Fragment obrazu Rembranta przedstawiający Jeremiasza opłakującego zburzenie świątyni. (1630)
Jeremiada ateisty
Andrzej Koraszewski
Józef Tischner zwykł mawiać, że najpierw jest nauczycielem, potem filozofem, a na końcu księdzem. Nasza tożsamość jest składanką, ale to, co w tej składance plasujemy na pierwszym miejscu, a co na ostatnim, może silnie wpływać na to, kim tak naprawdę jesteśmy. Jedno wydaje się pewne: wszelkie próby zapisania się do jakiegoś stowarzyszenia mądrych i dobrych są skazane na niepowodzenie.
Ateizm jest dla mnie wnioskiem z nauk przyrodniczych – przekonaniem, że prawdopodobieństwo istnienia jakiejś inteligencji wcześniejszej niż materia jest tak małe, iż nie mogę podzielać wyobrażeń moich przodków i muszę sobie w życiu radzić bez tej konstrukcji. Nie oznacza to, że jestem mądrzejszy od ludzi wierzących ani tym bardziej, że jestem od nich bardziej moralny. Jeśli idzie o mądrość, to sam ateizm mądrym mnie nie czyni, nie chroni mnie również przed uprzedzeniami, błędami logicznymi ani przed fanatyzmem; do sokratejskiej ostrożności skłania mnie filozofia, a nie sam fakt powątpiewania w nadnaturalną i wszechmocną inteligencję. Wiem, że moja wiedza jest bardzo ograniczona, i zdaję sobie sprawę z tego, że częściej jestem w błędzie, niż sobie to uświadamiam. Religie były całkiem logicznym wnioskiem istot rozumnych, zdolnych do zadawania pytań i konstruowania odpowiedzi na nie w oparciu o dostępną naszym przodkom wiedzę. Stawały się spoiwem ludzkich wspólnot i tworzyły kodeksy moralne, które (przynajmniej w części) powinny być nadal dla nas ważne.
W młodości nie zawsze przyznawałem się do ateizmu, ponieważ ateizm był w państwie komunistycznym religią państwową. Kiedy Ayaan Hirsi Ali ogłosiła publicznie, że porzuciła ateizm i została chrześcijanką, byłem przekonany, że miała dość oglądania miłujących ludobójczy islam ateistów w kefijach. Wychowana w islamie i we wczesnej młodości zradykalizowana, doszła do wniosku, że jedyną alternatywą religijnego fanatyzmu jest ateizm. Podczas debaty z Richardem Dawkinsem okazało się jednak, że prawdziwym powodem powrotu do wiary religijnej i wyboru chrześcijaństwa były długotrwała depresja, poczucie duchowego bankructwa oraz potrzeba transcendencji. Ta fascynująca rozmowa przypomniała mi się podczas lektury bardzo obszernego eseju, napisanego przez również wychowanego w islamskiej tradycji Egipcjanina Husseina Aboubakra Mansoura oraz amerykańskiego ortodoksyjnego rabina Shnayora Burtona.
W podpisanym przez dwóch autorów tekście nie sposób powiedzieć, które poglądy są czyje, ale mamy prawo zakładać, że obaj całkowicie zgadzają się z tezami zawartymi w opublikowanym eseju.
Autorzy zaczynają od opisu procesu rozpadu autorytetów i tradycyjnych więzi społecznych.
„Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. To zdanie było cytowane tak często, że samo również się rozpłynęło, rozpuściło w atmosferze, którą miało opisywać. Rozpad i upłynnienie należą dziś chyba do najczęściej używanych pojęć socjologicznych.
Małżeństwa rozpadają się przy pierwszym wstrząsie wywołanym niezadowoleniem, a te, które przetrwają, nawiedza podejrzenie, że trwają jedynie z tchórzostwa, a nie z przekonania. Dzieci, wychowywane przez rodziców, którzy nie potrafią powiedzieć, jakich ludzi chcą wychować, uczą się w szkołach, które nie potrafią wyjaśnić, ku czemu właściwie prowadzi ich edukacja, i dorastają w świecie, który pytanie: „Co stanowi dobre życie?” zastąpił pytaniem: „Czego chcesz?”, jak gdyby samo pragnienie było wystarczającym uzasadnieniem.
Narody, które jeszcze pięćdziesiąt lat temu mogły odwoływać się do wspólnego dziedzictwa, dziś uważają samą taką sugestię za coś głęboko żenującego i kontrowersyjnego. Czyjego dziedzictwa? Określonego przez kogo? Narzuconego komu? A poza tym zapewne będącego fikcją stworzoną po to, by służyć określonym interesom, które należy teraz zdemaskować i napiętnować.
Na kolejnych dwudziestu stronach eseju autorzy przekonują, że jest to efekt laicyzacji, odrzucenia idei Boga, zgubienia zewnętrznej siły łączącej autorytet i kodeks moralny. Pierwszy zarzut wobec tego rozumowania dotyczy podejrzenia, że mamy do czynienia z próbą jednoczynnikowego wyjaśniania historii. To podejście pomija efekty urbanizacji, wzrostu ruchliwości społecznej, rewolucji w systemach komunikacyjnych i wielu innych zmiennych występujących niezależnie od procesu laicyzacji. Poczucie ciągłości oraz osadzonych w tradycji systemów wartości rozpływa się pod naporem przyspieszonych zmian na wielu polach życia społecznego. Równocześnie racjonalizm, jako idea mogąca teoretycznie zastąpić zewnętrzny autorytet Boga, okazał się utopią.
Autorzy tego eseju stwierdzają:
„Narasta więc hałas – nieustanny, gorączkowy, wyczerpujący hałas człowieka próbującego samą tylko obfitością słów, niekończącym się wytwarzaniem kiczu stworzyć autorytet i znaczenie, które kiedyś wypływały ze źródła niewymagającego żadnych uzasadnień.
Czym były te nadrzędne prawdy i w jaki sposób utraciły swoją moc?
Odpowiedź jest jednocześnie oczywista i zaskakująco trudna do sformułowania, ponieważ utrata okazała się tak całkowita, że sam język, którym można by opisać to, co utracono, również uległ degradacji”.
Zdaniem autorów tego eseju:
„Kultura Zachodu przeszła nie tylko proces sekularyzacji, lecz znacznie głębszą przemianę: dewaluację biblijnych źródeł sensu, wartości i porządku.
Ta dewaluacja – odmienna od zwykłej utraty wiary – doprowadziła do niestabilności charakterystycznej dla późnej nowoczesności: rozpadu instytucji, rodzin, edukacji, narodów, a nawet samego ciała. Rozmywa każdą granicę i usuwa wszelką pewność.
Nasze niegdyś nadrzędne prawdy nie zostały jedynie utracone – z tym można byłoby jeszcze żyć. Stało się coś znacznie gorszego: zostały gruntownie pozbawione wartości”.
Wypada się zgodzić, iż wiara w siłę rozumu okazała się złudna. Istotnie – jak sami stwierdzają – ludzie Oświecenia nie zamierzali odchodzić od prawdy i dobra, ale chcieli je oprzeć na bardziej racjonalnych podstawach, uwolnić od przesądów i fanatyzmu kapłanów. „Rozum miał dawać prawdzie pewniejszy fundament niż objawienie. Natura miała lepiej uzasadnić dobro niż teologia”.
Tak się nie stało. Świeckie instytucje zawodzą w równym stopniu jak instytucje religijne. Stany Zjednoczone – moim zdaniem najbardziej udany eksperyment Oświecenia – mimo iż twórcy amerykańskiej konstytucji byli całkowicie świadomi podstępnej natury ludzkiej i wszelkimi siłami próbowali stworzyć instytucje odporne na ludzką skłonność do nieuczciwości, dominacji i przemocy, przechodzą dziś kryzys, którego przyczyn szuka na amerykańskiej ziemi egipski racjonalista i żydowski rabin.
Szukając jej w żydowskiej Torze, piszą:
„Kiedy upadają nadrzędne prawdy, nie następuje spokojny nihilizm ludzi pogodzonych z bezsensem. Następuje gorączkowy, niewyczerpany wysiłek, aby wyłącznie ludzkimi środkami wytworzyć sens, który wcześniej był otrzymywany z zewnątrz.
Tym właśnie jest nasz niekończący się kicz.
Jego zakres wykracza daleko poza estetykę.
Kicz jest próbą wywołania poczucia kontaktu z sensem poprzez systematyczne wytwarzanie znaków tego poczucia: więcej sentymentalizmu, więcej widowiska, więcej moralnego uniesienia, więcej terapeutycznej głębi, więcej inspirujących treści – więcej wszystkiego, co wygląda, brzmi i porusza się tak, jak sens”.
W eseju nieustannie powraca problem wieczności – o której nie bardzo wiadomo, czy dotyczy wiary w życie wieczne, zewnętrznego osądu naszego życia czy ponadczasowych wartości moralnych. Mamy tu również powracające proroctwa Jeremiasza.
Jeremiasz, który ponad dwa i pół tysiąca lat temu, w obliczu klęski przegranej wojny i wygnania do Babilonu, dawał – jako słowo Pana – zalecenie, by trwać przy wierze, nie poddawać się rozpaczy i budować codzienność w nowych warunkach. Modlitwa pozwalała zachować tożsamość i była fundamentem zbiorowych wartości.
Autorzy eseju sugerują, że w tamtych czasach prorocy mieli bezpośredni kontakt z Bogiem, że Go doświadczali, że później Bóg zamilkł oraz że nie mają ani nie mogą dostarczyć dowodów Jego istnienia. Piszą również, że w postchrześcijańskim świecie następuje rozproszenie, dewaluacja wartości i tragiczne zagubienie jednostki skazanej na dobrowolne wybory. Przypominają słowa z Miszny, spisanej w II wieku naszej ery:
„Módlcie się o pomyślność królestwa, bo gdyby nie bojaźń przed nim, jeden człowiek pożarłby drugiego żywcem.”
— Miszna, Pirke Awot 3,2
To świadomość natury ludzkiej, która bez pielęgnacji, wspartej przymusem, powraca do brutalnej dzikości i przemocy. Mimo upływu wieków i postępów naszej wiedzy natura ludzka nie zmieniła się. Jeremiasz pisał swoje proroctwa w czasach chaosu i zagubienia. Jego rady były rozsądne i opierały się na fundamencie, który nie był kwestionowany.
Podejrzewam, że autorzy eseju popełniają dwa błędy. Podczas gdy sekularyzacja to przede wszystkim gwarancja swobody sumienia, laicyzacja jest procesem zastępowania wiary religijnej nowymi formami wspólnotowych fundamentów. Opisywane przez nich zjawiska są faktem. Nie są jednak zjawiskiem nowym. Przypomnijmy okres reformacji i wojen religijnych, zarówno w ramach chrześcijaństwa, jak i islamu czy innych wyznań religijnych. Wyższy porządek, do którego można się odwołać, nie był nigdy ani wewnętrznie jednorodny, ani uniwersalny. Uniwersalna wydaje się natomiast tęsknota do zewnętrznego autorytetu, który uwolniłby nas od dylematu samodzielnych wyborów. Jeśli jesteśmy produktem ewolucji gatunków, pytanie o sens życia zmienia się w pytanie: co robimy z naszym życiem?

Ateizm może być przymierzem z humanizmem, ale może być również przymierzem z utopią, nierzadko z taką czy inną zbrodniczą ideą totalitarną. Nie brak fałszywych proroków wśród ateistów. Nasze wartości, również te sprawdzone w długiej tradycji, nieustannie podlegają interpretacjom i mogą zmieniać sens. Możemy ulec potrzebie zewnętrznego autorytetu, ale nieodmiennie będzie się okazywać, że potrzebujemy kogoś, kto zinterpretuje go dla nas na potrzeby rzeczywistości, w której wylądowaliśmy.
We wspomnianej na początku rozmowie Richarda Dawkinsa z Ayaan Hirsi Ali Ayaan mówi, że musimy pozostać przy ramach moralności, które otrzymaliśmy w dziedzictwie od judeochrześcijaństwa. Na to Dawkins odpowiada, że nie potrzebujemy do tego wiary w nonsens istnienia nadnaturalnych bytów. Ayaan mówi o kryzysie – o tym samym kryzysie, który opisują również autorzy omawianego eseju. Przypomina, że kiedy porzuciła islam i została ateistką, była przekonana, iż chrześcijaństwo jest równie złe jak islam, ale był to błąd. Odrzucenie tradycji judeochrześcijańskiej w oświacie i wychowaniu młodego pokolenia prowadzi do próżni i chaosu.
To ciekawa historia, bo sam Dawkins określił się w pewnym momencie jako niewierzący kulturowy chrześcijanin. Nie odwoływał się jednak do kodeksu moralnego, lecz do świata, w którym dorastał i który nadal lubi. Ta rozmowa jest rozmową przyjaciół, którzy nie przestają być przyjaciółmi z powodu różnicy poglądów, ponieważ nadal łączy ich więcej, niż dzieli.
Ja sam wielokrotnie zastanawiałem się nad pytaniem, czy chrześcijańscy rodzice mogą pogodzić się z odejściem ich dzieci od wiary w istoty nadprzyrodzone i wychować je w poszanowaniu tradycji oraz akceptacji, że wierzących i niewierzących może łączyć więcej, niż ich dzieli.
Czy tajemnica ukrywa się w umiejętności rozmowy?
Ayaan mówi, że w imię walki o wolność słowa, wolność wyznania i wolność stowarzyszeń daliśmy przyzwolenie na kult przemocy i szerzenie totalitarnej ideologii islamistycznej, dodając, że nie mamy na to zjawisko odpowiedzi i widzimy, jak ten kult dąży do zniszczenia naszych wolności i rozszerza swoje wpływy. Ona sama podkreśla, że nikogo nie zamierza nawracać na chrześcijaństwo, a jedynie odpowiada na pytanie, dlaczego z przyczyn osobistych porzuciła ateizm dla chrześcijaństwa. Richard Dawkins w ostatnim słowie mówi, że religia nie jest odpowiedzią na zagrożenie, któremu absolutnie nie przeczy.
Autorzy omawianego tu eseju przywołują słowa Jeremiasza:
Tak mówi PAN Zastępów, Bóg Izraela, do wszystkich wygnańców, których zesłałem z Jerozolimy do Babilonu: Budujcie domy i mieszkajcie w nich; zakładajcie ogrody i spożywajcie ich owoce. Bierzcie sobie żony i płódźcie synów i córki; znajdźcie żony swoim synom i wydawajcie córki za mąż, aby rodziły synów i córki. Rozmnażajcie się tam i nie zmniejszajcie swojej liczby. Zabiegajcie o pokój miasta, do którego zesłałem was na wygnanie, i módlcie się za nie do PANA, bo w jego pokoju będzie i wasz pokój. Tak bowiem mówi PAN Zastępów, Bóg Izraela: Nie dajcie się zwodzić prorokom i wróżbitom, którzy są pośród was, i nie słuchajcie snów, które śnią. Fałszywie prorokują wam w moim imieniu. Nie posłałem ich — wyrocznia PANA.
— Jeremiasz 29,4–9
Interpretują te słowa jako ostrzeżenie przed marzycielami, którzy często, w najlepszych intencjach, dostarczają nam kiczu. Terapeutyczny guru dostarcza nam wartości jako produktu stylu życia, przywódca polityczny występuje w roli proroka w ramach swojej kampanii wyborczej, aktywista używa pojęć sprawiedliwości i współczucia, namawiając nas do akceptacji tyranii, a artysta dostarcza głębi, która jest zaledwie gładkością powierzchni – zazwyczaj w szczerym przekonaniu, że głosi prawdę.
W ostatnim akapicie autorzy eseju piszą:
„Z postchrześcijańskiej pustyni nie wyjdziemy przez wytworzenie lub wymuszenie nowego fundamentu, stworzenie nowego mitu, odzyskanie prorockiej pewności ani przez wtłoczenie odkupienia w historię, lecz przez odmowę pozwolenia, by nieobecność stała się dewaluacją. Modlitwa zachowuje tę odmowę jako przeżywaną dyscyplinę przyjmowania; to, co zwyczajne, staje się polem jej wierności, a królestwo — jej konieczną, lecz nieodkupioną formą polityczną”.
Pozostaję nieprzekonany. Tak, ateizm nie jest odpowiedzią na zgiełk fałszywych proroków. Nie można również kupić prawdy przez małe „p” w kiosku z gazetami. Przedzieramy się po nią przez dżunglę, budując wspólnoty niepokornych, umiejących rozmawiać mimo odmienności poglądów.
Na pytanie, kim jestem, odpowiadam, że najpierw jestem bliźnim lub – jak wolisz – sąsiadem, potem dziedzicem tych, którzy szukali drogi przede mną, bywam mówcą w gigantycznym Hyde Parku, a na samym końcu jestem ateistą.
Nie dziwi mnie modlitwa o królestwo troszczące się o to, byśmy się wzajemnie nie pożerali żywcem. Może pomagać, chociaż brak mi wiary, że zostanie wysłuchana. Nie tęsknię do pewności (niech mnie przed nią Bóg broni), podzielam obawy i nie mam recepty innej niż szukanie drogi. Z wielu względów najbliżej mi do Ayaan Hirsi Ali.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com








