Zack Polanski – wzorowy użyteczny idiota. (Zrzut z ekranu)
Klątwa pożytecznego idioty
Leo Pearlman
Pożyteczny idiota jest jedną z najbardziej trwałych postaci w historii. Pojawia się w każdym pokoleniu, w każdej ideologii i w każdym ruchu politycznym. Nie definiuje go to, w co wierzy, lecz to, do czego można go wykorzystać. Byłby jedną z wielkich komicznych postaci historii, gdyby nie był tak niebezpieczny.
Pożyteczny idiota rzadko jest głupi. Przeciwnie, wielu z nich to ludzie inteligentni, elokwentni i często świetnie wykształceni. Można ich znaleźć na uniwersytetach, w zarządach firm, partiach politycznych, organizacjach aktywistycznych i instytucjach medialnych. Tym, co ich wyróżnia, nie jest brak inteligencji, lecz brak ciekawości – albo, mówiąc dokładniej, lęk przed ciekawością.
Pożyteczny idiota boi się informacji, które mogłyby skomplikować jego obraz świata. Unika rozmów podważających jego założenia, szukając raczej potwierdzenia niż zrozumienia, pewności zamiast prawdy.
Dla poprzednich pokoleń edukacja była często procesem odkrywania, jak wiele się nie wie. Dziś dla wielu stała się procesem uczenia się, jakie poglądy można bezpiecznie wyznawać. Pierwsze kształtuje ludzi myślących samodzielnie, drugie – naśladowców.
Pożyteczny idiota nie boi się, że może nie mieć racji. Boi się odkrycia, że jego przeciwnicy mogą nie być całkowicie w błędzie. Bo takie odkrycie zagraża czemuś znacznie ważniejszemu niż argumentacja – zagraża przynależności. A właśnie przynależność leży w samym sercu tego zjawiska.
Pożyteczny idiota chce być akceptowany, potrzebuje należeć do „tych dobrych”, łaknie aprobaty tłumu. A przede wszystkim pragnie pewności. Chce świata schludnie podzielonego na dobrych i złych, ciemiężycieli i uciskanych, ofiary i złoczyńców.
Rzeczywistość rzadko jest tak prosta, ale pożyteczny idiota nie może sobie pozwolić na złożoność. Złożoność wymaga myślenia, myślenie rodzi wątpliwości, wątpliwości zagrażają przynależności, a przynależność coraz częściej jest walutą współczesnego aktywizmu.
I właśnie tutaj zaczyna się manipulacja, ponieważ pożyteczny idiota nie tylko się myli – jest wykorzystywany. Na tym polega cała rzecz, bo jego wartość nie tkwi w mądrości, wiedzy czy osądzie, lecz w zdolności do dostarczania legitymizacji.
Jeśli chcesz atakować Żydów, znajdź Żyda. Jeśli chcesz atakować kobiety, znajdź kobietę. Jeśli chcesz atakować prawa gejów, znajdź gejowskiego aktywistę. Jeśli chcesz atakować demokrację, znajdź demokratę.
Pożyteczny idiota staje się żywą tarczą, certyfikatem autentyczności, przepustką.
„Jak to może być antysemityzm? Przecież razem z nami maszerują Żydzi”.
„Jak to może być mizoginia? Przecież kobieta się z nami zgadza i stoi po naszej stronie”.
„Jak to może być homofobia? Przecież on stoi na naszym czele”.
Sama sprzeczność staje się produktem. Zjawisko to stało się tak powszechne, że niemal przestało zwracać uwagę. Zwrot „Jako Żyd…” stał się wręcz osobnym gatunkiem dyskursu politycznego.
Rzadko chodzi tu o fachową wiedzę. Chodzi o rozgrzeszenie. Taka osoba nie znajduje się tam dlatego, że rozumie problem lepiej niż wszyscy inni. Jest tam po to, by pozwolić wszystkim pozostałym przestać myśleć – albo, w wielu przypadkach, w ogóle nie zaczynać.
Pożyteczny idiota bierze to za akceptację. Ale to nie jest akceptacja. Akceptacja oznacza, że jesteś ceniony za to, kim jesteś. Użyteczność oznacza, że jesteś ceniony za to, co możesz zrobić dla kogoś innego.
Pierwsze jest bezwarunkowe. Drugie ma termin ważności.
7 października nie stworzył pożytecznego idioty. Ujawnił go. A właściwie ujawnił ich miliony. To, co nastąpiło po masakrze, było jednym z najbardziej niezwykłych politycznych przegrupowań we współczesnej historii Zachodu.
Powstała burza doskonała: część progresywnej lewicy zaczęła maszerować ramię w ramię z ruchami islamistycznymi.
Organizacje walczące o prawa kobiet miały trudności z potępieniem zorganizowanych gwałtów i przemocy seksualnej wobec izraelskich kobiet.
Organizacje LGBTQ entuzjastycznie sprzymierzały się ze sprawami, których ideologie polityczne uznawałyby homoseksualizm za przestępstwo i karały homoseksualistów śmiercią przez powieszenie.
Obrońcy praw człowieka zaczęli bronić organizacji otwarcie odrzucających wiele praw, których sami rzekomo bronią.
Sprzeczność była oczywista, a jednak miliony ludzi zdawały się jej nie dostrzegać – albo nie chciały jej dostrzec. Bo kiedy przynależność staje się ważniejsza niż prawda, rzeczywistość staje się negocjowalna.
Pożyteczny idiota przestaje pytać: „Co się stanie, jeśli ci ludzie zwyciężą?”. Zamiast tego pyta: „Co pomyśli o mnie moje plemię, jeśli zacznę ich kwestionować?”.
Ta jedna zmiana wyjaśnia wiele ze współczesnego aktywizmu. Pożyteczny idiota ocenia ruchy według tego, jak współczująco brzmią, nigdy zaś według tego, co się dzieje, kiedy zdobywają władzę.
I tu dochodzimy do brytyjskiego polityka z Partii Zielonych, Zacka Polanskiego.
Gdyby komuś powierzono zadanie skonstruowania w laboratorium idealnego pożytecznego idioty, rezultat mógłby wyglądać uderzająco podobnie.
Gej, Żyd i progresywny polityk, entuzjastycznie uczestniczący w koalicjach politycznych, w których znajdują się ludzie celebrujący 7 października, broniący Hamasu lub sprzymierzający się z ruchami zasadniczo wrogimi zarówno żydowskiemu samostanowieniu, jak i równouprawnieniu osób LGBT.
Ironia jest niemal zbyt doskonała. Żyd i homoseksualista prowadzący kampanię u boku ludzi, których ideologiczni pobratymcy mieliby niewiele cierpliwości zarówno dla jego żydowskości, jak i homoseksualności.
A jednak właśnie ta sprzeczność czyni go tak wartościowym. Jego żydowskość, seksualność i poglądy polityczne zapewniają legitymizację. Jest użyteczny nie pomimo tych cech, lecz właśnie dzięki nim.
Pożyteczny idiota jest zawsze cenniejszy, kiedy można go pokazać palcem. „Widzicie? To przecież nie może być antysemityzm”. „Widzicie? To przecież nie może być homofobia”. „Widzicie? Jeden z nich się z nami zgadza”.
Jest jeszcze jedna cecha pożytecznego idioty, której poświęca się znacznie mniej uwagi:
Jego użyteczność często rośnie, kiedy cierpi. Pożyteczny idiota wyobraża sobie, że jest częścią ruchu. W rzeczywistości często jest surowcem, którym ruch się żywi.
Jego aresztowanie staje się okrzykiem mobilizującym zwolenników. Jego zawieszenie – apelem o datki. Jego zwolnienie z pracy – dowodem prześladowania. Jego uwięzienie – narzędziem rekrutacji. Ruch pochłania jego ofiarę i przetwarza ją w energię. Jednostka płaci cenę, organizacja inkasuje dywidendę.
Skuteczny aktywista jest użyteczny. Ofiara jest bezcenna.
Dlatego tak wiele ruchów z większym entuzjazmem celebruje swoich męczenników niż własne sukcesy. Uwięziony aktywista, wyrzucony student, aresztowany demonstrant, napiętnowany wykładowca. Ich cierpienie staje się kapitałem politycznym, ich ofiara – strategią marketingową.
Pożyteczny idiota bierze ten proces za solidarność. Często jest to po prostu eksploatacja. Jego poświęcenie nie jest niefortunnym skutkiem ubocznym działalności ruchu – jest jednym z jego najcenniejszych aktywów. A ponieważ nauczono go, że cierpienie jest dowodem zaangażowania, staje się jeszcze bardziej lojalny. Im więcej traci, tym bardziej jest przekonany. Im więcej poświęca, tym bardziej czuje się sprawiedliwy. Im surowiej jest karany, tym większą ma pewność, że stoi po właściwej stronie historii.
Ruch rozumie to instynktownie. Pożyteczny idiota – rzadko.
I tu dochodzimy do publicysty „Guardiana”, Owena Jonesa.
Jego doświadczenie po wizycie na Buttmitzvah, queerowej żydowskiej imprezie klubowej w Londynie, było drobną, lecz doskonałą ilustracją szerszego zjawiska.
Przez lata Jones prezentował nienaganne antysyjonistyczne referencje. Przejął odpowiedni język, popierał właściwe sprawy i z niesłabnącą obsesją atakował zatwierdzone cele. A jednak wystarczyło, że pojawił się na żydowskiej imprezie, by niektórzy zwrócili się przeciwko niemu.
Jego reakcja była znamienna: zdziwienie, rozczarowanie, poczucie zdrady. Oczywiście nie powinien był być zaskoczony. Pożyteczny idiota często dopiero za późno odkrywa, że tłum, który mu klaskał, nigdy naprawdę go nie akceptował. Po prostu uważał go za użytecznego.
Lekcja, którą Owen odebrał w miniaturze, jest tą samą lekcją, której historia raz po raz udziela w pełnej skali. Pożyteczny idiota wyobraża sobie, że lojalność zostanie w końcu odwzajemniona. Historia sugeruje coś innego. Bo pożyteczny idiota nigdy nie jest partnerem. Jest narzędziem. Dziś jest przydatny do atakowania kogoś innego. Jutro staje się zbędny i sam znów staje się celem.
Historia już spotykała pożytecznego idiotę.
Spotkała go w zachodnich intelektualistach gloryfikujących Stalina, podczas gdy miliony ludzi znikały w gułagach. Spotkała go w świeckich rewolucjonistach maszerujących u boku islamistów w Teheranie, przekonanych, że wspólnie budują tę samą przyszłość. Spotkała go w idealistycznych studentach rewolucji kulturalnej Mao, którzy z entuzjazmem burzyli stary świat, zanim rewolucja zwróciła uwagę na nich samych.
Flagi były inne, hasła były inne, rezultat – uderzająco podobny. Pożyteczny idiota zawsze jest przekonany, że pomaga budować lepszy świat. Tragedia polega na tym, że rzadko zatrzymuje się, by zapytać, jaki świat zamierzają zbudować ludzie, których wzmacnia, kiedy już zwyciężą.
I dlatego Dearborn ma znaczenie.
Przez lata wielu ludzi na progresywnej lewicy przekonywało samych siebie, że wszystkie grupy mniejszościowe w naturalny sposób podzielają te same wartości i aspiracje. Potem pojawiły się kwestie dotyczące seksualności, edukacji, religii i wolności słowa. Nagle grupy, które wcześniej maszerowały razem, odkryły, że wyobrażają sobie zupełnie inne społeczeństwa.
Koalicja działała doskonale, dopóki miała charakter symboliczny. Stało się znacznie trudniej, kiedy wkroczyła polityczna rzeczywistość.
Dearborn nie jest wyjątkiem. Jest zapowiedzią kierunku, w którym zmierzają wydarzenia. Tak właśnie wygląda zderzenie haseł z władzą, kiedy sojusz zbudowany wyłącznie na wspólnym sprzeciwie zostaje zmuszony do odpowiedzi na znacznie trudniejsze pytanie:
Co właściwie próbujecie zbudować?
To pytanie dotrze również do Wielkiej Brytanii, ponieważ istnieje zasadnicza różnica między wspólnym występowaniem przeciwko czemuś a zgodą co do tego, co powinno owo coś zastąpić.
Pożyteczny idiota nigdy nie rozumie tej różnicy. Zakłada, że wszyscy podzielają jego wartości, że wszyscy chcą tej samej przyszłości, że lojalność zostanie w końcu nagrodzona. Zamiast tego odkrywa, że użyteczność ma termin ważności.
7 października nie stworzył pożytecznego idioty. Obnażył go. Pokazał, jak wielu ludzi tak rozpaczliwie pragnie przynależeć, że przestało zadawać najważniejsze ze wszystkich pytań politycznych: „Co się stanie, jeśli ci ludzie zwyciężą?”.
Ujawnił pokolenie gotowe oceniać ruchy według tego, jak współczująco brzmią, zamiast według tego, jakie społeczeństwa chcą zbudować. Pokolenie gotowe usprawiedliwiać mizoginię, homofobię, autorytaryzm i przemoc, pod warunkiem że zostaną opakowane we właściwe hasła.
Niektórzy w końcu dostrzegą tę sprzeczność. Wielu nie dostrzeże jej nigdy. Historia podpowiada, że kiedy wreszcie ją dostrzegają, często jest już za późno. Bo pożyteczny idiota rzadko jest ostatnią ofiarą sił, które sam wzmacnia. Jest po prostu pierwszą.
Wolności, które pomaga podkopywać, prawdy, które pomaga tłumić, i instytucje, które pomaga osłabiać, nie znikają wraz z nim. Stają się dziedzictwem następnego pokolenia. I właśnie na tym polega prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie na krzywdzie, którą pożyteczny idiota wyrządza samemu sobie, lecz na szkodach, które pozwala wyrządzić innym, kiedy już pomoże im dotrzeć tam, dokąd chcieli dojść.
7 października powinien był być ostrzeżeniem. Zamiast tego dla wielu stał się sprawdzianem. Sprawdzianem tego, czy przynależność liczy się bardziej niż prawda, czy hasła są ważniejsze od rzeczywistości, czy akceptacja jest ważniejsza od zasad. Zbyt wielu tego sprawdzianu nie zdało.
Tragedia nie polega na tym, że pewnego dnia mogą odkryć, iż byli wykorzystywani. Tragedia polega na tym, że kiedy to odkryją, cenę będą już płacić ludzie daleko wykraczający poza ich własne grono.
Historii nigdy nie kształtowali wyłącznie fanatycy. Znacznie częściej kształtowali ją zwyczajni ludzie, którzy wmówili sobie, że zadawanie trudnych pytań jest mniej ważne niż akceptacja tłumu.
Pożyteczny idiota rzadko jest celem podróży. Jest mostem.
Tragedia polega na tym, że nasze społeczeństwo przechodzi po tym moście razem z nim.
Link do oryginału: https://www.israelnationalnews.com/news/428694?utm_source=substack&utm_medium=email
Israel National News, 16 czerwca 2026
Leo Pearlman jest londyńskim producentem oraz otwarcie i dumnie deklarującym się syjonistą. Jego film o masakrze na festiwalu muzycznym Nova 7 października, We Will Dance Again, zdobył w 2025 roku nagrodę Emmy podczas 46. dorocznej gali News & Documentary Emmy Awards w kategorii „Outstanding Current Affairs Documentary”.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com






