Kościół Praw Człowieka


Kościół Praw Człowieka

Elder of Ziyon


Instytucje, które osądzają wszystkich innych, same nie podlegają kontroli.


Od lat analizuję i krytykuję raporty oraz oświadczenia organizacji praw człowieka, takich jak Amnesty International i Human Rights Watch, znajdując w nich zarówno błędy, jak i dowody wyraźnej stronniczości. Jeden motyw powraca nieustannie: organizacje, które twierdzą, że walczą z bezkarnością możnych tego świata, same działają bezkarnie – popełnianie błędów czy instytucjonalna stronniczość nie pociągają za sobą żadnych realnych konsekwencji.

Przeczytałem transkrypcję wywiadu, jaki Quillette przeprowadził z Danielle Haas, byłą pracownicą HRW. Haas spędziła w Human Rights Watch niemal czternaście lat, z czego trzynaście jako starsza redaktorka. Redagowała sztandarowy World Report, nadzorując trwający sześć miesięcy proces, w który zaangażowane były setki pracowników i który obejmował około stu rozdziałów poświęconych poszczególnym krajom. Ma więc prawdopodobnie ogląd tego, co dzieje się wewnątrz HRW, jak mało kto.

Haas potwierdza, że samo HRW działa bezkarnie:

„Widzimy ogromną lukę w zakresie odpowiedzialności. […] Nie ma natomiast – dosłownie żadnej – kontroli ich publikacji, deklarowanych metod badawczych ani samej pracy: właśnie tego wszystkiego, na czym opiera się ich miękka siła…”

W artykule dla Sapir wyraziła się jeszcze dosadniej:

„Zbyt długo organizacje praw człowieka otrzymywały carte blanche, by pełnić rolę społecznych strażników, choć wcześniej nie musiały nawet dowieść, że nadają się do szczekania. Nieprzejrzyste, niewybieralne i w znacznej mierze przed nikim nieodpowiedzialne, powinny wreszcie zejść ze swoich moralnych wyżyn i własnym postępowaniem dowieść, że przestrzegają zasad odpowiedzialności i przejrzystości, których wymagają od innych.”

Brzmi znajomo. W taki sposób przez niemal całą swoją historię funkcjonował Kościół katolicki. Mógł postępować właściwie tak, jak chciał, bez rzeczywistego nadzoru; jeszcze kilka dekad temu mediom nawet nie przychodziło do głowy, by krytycznie przyglądać się Kościołowi.

Religia jest ważna. Prawa człowieka są ważne. Problem zaczyna się wtedy, gdy instytucje zaczynają utożsamiać same siebie z wartościami, które miały reprezentować. Atak na Kościół uznawano za atak na religię; atak na Amnesty czy HRW nadal traktowany jest jak atak na same prawa człowieka. Kiedy instytucja zostaje powołana do realizacji jakiegoś moralnego celu, często traci zdolność odróżniania własnego postępowania od tego celu.

Co ciekawe, właśnie organizacje powołane do realizacji szczytnych celów moralnych najbardziej potrzebują kontroli.

Gazety mają redaktorów, publikują sprostowania i mają konkurentów, którzy tylko czekają, by ujawnić ich błędy. Organizacje praw człowieka tego nie mają. Korporacje muszą odpowiadać przed klientami i akcjonariuszami. Instytucje finansowe podlegają obowiązkom regulacyjnym dotyczącym przejrzystości oraz zewnętrznym audytom. Tymczasem Amnesty i HRW mają darczyńców, ale nie ciąży na nich obowiązek ujawniania im swoich metod działania. Kościół nie ma zewnętrznej instancji kontrolującej jego politykę i sposób jej realizacji. Mówią nam, że możemy im zaufać, bo potrafią kontrolować się same. (Wydaje się, że dotyczy to również wielu organizacji międzynarodowych i ponadnarodowych).

Instytucje, które mówią światu, co jest słuszne i moralne, nie mają mechanizmu gwarantującego ich własną moralność. Co więcej, ich autorytet moralny sam staje się substytutem zabezpieczeń, które w normalnych warunkach sprawiają, że władzy można ufać. To ogromna władza sprawowana bez żadnego nadzoru. I, jak na ironię, jest to dokładnie to, o co organizacje pozarządowe tak często oskarżają rządy i armie – o bezkarne działanie bez niezależnego mechanizmu zdolnego wykrywać błędy i nadużycia.

Możemy zobaczyć, jak to działa, przyglądając się przypadkom, kiedy organizacje te są krytykowane przez podmioty zewnętrzne. NGO Monitor od dwóch dekad publikuje niezwykle szczegółowe analizy krytyczne dotyczące Human Rights Watch i Amnesty International. Niektóre mają charakter ideologiczny, inne są przesadzone; sam NGO Monitor również popełniał błędy. Jednak wiele jego zarzutów dotyczy konkretnych faktów i każdy, kto ma przeglądarkę internetową, może sprawdzić ich prawdziwość. Organizacja publikowała analizy najważniejszych raportów NGO, linijka po linijce, obejmujące setki twierdzeń, które można po prostu porównać z przywoływanymi źródłami.

We wcześniejszych latach Human Rights Watch rzeczywiście – przynajmniej w pewnym stopniu – odpowiadał na krytykę NGO Monitor. Niektóre odpowiedzi miały charakter lekceważący. W 2009 roku HRW opisał NGO Monitor jako organizację, która „nie prowadzi żadnych badań terenowych i potępia każdego, kto krytykuje Izrael”. To krytyka organizacji, a nie jej badań.

O ile jednak mogę stwierdzić, od około dziesięciu lat HRW ignoruje szczegółową krytykę swoich raportów publikowaną przez NGO Monitor.

Amnesty zachowuje się podobnie. Odpowiadając na krytykę swoich działań dotyczących Gazy, przedstawiciel Amnesty skarżył się, że NGO Monitor od dawna próbuje „dyskredytować” raporty dotyczące praw człowieka w Izraelu i na terytoriach palestyńskich.

Organizacje te nie pytają: „Czy ta krytyka jest prawdziwa?”. Mówią: „Nie uważamy krytyków za wystarczająco godnych, żeby im odpowiadać”.

Mam z tym osobiste doświadczenia.

Podczas wojny w Gazie w 2014 roku i po jej zakończeniu przez wiele miesięcy badałem tożsamość Palestyńczyków, których śmierć odnotowano podczas walk. Przeglądałem palestyńskie źródła informacyjne, strony organizacji zbrojnych, konta w mediach społecznościowych, nekrologi i inne materiały, identyfikując osoby przedstawiane jako cywile, choć istniały dowody łączące je z ugrupowaniami zbrojnymi.

Jako anonimowy bloger w ogromnym stopniu polegam na przejrzystości. Pokazuję, jak doszedłem do swoich wniosków, podaję linki do źródeł i każdy może sprawdzić moje ustalenia. Nikt nie musi mi wierzyć na słowo. Jeśli twierdziłem, że osoba sklasyfikowana przez Amnesty jako cywil została przez palestyńską organizację zbrojną zidentyfikowana jako bojownik, każdy mógł sprawdzić, czy źródło rzeczywiście tak mówiło.

Kiedy jeden z czytelników przedstawił Amnesty część moich ustaleń, organizacja nie wykazała, że moje dowody są błędne. Odpowiedziała: „Nie uznalibyśmy Elder of Ziyon za wiarygodne źródło”.

Tyle że to nie ja byłem źródłem. Źródłami były Hamas, Islamski Dżihad, a w niektórych przypadkach organizacje, które samo Amnesty uważało za wiarygodne, takie jak B’Tselem. Ja jedynie na te źródła wskazywałem.

Jeśli wrogo nastawiony krytyk mówi, że przywołane przez ciebie źródło przeczy twojemu raportowi, pytanie nie brzmi, czy krytyk ma właściwe poglądy polityczne, należy do odpowiednich organizacji albo wykazał dostateczne oddanie sprawie praw człowieka. Pytanie brzmi: czy źródło rzeczywiście przeczy twojemu raportowi?

W istocie wrodzy krytycy mogą być cenniejsi niż przychylni. Mają ogromną motywację, żeby znaleźć błędy, które umkną twoim kolegom i ideologicznym sojusznikom. Jeśli zależy ci na rzetelności, powinieneś krytykę przyjmować i na nią odpowiadać, a nie ją odrzucać. Ale HRW i Amnesty tak nie działają.

Dobrze, załóżmy więc, że NGO Monitor i ja jesteśmy tak beznadziejnie syjonistyczni, iż nasze opinie w ogóle się nie liczą. A co, jeśli krytyka pochodzi z wewnątrz?

Robert Bernstein założył Human Rights Watch i przez dwadzieścia lat stał na jego czele. W 2009 roku działalność organizacji dotycząca Bliskiego Wschodu zaniepokoiła go na tyle, że przedstawił swoje obawy zarządowi HRW. Zarząd jednogłośnie je odrzucił.

Bernstein wystąpił więc publicznie na łamach New York Timesa. HRW odpowiedział natychmiast i stanowczo, oświadczając, że „w pełni podtrzymuje” wyniki swojej pracy.

Podobnie Danielle Haas zaczęła zgłaszać zastrzeżenia z samego wnętrza instytucji. Zanim odeszła z HRW, próbowała korzystać z wewnętrznych kanałów. Kiedy w końcu wystąpiła publicznie, odpowiedź HRW sprowadzała się zasadniczo do stwierdzenia, że organizacja podtrzymuje przekonanie o rzetelności swojej pracy.

Krytykiem przestawał więc być NGO Monitor, a stawał się nim najpierw założyciel HRW, a potem jedna z najbardziej doświadczonych redaktorek organizacji. Reakcja instytucji właściwie się nie zmieniła.

Amnesty dostarcza jeszcze bardziej niezwykłego przykładu. Po opublikowaniu przez Amnesty International w 2024 roku raportu oskarżającego Izrael o ludobójstwo izraelska sekcja Amnesty publicznie zgłosiła sprzeciw. Co istotne, nie twierdziła, że Izrael nie dopuścił się niczego złego. Stwierdziła, że istnieją dowody straszliwych zbrodni, potencjalnie obejmujących zbrodnie przeciwko ludzkości i czystki etniczne, ale że teza o ludobójstwie nie została dostatecznie udowodniona.

Jej zastrzeżenie metodologiczne było dokładnie tym rodzajem uwagi, który poważna instytucja badawcza powinna przyjąć z zadowoleniem. Amnesty Israel argumentowała, że alternatywne wyjaśnienie działań Izraela powinno zostać przeanalizowane przez autentycznego „adwokata diabła”, najlepiej osobę spoza zespołu badawczego – właśnie po to, by zabezpieczyć się przed wybiórczym dobieraniem dowodów i samooszukiwaniem.

Odpowiedzią Amnesty International było zawieszenie Amnesty Israel na dwa lata.

Międzynarodowe kierownictwo organizacji zarzuciło Amnesty Israel, że usiłowała „publicznie podważyć wiarygodność badań i stanowisk Amnesty dotyczących praw człowieka” oraz że jej krytyka była „głęboko szkodliwa dla misji Amnesty w dziedzinie praw człowieka”, zagrażając „wiarygodności, integralności i spójności operacyjnej” organizacji.

Amnesty nie odpowiedziała publicznie, punkt po punkcie, na szczegółowe argumenty metodologiczne Amnesty Israel. Zamiast tego ukarała oddział, który je przedstawił. Po prostu skorzystała ze swojej bezkarności.

Na własnej stronie poświęconej wolności słowa Amnesty pisze:

„Twój głos ma znaczenie. Masz prawo mówić, co myślisz, dzielić się informacjami i domagać się lepszego świata. Masz również prawo zgadzać się lub nie zgadzać z tymi, którzy sprawują władzę, oraz wyrażać swoje poglądy podczas pokojowych protestów.

Korzystanie z tych praw – bez strachu i bezprawnej ingerencji – ma zasadnicze znaczenie dla życia w otwartym i sprawiedliwym społeczeństwie, w którym ludzie mają dostęp do wymiaru sprawiedliwości i mogą korzystać ze swoich praw człowieka.”

Amnesty Israel zrobiła dokładnie to, czego Amnesty domaga się od wszystkich innych. I została za to ukarana przez „tych, którzy sprawują władzę”.

Nic z tego nie jest nieuniknione.

W 2009 roku Instytut Praw Człowieka International Bar Association oraz Instytut Raoula Wallenberga opracowały Lund-London Guidelines on International Human Rights Fact-Finding Visits and Reports – Wytyczne Lund-Londyn dotyczące międzynarodowych misji badawczych i raportów w sprawie praw człowieka. Powód ich stworzenia jest znamienny. Raporty organizacji pozarządowych są rutynowo traktowane przez sądy, rządy i inne instytucje jako materiał dowodowy, choć nie istniał żaden uzgodniony międzynarodowy standard określający, w jaki sposób taki materiał powinien być tworzony.

Wytyczne wymagają, by prowadzący dochodzenia byli bezstronni i byli postrzegani jako bezstronni. Zakres zleconego badania nie powinien zawierać z góry założonych wniosków. Badacze powinni dysponować odpowiednią wiedzą fachową. Raporty powinny być obiektywne i należycie udokumentowane. Istotne zarzuty powinny znajdować niezależne potwierdzenie. Dowody przeczące przyjętej tezie oraz odpowiedzi oskarżonych powinny być traktowane poważnie. Droga prowadząca od dowodów do wniosków powinna być przejrzysta.

Jeśli zatem HRW i Amnesty są przekonane o rzetelności swoich metod, dlaczego nie miałyby publicznie poprzeć tak ważnego międzynarodowego standardu? Być może z niektórymi jego elementami się nie zgadzają – na przykład z ujawnianiem nazwisk badaczy, jeśli mogłoby to narazić ich na niebezpieczeństwo – ale można takie wyjątki wyraźnie opisać, przestrzegając całej reszty standardu. Dlaczego więc dwie najważniejsze organizacje pozarządowe zajmujące się prawami człowieka nie stosują wytycznych Lund-Londyn?

Publiczne zobowiązanie się do przestrzegania zewnętrznego standardu stworzyłoby coś, czego tym organizacjom wyraźnie brakuje: punkt odniesienia, nad którym nie sprawują kontroli. Ludzie z zewnątrz mogliby porównywać ich działalność ze standardami opracowanymi przez kogoś innego niż Amnesty czy HRW.

Jeszcze lepszym rozwiązaniem byłyby prawdziwie niezależne audyty, w których zewnętrzni eksperci otrzymywaliby wystarczający dostęp do materiałów, by ustalić, czy opublikowane wnioski rzeczywiście wynikają z dowodów.

Zamiast tego organizacje te posługują się własnymi, nieprzejrzystymi metodami i mówią światu: „Zaufajcie nam. Wykonujemy Bardzo Ważną Pracę, więc nie zadawajcie pytań”.

Tak właśnie Kościół tradycyjnie traktował swoich krytyków. Nie ufamy firmom farmaceutycznym ani bankom tylko dlatego, że zapewniają nas o własnej uczciwości – dlaczego więc mielibyśmy na słowo wierzyć tym, którzy pouczają wszystkich innych, jak powinni postępować?

HRW twierdzi, że jest bezstronny. Dlaczego więc zatrudnił Omara Shakira, który zanim został dyrektorem Human Rights Watch ds. Izraela i Palestyny, był otwartym zwolennikiem BDS? HRW bronił zarówno jego, jak i jego rzekomej bezstronności, ale nie o to chodzi. Jak pokazują wytyczne Lund-Londyn, organizacje, którym naprawdę zależy na bezstronności, powinny unikać nawet jej pozornej utraty.

Jeśli organizacjom tym rzeczywiście zależy na obiektywizmie, dlaczego ktoś miałby przez całą karierę badać ten sam kraj i ten sam konflikt? Dlaczego nie przenosić badaczy co kilka lat między regionami? Ktoś, kto spędził trzy lata na badaniu Izraela, powinien następne trzy poświęcić Wenezueli, Sudanowi czy Chinom. Oprócz zmniejszenia ryzyka ideologicznego uwikłania dałoby to badaczom coś, czego organizacje praw człowieka rozpaczliwie potrzebują: perspektywę. Ktoś, kto przez dziesięć lat wpatruje się w grzechy jednego kraju, może łatwo stracić z oczu to, jak gdzie indziej wyglądają zwykłe ludzkie zachowania, zwykła wojna, zwykła niekompetencja władz i zwykłe naruszenia prawa. Widzenie tunelowe nie jest wiedzą ekspercką.

Być może najważniejszym spostrzeżeniem Danielle Haas jest to, że organizacje praw człowieka są jednocześnie instytucjami badawczymi i organizacjami aktywistycznymi. Te dwie funkcje ciągną je w przeciwnych kierunkach poznawczych.

Badacz pyta: Co się wydarzyło? Aktywista pyta: Jak skłonić ludzi do działania?

Badania mogą zakończyć się niepewnością. Aktywizm nie może: potrzebuje przesłania. Dział komunikacji potrzebuje nagłówka. Media społecznościowe potrzebują oburzenia. Zbieranie funduszy potrzebuje zaangażowania.

Haas zwraca uwagę, że raport HRW o „izraelskim apartheidzie” zawierał pewne niuanse dotyczące tego, gdzie dokładnie miałby on występować, stwierdzając, że Izrael nie praktykuje apartheidu w granicach Zielonej Linii. Tymczasem zespół HRW odpowiedzialny za media społecznościowe nie pozostawia miejsca na żadne niuanse, używając hashtagu „#IsraelApartheid”. To samo dotyczy oskarżenia Amnesty o „ludobójstwo”. W samym raporcie organizacja przyznaje, że rozszerza metodę stosowaną przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości przy ustalaniu zamiaru – elementu kluczowego dla definicji ludobójstwa – mimo to zdecydowała się zatytułować raport w taki sposób i bez żadnych zastrzeżeń nieustannie używać w mediach społecznościowych słowa „ludobójstwo”. Jeśli jednym ze znaków rozpoznawczych organizacji ma być rzetelność, media społecznościowe i chwytliwe hasła z pewnością jej nie ułatwiają. Co więcej, jeśli badania okazują się wadliwe (a tak było w tym przypadku), organizacja, której zależy na prawdzie, powinna je skorygować. Jeśli jednak zdążyła już związać ich wnioski z całą kampanią aktywistyczną, wycofanie się staje się niemal niemożliwe bez narażenia się na śmieszność.

Nie wymaga to korupcji. Nie wymaga nawet świadomej nieuczciwości. Wystarczą zwykli ludzie pracujący wewnątrz instytucji przekonanej o moralnej słuszności swojej misji.

I tak wracamy do Kościoła.

Lekcja płynąca ze skandali Kościoła katolickiego nie polegała na tym, że religia jest zła. Polegała na tym, że autorytet moralny nie może zastąpić odpowiedzialności. Co więcej, im większym autorytetem moralnym dysponuje instytucja, tym bardziej niebezpieczne staje się jej przekonanie, że własna cnota może zastąpić zewnętrzną kontrolę.

Organizacje praw człowieka potrzebują takiej samej architektury pokory.

Potrzebują znacznie większej przejrzystości w kwestii tego, jak powstają raporty i w jaki sposób dobierane są dowody. Potrzebują rzeczywistej zdolności do korygowania samych siebie: nie tylko prostowania bezpiecznych błędów faktograficznych, lecz także mechanizmów pozwalających ponownie rozważać fundamentalne wnioski. Potrzebują refleksyjnej etyki – stosowania wobec samych siebie tych samych standardów odpowiedzialności, których wymagają od rządów. Potrzebują pokory poznawczej i jawnego rozpatrywania konkurencyjnych hipotez. Potrzebują dialogu z poważnymi krytykami, również tymi wrogo nastawionymi – odpowiadania na dowody zamiast klasyfikowania oskarżycieli. Przede wszystkim zaś potrzebują niezależnego nadzoru dysponującego wystarczającą władzą, by uniemożliwić ignorowanie niewygodnych ustaleń.

Są to elementy tego, co nazywam „etoszkieletem” (ethoskeleton): strukturą, która nie pozwala, by przekonanie o własnej moralności przekształciło się w samodzielne wystawianie sobie świadectwa moralności.

Największym zagrożeniem dla instytucji moralnej nie musi być to, że jej członkowie przestaną wierzyć w jej zasady. Być może większym zagrożeniem jest to, że uwierzą w nie tak głęboko, iż przestaną odróżniać te zasady od samych siebie.

Prawa człowieka są zbyt ważne, by powierzać je organizacjom, które odpowiadają przede wszystkim przed samymi sobą.

Kościół Praw Człowieka ma swoje przykazania. Ma swoich misjonarzy. Ma śledczych i sędziów. Ma ogromną władzę i pieniądze. Wskazuje grzechy i od wszystkich innych domaga się skruchy.

Najbardziej ze wszystkiego brakuje mu konfesjonału.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


This entry was posted on 2026/10/09, in Ze Swiata.

Examining NYT report alleging top US Embassy aide in Jerusalem suppressed Israel cables – editorial


Examining NYT report alleging top US Embassy aide in Jerusalem suppressed Israel cables – editorial

JPOST EDITORIAL


David Milstein / (photo credit: GO NAKAMURA/REUTERS)

The New York Times published a serious accusation on Thursday: that David Milstein, a senior adviser to US Ambassador to Israel Mike Huckabee, suppressed or altered diplomatic reporting to make Prime Minister Benjamin Netanyahu’s government appear more favorable to Washington.

Such an allegation deserves scrutiny, as does the way a newspaper presents the evidence and the response of those it accuses.

The Times reported that Milstein had delayed, blocked, or rewritten embassy communications about Israeli settlements, settler violence, and humanitarian conditions in Gaza. It said its investigation drew on interviews with 15 US officials and dozens of internal documents.

These are substantial claims that should be examined on their evidence rather than accepted or rejected because of the politics surrounding them.

Huckabee disputed the account. According to coverage of the investigation, the ambassador categorically rejected the allegations and challenged their factual basis. In his public response, he criticized the newspaper’s handling of his comments.

US Ambassador to Israel Mike Huckabee arrives to meet residents of Turmus Ayya, a Palestinian town near Ramallah in the West Bank that is home to many American citizens, September 5, 2026. (credit: REUTERS/AMMAR AWAD)

Readers must be able to distinguish evidence, interpretation, and disputes

That complaint raises a question distinct from the accuracy of the investigation itself: Did readers receive the substance of the ambassador’s response, or only excerpts that left important elements out?

When a report makes consequential allegations about officials representing the United States, selected quotations should accurately convey the substance of their replies. Readers need to understand what was denied, what explanation was offered, and whether reporters sought to test that explanation against the documents and accounts on which they relied. Publishing a rebuttal is not merely a formality to be completed before returning to the accusation.

The presence of anonymous sources and internal documents strengthens a report only to the extent that they support its specific conclusions. Neither the number of interviews nor the forcefulness of an official’s denial settles the matter. What matters is whether readers can distinguish firsthand evidence, interpretation, disputed accounts, and facts that remain unknown.

The Times also discussed Milstein’s connection to conservative commentator Mark Levin. Milstein is Levin’s stepson, and Levin is a prominent supporter of Israel and Netanyahu. Their relationship may be relevant background, but family ties do not establish that Levin directed Milstein’s work, shaped embassy communications, or influenced what information reached the Trump administration.

If the report is suggesting such influence, readers deserve to know what supports that suggestion. Documented communications or testimony linking Levin to specific decisions would be significant. Without that connection, placing family relationships alongside allegations about altered diplomatic reporting risks encouraging an inference that has not been demonstrated.

Diplomatic cables routinely reviewed and revised

Diplomatic cables are routinely drafted, reviewed, challenged, and revised within institutions serving elected administrations. Political appointees and career diplomats may disagree about assessments or priorities. Such disagreements are not automatically improper. Deliberately suppressing material information, particularly if it leaves policymakers with a distorted picture of conditions on the ground, would be a much more serious issue.

Any assessment of Milstein’s conduct should therefore distinguish ordinary internal editing from instances in which important information allegedly failed to reach its intended recipients. What authority did he hold? Which changes were requested, and why? Who approved them? Were relevant assessments ultimately delivered through other channels? These details would help readers judge the weight of the accusations.

The Times reportedly acknowledged uncertainty about whether the alleged interventions changed White House policy and how much Huckabee knew. These limitations should remain prominent. Allegations that someone sought to influence diplomatic reporting do not automatically establish that US President Donald Trump or his advisers made decisions on a distorted record.

The newspaper’s investigation may contain valuable findings, and officials’ denials should not automatically outweigh testimony from people familiar with embassy operations. At the same time, Huckabee’s objections about the use of his statement warrant a fair hearing. The credibility of either side depends on the completeness of the underlying record, not on which side delivers the sharper criticism.

Reporting on Israel and US policy carries unusual political weight. Readers should not have to infer connections from proximity, search elsewhere for a central rebuttal, or confuse the possible motives of officials with proof of specific misconduct. Clear sourcing, meaningful context, and faithful representation of responses are basic safeguards against those problems.

The full published allegations and Huckabee’s complete remarks should be assessed together. Serious charges require substantial evidence, and those accused deserve to have their answers represented accurately. A newspaper asking the public to trust its investigation must make it possible to evaluate not only its conclusions, but how it reached them.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Young Oct. 7 Survivors Heal From Their Trauma Through Rock Music in New Documentary


Young Oct. 7 Survivors Heal From Their Trauma Through Rock Music in New Documentary

Shiryn Ghermezian


A poster for “The Bridge.” Photo: Provided

A new documentary from the Emmy-winning executive producer and director of “Friends” follows 10 young Israeli survivors of the Oct. 7, 2023, Hamas terrorist attack in Israel as they heal from their trauma through the help of music.

“The Bridge” will open in theaters across North America in November but will screen with partner organizations in communities across the US beginning on Wednesday, to coincide with the third anniversary of the Oct. 7 massacre. The documentary chronicles survivors of the attack as they travel from Israel to Los Angeles to attend the legendary Rock ‘n’ Roll Fantasy Camp, where they navigate through their trauma. The group focuses on healing, resilience, connection, and recovery through music, while being mentored by legendary musicians from bands including Guns N’ Roses, Van Halen, Black Sabbath, and the Trans-Siberian Orchestra.

The group of Israelis included Nova Music Festival survivors; a musician whose father, a Magen David Adom volunteer ambulance driver, was murdered by Hamas terrorists on Oct. 7; a singer who hid in her safe room as terrorists when on a deadly rampage outside her door; and a longtime touring musician whose brother was kidnapped on Oct. 7 and held hostage in the Gaza Strip.

“After Oct. 7, every sound would make me panic,” said Nova Music Festival survivor Raz Shifer in the official trailer for “The Bridge.” She said after her experience at the rock camp, “Music is my victory.”

“What begins as a leap into the unknown becomes a once-in-a-lifetime journey for 10 young Israeli survivors of Oct. 7 — proof that even after the darkest moments, music can be more than sound. It can be salvation,” read a synopsis of the film. “Ten survivors. One way to rock. For these 10 young Israelis, healing begins with a single note — and grows into a shared journey of resilience, brotherhood, and sound that carries far beyond the stage. Through mentorship, performance, and the simple act of picking up an instrument again, the survivors of ‘The Bridge’ are reclaiming their voices.”

The documentary is directed and edited by Brad Allgood, and produced by Emmy Award winner Kevin S. Bright, who executive produced the iconic television series “Friends” and directed 60 episodes of the show. “The Bridge” is also produced by Bright’s longtime friend and music industry veteran David Fishof, who is the founder and CEO of the Rock ‘n’ Roll Fantasy Camp, in association with the nonprofit Rock ‘N’ Heal. Legendary songwriter and 17-time Academy Award nominee Diane Warren helped on the film as well. The group of Oct. 7 survivors recorded a theme song “Prayers for this World” that was written by Warren at Pluto Recording Studio and originally performed by Cher.

Fishof has years of experience producing rock tours and has worked with veteran rockers including Ringo Starr, Roger Daltrey, Joe Walsh, Bill Wyman, and Peter Frampton. The idea of “The Bridge” starts after the Oct. 7 atrocities in 2023, when Fishof traveled to southern Israel to tour communities and sites along the Israel-Gaza border impacted by the attack. During the trip, Fishof attended the funeral of Hamas hostage Yotam Haim, where the victim’s brother, Tuval, played a drum solo before laying his sticks in his brother’s grave.

“I need to bring his brother to my camp,” Fishof recounted thinking at the time. “It could have a profound impact.”

Shortly afterward, he was connected with 10 Israeli musicians whose lives had been overturned on Oct. 7 and brought them to the Rock ‘n’ Roll Fantasy Camp. The survivors connected with fellow campers and performed alongside their mentors at some of Los Angeles’ most historic music venues, including the Whisky a Go Go and the Viper Room. Fishof invited a film crew to document the experience.

The visionaries behind “The Bridge” said they hope the film inspires healing and highlights the power of music.

“Music has a way of reaching people that words simply cannot,” Bright said in a released statement. “I have spent my career telling stories that bring people together, and there is nothing I have been more moved by than watching these young survivors use music to process their trauma, rebuild their confidence, and reclaim their joy. This film is proof that even after the darkest moments, healing is possible.”

“It has been the honor of a lifetime to bring a group of ten survivors of the Oct. 7 attacks to Hollywood for an unforgettable, life-changing experience,” Fishof added. “Watching them pick up instruments, stand on stage, and find their voice again after living through the unimaginable — that is the power of music. We are so excited to bring these survivors back to the US, Canada, and cities around the world for screenings, conversations, performances and concerts, as well as commemorations, so that even more communities can witness their strength and be part of their healing.”

“The Bridge” will screen on Wednesday in New York at the Marlene Meyerson JCC Manhattan and the Jacob Burns Film Center, one of the most successful suburban art houses in the country. Additional screenings on the anniversary of the Oct. 7 attack will take place at The Studio at Mizner Park hosted by the Jewish Federation of Palm Beach County, which will include a concert with Israeli musicians from the film; the St. Louis Kaplan Feldman Holocaust Museum in Missouri, Temple Emanu-El in Florida; and the Jewish Community Center London. “The Bridge” will open theatrically at Laemmle Theaters in Los Angeles from Nov. 5–11, with hundreds of additional screenings scheduled at theaters, synagogues, Jewish community centers, film festivals, and campuses in the US and abroad.

Watch a trailer for “The Bridge” in the video below.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Już nie ufam własnej intuicji


.

Już nie ufam własnej intuicji

Sheri Oz


Zapytałam więc troje ludzi wychowanych w islamie, jak odróżnić rzeczywistą przemianę ideologiczną od odgrywania roli


Od wczesnych lat studenckich spotykałam Arabów i muzułmanów, z którymi – jak sądziłam – prowadziłam przyjazne rozmowy, ludzi, którzy akceptowali mnie jako Żydówkę, a później jako Izraelkę. Czasami, kiedy poznawałam ich lepiej, odkrywałam, że naprawdę czują i myślą zupełnie inaczej. Z biegiem czasu coraz mniej byłam skłonna ufać własnym odczuciom.

7 października zmienił mój próg zaufania do tego stopnia, że moja młodsza wersja nie uwierzyłaby, że nadal jestem tą samą osobą.

Nie chcę stać się tak podejrzliwa, by zakładać, że nikt nie jest zdolny do zmiany. Ale nie chcę też brać języka umiarkowania za rzeczywiste umiarkowanie.

Zaczęłam się zastanawiać, jak ja – osoba z zewnątrz wobec arabskiego i muzułmańskiego sposobu postrzegania świata – mogę rozpoznać, kiedy ktoś naprawdę zaczyna kwestionować antysemickie i supremacjonistyczne przekonania wyniesione z rodziny, religii, społeczeństwa czy kultury politycznej? Jak właściwie wygląda przemiana ideologiczna, kiedy właśnie się dokonuje? I być może najtrudniejsze ze wszystkiego: jak odróżnić kogoś, kto zmaga się z prawdziwą przemianą, od kogoś, kto po prostu nauczył się mówić to, co chcemy usłyszeć?

Postanowiłam zapytać o to troje ludzi, którzy podchodzą do tego problemu z bardzo różnych stron.

Dan Burmawi dorastał jako muzułmanin w Jordanii, a ostatecznie przeszedł na chrześcijaństwo. Khaled Hassan wychował się w Egipcie, porzucił islam, a z czasem przeszedł na judaizm. Soraya Deen jest inna. Wychowana na Sri Lance przez muzułmańskiego ojca i buddyjską matkę, która przeszła na islam, sama pozostała muzułmanką i opowiada się za reformowaniem islamu od wewnątrz.

Cała trójka głęboko różni się w ocenie samego islamu. Dan uważa, że rzeczywiste zerwanie z islamskim supremacjonizmem wymaga ostatecznie odejścia od islamu. Khaled jest podobnie sceptyczny wobec prób jego reformowania. Soraya uważa, że islam można zreformować.

Każdą rozmowę zaczynałam od pytania, kiedy pojawiły się pierwsze wątpliwości.

Rysa na murze

Kiedy zapytałam Khaleda, co uświadomiło mu problem antysemityzmu, poprawił założenie zawarte w moim pytaniu.

To nie był antysemityzm. Antysemityzm mnie nie obchodził. To nie było tak, że pewnego dnia obudziłem się i powiedziałem sobie: och, chcę kochać Żydów. Nic takiego się nie wydarzyło.

Jego historia zaczyna się w zaskakująco zwyczajnym miejscu: na ulicy niedaleko domu, w towarzystwie sąsiadki i psa.

Jako nastolatek w Egipcie uwielbiał psy. Jego muzułmańscy rodzice nie chcieli psa w domu, więc chrześcijańska sąsiadka czasami przechowywała jego psa u siebie. Pewnego piątku Khaled stał obok niej, kiedy z głośnika miejscowego meczetu rozległo się kazanie. Usłyszał, jak chrześcijan określano szczególnym, pogardliwym mianem.

„Pamiętam szok na jej twarzy i mój własny” – powiedział mi. Zapadła między nimi cisza. Kobieta, która wielokrotnie okazywała mu życzliwość, stała obok niego, podczas gdy jego wspólnota religijna opisywała ludzi takich jak ona słowami, które nagle rozpoznał jako odrażające.

Jego pierwszy bunt przeciwko islamowi wcale nie miał charakteru ideologicznego. Owszem, zaczął kwestionować pewne rzeczy, których go uczono, ale znaczenie miała również jego sytuacja życiowa. Rodzice się rozwodzili. Chciał mieć dziewczynę. Chciał pić, palić i sam decydować o własnym ciele.

W końcu coraz trudniej było mu znosić sprzeczność między tym, czego uczono go o wyższości jego religii i społeczeństwa, a tym, co rzeczywiście obserwował.

Khaled określa to, co nastąpiło później, mianem „poznawczego otwarcia”. „Musisz być gotowy słuchać” – powiedział. Coś musi sprawić, że człowiek będzie w stanie dopuścić do siebie – być może po raz pierwszy – możliwość, że to, co odziedziczył, może być błędne.

Dan opisuje coś podobnego, choć w jego przypadku impulsem było słuchanie Brata Rashida, byłego muzułmanina, który otwarcie krytykował islam. „Potrzebujesz impulsu” – powiedział mi Dan. Ale najważniejsze nie było samo zetknięcie się z innymi informacjami. Dan spotykał się z takimi informacjami już wcześniej. Różnica polegała na tym, że nagle był w stanie inaczej je przetwarzać:

„Musisz zyskać nowy zestaw soczewek, przez które patrzysz na islam, i nagle wszystko się zmienia. Zaczynasz inaczej czytać biografię Mahometa. Zaczynasz inaczej czytać wersety Koranu dotyczące dżihadu. […] W moim przypadku było to potwornie przerażające doświadczenie, ponieważ w głowie nieustannie miałem pytanie: A jeśli się mylę? Jeśli nie mam racji? Jeśli popełniam straszliwy błąd? Allah mnie ukarze. Allah mnie zniszczy.”

Potem wyjaśnił:

„Wielu ludzi się cofa. Nie są w stanie wytrzymać tej fazy strachu i przerażenia. Ja przez nią przeszedłem i udało mi się dotrzeć do mety. A chwila, kiedy nabierasz pewności, że masz rację, i zaczynasz odchodzić, była jednym z najbardziej wyzwalających momentów w moim życiu”.

Dan przestrzegł mnie jednak przed traktowaniem jego własnej drogi jako ustalonego schematu.

Dla każdego wygląda to inaczej. Są pewne cechy wspólne dla wszystkich, ale są też różnice.

Soraya dorastała na Sri Lance, buddyjskim kraju z muzułmańską mniejszością. W przeciwieństwie do Dana i Khaleda, jak mówi, „nigdy nie uczono jej nienawiści do Żydów”.

Nie sądzę, żeby ktokolwiek czytał Koran, a następnego ranka budził się i [myślał]: dzisiaj będę nienawidzić Żyda.

Soraya wyjaśniła, że jako muzułmanie byli „bardziej suficko nastawieni, interesowała nas muzyka i to, jak oddawać cześć Bogu – wiecie, takie bardzo łagodne nauki”. Jednak kiedy w wieku 13 lat powiedziano jej, że nie może chodzić do meczetu, zaczęła zastanawiać się nad „teologią, której się naucza, a która wyklucza i marginalizuje kobiety”.

Z muzułmańskim antysemityzmem zetknęła się na poważnie znacznie później, już w Stanach Zjednoczonych, kiedy napisała na Facebooku o swoim udziale w wydarzeniu w izraelskim konsulacie; arabscy znajomi zaatakowali ją za to, że tam poszła.

Ale teraz być może muszę częściowo zgodzić się z tym, co mówią Arabowie. Wszyscy wydają się zradykalizowani, jakby radykalizacji uległy nawet głosy z peryferii.

Na podstawie własnych doświadczeń Soraya rozumie, że „[…] kształtuje cię społeczeństwo, kształtuje cię edukacja, kształtują cię meczety”. Dlatego, w przeciwieństwie do Dana i Khaleda, uważa, że interpretacja, edukacja i środowisko społeczne mogą prowadzić do innych rezultatów. Soraya mówi dalej:

„Kocham byłych muzułmanów, bo zmuszają nas do odpowiedzialności. Gdybym nie poznała byłych muzułmanów, nie wiedziałabym, jak głęboki jest ten problem. Radykalny islam dotknął tak wielu ludzi”.

Cichy etap pośredni?

Soraya, muzułmańska prawniczka feministyczna, działaczka na rzecz dialogu międzyreligijnego i organizatorka społeczna, powiedziała mi, że rozmawiała z ludźmi, którzy początkowo gwałtownie się z nią spierali. Potem jednak coś czasami się zmieniało. Pewien mężczyzna zdecydowanie przeciwny Izraelowi skontaktował się kiedyś z nią prywatnie, mówiąc, że poprze wszystko, co ona popiera dla Palestyńczyków. Soraya odpowiedziała:

„Popieram wszystko, czego ty chcesz dla Palestyńczyków, ale czy możesz mi powiedzieć, czego chcesz dla Żydów?”

Zamilkł.

Ta cisza może być pierwszym widocznym znakiem, że jego pewność została zachwiana, ale nie jest dowodem, że człowiek się zmienił. Równie łatwo może powrócić do wcześniejszych przekonań, dlatego Soraya uważa, by nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Przyznała jednak, że ze względu na charakter swojej działalności spotyka na ogół ludzi, którzy już są gotowi zrobić krok naprzód.

Przychodzą do nas tylko ludzie gotowi pójść dalej, a takich jest bardzo niewielu.

Jeśli ważna część procesu przemiany jest zarazem najmniej widoczna, stanowi to problem dla każdego, kto próbuje rozpoznać przemianę ideologiczną z zewnątrz.

Możemy słuchać ludzi opowiadających o niej później. Możemy obserwować ich zachowanie, kiedy przekroczą już jakiś wewnętrzny próg. Ale w okresie wątpliwości, strachu i niepewności możemy po prostu widzieć człowieka, który milknie.

Przyznaj, kim byłeś

Khaled podał mi najbardziej jednoznaczne kryterium tego, co powinno nastąpić później.

Po pierwsze, ludzie muszą wziąć odpowiedzialność za to, co robili i w co wierzyli przed przemianą.

Tę samą miarę przykłada do siebie.

Zawsze mówię, że jako nastolatek byłem antysemitą.

Nie ufa wygładzonym życiorysom: ludziom, którzy rzekomo przeszli dramatyczną przemianę ideologiczną, ale jakoś nie mają żadnych dawnych przekonań, z których musieliby się rozliczyć. Stare wypowiedzi znikają. Dawne stanowiska zostają zbagatelizowane. Historia danej osoby zaczyna coraz bardziej przypominać człowieka, którego dziś chce ona pokazać publiczności. Argument Khaleda brzmi: jeśli się zmieniłeś, musiało istnieć coś, od czego odszedłeś.

A jeśli okoliczności zmuszały cię kiedyś do mówienia rzeczy, w które nie wierzyłeś, to – twierdzi – kiedy już jesteś bezpieczny, powinieneś potrafić otwarcie to wyjaśnić.

Musisz wziąć za to odpowiedzialność.

Człowiek opisujący prawdziwą przemianę powinien umieć przedstawić spójną historię, w której istnieje zarówno „przed”, jak i „po”.

Słowa muszą w końcu przełożyć się na czyny

Soraya podchodzi do tego zagadnienia mniej psychologicznie. Dla niej najważniejszym kryterium jest to, co człowiek rzeczywiście robi:

Zadeklaruj to. Złóż deklarację. I zacznij działać.

Potem przychodzi trudniejsza część. Pociągnij za sobą innych. Jeśli ktoś twierdzi, że odrzucił ekstremistyczną ideologię, Soraya chce zobaczyć, czy jest gotów zebrać pięciu czy dziesięciu innych ludzi i rozpocząć pracę we własnej społeczności.

Sprawdź, czy to, co mówi, jest zgodne z tym, co robi, czy jedno współgra z drugim.

Same deklaracje – powiedziała mi – nie wystarczają, jeśli chodzi o rodzaj przemiany, którego ona szuka. Ważna jest jednak umiejętność powiedzenia, czego chce się dla ludzi, których wcześniej uważało się za wrogów. Odpowiedź nie dowodzi jeszcze przemiany. Pokazuje jednak, czy nowo deklarowane zasady obejmują także ludzi spoza własnej grupy.

Ile cię to kosztowało?

Kolejną kwestią, która pojawiła się w rozmowach, była cena przemiany. Sorayę z powodu jej działalności reformatorskiej określano jako osobę antymuzułmańską, a od ludzi na Sri Lance otrzymywała groźby śmierci.

Khaled uczynił cenę przemiany wyraźnym elementem swojego testu jej autentyczności:

„Jeśli naprawdę wierzysz w rzeczywistą zmianę, będziesz musiał cierpieć.”

Mówił to dosłownie. Po 7 października odszedł z dobrze płatnej pracy w sektorze finansowym, ponieważ działalność związana z Izraelem i Żydami pochłaniała coraz więcej jego czasu. Przez pewien okres – jak powiedział – borykał się z problemami finansowymi, wykonując znaczną część tej pracy jako wolontariusz. Starannie zaznacza, że zarabianie pieniędzy samo w sobie nie podważa niczyjej szczerości. Ludzie muszą z czegoś żyć. Pyta jednak, czy przemiana czegoś od człowieka wymaga, czy też może przyniosła mu przede wszystkim korzyści.

Szczery człowiek może z czasem odnieść sukces dzięki swoim nowym przekonaniom, a oportunista może zapłacić wysoką cenę za źle skalkulowaną stawkę. Niemniej koszt przemiany jest dowodem wartym uwagi, szczególnie jeśli towarzyszy mu przyjęcie odpowiedzialności za własną przeszłość oraz konsekwencja utrzymywana przez dłuższy czas.

Khaled wspomniał, że członkowie społeczności żydowskiej czasami nazywają go „bohaterem”. Bardzo stanowczo powiedział mi, że tego nie lubi:

„Nie nazywajcie mnie bohaterem. Nie można nazywać kogoś bohaterem za to, że jest po prostu normalny. Nie można nazywać kogoś bohaterem za to, że nie jest nazistą.”

Stare oprogramowanie

„Badanie islamu przez kogoś, kto jest muzułmaninem, nie polega po prostu na porzuceniu pewnego zestawu idei i zmianie systemu przekonań” – powiedział mi Dan. Oznacza demontaż całej konstrukcji, za pomocą której rozumiał Boga i świat. „Wielu ludzi opuszcza islam, ale islam nie opuszcza ich” – powiedział, a następnie posłużył się metaforą, którą łatwo zrozumieć:

„Nie chodzi tylko o zmianę tego, co myślisz o islamie, lecz o zmianę całego światopoglądu. Zmienia się więc sposób, w jaki patrzymy na kobiety, sposób, w jaki patrzymy na Zachód, sposób, w jaki patrzymy na innych, na niewiernych.

Masz pewne oprogramowanie. Ja się sformatowałem i zainstalowałem oprogramowanie chrześcijańskie.”

Dan odnosi to szczególnie do byłych muzułmanów, którzy zostają ateistami. Uważa, że niektórzy odrzucają religię, ale nadal interpretują świat za pomocą kategorii, które ta religia w nich ukształtowała. Pozostawia to bez odpowiedzi pytanie: co właściwie się zmieniło?

Jeśli podążyć za jego rozumowaniem, człowiek może odrzucić Hamas, nie zmieniając swojego stosunku do Żydów. Może odrzucić autorytet religijny, nie zmieniając swoich przekonań na temat kobiet. Może porzucić tożsamość religijną, zachowując poglądy polityczne przyswojone wraz z nią. Przemiana ideologiczna może więc przebiegać nierównomiernie. Ktoś może naprawdę zmienić się w jednej dziedzinie, pozostając niemal nietknięty w innej.

Jednostka i grupa

Potem Dan jeszcze bardziej skomplikował sprawę. „Załóżmy, że człowiek naprawdę jest szczery, kiedy z tobą rozmawia. Co się stanie, kiedy wróci do swojej grupy? Tego w dużej mierze nie będziesz widzieć, a być może stanie się tam kimś, kogo w ogóle nie poznasz.

„Kiedy jesteś jednostką, rozwijasz własny światopogląd na podstawie wykształcenia, środowiska i tak dalej. Jednak kiedy znajdujesz się w grupie, kiedy do niej dołączasz – zapewniam cię, że jeśli ten człowiek znajdzie się w grupie muzułmanów popierających Hamas, nie poznasz go.

Pomyślisz: mój Boże, to zupełnie inny człowiek. Dlaczego? Ponieważ jednostka – i nie jest to zjawisko właściwe wyłącznie islamowi, występuje w każdej grupie na świecie – jeśli podporządkuje własne rozumienie rozumieniu grupy, wtedy grupa staje się nadrzędna wobec jednostki.”

Twierdzenie Dana wprowadza ważne rozróżnienie: szczerość i trwałość przemiany to dwie różne kwestie. Tyle że ktoś z zewnątrz nie jest w stanie tego zobaczyć ani wiedzieć.

Test, którego nie mogę zastosować?

Kiedy zapytałam Dana, jak ktoś taki jak ja może odróżnić prawdziwą przemianę od odgrywania roli, zaproponował test, który uważa za najbardziej niezawodny: obraź Mahometa i obserwuj reakcję.

Jeśli obrazisz Mahometa i ten człowiek nie ma z tym problemu, to jest szczery. Jeśli poczuje się nieswojo, nie jest tym, za kogo się podaje.

Dan powiedział mi, że jego zdaniem test ten „działa w stu procentach przypadków”.

Naciskałam, pytając, czego właściwie miałby dowodzić taki dyskomfort. Jego odpowiedź stała się bardziej ostrożna. Reakcja obronna – powiedział – nie musi oznaczać, że człowiek udaje albo że jest podatny na radykalizację.

Może ten człowiek nadal się zmaga, nadal znajduje się w fazie strachu. Nie wiesz, w którym miejscu swojej drogi się znajduje.

To rozróżnienie ma znaczenie. Reakcja może ujawnić, że pozostało jakieś dawne przywiązanie, ale sama w sobie nie mówi mi, czy mam do czynienia z oszustwem, czy z niedokończoną przemianą. Szczery reformator, który pozostaje człowiekiem głęboko wierzącym, również może oburzyć się na zniewagę Proroka, mimo że rzeczywiście odrzuca stanowiska ideologiczne, które Dan pomaga mi rozpoznawać.

Dan zaproponował mi jeszcze jedno rozróżnienie, które uznałam za bardziej użyteczne. Opowiedział o ludziach, których reinterpretacje islamu uważa za błędne teologicznie, a których mimo to uznaje za szczerych, ponieważ naprawdę próbują pogodzić swoje wewnętrzne przekonania z otaczającym ich światem. Innymi słowy, szczerości nie utożsamia ze zgodnością poglądów. Jego zdaniem człowiek może naprawdę się zmienić, a zarazem mylić się co do znaczenia tej przemiany.

Skąd więc mam wiedzieć, jak rozumieć człowieka, który stoi przede mną?

Rozpoczynając te rozmowy, miałam nadzieję, że wyjdę z nich z czymś w rodzaju testu diagnostycznego, listy kontrolnej, którą będę mogła stosować. Tak się nie stało. Zamiast tego mam zestaw wskazówek, które muszę badać. Ale nawet przy ich pomocy dostatecznie przekonujący aktor mógłby przyznać się do paskudnej przeszłości, zachowywać się konsekwentnie poza swoją grupą, a być może nawet ponosić z tego powodu pewne koszty.

Nadal nie sądzę, bym miała wystarczająco dużo doświadczenia, żeby ufać własnej zdolności odróżnienia człowieka, który przeszedł prawdziwą przemianę ideologiczną, od tego, który po prostu dobrze ją odgrywa.

Ale przynajmniej mam teraz lepsze pytania.


Link do oryginału:

Israel Diaries – The Deeper Dive
I Don’t Trust My Instinct Any More
Beginning in my early university years, I have met Arabs and Muslims with whom I believed I was having friendly conversations, people who accepted me as a Jew and later as an Israeli. Sometimes, after I knew them better, I discovered that what they really felt and thought was quite different. Over time, I grew less willing to trust my impressions…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


‘October 7 Will Return’: Hamas, Like Iran, Will Not Voluntarily Give Up the Fight


‘October 7 Will Return’: Hamas, Like Iran, Will Not Voluntarily Give Up the Fight

Khaled Abu Toameh


  • The chants matter because they reveal what speeches about peace and reconstruction conceal.
  • These slogans raise a fundamental question for anyone discussing the future of the Gaza Strip: What exactly has changed?
  • The answer is particularly important because the international framework for the Gaza Strip explicitly calls for something very different.
  • US President Donald J. Trump’s 20-point peace plan states that Gaza is to become a “deradicalized terror-free zone” that poses no threat to its neighbors. The plan calls for the decommissioning of weapons, demilitarization and the establishment of an International Stabilization Force. It also envisages a process intended to change Gazan mindsets and narratives by emphasizing tolerance and peaceful coexistence.
  • On paper, the objective is peaceful coexistence. Public gatherings are proclaiming that Gaza belongs to Hamas and rejecting international forces.
  • This is the main problem facing any attempt to transform the Gaza Strip.
  • Reconstruction can rebuild buildings. It cannot dismantle an ideology.
  • The answer will determine whether Gaza’s reconstruction becomes part of a genuine transition toward stability, or whether reconstruction takes place alongside the reorganization of the same forces that brought the Hamas terrorists to power in the Gaza Strip and the region into war.
  • Has the ideological and military foundation for another October 7 massacre actually been removed?
  • On the eve of the October 7 anniversary, the world should pay close attention when people in the Gaza Strip say they want the October 7 massacre to happen again.
  • It is crucial to remember what senior Hamas official Ghazi Hamad said shortly after the October 7 massacre: “The Al-Aqsa Flood [what Hamas calls the October 7 massacre] is just the first time, and there will be a second, a third, a fourth, because we have the determination, the resolve, and the capabilities to fight.”

Chants can be heard in the streets of the Gaza Strip during funeral processions for Hamas commanders and members killed by Israel: “October 7 will return! It is coming back!” Pictured: The funeral procession for Hamas commanders Izz al-Din al-Beik and Mohannad Abu al-Foul in Gaza City on September 29, 2026. (Photo by Faiz Qreqa/Middle East Images/AFP via Getty Images)

Nearly three years after Hamas-led terrorists invaded Israel on October 7, 2023, murdered roughly 1,200 people and abducted 251, some of the voices emerging from the Gaza Strip are sending a disturbing message: October 7 is regarded by Hamas and its supporters as an operation they plan to repeat.

Chants can be heard in the streets of the Gaza Strip during funeral processions for Hamas commanders and members killed by Israel: “October 7 will return! It is coming back!”

Others include: “Eid [holiday] for you, Eid; October 7 is the day of the Eid,” and “Gaza is all Hamas… Gaza is all Hamas.”

At one recent funeral, Hamas supporters chanted: “Listen, listen, all the people, all of Gaza is for Hamas, no international forces, only eternal Hamas.”

At another funeral they chanted:

“Put sword against sword… we are the men of Mohammad Deif!” (Referring to the slain commander-in-chief of the Al-Qassam Brigades).

“O martyr, rest, rest… we will continue the struggle!”

“Say Allah and raise your voices… either we liberate it [Palestine], or we die!”

At another procession, participants chanted: “Khaybar, Khaybar, O Jews… October 7 will return,” referring to the 628 CE Battle of Khaybar, an oasis near Medina inhabited by Jewish tribes who were besieged and defeated by forces under the Islamic Prophet Mohammed.

The chants matter because they reveal what speeches about peace and reconstruction conceal.

These slogans raise a fundamental question for anyone discussing the future of the Gaza Strip: What exactly has changed?

The answer is particularly important because the international framework for the Gaza Strip explicitly calls for something very different.

US President Donald J. Trump’s 20-point peace plan states that Gaza is to become a “deradicalized terror-free zone” that poses no threat to its neighbors. The plan calls for the decommissioning of weapons, demilitarization and the establishment of an International Stabilization Force. It also envisages a process intended to change Gazan mindsets and narratives by emphasizing tolerance and peaceful coexistence.

The Board of Peace’s July 30, 2026 roadmap, goes even further. It calls for the decommissioning of heavy weapons, military production sites, weapons depots and tunnels, and says that at the end of the process only the National Committee for the Administration of Gaza should hold, store, or control weapons in the Gaza Strip. The roadmap explicitly describes its objectives as a Gaza governed without Hamas control and without “rule by the gun,” under the principle of “One Authority, One Weapon, One Law.”

On paper, the international plan speaks about deradicalization. On the streets, the funeral chants coming from parts of the Gaza Strip present a dramatically different picture. Hamas supporters are chanting “October 7 will return.”

On paper, the objective is peaceful coexistence. Public gatherings are proclaiming that Gaza belongs to Hamas and rejecting international forces.

This does not establish that every Palestinian in the Gaza Strip shares these views. Gaza contains many Palestinians with different experiences, opinions, and political loyalties — and some perhaps afraid to express them. The continued public expression of these slogans nevertheless demonstrates that Hamas’s ideological message remains capable of mobilizing thousands of supporters in the Gaza Strip.

It is significant that there has not been a sustained, broad-based public revolt to displace Hamas as the dominant armed and political force in the Gaza Strip. There have been expressions of anger and opposition to Hamas, including calls for protests, but Hamas has demonstrated an ability to mobilize supporters publicly.

The London-based Asharq Al-Awsat newspaper reported that a planned June 26 mobilization against Hamas failed to attract significant participation, while Hamas continued to display flags and organize funerals for its members.

This is the main problem facing any attempt to transform the Gaza Strip.

Reconstruction can rebuild buildings. It cannot dismantle an ideology. New roads, hospitals, schools, housing projects, and economic opportunities cannot guarantee that the next generation will reject the ideology that produced October 7.

The deployment of international personnel cannot substitute for a fundamental change in the status of terrorist organizations such as Iran-backed Hamas and Palestinian Islamic Jihad.

Has the ideological and military foundation for another October 7 massacre actually been removed?

On the eve of the October 7 anniversary, the world should pay close attention when people in the Gaza Strip say they want the October 7 massacre to happen again.

It is crucial to remember what senior Hamas official Ghazi Hamad said shortly after the October 7 massacre:

“The Al-Aqsa Flood [what Hamas calls the October 7 massacre] is just the first time, and there will be a second, a third, a fourth, because we have the determination, the resolve, and the capabilities to fight.”


Khaled Abu Toameh is an award-winning journalist based in Jerusalem.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com