
Pierre Rehov
Książka Fredrica Jamesona o tym, dlaczego świat wciąż potrzebuje francuskiej teorii
Wiosną 2024 roku studenci Uniwersytetu Columbia okupowali budynki, zastraszali żydowskich kolegów i koleżanki, wymachiwali flagami Hamasu oraz domagali się likwidacji jedynego na świecie państwa żydowskiego. Podobne sceny rozgrywały się na Harvardzie, UCLA, Yale i dziesiątkach innych kampusów. Większość z tych studentów nigdy nie czytała Jacques’a Derridy. Niewielu potrafiłoby wyjaśnić teorie Michela Foucaulta albo wskazać choć jedno dzieło Gilles’a Deleuze’a. A jednak intelektualne odruchy, które prezentowali – podział świata na ciemiężców i ciemiężonych, podejrzliwość wobec instytucji, przekonanie, że to władza definiuje prawdę, odrzucenie uniwersalnych wartości na rzecz konkurujących ze sobą narracji – zostały ukształtowane dziesięciolecia wcześniej przez garstkę francuskich filozofów. Hasła były nowe. Idee – nie.
Każda cywilizacja prędzej czy później staje wobec wrogów. Jedni przychodzą z armiami. Inni przychodzą z książkami. Historia pamięta o tych pierwszych. O tych drugich często zapomina.
Cesarstwo Rzymskie nie upadło wyłącznie dlatego, że barbarzyńskie plemiona przekroczyły jego granice. Zanim najeźdźcy przybyli, Rzym już zaczął tracić wiarę w samego siebie. Ten sam schemat można dziś dostrzec w znacznej części świata zachodniego. Kryzys nie zaczął się od Black Lives Matter, programów Diversity, Equity and Inclusion, aktywizmu osób transpłciowych, cancel culture ani eksplozji nastrojów antyzachodnich po 7 października. Nie są to źródła tego zjawiska. Są jego najbardziej widocznymi konsekwencjami. Intelektualne trzęsienie ziemi nastąpiło dziesięciolecia wcześniej, w salach wykładowych uniwersytetów, gdzie niewielka grupa francuskich myślicieli zakwestionowała filozoficzne założenia, które od czasów Oświecenia stanowiły fundament cywilizacji zachodniej.
Paradoksalnie to, co zaczęto określać mianem French Theory, nigdy nie przekształciło Francji tak głęboko, jak przekształciło Stany Zjednoczone. Ameryka odziedziczyła cywilizację opartą na przekonaniu, że istnieje obiektywna prawda, że rozum pozwala niedoskonałym ludziom zbliżać się do niej, że instytucje można ulepszać bez ich niszczenia oraz że ludzi należy oceniać według uniwersalnych zasad, a nie tożsamości plemiennych. Począwszy od lat 70. XX wieku amerykańskie uniwersytety z entuzjazmem przyjęły jednak inną tradycję intelektualną – taką, która podważała każde z tych założeń.
Ta przemiana była niemal niewidoczna. Rewolucje intelektualne rzadko zapowiadają się dramatycznymi przemówieniami. Posuwają się naprzód po cichu – poprzez książki, rozprawy doktorskie, konferencje, komisje przyznające stałe etaty akademickie oraz nominacje uniwersyteckie. Zanim ich konsekwencje stają się widoczne w polityce, dziennikarstwie, rozrywce i życiu korporacyjnym, filozoficzna bitwa jest już wygrana.
Jacques Derrida stał się najbardziej rozpoznawalną postacią tego ruchu. Jego teoria dekonstrukcji była przedstawiana jako metoda ujawniania ukrytych założeń obecnych w tekstach. Sama w sobie ambicja ta nie była ani nierozsądna, ani rewolucyjna. Każdy poważny czytelnik powinien poddawać w wątpliwość odziedziczone interpretacje. Trudność tkwiła w szerszych konsekwencjach. Jeśli znaczenia są zawsze niestabilne, jeśli język nigdy nie zapewnia bezpośredniego dostępu do rzeczywistości, jeśli każde pojęcie może być bez końca reinterpretowane, wówczas sama pewność staje się podejrzana. Prawda stopniowo przestaje być czymś odkrywanym dzięki dowodom i rozumowi. Staje się czymś negocjowanym poprzez konkurujące ze sobą interpretacje.
Konsekwencje wykraczają daleko poza literaturę. Demokracje wymagają stabilnego języka, ponieważ konstytucje, umowy, ustawy i orzeczenia sądowe opierają się na powszechnie rozumianych znaczeniach. Badania naukowe zakładają, że obiektywne fakty istnieją niezależnie od ideologii. Debata publiczna opiera się na założeniu, że argumenty można oceniać na podstawie dowodów, a nie siły. Gdy zaufanie do samego języka zaczyna się rozpadać, nieuchronnie podąża za nim zaufanie do instytucji. Dekonstrukcja, początkowo ograniczona do wydziałów literaturoznawstwa, stopniowo wydostała się poza ich obręb i przeniknęła do polityki, edukacji, prawa, historii, religii, a ostatecznie do samej cywilizacji.
Michel Foucault dotarł do tego samego celu inną drogą. Jego centralna teza głosiła, że wiedzy i władzy nie da się od siebie oddzielić. Szkoły, szpitale, psychiatria, medycyna, więzienia, edukacja, seksualność – każda instytucja stała się podejrzana, ponieważ każda sprawowała władzę. Wcześniejsi myśliciele liberalni pytali, czy instytucje uczciwie wypełniają swoją misję. Foucault zachęcił całe pokolenia badaczy do zadawania pytania, czy sama ta misja nie jest jedynie wyrafinowanym mechanizmem dominacji. Podejrzliwość przestała być użytecznym narzędziem krytycznej analizy. Stała się domyślną postawą intelektualną.
Historia pokazała, dokąd taka logika może prowadzić. Funkcjonariuszy policji ocenia się już nie przede wszystkim pod kątem tego, czy uczciwie egzekwują prawo, lecz pod kątem tego, czy samo funkcjonowanie policji stanowi przejaw systemowego ucisku. Nauczyciele przestają przekazywać wiedzę i stają się narzędziami ideologicznej indoktrynacji. Granice stają się symbolami wykluczenia, a nie wyrazem suwerenności. Zasługi stają się przywilejem. Równość wobec prawa przestaje być wystarczająca, ponieważ nierówne rezultaty interpretuje się jako dowód strukturalnej niesprawiedliwości. Instytucje nie wymagają już reform, ponieważ reforma zakłada ich legitymizację. Wymagają demontażu, ponieważ sama ich legitymizacja została zakwestionowana.
Nieufność Foucaulta wobec autorytetu moralnego nie ograniczała się do filozofii abstrakcyjnej. W latach 70. wraz z kilkoma innymi czołowymi francuskimi intelektualistami podpisał petycje wzywające do uchylenia lub radykalnej zmiany francuskich przepisów określających wiek wyrażenia zgody na kontakty seksualne. Argumentację przedstawiano w języku wyzwolenia: twierdzono, że państwo nie powinno ingerować w dobrowolne relacje seksualne tylko dlatego, że jeden z uczestników nie osiągnął ustawowego wieku. Czytane dzisiaj teksty te budzą głęboki niepokój. Pokazują, jak schemat intelektualny traktujący każdy zakaz moralny jako formę kontroli społecznej mógł ostatecznie doprowadzić do kwestionowania zabezpieczeń, które większość społeczeństw uznaje za niezbędne. Gdy każdą normę z góry uznaje się za opresyjną, nawet granice ustanowione w celu ochrony dzieci stają się podatne na ideologiczną dekonstrukcję. Był to jeden z najwyraźniejszych przykładów szerszej tendencji obecnej we French Theory: odziedziczone granice moralne zasługiwały na podejrzliwość tylko dlatego, że istniały.
Gilles Deleuze przeniósł ten sam impuls intelektualny na nowy obszar. Wraz z Félixem Guattarim przedkładał płynność nad trwałość, wielość nad spójność, pożądanie nad powściągliwość, fragmentaryczność nad ciągłość. Trwałe tożsamości stały się przeszkodami, a nie punktami oparcia. Kategorie niegdyś uznawane za niezbędne dla porządku społecznego coraz częściej zaczęły jawić się jako arbitralne i opresyjne. Dziesięciolecia później teorie utrzymujące, że tożsamości są nieskończenie plastyczne, a biologiczna lub kulturowa trwałość jest jedynie kolejną formą dominacji, wyłoniły się właśnie z tego krajobrazu intelektualnego. Wielu współczesnych aktywistów nigdy nie otworzyło Tysiąca plateau. Mimo to posługują się językiem głęboko przez to dzieło ukształtowanym.
Jean-Paul Sartre zajmował odmienne miejsce w tej konstelacji, jednak jego wpływ okazał się równie doniosły. Jego największym wkładem nie była dekonstrukcja języka ani instytucji, lecz moralna rehabilitacja polityki rewolucyjnej. Jeszcze długo po tym, jak zbrodnie stalinizmu stały się niezaprzeczalne, Sartre nadal umniejszał znaczenie komunistycznych represji lub je usprawiedliwiał, ponieważ sam projekt rewolucyjny zachowywał w jego oczach moralną legitymację. Fakty miały coraz mniejsze znaczenie niż słuszność sprawy. Ten sposób myślenia nie zniknął wraz z upadkiem Związku Radzieckiego. Po prostu przeniósł się do nowych sporów ideologicznych. Dziś dowody często ocenia się nie według ich trafności, lecz według tego, czy wspierają aprobowaną narrację moralną.
Rozpatrywani osobno filozofowie ci nie zgadzali się ze sobą w wielu kwestiach. Rozpatrywani łącznie przekształcili intelektualną atmosferę zachodniego świata akademickiego. Oświecenie postrzegało rozum jako najlepsze narzędzie człowieka do zbliżania się do prawdy. French Theory coraz częściej traktowała prawdę jako coś nierozdzielnie związanego z władzą. Wcześniejsze pokolenia krytykowały instytucje, ponieważ chciały je ulepszać. French Theory zachęcała studentów do zadawania pytania, czy instytucje te w ogóle zasługują na istnienie.
Gdyby idee te pozostały ograniczone do wydziałów filozofii, ich znaczenie historyczne byłoby niewielkie. Tak się jednak nie stało.
Wielkimi wzmacniaczami stały się amerykańskie uniwersytety.
Yale, Berkeley, Columbia, Harvard, Cornell, Stanford i dziesiątki innych uczelni włączyły myśl poststrukturalistyczną do literaturoznawstwa, socjologii, pedagogiki, antropologii, historii, prawa, kulturoznawstwa i teorii polityki. Całe dyscypliny akademickie powstały na fundamentach pojęciowych wypracowanych w powojennym Paryżu. Studenci przyswajali te założenia na długo przed zetknięciem się z oryginalnymi tekstami. Wielu kończyło studia w przekonaniu, że za każdą różnicą zdań kryje się ucisk, każda hierarchia odzwierciedla niesprawiedliwość, każda tradycja wymaga podejrzliwości, a każde odwołanie do obiektywności maskuje przywilej.
Uniwersytety nie produkują jedynie dorobku naukowego. Kształcą elity.
Elity te trafiły do redakcji, wydawnictw, studiów filmowych, szkół, fundacji, agencji rządowych, organizacji międzynarodowych oraz zarządów korporacji. Działy Human Resources stopniowo porzuciły równość na rzecz equity. Rozbudowane struktury biurokratyczne DEI rozprzestrzeniły się w instytucjach publicznych i międzynarodowych korporacjach. Dziennikarze coraz częściej ujmowali wydarzenia polityczne przez pryzmat kategorii przywileju i ucisku, a nie dowodów i indywidualnej odpowiedzialności. Hollywood zastąpiło opowiadanie historii ideologicznym przekazem. Muzea przepisały historię przede wszystkim jako katalog grzechów Zachodu. Zmienił się nawet sam język. Zasługi stały się przywilejem. Granice stały się wykluczeniem. Kobiety stały się „osobami rodzącymi”. Płeć biologiczna stała się „płcią przypisaną przy urodzeniu”. Każda innowacja językowa odzwierciedlała głębsze założenie filozoficzne odziedziczone po tej samej tradycji intelektualnej: sama rzeczywistość jest podporządkowana narracji.
Spór na Evergreen State College w 2017 roku był wczesnym sygnałem ostrzegawczym. Profesor biologii Bret Weinstein sprzeciwił się planowanemu wydarzeniu na kampusie, które zachęcało białych studentów do opuszczenia kampusu na jeden dzień ze względu na ich rasę. Zamiast odnieść się do jego argumentów, aktywiści potępili go jako ciemiężcę. Zajęcia przestały się odbywać. Administracja ustąpiła. Weinstein ostatecznie zrezygnował z pracy. Wydarzenie to ujawniło coś znacznie większego niż spór na kampusie. Racjonalna różnica zdań ustąpiła miejsca ideologicznej ortodoksji. Tożsamość przeważyła nad dowodami. Władza przeważyła nad argumentacją.
Śmierć George’a Floyda w 2020 roku przyspieszyła ten proces. Uzasadnione pytania dotyczące niewłaściwych działań policji szybko przerodziły się w całościowe potępienie kapitalizmu, rodziny nuklearnej, religii, edukacji, historii Zachodu oraz samego ustroju konstytucyjnego. Indywidualna odpowiedzialność zniknęła pod warstwą wyjaśnień strukturalnych. Całe instytucje zostały oskarżone, ponieważ nierówne rezultaty zaczęto uznawać za wystarczający dowód systemowej niesprawiedliwości. Ten intelektualny skok nie narodził się spontanicznie w Minneapolis. Był ćwiczony przez dziesięciolecia na wydziałach uniwersyteckich ukształtowanych przez French Theory.
Demonstracje antyizraelskie po 7 października jeszcze wyraźniej ujawniły ten sam schemat intelektualny. Na Columbii, Harvardzie, UCLA i innych uczelniach studenci często interpretowali jeden z najbardziej złożonych konfliktów w historii przez pryzmat binarnego podziału moralnego, dzielącego ludzkość na trwałych ciemiężców i trwałe ofiary. Kontekst historyczny zszedł na drugi plan wobec kategorii ideologicznych. Sama masakra była często przesłaniana przez teorie przedstawiające przemoc jako nieuchronną odpowiedź na struktury dominacji. Po raz kolejny słownictwo wydawało się współczesne. Jego konstrukcja została jednak zbudowana pół wieku wcześniej.
Śladem uniwersytetów podążyła korporacyjna Ameryka. Dyrektorzy, którzy nigdy nie czytali Derridy, wdrażali mimo to szkolenia oparte na założeniu, że język tworzy rzeczywistość. Menedżerowie nieznający Foucaulta przyjmowali polityki oparte na niewidzialnych systemach przywileju i ucisku. Disney coraz częściej podporządkowywał opowiadanie historii ideologicznemu przekazowi. Bud Light przekonał się, że aktywizm polityczny może zrazić właśnie tych konsumentów, od których zależy jego działalność. Inwestorzy ostatecznie zmusili kilka firm do wycofania się z tego kursu, jednak tempo, z jakim idee te rozprzestrzeniły się w zarządach przedsiębiorstw, pokazało, jak gruntownie świat akademicki przekształcił kulturę elit.
Być może największym osiągnięciem French Theory było oddziaływanie psychologiczne, a nie polityczne. Przekonała społeczeństwa zachodnie, że pewność siebie jest arogancją, patriotyzm jest ksenofobią, granice są dyskryminacją, dziedzictwo religijne jest nietolerancją, a osiągnięcia historyczne są niewiele więcej niż nagromadzonym uciskiem. Samokrytyka jest niezbędna dla wolnych społeczeństw. Cywilizacyjna pogarda wobec samego siebie jest czymś zupełnie innym. Żadna kultura nie przetrwa, jeśli każde pokolenie będzie uczone, że jego dziedzictwo zasługuje na przeprosiny, a nie na zachowanie.
Nic z tego nie oznacza, że Derrida, Foucault, Deleuze czy Sartre świadomie zaprojektowali otaczający nas dziś krajobraz ideologiczny. Idee rzadko poruszają się po prostych liniach. Ewoluują, mutują i często wykraczają poza intencje swoich twórców. Intelektualiści pozostają jednak odpowiedzialni za narzędzia pojęciowe, które wprowadzają do historii. Jeśli kolejnym pokoleniom wpaja się, że prawda jest niestabilna, moralność względna, instytucje są przede wszystkim narzędziami ucisku, a odziedziczone tradycje zasługują na systematyczną podejrzliwość, nie należy się dziwić, gdy pokolenia te ostatecznie spróbują zdemontować cywilizację, która przekazała im te tradycje.
Najgłębszej ironii nie sposób przeoczyć. Cywilizacja postawiona przez French Theory na ławie oskarżonych jest tą samą cywilizacją, która stworzyła wolność konstytucyjną, badania naukowe, wolność słowa, niezależne sądy, równość obywateli wobec prawa oraz wolność akademicką, dzięki której filozofowie ci mogli ją w ogóle zakwestionować. Zachód stał się wyjątkowy nie dlatego, że uważał się za bezbłędny, lecz dlatego, że wierzył w istnienie obiektywnej prawdy, znaczenie rozumu oraz możliwość naprawiania niedoskonałych instytucji bez ich niszczenia.
XX wiek nauczył nas, że rewolucje przeprowadzane za pomocą karabinów mogą niszczyć państwa. XXI wiek może nauczyć nas, że rewolucje przeprowadzane za pomocą idei mogą podważać cywilizacje znacznie ciszej – i znacznie trwalej.
French Theory nie najechała Zachodu.
To Zachód zaprosił ją do siebie.
Oklaskiwał ją.
Przyznawał jej etaty profesorskie.
Fundował katedry noszące jej imię.
Uczynił z niej lekturę obowiązkową.
Wychował pokolenia studentów, by nie ufały cywilizacji, która je wykształciła.
Czterej francuscy filozofowie dostarczyli intelektualnej amunicji.
Amerykańskie uniwersytety zbudowały artylerię.
Pół wieku później konsekwencje nie ograniczają się już do sal seminaryjnych. Kształtują klasy szkolne i akademickie, sale sądowe, zarządy przedsiębiorstw, redakcje oraz w coraz większym stopniu życie polityczne demokratycznego świata. Pytanie nie brzmi już, czy French Theory przekształciła Zachód. To jest oczywiste.
Pytanie brzmi teraz, czy Zachód wciąż posiada dość wiary we własne zasady, aby odbudować to, co dziesięciolecia dekonstrukcji nauczyły go podawać w wątpliwość.
Link do oryginału:
In the spring of 2024, students at Columbia University occupied buildings, intimidated Jewish classmates, waved Hamas flags, and demanded the dismantling of the world’s only Jewish state. Similar scenes unfolded at Harvard, UCLA, Yale, and dozens of other campuses. Most of those students had never read Jacques Derrida. Few could explain Michel Foucault’s theories or identify a single work by Gilles Deleuze. Yet the intellectual reflexes they displayed—the division of the world into oppressors and oppressed, the suspicion toward institutions, the belief that power defines truth, the rejection of universal values in favor of competing narratives—had all been forged decades earlier by a handful of French philosophers. The slogans were new.The ideas were not…