Chiny nie są naszym przyjacielem

Na zdjęciu: fabryka układów scalonych firmy BelGaN w Oudenaarde, sfotografowana 12 marca 2025 roku. (Zdjęcie: Eric Lalmand/Belga/AFP via Getty Images)


Chiny nie są naszym przyjacielem

Drieu Godefridi
Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski


Nawet jeśli chińskie kradzieże technologii zdarzają się w Europie rzadziej niż w Stanach Zjednoczonych – w Europie jest po prostu znacznie mniej technologii do ukradzenia niż w USA – to mimo wszystko zjawisko to jest aż nazbyt obecne.

Praktyka ta przebiega według schematu, który obecny dyrektor CIA John Ratcliffe już dawno określił mianem modelu biznesowego Komunistycznej Partii Chin (KPCh): “Rob, Replicate, Replace” — “Ukradnij, skopiuj, zastąp”. Kradną technologię i know-how potrzebne do wytworzenia danego produktu, kopiują go, a następnie zalewają nim rynek po znacznie niższej cenie, doprowadzając w ten sposób pierwotnych producentów do upadku. Kiedy KPCh uznaje, że jej udział w rynku został umocniony do poziomu przypominającego monopol, ceny ponownie rosną.

Uwaga! To samo stanie się z chipami komputerowymi.

Obecnie w ten sposób potencjalnie niszczony jest niemiecki przemysł motoryzacyjny – przez chińskie samochody elektryczne. Jedynie prezydent USA Donald J. Trump ratuje amerykański przemysł samochodowy, zakazując chińskich pojazdów, a zarazem oferując zachęty finansowe każdemu, kto planuje produkować samochody – czy właściwie niemal cokolwiek innego – w Stanach Zjednoczonych.

Na przykład w Belgii BelGaN, sztandarowa belgijska firma półprzewodnikowa, została kupiona przez chiński reżim, ograbiona z własności intelektualnej, technologii i know-how na rzecz “firmy siostrzanej” w Chinach, a następnie zlikwidowana w Belgii.

Zakład BelGaN w Oudenaarde we Flandrii Wschodniej powstał w 1983 roku, kiedy działał pod nazwą Mietec i był uważany za jeden z flagowych projektów flamandzkiej “trzeciej rewolucji przemysłowej”. Następnie znalazł się w rękach AMI Semiconductor, a później ON Semiconductor (ONSEMI). W latach 2021–2022 ONSEMI, ostatni w Belgii zakład produkujący chipy na skalę przemysłową, został sprzedany firmie BelGaN za około 13,6 mln dolarów.

BelGaN Group BV, utworzona 30 września 2021 roku, była spółką joint venture Rockley Management (HK) Ltd i Wuxi Group Ltd – dwóch firm zarejestrowanych w Chinach. Już to powinno było uruchomić alarm wśród belgijskich władz, należących, jak wiadomo, do najbardziej naiwnych i łatwowiernych w Europie.

Belgia wprowadziła jednak interfederalny mechanizm kontroli inwestycji zagranicznych dopiero 1 lipca 2023 roku. Tymczasem przejęcie zakładu zostało sfinalizowane w lutym 2022 roku. Dziś półprzewodniki są już wyraźnie wymieniane wśród strategicznych technologii podlegających kontroli… trochę późno.

Rockley Management (HK) Limited stanowi część sieci technologicznej i finansowej od dawna działającej pomiędzy Wielką Brytanią a Chinami. Hongkońska spółka jest powiązana z braćmi Andrew i Robertem Rickmanami, kluczowymi postaciami Rockley Group, mającej siedzibę w Oksfordzie i prowadzącej działalność również w Szanghaju. Grupa dokonała szeregu inwestycji w sektor półprzewodników w Chinach, między innymi za pośrednictwem Rockley China Fund oraz udziałów w chińskich spółkach technologicznych. Andrew Rickman został również mianowany profesorem honorowym Shanghai Institute of Microsystem and Information Technology, podlegającego Chińskiej Akademii Nauk. Rockley Management nie było więc odizolowanym hongkońskim wehikułem inwestycyjnym, lecz częścią sieci inwestycji technologicznych już głęboko powiązanej z chińskim ekosystemem.

Alan Zhou (znany również jako Alan Zhen Zhou lub Zhou Zhen), doświadczony menedżer w branży, został mianowany dyrektorem generalnym BelGaN. Oficjalnym celem było przekształcenie zakładu w fabrykę produkującą 6- i 8-calowe płytki półprzewodnikowe z azotku galu (GaN), stworzenie w Belgii “Doliny GaN” oraz dostosowanie działalności firmy do europejskiego aktu w sprawie chipów.

Technologia GaN pozwala produkować komponenty elektroniczne mniejsze, bardziej energooszczędne i zdolne do pracy przy wyższych częstotliwościach niż porównywalne urządzenia oparte na krzemie. Ma liczne zastosowania: w pojazdach elektrycznych, ładowarkach, systemach energii słonecznej, centrach danych, lotnictwie i systemach kosmicznych, a także w zastosowaniach wojskowych, takich jak radary i wojskowa elektronika.

Zatrudnienie zachowało około 400–440 pracowników.

Utworzenie “firmy siostrzanej” w Chinach

Kilka miesięcy po przejęciu BelGaN w strefie rozwoju gospodarczego Fuzhou w prowincji Fujian utworzono nową chińską firmę o nazwie Fuzhou GaGu Semiconductor Co. (福州镓谷半导体有限公司) – znaną również jako Gankool, GaNkool i Gancool. Produkuje ona dokładnie tę samą technologię GaN, w tych samych warunkach, z wykorzystaniem tych samych maszyn i procesów. Fuzhou GaGu Semiconductor jest finansowana przez całkowicie chiński fundusz inwestycyjny, “współpracujący” – jak muszą to robić wszystkie przedsiębiorstwa – z chińskim rządem.

Chronologia ma tutaj znaczenie. 8 lutego 2022 roku ONSEMI sfinalizowało sprzedaż swojego zakładu w Oudenaarde spółce BelGaN Group BV. 20 lipca 2022 roku w Fuzhou zarejestrowano Fuzhou GaGu Semiconductor.

Ta chronologia dowodzi istnienia całościowego planu już od pierwszego chińskiego ruchu w kierunku BelGaN. Nie tworzy się przecież z marszu firmy półprzewodnikowej, wraz z jej modelem działania, metodami i technologią, w ciągu kilku miesięcy. Chronologia ta pokazuje również poczucie bezkarności chińskiego reżimu w konfrontacji z naiwną Belgią – albo, najprawdopodobniej, z każdym innym, kto mu na to pozwala.

Główny podejrzany: H.L.

H.L., którego kilka publicznie dostępnych źródeł zidentyfikowało jako prawdopodobnie specjalistę od GaN Hu Lianga (梁琥), jest 52-letnim obywatelem belgijsko-chińskim mieszkającym w Leuven. Około sierpnia 2022 roku H.L. objął wysokie stanowisko badawcze w BelGaN.

Przed dołączeniem do BelGaN H.L. pracował wcześniej w belgijskiej organizacji badawczo-rozwojowej non-profit Imec (“światowym laboratorium chipów“), gdzie kierował pracami nad epitaksją – procesem nanoszenia warstw krystalicznych stanowiących podstawę do budowy urządzeń półprzewodnikowych. Chińskie publikacje przedstawiają go jednocześnie jako dyrektora generalnego, dyrektora ds. technologii (CTO) i głównego naukowca Fuzhou GaGu Semiconductor. Belgijska prokuratura federalna i większość belgijskich mediów nadal identyfikują go wyłącznie za pomocą inicjałów H.L.

W marcu 2023 roku H.L. został przedstawiony podczas konferencji w Chinach jako dyrektor Fuzhou GaGu Semiconductor, obok Alana Zhou. Jego profil na LinkedIn wymieniał wyłącznie BelGaN.

Belgijskie władze wciąż nie reagowały, mimo że wszystkie elementy “transferu” były już wyraźnie widoczne.

Kiedy mowa o głównym podejrzanym, należy oczywiście rozumieć przez to kluczowe ogniwo totalitarnego chińskiego reżimu komunistycznego. Zachodowi trzeba nieustannie przypominać, że nie istnieje żaden chiński rząd – istnieje jedynie Komunistyczna Partia Chin. Podobnie każda chińska firma jest zaledwie jedną z szacowanych 100 milionów twarzy KPCh, której członkowie stanowią około 7% ludności Chin. Prawdziwym “podejrzanym” w całej tej sprawie jest – i zawsze była – KPCh, której model rozwoju gospodarczego opiera się na jednej prostej zasadzie: ciągłej, systematycznej i nieustającej kradzieży zachodniej własności intelektualnej. Jak duża część winy spada na nas za to, że na to pozwalamy?

Problemy finansowe, bankructwo i sprzedaż aktywów

W 2023 roku BelGaN odnotował stratę netto w wysokości 8,3 mln euro przy przychodach wynoszących 55 mln euro. Jednocześnie firmie nie udało się pozyskać wystarczającego finansowania na planowane przejście od produkcji konwencjonalnych chipów krzemowych do produkcji GaN, co wymagało znacznych nowych nakładów kapitałowych.

Rząd flamandzki zbadał chińskie powiązania firmy – kontrola ta prawdopodobnie przyczyniła się do decyzji o nieudzieleniu jej dotacji ratunkowych. Mówiąc inaczej: kiedy rząd flamandzki zorientował się, że flamandzka firma stała się chińska, przestał ją dotować.

BelGaN został ogłoszony bankrutem 31 lipca 2024 roku, a ponad 400 pracowników straciło pracę.

W ramach postępowania upadłościowego aktywa BelGaN podzielono na około 1800 partii aukcyjnych – pojedynczych maszyn lub grup urządzeń oraz innych składników majątku fabryki – które wyznaczeni przez sąd syndycy sprzedali w internecie w celu pozyskania środków dla wierzycieli. Aukcja przyniosła około 23 mln euro, przy czym chińskie przedsiębiorstwa nabyły mniej więcej jedną trzecią aktywów, w tym zaawansowany technologicznie sprzęt o wartości około 8,5 mln euro. Pozostali nabywcy pochodzili między innymi z Niemiec i Stanów Zjednoczonych. Część maszyn przeznaczonych do wywozu do Chin wymagała licencji eksportowych ze względu na ich potencjalne zastosowania wojskowe lub związane z obronnością.

Śledztwo, aresztowanie i zarzuty

Federalna Prokuratura oraz Federalna Policja Sądowa Flandrii Wschodniej prowadzą obecnie dochodzenie w tej sprawie w ramach postępowania upadłościowego. H.L. został aresztowany 10 maja 2026 roku na lotnisku Zaventem, gdy przygotowywał się do wejścia na pokład samolotu do Pekinu. Nadal przebywa w areszcie tymczasowym w więzieniu w Oudenaarde.

Zarzuty wobec H.L. są poważne: szpiegostwo, udział w organizacji przestępczej, nadużycie majątku spółki, bezprawne ujawnienie tajemnic handlowych oraz przestępstwa związane z postępowaniem upadłościowym. Prokuratura stwierdza, że istnieją poważne, precyzyjne i spójne przesłanki wskazujące na bezprawny transfer za granicę specjalistycznej własności intelektualnej oraz tajemnic handlowych dotyczących produkcji chipów GaN.

Alan Zhou, ostatni dyrektor generalny BelGaN i obywatel Chin, jest obecnie poszukiwany przez belgijskie władze. Według belgijskich mediów Zhou odegrał decydującą rolę w przekazaniu własności intelektualnej, technologii i know-how BelGaN firmie Fuzhou GaGu Semiconductor. Jest to, delikatnie mówiąc, wiarygodne, zważywszy, że był dyrektorem generalnym BelGaN od momentu powstania firmy aż do jej bankructwa.

Adwokat H.L., Dimitri de Beco, zaprzecza wszystkim zarzutom wobec swojego klienta i podkreśla zasadę domniemania niewinności. Twierdzi, że nawet gdyby przedstawione fakty zostały potwierdzone, nie stanowiłyby szpiegostwa, lecz co najwyżej bezprawne ujawnienie tajemnic handlowych.

Stawka technologiczna i strategiczna

Belgijska Służba Bezpieczeństwa Państwa w swoim “Raporcie Wywiadowczym 2025” opisuje chińską strategię wykorzystującą “firmy siostrzane”, którą określa mianem “copy to China” (“skopiuj do Chin”):

“Chińskie firmy inwestują w belgijskie przedsiębiorstwa, ośrodki badawcze lub spółki typu spin-off – najlepiej niewielkie podmioty rozwijające obiecujące technologie, lecz borykające się z problemami finansowymi – aby uzyskać dostęp do konkretnych technologii. Następnie zakładają w Chinach firmę typu «copy to China», która produkuje tę samą technologię na większą skalę. Pierwotna spółka macierzysta zostaje następnie sprzedana, najlepiej z zyskiem”.

Śledztwo trwa. Do tej pory nie zapadł żaden wyrok skazujący.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wiceszef MSZ: mamy obietnicę od strony ukraińskiej, że decyzja lwowskich władz o ustanowieniu roku Szuchewycza nie wejdzie w życie


Wiceszef MSZ: mamy obietnicę od strony ukraińskiej, że decyzja lwowskich władz o ustanowieniu roku Szuchewycza nie wejdzie w życie

mml/ sdd/


Sekretarz stanu w MSZ Marcin Bosacki Fot. PAP/Wiktor Dąbkowski

Wiceszef MSZ Marcin Bosacki przekazał, że strona polska ma zapewnienie od współpracowników prezydenta Ukrainy, że decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej o ustanowieniu 2027. rokiem Romana Szuchewycza nie wejdzie w życie. To prowokacyjna decyzja; trzymamy stronę ukraińską za słowo – dodał.

Ocenił, że „dobrym znakiem jest to, że we wtorek późnym wieczorem ze strony internetowej obwodu lwowskiego ta uchwała zniknęła”.

Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła 2027 rok rokiem Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), jej dowódcy Romana Szuchewycza oraz działacza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) Ołeha Olżycza. Decyzja ta zapadła we wtorek na plenarnym posiedzeniu Lwowskiej Rady Obwodowej, która jest odpowiednikiem polskiego sejmiku wojewódzkiego. O uchwale poinformowano na oficjalnej stronie internetowej Rady.

Decyzja ta spotkała się z krytyką ze strony m.in. IPN i władz polskich, m.in. wicepremiera, szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza, który ocenił, że jest ona nieakceptowalna. 

O sprawę został w środę w TVN24 zapytany wiceszef MSZ, który również ocenił, że „to bardzo zła decyzja, wręcz prowokacyjna”. – Zrobiona jakby przez agentów Rosji tak naprawdę. My mamy obietnicę ze strony najbliższych współpracowników prezydenta (Ukrainy Wołodymyra – PAP) Zełenskiego, że ta decyzja nie wejdzie w życie – powiedział Bosacki.

Jak mówił, „dobrym znakiem jest to, że we wtorek późnym wieczorem ze strony internetowej obwodu lwowskiego ta uchwała zniknęła”. – Trzymamy za słowo kancelarię prezydenta Zełenskiego, że ta fatalna decyzja w życie nie wejdzie – dodał wiceszef MSZ. 

Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), w tym postać Szuchewycza – jednego z jej liderów – pozostaje jednym z najbardziej spornych tematów w relacjach polsko-ukraińskich. Według polskich historyków w lipcu 1943 r. oddziały UPA przeprowadziły skoordynowane ataki na około 150 miejscowości zamieszkanych przez Polaków na Wołyniu, co stało się kulminacją zbrodni określanej w Polsce jako ludobójstwo wołyńskie. Za sprawców uznawani są członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów frakcji Stepana Bandery oraz podporządkowanej jej UPA.

Polska uznaje zbrodnie popełnione na ludności polskiej za ludobójstwo, natomiast wielu ukraińskich historyków i polityków interpretuje je jako element szerszego konfliktu polsko-ukraińskiego, za który odpowiedzialność ponosiły obie strony.

Jednocześnie w ukraińskiej pamięci historycznej OUN i UPA są często postrzegane jako symbole walki o niepodległość oraz powojennego oporu przeciw Związkowi Sowieckiemu.

Ukraiński dokument o Panteonie Narodowym dopuszcza m.in. upamiętnienie w nim postaci związanych z tymi organizacjami. 

Pod koniec maja decyzją prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego nazwę „bohaterów UPA” nadano jednej z jednostek wojskowych, co w efekcie doprowadziło do zaostrzenia w relacjach między Kijowem a Warszawą. (PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Over 1,300 Social Media Antisemitic Conspiracy Theories Discovered Blaming Israel, Jews for France Riots


Over 1,300 Social Media Antisemitic Conspiracy Theories Discovered Blaming Israel, Jews for France Riots

Shiryn Ghermezian


People walk past the damaged window of a McDonald’s, the day after clashes during a national day of demonstrations against the cost of living and rising fuel prices, in Paris, France, Oct. 18, 2026. Photo: REUTERS/Benoit Tessier

The nationwide anti-government riots in France over the weekend led to a wave of antisemitic conspiracy theories online that blamed Jews, Israel, Zionists, or the Mossad for the unrest, according to a report published on Sunday by the Combat Antisemitism Movement (CAM), an international coalition.

CAM’s Antisemitism Research Center identified 1,384 social media posts with antisemitic narratives, from 816 unique accounts, that linked Israel or Jews to the violence that took place during Saturday and Sunday. Researchers found the posts by using 25 search words in seven languages and any post attributing the upheaval to Jews, Israel, Zionists, or the Mossad was counted as antisemitic. Some of the posts called for violence against, expulsion, or the extermination of Jews, according to CAM.

Rioters in France vandalized a synagogue, looted businesses, started fires in the streets, torched cars, attacked police officers, and stormed public buildings, among other violent acts. The Antisemitism Research Center (ARC) discovered that when looking for someone to blame for the violence, social media users most commonly targeted Jews and Israelis by using terminology related to Jewish elite orchestration, Israel/Mossad orchestration, Zionist manipulation, and “Rothschild/ZOG/money.” They also made claims that “pro-Israel accounts are behind it,” and suggested Jews or Israel benefitted from the riots. One such post said, “Jews benefit from every revolution.”

“Mossad is burning France right now,” read one post cited in the ARC report, referring to the Israeli intelligence service. Another stated: “Whatever’s happening in France, the root cause is actually Jewish capture of the West.” A separate post claimed “the agent of Zionism” is “leading the brown masses to destroy Paris,” while another post accused Israel of “feeding the chaos and punishing Europe.”

Islamic accounts published 30 percent of the antisemitic posts and English accounts were responsible for 69 percent of the posts and 86 percent of views, according to the report. It also noted that accounts under the paid subscription X Premium, which are identified by blue checkmarks, were posting some of the most antisemitic messages.

“Across languages and ideologies, profiles on social media advance a single narrative. France’s unrest is presented not as a domestic crisis but as a deliberate operation orchestrated by Jews, Zionists or Israel,” the report stated.

“Once again, with the unfolding situation in France, we are seeing the rapid and systematic exploitation of a news event by antisemites to spread conspiracy theories against Jews and Israel,” said CAM editor-in-chief Barney Breen-Portnoy. “The ARC’s research offers further evidence of a well-worn script used to repackage age-old antisemitic hatred for a vast modern-day digital audience.”

CAM said its research center discovered a similar pattern of antisemitic conspiracy theories earlier this year following the Ceuta border migrant crisis, the 25th anniversary of the Sept. 11 attacks, and the attempted hijacking of an Israel-bound FlyDubai flight.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Pamiętając rok 1947, gdy brytyjscy żołnierze podczas zamieszek zabijali Żydów w Tel Awiwie

W 1947 roku brytyjscy żołnierze wywołali zamieszki w Tel Awiwie po tym, jak Irgun powiesił dwóch brytyjskich żołnierzy. Jednak śmierć Brytyjczyków położyła kres wykonywanym przez nich egzekucjom Żydów.


Pamiętając rok 1947, gdy brytyjscy żołnierze podczas zamieszek zabijali Żydów w Tel Awiwie

Robert Besser


W 1947 roku brytyjscy żołnierze wywołali zamieszki w Tel Awiwie po tym, jak Irgun powiesił dwóch brytyjskich żołnierzy. Jednak śmierć Brytyjczyków położyła kres wykonywanym przez nich egzekucjom Żydów.


31 lipca 1947 roku brytyjscy żołnierze, urządzili pogrom na ulicach Tel Awiwu, strzelając do cywilów i zabijając pięciu Żydów.

Ostatecznie, podczas tej morderczej orgii, brytyjscy żołnierze zamordowali ośmiu Żydów.

Pierwszych pięciu Żydów zabitych w Tel Awiwie zidentyfikowano jako Tovę Harson, Victora Yedidię Mizrahiego, Ze’eva Novakovsky’ego, Kalmana Reicha i Yosefa Azpaia.

Kim byli ci Żydzi zamordowani przez Brytyjczyków? Cywilami, którzy nie należeli do żadnej żydowskiej organizacji zbrojnej. Byli to ludzie jadący autobusami, których ciała przeszywały brytyjskie kule. Było wśród nich dziewięcioletnie dziecko przebywające we własnym domu oraz mężczyzna pijący kawę z przyjaciółmi w kawiarni. Kolejnych 15 żydowskich cywilów zostało rannych.

Kilka tygodni wcześniej, 11 lipca, Irgun – organizacja zbrojna dowodzona przez przyszłego premiera Menachema Begina – porwał dwóch brytyjskich sierżantów.

Porwania były odpowiedzią Irgunu na wieszanie przez Brytyjczyków członków tej organizacji, często za przestępstwo polegające jedynie na posiadaniu broni.

W rzeczywistości od sierpnia 1945 do sierpnia 1947 roku Brytyjczycy zabili lub stracili 40 młodych żydowskich mężczyzn, nie licząc tych, którzy popełnili samobójstwo przed wykonaniem wyroku śmierci przez powieszenie.

Egzekucję kolejnych trzech członków Irgunu zaplanowano na 29 lipca 1947 roku. Jednocześnie Irgun ogłosił, że jeśli jego ludzie zostaną powieszeni, organizacja powiesi przetrzymywanych brytyjskich jeńców.

Pomimo tego ostrzeżenia Brytyjczycy 29 lipca stracili trzech Żydów, a 31 lipca ciała porwanych brytyjskich podoficerów znaleziono wiszące w sadzie niedaleko Netanji. Ciała były ponadto zaminowane, wskutek czego jeden z brytyjskich oficerów został ranny.

Najwyraźniej aroganccy Brytyjczycy byli przekonani, że Żydzi nie odważą się wystąpić przeciwko potężnemu Imperium Brytyjskiemu. Po 2000 lat prześladowań Brytyjczycy byli pewni, że Żydzi będą znali swoje miejsce.

Tego samego dnia, w którym odnaleziono ciała brytyjskich żołnierzy, 31 lipca, brytyjskie oddziały rozpoczęły zamieszki w Tel Awiwie, wybijając szyby w sklepach i autobusach, przewracając samochody, kradnąc taksówkę i bijąc Żydów na ulicach.

Żydowska młodzież odpowiedziała, obrzucając kamieniami brytyjskich żołnierzy napotkanych na ulicach.

Spowodowało to wkroczenie do Tel Awiwu samochodów pancernych, z których brytyjscy barbarzyńcy zaczęli ostrzeliwać bezbronnych żydowskich cywilów, sami pozostając pod osłoną swoich opancerzonych pojazdów.

W ciągu następnych kilku dni brytyjscy żołnierze ostrzelali również mężczyzn pijących kawę w pobliżu Riszon le-Cijjon, zabijając jednego z nich.

Z brytyjskiej bazy wojskowej oddano także strzały w kierunku pobliskiego żydowskiego domu, zabijając dziewięcioletnie dziecko.

Po tylu dziesięcioleciach trzeba zadać pytanie: jak to możliwe, że dobrze zdyscyplinowane brytyjskie oddziały dopuściły się takich zamieszek? Gdzie byli ich oficerowie?

Jeszcze bardziej przerażające jest pytanie, czy zabijanie Żydów nie było po prostu realizacją brytyjskiej polityki opracowanej w Londynie.

A jaka polityka mogłaby zachęcać Arabów do zabijania Żydów? Chociaż Brytyjczycy ogłosili, że opuszczą Izrael w maju 1948 roku, wielokrotnie ostrzegali również świat, że jeśli odejdą, cały region pogrąży się w chaosie. Przyzwolenie na zabijanie Żydów przez Arabów dostarczyłoby zaś dowodu, że tylko Brytyjczycy mogą powrócić i położyć kres anarchii.

Wiemy przecież, że brytyjska polityka zakładała nieinterweniowanie, gdy Arabowie wszczynali zamieszki i zabijali Żydów podczas masakry konwoju Hadassah w 1948 roku (zginęło 79 Żydów). Brytyjscy żołnierze uniemożliwili wówczas Haganah przyjście z pomocą lekarzom i pielęgniarkom mordowanym z zimną krwią, których krzyki można było usłyszeć w Mea Szearim. Podobnie było wcześniej, w grudniu 1947 roku, podczas zamieszek na jerozolimskiej ulicy Szlom Cijon HaMalka (zginęło ośmiu Żydów w Jerozolimie i 184 Żydów na terenie całego Izraela).

Ówczesne doniesienia prasowe cytowały słowa brytyjskich żołnierzy, którzy przyznawali, że podczas arabskich masakr otrzymywali rozkazy nakazujące im powstrzymanie się od interwencji – zamiast wykonywać swój obowiązek i chronić żydowskich poddanych kolonialnych. Tak samo postąpili podczas pogromu w Hebronie w 1929 roku.

Reakcją w samej Wielkiej Brytanii na powieszenie brytyjskich podoficerów był powrót do własnej tradycji i urządzanie pogromów Żydów.

Tłumy brytyjskich cywilów ruszyły na społeczności żydowskie w Londynie, Manchesterze, Liverpoolu, Glasgow i innych miejscach, gdzie atakowano sklepy należące do Żydów, napadano na synagogi, a w tych brytyjskich miastach pojawiały się antyżydowskie napisy i transparenty.

Nikogo nie zaskoczyło, że przerażeni Żydzi na całym świecie, szczególnie w Wielkiej Brytanii, Ameryce i Izraelu, głośno potępiali Irgun za powieszenie brytyjskich sierżantów.

Obawiając się o własny spokój i bezpieczeństwo, Żydzi na całym świecie zareagowali histerią na zabicie sierżantów. W artykułach redakcyjnych żydowskich gazet, w kazaniach wygłaszanych w synagogach, w deklaracjach przyjmowanych przez organizacje żydowskie na całym świecie, niezmiennie zbierające się na swoich pełnych zadęcia nadzwyczajnych posiedzeniach, powracał jeden wspólny motyw: Irgun opóźnił plany utworzenia państwa żydowskiego o lata, o dziesięciolecia, a może nawet o całe stulecia!

I oto jesteśmy, 78 lat później. Jakie były konsekwencje powieszenia brytyjskich sierżantów przez Irgun?

Eksperci, rzecz jasna, mylili się, a państwo żydowskie powstało dziewięć miesięcy później, niezależnie od egzekucji przeprowadzonych przez Irgun.

Jednak jednym niezaprzeczalnym skutkiem powieszenia sierżantów było to, że Brytyjczycy już nigdy więcej nie stracili ani jednego młodego żydowskiego mężczyzny.

Patrząc wstecz, pomyślmy o arogancji tych Brytyjczyków.

Brytyjczycy byli głęboko sfrustrowani. Początkowo wiązali z Palestyną tak wielkie nadzieje kolonialne, ale do 1948 roku Żydzi w Izraelu nie chcieli już ich obecności.

Brytyjczycy pokazali więc swoje prawdziwe oblicze, odpowiadając przemocą wobec Żydów – biciem, aresztowaniami, procesami i egzekucjami przez powieszenie.

A mimo to od ludzi cywilizowanych oczekiwano wiary, że wieszanie Żydów nie było morderstwem, ponieważ odbywało się na mocy wyroków brytyjskich sądów, wydawanych przez brytyjskich sędziów!

Ale oczywiście Brytyjczycy byli mordercami.

Begin zaś rozumiał, że prowadzimy wojnę z Brytyjczykami i że polem bitwy jest każdy metr kwadratowy Izraela.

Przez całą naszą długą historię odpowiedzią świata na zabijanie Żydów było stwierdzenie: „Żydzi dostali to, na co zasłużyli”.

Kto zasłużył na śmierć w Tel Awiwie? Żydzi siedzący w autobusie? Żydowskie dziecko we własnym domu?

A nie-Żyd odpowiadał wtedy, tak jak odpowiada dzisiaj, że tak, Żydzi zasłużyli na karę.

Pogromy… wypędzenia… dławiące antyżydowskie prawa… strefa osiedlenia i 7 października… zawsze jest tak samo. Żydzi na to zasłużyli.

Zaledwie kilka lat temu, podczas zakrapianego alkoholem wieczoru w jednym z warszawskich barów, siedziałem przy drinku z byłym polskim ambasadorem, który powiedział mi: „Musi pan zrozumieć, Żydzi trzymali się osobno”. Innymi słowy, Żydzi zasłużyli na swoją zagładę w Polsce.

Być może najbardziej zakamuflowany antysemita XX wieku, Franklin Delano Roosevelt, według zapisków w dziennikach swoich współpracowników twierdził, że dominacja Żydów w wolnych zawodach w Polsce i Niemczech doprowadziła do w pełni zasłużonej nienawiści wobec Żydów i ich eksterminacji w tych krajach. I znów winni byli Żydzi.

Autor André Schiffrin cytuje Roosevelta, który mówił o „zrozumiałych pretensjach, jakie Niemcy żywili wobec Żydów, a mianowicie o tym, że choć stanowili oni niewielką część ludności, ponad 50% prawników, lekarzy, nauczycieli szkolnych, profesorów uniwersyteckich itd. w Niemczech było Żydami”.

Schiffrin dodaje: „To zdumiewające twierdzenie pokazywało, w jakim stopniu FDR przyswoił nazistowską propagandę dotyczącą niemieckich Żydów… Podczas gdy Żydzi stanowili przed wojną od 1 do 2 procent ludności Niemiec, ich udział wśród przedstawicieli tych zawodów nie przekraczał 2,3 procent. Co najwyżej 16,3 procent prawników było Żydami”.

Jakie lekcje powinniśmy wyciągnąć z brytyjskich zamieszek w Tel Awiwie i Wielkiej Brytanii w 1947 roku?

Nie zapominajmy, że Brytyjczycy nie tylko wycofali się ze swoich obietnic utworzenia żydowskiej ojczyzny, lecz także sprzeniewierzyli się własnym zobowiązaniom do szerzenia cywilizacji, kiedy nie powstrzymali swoich żołnierzy przed wszczynaniem zamieszek w Tel Awiwie i zabijaniem Żydów.

A co z 30 tysiącami Żydów z przedpaństwowego Izraela, którzy podczas II wojny światowej zgłosili się na ochotnika do brytyjskich sił zbrojnych? Czy Brytyjczycy nie docenili żydowskiego wysiłku? Najwyraźniej nie.

Czego zatem my, Żydzi, możemy nauczyć się w 2026 roku z brytyjskich zamieszek i wszystkich brytyjskich kłamstw z ostatnich lat ich kolonialnego przedsięwzięcia w Izraelu?

Być może tego, że przez całą historię Żydów od niewyobrażalnych okropności barbarzyńskiego świata oddzielała jedynie bardzo, bardzo cienka warstwa cywilizacyjnej ogłady.

Pomyślmy o latach następujących po Zagładzie, kiedy nie-Żydzi, nie tracąc ani chwili, powrócili do swojej trwającej 2000 lat nienawiści do Żydów. Gdy krematoria były jeszcze ciepłe, wystarczy spojrzeć na powojenne pogromy w Polsce, wypieranie Żydów z życia zawodowego i codziennego w powojennej Rosji, wypędzenia Żydów z krajów arabskich oraz dzisiejsze wprowadzanie antysemityzmu do głównego nurtu życia publicznego w Europie i Ameryce.

A dziś widzimy, jak łatwo po 7 października Zachód na nowo rozniecił tlący się, genetyczny antysemityzm, który odwiecznie w sobie nosi.

Czego musimy się nauczyć? Tego, że 7 października nigdy nie jest daleko. A na Zachodzie bicie i zabijanie Żydów zleca się dziś – napływowym Arabom, którzy zaludniają zachodnie miasta.

Brytyjczycy nauczyli nas również, że jeśli Żydzi będą polegać na innych, zginiemy. Ponadto Amerykanie, którzy niezawodnie uniemożliwiają Izraelowi wygrywanie wojen, uczą nas, że jeśli będziemy polegać na Waszyngtonie, zginiemy.

A w tym otwartym ścieku zwanym Organizacją Narodów Zjednoczonych każdy dzień roku jest 7 października, ponieważ jej Zgromadzenie Ogólne nie przestaje nas demonizować, jej trybunały stawiają nas w stan oskarżenia, a jej UNRWA ma świętą misję zapewniania zatrudnienia terrorystom i wychowywania młodych Arabów tak, by dorastali z zamiarem zabijania Żydów.

Nie popadajmy jednak w rozpacz, ponieważ są też bardzo dobre wiadomości. A mianowicie takie, że po 2000 lat my, żyjący w Izraelu, mamy przywilej samodzielnego decydowania o tym, czy będziemy żyć, czy umrzemy.

Nie miejmy złudzeń, że świat nieżydowski się zmienił. Nadal nie ma dla świata większej motywacji do nienawiści wobec nas niż fakt, że Żydzi prosperują i pozostają bezpieczni w Izraelu.

Musimy też pamiętać, że wszystkie górnolotne zachodnie frazesy o cywilizacji i sprawiedliwości zostaną natychmiast odrzucone, gdy tylko nadarzy się okazja, by uderzyć w Żydów.

Czerpmy więc z naszej przeszłości, przyjmijmy ją jako własną i uczmy się z niej, dziękując jednocześnie za to, że Żydzi znaleźli bezpieczeństwo w Izraelu – ale wyłącznie dzięki własnym wysiłkom i ogromnym poświęceniom.

Niech każda z naszych rodzin, wraz z całym Izraelem, zazna w nadchodzącym roku zdrowia, mądrości i pokoju.


Link do oryginału: https://www.israelnationalnews.com/news/432818?utm_source=substack&utm_medium=email

Israel National News, 7 września 2026


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The foreign-policy establishment’s war on Israel finds a target


The foreign-policy establishment’s war on Israel finds a target

Jonathan S. Tobin


An aide to Ambassador Mike Huckabee is under attack from liberal media for being an obstacle to the effort to sabotage Trump and to reimpose Obama and Biden’s failed ideas.

A road sign points toward the U.S. embassy in Jerusalem on April 19, 2024. Photo by Ronaldo Schemidt/AFP via Getty Images.

Whenever the name of an otherwise obscure official starts popping up in mainstream media reports that consistently paint him in an unfavorable light, savvy observers need to ask themselves why.

Is the individual a genuine problem whose bad behavior warrants this kind of scrutiny? Or rather, is there some other agenda at play? Is the official being targeted because of misconduct? Or is it because they are an obstacle to policies favored by establishment groupthink? Or are they connected to person(s) that the establishment dislikes and wishes to tarnish by a bogus case of guilt by association?

In the case of David Milstein, a senior advisor to U.S. Ambassador to Israel Mike Huckabee, the answer appears to be a combination of heresy against groupthink and personal connections. And though the impact of a tsunami of coverage of a heretofore largely unknown person will likely have a permanent impact on his career in public service, it isn’t hard to understand why he’s got a target on his back. And it has nothing to do with misconduct of any kind.

He won’t go along

Milstein has committed a grave offense, but his sin is not against the law, nor does it damage the interests of the United States. He’s guilty of opposing the efforts of those who want to blow up the relationship between Israel and the Trump administration that he serves. Add to that his refusal to go along with establishment thinking.

That especially concerns the consensus among liberal-minded foreign-service officers about Israel’s presence in Judea and Samaria, and the “settler-violence” narrative that the Israeli left and their American allies (not to mention others who oppose the Jewish’s state’s existence altogether) have embraced. Which is to say, a lot of people inside the U.S. State Department and some who work in the U.S. embassy to Israel, along with their friends in the liberal media, want to discredit both the “settlers”—the hundreds of thousands of Jews who live in the heart of the Jewish homeland—and the government led by Prime Minister Benjamin Netanyahu.

Milstein hasn’t been playing ball, and they want him to pay for that.

He is being attacked as a proxy for two people the liberals in the foreign-policy establishment despise. One is Huckabee. The other is Fox News host Mark Levin, a prominent conservative voice and a friend of President Donald Trump. Milstein is his stepson.

It has created a perfect storm of factors that his critics hope will lead to his firing, if not something even worse.

This is deeply unfair to Milstein. There’s more at stake, however, than just his position and reputation, or even that of Huckabee and Levin.

How elites operate

This story is important not just because what’s happening to him is wrong, but because it illustrates how elites in the federal government and their allies in the press operate to silence and even criminalize dissent. Whether in or out of power, they believe that their opponents are illegitimate and that they must be not just stopped, but destroyed.

It’s not just that Milstein deserves to continue serving his country untainted by the kind of smears that have been tossed in his direction. It’s that the Trump administration cannot allow its political opponents, both inside and outside the government, to dictate policy or personnel in a manner designed to promote the sabotage of American interests and the U.S.-Israel alliance.

What has Milstein supposedly done?

Three weeks ago on Yom Kippur, Milstein first became the focus of mainstream media attention when Politico published an anonymously sourced hit piece aimed at alleging he was soliciting cash from members of the public. While the article presented the incident as an open-and-shut case of corrupt behavior, it also conceded that no laws were broken. Yet the point of the piece was that what he had done warranted the pulling of Milstein’s security clearance since he had become in the words of a quote from an unnamed person, a “walking counter-intel red flag.”

For all the huffing and puffing in the article about outrageous and supposedly dangerous conduct, there wasn’t all that much to it. As Levin revealed in a poston X, the solicitation of money was a mistaken email about wedding gifts. It turns out that Milstein was getting married and was responding to queries about where he and his bride were registered for gifts that friends and family could give them, as is customary.

The couple wasn’t registered at any store, so he suggested in an email apparently intended only for family and close friends that they could, as is also customary for weddings, give a cash gift. But he blundered and sent this missive to a broader list that likely included some embassy colleagues. This was then shared with Politico as evidence of a solicitation to accept bribes that would be both corrupt and subject Milstein to blackmail.

The story also tried to connect Milstein to convicted spy Jonathan Pollard because he had recently met with Huckabee.

The ambassador vouched for Milstein in his own post on X and made it clear that the staffer had nothing to do with Pollard’s visit to personally thank him for past courtesies, as well as dismissing the notion that it was in any way a secret.

If you think that this tale is pretty thin evidence of misconduct, then you’d be right. As federal corruption stories go, it’s less than a nothing burger, and despite the flurry of attention it created on social media from administration critics and foes of its pro-Israel policies, that’s as far as it went. After all, Milstein is someone who few outside of the world of conservative politics and pro-Israel advocacy have ever heard of until very recently; even within that rather limited universe, most people probably only had a vague sense of who he was. He has worked as a staffer for Sen. Ted Cruz (R-Texas), Florida Gov. Ron DeSantis and one of Huckabee’s predecessors in Jerusalem, former U.S. Ambassador to Israel David Friedman.

Anti-Israel diplomats

Still, the significant fact about this story was its origins from within the State Department and the U.S. Embassy to Israel. That was further explained three weeks later when The New York Times published a bombshell report that not only led its homepage but also landed on the front page of its print edition.

That story centered on claims that Milstein has “suppressed and altered reports critical of Israel” coming from the embassy. The upshot was that he—acting either on his own or in concert with Huckabee—was seeking to skew the information flowing from the embassy so as to “present the Netanyahu government in a favorable light” and to avoid fueling any effort to portray it as acting in opposition to administration policy.

That sounds bad. Yet once you dig into it, you can see that what’s at play is not wrongful behavior but diplomats with an axe to grind.

The tell is the mention of something several paragraphs into the piece that speaks of Milstein seeking to approve “communications from the embassy section that handles Palestinian affairs.”

That section used to work in the former U.S. consulate in Jerusalem that was folded into the embassy a year after it was moved from Tel Aviv to Jerusalem by Trump in 2018. Although it was located in the capital of the Jewish state up until then, that consulate was shut down as a separate entity since it was well known for operating as, for all intents and purposes, the U.S. embassy to the Palestinians Arabs. As such, those working in it generally acted in defense of not merely an anti-Israel agenda, but as active proponents of a two-state solution to the conflict and Palestinian statehood.

That advocacy carried on, even though a two-state solution is something the Palestinians have been consistently rejecting for the last century in favor of an outcome in which the Jewish state was destroyed and its people dispersed. It also involved open opposition to the presence of Jews in Judea and Samaria (which the State Department persisted in misnaming as the “West Bank”), their right to build homes as well as to defend themselves against a daily toll of Arab terrorism.

Palestinian statehood

That was to be expected prior to Trump becoming president and in the interregnum between his first and second terms when Joe Biden was president. This was also a time when the promotion of Palestinian statehood and the belief that Jewish communities in the territories were illegal was official American policy.

That’s not the case now, but many permanent State Department employees and diplomats who continue to work in U.S. embassies and consulates, including in Israel, are still drinking the two-state Kool-Aid. The notion of repeating the failed experiment in which Israel withdrew from Gaza in 2005—and allowing the creation of a Hamas terror state there in the far larger and more strategic Judea and Samaria—is regarded by most Israelis as not so much ill-advised as insane. That was already true before the Hamas-led Palestinian Arab terror attacks in Israeli communities in the south on Oct. 7, 2023. After that, it is nothing short of perverse for Americans to be trying to impose such a suicidal plan on their ally.

Like the Hamas-run enclave in Gaza, a Palestinian state elsewhere would simply be another terror state whose goal would be Israel’s destruction. It would further serve to destabilize neighboring moderate Arab governments, leading to a disaster not just for Israel but for U.S. interests as well.

In addition to still trying to preserve the notion of forcing Israel out of the territories, many staffers, with the aid of a small minority of left-wing Israelis, have been promoting the “settler-violence” narrative about Jews living there conducting pogroms against their Arab neighbors.

This flips the reality of life in the territories on its head. While some Jews have been guilty of violence—and labeled by Huckabee as “terrorists” who deserved prosecution—the overwhelming majority of incidents there are acts of violence and terror against Jews. Most such cases of “settler violence” are really about Jews defending themselves against terror or engaged in non-violent conduct in places where Palestinians and other enemies of Israel wish they weren’t allowed to go, such as Jerusalem’s Temple Mount.

That many embassy staffers working on Palestinian affairs still hold such views is not surprising since most come out of the same liberal academic institutions, think tanks and other bastions of foreign policy groupthink about Israel and the Palestinians shared by left-wing journalists, such as those who work at the Times.

They’re also angry that the current Israeli government has been willing to allow the Jews in the territories to build more homes and to expand their outposts in parts labeled as “Area C,” as referenced in the Oslo Accords. The article claims that Huckabee and Milstein’s refusal to designate such building activity as against U.S. policy contradicts Trump’s stated opposition to Israel annexing or extending its law to that area.

But that is untrue. Since Trump has signed off on an official change in policy that rightly rejects the notion that Israeli settlement in the territories is illegal (contrary to liberal conventional wisdom, international agreements guaranteed the Jewish right to “close settlement” in Judea and Samaria more than a century ago), there is no contradiction.

Enforcing Trump’s policies

It should be pointed out again that the sources claiming that Milstein had acted wrongly were anonymous embassy employees who are obviously upset that under Trump, the United States has rejected the two-state mantra and effort to demonize the Jewish presence in the territories.

Rather than acting to protect the Netanyahu government from the wrath of Trump, Milstein is, as the anti-Israel and anti-Trump Quincy Institute Washington think tank labeled him in 2025, “Trump’s pro-Israel enforcer.”

He’s serving as a check on diplomats and bureaucrats who are still acting as if Biden or Barack Obama were president. Under their administrations and many of their predecessors, the purpose of the ambassador and other U.S. diplomats in Israel was to act as imperial proconsuls whose jobs were to force the Jewish state to bend to the will of foreign dictates that undermined its security.

Whether some who work for the State Department or liberal media outlets agree with it or not, that is no longer U.S. policy.

It’s also possible that some working in the current administration have been seduced by the Tucker Carlson/groyper wing of the Republican Party and, for entirely different reasons—back an isolationist U.S. foreign policy that would discard support for Israel and be indifferent to the increased power of anti-American Islamist states like Iran and its terrorist proxies. They also wish to promote discord between Washington and Jerusalem.

Under Friedman and Huckabee, in addition to current Secretary of State Marco Rubio, the embassy, which is now properly relocated in Israel’s capital, works to facilitate better relations and security cooperation between these democratic allies, not to promote conflict between them. And the old consulate that acted as a bastion of anti-Israel activity is no more.

It is clearly part of Milstein’s job to keep those who want to promote Palestinian statehood in check, rather than allow them to clog up the flow of reports from Jerusalem to the State Department with documents seeking to boost policies the administration opposes and fuel conflict with Israel’s democratically elected government. Doing so isn’t a violation of his oath as a U.S. official or an act of censorship. It’s actually what any responsible person in such a position at this time ought to be doing.

Seen from that perspective, the flurry of stories about Milstein has nothing to do with his alleged misconduct and everything to do with an attempt to thwart current U.S. policy.

But rather than resign and advocate a reversal of Trump and Rubio’s policies, some staffers—with the support of members of the U.S. foreign establishment at think tanks, universities and liberal media outlets—want to undermine it from within. And in order to accomplish this task, they are out to discredit someone who is actually doing his job to carry out current American policy, which just so happens to be far more rational as well as more attuned to what is best for the United States and its allies.

That Milstein is related to Levin and close to Huckabee makes him an even more attractive target. Still, that is no excuse for an anonymously sourced smear campaign aimed at undermining Trump’s and Rubio’s trust in them.

We can only hope that Trump and Rubio will, as Huckabee has already rightly done, stand up for a devoted public servant doing what is best for the United States and the administration.

This disturbing effort should serve as a warning to everyone who follows U.S. foreign policy about what depths the establishment will sink to enforce groupthink orthodoxy. Their pursuit of policies rooted in myths about the Middle East and the Palestinians that sane people know were proven to be failures decades ago isn’t just an obsession. They think it’s a license to destroy the reputation of anyone who stands in their way if it will make it easier for them to retake control of American foreign policy.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com