
Dlaczego nie jestem socjologiem
Andrzej Koraszewski
Na progu dorosłości czytałem z zafascynowaniem esej Bertranda Russella Dlaczego nie jestem chrześcijaninem. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że po wielu dziesięcioleciach będę pisał wstęp do polskiego wydania doskonałej książki Ibn Warraqa Dlaczego nie jestem muzułmaninem, nie napisałem książki pod tytułem Dlaczego jestem ateistą, z dwóch powodów, po pierwsze inny autor napisał książkę pod tym tytułem, a po drugie moja książka na temat mojego ateizmu nosi tytuł Ateista i jest raczej próbą odpowiedzi na pytanie jakim jestem ateistą niż dlaczego nie jestem wierzącym.
Książki i artykuły noszące tytuł dlaczego jestem tym czy tamtym różnią się zasadniczo od tych z przeczeniem, gdzie autorzy przedstawiają argumenty, które skłoniły ich do odżegnania się od jakiejś grupy religijnej, politycznej, etnicznej czy zawodowej. Jestem z wykształcenia socjologiem, wiele lat pracowałem w tym zawodzie, opublikowałem setki artykułów, które w ten lub inny sposób powiązane były z tym, co nazywa się socjologią. Pamiętam oburzenie mojego przyjaciela, amerykańskiego biologa Jerrego Coyne’a, kiedy siedząc na schodkach naszej werandy stwierdziłem, że ani socjologia ani psychologia społeczna naukami nie są.
Tamta przyjacielska i poważna dyskusja zatrzymała się na definicji pojęcia nauka i falsyfikacji jako centralnym filarze tej definicji. Teoria naukowa musi być falsyfikowalna. Nauka tym różni się od wiary, że nie ma w niej świętych przekonań, a dociekanie prawdy opiera się na ustawicznym sprawdzaniu, bowiem nasze obserwacje mogą wprowadzać nas w błąd, a co więcej w błędzie jesteśmy znacznie częściej niż możemy to sobie uświadamiać.
Przypomniała mi się tamta dyskusja na marginesie internetowego sporu, w którym młoda kobieta o wdzięcznym imieniu Elwira, przekonywała z zapałem, że Izrael jest projektem kolonialnym. Autorka kilku komentarzy zgadzała się, że powstanie Izraela to: „nie był klasyczny kolonializm, którego celem jest przejęcie zasobów jakiegoś obszaru. Ale traktowanie rdzennej ludności i ideologia za tym stojąca w stylu “niesienie cywilizacji” itp jest już typowe dla zachowań kolonialnych.” W innym miejscu dodała, że opiera swoje wnioski na opiniach ludzi, którzy poświecili życie badaniom tej sprawy.
Zaintrygowany zajrzałem na stronę pani Elwiry i zobaczyłem tam nabożny stosunek do nauki, bez cienia wyjaśnienia, co właściwie przez naukę rozumie. Pytanie jej o to, w obliczu jakich dowodów uznałaby hipotezę o kolonialnym charakterze Izraela za błędną wydało mi się stratą czasu, ponieważ p. Elwira odmawiała nawet odpowiedzi na pytanie, czy czytała artykuł, który był podstawą dyskusji.
Oglądając jej profil zauważyłem, że łączy nas wiele – sympatia do Jurka Owsiaka i jego działań, miłość do zwierząt, niechęć do myślistwa jako sportu, domyślałem się, że głosujemy na tę samą partię polityczną, nie znalazłem odpowiedzi na pytanie co studiowała, ale trudno o wątpliwości, że mam do czynienia z osobą, która nie zakończyła swojej edukacji na szkole średniej.
Przyjmując mało prawdopodobne założenie, że jest skłonna do poważnej dyskusji, zastanawiałem się jak też mogłaby odpowiedzieć na propozycję przedstawienia warunków, w których jej teza musiałaby zostać uznana za błędną? Ta niema dyskusja skłoniła mnie do własnej próby falsyfikacji takiej tezy. Czy był w historii osadnictwa kolonialnego jakikolwiek przypadek, w którym kolonialiści odkrywali na zajętych obszarach groby, artefakty kultury, monety, obiekty kultu swoich przodków? Czy wszystkim projektom kolonialnym towarzyszyło militarne wsparcie macierzystego kraju? Czy w innych projektach kolonialnych był również spór kto na zajętym obszarze jest ludnością rdzenną?
Zastanawiając się nad problemem migracji docieramy do pytania po ilu pokoleniach powrót przestaje być powrotem, a staje się projektem kolonialnym? Żydzi podejmowali próby powrotu do Eretz Israel od czasu niewoli babilońskiej, korzystając z każdej okazji odczytanej jako złagodzenie zakazu/utrudnień powrotu. Jeśli uznamy Żydów za ludność rdzenną obszaru na którym niegdyś istniało państwo Izrael, musimy zadać pytanie jak i dlaczego ta ludność rdzenna została zredukowana do śladowych ilości oraz dlaczego potomkowie rozproszonych po świecie wygnańców nadal mieli silną motywację powrotu na ziemie przodków? (Tu oczywiście pojawia się pewna analogia z bliższym w czasie „wygnaniem” arabskiej ludności z terenów dzisiejszego Izraela. To ważny i ciekawy problem, ale odrębny od sprawy falsyfikacji tezy o syjonizmie jako projekcie kolonialnym.)
Porzuciłem zabawę w rozmowę w myślach z niemą p. Elwirą, zatrzymując się nagle na starożytnym aforyzmie z Talmudu: „Oddech dzieci spieszących do szkoły podtrzymuje świat”. Przemknęło mi przez głowę pytanie, czy p. Elwira oglądała film „Kabaret”, czy coś jej mówi nazwisko Pawlika Morozowa, czy uświadamia sobie, że oddechy dzieci spieszących do szkoły mogą mieć odrażający zapach religijnego lub ideologicznego fanatyzmu, czy spotkała się z wypowiedziami rodziców przerażonych tym, czego ich dzieci uczą się w szkole? Rodziców palestyńskich, irańskich, pakistańskich, ale również rodziców amerykańskich, francuskich, czy polskich? Przerażenie jest różne, bo też poziom i skala odczłowieczania przez szkołę są bardzo zróżnicowane.
Porzuciłem p. Elwirę i wróciłem do komputera otwierając plik z tekstami do przeczytania. Od wielu dni odkładałem na później lekturę raportu pod tytułem The Status of Scholarly Standards in Sociology sporządzonego przez profesor Asley T. Rubin. Fragment tego raportu (z linkiem do całości) opublikował niedawno magazyn Quillette.
Raport oparty jest na badaniach socjologicznych przeprowadzonych wśród amerykańskich socjologów i skierowany jest do Amerykańskiego Towarzystwa Socjologicznego.
Jak dyplomatycznie pisze Autorka w streszczeniu tego raportu „Socjologia jest niezwykle ważną dziedziną” dodając, że została osłabiona „przez postępującą instytucjonalizację zaangażowania w realizację celów politycznych, które biorą górę nad dążeniem do wiedzy”.
Autorka stwierdza, że od dawna toczy się spór „o misję”, czyli o to, czy socjolog ma być badaczem zjawisk społecznych, czy badaczem-aktywistą. Ta druga postawa wpływa na wybór tematów badawczych i ocenę dorobku naukowego.
”Zdarzają się zarówno ukryte (a przez to słabo mierzalne), jak i głośne (i prawdopodobnie rzadkie) przypadki stosowania sankcji społecznych oraz cenzurowania badaczy zajmujących się tematami, teoriami i pytaniami badawczymi uznawanymi za tabu lub przedstawiających wyniki politycznie niepopularne (w świetle preferencji politycznych dominujących w tej dziedzinie).”
Autorka pisze, że „dowody na istnienie pewnych norm przedkładających zobowiązania polityczne nad inne wartości są mocniejsze niż dowody na ich późniejszy wpływ na rygor prowadzonych badań, który – zgodnie z moją wiedzą – nie został poddany systematycznej analizie.”
No właśnie, ale co oznacza „rygor prowadzonych badań”? Jak często słyszeliśmy, że jakaś teoria socjologiczna została sfalsyfikowana? W podręcznikach metodologii pisze się o falsyfikowalności, ale w praktyce prób falsyfikowania brak.
Przypominam sobie jeden dobry przykład – teorii sekularyzacji Petera L. Bergera, w której przewidywał, że modernizacja prowadzi do racjonalizacji, a dalej do sekularyzacji i w efekcie do zaniku społecznego znaczenia religii. Obserwując zmiany społeczne w kolejnych dekadach Berger doszedł do wniosku, że odradzanie się życia religijnego w wielu miejscach sfalsyfikowało jego teorię. (Jeśli dodamy do tego, że totalitarne ideologie przyjmują formy kultu religijnego, to ta teoria została nie tylko osłabiona, a wręcz obalona. Pobożni ateiści w kefijach nie są dowodem na zanik religijności).
Problem jednak polega na czym innym – zaangażowana socjologia nie tylko nie oczekuje prób falsyfikacji przedstawianych hipotez – ale jest wręcz skłonna do karania za takie próby. Jeśli zatem ów rygoryzm badawczy dopuszcza nieustanną reinterpretację wniosków z obserwacji, jeśli nie możemy określić kiedy jakieś twierdzenie jest prawdziwe a kiedy fałszywe – mamy wówczas do czynienia nie z nauką, a z nieustanną rewią mody intelektualnej.
W raporcie profesor Rubin moją szczególną uwagę zwrócił fakt, że w badaniach ankietowych wśród amerykańskich socjologów osoby traktujące socjologię jako „misję moralną” (tj. socjologowie o silniejszych skłonnościach aktywistycznych) znacznie częściej odrzucały wyjaśnienia kulturowe oraz uznawały je za dyskryminujące, a tym samym za niedopuszczalne w badaniach.
Co więcej, autorka raportu zauważa, że socjologia głównego nurtu rzadko dostrzega możliwości włączenia modeli biologicznych i biologicznego sposobu rozumowania do naszego rozumienia zachowań społecznych”. Przywołuje wniosek Patricka Heuveline z University of Chicago: „Dystans socjologii wobec biologii wydaje się głęboko zakorzeniony w naukowych i politycznych projektach tych dyscyplin”. Arystotelesowe zoon politikon najwyraźniej do socjologów nie przemawia.
Jak czytamy w tym raporcie teorie ewolucyjne są niepopularne i traktowane z dużym sceptycyzmem przez socjologów preferujących wizję natury ludzkiej jako „czystej karty”.
Podczas gdy psychologia ewolucyjna rzuca nowe światło na długie ewolucyjne korzenie naszych zachowań indywidualnych i zbiorowych, socjologia stroni od tego światła jak diabeł od święconej wody. Sekcja Amerykańskiego Stowarzyszenia Socjologów Biology and Society (Biologia i społeczeństwo) liczy mniej niż 100 członków i jest obecnie najmniejszą sekcją. Innymi słowy – kulturę ignorujemy, biologię ignorujemy – chcemy być inżynierami ujednoliconych dusz ludzkich. Jeśli dodamy do tego osobliwe pojmowanie rygoru badań i rzadkość (praktycznie nieobecność) falsyfikacji – trudno tę dziedzinę nazwać nauką. To nie oznacza, że nie ma ciekawych, czy wręcz fascynujących prac napisanych przez dyplomowanych socjologów, ale skłania do odżegnania się od tej wspólnoty wyznaniowej.
Nie zamierzam ani palić ani drzeć mojego dyplomu, przeciwnie, z wdzięcznością wspominam moich nauczycieli, którzy nieraz ostrzegali nas przed trudnością uczciwego uprawiania zawodu, w którym zbyt często teorie zatwierdzane są przez aklamację.
Dziesięciolecia temu porzuciłem socjologię dla historii gospodarczej, a dziś jestem już tylko publicystą odpowiedzialnym za swoje słowa, który nie próbuje nazywać nauką tego, co nauką nie jest. Jestem nadal obserwatorem zjawisk społecznych, ale nie jestem już i nie mogę być socjologiem. Mam nieodparte wrażenie, że ta dziedzina jako nauka sfalsyfikowała się sama.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com






