójstwa, którego dokonuje państwo Izrael w Strefie Gazy”, jest tam dalej i apartheid i okupacja i agresja na Liban. Ach, czytałem to już tysiąc razy; nasi kulturyści nie są zbyt oryginalni. Jak w sennych majakach powtarzają słowa, które już były plagiatem muzułmańskich twórców cyfrowych, kiedy je czytali. Z jakiej talii kart wzięli te wróżby, na jakiej glebie sieją ziarna „nowego” dziedzictwa? (Może nie jest tak nowe, może król jest nagi?) Pytanie na początek brzmi, czy Ministra czytała „Umysł zniewolony”. (Jakże to niezręczne pytanie, jak mógłbym pomyśleć, że go nie czytała? Wszak to nasze dziedzictwo.) Rozmawiałem kiedyś o popularności tej książki z pewnym szwedzkim pisarzem. Zastanawiałem się dlaczego kogoś obchodzą losy czterech pisarzy, których nazwisk nie potrafią nawet wymówić? Odpowiedział, że nie chodzi o tych konkretnych pisarzy, a o zjawisko, mody, uległości i zagubienia artystów. Ja chciałem wędrować po przykładach rosyjskich, on pociągnął mnie w inną stronę, wielkich, uwiedzionych łajdactwem talentów zachodnich, Knuta Hamsuna, Ezry Pounda, Bernarda Shawa, który kłaniał się zarówno Stalinowi jak i Hitlerowi, skończyło się na wspólnym ulubieńcu Garcii Marquezie, który właśnie wtedy odwiedzał Fidela Castro, bawiąc się w jego przepysznych włościach. Talent nie chroni przed głupstwem (głupstwo było ulubionym słowem Karskiego, Jana Karskiego).

Umysły zniewolone to długa historia, wróćmy zatem do pisanych do Pani listów, nie o kulturze, a o polityce, przez ludzi którzy mogą mieć jakiś talent, co nie oznacza, że wiedzą o czym mówią. „Czucie i wiara silniej mówi do mnie…” pisał poetę niezbyt chętny oświeceniu, ale bardzo romantyczny. Otrzymała Pani list od głęboko czujących i mało zainteresowanych pytaniem – czy Izrael popełnił, popełnia lub ma zamiar popełnić ludobójstwo. Ich czucie i wiara nie wymaga dowodów (tym właśnie wiara różni się od nauki), a ich wrażliwość nie podlega negocjacjom, więc domagają się od Pani działania zgodnego z ich szemraną wrażliwością.

Zabawny jest drugi list, podpisany przez mieńszewików. (Tu widzę zaledwie kilkadziesiąt nazwisk.) Ten list jest zgoła ciekawszy. Przypomniał mi młodość, kiedy niezdarne próby krytyki ukrywano wśród głębokich pokłonów. Tu również nikt nie rozważa ani absurdalności ani amoralności zarzutów wysuwanych przez sygnatariuszy pierwszego listu.

Ten drugi list zaczyna się tak:

W obliczu tragedii rozgrywającej się na Bliskim Wschodzie: wojny i cierpienia palestyńskiej ludności cywilnej w Strefie Gazy, zbrodni dokonanych przez Hamas i Palestyński Dżihad na Izraelczykach, przemocy dotykającej Palestyńczyków ze strony żydowskich osadników na Zachodnim Brzegu oraz dramatycznej sytuacji w Południowym Libanie, my, ludzie kultury, zwracamy się z apelem, by odpowiedzią polskich instytucji kultury nie było zrywanie relacji z izraelskimi środowiskami artystycznymi, naukowymi i intelektualnymi – szczególnie z tymi, które od miesięcy publicznie sprzeciwiają się wojnie, polityce okupacji oraz łamaniu praw człowieka.

I znów stoimy (lub siedzimy) w obliczu kiczu. Drugi akapit jest znacznie ciekawszy i znacznie głębiej zakorzeniony w naszym dziedzictwie kulturowym. Piszą tedy autorzy tak:

Nie ma wątpliwości, co do faktu ludobójstwa – potwierdziły to liczne organizacje, w tym ONZ, Amnesty International, Human Rights Watch, B’Tselem, Lekarze bez Granic, Międzynarodowe Stowarzyszenie Badaczy Ludobójstwa (IAGS), a także ponad 800 specjalistów prawa międzynarodowego i studiów nad ludobójstwem.

Jako doświadczona politolożka zapewne uderzył Panią argument z autorytetu. Naszych mieńszewików znów nie interesują twarde dowody, definicje, ani nawet autorytety prezentujące inne stanowisko. Furda mędrca szkiełko i oko. Nie bawimy się w definicje, boć to przecie nie seminarium tylko sztuka epistolarna. Mieńszewicy przekonują, żeby Pani Ministra nie zrywała kontaktów z izraelskimi instytucjami kulturalnymi, bo oni tam czasem przecież też protestują, więc mamy wspólną sprawę.

Nie mając pojęcia, który z tych listów jest bardziej obrzydliwy, już chciałem wrócić do „Pochwały głupoty” kiedy zobaczyłem trzeci list otwarty do Pani w sprawie naszego dziedzictwa narodowego i kultury.

Tym razem autorka i sygnatariusze zwracają się do Pani Minister zauważając na początek, że Polska nie wdrożyła unijnej strategii zwalczania antysemityzmu i wspierania życia żydowskiego. (To raczej apel do premiera oraz Ministra Spaw Wewnętrznych i Administracji.) Mamy tu również apel o zawieszenie współpracy przez kierowane przez Panią Ministerstwo, ale tym razem z antysemitami wszelkiej maści. (Co może być o tyle trudne, że w Pani kompetencji jest ocenianie twórczości, a nie poglądów i jak długo te poglądy nie przekładają się na oczekiwania od polityka repezentującego państwo ich podzielania i promowania, może Pani nie mieć formalnych podstaw do zawieszenia takiej współpracy.)

W tym trzecim liście konkret pojawia się kilka akapitów dalej:

Apelujemy również o jednoznaczny sprzeciw wobec prób wymuszania bojkotu izraelskich instytucji, organizacji i osób fizycznych wyłącznie z powodu ich pochodzenia, obywatelstwa lub braku publicznego odcięcia się od państwa Izrael, o co wnoszą antysemici dzisiaj, tak jak wnosili w roku 1968.

Czyli, jest to apel, żeby Pani ten pierwszy list kulturystów wyrzuciła do kosza na śmieci informując o tym jego sygnatariuszy. (To rozsądna rada.)

Pojawia się tu również merytoryczna uwaga, że

… egzystencjalna obrona Izraela i jego obywateli przed fundamentalistycznym terrorem nie jest ludobójstwem. Trwający konflikt jest tragiczny, ale nie jest ludobójstwem. Jest wojną wywołaną przez Hamas, wsparty przez Iran i Hezbollah. Izrael nie jest jej inicjatorem, a celem agresorów 7 października była ludność, a nie infrastruktura wojskowa.

Całkowicie się z tym zgadzam, na podstawie analizy dochodzenia w MTS, (w szczególności dwukrotnego głosu odrębnego sędzi Sebutinde), jak również analiz autorytetów z dziedziny prawa międzynarodowego i prawa wojennego pominiętych w spisie autorytetów wymienionych w liście mieńszewików, po rozważeniu przedstawionych argumentów, a nie tylko w reakcji na blask aureoli. Problemem jest jednak pytanie czy polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego jest właściwym forum dyskusji o tej sprawie.

Skrócona wersja trzeciego listu do Pani kończy się słowami:

Współczesna nienawiść do Żydów budzi dziś zasadne skojarzenia z polityką najgorszych, totalitarnych reżimów znanych z historii dwudziestego wieku. Uważamy, że każda forma współpracy, finansowania czy legitymizowania instytucji, organizacji i osób, które szerzą antysemityzm lub tolerują go w swoich szeregach, okrywa dziś polską kulturę głęboką i niezmywalną hańbą.

Nie da się ukryć, że wśród czarnych kart naszej kultury i naszego dziedzictwa narodowego nienawiść do Żydów zajmuje miejsce szczególne. Przypadła Pani rola Państwowego Mecenasa Sztuki, a sztuka, jak twierdzi mój amerykański przyjaciel, może czasem prawdę odkrywać, ale nie posiada narzędzi, do jej ustalania, w odróżnieniu od teologii ma zasadne prawo do istnienia na uniwersytetach, ale nie może rościć sobie prawa do ustalania prawdy przez czucie i wiarę. Erazm mówi to samo, choć trochę inaczej, więc głowa do góry i wróćmy do spraw kultury.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Moja babka, Palestynka

Moja babcia – zdjęcie zrobione w Tel Awiwie w 1933 roku


Moja babka, Palestynka

Forest Rain


Moja babka, Dvora Marcia, była Palestynką. Mam dokumenty, które to potwierdzają.

Chodziła do szkoły w Palestynie. Dorastała w Palestynie. Wyszła za mąż, miała dwóch synów i wraz ze swoim (pierwszym) mężem działała w Irgun Haszomer, chroniąc żydowską ziemię przed kradzieżą przez Beduinów. Moja babka pracowała jako główna sekretarka na Izraelskiej Giełdzie Diamentów i pełniła funkcję łączniczki między członkami różnych izraelskich podziemnych organizacji oporu, pomagając przekazywać wiadomości między nimi – wszystko dla jednego celu… wyzwolenia Palestyny.

Od rzeki do morza, Palestyna musi być wolna!

Wolna od Brytyjczyków. Wolna, by powrócić do swojego naturalnego stanu. Powrócić do tego, czym zawsze była – Izraelem, Syjonem.

Moja babka pojechała do Ameryki, by lobbować na rzecz utworzenia Państwa Izrael. Rozprowadzała ulotki i występowała w radiu. Przemawiała z pasją przed różnymi audytoriami, zbierając fundusze i budując świadomość na temat losu mieszkańców Palestyny.

Moja babka była bojowniczką o wolność. Nie terrorystką – prawdziwą bojowniczką o wolność, walczącą o prawo swojego narodu, narodu żydowskiego, do życia w wolności w swojej ojczyźnie.

To właśnie głos mojej babki w radiu skłoniło mojego dziadka, by jej poszukał. Czuł, że musi ją poznać. Kiedyś zapytałam go, dlaczego on – wychowany w niepraktykującej rodzinie chrześcijańskiej – był tak zainteresowany i poruszony apelem mojej babki o wyzwolenie Palestyny i pomoc narodowi żydowskiemu w odbudowie ojczyzny.

Odpowiedział: „Bo uważałem, że żydowska krew jest warta więcej niż arabska ropa naftowa”.

Potem powiedział mi, że kiedy w końcu ją odnalazł, wystarczyły mu trzy sekundy, by zrozumieć, że musi się z nią ożenić. Niedługo później rzeczywiście został jej drugim mężem.

Moi dziadkowie tańczyli na ulicach Nowego Jorku, świętując koniec mandatu brytyjskiego i oficjalne utworzenie Państwa Izrael. Wkrótce potem opuścili Amerykę i przenieśli się do Izraela. Moja matka urodziła się w Jafie.

Moja babka, Palestynka, miała już izraelską córkę.

W czasach, gdy świat wydaje się popadać w obłęd, wszystko stoi na głowie. Czarne jest białe, góra jest dołem, a fakty, które kiedyś były dla wszystkich oczywiste, nagle stały się skrajnie zagmatwane i zbyt skomplikowane, by je pojąć.

Palestyna.

Palestyna to nazwa nadana Ziemi Izraela wyłącznie po to, by odciąć naród żydowski od Judei, od Izraela, od Syjonu. Stało się to w II wieku n.e., kiedy Rzymianie stłumili powstanie Szymona Bar Kochby (132 r. n.e.) i przejęli kontrolę nad Jerozolimą oraz Judeą, którą przemianowano na Palaestina, próbując osłabić żydowską identyfikację z ziemią Izraela. Po I wojnie światowej nazwa „Palestyna” została nadana terytorium mandatu brytyjskiego; obejmowało ono nie tylko dzisiejszy Izrael, ale także dzisiejszą Jordanię. W okresie poprzedzającym niepodległość Izraela w 1948 roku międzynarodowa prasa często określała mianem Palestyńczyków Żydów, a nie Arabów, mieszkających na terytorium mandatowym.

Słowa nadają rzeczywistości znaczenie i kształt, dlatego nazwy mają ogromne znaczenie. Oczywiste jest, że Żydzi należą do Judei, ale kto należy do Palestyny?

Palestyna jest i zawsze była nazwą motywowaną politycznie. To nazwa mająca na celu poniżenie i zniszczenie żydowskiego związku z naszą ojczyzną.

Nazywanie Izraela „Palestyną” było pierwotną mową nienawiści.

A dziś, jakby znikąd, nagle pojawił się nowy naród zwany „Palestyńczykami”, który domaga się „Palestyny” dla siebie. I większość ludzi na świecie akceptuje tę narrację, wzmacniając opowieść będącą wypaczeniem historii i szyderstwem z wysiłków mojej palestyńskiej babki oraz tysięcy innych ludzi takich jak ona, którzy starali się przywrócić Palestynie jej należny status i uznanie za to, czym naprawdę i zawsze była – Izraelem.

To prawdopodobnie największy chwyt medialny w historii świata. I wszyscy go zaakceptowali. Świat uznał, że istnieje „naród palestyński”, a termin ten nie oznacza już tego, co oznaczał zawsze – Żydów.

Świat się zgadza, że każdy naród ma prawo do samostanowienia (chyba że chodzi o Kurdów albo Tybetańczyków). Nagle więc rozsądne wydaje się oddanie „Palestyny” „Palestyńczykom”.

Kiedy nadawano nazwę Palestine miastu w Teksasie, jej założyciele nie myśleli o narodzie arabskim. Tak samo mieszkańcy Palestine w Illinois. Myśleli o Syjonie, kraju, na którym wzorowali się założyciele Ameryki.

„Palestyńska narracja” to jedna wielka kampania reklamowa, którą świat połknął wraz z haczykiem, żyłką i ciężarkiem. Opiera się ona na założeniu, że jeśli wystarczająco często powtarza się kłamstwo, ludzie zaczynają w nie wierzyć. A jeśli uwierzy wystarczająco wielu – staje się ono faktem.

Fakty są jednak takie, że istnieją Żydzi i istnieją Arabowie. Są izraelscy Arabowie, jordańscy Arabowie, Syryjczycy, Libańczycy i Egipcjanie. Są arabscy muzułmanie i arabscy chrześcijanie.

Arabscy „Palestyńczycy” to narodowość wymyślona po to, by ułatwić i usprawiedliwić oczyszczenie Izraela z Żydów.

„Palestyńczycy” kradną moją historię, by ukraść moją ziemię. Kradzież mojej ziemi jest o krok od mojego unicestwienia. Bez Izraela nie ma narodu żydowskiego. „Palestyńczycy” przywłaszczają sobie moją historię jako własną. Zaprzeczają moim korzeniom, by zaprzeczyć mojej przyszłości.

Słowa mają moc. Każdy, kto używa terminologii definiowanej przez Arabów pragnących ustanowić Państwo Palestyna, jest współwinny.

Za każdym razem, gdy mówisz „Palestyńczyk” i nie masz na myśli Żydów dążących do wyzwolenia swojej ziemi spod okupacji, jesteś współwinny. Za każdym razem, gdy wypowiadasz słowo „Palestyna”, zaprzeczasz mojej przeszłości, moim korzeniom, a co gorsza – zaprzeczasz mojej przyszłości.

Dosłownie wymazujesz Izrael z mapy.

Wszyscy byliśmy współwinni. Czas zmienić język i powrócić do faktycznych, historycznych definicji. Zanim będzie za późno (o ile już nie jest).

To naprawdę nie jest takie skomplikowane. Palestyna zawsze była Izraelem. Palestyńczykami byli Żydzi.

Z miłości do Syjonu – moja babka była Palestynką.


Link do oryginału:

Inspiration from Zion
My grandmother, the Palestinian
Dvora Marcia, my grandmother, was a Palestinian. I have the documents to prove it…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


IPN krytycznie o nadaniu przez Zełenskiego jednej z jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA”


IPN krytycznie o nadaniu przez Zełenskiego jednej z jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA

akn/ aszw/


PN. Fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek Sił Zbrojnych swego kraju imię „Bohaterów UPA”. „Budowanie przez władze Ukrainy kultu Ukraińskiej Powstańczej Armii musi budzić sprzeciw wszystkich, którzy pamiętają o działalności tej formacji” – wskazuje IPN.

W wydanym w środę (27 maja) dekrecie szef państwa ukraińskiego ogłosił, że nadał imię „Bohaterów UPA” Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy. Wyjaśnił, że uczynił to „w celu przywrócenia historycznych tradycji narodowego wojska oraz uwzględniając wzorowe wykonywanie powierzonych zadań podczas obrony integralności terytorialnej i niepodległości Ukrainy”.

„Ukraińska Powstańcza Armia jest odpowiedzialna za ludobójstwo na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Budowanie przez władze Ukrainy kultu Ukraińskiej Powstańczej Armii musi budzić sprzeciw wszystkich, którzy pamiętają o działalności tej formacji” – podkreślono w czwartek na portalu X Instytutu Pamięci Narodowej.

Jak zaznaczono, utworzona w 1942 r. UPA opierała się na ideowym fundamencie tzw. „Dekalogu ukraińskiego nacjonalisty” z 1929 r., w którym znajduje się m.in. następujące stwierdzenie: „Nie zawahasz się dokonać największej zbrodni, jeśli wymaga tego dobro sprawy”. „To profetyczna zapowiedź ludobójstwa dokonanego na Polakach w latach 1943-1945 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Zbrodnia Wołyńska była metodą budowy jednonarodowego państwa ukraińskiego, a więc pozbawionego zamieszkujących te ziemie mniejszości – głównie Polaków i Żydów” – zaakcentował IPN.

Przytoczono także jeden z dokumentów programowych UON frakcji Stepana Bandery: „Z rozpoczęciem działań wojennych o niepodległość za wszelką cenę rozstrzygnąć kwestię mniejszości narodowych. Ażeby problem ten rozstrzygnąć, trzeba przedstawicieli mniejszości narodowych, wrogów ludu, zlikwidować”.

Jak wskazał IPN, zorganizowane ataki na polskie wsie rozpoczęły się w lutym 1943 r. i trwały do 1945 r. Kulminacja zbrodni UPA przypadła na niedzielę 11 lipca 1943 r., gdy „w niemal 100 polskich wsiach na Wołyniu wymordowano tysiące ich mieszkańców”.

W kolejnych miesiącach, jak dodano, ludobójstwo dokonywane na Wołyniu przez UPA miało miejsce także w Galicji Wschodniej, na Chełmszczyźnie i Rzeszowszczyźnie.

„Obserwujecie metody pracy na Wołyniu – tak samo róbcie u siebie. Wygracie. […] OUN-UPA musi mieć autorytet wśród mas. Masy muszą wierzyć i iść za wami. Jeżeli ktoś nie chce wierzyć w UPA, wam i kierownictwu, musi poczuć twardą i mściwą karzącą rękę” – pisano w przytoczonej przez IPN odezwie do członków UPA na Chełmszczyźnie wiosną 1944 r.

Według historyków w lipcu 1943 r. Ukraińska Powstańcza Armia dokonała skoordynowanego ataku na ok. 150 miejscowości zamieszkanych przez Polaków w powiatach włodzimierskim, horochowskim, kowelskim i łuckim dawnego województwa wołyńskiego na terenie obecnej Ukrainy.

Sprawcami zbrodni, która nazywana jest także rzezią wołyńską, byli członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN)- B (frakcja Bandery) i podporządkowana jej Ukraińska Powstańcza Armia.

Polska i Ukraina od lat różnią się w ocenie działalności OUN i UPA. Dla polskiej strony wydarzenia na Wołyniu były zbrodnią ludobójstwa, dla Ukraińców był to efekt symetrycznego konfliktu zbrojnego, za który w równym stopniu odpowiedzialne były obie strony. Dodatkowo Ukraińcy postrzegają OUN i UPA przeważnie jako organizacje antysowieckie (ze względu na ich powojenny ruch oporu wobec ZSRR), a nie antypolskie.

Kilka dni temu władze ukraińskie sprowadziły do kraju prochy jednego z działaczy OUN Andrija Melnyka. Izraelski instytut Jad Waszem ocenił, że jego ponowny pochówek budzi poważne wątpliwości. Upamiętnianie przywódcy formacji kolaborującej z nazistowskimi Niemcami podważa pamięć o ofiarach Holokaustu – podkreślił instytut. (PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com