Zdrady współczesnego feminizmu


Zdrady współczesnego feminizmu

Ayaan Hirsi Ali


Współczesny feminizm porzucił kobiety, których podobno broni, poświęcając ich prawa i wolności na rzecz wymogów progresywnej ideologii.


Na papierze powinnam być feministką. Całe swoje dorosłe życie poświęciłam walce o prawa kobiet, zwłaszcza kobiet i dziewcząt w świecie muzułmańskim. Ta działalność kosztowała życie mojego przyjaciela Theo van Gogha i to właśnie z jej powodu do dziś żyję w obliczu zagrożenia. Moja kariera była możliwa tylko dlatego, że udało mi się wydostać ze świata muzułmańskiego i zbudować życie w społeczeństwie, które gwarantuje kobietom takie same prawa i wolności jak mężczyznom. To, że mogę dziś żyć tak, jak żyję, w niemałym stopniu zawdzięczam osiągnięciom zachodniego feminizmu – właściwie powinnam należeć do jego najgłośniejszych orędowniczek.

Ale nie należę. Choć jestem wdzięczna za historyczne osiągnięcia feminizmu, we współczesnym feminizmie głównego nurtu znajduję niewiele, z czym mogłabym sympatyzować lub się utożsamiać. Gdyby bycie „feministką” oznaczało po prostu wiarę w moralną i prawną równość kobiet i mężczyzn, z przyjemnością mogłabym się pod tym podpisać. Ale ta rozsądna i powszechnie atrakcyjna idea nie opisuje już dzisiejszego ruchu feministycznego.

Bitwy, które w przeszłości mobilizowały feministki, zostały w znacznej mierze wygrane. W każdym państwie Zachodu kobiety są ustawowo równe mężczyznom: kobieta może głosować, posiadać majątek, korzystać z kredytu, wykonywać dowolny wybrany przez siebie zawód, osiągać najwyższe szczeble edukacji i sprawować najwyższe urzędy publiczne, a także swobodnie zawierać małżeństwo i się rozwodzić. Na uniwersytetach całego Zachodu kobiety przewyższają liczebnie mężczyzn, a kultura popularna jest przesycona feministycznym językiem i hasłami. Według wszelkich miar feminizm był jednym z najbardziej skutecznych politycznie ruchów w nowożytnej historii.

Być może właśnie wskutek tego sukcesu współczesny feminizm przeżywa kryzys tożsamości. Ludzie określający się mianem feministek i feministów często pozostają ze sobą w konflikcie. Nie zamierzam tutaj rozstrzygać tych wewnętrznych sporów, poza wyrażeniem wdzięczności za ciężką pracę utalentowanych myślicielek próbujących odzyskać etykietę „feministki” dla rozsądnych i wartościowych celów – feministek krytycznych wobec ideologii gender, feministek „reakcyjnych” i innych. Mój zarzut dotyczy feminizmu głównego nurtu, przez który rozumiem współczesny liberalny feminizm. Od dziesięcioleci feminizm głównego nurtu wiąże się ze sprawami, które bezpośrednio podważają prawa i wolności rzeczywistych kobiet. Lista tych zdrad jest długa – i w nadchodzących miesiącach będę miała na ich temat więcej do powiedzenia – ale dwie są szczególnie rażące.

Pierwszą zdradą jest przyjęcie przez feminizm ideologii trans. Feministki głównego nurtu nie potrafią dziś nawet uzgodnić, czym jest kobieta, a wpływowe feministki z pełnym przekonaniem twierdzą, że dorosły mężczyzna z chromosomami XY i męskimi genitaliami może być kobietą. Co niewiarygodne, nie jest to stanowisko marginalne w środowiskach feministycznych. National Women’s Law Center jest jedną z najbardziej wpływowych organizacji zajmujących się prawami kobiet w Ameryce, a obecnie głosi, że „transkobiety i transdziewczęta… SĄ kobietami i dziewczętami”. Jej oficjalne stanowisko głosi, że każda osoba, która chce nazywać się feministką, musi uznawać transkobiety za kobiety, i twierdzi, że polityka wykluczająca mężczyzn z kobiecego sportu i kobiecych szatni „naraża kobiety na niebezpieczeństwo”. Nie jest to żaden wyjątek. Już w 2013 roku grupa prominentnych feministek – między innymi Jill Filipovic, Jessica Valenti i Laurie Penny – podpisały szeroko rozpowszechniane „Oświadczenie na rzecz feminizmu inkluzywnego wobec osób trans”. Oświadczenie broniło obecności transkobiet we „wszystkich przestrzeniach dla kobiet” – w tym, co wyraźnie zaznaczono, w schroniskach dla kobiet i kobiecych toaletach. Od ponad dziesięciolecia feministki głównego nurtu utrzymują, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, że nie istnieje żaden konflikt między prawami kobiet a preferencjami mężczyzn identyfikujących się jako osoby trans.

Ale oczywiście taki konflikt istnieje, a kobietami, które płacą za tę fikcję, to nie sygnatariuszki takich oświadczeń – są nimi kobiety szczególnie narażone na krzywdę, przebywające w schroniskach, szatniach i więzieniach. Mężczyźni najbardziej zdeterminowani, by dostać się do przestrzeni przeznaczonych dla kobiet – mężczyźni o drapieżnych zamiarach – są dokładnie tymi, przed którymi takie miejsca mają kobiety chronić, a podporządkowanie się zasadzie samookreślenia płci uniemożliwia ich odsianie. Wielka Brytania przekonała się o tym w 2017 roku, kiedy skazany pedofil, oczekujący na proces w sprawie gwałtu, ogłosił, że jest kobietą, został skierowany do więzienia dla kobiet i w ciągu kilku dni dopuścił się napaści seksualnych na kilka kobiet znajdujących się w więzieniu. Przepisy pozwalające mężczyznom wchodzić do przestrzeni przeznaczonych wyłącznie dla kobiet przerzucają ryzyko stwarzane przez najbardziej niebezpiecznych mężczyzn na najbardziej bezbronne kobiety. Ruch „feministyczny”, który to popiera, nie może być zaskoczony, gdy kobiety go porzucają.

Drugą zdradą jest przyjęcie przez progresywny feminizm multikulturalizmu. Współcześni progresywiści uważają za grzech ocenianie obcych kultur według zachodnich standardów lub wymaganie od imigrantów przybywających do państw Zachodu, by się do tych standardów dostosowali. Standardy te obejmują oczywiście zasadę równości kobiet i mężczyzn. Dlatego kiedy imigranci z kultur rzeczywiście mizoginistycznych traktują kobiety i dziewczęta jako istoty gorsze od mężczyzn – kiedy nie pozwalają córkom chodzić do szkoły albo wydają je za mąż wbrew ich woli, kiedy napastują i wykorzystują seksualnie kobiety w biały dzień – feministki głównego nurtu reagują z opóźnieniem, o ile w ogóle zabierają głos.

Skandal związany z gangami gwałcicieli w Wielkiej Brytanii jest owocem tego progresywnego tchórzostwa. Przez dwie dekady gangi złożone głównie z pakistańskich muzułmanów uwodziły w celu wykorzystania, odurzały narkotykami, gwałciły i sprzedawały tysiące brytyjskich dziewcząt z klasy robotniczej w całym Zjednoczonym Królestwie. Władze często odwracały wzrok z obawy przed oskarżeniami o rasizm. Można by oczekiwać, że liberalne feministki staną na czele protestów, gdy nadużycia wyszły na jaw, tymczasem wiele z nich ustawiło się w kolejce, by strofować tych, którzy ujawnili te przestępstwa. Pisząc na łamach Guardiana, specjalizująca się w handlu ludźmi badaczka ostrzegała, że „ta narracja o ochronie (białych) dziewcząt przed mężczyznami pakistańskiego pochodzenia jest niebezpieczna”, a skupienie się rządu na gangach zajmujących się groomingiem uznała za ksenofobiczne. Nie było to stanowisko odosobnione — w istocie gangi gwałcicieli mogły działać tak długo właśnie z powodu progresywnej uległości wobec mniejszości rasowych i kulturowych.

Ta uległość podsyciła wyraźną obojętność wobec losu kobiet w świecie muzułmańskim. Przy wszystkich pretensjach progresywnego feminizmu do uniwersalizmu skupia się on na luksusowych krzywdach – reprezentacji, „luce płacowej”, „mikroagresjach” – które jawią się jako problemy jedynie uprzywilejowanym kobietom w zamożnych, rozwiniętych państwach. W Iranie młode kobiety były aresztowane i bite na śmierć za publiczne pokazywanie włosów. To właśnie te kobiety potrzebują obrońców; ich sprawa jest godna wielkiego ruchu. Ale zachodnie feministki tylko od czasu do czasu czują się skłonne, by je dostrzec, ponieważ potraktowanie ich cierpienia poważnie wymaga gotowości do osądzenia kultury, która to cierpienie powoduje, czego progresywiści odmawiają. Zamiast tego widzimy dziś amerykańskie polityczki zakładające hidżab przed muzułmańską publicznością w geście kulturowej uległości, podczas gdy kobiety w takich krajach jak Iran są karane za odmowę jego noszenia.

Te zdrady łączy nieskrywane pragnienie liberalnych feministek, by zachować znaczenie. Ponieważ najważniejsze batalie prawne przeszłości zostały już wygrane, współczesne feministki włączyły się w szerszy projekt progresywny, w którym zakłada się, że każda „marginalizowana” grupa ma z pozostałymi całkowicie zgodne interesy. Kiedy zgodność tych interesów zostaje zakwestionowana – kiedy przedstawia się nam oczywiste i druzgocące dowody na to, że agenda trans oraz multikulturalizm zagrażają bezpieczeństwu i wolności kobiet i dziewcząt – liberalne feministki w znacznej mierze porzucają kobiety, w których obronie, jak twierdzą, występują.

Ruch feministyczny godny tej nazwy uznałby różnice płciowe i kulturowe oraz odłączył się od progresywnej „wszechsprawy”. W tym kierunku prowadzona jest wartościowa praca intelektualna. Jednak jako ruch polityczny współczesny feminizm przeobraził się w zagubionego i toksycznego potwora karmiącego się poczuciem krzywdy, obsesyjnie skupionego na wizerunku i błahych pretensjach, a jednocześnie odwracającego się plecami do kobiet na Zachodzie i na całym świecie, które doświadczają prawdziwego seksistowskiego ucisku. Zawsze będę bronić praw kobiet – i dlatego nie mogę nazywać siebie feministką.


Link do oryginału:

Restoring the West by Ayaan Hirsi Ali
The Betrayals of Modern Feminism
On paper, I should be a feminist. I have spent my entire adult life fighting for the rights of women, particularly women and girls in the Muslim world. This work cost my friend Theo van Gogh his life and is why I still live under threat today. My career has been possible only because I made it out of the Muslim world and built a life in a society that guarantees women the same rights and freedoms as men. I’m able to live as I do today in no small part thanks to the achievements of Western feminism—by rights, I should be one of its loudest champions…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


What’s the right way to beat the left?


What’s the right way to beat the left?

Ruthie Blum


Israelis ought to heed Abe Greenwald’s warning that “naming and shaming the big, glaring, awful thing that defines one’s opponent doesn’t have the persuasive power we’d like to think.”

A polling station in Jerusalem during the second round of Israeli elections, Sept. 17, 2019. Photo by Yonatan Sindel/Flash90.

In his Aug. 6 newsletterCommentary magazine executive editor Abe Greenwald described that morning’s daily podcast, which featured National Review senior writer Noah Rothman discussing the victory of Dr. Abdul El-Sayed in the Michigan Democratic Party primary for the Senate.

The panel—hosted by Commentary editor-in-chief John Podhoretz and including senior editor Seth Mandel—talked about how Republican Sen. Mike Rogers would be able to defeat El-Sayed in the Nov. 3 midterm elections.

“The basic question was whether it would be more effective to go after El-Sayed for his socialism or his adjacency to jihadism,” Greenwald wrote. “I suspect it would be profitable for Rogers to hit him on both counts, but there’s a potential risk in focusing the race too narrowly on El-Sayed’s radicalism altogether.”

Greenwald explained, “It’s become clear in high-profile elections over the past few years that naming and shaming the big, glaring, awful thing that defines one’s opponent doesn’t have the persuasive power we’d like to think—no matter how accurate the characterization. We’ve seen this approach flop on both sides of the aisle and in primary races.”

Which brings us to Israel’s campaign for the upcoming Knesset elections on Oct. 27.

Greenwald’s depiction ought to serve as a serious warning to every right-wing politician and pundit on the other side of the pond. This is because the energy invested in discrediting the left and the rest of the potential candidates whose main goal is to unseat Likud leader Prime Minister Benjamin (“Bibi”) Netanyahu has been central to his camp’s campaign.

The impulse to go after the “anybody but Bibi” representatives is unavoidable. Take Gadi Eisenkot, for instance.

Currently Netanyahu’s most serious contender, the former Israel Defense Forces chief of staff has been posing as a conservative when his past record in the military and overall political outlook indicate otherwise. That he tragically lost a son during the war in Gaza lends sympathy, if not credence, to the pretense. It therefore makes perfect sense for Netanyahu and his supporters to emphasize this point.

Then there’s Yair Golan, chairman of HaDemokratim (“The Democrats”). He makes no bones about his far-left positions and never has, including when he served as deputy chief of the IDF. So, unlike the case of Eisenkot, it’s not necessary to expose him. It is, however, crucial to remind voters that he will be part of the next government in the event of a Likud defeat. Likely with a prominent role.

And, of course—neither last nor least—let’s not forget Mansour Abbas, chairman of Ra’am, who presents a double threat. An Islamist Israeli citizen who’s a member both of the Knesset and a branch of the Muslim Brotherhood—a group outlawed almost everywhere except in the Jewish state—Abbas plays the “moderate” card.

Assisting him in the endeavor is Yoav Segalovitz, who established and served as the first commander of Lahav 433, the Israel Police’s national unit for combating corruption and organized crime. The law-enforcement honcho-turned-MK recently resigned from opposition leader Yair Lapid’s Yesh Atid Party to engage in negotiations to join Ra’am.

According to some Hebrew media reports, Segalovitz’s move has caused a number of former security officials to consider following suit. Talk about giving Abbas a kosher certificate—one that’s even better than the one he received from former Prime Minister Naftali Bennett, whom he abetted to become premier despite a measly number of mandates.

Speaking of Bennett, he’s another figure the right began attacking by refreshing the public’s memory of the stunt he pulled in order to assume power. But attention to him as a force to be reckoned with is waning, along with his dropping poll numbers.

The above isn’t merely “inside baseball,” Israeli-style. It’s a snapshot of a situation with which the United States is contending.

Combating radicalization, which has creeped into the zeitgeist despite efforts to keep it at bay, is not simply the demand of the day; it’s an existential imperative for liberal Western democracy and civilization. And though the tendency to sound the alarm on individuals running for office is completely understandable, it doesn’t always achieve the desired results. On the contrary.

Greenwald offered a useful reminder of why. “The 2016 presidential election left no doubt about the exact nature of Donald Trump’s flaming outlandishness, and he stunned the world by becoming the GOP nominee and then president,” he wrote. “Starting years before the 2024 election, Democrats made a full-time job of repeating that Trump was a threat to democracy, a sexual predator, a grifter and a convicted felon, and then he was elected president by a greater margin than in 2016.”

The lesson here isn’t that it’s useless to impugn an opponent. It’s that doing so excessively can backfire badly.

Indeed, the irrational, obsessive maligning of Netanyahu by Israeli leftists and their fellow “anybody but Bibi” travelers didn’t succeed at their mission. Instead, they were pummeled at the ballot box in November 2022, ushering in the most right-wing coalition in the country’s history.

The right should take this into account today. It would also do well to consider another problem that Greenwald elucidated: “When a candidate makes his opponent’s unfitness the central message of his campaign, he also makes the race all about his opponent.”

Exactly.

If the right spends the next two and a half months explaining why Eisenkot, Golan and Abbas are the bogeymen, it will be turning them into the protagonists of the election. You don’t have to be an expert in advertising to grasp that this is a way to build, rather than dilute, their brand.

Greenwald’s prescription is worth noting. “Perhaps the best way to go after a radical opponent,” he suggested, “is to get a jump on offering a compelling vision of your own that competes with the dark one he’s peddling.”

That should be the Israeli right’s strategy. Not letting the left off the hook, but preventing it from becoming the centerpiece—and from disguising itself as the center.


Ruthie Blum, a former adviser at the office of Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu, is an award-winning columnist and a senior contributing editor at JNS. Co-host with Ambassador Mark Regev of the JNS-TV podcast “Israel Undiplomatic,” she writes on Israeli politics and U.S.-Israel relations. Originally from New York City, she moved to Israel in 1977. She is a regular guest on national and international media outlets, including Fox, Sky News, i24News, Scripps, ILTV, WION and Newsmax.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


US pressure ramps up as Kushner, Mladenov to meet with Netanyahu to advance Trump’s Gaza plan


US pressure ramps up as Kushner, Mladenov to meet with Netanyahu to advance Trump’s Gaza plan

IDAN KWELLER


According to a senior official, the talks expected in Jerusalem will focus on ways to accelerate the implementation of Trump’s 20-point plan, with the end goal being a demilitarized Hamas.

US President Donald Trump listens, as his son-in-law Jared Kushner speaks, during the inaugural Board of Peace meeting at the US Institute of Peace in Washington, DC, US, February 19, 2026.
(photo credit: KEVIN LAMARQUE/REUTERS)

Jared Kushner, Nikolay Mladenov, and Tony Blair are expected to meet with Prime Minister Benjamin Netanyahu and other senior Israeli officials on Monday, continuing to apply pressure on Israel to move forward with the next stage of the US plan for Gaza and advance US President Donald Trump’s 20-point plan, including the 15-point document on disarming Hamas.

Ahead of the meeting in Jerusalem, a senior Board of Peace official told The Jerusalem Post on Sunday that Kushner, Mladenov and Blair had held meetings in El Alamein, Egypt, with senior Egyptian officials and the other mediators, with the aim of turning the next steps in the roadmap into concrete measures for implementation.

The three also met with the National Committee for the Administration of Gaza and reviewed plans with its members ahead of the transfer of governing authority in the Gaza Strip to the technocratic body.

According to the senior official, the talks expected in Jerusalem will focus on ways to accelerate the implementation of Trump’s 20-point plan, with “the United States and Israel agreeing on the end state: a demilitarized Hamas.”

The official added that the goal is to reach a demilitarized Gaza in which Hamas has fully relinquished governing authority to the Palestinian technocratic government, thereby allowing the reconstruction of the Gaza Strip to proceed.

Palestinians walk past the rubble of residential buildings destroyed during the war, at Jabalia refugee camp in the northern Gaza Strip, August 5, 2026. (credit: Mahmoud Issa/Reuters)

Additionally, the official stated that the steps are intended to preserve the ceasefire, begin transferring all governing authority to the National Committee for the Administration of Gaza, and ensure that Hamas has no role whatsoever in managing the future of the Gaza Strip. At the same time, the process is intended to begin the comprehensive disarmament of Hamas and the decommissioning of its military infrastructure, enable the deployment of the International Stabilization Force, and accordingly allow Israeli withdrawals.

BoP attempting to speed up entry of humanitarian aid into Gaza, begin rebuilding

The Board of Peace is also seeking to accelerate the entry of humanitarian aid and the reconstruction and rebuilding process in the Gaza Strip, while ensuring that aid is neither stolen nor diverted under threat. The official stressed that, from the Board of Peace’s perspective, there is no longer any room for ambiguity regarding what is required of Hamas.

“Hamas must relinquish governing authority and all weapons and military infrastructure. Gaza can never again serve as a source of terrorism against Israel,” he said.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Europa traci swoje szkoły


Europa traci swoje szkoły

Pierre Rehov


Nowe pokolenie staje się coraz głupsze i to wina systemu


Europa przez dziesięciolecia spierała się o imigrację językiem granic: ilu ludzi przybyło, ilu należało przyjąć, ilu powinno zostać deportowanych, ilu ostatecznie uzyskało obywatelstwo. Znacznie mniej uwagi poświęcano pytaniu o większych konsekwencjach. Skoro miliony przybyszów i ich dzieci zamieszkały już w Europie, to od której kultury oczekiwano dostosowania się? Coraz częściej część odpowiedzi można znaleźć w szkołach.

We Francji Ministerstwo Edukacji odnotowało tylko w grudniu 2025 roku 389 naruszeń zasady świeckości. Dziewięćdziesiąt z nich dotyczyło kwestionowania nauczanych treści. Inne obejmowały podejrzenia prozelityzmu, odrzucanie wartości republikańskich, żądania o charakterze religijnym oraz odmowy udziału w zajęciach szkolnych. Nie są to dane przygotowane przez partię nacjonalistyczną ani antyimigracyjną grupę nacisku. Pochodzą od samego państwa francuskiego.

Liczby zmieniają się z miesiąca na miesiąc, ale problem nie znika. W maju 2024 roku zgłoszono 345 naruszeń zasady świeckości. Miesiąc wcześniej było ich 710. W marcu odnotowano 525 przypadków, z czego 14 procent dotyczyło kwestionowania nauczania, a 20 procent – odmowy udziału w zajęciach szkolnych. Francuski rząd utworzył wyspecjalizowane zespoły zajmujące się obroną tego, co określa mianem „wartości Republiki”. Sam fakt istnienia takich zespołów mówi więcej o kondycji francuskich szkół niż większość politycznych przemówień na temat integracji.

Francja wie również, dokąd może prowadzić zastraszanie. 16 października 2020 roku nauczyciel historii Samuel Paty został zamordowany po tym, jak podczas lekcji o wolności słowa pokazał karykatury Mahometa. Trzy lata później nauczyciel języka francuskiego Dominique Bernard został zamordowany w swojej szkole w Arras przez islamistycznego terrorystę. Ministerstwo Edukacji upamiętnia dziś obu mężczyzn wspólnie, podczas gdy atmosfera religijnego zastraszania otaczająca takie ataki pozostaje niezwykle trudna do omawiania bez wywoływania oskarżeń o stygmatyzację.

L'abandon" : un film sur l'histoire de Samuel Paty, incarné par Antoine  Reinartz, bientôt en salles

Po zamordowaniu Paty’ego szkoły w całej Francji uczciły go minutą ciszy. Ministerstwo Edukacji odnotowało następnie 793 incydenty związane z tym hołdem, w tym odmowy udziału, zakłócenia, groźby, kwestionowanie samej ceremonii oraz przypadki gloryfikowania terroryzmu. Policja lub żandarmeria otrzymały 286 zgłoszeń; prokuraturze przekazano 136 spraw. Nauczyciel został ścięty za nauczanie o wolności słowa, a jednak nawet ogólnokrajowy hołd dla niego stał się okazją do setek konfrontacji we francuskich szkołach.

Wielka Brytania doświadczyła własnej wersji tego problemu. W Birmingham w 2019 roku wybuchły protesty przed szkołami podstawowymi w związku z lekcjami uwzględniającymi rodziny LGBT i temat równości. Brytyjski rząd przyznał później, że kilka szkół mierzyło się z zakłóceniami. Wielu protestujących rodziców było pobożnymi muzułmanami, którzy twierdzili, że materiały te są sprzeczne z ich przekonaniami religijnymi. W Anderton Park Primary School konflikt stał się na tyle poważny, że sądy musiały interweniować i ograniczyć demonstracje wokół szkoły.

Rodzice mają pełne prawo kwestionować to, czego uczą się ich dzieci. Problem zaczyna się wtedy, gdy presja religijna staje się na tyle zorganizowana lub zastraszająca, że nauczyciele, dyrektorzy i rządy zaczynają kalkulować już nie tylko, co powinno znaleźć się w programie nauczania, lecz także czego można uczyć bez wywoływania konfrontacji.

Thinking Europe's “Muslim Question”: On Trojan Horses and the  Problematization of Muslims

Wielka Brytania otrzymała wcześniejsze ostrzeżenie właśnie w Birmingham. Afera „Trojan Horse” z 2014 roku ujawniła próby narzucenia twardej, religijnej linii w kilku szkołach państwowych. Rządowe dochodzenia wykazały poważne nieprawidłowości w zarządzaniu. Ofsted stwierdził, że w niektórych szkołach członkowie organów zarządzających próbowali promować wąską, opartą na wierze ideologię w placówkach, które nie były szkołami religijnymi. Skontrolowano 21 szkół; sześć oceniono jako niewłaściwe i objęto specjalnym nadzorem. Skandal potraktowano jako wyjątkowy epizod. Jednak ponad dekadę później problemy, które ujawnił w kwestii władzy, religii i integracji, bynajmniej nie zniknęły.

Nie chodzi o to, czy muzułmańskie dzieci są kompatybilne z europejskim systemem edukacji. Miliony z nich oczywiście są. Nie każdy spór dotyczący religii jest też przejawem islamizmu. Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy instytucje zaczynają obniżać swoje wymagania, ponieważ egzekwowanie ich stało się niewygodne. Integracja nigdy nie miała oznaczać, że imigranci porzucą religię, tradycje rodzinne czy prywatne przekonania. Wymagała jednak od wszystkich zaakceptowania, że instytucje publiczne działają według wspólnych zasad.

Francja nazywała te zasady republikańskimi. Wielka Brytania wolała mówić o wartościach brytyjskich. Inne kraje europejskie wypracowały własne sformułowania. Terminologia miała mniejsze znaczenie niż sama zasada: przybysze mogli stać się w pełni Europejczykami bez wyrzekania się swojego pochodzenia, podczas gdy Europa zachowywała polityczne i kulturowe reguły rządzące jej instytucjami. Taki układ zależy od tego, czy społeczeństwo przyjmujące pozostaje wystarczająco pewne siebie, by tych zasad egzekwować.

Przez dziesięciolecia europejskie rządy zakładały, że integracja nastąpi niemal automatycznie. Dzieci będą chodzić do europejskich szkół, uczyć się europejskich języków, mieszać z europejskimi rówieśnikami i stopniowo przyswajać otaczającą je kulturę polityczną. Klasa szkolna miała być wielką maszyną integracyjną. Założenie to pomijało możliwość, że same szkoły mogą zacząć się zmieniać pod presją społeczności, które miały integrować.

Insight: Muslim schools caught up in France's fight against Islamism |  Reuters

Kiedy wystarczająco wielu uczniów odrzuca treść lekcji, nauczyciele to zauważają. Kiedy wystarczająco wielu rodziców składa skargi, dyrektorzy to zauważają. Kiedy kontrowersja przenosi się do mediów społecznościowych, konsekwencje mogą stać się osobiste. W końcu pokusa, by unikać niepotrzebnych kłopotów, staje się trudna do odparcia. Nikt nie musi wydawać oficjalnego polecenia nakazującego nauczycielom unikanie drażliwych tematów. Autocenzura jest znacznie skuteczniejsza, gdy polecenie jest rozumiane, zamiast być zapisane.

Rozbudowany francuski system rejestrowania naruszeń zasady świeckości mimowolnie pokazuje, jak poważnie rząd traktuje dziś ten problem. Nauczyciele mogą zgłaszać incydenty za pośrednictwem swoich przełożonych albo bezpośrednio poprzez specjalnie do tego przeznaczony system. Akademickie zespoły ds. „Wartości Republiki” interweniują, gdy szkoły nie są w stanie samodzielnie poradzić sobie z daną sytuacją. Po zamordowaniu Paty’ego francuskie prawo zostało zaostrzone, aby karać za skoordynowane groźby mające przeszkodzić nauczycielom w wykonywaniu ich zawodu. Tego rodzaju środki raczej nie byłyby konieczne, gdyby podważanie autorytetu nauczycieli było jedynie wymysłem alarmistycznych polityków.

Antysemityzm nadał problemowi dodatkowy wymiar. Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej ostrzegała w 2024 roku, że antysemityzm nasila się i zakorzenia w europejskich społeczeństwach, w tym w środowisku szkolnym i na uniwersytetach. Od 7 października 2023 roku żydowskie rodziny w kilku krajach europejskich mierzą się z atmosferą, o której wiele rządów przez dziesięciolecia zapewniało, że należy już do przeszłości. Szkoły bynajmniej nie są odizolowane od otaczających je politycznych i religijnych namiętności.

Antisemitism Has No Place in Our Schools - CIJA - The Centre for Israel and  Jewish Affairs

Same statystyki imigracyjne nie są w stanie zmierzyć tego, co się dzieje. Państwo może kontrolować swoje granice, a jednocześnie tracić pewność siebie w egzekwowaniu własnej kultury. Może deportować nielegalnych migrantów, a zarazem wahać się przed sprzeciwieniem się obywatelom, których rodziny mieszkają tam od pokoleń. Może uchwalać prawa broniące świeckości, podczas gdy nauczyciele po cichu uczą się, które konfrontacje warto podejmować. Może celebrować wolność słowa w parlamencie, podczas gdy pedagodzy stają się coraz ostrożniejsi w pokazywaniu, co ta wolność oznacza w praktyce.

Nic z tego nie wymaga koordynacji. Jeden nauczyciel unika materiału, który może wywołać problemy. Inny skraca dyskusję. Dyrektor idzie na kompromis z rozgniewanymi rodzicami. Administrator uznaje, że kontrowersyjna lekcja nie jest warta walki. Polityk apeluje o spokój. Każda z tych decyzji z osobna może wydawać się całkowicie rozsądna, szczególnie osobie, która musi później mierzyć się z jej konsekwencjami. Powtarzane w tysiącach klas takie ustępstwa mogą stopniowo zmienić charakter całego systemu edukacji.

Ludźmi najbardziej zdradzonymi przez ten odwrót mogą okazać się dobrze zintegrowani imigranci i ich dzieci. Muzułmańska dziewczyna, która chce mieć taką samą wolność jak jej francuskie koleżanki, potrzebuje szkoły, która bezwarunkowo będzie bronić jej równości. Chłopiec, którego rodzice przyjechali z Pakistanu, ale który uważa się za Brytyjczyka, zasługuje na kraj wystarczająco pewny siebie, by powiedzieć mu, co oznacza brytyjskie obywatelstwo. Dziecko wychowane w głęboko religijnym domu powinno zetknąć się ze szkołą, w której wiedza nie zależy od teologicznej aprobaty. Osłabianie tych zasad w imię wrażliwości nie wyświadcza im żadnej przysługi.

Konsekwencje polityczne są już widoczne. Europejczycy, którzy uważają, że ich rządy utraciły kontrolę nad imigracją, zwracają się ku partiom niegdyś uznawanym za znajdujące się poza granicami akceptowalnej polityki. Jeśli dojdą również do wniosku, że rządy tracą władzę wewnątrz szkół, bunt wyborczy będzie narastał. Politycy establishmentu mogą potępiać populizm, ekstremizm i polaryzację, ale takie etykiety niewiele robią, by przekonać wyborców, którzy sądzą, że na ich oczach instytucje wycofują się w obliczu problemów, których urzędnicy nie chcą nawet nazwać.

Tolerancja nie wymaga od cywilizacji, by wstydziła się własnego istnienia. Europejskie prawa nie stają się opcjonalne tylko dlatego, że ktoś uważa je za obraźliwe. Nauczanie historii nie wymaga religijnego przyzwolenia. Nauczyciele nie powinni być zmuszeni do kalkulowania osobistego ryzyka związanego z wyjaśnianiem wolności słowa. Dziewczęta nie mają mniej praw tylko dlatego, że równość stoi w sprzeczności z czyimiś przekonaniami religijnymi. Holokaust nie staje się niebezpiecznym tematem tylko dlatego, że rozmowa o Żydach wywołuje napięcia. Biologii, historii i literatury nie można negocjować na nowo według wrażliwości tej rodziny, która jest najbardziej skłonna do składania skarg.

Przez lata europejscy przywódcy wierzyli, że szkoły zintegrują imigrantów i ich dzieci z Europą. Znacznie mniej uwagi poświęcili temu, co może się wydarzyć, gdy instytucje, którym powierzono to zadanie, same stracą pewność co do cywilizacji, z którą miały ich integrować.


Link do oryginału:

Pierre Rehov
Europe Is Losing Its Schools
Europe has spent decades arguing about immigration in the language of borders: how many people entered, how many should be admitted, how many should be deported, how many eventually became citizens. Far less attention was paid to a more consequential question. Once millions of newcomers and their children were living in Europe, which culture would be expected to adapt? Increasingly, part of the answer can be found in schools…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Bronx man faces 14 charges, including assault and six hate crimes, for attack on congregant, guard at Central Synagogue Shabbat service


Bronx man faces 14 charges, including assault and six hate crimes, for attack on congregant, guard at Central Synagogue Shabbat service

JNS Staff


“Our rabbis reignited the candles, helped us breathe and found the words to respond to the moment in real time,” the Reform synagogue stated. “Our congregation refused to let hate extinguish our Shabbat light.”

A New York City Police Department officer, Nov. 17, 2023. Credit: Caroline Rubinstein-Willis/Mayoral Photography Office.

Officers arrested Larry Montes, 46, of the Bronx, on Friday night and charged him with 14 charges, including six hate crimes, after he allegedly hit a 63-year-old woman and spat upon and heat-butted a 65-year-old security guard at Central Synagogue in Manhattan on Friday night, the New York City Police Department told JNS.

The incident took place shortly after 6 p.m. during Shabbat services, and officers were told that the suspect “began acting irate and disrupted a service,” the NYPD said.

“As security was escorting the male out, he struck a 63-year-old female, causing a small laceration and pain to her lip and right forearm,” the department told JNS. “Additionally, the male spit on and head butted a 65-year-old security guard.”

The department’s hate crime task force is investigating the incident, and the man was charged with four counts of hate crime assault, two counts of assault, criminal mischief as a hate crime, criminal mischief, disrupting a religious service, criminal trespass as a hate crime, two counts of aggravated harassment and two counts of harassment, the NYPD told JNS.

Central Synagogue, a Reform congregation, stated that it was grateful to the many who “have reached out in support after the disturbing events during services.”

“Tonight at Shabbat services, a disturbed man stormed our bimah,” or dais, and “knocked over our Shabbat candles, screamed obscenities and assaulted a congregant,” the synagogue said. “In the face of this antisemitic hate, our security director heroically restrained and escorted the man out.”

The synagogue added that the cantor and musicians “did not let this stop the music.”

“Our rabbis reignited the candles, helped us breathe and found the words to respond to the moment in real time,” it said. “Our congregation refused to let hate extinguish our Shabbat light.”

‘Place of worship should never be a crime scene’

Jessica Tisch, commissioner of the NYPD, stated that an NYPD sergeant, who was working “a paid detail at the synagogue,” took the suspect into custody.

“I have spoken with the rabbi of the synagogue, and I’m relieved that no one was seriously injured,” she stated on Friday night. “Those who were hurt were evaluated at the scene and are doing well. There are no known additional threats at this time, and additional NYPD resources have been deployed to the synagogue.”

“I understand the sanctity of this space and its meaning for congregants,” added Tisch, who is Jewish. “Central Synagogue is where I grew up. In joy and in sorrow, it has always been a place of comfort and peace. What happened there tonight is deeply painful. A place of worship should never be a crime scene.”

Two minutes later, Zohran Mamdani, mayor of New York City, stated that he was “horrified.”

“I can only imagine the pain and fear an attack like this, during Shabbat services, causes for the congregation and for Jewish New Yorkers across our city,” the mayor said. “Every New Yorker must be able to observe their religion without fear of violence. This despicable act has no place in our city, and our administration will do everything in our power to keep Jewish New Yorkers safe.”

Jewish leaders have said that Mamdani’s anti-Israel statements, including accusing the Jewish state of “genocide” and calling for the Israeli prime minister to be arrested, are fueling antisemitic hate. Anti-Jewish hate crimes surged 182% in Mamdani’s first month in office, compared to that span the prior year, and in the months since, anti-Jewish incidents have made up a disproportionate number of the city’s recorded hate crimes.

“We have to make clear than when the boot of antisemitic violence is on your neck, it’s been laced by Zohran Mamdani,” stated Vickie Paladino, a member of the New York City Council, who was riffing on a statement of Mamdani’s that NYPD boots are tied in Israel.

“No one has done more to fan the flames of antisemitism in New York than you,” stated Hillel Neuer, executive director of UN Watch. “The Jewish community warned in July that your anti-Israel hate video put Jewish New Yorkers at risk and made them feel targeted. ‘Shame on you,’ said the UJA. You need to be quiet, resign and begone.”

Julie Menin, speaker of the City Council, stated that she was “deeply disturbed” by the attack.

“Incidents like this are painful and traumatizing for so many, and only deepen the fear many are already feeling,” she stated. “Every New Yorker has the right to worship in peace and safety.”

On Saturday morning, Menin issued a more personal statement.

“From 73 swastikas defacing a Brooklyn playground to a Jewish man stabbed after leaving Tisha B’Av services last month, horrifying acts of antisemitism are soaring in our city,” she wrote. “From Hebrew school to my father’s memorial service, Central Synagogue is where my family and thousands of others worship. It is our sanctuary and a place of solace.”

“Armed guards stand outside on the High Holidays, as we have to explain to our children why they are there. Now, a congregant was assaulted during Shabbat services in an incident that has resulted in hate crime charges,” she stated. “When my mother and grandmother came to New York City after surviving the Holocaust, they were welcomed with open arms. What is happening now in our city is unrecognizable and horrifying.”

She added that “we will not allow hate to divide us or fear to silence us” and “will continue fighting for a city where every New Yorker can live safely and proudly, no matter their faith.”

Mark Treyger, CEO of the Jewish Community Relations Council of New York, stated that the attack “is not merely disturbing, but it is an assault on the fundamental right of every New Yorker to worship in peace and without fear.”

“Disrupting Shabbat services, assaulting congregants and security personnel, and desecrating the sanctity of a synagogue is reprehensible, particularly at a moment when antisemitism and threats against Jewish New Yorkers have reached alarming levels,” he stated.

On Saturday morning, he also issued a second statement, in which he said that his “deeply grateful” to Tisch and the NYPD.

“Security is necessary, particularly with the High Holidays and U.N. General Assembly approaching, but more armed guards cannot become our sole answer to more hate,” he wrote. “There is something fundamentally wrong with a society in which people need to pass heavily armed security simply to enter a synagogue and pray. That is not normal. We must never accept it as normal.”

“Jewish institutions already devote extraordinary resources to security, and New York remains a major recipient of federal nonprofit security funding precisely because the threat is so serious, but the measure of our success cannot be how many guards we can place outside a house of worship,” he wrote. “It must be whether people can enter one without fear.”

“This is a five-alarm emergency,” he added. “Security can protect a door. Leadership must address why that door needs so much protection in the first place.”

New York Gov. Kathy Hochul called the attack “appalling,” and Letitia James, the New York attorney general, said that it was “appalling and unacceptable.” Senate Minority Leader Chuck Schumer (D-N.Y.) said that “antisemitism is real and it’s increasing by the day.”

Rep. Ritchie Torres (D-N.Y.) stated that “just as troubling as the violence itself is the political climate that emboldens it.”

“American politics has become so obsessively antagonistic toward ‘Zionists’ that even a synagogue is seen as fair game for disruption and desecration. No Jewish space is considered sacred enough to be left untouched,” stated Torres, who is one of the most vocal supporters of Israel in Congress. “Antisemitism has risen to historic highs in America’s most Jewish city, with more hate crimes against Jews than against all other communities combined.”

“Instead of cooling tensions, both the far left and the far right keep pouring gasoline on the fires of hate, fear and blame,” he said.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com