Ideologia ukryta za palestyńską flagą


Ideologia ukryta za palestyńską flagą

Chico Muya


Dlaczego wojna tocząca się na Bliskim Wschodzie, w regionie, którego wielu ludzi jeszcze do niedawna nie potrafiło nawet wskazać na mapie, stała się, jak się wydaje, najważniejszym konfliktem w historii ludzkości?

Protest za protestem. Nasi politycy nieustannie o tym mówią. Organizacje pozarządowe uczyniły z tej sprawy jeden z głównych celów swojej działalności. Studenci coraz częściej oceniają kandydatów politycznych na podstawie tego, jak bardzo są „propalestyńscy”, co mogliśmy zaobserwować w Nowym Jorku w przypadku Zohrana Mamdaniego i innych. A wszystkiemu temu towarzyszy rosnąca fala ludzi, którzy zdają się przekonani, że Ameryka, a szerzej cały Zachód, uosabiają prawdziwe zło tego świata.

Ale na tym się nie kończy.

Dlaczego można dostrzec wyraźny związek między tymi, którzy usprawiedliwiają przemoc podczas zamieszek we Francji, tymi, którzy chcą położyć kres kapitalizmowi i zdemontować cywilizację zachodnią w znanej nam postaci, a tymi, którzy opowiadają się za sprawą palestyńską? Dlaczego tak wielu spośród tych ludzi uważa się również za ofiary opresyjnego systemu albo upiera się, że masowa migracja nie stanowi żadnego poważnego zagrożenia dla naszych społeczeństw?

Listę można by ciągnąć dalej, ale tak zwany ruch propalestyński odniósł szczególny sukces w przenikaniu do ośrodków wpływów i władzy.

Nazywają siebie „antysyjonistami”, choć dla niektórych oznacza to sprzeciw wobec samego istnienia jedynego żydowskiego państwa na świecie. Wielu z nich to również antykapitaliści, marksiści i działacze na rzecz otwartych granic, którzy uważają zachodnie instytucje za z natury opresyjne. Istnieje również skrajna prawica, która zgodnie z teorią podkowy dochodzi do podobnych wniosków, choć podąża ku nim zupełnie inną drogą ideologiczną.

Co wyjaśnia tę zbieżność?

Uważam, że działa tu coś głębszego, coś, co wykracza poza znane nam podziały na lewicę i prawicę. Jest to konflikt wizji świata, a jego zrozumienie pomaga wyjaśnić jeden z najważniejszych podziałów ideologicznych we współczesnych społeczeństwach.

Zacznijmy jednak od ruchu „Wolna Palestyna”, ponieważ stał się on jednym z najbardziej widocznych przejawów tego konfliktu.

Groza kryjąca się pod fasadą

Ruch propalestyński należy rozpoznać jako to, czym moim zdaniem ostatecznie jest: wywrotowy, antyzachodni ruch ideologiczny, z silnym komponentem islamistycznym, który grozi demoralizacją i destabilizacją naszych społeczeństw.

Coraz wyraźniej dostrzegam, że znaczna część tego ruchu traktuje sprawę palestyńską jak szatę, w którą się przyodziewa. Dobroć okazywana na pokaz skrywa coś znacznie bardziej złowrogiego. Pod tą szatą kryją się nienawiść, resentyment i pragnienie zniszczenia.

Nic nie sprawiłoby mi większej przyjemności niż możliwość zaprzestania pisania o tym ruchu raz na zawsze. Jednak prawdziwa groza tego przypominającego sektę zjawiska pod hasłem „Wolna Palestyna” polega na tym, że nie chce ono pozostać w sferze geopolityki. Przeniknęło do naszych instytucji, do polityki i coraz bardziej do naszego codziennego życia. I podobnie jak wielu innych mam już tego serdecznie dość.

Geopolityka bywa skomplikowana, pełna szarych stref i trudnych wyborów. Jednak to rzeczywistość musi pozostać naszym drogowskazem. Istnieją chłodne kalkulacje, których czasami trzeba dokonać, a przynajmniej uznać ich konieczność, niezależnie od tego, jak bardzo mogą być niewygodne.

Problem z tym ruchem polega na tym, że nie tylko ignoruje rzeczywistość, lecz także wyciąga swoje lepkie języki kameleona ku niemal każdej kwestii społecznej. To widok wynaturzony i odrażający, zwłaszcza gdy uda się zajrzeć pod fasadę i odkryć groteskową ideologię, która się pod nią czai.

Pozwólcie, że wyjaśnię, co mam na myśli.

Jakiś czas temu oglądałem na Netfliksie fantastyczny serial grozy. Niełatwo mnie przestraszyć. W gruncie rzeczy całkiem lubię dreszczyk emocji. Była jednak pewna scena, która naprawdę nadal budzi we mnie obrzydzenie . Nawet teraz, kiedy o niej myślę, przechodzą mnie ciarki.

Oglądałem to dawno temu, więc wybaczcie, jeśli niektóre szczegóły nieco ubarwiłem. Po prostu tak to zapamiętałem.

Mała dziewczynka znajduje na terenie rodzinnej posesji kilka kociąt. Wygląda na to, że porzuciła je matka. Kierowana dobrocią serca wkłada je do pudełka, przynosi do domu i podekscytowana pokazuje rodzicom, z entuzjazmem oznajmiając, że się nimi zaopiekuje. Będzie ich nową mamą.

Niestety w kolejnych dniach kocięta zaczynają umierać, jedno po drugim, na coś, co przypomina grypę.

Zrozpaczona dziewczynka wraz z ojcem przygotowuje się do pochowania ostatniego kociaka w prowizorycznej trumience. To jej pierwsze zetknięcie ze śmiercią, a ojciec, co zrozumiałe, martwi się, jak córka sobie z tym poradzi.

I wtedy, jakimś cudem, kociak zaczyna się poruszać.

Pojawia się nadzieja. Temu niewinnemu maleństwu jakimś sposobem udało się pokonać śmierć. Twarz dziewczynki rozpromienia się. Ojciec odczuwa ulgę. Pochylają się bliżej, obserwując poruszający się pyszczek kociaka i spodziewając się usłyszeć jego cichutkie miauknięcie.

Ale nie rozlega się żaden dźwięk.

Zamiast tego z pyszczka kociaka zaczyna wypełzać ogromny owad.

Dziewczynka krzyczy i ucieka.

Pamiętam, jak odruchowo cofnąłem się z obrzydzenia. Kontrast między tym, czego się spodziewałem, a tym, co zobaczyłem, był tak groteskowy, że scena ta na długo zapadła mi w pamięć.

I właśnie tak postrzegam ruch propalestyński.

Na pierwszy rzut oka można by sobie wyobrażać, że jest on jedynie przedsięwzięciem humanitarnym. Wielu ludzi o dobrych intencjach przypomina tę małą dziewczynkę. Naprawdę im zależy. Widzą obrazy cierpienia w Gazie, a współczucie skłania ich do działania. Mogą wiedzieć bardzo niewiele o rzeczywistej sytuacji na miejscu, ale ich troska o ludzkie życie jest szczera.

I właśnie dlatego ten ruch jest tak skuteczny.

Wykorzystuje ludzką dobroć, by usprawiedliwiać i propagować najróżniejsze destrukcyjne światopoglądy.

Uczynienie Izraela czarnym charakterem

Ostrzem włóczni jest nienawiść wobec Izraela.

Dlatego aktywiści zdeterminowani, by przedstawiać Izrael jako państwo wyjątkowo złe, tak szeroko posługują się określeniami takimi jak „ludobójstwo” w opisie tej wojny. Dlatego też walka Izraela z islamistycznym terrorem jest tak często przedstawiana jako nic więcej niż barbarzyńska i nieuzasadniona kampania przemocy.

Cel jest prosty: obsadzić Izrael w roli głównego czarnego charakteru tej opowieści.

Nieważne, że 7 października Hamas sam filmował, jak dopuszcza się aktów niewyobrażalnego okrucieństwa wobec niewinnych Izraelczyków. Nieważne, że Hamas konsekwentnie wyrażał swoje ludobójcze zamiary wobec Izraela i szerzej wobec Żydów, ani że jego przywódcy otwarcie deklarowali zamiar wielokrotnego powtarzania ataków na wzór tych z 7 października.

Hamas opierał się żądaniom porzucenia celu, jakim jest zniszczenie Izraela. Jego terroryści walczyli w cywilnych ubraniach i działali wśród ludności cywilnej, wykorzystując ją jako żywe tarcze. Taktyka ta komplikuje sytuację na polu walki i zaciemnia międzynarodowy obraz wojny. Śmierć cywilów i zniszczenia stają się następnie amunicją dla niezliczonych głosów zdeterminowanych, by potępiać jedyne żydowskie państwo na świecie.

Można zauważyć, że wielu najgłośniejszych krytyków Izraela, omawiając wojnę, ledwie wspomina o Hamasie. W istocie Hamas niemal całkowicie znika z ich analiz.

Można by pomyśleć, że Izrael walczy z cywilami dla czystej przyjemności.

Wyobraźcie sobie zawodnika MMA walczącego z niewidzialnym przeciwnikiem. W oczach widzów ten widoczny zawodnik sprawiałby wrażenie kompletnie obłąkanego: tarzałby się po podłodze, wyprowadzał ciosy pięściami i kopnięcia, warczał i przeklinał, atakując coś, czego nikt poza nim nie widzi.

Właśnie tak się dzieje, kiedy usuwa się Hamas z obrazu tej wojny.

Izrael zaczyna wyglądać jak państwo atakujące bez żadnego widocznego powodu, a każde działanie militarne staje się dowodem jego rzekomego barbarzyństwa.

To absurd.

W ten sposób tak wiele fałszywych twierdzeń i zniekształceń dotyczących wojny zyskało pozory wiarygodności. Dochodzi do tego plaga wzajemnego, zapętlonego cytowania źródeł, w ramach którego wątpliwe, a czasem wręcz jawnie fałszywe informacje są powtarzane przez organizacje pozarządowe, instytucje międzynarodowe, gazety i komentatorów politycznych, aż zaczynają przypominać utrwalony konsensus.

Pisałem już wcześniej o tym zjawisku: o tym, jak „prawda” może zacząć być ustalana na podstawie konsensusu, a nie dowodów. Zrozumienie działania tej machiny jest niezwykle ważne.

Ale wszystko to prowadzi nas z powrotem do szerszego pytania.

Co ich łączy?

Dlaczego tak wielu najbardziej zaciekłych krytyków Izraela podziela również podobne poglądy antyzachodnie?

Dlaczego niektórzy z tych, którzy opowiadają się za sprawą palestyńską, jednocześnie bronią przemocy obserwowanej podczas zamieszek studenckich we Francji albo ją usprawiedliwiają? Dlaczego palestyńska flaga pojawia się na demonstracjach, które rzekomo dotyczą zupełnie innych spraw wewnętrznych?

Dlaczego socjalistyczni i lewicowi przywódcy, tacy jak Pedro Sánchez w Hiszpanii i Lula w Brazylii, są tak konsekwentnie wrogo nastawieni do Izraela? Dlaczego takie postacie jak Mamdani oraz wpływowe środowiska Partii Demokratycznej przyjęły tak wrogie stanowisko?

Sam Mamdani groził aresztowaniem Benjamina Netanjahu, nazywając go „zbrodniarzem wojennym”, a jednocześnie zwrócił na siebie uwagę, odwiedzając w szpitalu przestępcę zamiast jego ofiary – zaatakowanego funkcjonariusza policji.

Dostrzegam tu pewien schemat występujący w działaniach części lewicy. Jej przedstawiciele spieszą okazywać współczucie przestępcom, podczas gdy ludzie, którzy ucierpieli z ich rąk, schodzą na dalszy plan.

Kiedy ciężko pracujący ludzie widzą, jak podczas zamieszek we Francji rabuje się i niszczy ich firmy, los ich źródeł utrzymania nie wzbudza większego zainteresowania tych, którzy tak chętnie tłumaczą rzekome krzywdy uczestników zamieszek. Tymczasem działania policji przeciwko sprawcom zniszczeń stają się przedmiotem natychmiastowego moralnego oburzenia.

Kiedy cudzoziemcy popełniają przestępstwa, część mediów spieszy z wyjaśnianiem okoliczności ich życia, nawet gdy niepowodzenia integracji stają się coraz trudniejsze do zignorowania.

Istnieje pewien szczególny odruch ideologiczny, który każe raczej kierować oskarżycielski palec w stronę krajów na tyle hojnych, by przyjmować przybyszów, niż uznać odpowiedzialność tych, którzy odmawiają integracji. To ten sam odruch, który nie pozwala zmierzyć się z zagrożeniami wynikającymi z ideologii islamskiej, nawet gdy ich konsekwencje są widoczne dla wszystkich.

Mogłoby się wydawać, że są to całkowicie odrębne kwestie: Izrael, kapitalizm, imigracja, wymiar sprawiedliwości w sprawach karnych, niepokoje społeczne i islam.

Nie wierzę jednak, że ich ideologiczne nakładanie się na siebie jest przypadkowe.

Istnieją ramy pojęciowe, które pomagają wyjaśnić, dlaczego te pozornie niezwiązane ze sobą stanowiska tak często okazują się zbieżne.

Zawdzięczamy je Thomasowi Sowellowi.

Konflikt wizji

W swojej książce The Conflict of Visions („Konflikt wizji”) Sowell opisuje dwa odmienne sposoby rozumienia natury ludzkiej i organizacji społeczeństwa: wizję ograniczoną i wizję nieograniczoną.

Wizja ograniczona wychodzi od uznania, że ludzie są istotami niedoskonałymi. Nie jesteśmy z natury doskonałymi stworzeniami, które tylko czekają na wyzwolenie z opresyjnych systemów. Mamy sprzeczne interesy, słabości, ambicje, uprzedzenia i ograniczenia.

Dlatego ludzie potrzebują bodźców skłaniających ich do działania, instytucji porządkujących ich zachowania oraz zabezpieczeń powstrzymujących ich najgorsze impulsy.

Weźmy kapitalizm.

Na wolnym rynku, jeśli stworzysz coś, czego ludzie pragną, możesz stać się niezwykle bogaty. Pomyślmy o iPhonie albo ogólniej o telefonach komórkowych. Urządzenia te zmieniły świat i uratowały niezliczone ludzkie życia. A jednak ich rozwój nie był przede wszystkim rezultatem jakiegoś wielkiego projektu humanitarnego. Powstały w systemie, w którym ludzie i przedsiębiorstwa mieli motywację do wprowadzania innowacji, konkurowania i tworzenia produktów, za które inni byli gotowi dobrowolnie płacić.

W rezultacie społeczeństwo korzysta z ambicji jednostek, nawet jeśli jednostki te kierują się własnym interesem.

Konkurencja skłania przedsiębiorstwa do opracowywania lepszych produktów, leków i technologii. Ludzie są nagradzani za wytwarzanie czegoś wartościowego, podczas gdy ci, którzy nie potrafią zaspokoić potrzeb konsumentów, ryzykują przegraną z konkurentami.

Jednocześnie prawo wyznacza granice. Jeśli je łamiesz, ponosisz konsekwencje. Kultura i tradycja również odgrywają ważną rolę w organizowaniu społeczeństwa i kształtowaniu ludzkich zachowań.

Ci, którzy instynktownie skłaniają się ku wizji ograniczonej, rozumieją, że żaden sposób urządzenia ludzkich spraw nigdy nie będzie doskonały. Dostrzegają jednak również, że w ostatecznym rozrachunku instytucje zbudowane wokół bodźców, odpowiedzialności i ograniczeń władzy mogą przynosić nadzwyczajne rezultaty.

Rozważmy amerykańską konstytucję.

Dlaczego ustanawia podział władz? Dlaczego przewiduje mechanizmy wzajemnej kontroli i równowagi?

Ponieważ ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych rozumieli, że ludzie są niedoskonali. Wiedzieli, że władza może deprawować, że ambicje będą się ścierać i że żadnej jednostce ani instytucji nie można powierzyć nieograniczonej władzy. Rozwiązaniem nie było znalezienie doskonałych władców, lecz stworzenie systemu zdolnego powściągać tych niedoskonałych.

Takie rozumowanie rozciąga się również na wojnę i stosunki międzynarodowe.

Wizja ograniczona uznaje, że dopóki istnieją ludzie, konflikt pozostanie możliwy. Jednym ze sposobów zmniejszenia prawdopodobieństwa wojny jest zatem odstraszanie: zapewnienie, by potencjalni agresorzy rozumieli, że atak spowoduje niewyobrażalne koszty.

Zawsze trzeba dokonywać trudnych wyborów między konkurującymi wartościami i celami. Każda decyzja niesie konsekwencje, a każda próba rozwiązania jednego problemu grozi stworzeniem kolejnego.

To prowadzi nas do wizji nieograniczonej.

Wizja nieograniczona wychodzi od zupełnie innego rozumienia natury ludzkiej. Uznaje ludzi za istoty z gruntu dobre, a odpowiedzialnością za ich zepsucie obarcza społeczeństwo i jego instytucje.

Jak często parafrazuje się słowa Jeana-Jacques’a Rousseau: „Natura uczyniła człowieka szczęśliwym i dobrym, lecz społeczeństwo go deprawuje i czyni nieszczęśliwym”.

W tych ramach myślowych głównym problemem nie są niedoskonałości ludzkiej natury, lecz systemy, które uniemożliwiają ludziom urzeczywistnienie ich rzekomo lepszego „ja”.

Usuńcie te systemy ucisku, a lepsze społeczeństwo stanie się możliwe.

Tradycje i oczekiwania kulturowe są postrzegane jako formy zniewolenia, które uniemożliwiają ludziom bycie sobą. Postacie historyczne ocenia się według współczesnych standardów moralnych, zamiast uwzględniać okoliczności, w jakich żyły, i potępia jako złe lub zacofane za to, że nie sprostały dzisiejszym oczekiwaniom.

Sama wojna może być traktowana jako zło, które ludzkość powinna potrafić wyeliminować dzięki wzajemnemu zrozumieniu, nawet wtedy, gdy siła jest używana w słusznej sprawie.

U podstaw tego światopoglądu leży przekonanie, że dostatecznie oświecone jednostki mogą poprowadzić ludzkość ku lepszemu, a być może nawet doskonałemu stanowi. Społeczeństwo można przeprojektować od podstaw pod kierownictwem tych, którzy wierzą, że posiadają wiedzę i moralną jasność niezbędne do realizacji tego zadania.

Oczywiście te sprzeczne wizje nie zawsze są czarno-białe. Mogą się nakładać, a czasem łączyć w dziwny i sprzeczny sposób. Większość ludzi nosi w sobie elementy obu, nawet jeśli instynktownie silniej skłania się ku jednej z nich.

W obrębie każdej wizji istnieją również skrajności. W niektórych przypadkach zwolennicy wizji nieograniczonej zaczynają uważać przemoc za całkowicie dopuszczalną, zwłaszcza gdy jest wymierzona w tych, których postrzegają jako przeszkodę na drodze do nadejścia idealnego społeczeństwa.

A to sprowadza nas z powrotem do sprawy palestyńskiej.

Ideologia ukryta pod flagą

Ten konflikt wizji pomaga wyjaśnić, dlaczego tak wiele pozornie niezwiązanych ze sobą ideologii skupiło się wokół jednej sprawy.

Ruch propalestyński w naturalny sposób przyciąga ludzi skłaniających się ku wizji nieograniczonej: tych, którzy wierzą, że istniejący system jest fundamentalnie niesprawiedliwy i musi zostać zburzony, a następnie odbudowany w postaci czegoś rzekomo lepszego.

Dlatego poparcie dla Palestyny tak często wykracza daleko poza geopolityczne realia konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Dlatego marksiści, radykalni lewicowcy i ruchy sprzeciwiające się zachodniemu kapitalizmowi uczynili Palestynę tak centralnym elementem swojej tożsamości politycznej.

Dla tych aktywistów sprawa palestyńska stała się sztandarem, pod którym mogą się zjednoczyć.

Ponieważ w ich oczach Izrael oznacza znacznie więcej niż państwo. Stał się ucieleśnieniem zachodniego ucisku, rasizmu, kapitalizmu i cywilizacji judeochrześcijańskiej, do której odnoszą się z tak wielką wrogością.

Ale to prowadzi nas do jednego z najdziwniejszych aspektów tego ruchu.

Sojuszu radykalnej lewicy z islamem.

Sojusz, który nie powinien istnieć

Ludzie często dziwią się, że ruchy islamistyczne potrafią znaleźć wspólny język z lewicą. W końcu liberalne wartości, których obronę deklaruje lewica, praktycznie nie istnieją w społeczeństwach rządzonych według rygorystycznych interpretacji prawa islamskiego. Homoseksualizm jest potępiany i karany. Kobiety sprowadza się do roli obywateli drugiej kategorii. Nawet odejście od islamu może pociągać za sobą poważne konsekwencje, w tym prześladowania i śmierć.

Nie chodzi o to, że lewica jest całkowicie nieświadoma tych realiów. Chodzi o to, że wielu uczestników tych ruchów uważa obszary porozumienia za znacznie ważniejsze od dzielących ich różnic.

Sprzeciw wobec Izraela i zachodniego porządku politycznego znajduje się w samym centrum nieograniczonej wizji świata znacznej części radykalnej lewicy. Wielu jej przedstawicieli uważa, że problemy nękające Bliski Wschód są zasadniczo konsekwencją zachodniego imperializmu i ingerencji. Ludzie żyjący w tych systemach są, zgodnie z tym światopoglądem, ofiarami tych samych sił ucisku, które należy zdemontować również we własnych krajach.

To małżeństwo z rozsądku.

Islamiści podchodzą jednak do tego sojuszu z innej perspektywy. Współpraca z tymi, którzy dążą do demontażu istniejącego porządku zachodniego, daje im możliwość uchylenia drzwi i wejścia do środka. Na Zachodzie mogą posługiwać się językiem wyzwolenia, oporu wobec ucisku i sprzeciwu wobec Izraela. Taki przekaz służy ich celom, nawet jeśli ich ostateczna wizja społeczeństwa ma niewiele wspólnego z wizją ich lewicowych sojuszników.

I nie byłby to bynajmniej pierwszy przypadek powstania takiego sojuszu.

Wystarczy cofnąć się do rewolucji irańskiej z 1979 roku.

Chomeini i jego islamistyczni zwolennicy znaleźli wspólny język z radykalną lewicą i ruchami komunistycznymi dzięki sprzeciwowi wobec szacha i wpływów zachodnich. Chomeini mówił o sprawiedliwości, wyzwoleniu i walce z imperializmem, posługując się językiem przemawiającym do tych, którzy wierzyli, że istniejący porządek polityczny należy obalić. Nawet wybitni zachodni intelektualiści z entuzjazmem patrzyli na rewolucję, wierząc, że usunięcie sprzymierzonego z Zachodem szacha może zapoczątkować powstanie lepszego społeczeństwa.

Islamiści i lewicowcy wspólnie przyczynili się do obalenia tego samego rządu, mimo że mieli zasadniczo odmienne wyobrażenia o tym, co powinno go zastąpić.

Ale utopia nigdy nie nadeszła.

Zamiast tego Iran stał się autorytarną republiką islamską, która cofnęła istotne swobody społeczne, narzuciła rządy religijne i uczyniła wrogość wobec Izraela i Zachodu centralnym elementem swojej rewolucyjnej tożsamości. Wielu spośród tych samych lewicowców, którzy pomogli obalić szacha, zostało następnie uwięzionych, straconych lub zmuszonych do emigracji.

Pomogli zniszczyć system, który uważali za opresyjny, tylko po to, by zastąpić go jednym z najbardziej represyjnych reżimów na świecie. Miliony Irańczyków miały ostatecznie uciec ze swojego kraju, podczas gdy ci, którzy pozostali, musieli żyć w systemie, którego konsekwencje do dziś prześladują Iran i zagrażają szerszemu światu.

Dlatego uważam islamistyczny element ruchu propalestyńskiego za tak niebezpieczny, nawet jeśli jego najbardziej widoczne oblicze wydaje się lewicowe i humanitarne.

Niebezpieczeństwo to występuje na wielu poziomach.

Najbardziej bezpośrednim zagrożeniem jest sama wizja nieograniczona: ideologia zdeterminowana, by przebudować społeczeństwo, zdemontować instytucje i tradycje, które podtrzymywały cywilizację zachodnią, oraz dążyć do utopii, która zawsze zdaje się wymagać zniszczenia czegoś, co już istnieje.

Ale pod tym kryje się kolejne niebezpieczeństwo. Islam, rozumiany nie tylko jako prywatna wiara religijna, lecz jako system prawa, władzy politycznej i organizacji społecznej, ma własną wizję świata. I nie jest to liberalna utopia, którą wyobrażają sobie jego lewicowi sojusznicy.

Ci, którzy przyjmują wizję nieograniczoną, mogą sami doprowadzić do demontażu zabezpieczeń chroniących ich przed autorytarnymi zastosowaniami tej ideologii. Kultura, tradycja, religia, tożsamość narodowa i ugruntowane instytucje są odrzucane w pogoni za rzekomo lepszym światem, bez większego zastanowienia nad tym, co mogłoby zająć ich miejsce.

I to sprowadza mnie z powrotem do małego kociaka.

Ruch propalestyński przedstawia się jako coś niewinnego, coś zasługującego na nasze współczucie. Zachęca nas, byśmy odłożyli na bok zdolność krytycznego myślenia, przymknęli oczy na niewygodne realia i pozwolili, by samym naszym osądem kierowało wyłącznie współczucie.

Ale byłby to poważny błąd.

Ponieważ prędzej czy później pyszczek kociaka zacznie się poruszać.

Nie wydobędzie się z niego żaden dźwięk.

A kiedy społeczeństwo pochyli się bliżej, spodziewając się usłyszeć cichy pisk niewinnego stworzenia, z jego pyszczka wyłoni się ogromny, groteskowy owad, który pożera wszystko na swojej drodze.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Majority of Americans View Israel as ‘Ally’ or ‘Friend,’ Poll Finds


Majority of Americans View Israel as ‘Ally’ or ‘Friend,’ Poll Finds

Corey Walker


A view of a US flag and an Israeli flag. Photo: REUTERS/Ronen Zvulun

A strong majority of US adults view Israel positively as a friend or ally, according to a new survey, which showed the Jewish state performing similarly to Ukraine and a bit below Canada.

According to the CNN poll, which was conducted by SSRS from Sept. 16–17, a combined 61 percent of respondents described Israel as either an “ally” or “friendly.” The survey found that 34 percent of Americans called Israel an ally, while another 27 percent described it as friendly. At the same time, 24 percent characterized Israel as unfriendly and 15 percent as an enemy.

By comparison, 22 percent of US adults described Ukraine as an ally, and another 48 percent characterized the country as friendly. Another 21 percent called Ukraine unfriendly, while 8 percent labeled it an enemy.

America’s northern neighbor, Canada, received higher ratings, with 38 percent calling it an ally and 36 percent calling it friendly. Canada also recorded lower negative ratings, with 24 percent calling it unfriendly and only 3 percent calling it an enemy. These figures are notable given Canada’s intensifying tensions with the US amid repeated provocations from US President Donald Trump.

Among the countries viewed more negatively, Russia recorded the strongest unfavorable sentiment, with 36 percent calling Russia unfriendly and 47 describing it as an enemy, a combined 83 percent negative rating. Only 17 percent viewed Russia as either an ally or friendly.

China also faced predominantly negative assessments, with 44 percent describing it as unfriendly and 32 percent as an enemy. Just 25 percent placed China in the ally or friendly categories.

The survey also illustrates that voters are more likely to see Russia and China in an adversarial light compared to the Jewish state.  Israel’s 15 percent “enemy” rating was less than half of China’s 32 percent and less than one-third Russia’s 47 percent. However, voters are far more likely to view Israel as an enemy of the US than fellow allied states Canada (3 percent) and Ukraine (8 percent).

The poll comes amid the ongoing deterioration of the public perception of Israel within the US. In the 3 years following the Hamas-led Oct. 7, 2023, massacre in Israel, polls indicate that American voters have an increasingly negative view of the Jewish state.

An April survey by Marquette University Law School found that 54 percent of Americans viewed Israel unfavorably and 33 percent viewed it favorably, producing a net rating of roughly minus 20 points. One year earlier, Americans had been evenly divided, with 43 percent holding favorable and unfavorable opinions.

This decline has been more intensely felt within the Democratic Party, with a supermajority of Democrats expressing the view that Israel has committed a so-called “genocide” in Gaza. Although Republicans have largely remained far more steadfast in their support for Israel, polling indicates that support among the youngest cohorts of conservatives has declined precipitously.

Anti-Israel animus within the Republican Party has been inflamed by antisemitic provocateurs such as podcasters Tucker Carlson and Candace Owens, both of whom have peddled anti-Jewish conspiracy theories and spent the past few years falsely accusing Israel of perpetrating atrocities against various ethnic and religious groups.

The latest survey findings offer some relief to supporters of the Jewish state, indicating that Americans still view the country as a friend to the US despite its deteriorating popularity among American voters.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Swiss TV Commentary About Political Views of Israel’s Olympic Bobsleigh Pilot Ruled to Be Discriminatory


Swiss TV Commentary About Political Views of Israel’s Olympic Bobsleigh Pilot Ruled to Be Discriminatory

Shiryn Ghermezian


Milano Cortina 2026 Olympics – Bobsleigh – 2-man Heat 2 – Cortina Sliding Centre, Cortina d’Ampezzo, Italy – February 16, 2026. Adam Edelman of Israel and Menachem Chen of Israel react after their run. Photo: REUTERS/Athit Perawongmetha

A Swiss public broadcaster’s commentary about the political views of Israeli bobsleigh team pilot Adam Edelman during his competition in the 2026 Milano Cortina Olympics was discriminatory, Switzerland’s Independent Authority for the Examination of Complaints in Radio and Television, known by its French acronym AIEP, ruled on Friday.

On Feb. 16 during the Winter Olympics, Edelman and his bobsleigh teammate Menachem Chen were making their way down the ice track when Stefan Renna, a commentator for Switzerland’s French-language public broadcaster “Radio Télévision Suisse” (RTS), talked on air about Edelman’s social media posts that expressed support for Israel’s military actions in the Israel-Hamas war. Renna also said Edelman is a “self-defined ‘Zionist to the core’” who posted “several messages on social media in support of the genocide in Gaza.” The RTS commentator claimed the American-Israeli athlete should have been banned from the Olympics because of his “support of the genocide in Gaza.” RTS removed from its website a clip featuring the commentary and said the remarks were not “appropriate” for a sports broadcast.

The AIEP’s 9-member committee said on Friday that it upheld four complaints about the commentary by five votes against four.

“The majority of members came to the conclusion that the comment, probably prepared in advance, suggesting that the Israeli athlete should be excluded from the Olympic Games because of his political opinions, had conveyed a stigmatizing and therefore discriminatory message against him compared to the other 25 athletes competing that day,” the AIEP said in a statement. “The members considered that the sports commentator had made an inequality of treatment between the Israeli athlete and the other competitors, thus violating the prohibition of discrimination.”

Rulings made by the AIEP may be appealed in federal court.

Edelman criticized the “diatribe” said on air by the RTS commentator while US Ambassador to Israel Mike Huckabee called the commentary “beyond disgusting” and said Renna “spewed bigotry and bile.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Pułapka “zawieszenia broni” Putina

Na zdjęciu: dym unosi się nad rafinerią ropy naftowej należącą do Gazprom Nieft, położoną na obrzeżach Moskwy; 18 czerwca 2026 r. (Zdjęcie: AFP via Getty Images)


Pułapka “zawieszenia broni” Putina

Pierre Rehov Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski


Wojny na wyniszczenie wygrywa ten, kto jest w stanie dłużej za nie płacić. Władimir Putin od ponad czterech i pół roku stawia na to, że zachodni partnerzy Ukrainy zmęczą się wcześniej, niż wyczerpie się rosyjski skarbiec. W ciągu trzech dni Waszyngton sprawił, że ten zakład przyniósł Putinowi największe korzyści od wielu miesięcy.

9 października prezydent Donald Trump ogłosił porozumienie z Kremlem w sprawie dostaw oleju napędowego. Następnego dnia zasugerował, że Ukraińcy powinni znaleźć sobie nowego prezydenta. 11 października obwieścił “ENERGETYCZNE ZAWIESZENIE BRONI”, o którym Kijów nie został poinformowany, a którego Moskwa nie zamierzała potwierdzić. Kilka godzin później rosyjskie pociski uderzyły w elektrociepłownię CHP-5 w ukraińskim Charkowie.

Kreml uzyskał złagodzenie sankcji i doprowadził do otwartego konfliktu między Waszyngtonem a Kijowem, nie podejmując ani jednego zobowiązania, którego realizację można byłoby zweryfikować.

Najbardziej przerażające w tym prezencie Trumpa dla Putina – który z pewnością zostanie wykorzystany do finansowania kolejnych ataków na Ukrainę – jest to, że cała ta gratka wystarczy na zaspokojenie amerykańskiego zapotrzebowania na olej napędowy zaledwie przez dziewięć dni.

Rosja ma natychmiast dostarczyć ponad 300 tysięcy ton oleju napędowego, a w kolejnych miesiącach jeszcze kilka milionów ton. Amerykański Departament Skarbu wydał ogólne zezwolenie na sprzedaż i import rosyjskiego oleju napędowego do 7 kwietnia 2027 roku. Jest to pierwsze od czasu rosyjskiej inwazji odstępstwo od sankcji dotyczących tego paliwa, którego obowiązywanie wykracza poza zwyczajowe 30 dni.

Decyzja zapadła trzy tygodnie po podpisaniu przez Trumpa ustawy sankcyjnej noszącej imię zmarłego senatora Lindseya Grahama, zobowiązującej prezydenta do nałożenia do 18 października ceł sięgających 100 procent na największych nabywców rosyjskiej ropy i gazu. We wrześniu ceny oleju napędowego osiągnęły historyczne maksimum, wzrastając o 68 procent w ciągu roku. Trump ma więc powody, by na kilka tygodni przed wyborami uzupełniającymi do Kongresu martwić się sytuacją kierowców ciężarówek i rolników.

Analitycy rynku energetycznego wątpią jednak, by porozumienie doprowadziło do trwałego spadku cen. Większość dostaw zostałaby po prostu przekierowana od innych odbiorców. Umowa zapewni natomiast dopływ pieniędzy do Moskwy, która w lipcu zakazała eksportu oleju napędowego po tym, jak ukraińskie ataki dronów ograniczyły rosyjską produkcję mniej więcej o jedną trzecią. Rosja może teraz przedstawiać wznowienie eksportu jako przysługę wyświadczoną Trumpowi.

Ukraińskie naloty są najskuteczniejszym narzędziem wywierania presji gospodarczej na Rosję, a ich powodzenie jest po części zasługą Waszyngtonu. W pierwszej połowie 2026 roku liczba ukraińskich ataków na rosyjskie rafinerie wzrosła jedenastokrotnie. Było to możliwe między innymi dzięki amerykańskim informacjom wywiadowczym, które pomagały ukraińskim dronom omijać rosyjską obronę przeciwlotniczą.

10 października Trump powiedział dziennikarzom, że Zełenski “niech lepiej, do cholery, przestanie”. Wypowiedział te słowa w tygodniu, w którym Rosja przeprowadziła ponad 200 ataków na ukraińskie elektrownie i sieci przesyłowe oraz kolejnych 17 na obiekty gazowe i naftowe. W rosyjskich atakach zginęło ponad 150 Ukraińców. Była to trzecia wielka fala rosyjskich uderzeń na Ukrainę w ciągu czterech dni.

Sojusznicy Ukrainy mogą oczywiście zasadnie dyskutować o wyborze celów ukraińskich ataków. Jednak żądanie, by Kijów oszczędzał rosyjską infrastrukturę naftową, podczas gdy rosyjskie drony nadal pozbawiają ukraińskie miasta energii elektrycznej, mówi Putinowi dokładnie, czyje straty Waszyngton jest gotów tolerować.

Ogłoszone następnie zawieszenie broni nie miało ani opublikowanych warunków, ani mechanizmu weryfikacji. Zełenski oświadczył, że dowiedział się o nim dopiero teraz, i obiecał go przestrzegać, jeśli Rosja zrobi to samo. Moskwa niczego nie potwierdziła, po czym zaatakowała Ukrainę.

Przedstawiciel Białego Domu wyjaśnił później, że Trump miał na myśli porozumienie na zasadzie “rafineria za rafinerię”, a dopiero w dalszej kolejności ewentualne wstrzymanie ataków na elektrownie i sieci energetyczne.

Ta asymetria jest groteskowa.

Ukraina ma tylko jedną rafinerię, poważnie uszkodzoną już dawno temu przez rosyjskie ataki, i importuje potrzebne jej paliwa. Tymczasem rozległa rosyjska sieć rafinerii stała się najbardziej odsłoniętą flanką rosyjskiej gospodarki.

Rozejm ograniczony do rafinerii chroniłby więc największą słabość Rosji, pozostawiając ukraińską sieć elektroenergetyczną narażoną na dalsze ataki w miarę zbliżania się zimy. To odpowiada Putinowi, który – według źródeł znających jego sposób myślenia – nie chce żadnego energetycznego rozejmu przed zimą. Liczy na to, że przerwy w dostawach prądu podczas zimowych mrozów zmuszą Ukraińców do ustępstw, których jego armia nie zdołała wywalczyć.

Ten scenariusz już znamy.

W marcu 2025 roku Putin odrzucił zaproponowane przez Waszyngton pełne, trzydziestodniowe zawieszenie broni i zgodził się jedynie na wstrzymanie ataków na infrastrukturę energetyczną. W ciągu kilku godzin obie strony znów wysyłały przeciwko sobie drony.

14 września Trump ogłosił kolejny rozejm energetyczny, którego nie potwierdziła żadna ze stron konfliktu. Kreml nazwał go “bardzo dobrym pomysłem” i zażądał zniesienia sankcji. Następnego dnia rosyjskie pociski uderzyły w stacje paliw w Kijowie, a Ukraina zaatakowała rosyjską rafinerię.

Każda taka częściowa przerwa w działaniach wojennych pozwala Moskwie zdobywać dyplomatyczne punkty i domagać się ulg gospodarczych, podczas gdy bombardowania trwają nadal.

Porozumienie, które chroniłoby rosyjskie dochody, podczas gdy Ukraińcy marzliby w ciemnościach, byłoby zwycięstwem Kremla przebranym za sukces amerykańskiej dyplomacji.

Tymczasem presja wywierana jest niemal wyłącznie na Kijów.

Dwóch ukraińskich urzędników twierdzi, że ich amerykańscy odpowiednicy zagrozili wstrzymaniem wymiany informacji wywiadowczych oraz dostaw w ramach programu PURL – finansowanego przez NATO mechanizmu dostarczania amerykańskiej broni – jeśli podczas rzekomego rozejmu Ukraina będzie atakować rosyjskie obiekty energetyczne.

Jeden z najbliższych współpracowników Zełenskiego potwierdził otrzymanie takich gróźb, podczas gdy przedstawiciel władz amerykańskich zaprzeczył, by je formułowano.

Po wstrzymaniu bezpośredniej amerykańskiej pomocy wojskowej informacje wywiadowcze i program PURL, w ramach którego w pierwszym roku dostarczono uzbrojenie o wartości 6,7 miliarda dolarów, pozostają ostatnimi rzeczywistymi instrumentami wpływu Waszyngtonu na sytuację na polu walki.

Wykorzystywanie tych instrumentów przeciwko napadniętemu państwu, podczas gdy wobec Rosji nie wysuwa się porównywalnych żądań – a najwyraźniej nie wysuwa się żadnych żądań – utwierdza Putina w przekonaniu, że przedłużanie wojny przynosi coraz większe amerykańskie ograniczenia nakładane na Ukrainę i otwiera drogę do rosyjskiego zwycięstwa.

Trump twierdzi, że Zełenski “mógł zawrzeć wiele porozumień”.

W rzeczywistości nie mógł – przynajmniej żadnego, które zapewniałoby Ukrainie choćby minimum bezpieczeństwa, a przecież tylko tego Zełenski od początku się domagał.

Jeżeli Rosja zachowa część wschodniej Ukrainy, zyska dogodną drogę do Kijowa, a zarazem wyśle innym agresorom sygnał, że zbrojne podboje się opłacają. Dla komunistycznego przywódcy Chin Xi Jinpinga połowa Tajwanu zapewne wygląda znacznie atrakcyjniej niż żaden Tajwan.

Waszyngton dysponuje lepszymi narzędziami.

Może uzależnić dalsze łagodzenie sankcji od pisemnych, wzajemnych zobowiązań zakazujących ataków zarówno na rafinerie, jak i na sieci energetyczne. Może cofnąć zezwolenie na import rosyjskiego oleju napędowego w chwili wznowienia rosyjskich ataków. Stany Zjednoczone mogą też kupować to paliwo od dostawców spoza Rosji.

Premier Kanady Mark Carney oświadczył zresztą, że jego kraj ma mnóstwo oleju napędowego na sprzedaż.

Moskwa od lat kwestionuje prawomocność władzy Zełenskiego, a teraz do tego chóru dołączył Trump.

Pięcioletnia kadencja Zełenskiego rozpoczęła się w 2019 roku i w normalnych okolicznościach powinna zakończyć się w maju 2024 roku. Jest to zatem kwestia, którą można zasadnie poddawać dyskusji.

Jednak artykuł 19 ukraińskiej ustawy o stanie wojennym zakazuje przeprowadzania wyborów prezydenckich i parlamentarnych podczas jego obowiązywania. Parlamentarna grupa robocza, w której uczestniczą przedstawiciele Centralnej Komisji Wyborczej, uznała, że przeprowadzenie głosowania w warunkach stanu wojennego nie jest możliwe.

Komisja uważa, że po zakończeniu stanu wojennego potrzebnych będzie sześć miesięcy przygotowań, między innymi po to, by umożliwić udział w wyborach 6,5 miliona Ukraińców przebywających za granicą.

11 października Zełenski zaproponował przeprowadzenie wyborów pod warunkiem, że Rosja zgodzi się na sześćdziesięciodniowe zawieszenie broni. Tym samym przerzucił na Moskwę ciężar udowodnienia dobrej woli.

Odpowiedź nadeszła w ciągu doby.

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow odrzucił propozycję, powtarzając, że Rosja nie chce zawieszenia broni. Zaproponował jedynie, by Putin wstrzymał ostrzał w samym dniu wyborów, ponieważ sześćdziesiąt dni pozwoliłoby Ukraińcom “przegrupować się, wylizać rany i kontynuować wojnę”.

Według Zełenskiego Rosja przedstawiła identyczną propozycję jednodniowego wstrzymania ognia już w lutym.

Zainteresowanie Putina ukraińską demokracją sięga więc jedynie tak daleko, jak możliwość przeprowadzenia wyborów pod ostrzałem, kiedy rosyjskie rakiety mogą swobodnie wpływać na przebieg kampanii.

Trump ma prawo odczuwać frustrację z powodu Zełenskiego. Jednak domagając się nowego przywódcy Ukrainy, przyznaje Moskwie prawo głosu w sprawie, o której powinni decydować wyłącznie ukraińscy wyborcy.

Siedmiu amerykańskich senatorów, w tym czterech republikanów, zażądało od administracji zmiany kursu. Argumentują, że porozumienie w sprawie oleju napędowego stoi w bezpośredniej sprzeczności z ustawą z 2022 roku zakazującą importu rosyjskich surowców energetycznych.

Ponadto to Putin rozpoczął wojnę, łamiąc Memorandum Budapeszteńskie z 1994 roku, które gwarantowało, że w zamian za rezygnację Ukrainy z broni jądrowej Rosja nie dokona na nią inwazji. Stany Zjednoczone również były sygnatariuszem tego memorandum. Ukraina wywiązała się ze swoich zobowiązań.

Trump szczyci się umiejętnością rozpoznawania niekorzystnych umów.

Ta umowa zapewnia Putinowi nowe dochody na finansowanie wojny, której nie chce zakończyć, i chroni rosyjskie rafinerie, które stały się jego najsłabszym punktem. Tymczasem ukraińska sieć energetyczna nadal pozostaje celem ataków w obliczu nadchodzącej zimy, a ukraińskie niebo wciąż jest otwarte dla rosyjskich pocisków i dronów.

Dopóki Rosja nie przestanie atakować ukraińskich domów, szpitali i sieci elektroenergetycznej, każde amerykańskie ustępstwo jest zaliczką na poczet wojny, której chce wyłącznie Putin.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Genocide Slur Is Not Just for Jews


The Genocide Slur Is Not Just for Jews

John Spencer


A member of the Syrian Democratic Forces, backed by U.S. special forces, stands on a building near Raqa’s stadium as they clear the last positions on the frontline on October 16, 2017 in the Islamic State group’s crumbling stronghold. / BULENT KILIC/AFP via Getty Images

Judging Israel’s wartime behavior through epithets, TikTok clips, and faulty balance sheets poses a direct danger to American lives

The casual use of the word genocide to target Israel is not only a slur—it is also dangerous to Americans. That’s because, if this ahistorical, amoral, and largely evidence-free way of judging war is allowed to take hold in public discourse and, worse, harden into international legal practice, it will not remain confined to one conflict or one ally. It will be turned on the United States and every other military that may have to fight and win in cities.

Israel is not the endpoint of the debate over the rules of war in the age of TikTok. It is the test case. If the rules are rewritten here, American soldiers will inherit them in the next urban war.

I hope we never see another Gaza war again, a war in which an enemy builds a strategy around civilian suffering not as the tragic cost of fighting that’s to be avoided whenever possible, but as the path to victory itself—a strategy of human sacrifice for political gain. These slogans of genocide and the normalization of lawfare risk stripping any law-abiding military of the ability to defend itself or protect innocent civilians from harm.

This matters because the legal and moral test is not whether the death toll in a given battle or conflict is high or low: That number can often be a measure of how determined an adversary is to keep fighting. The test is how a force fights. Proportionality is not a civilian death quota. It is an assessment of whether expected incidental harm would be excessive in relation to the concrete and direct military advantage anticipated—a judgment made under uncertainty, with imperfect information, against an adaptive enemy. Precautions are not a public relations checklist. They are measures that are feasible under the circumstances, balancing mission accomplishment and force protection.

The problem is the framework that is increasingly being normalized, in which lawfare replaces law, moral arithmetic replaces judgment, statistics replace intent, and civilian deaths become proof of illegality by default.

Genocide under international law requires intent to destroy a protected group in whole or in part. That intent is the defining legal element. Without it, the charge collapses. When genocide becomes a label applied whenever civilian casualties are high, the term loses meaning, and law becomes a weapon rather than a restraint.

There has been no genocide in Gaza. Israel has not intentionally targeted civilians. Its intent has been to return hostages, dismantle Hamas as a military and governing organization following the Oct. 7 mass casualty attack, and do so while sustaining civilian life under extraordinarily difficult combat conditions. Intent matters. Context matters. Law matters.

Israel has taken more measures to reduce civilian harm than any military in history operating in dense urban terrain against an enemy deliberately embedded among civilians. These measures include mass warnings before strikes, evacuation corridors coordinated at scale, daily humanitarian pauses, precision targeting based on layered intelligence, and operational restraints that deliberately increase risk to its own soldiers to reduce harm to civilians. No other military facing an enemy that systematically hides among the population has attempted civilian harm mitigation at this scale, over this duration, while under constant attack.

Hamas, by contrast, has openly declared and operationalized a strategy of using civilians as shields. It has tortured, sexually abused, starved, and murdered hostages. It has threatened civilians who attempt to leave combat zones or accept unauthorized aid. All of this constitutes war crimes. When international discourse erases this distinction and instead accuses the defender of genocide, it does not protect civilians. It rewards the most cynical and unlawful tactics in modern warfare.

The genocide accusation collapses further when measured against observable reality rather than slogans. Israel has conducted this war while facilitating a scale of humanitarian assistance, medical access, vaccination campaigns, and civilian protection measures unprecedented in a conflict where the defending force does not control the territory and the enemy does. Aid, food, water, fuel, medical supplies, and vaccines have entered Gaza throughout the war, even as Hamas retained territorial control and continued fighting. Israel coordinated humanitarian corridors, medical evacuations, and pauses in combat while under attack. No historical case of genocide includes a state feeding, vaccinating, providing medical care to, and sustaining the civilian population of the territory in which it is supposedly committing extermination.

Wanting to destroy your enemy is not genocide. It is war. War is not illegal, and in some cases, it is necessary. The aim of many of those accusing Israel of genocide is in fact to make it impossible for any law-abiding nation to defend itself against those who openly proclaim their desire to destroy us, and imagine that our adherence to law and to norms of conflict will assist them in achieving their aims.

I have watched this trap coming for years. Urban warfare is my profession. I have advised four-star generals and other senior U.S. Army leaders through strategic research groups from the Pentagon to the U.S. Military Academy. For more than a decade, I have researched, written, lectured, advised, and taught exclusively on how wars are fought in cities and what that means for strategy, law, and civilian protection. I designed and taught the only course built specifically to improve the ability of division and brigade commanders and their staffs to plan, conduct, and sustain large-scale urban operations. From Iraq’s Fallujah and Mosul to Gaza, the pattern is consistent: As war becomes more urban, legitimacy becomes more contested, and adversaries increasingly weaponize civilian harm, information, and legal narratives to constrain democratic militaries.

Lawfare is not a slogan or a metaphor. It is the deliberate use of legal frameworks, legal language, and legal institutions as weapons to achieve military or political objectives that cannot be achieved on the battlefield. In urban warfare, where civilians, infrastructure, and combatants are inseparable, lawfare becomes especially potent. Legal accusations are used to delegitimize an opponent’s operations, constrain commanders’ decisions, fracture alliances, and shift attention away from enemy conduct and military necessity. At the same time, armed groups use those same narratives to legitimize their own tactics, including embedding among civilians, using protected sites for military purposes, and engineering humanitarian crises to generate international pressure.

Well-intentioned efforts to reduce civilian harm can often produce perverse incentives when they become political slogans rather than operational guidance grounded in the law of armed conflict. I warned years ago that the Political Declaration on Explosive Weapons in Populated Areas, while born of understandable humanitarian concern, would have exactly this effect if interpreted as a blanket condemnation of certain weapons or effects rather than a call for disciplined, context-based decision-making. I saw the same thinking embedded in much of the criticism of Israel’s use of 2,000-pound bombs in urban areas—criticism often stripped of the history and context of why such munitions might be required against Hamas fighters buried in tunnels and bunkers underground.

But doesn’t prohibiting the use of powerful weapons save lives? Very often, the answer is no, it does not. Vilifying a munition in the abstract, rather than assessing the legality and the necessity of its use in context, can prolong battles and ultimately cost more lives. When such initiatives become rigid political tests instead of legal standards applied to real battlefield conditions, they push fighting deeper into cities and put more civilians at risk. While the intent may be to limit collateral damage, the likely effect is to validate and encourage the very tactics that make urban warfare so deadly: human shields, the military use of protected sites, and the deliberate blending of fighters into the population.

That is why the current genocide discourse is so corrosive. Criticism of allies is not and has never been the problem. Democracies argue. Democracies investigate. Democracies debate. Within Israeli society, every political decision related to the country’s wars is hotly and publicly debated by politicians, commentators, ex-generals, human-rights organizations, and the mothers and other family members of combatants. On both the American left and the right, there is no visible lack of criticism of Israel—much of it nonsense.

The problem is the framework that is increasingly being normalized, in which lawfare replaces law, moral arithmetic replaces judgment, statistics replace intent, and civilian deaths become proof of illegality by default. That framework does not restrain war. It rewards the worst forms of it. It creates a future in which lawful self-defense becomes politically and legally impossible for the very states that attempt to fight within the law, while armed groups are free to violate every rule and be rewarded with political and moral legitimacy.

The new pseudo-legal framework that has been pioneered by critics of Israeli wartime behavior leans heavily on moral equivalency presented as empathy. The argument is simple and emotionally powerful, a perfect fit for the age of instant social media outrage: If every child’s life has equal value, then any military action that results in civilian death must be immoral. Just look at your screen.

The moral premise is true. The conclusion is false. This framing deliberately erases the most basic distinction in both moral reasoning and the law of war: the difference between deliberate murder and unintended collateral harm, between civilians targeted as a strategy and civilians tragically harmed despite a force’s effort to distinguish and take feasible precautions. The law of war does not ask whether all deaths of children are equally sad or whether images of dead bodies in a hospital corridor are equally disturbing. It asks whether civilians were targeted, whether force was proportionate to a legitimate military objective, and whether feasible precautions were taken, given conditions on the ground. Lawfare seeks to dissolve those distinctions.

Israel is not the endpoint of the debate over the rules of war in the age of TikTok. It is the test case. If the rules are rewritten here, American soldiers will inherit them in the next urban war.

Just war theory is the moral foundation of the modern law of armed conflict. It begins with the recognition that civilian deaths in war are tragic and morally weighty. But it also insists that tragedy alone does not determine legality or morality. Jus in bello is built on discrimination and proportionality, not on the fantasy of bloodless war or a morality in which both sides must be harmed equally. The purpose of restraint is not to make war painless. It is to limit suffering while preserving the possibility of lawful self-defense against enemies who will not be restrained.

The most damaging move in today’s discourse is the treatment of numbers as verdicts. Civilian-to-combatant ratios are presented as legal conclusions. Counts of destroyed buildings are treated as evidence of intent. Claims about food supplies, aid convoys, and infrastructure damage are wielded as if they automatically determine whether a military is complying with international law. Context is dismissed as excuse-making. Command intent is treated as propaganda. Enemy conduct is minimized or ignored. This is not analysis. It is the conversion of war into a spreadsheet and then the conversion of that spreadsheet into a moral tribunal.

Our current global infatuation with civilian-to-combatant ratios or aggregated death totals is not and cannot be how war works. Raw numbers are not law. They are not proof of distinction or proportionality. They are not evidence of intent. They are, at best, one contested data point among many. In urban warfare, they are almost always unknowable in real time.

Yet in Gaza, the world has watched casualty figures released within minutes of operations, updated daily with a precision down to single digits, often presented as an emotional plea rather than an analytical assessment, as if the most important legal and moral questions could be resolved by an accountant’s ledger. This is unprecedented in modern conflict, especially in dense urban combat, and it is operationally implausible on its face.

In Gaza, numbers are announced almost immediately despite rubble, tunnel collapses, secondary explosions, and active firefights. Determining who was present in a structure, who was directly participating in hostilities, who was coerced into remaining, and who was killed by regrettable but unavoidable secondary effects requires investigation, intelligence fusion, and time. Treating instantaneous casualty reporting as legal truth is not accountability. It is epistemic fiction.

At the same time, there is a powerful and understandable human impulse to compare Gaza to something else. To another battle. Another city fight in Iraq or Syria. Another war that might help make sense of the suffering. Inevitably, such comparisons drift toward hyperbole—the point of which is to overthrow the process of reasoned distinction-making through which law-bound nations act while declaring the enemy’s most heinous actions to be permissible in the face of an absolute world-historical evil that is often named but never demonstrated.

The sad truth is that there is no meaningful comparison to Gaza. Israel is not fighting a counterinsurgency shaped over two decades with control of terrain and population. It is not a conflict in which civilians had viable options to flee to neighboring states. It does not involve the obliteration of a city by a wonder weapon. It’s a war fought in a sealed enclave where one side spent more than 20 years preparing the battlefield, constructing hundreds of miles of tunnels beneath homes, hospitals, schools, and streets, and where civilians have not been permitted safe passage through borders such as Egypt. It is also a war being fought in the age of instantaneous global communication, when algorithms on platforms like TikTok, X, and others push the most horrific images of war to billions of people in real time.

Some of the images we see from Gaza are tragically real. Others are fabricated, misleading, or stripped of context that would give them meaning. All are consumed faster than facts can be verified. In this environment, people understandably struggle to know what is true or false, legal or illegal, moral or immoral, as war unfolds in real time. This confusion does not restrain violence. It incentivizes lawfare and accelerates the collapse of legitimacy in ways that the world’s armies have never experienced before.

In Gaza, one side follows the law of war as a matter of doctrine and accountability. Hamas, as a matter of strategy, deliberately seeks to erase the distinctions the law depends on. Hamas fighters do not wear uniforms. They operate from within civilian structures. They embed command centers in hospitals, weapons in schools, and fighters in residential buildings. They deliberately exploit civilian density and protected sites to complicate targeting and magnify poststrike narratives. Under those conditions, it is impossible for any outside observer to distinguish in real time who was participating in the hostilities and who was not. It is especially impossible for a Hamas-controlled authority to credibly separate combatants from civilians, given that its incentives lie in every case in the opposite direction.

This is not an argument for indifference to civilian suffering. The opposite is true. Civilian deaths should never be minimized or excused. They should be investigated, understood, and punished when unlawful. A professional military should always seek to reduce civilian harm, not because it is politically convenient, but because it is morally right and strategically wise.

But moral seriousness is often something entirely different than the moral theater that plays well on social media. Moral seriousness does not declare guilt by statistics. It does not erase the difference between deliberate murder and collateral harm. It does not treat the kidnapping and murder of civilians as morally interchangeable with deaths caused in the course of lawful military operations against an enemy that embeds among civilians. That equivalency is not compassion. It is a surrender of judgment.

The United States has lived this reality in its own urban fights long before Gaza. In Fallujah, Ramadi, Tal Afar, and Mosul, and Syria’s Raqqa, American forces confronted enemies who deliberately embedded among civilians, transformed mosques, schools, hospitals, and apartment blocks into defensive strongpoints, and waged information warfare alongside kinetic combat. The United States adapted tactics, improved intelligence, tightened targeting processes, and increased precision. It did what professional militaries do.

But no amount of adaptation can eliminate civilian harm in major urban combat. That is not a moral failure. It is the nature of war in cities. History proves this at scale. When American forces fought to liberate the Philippines’ Manila in 1945, the battle became one of the most destructive urban fights of World War II. Over four weeks of combat, approximately 100,000 civilians were killed alongside roughly 17,000 Japanese defenders. Thousands of American and Allied civilians were held as internees, along with prisoners of war, inside the city. The devastation was immense. Yet no serious legal or historical analysis frames the United States as having committed genocide in Manila. The intent was not to destroy the Filipino people. It was to defeat an enemy that turned a city into a fortress and carried out systematic atrocities against civilians. Civilian death, however tragic, did not redefine lawful military necessity as criminal intent then, and it cannot be allowed to do so now.

The Korean War underscores the same point even more starkly. Roughly 2 million North and South Korean civilians were killed over 37 months of war. If the same statistical logic now applied to Gaza were imposed retroactively, stripped of context about who died, how they died, and who killed them, that figure would translate into more than 54,000 civilian deaths every single month. Yet the Korean War is understood, correctly, as a lawful collective defense against invasion, not as a genocide.

This is what happens when the laws of armed conflict are replaced by statistical absolutism. Law becomes a tool of political warfare. Legal terms become slogans. The side that fights lawfully becomes uniquely vulnerable, judged not by intent or conduct, but by the inevitable suffering that accompanies urban combat.

When civilian suffering becomes the decisive weapon, advantage flows to those who want civilians to suffer. If accusation and optics define legality, the optimal strategy is to embed among civilians, prevent evacuation, fight from protected sites, and manipulate information so that every death becomes ammunition. That is not the protection of civilians. It is the exploitation of them.

If this logic becomes the standard, the result will not be fewer civilian deaths. It will be more. The new standard by which Israel “committed genocide” in Gaza will validate hostage taking, the use of human shields, the engineering of humanitarian crises, and the manipulation of casualty figures as weapons. It will tell future adversaries that the fastest way to defeat a democratic military is not to fight it, but to endanger civilians until the defender is condemned for trying to stop the violence. In that world, urban areas become more lethal, not less. Civilians become more vulnerable, not more protected.

The implications for the United States military are direct and dire. Every serious contingency in the Pentagon’s war-planning scenarios involves dense urban terrain. Defending Seoul, Taipei, or NATO’s eastern flank means fighting in cities where civilians cannot be separated from the battlefield and where adversaries are trained to exploit information and lawfare as much as maneuvers and firepower. If civilian harm alone becomes proof of criminality, democratic militaries face an impossible choice: Fight and be condemned, or refrain and concede defeat.

Accusations of genocide being leveled against Israel do not merely constitute baseless defamation of an ally, as I have personally seen with my own eyes during six research trips to Gaza over the course of the war. It is a weapon aimed at lawful self-defense. The tragedy of civilian suffering in war is real. It should never be denied. But turning tragedy into a legal verdict without proof of intent is not moral progress. It is paralysis.

If baseless slander becomes law, lawful self-defense becomes impossible. And if lawful self-defense becomes impossible, democracies will have lost the next wars before they begin.


John Spencer is the Executive Director of the Urban Warfare Institute. He is the coauthor of Understanding Urban Warfare.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com