
Zdrady współczesnego feminizmu
Ayaan Hirsi Ali
Współczesny feminizm porzucił kobiety, których podobno broni, poświęcając ich prawa i wolności na rzecz wymogów progresywnej ideologii.
Na papierze powinnam być feministką. Całe swoje dorosłe życie poświęciłam walce o prawa kobiet, zwłaszcza kobiet i dziewcząt w świecie muzułmańskim. Ta działalność kosztowała życie mojego przyjaciela Theo van Gogha i to właśnie z jej powodu do dziś żyję w obliczu zagrożenia. Moja kariera była możliwa tylko dlatego, że udało mi się wydostać ze świata muzułmańskiego i zbudować życie w społeczeństwie, które gwarantuje kobietom takie same prawa i wolności jak mężczyznom. To, że mogę dziś żyć tak, jak żyję, w niemałym stopniu zawdzięczam osiągnięciom zachodniego feminizmu – właściwie powinnam należeć do jego najgłośniejszych orędowniczek.
Ale nie należę. Choć jestem wdzięczna za historyczne osiągnięcia feminizmu, we współczesnym feminizmie głównego nurtu znajduję niewiele, z czym mogłabym sympatyzować lub się utożsamiać. Gdyby bycie „feministką” oznaczało po prostu wiarę w moralną i prawną równość kobiet i mężczyzn, z przyjemnością mogłabym się pod tym podpisać. Ale ta rozsądna i powszechnie atrakcyjna idea nie opisuje już dzisiejszego ruchu feministycznego.
Bitwy, które w przeszłości mobilizowały feministki, zostały w znacznej mierze wygrane. W każdym państwie Zachodu kobiety są ustawowo równe mężczyznom: kobieta może głosować, posiadać majątek, korzystać z kredytu, wykonywać dowolny wybrany przez siebie zawód, osiągać najwyższe szczeble edukacji i sprawować najwyższe urzędy publiczne, a także swobodnie zawierać małżeństwo i się rozwodzić. Na uniwersytetach całego Zachodu kobiety przewyższają liczebnie mężczyzn, a kultura popularna jest przesycona feministycznym językiem i hasłami. Według wszelkich miar feminizm był jednym z najbardziej skutecznych politycznie ruchów w nowożytnej historii.
Być może właśnie wskutek tego sukcesu współczesny feminizm przeżywa kryzys tożsamości. Ludzie określający się mianem feministek i feministów często pozostają ze sobą w konflikcie. Nie zamierzam tutaj rozstrzygać tych wewnętrznych sporów, poza wyrażeniem wdzięczności za ciężką pracę utalentowanych myślicielek próbujących odzyskać etykietę „feministki” dla rozsądnych i wartościowych celów – feministek krytycznych wobec ideologii gender, feministek „reakcyjnych” i innych. Mój zarzut dotyczy feminizmu głównego nurtu, przez który rozumiem współczesny liberalny feminizm. Od dziesięcioleci feminizm głównego nurtu wiąże się ze sprawami, które bezpośrednio podważają prawa i wolności rzeczywistych kobiet. Lista tych zdrad jest długa – i w nadchodzących miesiącach będę miała na ich temat więcej do powiedzenia – ale dwie są szczególnie rażące.
Pierwszą zdradą jest przyjęcie przez feminizm ideologii trans. Feministki głównego nurtu nie potrafią dziś nawet uzgodnić, czym jest kobieta, a wpływowe feministki z pełnym przekonaniem twierdzą, że dorosły mężczyzna z chromosomami XY i męskimi genitaliami może być kobietą. Co niewiarygodne, nie jest to stanowisko marginalne w środowiskach feministycznych. National Women’s Law Center jest jedną z najbardziej wpływowych organizacji zajmujących się prawami kobiet w Ameryce, a obecnie głosi, że „transkobiety i transdziewczęta… SĄ kobietami i dziewczętami”. Jej oficjalne stanowisko głosi, że każda osoba, która chce nazywać się feministką, musi uznawać transkobiety za kobiety, i twierdzi, że polityka wykluczająca mężczyzn z kobiecego sportu i kobiecych szatni „naraża kobiety na niebezpieczeństwo”. Nie jest to żaden wyjątek. Już w 2013 roku grupa prominentnych feministek – między innymi Jill Filipovic, Jessica Valenti i Laurie Penny – podpisały szeroko rozpowszechniane „Oświadczenie na rzecz feminizmu inkluzywnego wobec osób trans”. Oświadczenie broniło obecności transkobiet we „wszystkich przestrzeniach dla kobiet” – w tym, co wyraźnie zaznaczono, w schroniskach dla kobiet i kobiecych toaletach. Od ponad dziesięciolecia feministki głównego nurtu utrzymują, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, że nie istnieje żaden konflikt między prawami kobiet a preferencjami mężczyzn identyfikujących się jako osoby trans.
Ale oczywiście taki konflikt istnieje, a kobietami, które płacą za tę fikcję, to nie sygnatariuszki takich oświadczeń – są nimi kobiety szczególnie narażone na krzywdę, przebywające w schroniskach, szatniach i więzieniach. Mężczyźni najbardziej zdeterminowani, by dostać się do przestrzeni przeznaczonych dla kobiet – mężczyźni o drapieżnych zamiarach – są dokładnie tymi, przed którymi takie miejsca mają kobiety chronić, a podporządkowanie się zasadzie samookreślenia płci uniemożliwia ich odsianie. Wielka Brytania przekonała się o tym w 2017 roku, kiedy skazany pedofil, oczekujący na proces w sprawie gwałtu, ogłosił, że jest kobietą, został skierowany do więzienia dla kobiet i w ciągu kilku dni dopuścił się napaści seksualnych na kilka kobiet znajdujących się w więzieniu. Przepisy pozwalające mężczyznom wchodzić do przestrzeni przeznaczonych wyłącznie dla kobiet przerzucają ryzyko stwarzane przez najbardziej niebezpiecznych mężczyzn na najbardziej bezbronne kobiety. Ruch „feministyczny”, który to popiera, nie może być zaskoczony, gdy kobiety go porzucają.
Drugą zdradą jest przyjęcie przez progresywny feminizm multikulturalizmu. Współcześni progresywiści uważają za grzech ocenianie obcych kultur według zachodnich standardów lub wymaganie od imigrantów przybywających do państw Zachodu, by się do tych standardów dostosowali. Standardy te obejmują oczywiście zasadę równości kobiet i mężczyzn. Dlatego kiedy imigranci z kultur rzeczywiście mizoginistycznych traktują kobiety i dziewczęta jako istoty gorsze od mężczyzn – kiedy nie pozwalają córkom chodzić do szkoły albo wydają je za mąż wbrew ich woli, kiedy napastują i wykorzystują seksualnie kobiety w biały dzień – feministki głównego nurtu reagują z opóźnieniem, o ile w ogóle zabierają głos.
Skandal związany z gangami gwałcicieli w Wielkiej Brytanii jest owocem tego progresywnego tchórzostwa. Przez dwie dekady gangi złożone głównie z pakistańskich muzułmanów uwodziły w celu wykorzystania, odurzały narkotykami, gwałciły i sprzedawały tysiące brytyjskich dziewcząt z klasy robotniczej w całym Zjednoczonym Królestwie. Władze często odwracały wzrok z obawy przed oskarżeniami o rasizm. Można by oczekiwać, że liberalne feministki staną na czele protestów, gdy nadużycia wyszły na jaw, tymczasem wiele z nich ustawiło się w kolejce, by strofować tych, którzy ujawnili te przestępstwa. Pisząc na łamach Guardiana, specjalizująca się w handlu ludźmi badaczka ostrzegała, że „ta narracja o ochronie (białych) dziewcząt przed mężczyznami pakistańskiego pochodzenia jest niebezpieczna”, a skupienie się rządu na gangach zajmujących się groomingiem uznała za ksenofobiczne. Nie było to stanowisko odosobnione — w istocie gangi gwałcicieli mogły działać tak długo właśnie z powodu progresywnej uległości wobec mniejszości rasowych i kulturowych.
Ta uległość podsyciła wyraźną obojętność wobec losu kobiet w świecie muzułmańskim. Przy wszystkich pretensjach progresywnego feminizmu do uniwersalizmu skupia się on na luksusowych krzywdach – reprezentacji, „luce płacowej”, „mikroagresjach” – które jawią się jako problemy jedynie uprzywilejowanym kobietom w zamożnych, rozwiniętych państwach. W Iranie młode kobiety były aresztowane i bite na śmierć za publiczne pokazywanie włosów. To właśnie te kobiety potrzebują obrońców; ich sprawa jest godna wielkiego ruchu. Ale zachodnie feministki tylko od czasu do czasu czują się skłonne, by je dostrzec, ponieważ potraktowanie ich cierpienia poważnie wymaga gotowości do osądzenia kultury, która to cierpienie powoduje, czego progresywiści odmawiają. Zamiast tego widzimy dziś amerykańskie polityczki zakładające hidżab przed muzułmańską publicznością w geście kulturowej uległości, podczas gdy kobiety w takich krajach jak Iran są karane za odmowę jego noszenia.
Te zdrady łączy nieskrywane pragnienie liberalnych feministek, by zachować znaczenie. Ponieważ najważniejsze batalie prawne przeszłości zostały już wygrane, współczesne feministki włączyły się w szerszy projekt progresywny, w którym zakłada się, że każda „marginalizowana” grupa ma z pozostałymi całkowicie zgodne interesy. Kiedy zgodność tych interesów zostaje zakwestionowana – kiedy przedstawia się nam oczywiste i druzgocące dowody na to, że agenda trans oraz multikulturalizm zagrażają bezpieczeństwu i wolności kobiet i dziewcząt – liberalne feministki w znacznej mierze porzucają kobiety, w których obronie, jak twierdzą, występują.
Ruch feministyczny godny tej nazwy uznałby różnice płciowe i kulturowe oraz odłączył się od progresywnej „wszechsprawy”. W tym kierunku prowadzona jest wartościowa praca intelektualna. Jednak jako ruch polityczny współczesny feminizm przeobraził się w zagubionego i toksycznego potwora karmiącego się poczuciem krzywdy, obsesyjnie skupionego na wizerunku i błahych pretensjach, a jednocześnie odwracającego się plecami do kobiet na Zachodzie i na całym świecie, które doświadczają prawdziwego seksistowskiego ucisku. Zawsze będę bronić praw kobiet – i dlatego nie mogę nazywać siebie feministką.
Link do oryginału:
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com










