IDF strikes Southern Lebanon after Hezbollah drone attack


IDF strikes Southern Lebanon after Hezbollah drone attack

NS Staff


No injuries were reported in the drone strike.

IDF soldiers inside Southern Lebanon as seen from the Israeli side of the border, Aug. 6, 2026. Photo by Ayal Margolin/Flash90.

The Israel Defense Forces said on Sunday morning that it was striking in Southern Lebanon after the Iranian-backed Hezbollah terrorist organization launched two drones toward soldiers operating in the security zone.

Troops downed one of the drones, the IDF said. No injuries were reported in the attack.

The statement called the incident “a blatant violation” of the ceasefire agreement with Beirut.

Soldiers “will continue to operate in the security zone in order to remove any threat towards Israeli civilians and IDF soldiers,” the military said, adding that it would act “with determination against Hezbollah’s repeated attempts to harm IDF soldiers.”

Overnight Friday, the IDF also carried out strikes on Hezbollah terrorists and infrastructure in Southern Lebanon in response to a drone launched earlier in the day at soldiers operating in the security zone.

The drone attack constituted a “blatant violation” of the ceasefire agreement, the IDF said.

Israeli soldiers opened fire and downed the drone, the IDF continued, adding that no injuries were reported.

As part of the retaliatory strikes, the IDF struck weapon storage facilities intended to be used by Hezbollah operatives to plan and direct terrorist attacks on IDF soldiers in the security zone and Israeli civilians, the army said.

“The IDF is currently operating and will continue to act with determination against Hezbollah’s repeated attempts to harm IDF soldiers,” the IDF added.

The security zone in control of the Israeli military runs along the Israeli-Lebanese border from the Mediterranean Sea to the area north of Mount Hermon, extending roughly seven miles deep into Lebanon in its furthest points.

Earlier on Friday, Defense Minister Israel Katz reiterated Jerusalem’s position that Israel will not withdraw from Southern Lebanon until Hezbollah is disarmed throughout the country and the danger posed by attacks from the Land of the Cedars is neutralized.

“Prime Minister Netanyahu and I are leading a clear and uncompromising policy, implemented every day by the IDF: Israel will not withdraw from the security zone in Lebanon until Hezbollah is disarmed throughout Lebanon and the threats to the residents of the Galilee are removed,” Katz said.

He said that the IDF’s capture of the Ali al-Taher Ridge in southeastern Lebanon marked the completion of a phase in consolidating Israel’s hold on the security zone.

The decision to advance toward the ridge was made after intelligence indicated the presence of Hezbollah command-and-control tunnels there, according to the defense minister.

The tunnels served as a command center for attacks on IDF troops and the Galilee, while the ridge constituted Hezbollah’s last commanding position protecting the Nabatieh area, giving it strategic importance, Katz said.

Israel releases five Lebanese detainees

Also on Friday, Israel completed the release of five Lebanese civilians as U.S.-mediated negotiations with Beirut continued alongside efforts to locate and repatriate the remains of Lebanese Jewish community leaders abducted and murdered by terrorist organizations in the mid-1980s.

The International Committee of the Red Cross confirmed on Friday that it had facilitated the transfer to Lebanon of all five individuals at the request of the parties.

One detainee was transferred on Thursday and the remaining four on Friday “with full respect for the safety and dignity of the individuals involved,” the ICRC said. “The ICRC’s role in this operation was purely humanitarian, acting as a neutral intermediary between Israel and Lebanon,” it added.
.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Tworzenie polityki: marksistowska tęcza i oddziały szturmowe motłochu


Tworzenie polityki: marksistowska tęcza i oddziały szturmowe motłochu

Peter Huessy


Na zdjęciu: pomnik Karola Marksa w Chemnitz w Niemczech. (Zdjęcie: Velvet/Wikimedia Commons)

Od czasów Karola Marksa komuniści i ich socjalistyczni pobratymcy zakładali, że zazdrość o sukces finansowy skłoni proletariat do przeprowadzenia rewolucji robotniczej w bogatych krajach Zachodu. Okazało się jednak, że nawet biedni chcą być bogaci.

W Ameryce, zamiast zamykać bogatych w łagrach albo zabierać im pieniądze, biedni próbowali wymyślić, jak samemu się wzbogacić.

Dzięki wolności rynkowej w Ameryce przeciętny amerykański pracownik niemal codziennie słyszy o jakimś zwyczajnym człowieku, który wynalazł jakiś gadżet albo wymyślił, jak sprzedać miliony sztuk tego samego produktu – i przy okazji się wzbogacił.

Jak zatem poprowadzić rewolucję, jeśli nie poprzez bunt robotników przeciwko bogatym albo – używając dzisiejszego języka – “oligarchom” i “miliarderom”?

W 1984 roku pastor Jesse Jackson stworzył “Rainbow Coalition” (“Tęczową Koalicję”). Biedni należeli do różnych ras, dlatego Jackson chciał, aby wszystkie rasy zostały włączone w to dążenie do dobrobytu. Wiele lat wcześniej Komunistyczna Partia Chin pod przywództwem Mao Zedonga zalecała, aby komuniści w wyborach w USA wykorzystywali tożsamość rasową – nie klasową czy ekonomiczną. Mao mógł rozumować, że skoro w USA ludzie należący do określonych ras byli w przeszłości uciskani, a niewolnictwo stanowiło dowód numer jeden, białą większość można było zaklasyfikować jako “ciemiężycieli”. Wystarczy dodać wszystkich pozostałych, włączyć kobiety, gejów, lesbijki i osoby biseksualne, a bez trudu wygrywa się konkurs na większość “uciskanych”.

Podsycanie antagonizmów rasowych to wielki biznes. Czterej pastorzy – Jesse Jackson, Jeremiah Wright, Al Sharpton i Louis Farrakhan – postawili sprawę jasno: żadnych kolonialistów, imperialistów ani syjonistów, a oznaczało to białych ludzi. Sam Jackson przewodził demonstracjom podkreślającym, że zachodnia “biała” cywilizacja “musi odejść”. Krótko mówiąc, do “Tęczy” dopuszczano wyłącznie “właściwe” rasy, grupy etniczne, kultury i płeć.

Niestety Sharpton, Joy Reid i burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani mają dziś podatny grunt do szerzenia nienawiści opartej na rasowych podziałach.

W 1965 roku, dwadzieścia lat przed powstaniem “Rainbow Coalition” Jacksona, Stany Zjednoczone znacząco zmieniły swoje przepisy imigracyjne. Jednym z głównych zwolenników zmian był senator Ted Kennedy (demokrata z Massachusetts). Kluczowi autorzy ustawy, Emanuel Celler (demokrata z Nowego Jorku) i Phil Hart (demokrata z Michigan), stanowczo i wprost przekonywali, że ustawa nie ma na celu zmiany struktury rasowej ani składu etnicznego kraju czy też “zachodnioeuropejskiego dziedzictwa Ameryki”.

W rzeczywistości jednak ustawa z 1965 roku została zaprojektowana właśnie po to – i jej autorzy o tym wiedzieli. Demografia Ameryki musiała się zmienić. W ślad za nowym prawem miał odejść również ten sam amerykański system konstytucyjny, który uznano za “opresyjny”.

Dziś, około 70 lat później, transformacja jest już bardzo zaawansowana. 56 milionów ludzi, czyli 16% populacji USA, to osoby urodzone za granicą. Kolejnych dziesięć do dwudziestu milionów może przebywać tu nielegalnie. Nieprzypadkowo “Demokratyczni Socjaliści Ameryki”, którzy wygrywają prawybory i wybory w całym kraju, to niemal wyłącznie imigranci urodzeni za granicą albo przedstawiciele pierwszego pokolenia potomków przybyszów, a niektórzy z nich byli pierwotnie nawet nielegalnymi imigrantami.

Wielu z nich pochodzi również z państw będących totalitarnymi, często marksistowskimi dyktaturami, które doprowadziły do gospodarczych katastrof. Jak ujął to Dave Portnoy, dyrektor generalny Barstool Sports:

“Jak doszliśmy do tego, że socjalizm jest w jakiś sposób postrzegany jako coś, co ma naprawić Stany Zjednoczone? A swoją drogą, wielu ludzi, którzy to mówią, uciekło z krajów będących koszmarem, żeby przyjechać do Stanów Zjednoczonych!”

Uciekając przed marksizmem, przywożą go ze sobą, a następnie chcą ustanowić go tutaj, w Ameryce.

Ci, którzy podążali śladami “Rainbow Coalition” Jacksona, opowiadali się za “właściwym” rodzajem imigracji: “osobami kolorowymi”. Założenie wydaje się być takie, że ludzie z upadłych krajów Trzeciego Świata są w większości biedni, a zatem prawdopodobnie mają socjalistyczne poglądy polityczne: oczekują darmowej opieki zdrowotnej, bonów żywnościowych, dopłat do mieszkań i czesnego na poziomie przewidzianym dla mieszkańców danego stanu, oferowanych przez Amerykę, niezależnie od tego, czy przybywają jako nielegalni imigranci, czy korzystając z legalnych kanałów imigracyjnych.

Zwróćmy uwagę, że rasa, pochodzenie etniczne i płeć wszystkich “osób kolorowych” są cechami dziedziczonymi: żadna z nich nie ma nic wspólnego z zasługami. Gdy raz zostaniesz uznany za członka grupy uciskanych, pozostajesz w tej klasie na zawsze i nie możesz się z niej wydostać.

I odwrotnie: gdy raz zostaniesz zaliczony do klasy ciemiężycieli – jako biały człowiek, który odniósł sukces – również nigdy nie możesz z niej wyjść. Tkwisz w niej na wieczność, chyba że jesteś objętym wyjątkiem miliarderem, takim jak George Soros, albo multimilionerem, takim jak senatorowie Bernie Sanders i Elizabeth Warren czy kongresmen Ro Khanna. Oni otrzymują specjalną dyspensę.

Grupę uciskanych – obejmującą również klasę imigrantów lub cudzoziemców, legalnych bądź nielegalnych – można rozszerzać bez końca i nigdy jej nie uszczuplać. Zwróćmy uwagę, że “mapa etniczna” Nowego Jorku Mamdaniego pomijała Włochów, Irlandczyków i Żydów – wszystkich białych – a jednocześnie starannie wyróżniała takie grupy jak Pakistańczycy jako część nowo przybyłej klasy uciskanych, której obiecuje się coraz więcej darmowych świadczeń – mieszkania, opiekę medyczną, artykuły spożywcze i edukację. Demokratyczni Socjaliści Ameryki domagają się nawet 32-godzinnego tygodnia pracy przy zachowaniu wynagrodzenia za 40 godzin.

Jeśli chodzi o imigrację, senator Mark Warner (demokrata z Wirginii) oświadczył, że gdy tylko uda ci się przedostać przez straż graniczną lub służby celne, Stany Zjednoczone są ci winne amnestię, obywatelstwo – a przede wszystkim prawo głosu. Najwyraźniej właśnie to oznacza reforma – a właściwie likwidacja – ICE. Jeśli będziemy mieli szczęście, być może zachowamy jakieś elementy straży granicznej “na pokaz”.

Znaczenie amerykańskiego obywatelstwa – podobnie jak sama idea Ameryki i jej konstytucji – zostałoby zatem zniesione. Konstytucja USA zostałaby podarta na strzępy, a cała koncepcja mechanizmu kontroli i równowagi władz odrzucona, zastąpiona tyranią zwykłej większości, czyli “rządami motłochu”. Nie byłoby prezydenta, Senatu, Sądu Najwyższego, a już z pewnością Kolegium Elektorów. Demonstranci na ulicach mogliby żądać: “Nie ma sprawiedliwości, nie będzie pokoju”, tak jak robiły to “turbas divinas”, czyli “boskie tłumy” (cywilne paramilitarne oddziały szturmowe prezydenta Nikaragui Daniela Ortegi), gdzie przemoc uliczna staje się prawem – na co mógł liczyć lider mniejszości w Senacie Chuck Schumer, gdy wzywał do przemocy wobec sędziów Sądu Najwyższego:

“Chcę ci powiedzieć, Gorsuch; chcę ci powiedzieć, Kavanaugh: rozpętaliście burzę i zapłacicie za to. Nie będziecie wiedzieli, co was uderzyło, jeśli pójdziecie dalej z tymi okropnymi decyzjami”.

Zniknąłby nie tylko konstytucyjny system kontroli i równowagi władz oraz ograniczonych kompetencji, lecz także wszelkie pojęcia osiągnięć i zasług. W USA studenci medycyny i lekarze są awansowani i wybierani ze względu na swoje cechy etniczne, rasowe lub płciowe, z których wszystkie są dziedziczone, a nie “osiągane” – chyba że, jak Ward Churchill czy Elizabeth “Pocahontas” Warren, dokonujesz “fałszywego przywłaszczenia”, by zaliczyć się do klasy uciskanych. Wielu spośród tych “Demokratycznych Socjalistów” chce obecnie pozbawić finansowania nie tylko policję i straż graniczną, lecz także Departament Obrony. Krótko mówiąc, oznajmiają, że chcieliby oddać kraj przestępcom, handlarzom narkotyków, przemytnikom i krzykaczom. Żadnych więzień, żadnych granic, żadnej odpowiedzialności. W ten sposób znacznie łatwiej przejąć kraj. Najpierw wywołujesz chaos, a potem bohatersko wkraczasz z obietnicami, że go naprawisz – stary numer pod tytułem “jesteś jednocześnie podpalaczem i strażakiem”.

W tym nowym społeczeństwie zasługi odrzuca się jako rezultat “białego przywileju”, zamiast traktować je jako miarę lub wartość osiągnięć. Znaczenie ma wyłącznie kolor skóry lub pochodzenie etniczne. Nawet amerykańskie szkoły medyczne traktowały rasę jako miarę kompetencji medycznych, co doprowadziło w ubiegłym roku do wyraźnego zakazu takiej praktyki.

Gdy zasługi wyrzuca się za burtę, wyniki testów edukacyjnych przestają być potrzebne. Możliwość wyboru szkoły jest demonizowana. Szkoły katolickie? Kolejny przejaw “białego przywileju”. Smithsonian Institution opublikował przewodnik edukacyjny dla uczniów od 3. do 12. klasy, w którym pada stwierdzenie: “Białość: ideologia, która umacnia władzę kosztem innych”.

Ocena nauczania nie opiera się na tym, czy uczniowie ostatecznie cokolwiek wiedzą, lecz wyłącznie na tym, czy “właściwe” treści ideologiczne są przekazywane przez “właściwego” rodzaju nauczyciela, należącego do “właściwej” rasy, grupy etnicznej, płci lub orientacji seksualnej.

Całe oszustwo “różnorodności, równości i inkluzywności” (DEI) stanowi część tej sprytnej kampanii mającej przekształcić Amerykę w kolejne Chiny lub Kubę poprzez wykorzystanie rasy i pochodzenia etnicznego jako dźwigni.

Historia Ameryki, którą należy opowiadać, to na przykład historia jej niezwykłej kampanii na rzecz zniesienia niewolnictwa oraz rozszerzenia wolności na miliardy ludzi na całym świecie.

Fakt, że Stany Zjednoczone odziedziczyły niewolnictwo, umknął autorom odrażającego “Projektu 1619”, dzięki czemu mogli oni przykleić naszym Ojcom Założycielom trwałą etykietę “ciemiężycieli” z powodu niewolnictwa.

Pierwszym aktem ustawodawczym Vermontu, 14. stanu USA, było zniesienie niewolnictwa. Dlaczego nikt w USA nigdy nie protestuje przeciwko niewolnictwu, które nadal istnieje w innych częściach świata?


Peter Huessy jest pracownikiem naukowym (Senior Fellow) w National Institute for Deterrent Studies, a dr Stephen Blank jest pracownikiem naukowym (Senior Fellow) w Foreign Policy Research Institute.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Far-Right AfD Party’s German Election Victory Alarms Jewish Community, Israeli Leaders


Far-Right AfD Party’s German Election Victory Alarms Jewish Community, Israeli Leaders

Ailin Vilches Arguello


Top candidate of the far-right Alternative for Germany (AfD) Ulrich Siegmund speaks accompanied by party co-leaders Alice Weidel and Tino Chrupalla at the AfD election party after polls closed in the Saxony-Anhalt state elections and exit polls were announced, in Magdeburg, Germany, Sept. 6, 2026. Photo: REUTERS/Fabrizio Bensch

The German far-right Alternative für Deutschland (AfD) party’s historic victory in Saxony-Anhalt has sent shockwaves through the country’s Jewish community, prompting warnings from Israeli officials and political leaders who fear the party’s rising influence could threaten Jewish life and test the country’s longstanding commitment to confronting antisemitism.

The AfD — which Germany’s domestic intelligence service classifies as a right-wing extremist group — recorded its strongest-ever regional result in Sunday’s election in the eastern German state of Saxony-Anhalt.

With its historic victory, the party fell narrowly short of the majority required to establish the country’s first far-right state government since World War II.

The AfD secured 39 of the 83 seats in Saxony-Anhalt’s regional parliament, putting the party three seats below the 42-seat threshold needed to govern on its own without forming a coalition.

Even without an outright majority, the results marked a dramatic electoral breakthrough, with the party winning nearly 44 percent of the vote and roughly doubling its previous support in the state.

Josef Schuster, president of the Central Council of Jews in Germany, expressed deep alarm over the result, warning that the AfD’s rising influence could have lasting consequences for Germany’s younger generations and its efforts to preserve an open society.

“I am personally appalled by this election result,” Schuster told the German newspaper WELT. “Over the past few months, it has been clear what goals the AfD is pursuing. Anyone who voted for them today – despite or because of these goals – bears the responsibility for this result.”

“I fear the influence they will have on so many children and young people through a radically altered education policy,” he continued. “Education is the most important foundation for preserving our open society and fighting antisemitism.”

Among its campaign promises, the far-right party has pledged to recast Germany’s approach to teaching history, giving more attention to the country’s pre-World War I and pre-World War II past while scaling back lessons on the Nazi era, part of its broader call for Germans “to move beyond guilt and focus on national pride.”

Israeli Ambassador to Germany Ron Prosor also raised alarm over the AfD’s breakthrough, warning that the party’s record on hostility toward Jews poses serious concerns for the future of Jewish life in Germany, describing antisemitism as a poison that must never be tolerated.

“The election in Saxony-Anhalt this weekend should alarm everyone who cares about the future of Jewish life in Germany,” the Israeli diplomat told the Funke Media Group.

“Just 80 years after the Shoah, a party whose leaders described Berlin’s Holocaust Memorial as a ‘monument of shame’ achieved record gains,’” Prosor continued, using the Hebrew term for the Holocaust. “Germany needs a firewall against antisemitism on all fronts – not just words of condemnation, but concrete action.”

Experts warn that the AfD’s electoral gains are increasingly challenging Germany’s postwar political order, potentially putting pressure on the country’s close ties with Israel and raising concerns over the security and future of Jewish communities and institutions.

Now, Germany’s mainstream political parties face the difficult task of building a broad coalition capable of keeping the AfD out of government, as the election lays bare the deepening political divide between the country’s eastern and western regions.

Some analysts argue that Germany’s political “firewall” against the AfD may have strengthened the party rather than weakened it, allowing the AfD to remain outside government and avoid the difficult compromises and political fallout that come with governing.

At the same time, mainstream parties have struggled to deliver results through fragile coalitions, fueling voter frustration while driving more support toward the far right.

Yet others argue that the AfD’s steady advance has been driven above all by the gradual normalization of far-right ideas, rather than by the party’s exclusion from government alone.

The German party has long faced scrutiny over an extensive record of antisemitic and discriminatory rhetoric, with prominent figures repeatedly seeking to minimize Nazi-era crimes, challenging Germany’s culture of Holocaust remembrance and promoting nationalist positions that have alienated minority communities.

While a single state election cannot define Germany’s broader political landscape and may be less significant in a state that has long supported nationalist parties, far-right movements are gaining traction across Europe, raising fears among some observers of a broader nationalist wave ahead of several closely watched elections.

Sweden is set to hold legislative elections next weekend, while France faces a presidential election next spring, followed by key parliamentary contests in Italy, Spain, and Poland.

According to recent research from the political science department at the University of Amsterdam, more than 23 percent of European voters supported far-right parties in 2026, up from roughly 10 percent a decade ago and about 5 percent in 1995, representing nearly a fivefold increase since the mid-1990s.

Unlike much of Europe, modern Germany has not had a far-right or right-wing populist party lead a national government, a state government, or the administration of a major city.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


80 lat temu urodził się Jacek Zieliński, muzyk i wokalista „Skaldów”, autor nazwy zespołu

Jacek Zieliński (w 2022 roku). Fot. PAP/Łukasz Gągulski


80 lat temu urodził się Jacek Zieliński, muzyk i wokalista „Skaldów”, autor nazwy zespołu

Paweł Tomczyk (PAP)


„Śpiewam bo muszę” – zaśpiewał w 1967 roku Jacek Zieliński. Muzyk i wokalista „Skaldów”, autor nazwy zespołu, który podniósł muzykę rockową do rangi sztuki, urodził się 6 września 1946 roku.

„Modne w tamtych latach były kolory: Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni, Czerwone Gitary, Złote Struny. Jednak nie chciałem w tym przypadku iść z kierunkiem mody i nazwy poszukiwałem w … staropolszczyźnie wśród wędrownych muzykantów, śpiewaków” – opowiadał PAP Jacek Zieliński w 2011 roku. „Tacy wędrowni śpiewacy, grajkowie to nasz żywot” – wyjaśnił, dodając że nazwa „Skaldowie” kojarzy się też ze skalnym Podhalem. „Upiekliśmy więc dwie pieczenie na jednym ogniu – wędrownych śpiewaków i tych ze skalnego Podhala” – podsumował autor propozycji nazwy zespołu.

„Jakże trafne, zważywszy troskę protoplastów o kunszt literacki języka. Skaldowie o urodę słowa będą dbać ogromnie, w czym wspomagał ich nieustannie krakowski, acz z Suwałk, poeta Leszek Aleksander Moczulski, autor wielu pięknych piosenek, ale i przez lata kierownik literacki zespołu” – napisał Wiesław Krupiński w artykule pt. „Harmonia świata Skaldów” („Dziennik Polski”, 2010).

„Gdyby nie Jacek Zieliński, nie byłoby krakowskich Skaldów” – pisał rok wcześniej Krupiński w artykule „Śpiewam bo muszę”. „Przede wszystkim dlatego, że on tę nazwę wymyślił. Po wtóre – to jego wokal tak idealnie i naturalnie współbrzmiąc z głosem brata Andrzeja, twórcy repertuaru, nadał temu zespołowi wyróżniający go sound. Po trzecie – to on w 1987 roku, po sześciu latach przerwy, wznowił działalność zespołu, doprowadził do nagrania płyty, a wysoką nagrodą na festiwalu w Opolu przypomniał o klasie Skaldów, którą zrodził geniusz starszego o dwa lata Andrzeja Zielińskiego” – wyjaśnił.

Jacek był o dwa lata młodszym bratem Andrzeja. „Nie mając jeszcze dziesięciu lat, obaj podejmowali próby komponowania prostych melodii. W archiwum rodzinnym zachowała się piosenka, do której tekst napisał 9-letni Jacek, a muzykę 11-letni Andrzej” – napisał Andrzej Icha autor fundamentalnej monografii „Skaldowie. Historia i muzyka zespołu” (2004).

Ich rodzicami byli Zofia z domu Cukier (1919-2005), rodowita góralka z Zakopanego i Franciszek Zieliński (1915-75), prawnik i muzyk, posiadający też niezwykłe znajomości.

„Franek Zieliński był najlepszym muzykiem wśród naszej prawniczej braci studenckiej. Był rok młodszy ode mnie” – wspominał Jan Karski (1914-2000) w książce Waldemara Piaseckiego pt. „Jan Karski. Jedno życie” (2015). „Grał na wszystkim, na czym popadło. Przede wszystkim na skrzypcach i innych smykach. Potrafił naśladować różne style muzyczne i różny folklor. Jego popisy miały duże wzięcie” – dodał.

„Nie wiedziałem, jak się potoczyły jego losy aż do przyjazdu do Polski w 1974 roku na stypendium Fulbrighta. Wtedy u gospodyni kwatery, gdzie mieszkałem, usłyszałem płytę i song o dworcu w Kansas City, gdzie kiedyś byłem. Potem o wiejskim listonoszu i wreszcie o przepięknej wiolonczelistce. Zapytałem, co to za ansambl śpiewa, a ona podała nazwę »Skaldowie«. Pokazała mi okładkę tej płyty i jeszcze dwie inne. Puściła mi je z gramofonu. Bardzo mi się spodobały. Przy jakiejś okazji dowiedziałem się, że Andrzej i Jacek Zielińscy są synami Franciszka Zielińskiego, który przed wojną studiował we Lwowie, po wojnie został muzykiem. Grał w Orkiestrze Polskiego Radia, a teraz szefuje zespołowi artystycznemu »Desant«” – wspominał kurier Polskiego Państwa Podziemnego. „Od razu pomyślałem o moim koledze ze studiów. W pierwszym odruchu przyszło mi do głowy, żeby się z nim spotkać. Coś mnie jednak tknęło i zapytałem moich warszawskich znajomych, czy to dobry pomysł. Szczerze odradzili. »Możesz narobić człowiekowi kłopotu. Przecież ty jesteś amerykańskim profesorem, na dodatek z katolickiego uniwersytetu. »Desant« to zespół wojskowy. A dookoła jest PRL, kraj, który w Układzie Warszawskim z ZSRR na czele ma zwalczać NATO i przewodzącą mu Amerykę«. Nie trzeba mi było powtarzać. Zielińskiego mogliby wziąć po naszym spotkaniu za »amerykańskiego agenta«. Dałem spokój…” – opowiadał Karski, który niestety nigdy nie miał okazji posłuchać „Skaldów” na żywo.

„Cały wolny czas poza pracą poświęciłem dzieciom. Bawiliśmy się razem, uczyliśmy się razem” – wspominał Franciszek Zieliński („Radar” 1970). „Pomagałem im w nauce i w ćwiczeniu na instrumentach. Obaj chłopcy bowiem od dzieciństwa przejawiali duże zainteresowanie muzyką” – dodał. A tej pracy pan Franciszek miał dużo – obok Filharmonii Krakowskiej grywał też w operetce, „bo wtedy ciężko było wyżyć z jednej pensji”.

„Kiedy przyszedł moment wyboru zawodu, od razu wiedziałem, że muszę iść do szkoły muzycznej” – wspominał Jacek Zieliński w książce Marii Szabłowskiej „Cały ten big beat” (1993). „Ten świat niesamowicie mnie pociągał. Była jeszcze jedna rzecz, może drobna ale ważna dla mnie wtedy. Wszyscy koledzy ojca wydawali mi się wesołymi ludźmi. Ciągle opowiadali dowcipy, żartowali, śmiali się. Myślałem sobie, że muzycy to szczęśliwi ludzie” – dodał.

Bardziej doświadczony życiowo ojciec widział jednak przyszłość młodszego syna inaczej. „Kiedy kończyłem liceum muzyczne, cały czas słyszałem od taty: »Jacuś – wystarczy nam już dwóch muzyków w rodzinie. Jest tyle pięknych zawodów: lekarz czy adwokat« – próbował mnie zniechęcić. Ale ja zdecydowałem się zdawać na Akademię Muzyczną w Krakowie” – opowiadał wykonawca piosenki „Śpiewam bo muszę”.

„Krakowska Akademia Muzyczna miała wykształcić braci Zielińskich na muzyków grających w orkiestrach symfonicznych. Jacek uczył się gry na skrzypcach, a Andrzej – na fortepianie. Młodość ma jednak swoje prawa i obaj studenci zainteresowali się tym, czym słuchali ich rówieśnicy na Zachodzie: najpierw jazzem, a potem big-bitem” – napisał Paweł Gzyl w artykule pt. „Bracia Zielińscy: Big-bitowcy spod Wawelu z góralszczyzną we krwi” („Gazeta Krakowska”, 2022).

„Chęć znalezienia odskoczni od muzyki poważnej i zajęcia się czymś bardziej popularnym. Pojawiła się wtedy moda na gitary elektryczne, wywołana przez brytyjski zespół The Shadows. Potem wielkie sukcesy zaczęli odnosić The Beatles. Słuchaliśmy ich na różnych prywatkach. Pojawiła się więc chęć, by też pograć taką muzykę. Początkowo myśleliśmy, że będzie to tylko chwilowa zabawa młodych ludzi” – wyjaśnił cytowany w artykule Jacek Zieliński.

Miał 19 lat, gdy latem 1965 roku wpadał na próby zespołu tworzonego przez brata. Gdy okazało się, że potrzebny jest wokalista, był oczywistym kandydatem. „Wtedy jako skrzypek w tego typu zespole nie miałem co robić” – opowiadał młodszy Zieliński Wacławowi Krupińskiemu. Pozostawał mi jedynie śpiew, dopiero z czasem zacząłem przemycać trąbkę, a następnie skrzypce” – dodał.

„Skrzypce do muzyki rozrywkowej wyraźnie nie pasowały. Do big-beatu – w ogóle” – wspominał Jacek Zieliński.

„Skrzypce był to taki instrument wówczas w Polsce, że wstyd było iść z futerałem po ulicy, bo można było dostać” – przypomniał Andrzej Zieliński w radiowej „Trójce” (1990)

Prócz nietypowych dla rocka instrumentów Jacek Zieliński wniósł do zespołu swój głos. „Dysponując barytonem, musiał nieraz w piosenkach brata śpiewać i wysoko, na co pozwalała mu niemal trzyoktawowa rozpiętość głosu” – przypomniał Wacław Krupiński. „Jacek zawsze dźwigał na sobie ciężar głównego wokalu, co wymaga wielkiej kondycji fizycznej. A Jacek zawsze był bardzo mocny i został taki do dzisiaj, jego potężne płuca pozwalały mu śpiewać i równocześnie grać na trąbce” – przywołał opinię Andrzeja Zielińskiego.

„Skaldowie” przemycili też odniesienia do polskiego folkloru, konkretnie góralskiego. „Mieliśmy to we krwi – bo nasza mama jest rodowitą góralką i często podrzucała nam różne melodie z tego regionu. Szybko okazało się, że podhalański folklor miał najwięcej tego »bitu«, który pasował do muzyki popowej czy rockowej. Te skrzypce i basy powodowały, że to było bardzo rytmiczne granie. Kiedy zagra kapela góralska, to przecież aż noga sama chodzi” – wyjaśnił Jacek Zieliński Pawłowi Gzylowi.

O artystycznych dokonaniach „Skaldów” z udziałem Jacka Zielińskiego napisano wiele – zwyczajnie brakuje miejsca by to wszystko tutaj powtórzyć.

„Skaldowie są pierwszym polskim zespołem, który podniósł muzykę rockową do rangi sztuki” – ocenił Andrzej Ibis-Wróblewski w artykule pt. „Poetyka Skaldów” („Życie Warszawy”, 1972). „Jak zawsze dopisuje im inwencja melodyczna (…) i jak zawsze są polscy” – podkreślił 54 lata temu. I chyba nic się od tamtej pory niewiele się zmieniło.

Tyle tylko, że Jacek Zieliński zmarł dwa lata temu, 6 maja 2024 roku, w wyniku choroby nowotworowej – miał 77 lat.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Libijczykom grozi kara śmierci za przejście na chrześcijaństwo


Libijczykom grozi kara śmierci za przejście na chrześcijaństwo

Uzay Bulut


Od tłumacza – to tekst z marca 2025 roku. Nie tylko nie stracił aktualności, ostatecznie już wtedy traktował o wydarzeniu sprzed 10 lat, jest kolejnym przypomnieniem, że wojna islamu z niewiernymi nie jest tylko wojną z Żydami, którą oklaskuje tak wielu zachodnich chrześcijan i ateistów. Uzay Bulut – turecka dziennikarka, która wychowała się w muzułmańskiej rodzinie i w muzułmańskim kraju, widzi to wyraźniej niż nasi Betlejewscy.


15 lutego minęła dziesiąta rocznica egzekucji 20 koptyjskich chrześcijan i jednego Ghańczyka dokonanej przez Państwo Islamskie (IS) na plaży w Libii.

W 2015 roku ISIS zamieściło na YouTube nagranie zatytułowane „Przesłanie podpisane krwią do narodu Krzyża”. 20 koptyjskich chrześcijan oraz ghański chrześcijanin, ubrani w pomarańczowe kombinezony, zostali przeprowadzeni wzdłuż libijskiej plaży przez swoich porywaczy, którzy wkrótce mieli stać się ich katami. Mężczyznom dano ostatnią szansę na wyrzeczenie się wiary, zanim zostali ścięci.

Organizacja praw człowieka Open Doors poinformowała:

„Kiedy IS ścięło 21 mężczyzn, odmówiono im godnego pochówku. Ich ciała wrzucono do masowego grobu. Trzy lata później jeden ze schwytanych bojowników ujawnił miejsce, w którym ukryto męczenników, a ich szczątki zostały w końcu sprowadzone do Egiptu. W ich rodzinnej miejscowości zbudowano kościół, aby uczcić ich pamięć. Ich ciała spoczywają obecnie w jego wnętrzu, gdzie umieszczono również ich portrety i świadectwa ich męczeńskiej śmierci.”

Większość koptyjskich chrześcijan z Egiptu, którzy mieszkali i pracowali w Libii, powróciła od tamtej pory do ojczyzny. Tendencja ta nasiliła się po masakrze z 2015 roku, a następnie po kolejnej masakrze dokonanej przez ISIS, w której w kwietniu 2015 roku zamordowano 30 etiopskich chrześcijan.

Obecna populacja Libii wynosi 6 812 000 mieszkańców; pozostaje tam około 35 500 chrześcijan (0,5% ludności). Ta niewielka społeczność chrześcijańska jest jednak narażona na dotkliwe prześladowania.

W Libii przejście na chrześcijaństwo jest przestępstwem zagrożonym karą śmierci. Na przykład chrześcijanin, który przeszedł na tę religię z islamu, został skazany na śmierć we wrześniu 2022 roku. Nadal przebywa w więzieniu, podczas gdy jego sprawa oczekuje na rozpatrzenie przez Sąd Najwyższy.

W marcu 2023 roku co najmniej sześciu libijskich chrześcijan wywodzących się ze środowisk muzułmańskich również aresztowano. Władze próbowały zmusić ich (za pomocą tortur) do wyrzeczenia się wiary. W tym samym czasie dwóch amerykańskich chrześcijan aresztowano i przymusowo wydalono z kraju po oskarżeniu ich o prozelityzm.

Główne grupy chrześcijańskie w dzisiejszej Libii tworzą migranci z Afryki Subsaharyjskiej oraz część egipskich Koptów. Open Doors podaje, że wszystkie koptyjskie kościoły prawosławne w kraju zostały zniszczone lub opuszczone. Pozostali chrześcijanie z Afryki Subsaharyjskiej są podwójnie narażeni na prześladowania i dyskryminację – zarówno ze względu na rasę, jak i religię.

W Libii pozostało niewiele budynków kościelnych. Nadal są one narażone na ataki, zwłaszcza ze strony ugrupowań islamskich.

Praktycznie wszyscy muzułmanie w Libii należą do sunnickiego islamu. W całym kraju obowiązuje prawo szariatu. Muzułmanie przechodzący na chrześcijaństwo spotykają się z brutalną presją ze strony rodziny, lokalnej społeczności i władz, mającą zmusić ich do wyrzeczenia się nowej wiary. Dlatego większość Libijczyków będących chrześcijanami utrzymuje swoją wiarę w tajemnicy.

Domy zamieszkiwane przez chrześcijan oraz prowadzone przez nich niewielkie sklepy są narażone na ataki ze strony grup przestępczych, radykalnych ugrupowań islamskich, a nawet funkcjonariuszy państwowych.

Podobnie jak w większości krajów muzułmańskich, odejście od islamu wiąże się z ogromną presją społeczną, a konwertyci są zawsze najbardziej zagrożeni przede wszystkim ze strony własnych rodzin. Libijscy chrześcijanie często boją się spotykać z innymi chrześcijanami, ponieważ wszelkiego rodzaju niemuzułmańskie zgromadzenia religijne, w tym nabożeństwa w kościołach, są zabronione.

W zależności od regionu migranci mogą gromadzić się w kościołach (także domowych), jednak uczestnictwo w takich spotkaniach naraża ich na poważne niebezpieczeństwo; dlatego wielu z nich z obawy trzyma się od nich z daleka. Mimo to nadal grożą im porwania i inne formy przemocy.

Wwożenie do kraju arabskiej literatury chrześcijańskiej i Biblii jest surowo zabronione. Prozelityzm lub działalność misyjna wśród muzułmanów są oficjalnie zakazane.

Według badań przeprowadzonych przez Open Doors w ostatnich latach w Libii:

  • Zarówno chrześcijanie będący konwertytami, jak i chrześcijańscy migranci byli zatrzymywani z powodów związanych z ich wiarą. Za takie zatrzymania odpowiadają grupy plemienne, a także przedstawiciele władz (często powiązani z radykalnymi ugrupowaniami islamskimi lub milicjami).
  • Kilka budynków kościelnych i innych miejsc kultu chrześcijańskiego zostało zaatakowanych. Często są one burzone lub uszkadzane.
  • Kilku chrześcijan z Afryki Subsaharyjskiej zostało porwanych dla okupu.
  • Według doniesień kilku chrześcijańskich migrantów (głównie z krajów Afryki Subsaharyjskiej), przetrzymywanych w libijskich ośrodkach detencyjnych, zostało zgwałconych i pobitych.
  • Niewolnictwo, praca przymusowa i handel ludźmi nadal są powszechne pomimo międzynarodowego oburzenia, jakie wybuchło w 2017 roku, gdy CNN pokazało nagrania dokumentujące aukcję ludzi pochodzących z Afryki Subsaharyjskiej. Wielu migrantów z Afryki Subsaharyjskiej jest chrześcijanami.
  • Kobiety zajmują w libijskim życiu rodzinnym niższą pozycję niż mężczyźni, co wynika z norm plemiennych odpowiadających zasadom szariatu.
  • Libijska kobieta podejrzewana o zainteresowanie chrześcijaństwem może zostać poddana aresztowi domowemu, napaści seksualnej, przymusowemu małżeństwu, a nawet ponieść śmierć.
  • Chrześcijańskie migrantki przemierzające Libię są również narażone na porwania i handel ludźmi, zwłaszcza gdy zostają oddzielone od towarzyszących im mężczyzn, co często zdarza się w ośrodkach detencyjnych dla migrantów. Według doniesień były zmuszane do prostytucji.
  • Kobiety często doświadczają przemocy seksualnej z powodu swojej wiary, niekiedy jako formy kary. Napotykają społeczne i kulturowe bariery utrudniające ściganie sprawców takich przestępstw.
  • Chrześcijańscy mężczyźni są narażeni na utratę zatrudnienia, przemoc fizyczną i psychiczną oraz wyrzucenie z rodzinnego domu.
  • Libijscy mężczyźni i chłopcy są coraz częściej zmuszani do walki w milicjach, co skłania wielu z nich do ucieczki z rodzinnych miejscowości, aby uniknąć takiego losu.

Libia jest obecnie podzielona między dwa rządy: Rząd Jedności Narodowej (GNA), na którego czele w Trypolisie stoi Abdul Hamid Dbeibah, oraz rząd w Bengazi znajdujący się pod ochroną Khalify Haftara i jego Libijskich Arabskich Sił Zbrojnych (LAAF).

Wybory parlamentarne i prezydenckie pierwotnie planowano na 2021 rok, lecz zostały bezterminowo przełożone po wybuchu poważnych sporów między wszystkimi frakcjami politycznymi.

Przedstawiciele zarówno mającej siedzibę na wschodzie Izby Reprezentantów, jak i mającej siedzibę na zachodzie Wysokiej Rady Państwa pracują obecnie nad nowymi ramami przeprowadzenia wyborów, jednak mało prawdopodobne jest, aby którakolwiek z głównych frakcji zgodziła się oddać władzę.

„Wydaje się, że istnienie jednego rządu centralnego kontrolującego całą Libię byłoby jedynym sposobem na położenie kresu bezprawiu w kraju… Jednak bez względu na rezultat sytuacja osób przechodzących z islamu na chrześcijaństwo pozostanie niezwykle delikatna i niebezpieczna” – zauważa Open Doors.

Nie tylko chrześcijanie padają w Libii ofiarą poważnych prześladowań. Muzułmanie ibadyccy i suficcy, którzy nie należą do sunnickiej tradycji islamu, również doświadczają naruszeń, w tym brutalnych ataków ze strony sunnickich milicji. Spotykają się także z ogólną dyskryminacją społeczną. Ponadto ateiści oraz osoby otwarcie kwestionujące sunnicką doktrynę islamu są poważnie zagrożone.

Libia była jednak niegdyś krajem o większości chrześcijańskiej.

Obszar Afryki Północnej, który od 1911 roku znany jest jako Libia, należał najpierw do Imperium Rzymskiego, a później do Cesarstwa Bizantyjskiego (Wschodniorzymskiego) – od 146 roku p.n.e. do 643 roku n.e.

Nazwa kraju pochodzi od starogreckiego Λιβύη („Libýē”), które w tamtych czasach odnosiło się ogólnie do kontynentu afrykańskiego.

W starożytności częściami Libii władali między innymi Grecy, Asyryjczycy i Persowie. Grecy pozostawili w starożytnej Libii głębokie ślady. Cyrena była na przykład starożytnym greckim miastem w Libii, założonym w 631 roku p.n.e. przez społeczność greckich emigrantów z wyspy Thera na Morzu Egejskim.

Cyrena stała się jednym z wielkich ośrodków intelektualnych świata klasycznego, posiadającym szkołę medyczną. Z miastem związani byli wybitni uczeni, tacy jak geograf Eratostenes oraz filozof Arystyp, twórca szkoły cyrenajskiej.

W 96 roku p.n.e. Cyrenajka znalazła się pod panowaniem rzymskim, a w 67 roku p.n.e. została połączona z Kretą, tworząc prowincję senatorską ze stolicą lokalną w Cyrenie. W wyniku podboju rzymskiego cały obszar dzisiejszej Libii stał się częścią Imperium Rzymskiego.

Terytoria współczesnej Libii miały odrębne dzieje aż do czasów rzymskich, jako Trypolitania i Cyrenajka. Początki chrześcijaństwa w Libii są również bardzo dawne, ponieważ wielu historyków przypisuje jego zapoczątkowanie ewangeliście św. Markowi.

Profesor Thomas C. Oden pisze:

„Od około 68 roku n.e. aż do muzułmańskiego podboju w 643 roku n.e. Libia była domem dla żywej, twórczej społeczności chrześcijańskiej, która przyczyniła się do ukształtowania wiary w postaci, w jakiej znamy ją nawet dzisiaj. W połowie lat 190. n.e. Leptis Magna mogła szczycić się swoimi słynnymi synami: rzymskim papieżem Wiktorem Afrykańczykiem oraz rzymskim cesarzem Septymiuszem Sewerem. Bogata i prężna społeczność wydała wiele kluczowych postaci – od pierwszych męczenników, przez wielkich myślicieli, aż po największych herezjarchów.”

Najświetniejszy okres rzymskiej Libii przypadł na panowanie cesarza Septymiusza Sewera, urodzonego w Leptis Magna.

„Leptis Magna została rozbudowana i upiększona przez Septymiusza Sewera, który się tam urodził, a później został cesarzem. Było to jedno z najpiękniejszych miast Imperium Rzymskiego, z imponującymi budowlami publicznymi, portem, rynkiem, magazynami, sklepami i dzielnicami mieszkalnymi” – podaje UNESCO.

Tragiczne jest to, że ta cywilizacja nie miała przetrwać. W VII wieku Afryka Północna została najechana przez armie arabskie. Wtedy rozpoczął się jej upadek – wraz z procesem brutalnej arabizacji i islamizacji.

Co pozostało dziś z niegdyś rzymskiej, greckiej i chrześcijańskiej Libii? Kraj pogrążony w nieustannej wojnie, zrujnowany przez islamskich barbarzyńców.

Libia, niegdyś jeden z głównych ośrodków chrześcijaństwa, stała się krajem znanym z prześladowania nie tylko swojej niewielkiej mniejszości chrześcijańskiej, lecz także innych niemuzułmanów. Jest jednym ze światowych centrów terroryzmu.

Dzieci w szkołach całego niemuzułmańskiego świata powinny poznawać prawdziwą historię islamizacji oraz zniszczeń, jakie przyniosła ona licznym, wspaniałym cywilizacjom.


Link do oryginału: https://jihadwatch.org/2025/03/libyans-face-death-penalty-for-converting-to-christianity?utm_source=substack&utm_medium=email

Jihad Watch 4 marca 2025


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com