Europa nie chce sądzić swoich dżihadystów


Europa nie chce sądzić swoich dżihadystów

Rewolucja Rożawy


Kiedy Zachód zdradził Rożawę, USA przeniosły część terrorystów Daesh (ISIS), których dla tegoż Zachodu pilnowali Kurdowie do Iraku. Teraz Irak wziął się za ich sądzenie. Pisze o tym Marketa Kutilova:

„Europa nie chce swoich dżihadystów. Tysiące osób powiązanych z ISIS jest teraz sądzonych w Iraku. Wielu grozi kara śmierci i chce wrócić do Europy.

Ponad 5700 mężczyzn z 67 krajów podejrzanych o powiązania z ISIS zostało przeniesionych przez Amerykanów z kurdyjskich więzień w Syrii do Iraku. Wśród nich są Europejczycy i wysoko postawieni przedstawiciele Państwa Islamskiego. Teraz rozpoczynają się procesy – niektórzy z nich są skazani na karę śmierci. Przez lata ich własne kraje odmawiały przyjęcia ich i osądzenia w kraju. Kurdowie ich schwytali i strzegli, Ameryka pomogła sfinansować więzienia. A kiedy Kurdowie przestali być potrzebni, stracili ostatniego asa w rękawie.

Od 2014 roku relacjonuję wojnę z Państwem Islamskim jako dziennikarz. Razem z Lenką Klicperovą podróżowałyśmy na pola bitew w Syrii i Iraku. Widziełyśmy miasta zrujnowane przez ISIS. Rozmawialiśmy z ludźmi, którym Państwo Islamskie odebrało domy, rodziny i dzieci, oraz obcinało ręce.

Ale dotarłyśmy też do więzień w północno-wschodniej Syrii, prowadzonych przez Kurdów, gdzie przetrzymywano pojmanych dżihadystów. Przeprowadziliśmy z nimi wywiady i zebraliśmy ich historie. Europejczycy, Arabowie, Afrykanie, Ujgurzy, Rosjanie. Mężczyźni, którzy pojechali do Syrii, aby budować Państwo Islamskie, a skończyli za kratkami. Łączyła ich jedna wspólna cecha – wszyscy domagali się swoich praw i czekali, aż ambasadorowie krajów, których obywatelstwo posiadali, przyjadą po nich. „Mam prawo być sądzonym w domu, w Szwecji, jestem pewien, że wkrótce mnie stąd zabiorą” – powiedział nam wówczas Szwed Jan w Syrii. Ale, podobnie jak inni, przeliczył się. Kraje europejskie zignorowały ich i pozwoliły, aby cały problem z pojmanymi dżihadystami narastał, zrzucając winę na Amerykanów i Kurdów.

Kurdowie nie przeprowadzili dla nich żadnych procesów i po prostu domagali się, aby inni ich odebrali. Niektóre kraje, takie jak Belgia, pozbawiły ich obywatelstwa. Inne jednogłośnie oświadczyły, że jeśli ich przyjmą z powrotem, dżihadyści trafią na kilka lat za kratki zgodnie z prawem europejskim, a potem wyjdą na wolność. I tak problem ciągnął się przez prawie dziesięć lat. Dopiero pod koniec 2024 roku upadł reżim Baszara al-Asada, a były dżihadysta i dowódca Al-Kaidy w Syrii, Muhammad al-Dżulani, znany obecnie jako Ahmad Szara, ogłosił się prezydentem Syrii. W tym czasie Kurdowie kontrolowali jedną trzecią terytorium Syrii i jej ropę naftową.

Tysiące mężczyzn, których nikt nie chciał

To był jeden z największych absurdów wojny z ISIS. Kurdowie byli jednymi z głównych sił lądowych, które pokonały Państwo Islamskie. Ich bojownicy zginęli w Kobane, Rakce i w ostatecznej bitwie o Baghouz. Po upadku kalifatu Kurdowie zostali z tysiącami jeńców, a wraz z nimi problem, który w rzeczywistości dotyczył dziesiątek krajów na świecie.

Bo więźniowie nie byli tylko Syryjczykami i Irakijczykami. Byli wśród nich Francuzi, Niemcy, Belgowie, Holendrzy, Brytyjczycy, Rosjanie, obywatele Egiptu, Maroka, Tunezji i Libii. I wielu Ujgurów.

Kurdowie wierzyli, że mają asa w ręku. Myśleli, że świat nie zapomni, kto tak naprawdę walczył z ISIS na ziemi. Kto pojmał jego bojowników. Kto ich potem strzegł latami, żeby nie uciekli ponownie do Syrii, Iraku i Europy.

Myśleli, że to da im polityczną wagę. Że Zachód będzie ich potrzebował. Że będzie ich szanował. Że będzie im wdzięczny. I co najważniejsze, że nie pozwoli im upaść. Ufali Europie i swoim największym sojusznikom – Amerykanom.

To była okrutna iluzja

Gdy sytuacja bezpieczeństwa w północno-wschodniej Syrii zaczęła się załamywać, Stany Zjednoczone przeniosły więźniów z Syrii do Iraku. Amerykanie uzasadniali transfer względami bezpieczeństwa: istniało ryzyko, że więzienia zawalą się podczas walk, a tysiące dżihadystów ucieknie. Częściowo stało się tak, ponieważ w tym roku setki dżihadystów zostało uwolnionych w wyniku walk między Kurdami a siłami rządowymi Ahmada Szarah.

A teraz nadchodzi akt finałowy.

Procesy i sześciu handlarzy niewolników kobietami jazydzkimi

Iracki wymiar sprawiedliwości zakończył etap przesłuchań i śledztwa w sprawie 5704 oskarżonych. Ich sprawy są stopniowo kierowane do sądów karnych. 5704 mężczyzn, 67 narodowości.

Według irackiej Najwyższej Rady Sądownictwa, wśród nich jest 3497 Syryjczyków i 474 Irakijczyków. Cały rejestr obejmuje 16 narodowości arabskich, obywateli 19 krajów Unii Europejskiej i 32 inne narodowości.

I nie są to tylko szeregowi żołnierze. Iraccy śledczy twierdzą, że zidentyfikowali wysoko postawionych wojskowych, funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, religijnych, finansowych, logistycznych i medialnych ISIS, w tym osoby z najwyższych szczebli organizacji.

Według irackiego wymiaru sprawiedliwości co najmniej sześciu z nich ma bezpośredni związek z niewoleniem jezydzkich kobiet– z ich więzieniem, transportem, sprzedażą lub wykorzystywaniem w ramach systemu niewolnictwa stworzonego przez Państwo Islamskie.

To, co gniło przez lata, teraz rozwija się w błyskawicznym tempie. Francuzi jako pierwsi stają przed sądem. Jest ich 47. Francuscy prawnicy reprezentujący niektórych z nich starają się o ich repatriację i osądzenie we Francji. Jednym z najbardziej znanych Francuzów, którzy stanęli przed sądem w Iraku, jest Adrien Guihal, znany również jako Abu Osama al-Faransi. Guihal został zidentyfikowany jako głos, który przyznał się do odpowiedzialności za atak ciężarówką w Nicei w 2016 roku, w którym zginęło 86 osób. Dołączył do ISIS w 2015 roku i został schwytany przez Kurdów w Rakce w maju 2018 roku. Jako konwertyta, jest opisywany jako weteran francuskich siatek dżihadystów i należy do najniebezpieczniejszych francuskich członków ISIS.

Francja chce ich ścigać. Po prostu nie chce ich u siebie.

Dwudziestu pięciu zatrzymanych odwołało się również do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w związku z procesem w Iraku. Doskonale wiedzą, że w Iraku grozi im kara śmierci, co nie może mieć miejsca we Francji. Ich prawnicy ostrzegają przed torturami, brakiem dostępu do obrońcy i karą śmierci.

Human Rights Watch także bije na alarm.

I tak. To uzasadniony problem. Nawet terrorysta ma prawo do sprawiedliwego procesu. Na tym właśnie powinna polegać różnica między państwem prawa a Państwem Islamskim.

Ale czytając to dzisiaj, nie mogę powstrzymać się od zadania sobie jednego pytania.

Gdzie byliście przez te wszystkie lata?

Widziałam te więzienia. Siedziałam naprzeciwko niektórych z tych ludzi. Czas mijał, a nikt nic nie zrobił. Być może to najbardziej wymowna lekcja z całej wojny z ISIS. Lubimy mówić o sojusznikach tak długo, jak ich potrzebujemy. I jak szybko możemy zapomnieć, co dla nas zrobili, kiedy już ich nie potrzebujemy.

Nadszedł czas, aby europejscy humaniści stanęli w obronie praw terrorystów.”


Link do oryginału: Evropa své džihádisty nechce. Tisíce lidí spojených s ISIS teď soudí Irák. Mnohým hrozí trest smrti a chtějí zpět do Evropy.

Rewolucja Rożawy, 24 września 2026


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The new libel to destroy Israel


The new libel to destroy Israel

Melanie Phillips


Violence in the “West Bank” is being malevolently misrepresented.

Protesters demonstrate at Paris Square in central Jerusalem against attacks by extremist Jewish settlers on Palestinians in the West Bank, Sept. 2, 2026. Photo by Yonatan Sindel/Flash90.

As every part of the “Gaza genocide” mass libel is exposed as a total fabrication, the new mass libel of “settler violence” has replaced it.

From the politicians, NGOs and mainstream media that promulgated the genocide lie, there’s been no acknowledgment of the collapse of the grotesque falsehoods they promoted about starvation and wanton killing of health workers and journalists that have fueled unprecedented attacks on Jews throughout the West.

Instead, without drawing breath, they’re promoting the new purported Israeli mass atrocity of “settler violence.”

This is doing far more damage than the genocide charge. That was patently preposterous, an inversion of the reality of genocidal Palestinian Arab attack and Israel’s supremely just war of self-defense.

By contrast, the claim of “settler violence” carries an element of truth that is being vastly exaggerated to damage the State of Israel itself.

The narrative in the West is that fanatical and violent Israeli “settlers” harass and attack local Arabs to drive them off their land, so that these ultra-nationalist religious Jews can erect yet more “illegal” outposts in a land grab across the “West Bank” of Judea and Samaria.

In recent days, this has spawned a sub-narrative of violent “settlers” laying siege to Arabs cowering inside their homes in the villages of Qusra and Jalud.

There’s no doubt that there’s a problem with fanatical Israeli youths attacking Arab property or mosques that has not been properly addressed. The Israel Defense Forces have now arrested a 19-year-old Israeli over the disturbances in Qusra. The authorities should have shut this problem down, but reprehensibly have not.

But these violent Israelis are very small in number.

David Zini, the head of the Israeli Security Agency (or Shin Bet), has said there’s a hard core of 70 to 100 offenders, mostly not even “settlers” at all but delinquent youths from elsewhere in the country.

Other Israeli sources put the number of these delinquents at between 200 and 500.

But half a million Israeli residents live in these disputed territories—overwhelmingly law-abiding people. And while they are being grotesquely defamed across the West, they are coming under violent and sometimes murderous attack by Arabs every single day.

The overwhelming majority of attacks in these disputed areas are by Arabs on Jews—thousands of incidents of rock-throwing, stabbings, arson, car-rammings, criminal damage and murder.

Moreover, the stories of these sieges have another side.

Last Shabbat, there was a reported siege of an Arab house on Talpiot hill near Jerusalem, with masked Israelis arriving by car.

But according to local Israeli residents, dozens of masked Arab rioters from the nearby village of Kfar Qasim, accompanied by foreign media photographers, ascended the hill, threw stones at residents, and set up barricades to thwart the arrival of IDF forces.

More Arabs then reportedly entered an abandoned house, barricaded themselves inside, and threw stones from it at the Jews in an attempt to brand the incident as another “siege.” Videos shot by local Israeli residents showed masked Arabs throwing stones while foreign journalists stood behind them filming.

On the same Shabbat, masked men described as “settlers” attacked an NBC crew in nearby Jalud. The American journalists were investigating a very similar claim that settlers had “besieged” an Arab family’s property.

The NBC footage itself shows masked men driving directly up to a camera crew, attacking them and leaving. But there was no evidence that these were even Israelis, let alone “settlers.”

There’s also a pattern of American involvement in these situations.

Loui Ridi, a Palestinian American from Ohio who lives full-time in America, said he built his house—the “siege” house—in Qusra three years ago.

In The New York Times, Ridi acknowledged that a week after the siege began, he returned to the house carrying an American flag “as a signal to the American people and the U.S. government to take action” and “impose sanctions on these settlers.”

As Reuters reported, when Ridi arrived, he made his way to Qusr “accompanied by several journalists.” Has anyone ever heard of a siege that a person actually joins behind the siege lines from outside, while brandishing a flag and accompanied by a phalanx of journalists? Does that sound like desperation—or a political stunt?

All these accounts are obviously difficult to verify. But media reports of “settler violence” don’t even acknowledge there’s another side to these stories. Nor do these journalists ask any blindingly obvious questions.

For example, why do so many foreign film crews just happen to be on the scene when Israeli “settlers” launch their unprovoked attacks? Or why are there multiple similar claims of sieges on family homes on the same day?

Or why do spontaneous attacks on local Arabs by Israelis coincide with the regular arrival of foreign activists who provoke the IDF and create violent disturbances, as was filmed in Hebron—by another amazing coincidence—last Shabbat?

The overwhelming majority of attacks in these disputed areas are by Arabs on Jews—thousands of incidents of rock-throwing, stabbings, arson, car-rammings, criminal damage and murder.

In recent days, while politicians and journalists whipped up “settler violence” claims into a feeding frenzy, residents in the Judean hills reported that Arabs from a local village had infiltrated the grazing areas of an Israeli farm and scattered lethal poison hidden inside the herds’ drinking troughs.

Jewish shepherds who arrived to find their dying goats—videos of which were posted on social media—said they were attacked with stones by dozens of Arabs lying in wait nearby.

Jewish residents say farmers’ herds are regularly being stolen and turning up in the Arab casbah. When IDF troops go in to retrieve them, they are set upon by hundreds of Arabs with stones and fireworks.

Israelis’ extremist or revenge attacks on Arabs, their homes or their mosques are happening, and they are shocking and inexcusable—as are their nihilistic attacks on IDF soldiers. But this is a highly complex situation that’s being weaponized to delegitimize and destroy Israel itself.

Western media and politicians never acknowledge attacks on the “settlers,” who have been effectively dehumanized.

The prevailing unwisdom is that they shouldn’t be there in the first place because they are in “illegal occupation of Palestinian land.” So if they are attacked or even murdered, they’re asking for everything they get, and their plight doesn’t even deserve a mention.

Apart from the callous inhumanity of this attitude, it also displays gross ignorance of history and international law.

Unfortunately, a significant number of IDF members and police, who are on the left along with most mainstream Israeli media outlets, also hate the “settlers” and produce a distorted picture on which the venomous West greedily feeds. And Israeli politicians, including the prime minister and president, have merely condemned the Israeli “rioters” and refrained from presenting the other side of the story.

Those who assume that this means the “settler violence” canard is true would do well to remember how in 2000, the Israelis leapt to take responsibility for the apparent shooting and killing of a Palestinian Arab child, Mohammed al-Durah, when a demonstration in the Gaza Strip during the Second Intifada apparently came under IDF fire.

Subsequent evidence revealed that the boy had not been killed and that the whole demonstration was staged.

But the Israelis were less concerned with establishing the truth than with tamping everything down and making the issue go away. The result was a libel against Israel that incited untold numbers of killings, including the murder of American journalist Daniel Pearl.

The same politically craven thinking seems to be operating here. Israel is now under enormous pressure over “settler violence” from both the Trump administration and American Jews, for whom this has become the No. 1 issue because they, too, believe the distorted accounts.

In addition to finally dealing properly with the true miscreants, Israel should not only be responding with the real story behind these “settler attacks,” including the role of foreign provocateurs. It should be telling the world that its citizens have the legal right to live in these disputed territories. It should also be publicly listing every single Arab attack on these Jewish residents.

But as ever, the Israeli government thinks there’s no point trying to persuade the incorrigibly anti-Jewish West of the truth and justice of Israel’s cause.

The result is untold damage being done to the Jewish state, as yet again it fails to engage with the war being waged against it on the battleground of the mind.


Melanie Phillips, a British journalist, broadcaster and author, writes a weekly column for JNS. Currently a columnist for The Times of London, her new book, Fighting the Hate: A Handbook for Jews Under Siege, has just been published by Wicked Son. Her previous book, The Builder’s Stone: How Jews and Christians Built the West and Why Only They Can Save It, was published in 2025. Access her work at: melaniephillips.substack.com.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel’s Oscar Submission ‘Tell Me Everything’ Dropped From Queer Film Festival Following Boycott Threats


Israel’s Oscar Submission ‘Tell Me Everything’ Dropped From Queer Film Festival Following Boycott Threats

Shiryn Ghermezian


A promotional photo for Moshe Rosenthal’s “Tell Me Everything.” Photo: “Everybody’s Perfect.”

A queer film festival in Geneva, Switzerland, removed an Israeli film from its lineup this week after receiving backlash and boycott threats from local pro-Palestinian groups.

Everybody’s Perfect, which describes itself as a “festival of queer cinema,” has canceled two screenings of Moshe Rosenthal’s “Tell Me Everything.” The film is about a father-son relationship and follows 12-year-old Boaz, who discovers a shocking secret about his father in the late 1980s in the US, at the height of the HIV epidemic.

The movie premiered at the Sundance Film Festival earlier this year and in September set a record for the most nominations — 16 – at Israel’s Ophir Awards, which is the country’s equivalent to the Academy Awards. “Tell Me Everything” won Best Picture at the Ophir Awards, which automatically made it Israel’s submission for the best international feature film category at the 99th Academy Awards. Rosenthal said the film was heavily inspired by his own childhood.

Everybody’s Perfect will run from Oct. 9-18 and is being supported in part by the city of Geneva. Charlotte Spector, head of communications for the event, told Variety that organizers decided to cancel the two screenings of “Tell Me Everything” after another Geneva-based film festival, Palestine Filmer C’est Exister, reached out expressing their opposition to the film.

“They started writing messages like ‘We’re going to boycott your festival’ — boycott, boycott, just boycott,” Spector told the publication. “When people mention boycotting a festival that is a very big threat … This was a three-day decision with lots and lots of heartache. It was difficult.”

“[‘Tell Me Everything’] is a beautiful film about the ’80s and AIDS/HIV,” Spector added. “There’s nothing that is remotely close to what is going on currently and what has been going on [in Israel/Gaza].”

Festival organizers apologized when they told the filmmakers about the cancellation and explained the decision was made “for the well-being of the festival audience and to ensure that the other films in the selection could be properly showcased,” as cited by Variety. Other local groups that pressured Everybody’s Perfect to remove Rosenthal’s film from its lineup included BDS Geneva, Student Coordination for Palestine at the University of Geneva, Collectif Radical d’Action Queer (CRAQ), and MARAD, according to an Instagram post.

In a statement to the Swiss newspaper Le Courrier, the festival’s artistic director Sylvie Cachin said, “The cancelation isn’t related to the film itself, but to the desire to avoid controversy just days before the festival’s opening.”

“Tell Me Everything” is Rosenthal’s second feature film. His directorial debut, “Karaoke,” premiered at the 2022 Tribeca Film Festival.

Everybody’s Perfect did not respond to The Algemeiner‘s request for comment.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jak komunizm zabija życzliwość

Członkowie Czerwonej Gwardii podczas marszu w Szanghaju, 1967. (Źródło: Wikipedia.)


Jak komunizm zabija życzliwość

Rob Henderson


W 1974 roku Simon Leys opublikował książkę „Chinese Shadows” pod pseudonimem, aby chronić się przed promaoistowskimi intelektualistami. Opisał w niej sposoby myślenia, które dziś mają się znakomicie w Ameryce.

Komunizm zyskuje w Ameryce na popularności. Co więcej, jest otwarcie wychwalany.

Na nieco ponad miesiąc przed wyborami do Kongresu co najmniej ośmioro kandydatów otwarcie prezentujących socjalistyczne poglądy ma duże szanse na zdobycie mandatów. W sondażach zdecydowanie wyprzedzają swoich przeciwników w stanach od Nowego Jorku po Kolorado.

Uważacie, że socjalizm nie ma nic wspólnego z komunizmem? Zastanówcie się jeszcze raz. Niemal połowa członków kierownictwa Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA) określa siebie mianem komunistów. Jak informował tego lata Stu Smith: „Członkowie o komunistycznych przekonaniach politycznych mają obecnie znaczący wpływ na kierownictwo DSA”. W biuletynie z grudnia 2025 roku członkowie frakcji Red Star Caucus, działającej w ramach DSA, świętowali 132. rocznicę urodzin Mao Zedonga.

Wszystko to rodzi naturalne pytania: skąd bierze się ta rewolucyjna fascynacja? I dokąd nas zaprowadzi, skoro stopniowo przenika do kręgów sprawujących władzę?

Najlepszym przewodnikiem, który pomoże zrozumieć te kwestie, jest książka opublikowana ponad 50 lat temu pod pseudonimem. Autor obawiał się bowiem, co mogliby mu zrobić promaoistowscy intelektualiści, gdyby odkryli, kto ją napisał.

Simon Leys, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Pierre Ryckmans, był belgijsko-australijskim badaczem chińskiej sztuki i literatury. W 1974 roku opublikował książkę „Chinese Shadows”, będącą świadectwem kulturowego i politycznego spustoszenia, jakie zaobserwował w Chinach w latach następujących po rewolucji kulturalnej.

Książka pełna jest spostrzeżeń, które dziś wydają się niepokojąco aktualne. Jedno z nich, do którego jeszcze wrócę, jest najbardziej przejmującą rzeczą, jaką kiedykolwiek przeczytałem o tym, co terror polityczny robi z ludzką duszą. Niemal wszystkie te obserwacje opisują sposoby myślenia, które nie umarły wraz z Mao. Przeciwnie, są dziś obecne w Ameryce.

Zacznijmy od odrobiny historii.

Rewolucja kulturalna rozpoczęła się dlatego, że Mao Zedong chciał pozbyć się rywali w kierownictwie partii komunistycznej. Zwrócił się więc do radykalnych studentów, dając im przyzwolenie na atakowanie wszelkich autorytetów z wyjątkiem jego własnego.

Funkcjonariusze partyjni podżegali tych młodych bojowników, którzy napadali na domy „wrogów klasowych” i czynili z nich społecznych wyrzutków. Nastąpiły przemoc, grabieże, usankcjonowanie nienawiści oraz publiczne oskarżanie członków rodzin, przyjaciół, sąsiadów i współpracowników.

Kiedy rozmiary katastrofy stały się niemożliwe do ukrycia, Mao i przedstawiciele reżimu odcięli się od własnych bojowników, twierdząc, że za okrucieństwa odpowiadała „skrajna lewica”.

Brzmi znajomo?

Amerykanie byli świadkami łagodniejszej wersji tego zjawiska latem 2020 roku. Zamieszki i grabieże spowodowały wówczas straty szacowane na miliard do dwóch miliardów dolarów. W tym samym czasie wpływowi przedstawiciele świata polityki i mediów bagatelizowali zniszczenia.

Niektórzy czołowi politycy szybko zaczęli przekonywać, że za zniszczenia nie odpowiadali mieszkańcy ich własnych społeczności. Gubernator Minnesoty Tim Walz, późniejszy kandydat Demokratów na wiceprezydenta w 2024 roku, szacował, że 80 procent sprawców przybyło spoza stanu. Z kolei burmistrz Minneapolis Jacob Frey oświadczył, że „ludzie, którzy to robią, nie są mieszkańcami Minneapolis”.

Dokumentacja policyjna dotycząca zatrzymań wykazała coś przeciwnego.

Choć skala wydarzeń była inna, mechanizm pozostawał ten sam: najpierw pobłażanie, a następnie nieszczere odcinanie się od sprawców, kiedy szkody zostały już wyrządzone.

Na tym podobieństwa się nie kończą.

Leys pisał, że w XX wieku rządy komunistyczne często wybielały własną historię i swoich przywódców, niesłychanie oszczędnie posługując się prawdą.

Na przykład Mao wychował się w zamożnej rodzinie właścicieli ziemskich, ale przedstawiano go jako „przedstawiciela klasy robotniczej”. Natomiast wrogów reżimu, nawet tych, którzy dorastali w skrajnej nędzy, niezmiennie opisywano jako ludzi „wywodzących się z bogatych rodzin kapitalistycznych”.

I oto pojawia się Zohran Mamdani, syn profesora prestiżowego uniwersytetu należącego do Ligi Bluszczowej oraz wielokrotnie nagradzanej reżyserki. Prowadził kampanię wyborczą na burmistrza jako rzecznik nowojorskiej klasy robotniczej.

Ruch socjalistyczny, który za nim stoi, opiera się w mniejszym stopniu na robotnikach, a w większym na ludziach z wyższym wykształceniem.

W tych kręgach przynależność klasowa jest przede wszystkim kwestią politycznego kostiumu, który się przywdziewa, a nie obiektywnych warunków materialnych własnego życia. Propagandyści Mao doskonale to rozumieli. Podobnie jak zespół Mamdaniego odpowiedzialny za media społecznościowe.

Chociaż podobieństw między książką Leysa a współczesnością jest mnóstwo, jeden fragment szczególnie zasługuje na zapamiętanie.

Pochodzi z części, w której Leys zauważa, że komunizm przekształcił chińską kulturę – niegdyś gościnną, serdeczną i pełną ludzkiego ciepła – w kulturę chłodną, wysterylizowaną i wyobcowaną.

„Reżim maoistowski jedynie powtórzył doświadczenia sowieckie” – pisze Leys, przytaczając opis życia pod rządami Józefa Stalina autorstwa rosyjskiej pisarki Nadieżdy Mandelsztam:

„Niegdyś było wielu dobrych ludzi, a nawet ci niedobrzy udawali dobrych, ponieważ tak wypadało. […] Wszystko, co widzieliśmy w naszych czasach – wywłaszczenie kułaków, walka klasowa, nieustanne «demaskowanie» ludzi, doszukiwanie się ukrytych motywów każdego działania – nauczyło nas, że możemy być wszystkim, byle tylko nie być dobrymi”.

Innymi słowy, życzliwość trzeba pielęgnować, a dzieje się tak tylko wtedy, gdy istnieje na nią zapotrzebowanie. Reżim, który nagradza donosicielstwo, będzie produkował donosicieli.

Odrzućcie tę drobną i szybko przemijającą satysfakcję, jaką daje przyłączenie się do internetowej nagonki. Okażcie współczucie ofierze przemocy, nawet jeśli nie podzielacie jej przekonań.

Dlaczego życzliwość umiera pod rządami komunizmu?

W Chinach Mao pierwszym sygnałem było to, że sama życzliwość stała się podejrzana. Współczucie było dozwolone, ale wyłącznie wobec właściwych ludzi. Można było litować się nad biednym chłopem, pod warunkiem że nie posiadał żadnego majątku. Nie wolno było natomiast współczuć córce właściciela ziemskiego.

W 1942 roku marksistowski pisarz Wang Shih-wei skrytykował szczególne przywileje, z jakich korzystali przywódcy partyjni w Yan’anie. Zakończył swój esej przeprosinami za to, że tak wiele pisał o „uczuciach” i „ludzkim cieple”. Czy nie było to, zastanawiał się, przejawem jego „drobnomieszczańskiej sentymentalności”?

Pięć lat później został stracony.

Ten sam mechanizm występował w stalinowskim Związku Radzieckim.

W książce „The Status Game” brytyjski autor Will Storr opisuje ludzi wysyłanych do odbierania chłopom ziemi i dobytku w ramach przymusowej kolektywizacji.

Pouczano ich: „Wyrzućcie przez okno swój burżuazyjny humanitaryzm i postępujcie jak bolszewicy godni towarzysza Stalina”.

Jeden z tych ludzi, Lew Kopielew, poruszony krzykiem dzieci, karcił samego siebie za odczuwanie litości.

Jak pisze Storr: „Prestiż zdobywało się przez aktywne tłumienie naturalnego ludzkiego współczucia”.

Społeczeństwo, które gloryfikuje okrucieństwo, będzie miało go coraz więcej.

Dzisiaj mamy własną klasyfikację określającą, komu wolno współczuć.

Kiedy w grudniu 2024 roku Brian Thompson, dyrektor generalny UnitedHealthcare, został zastrzelony na chodniku na Manhattanie, 41 procent wyborców poniżej trzydziestego roku życia uznało to zabójstwo za dopuszczalne. Domniemany zabójca stał się dla nich bohaterem.

Kiedy we wrześniu ubiegłego roku zamordowano Charliego Kirka, wielu progresywistów spierało się o to, czy zasługiwał na żałobę.

Logika w obu przypadkach przypominała mechanizm opisany przez Leysa.

Najpierw ustalamy, kogo można uznać za ofiarę. Następnie decydujemy, kto zasługuje na współczucie. Jeśli ktoś należy do niewłaściwej kategorii, właściwą reakcją staje się okrucieństwo, a nie życzliwość.

Co Leys proponuje nam w zamian?

Pokładał nadzieję w zwykłych ludziach.

Opisuje na przykład spotkanie z młodym kustoszem muzealnym na zapleczu sklepu z dziełami sztuki. Kustosz rozwinął przed nim kilkanaście zakazanych obrazów. Od czasu do czasu zaglądali tam pracownicy sklepu, żeby obejrzeć malowidła, „jak gdyby świadomi, że uczestniczą w jakimś potajemnym rytuale”.

Leys pragnął, jak sam pisał, „podziękować im za to, że byli po prostu sobą” – ludźmi gotowymi zaryzykować karę dla samej przyjemności obcowania z pięknem.

Leys wymyślił nawet pewien test, który pozwalał mu sprawdzić, kto spośród otaczających go ludzi jest zdolny do samodzielnego myślenia.

Pytał, w którym miejscu Chin najbardziej chcieliby mieszkać.

Większość udzielała obowiązującej odpowiedzi: tam, gdzie mogliby najlepiej „służyć ludowi”.

Od czasu do czasu ktoś jednak odpowiadał, że w regionie słynącym z przyjemnego klimatu albo w konkretnym mieście, w którym mieszkali członkowie jego rodziny.

Leys zwracał uwagę na takich ludzi, ponieważ odważyli się przyznać, że kochają jakieś miejsce lub jakąś osobę z własnych, osobistych powodów.

Jak zauważył George Orwell w 1946 roku, troska o zwyczajne sprawy, niemające nic wspólnego z ideologią, może sprawić, że „pokojowa i przyzwoita przyszłość stanie się odrobinę bardziej prawdopodobna”.

Odrzućcie tę drobną i szybko przemijającą satysfakcję, jaką daje przyłączenie się do internetowej nagonki. Okażcie współczucie ofierze przemocy, nawet jeśli nie podzielacie jej przekonań. Dostrzegajcie ludzi, którzy nie dali się zniewolić ideologii, i zaprzyjaźniajcie się z nimi.

Wszystkie te postawy warto dziś przyjąć.

Leys nie bez powodu pisał pod pseudonimem.

Ówczesna zachodnia inteligencja, w znacznej mierze promaoistowska, była wściekła, że uczciwie opisywał swoje obserwacje dotyczące reżimu. Ostatecznie jego przeciwnicy wytropili go i ujawnili jego prawdziwą tożsamość.

Nie był zaskoczony.

Doszedł do wniosku, że zachodnie pochwały komunizmu były „abstrakcyjną projekcją ideału, utopią, która pozwala im potępiać wszystko, co złe na Zachodzie, bez konieczności podejmowania wysiłku samodzielnego myślenia”.

Członkowie DSA, którzy wznosili toasty z okazji 132. rocznicy urodzin Mao, nigdy nie mieszkali w kraju, którym rządził. Leys mieszkał.

Mao obiecywał usunąć reakcyjne siły uciskające masy. W rzeczywistości zniszczył muzea, biblioteki, intelektualistów, powieściopisarzy – a także samą życzliwość.

Leys ukrywał swoje nazwisko, aby móc powiedzieć prawdę o reżimie, który karał za uczciwość i życzliwość.

Każdy porządek społeczny kształtuje takie postawy, jakie nagradza.

Pytanie, które warto sobie zadać, brzmi: jakie postawy nagradzamy dzisiaj?


Link do oryginału:

The Free Press
How Communism Kills Kindness
Communism is on the rise in America. More than that: It is being celebrated…
Read more

The Free Press, 25 września 2026

Rob Henderson jest autorem bestsellerowej książki „Troubled: A Memoir of Family, Foster Care, and Social Class”. Uzyskał doktorat z psychologii na Uniwersytecie Cambridge i jest starszym pracownikiem naukowym Manhattan Institute.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Netanyahu’s Secret UAE Visit Matters for the Middle East


Netanyahu’s Secret UAE Visit Matters for the Middle East

Vaasu Sharma


Israel’s Prime Minister Benjamin Netanyahu speaks during a ceremony commemorating Israel’s Remembrance Day for fallen soldiers, or Yom HaZikaron, at the Military Cemetery on Mount Herzl in Jerusalem, April 21, 2026. Photo: ILIA YEFIMOVICH/Pool via REUTERS

The most significant diplomatic developments in the Middle East are not always announced publicly. Sometimes their importance is revealed only after the meeting has taken place.

One such event is Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu’s secret visit to Abu Dhabi and his meeting with UAE President Sheik Mohamed bin Zayed Al Nahyan. Later, the UAE confirmed the visit, saying the two leaders discussed bilateral relations and measures to enhance and develop them. Additionally, reports suggest that the discussions were significantly influenced by regional security, with Iran being a particular focus.

Two distinct narratives have emerged around Netanyahu’s visit, and they must be differentiated. The first pertains to allegations made by journalists Shlomi Eldar and Ruthie Yuval that MBZ forewarned Netanyahu of a potential significant Hamas attack prior to Oct. 7, 2023. Netanyahu has vigorously disputed the claim and termed the article untrue. The second is related to the strategic relationship between Israel and the UAE, and the broader regional context in which the meeting took place. This is the more critical issue in terms of comprehending the visit’s significance.

The UAE has consistently pursued its own diplomatic calculations, maintaining communication with various Israeli political actors rather than establishing a relationship with a single government. As Israeli political analyst Amit Segal (2026) notes, Emirati officials have engaged with multiple Israeli political figures, reflecting Abu Dhabi’s preference for maintaining long-term strategic relationships rather than becoming directly involved in Israeli political competition.

There have nevertheless been points of friction. Still, Netanyahu’s visit should therefore be understood not simply through the prism of Israeli domestic politics, but within the broader strategic relationship that has developed between Jerusalem and Abu Dhabi.

The more significant narrative, however, transcends the political sensitivities associated with the visit. It is rooted in the strategic scenario that is drawing Israel and the UAE closer. Both nations are increasingly finding themselves in a regional security landscape that is influenced by Iran, its military capabilities, proxy networks, and the vulnerability of critical infrastructure and maritime routes.

For the UAE, this threat is particularly geographical. The Strait of Hormuz serves as a crucial lifeline for both the Emirates and the world economy. Any extended interruption to the waterway can have a direct impact on the UAE’s economic security, trade, and energy exports. The crisis with Iran has illustrated how rapidly regional tensions may turn into direct security and economic dangers for Gulf governments.

On the other hand, Israel confronts the Iranian challenge from a distinct perspective; however, the fundamental concern is the same. Tehran’s missile and nuclear prowess, its array of regional proxies, and its endeavors to augment its influence throughout the Middle East have become a vital element in Israel’s security assessments. Iran has become more than just a diplomatic issue for both Jerusalem and Abu Dhabi, it is part of a broader strategic calculus of military force, intelligence, maritime security, and regional power

This convergence is significant because it provides the Israel-UAE relationship with a strategic foundation that extends beyond the initial logic of normalization. Their collaboration is progressively motivated not solely by the economic benefits each nation can derive from the other, but also by their joint capabilities to address a shifting regional security landscape.

Pakistan is affected by this evolving regional environment as well. For decades, Islamabad has depended heavily on its Gulf contacts while portraying itself as a key player in the larger Muslim world. Saudi Arabia and the United Arab Emirates have played critical roles in Pakistan’s economic and diplomatic development. However, the evolution of Israel-UAE relations illustrates that Gulf governments are increasingly willing to pursue their own strategic interests, even if those objectives do not line with Pakistan’s long-held political aspirations.

For India, the advancement of relations between Jerusalem and Abu Dhabi holds a uniquely different importance. New Delhi has maintained robust strategic partnerships with Israel and the UAE. Over the last decade, cooperation between the two countries has grown in counterterrorism, intelligence, defense technology, trade, investment, and marine security. India’s interests in the region are therefore intersected by a more profound strategic relationship between the UAE and Israel.

The geographical connection is particularly vital in this scenario. India’s energy security and commercial interests are inextricably linked to the Gulf, and its marine interests span the Arabian Sea, the Gulf of Aden, and the larger Indian Ocean. Therefore, expanding security cooperation among Israel, the UAE, and other regional partners may have repercussions that extend beyond West Asia. For New Delhi, the emerging regional architecture presents opportunities for increased collaboration without necessitating that India become a member of a formal alliance structure. Concurrently, India can pursue its own strategic autonomy while engaging with Israel, the UAE, and other Gulf states.

The significance of Netanyahu’s visit lies in what it reveals about the relationship between Israel and the UAE. What began with diplomatic normalization has developed into a relationship increasingly shaped by shared security concerns, economic interests, and strategic calculations. Despite political differences, both countries have continued to see value in maintaining close engagement as the regional threat environment evolves. The visit therefore reflects a relationship that is moving beyond normalization toward deeper strategic coordination. For Israel and the UAE, the partnership is increasingly defined not only by what they can build together, but also by the security challenges they increasingly face together.


The author is a graduate student at the University of Haifa.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com