
Dokumentowałem zbrodnie ISIS. Potem odwiedziłem Auschwitz
Omar Mohammed
„Wracajcie do Polski” — dla niektórych to znajome hasło. Od czasu ataków z 7 października 2023 roku wykrzykuje się je pod adresem Żydów w całym świecie zachodnim, aby dać im do zrozumienia, że nie ma tam dla nich miejsca – że ich prawdziwą ojczyzną jest miejsce, w którym 80 lat temu wymordowano ich przodków. W ubiegłym tygodniu Abdul El-Sayed, kandydat do Senatu z Michigan, zorganizował spotkanie przy okrągłym stole z aktywistą, który powtarzał właśnie to hasło, wzywając do odesłania izraelskich Żydów „z powrotem do Polski”.
Omar Mohammed po raz pierwszy usłyszał to hasło, gdy skandowano je na kampusie Uniwersytetu Columbia po 7 października. Głęboko nim to wstrząsnęło. Omar, iracki historyk, mieszkał w Mosulu, kiedy ISIS przejęło kontrolę nad miastem. Nie uciekł. Zamiast tego siedział w pokoju oddzielonym zaledwie cienką ścianą od jednego z wysokich rangą przywódców ISIS i pisał – wykorzystując swój anonimowy blog Mosul Eye, aby informować miliony ludzi o zbrodniach popełnianych przez tę organizację terrorystyczną. (Aby poznać całą jego historię, obejrzyjcie nasz wywiad z nim tutaj).
Ale praca Omara jako historyka nie zakończyła się wraz z jego ucieczką z Iraku w 2017 roku. Kilka tygodni temu skontaktował się z nami, aby powiedzieć, że po latach słuchania wezwań, by Żydzi wracali do Polski, postanowił sam odwiedzić obozy koncentracyjne. Jak wyjaśnił, chciał napisać o tym, jak to jest być „historykiem z Mosulu, który dokumentował jedno ludobójstwo, a teraz po raz pierwszy stoi w miejscu, gdzie dokonano innego”. Powstał tekst niezwykły. Z dumą przedstawiamy go dziś naszym czytelnikom.
— Jillian Lederman
24 sierpnia wylądowałem w Warszawie. Była noc. Od dawna uważam, że miasto ujawnia swoją tożsamość po zmroku, dlatego wsiadłem na lotnisku do autobusu linii 175, jadącego do centrum, aby lepiej je poznać.
Coś podczas tej podróży wytrąciło mnie z równowagi. Zdarzało mi się siedzieć w moim rodzinnym Mosulu w Iraku, mieście okupowanym przez ISIS, i dokładnie wiedzieć, czego się boję. W tamtym autobusie nie było niczego, co mógłbym wskazać jako źródło zagrożenia, a jednak moje ciało reagowało tak, jakby ono istniało. Powiedziałem później, że poczułem zapach popiołów zmarłych – dosłownie, wciąż spoczywających w ziemi po 80 latach.
Nigdy wcześniej nie byłem w Polsce. Po raz pierwszy dowiedziałem się o Holokauście w Mosulu, w 2004 lub 2005 roku, kiedy po upadku Saddama Husajna anteny satelitarne stały się łatwo dostępne. Oglądałem jeden po drugim filmy dokumentalne o drugiej wojnie światowej i każdy z nich nagrywałem – ponieważ w tamtych latach wciąż żyliśmy ze świadomością, że wszystko może w każdej chwili zniknąć.
Mniej więcej w tym samym czasie dowiedziałem się, że szkoła, do której uczęszczałem, stała na ruinach żydowskiej szkoły w Mosulu, zburzonej przez Saddama w 2000 roku. Od tamtej pory nosiłem w sobie nadzieję, że pewnego dnia stanę w obozach i zobaczę je na własne oczy. Tym, co ostatecznie skłoniło mnie do podróży, była wiadomość o incydencie, do którego doszło po atakach na Izrael 7 października, kiedy na kampusie Uniwersytetu Columbia wykrzykiwano pod adresem Żydów jedno szczególne hasło: „Wracajcie do Polski”.
Walter Reich, mój przyjaciel i mentor, był tym incydentem wstrząśnięty. Walter jest profesorem stosunków międzynarodowych, etyki i zachowań ludzkich na katedrze imienia Icchaka Rabina oraz profesorem psychiatrii na Uniwersytecie George’a Washingtona, gdzie również pracuję. W latach 1995–1998 był dyrektorem United States Holocaust Memorial Museum, amerykańskiego Muzeum Pamięci Holokaustu. Większości tego, co wiem o sposobach, w jakie społeczeństwa wymazują swoich Żydów, nauczyłem się właśnie od niego. Powiedział mi, że kiedy usłyszał wezwanie, by Żydzi wracali do Polski, postanowił zrobić dokładnie to: zabrać swoje dzieci i wnuki do obozu zagłady w Bełżcu, gdzie zamordowano znaczną część jego rodziny. Chciał odmówić tam kadisz, żydowską modlitwę żałobną.
To, co pozostało po rodzinie Waltera, sprowadza się do pola. Jego wujowie, ciotki i kuzyni zostali zagazowani, ich ciała wrzucono do dołów, później wydobyto je i spalono, a popioły ponownie wsypano do ziemi. Walter przyjeżdża na to pole, by odmawiać kadisz, od lat osiemdziesiątych.
W sierpniu napisałem do niego, że jeszcze w tym miesiącu wybieram się do Auschwitz. W ciągu dwóch godzin odpisał: „Odwagi, Omarze”. Poprosiłem go, żeby nauczył mnie kadiszu, abym również mógł go tam odmówić.
Jako historyk całe życie poświęciłem jednemu pytaniu: co miasto robi ze swoimi zmarłymi? Przez trzy lata, od czerwca 2014 do 2017 roku, dokumentowałem rządy ISIS w Mosulu od środka – nocami, anonimowo, w miejscu, gdzie zdemaskowanie oznaczało śmierć. Wszystko publikowałem na swoim ogólnodostępnym blogu Mosul Eye. A kiedy miasto zostało wyzwolone, zastosowałem tę samą metodę do zbadania wcześniejszego wymazania, sprzed ponad 60 lat: w 1950 roku Żydów z Mosulu pozbawiono obywatelstwa. Do 1951 roku już ich tam nie było.
Zasadę, którą przyjąłem podczas rządów ISIS, zabrałem ze sobą do Polski: nie ufaj nikomu, dokumentuj wszystko. Każda rozmowa przytoczona w tym eseju pochodzi z dyktafonu, który włączyłem w autobusie jadącym z lotniska i którego od tamtej chwili nie wyłączałem.
Moim pierwszym przystankiem była Treblinka, około 100 kilometrów na północny wschód od Warszawy. Moim kierowcą był mężczyzna z Tadżykistanu. Nazwę go Daler.
Kiedy powiedziałem mu, dokąd jedziemy, zapytał, co to za miejsce.
Był muzułmaninem. Przez pięć lat mieszkał w Polsce i przez dwa lata w Niemczech, a nikt nigdy nie powiedział mu, co się tutaj wydarzyło. Siedziałem z tyłu, z dyktafonem na siedzeniu, i zrozumiałem, że mój plan ma pewną wadę. Przyjechałem do Polski z zamiarem wysunięcia po powrocie do domu konkretnego postulatu: chciałem, aby świat arabski poznał historię tego miejsca i zaczął nauczać jej w szkołach. Tymczasem pierwszy człowiek, którego spotkałem – muzułmanin z Tadżykistanu, który spędził siedem lat w Niemczech i Polsce – nie wiedział nic o obozie zagłady, do którego wiózł mnie tego wtorkowego poranka, ani o tym, co to miejsce oznaczało.
Zacząłem więc go uczyć. Zajęło to dwie godziny, w większości za pośrednictwem jego telefonu: angielski tłumaczony na tadżycki na ekranie, tekst czytany na czerwonych światłach, odpowiedzi po tadżycku, przekładane z powrotem na angielski. Sześć milionów Żydów zamordowanych za to, że byli Żydami, i z żadnego innego powodu. Powiedział mi, że Tadżykistan liczy około dziesięciu milionów mieszkańców. Poprosiłem, żeby wyobraził sobie, że sześć milionów z nich zostaje zabitych, i obserwowałem go we wstecznym lusterku. Po pewnym czasie powiedział, że nie sposób tego pojąć.
„Od dzisiaj – powiedział po tadżycku – będę opowiadał o tym ludziom. Wcześniej niewiele o tym wiedziałem. Teraz rozumiem”.

Mohammed odmawia kadisz żałobny w Treblince, 25 sierpnia 2026 roku. Fotografia dzięki uprzejmości Omara Mohammeda.
Wyobraźcie sobie, że spędzacie siedem lat w Polsce i Niemczech i nie dowiadujecie się niczego o Holokauście.
Budowle wzniesione przez Niemców w Treblince już nie istnieją. Jesienią 1943 roku, po buncie więźniów, Niemcy rozebrali ośrodek zagłady, zaorali ziemię i umieścili oddział strażników w gospodarstwie rolnym. Pozostał sosnowy las i pole z 17 tysiącami poszarpanych kamieni, ustawionych pionowo w betonie. Na niektórych wyryto nazwy miast i państw. Na tej polanie w ciągu około piętnastu miesięcy zamordowano blisko 925 tysięcy Żydów.
Panuje tam cisza, jakiej nigdy wcześniej nie słyszałem. Ale nie jest to cisza cmentarza. Na cmentarzu zmarli mają przynajmniej groby.
Wokół Treblinki sosny rosną tak gęsto, że między nimi światło nie dociera do ziemi. Rosną na tej ziemi od osiemdziesięciu lat lub dłużej i są jedynymi żywymi istotami, które widziały to wszystko i wciąż tam są. Stojąc wśród nich, z trudem oddychałem.
Poprosiłem Dalera, żeby poczekał na parkingu i odwiózł mnie do Warszawy, kiedy skończę, ale powiedział, że chce pójść ze mną. Weszliśmy razem. Po naszej prawej stronie ciągnął się rząd betonowych podkładów kolejowych. To właśnie tam zatrzymywały się wagony, otwierały drzwi, a ludzie, którzy przez dwa dni nie dostali wody, wysiadali i słyszeli, że przybyli do obozu przejściowego. Na peronie znieruchomiałem. Właśnie tam dopadło mnie to, czego najbardziej obawiałem się przed przyjazdem do Polski. Stojąc w tym miejscu, nie mogłem przestać zadawać sobie pytań: co myśleli ci ludzie, co widzieli, czy niektórzy z nich nawet u drzwi komory gazowej wciąż mieli nadzieję, że przeżyją?
Poszliśmy dalej, do pomnika – granitowej wieży stojącej pośrodku pola, pękniętej u szczytu, w miejscu, gdzie znajdowały się komory gazowe. Przed pomnikiem leży kamień z napisem „Nigdy więcej” w siedmiu językach. Tam, przy pomniku, odmówiłem kadisz żałobny.
Słowa miałem od Waltera, a melodię od zaprzyjaźnionego rabina, który nauczył mnie śpiewać ją tak, jak śpiewali ją Żydzi z mojego kraju, w irackim makamie saba. Wiem, że jest to modlitwa, którą należy odmawiać w zgromadzeniu dziesięciu Żydów, a ja byłem tylko jednym człowiekiem, i to nie Żydem. Ale wiem również, że był to prawdziwy kadisz.
Daler stał krok za mną i nagrywał modlitwę telefonem. Kiedy skończyłem, powiedział, że brzmiała jak Koran. Odpowiedziałem, że jest starsza; że należy do tradycji semickiej, że jej językiem jest aramejski, którym Żydzi posługiwali się w Jerozolimie i Babilonie, zanim Żydzi iraccy zaczęli mówić po arabsku, i którym nadal mówią chrześcijanie z Niniwy. Zadzwonił do brata, tam, pośród kamieni pomnika, i zapytał, czy brat o tym wiedział. Nie wiedział. Daler opowiedział mu więc, w tym samym miejscu, wszystko, co usłyszał ode mnie w samochodzie. Kiedy się rozłączył, wpisał coś do aplikacji tłumaczącej, a telefon powiedział do mnie:
„Składam obietnicę. Nie tobie. Samemu sobie, żebym jej nie złamał. Będę opowiadał o tym każdemu, kogo spotkam”.
Patrząc, jak pisze, pomyślałem, że być może właśnie w ten sposób modlitwa znajduje swój minjan, dziesięciu żałobników: kiedy jeden człowiek opowiada drugiemu.
Wróciliśmy do Warszawy w połowie popołudnia. Poszedłem do baru, przed wejściem do którego mnie ostrzegano.
„Tylko dla Polaków” – powiedział mi barman w innym lokalu.
Chciałem zrozumieć, co to znaczy, więc mimo wszystko poszedłem i zacząłem rozmawiać z tamtejszym barmanem. Zapytałem go, co znaczy „tylko dla Polaków”. Nie odpowiedział od razu, więc zamiast tego zapytałem, co wie o losie Żydów ze swojego miasta. Powiedział, że uczyli się o tym w szkole, że musieli się tego uczyć, ponieważ Polacy również byli zabijani. Powiedział, że uczono ich, iż Polacy ratowali Żydów, a Żydzi nie odpłacili im życzliwością, że później wrócili jako komuniści i zaczęli atakować Polaków. Spierałem się z nim. Słuchał, kiwał głową i nie próbował mi zaprzeczać.
Nie wiedziałem jeszcze, że przez każdy dzień mojego pobytu w Polsce będę słyszał różne wersje tego, co powiedział młody barman.
Podczas trzygodzinnej podróży pociągiem z Warszawy do Krakowa włączyłem utwór Johna Williamsa skomponowany do Listy Schindlera, zatytułowany „Jewish Town” („Żydowskie miasto”), nawiązujący do krakowskiego getta. Na skrzypcach gra Itzhak Perlman. Nie słyszałem tej melodii po raz pierwszy. To był utwór, który w 2015 roku, jeszcze w Mosulu, uratował mi życie.

Prowadziłem Mosul Eye nocami, z pokoju, który nazywałem pokojem operacyjnym. Pracowałem przy muzyce, ponieważ zagłuszała odgłos klawiszy i pomagała mi nie postradać zmysłów. Pewnej nocy słuchałem ścieżki dźwiękowej z Listy Schindlera, która kończyła się właśnie tym utworem. Wstałem, żeby zmienić płytę, i przez okno zobaczyłem bojowników Państwa Islamskiego przeszukujących domy przy naszej ulicy. Zbliżali się do naszego.
Gdyby na płycie znajdował się jeszcze jeden utwór, siedziałbym przy biurku z otwartym blogiem, kiedy przyszliby na rewizję.
Dopiero w pociągu, w Warszawie, zrozumiałem, jak wiele zawdzięczam temu nagraniu – i zamordowanym ludziom, którym było poświęcone.
Kiedy dotarłem do Krakowa, czekał na mnie kierowca przysłany przez Auschwitz Research Center on Hate, Extremism, and Radicalization, znane jako ARCHER – ośrodek badawczy zajmujący się nienawiścią, ekstremizmem i radykalizacją. Siedziba ARCHER mieści się w domu przy ulicy Legionów 88, tuż za terenem obozu koncentracyjnego. Dom ten został pierwotnie zbudowany w 1937 roku przez polskiego oficera, a następnie Niemcy przekazali go Rudolfowi Hössowi, komendantowi całego kompleksu Auschwitz: Auschwitz I, obozu pracy, oraz Auschwitz II, czyli Birkenau, gdzie w ogromnych komorach gazowych każdego dnia mordowano tysiące Żydów.
Höss mieszkał w tym domu z żoną i pięciorgiem dzieci, jednocześnie zarządzając oboma obozami. A przez 80 lat po zakończeniu wojny mieszkały w nim zwyczajne rodziny. W 80. rocznicę wyzwolenia Auschwitz ARCHER kupił dom i otworzył w nim placówkę badawczą. Właśnie tam zostałem zaproszony.
W Mosulu mój dom oddzielała od domu jednego z wysokich rangą bojowników Państwa Islamskiego tylko cienka ściana. Po mojej stronie życie pozostawało zwyczajne, ale nigdy nie widziałem zwyczajnego życia po drugiej stronie tej ściany. Teraz, w Auschwitz, miałem je zobaczyć.
Spędziłem na piętrze z dyrektorem ARCHER cztery i pół godziny.
– Co właściwie robi się z takim domem? – zapytałem.
Mój rozmówca powiedział, że jest on zarówno ciężarem, jak i odpowiedzialnością; Höss nie zasługuje na sanktuarium, ale zasługuje na to, by o nim pamiętano. Potem podał mi fotografię: dzieci Hössa w ogrodzie, w letnich ubraniach, mrużące oczy, a za nimi mur, za murem zaś obóz. Zapytałem, ilu ludzi Höss zabijał jednego dnia. Przy pełnej wydajności – odpowiedział dyrektor – dziesięć tysięcy osób.
Około jedenastej przyniesiono na tacy lunch. Długo myłem ręce. Choć byłem głodny, nie potrafiłem jeść w tym domu. Przybyłem jako gość, a tam, skąd pochodzę, gość, który przyjmuje posiłek, tym samym akceptuje dom. Ja nie mogłem go zaakceptować. Dyrektor powiedział, że jego pracownicy początkowo również nie potrafili tam jeść, aż pewnego dnia zaczęli. On jadł. Patrzyłem, jak jedzą, i nie miałem im tego za złe, ponieważ ktoś musi być zdolny do pracy w tym budynku. W przeciwnym razie dokumentowanie historii ustaje, a dom znów staje się tylko domem.
Kiedy ludzie mówią o takich mężczyznach jak Höss albo o bojownikach Państwa Islamskiego, sięgają po jedno słowo: potwór. Od lat sprzeciwiam się używaniu tego słowa. Potwór nie ma wyboru. Ci ludzie mieli. Jeśli Höss był potworem, dom jest tylko osobliwością, a lunch tylko lunchem. Jeśli jednak był człowiekiem, dom staje się świadectwem tego, jak niewiele musi się zmienić w człowieku, aby zabijanie stało się zawodem, a zawód – częścią życia rodzinnego.
Na framudze drzwi znajduje się teraz mezuza, a każdy gość jest fotografowany, gdy jej dotyka. Ja również jej dotknąłem. Potem wyszedłem, ponieważ zwiedzanie muzeum rozpoczyna się przy parkingu o wpół do trzeciej i nikt na nikogo nie czeka.
Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau oferuje zwiedzanie z przewodnikami-edukatorami w około dwudziestu językach: chorwackim, ukraińskim, hebrajskim, japońskim, koreańskim. Nie ma wśród nich arabskiego. Ta nieobecność ma swoją historię. W świecie arabskim Holokaust pojawia się w programach szkolnych – jeśli w ogóle się pojawia – jako europejska zbrodnia, którą Europejczycy wykorzystali do usprawiedliwienia odebrania Palestyny.
Książką, która w czasach mojej młodości docierała do arabskich czytelników, nie było dzieło Primo Leviego, lecz Rogera Garaudy’ego, francuskiego konwertyty na islam, którego broszura z 1996 roku, przedstawiająca komory gazowe jako mit, sprzedawała się w Kairze i Bejrucie w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. W 2014 roku Mohammed Dajani, profesor Uniwersytetu Al-Kuds, zabrał 27 palestyńskich studentów do Auschwitz. Nazwano go kolaborantem, podpalono mu samochód, a po kilku miesiącach zrezygnował ze stanowiska.
Są wyjątki. Mohamed Helmy, egipski lekarz mieszkający w Berlinie, ukrywał żydowską dziewczynę przez całą wojnę, a w 2013 roku został pierwszym Arabem uhonorowanym tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Tunezyjskie rodziny ukrywały Żydów podczas niemieckiej okupacji w latach 1942–1943. Zjednoczone Emiraty Arabskie po zawarciu Porozumień Abrahamowych wprowadziły Holokaust do swoich programów szkolnych. Ale w harmonogramie zwiedzania Auschwitz, obejmującym dwadzieścia języków, nadal nie ma arabskiego, ponieważ nikt z przyjeżdżających go nie potrzebuje.
Poszliśmy na rampę w Birkenau, gdzie dokonywano selekcji: kto będzie pracował na głodowych racjach żywnościowych, a kto zostanie skierowany prosto do komór gazowych. Tam, w grupie idącej przed nami, chłopiec w wieku czternastu lub piętnastu lat głośno kłócił się z matką po angielsku, twierdząc, że to wszystko kłamstwo, i pytając, po co go tutaj przyprowadziła. Kiedy grupa ruszyła dalej, zostałem na rampie i odmówiłem kadisz.
Kierowcą, który odwoził mnie do Krakowa, był Polak z Oświęcimia, Władysław, mieszkający około 180 metrów od obozu. Od 36 lat woził tam izraelskie ekipy telewizyjne. Jego babcia była więźniarką Birkenau.
Zapytałem, czy Żyd jest dziś bezpieczny w Polsce. Odpowiedział, że tak, jeszcze tak – a potem, choć o to nie pytałem, dodał, że nikt nie wie, jak długo. Zapytałem, czy rodziny ludzi zamordowanych w tym miejscu powinny wrócić tu, żeby zamieszkać.
Nie – odpowiedział. Przyjechać z wizytą można bezpiecznie. Mieszkać – nie.
Ludzie, którzy mówią „wracajcie do Polski”, najwyraźniej zakładają, że Polska jest krajem, do którego Żyd może wrócić. Nie jestem wcale pewien, czy to prawda.

Następnego dnia pojechałem z dwójką przyjaciół do Bełżca, niedaleko granicy z Ukrainą. Nasza przewodniczka pracowała w miejscu pamięci od dziesięciu lat. Zanim weszliśmy na teren obozu, zaprowadziła mnie do księgi gości w holu wejściowym i otworzyła ją na wpisach z bieżącego roku. Ktoś napisał ołówkiem, małymi, nierównymi drukowanymi literami, dwa słowa po polsku: „Hwała Hitler”. Chwała Hitlerowi.
Pierwsze słowo zapisano przez „H”, a nie przez polskie „Ch”. Przewodniczka powiedziała, że tak napisałby to Ukrainiec i że autor wpisu mógł być Ukraińcem. Zauważyłem, jak szybko pojawiła się ta możliwość. Każdy Polak, z którym rozmawiałem tamtego tygodnia – barman, dwóch kierowców, przewodniczka, dwoje przyjaciół i ich współpracownicy – mówił mi, bez pytania z mojej strony, i to więcej niż raz, że Polacy niczego Żydom nie zrobili.
Zanim odeszliśmy od księgi, zobaczyłem na innej stronie dwa słowa po angielsku: „Free Palestine”. Wolna Palestyna.
To, co pozostało ze mną, nie było samymi słowami, lecz wysiłkiem, jaki ktoś włożył w ich napisanie. W 2026 roku ktoś znalazł czas i wolę, żeby pojechać do Bełżca, stanąć przy księdze, w której odwiedzający wpisują swoje nazwiska, i napisać takie „Free Paloestine”. Do tamtego popołudnia słyszałem „wracajcie do Polski” jako stwierdzenie dotyczące geografii, odrażający sposób mówienia Żydom w Nowym Jorku, że ich miejsce jest gdzie indziej. Księga gości wyprowadziła mnie z błędu. Osoba, która dokonała tego wpisu, przyjechała na pole będące samo w sobie grobem, aby wyrazić życzenie, by wznowiono tamto dzieło.

Potem ruszyliśmy pieszo. Wszystko znajduje się na otwartej przestrzeni. Pierwszy transport przybył 17 marca 1942 roku z Lublina. W ciągu dziesięciu miesięcy zamordowano około 434 500 ludzi, uśmiercając ich gazem w komorach gazowych. Ich ciała trafiały do dołów – było ich 33 – a do grudnia ziemia zaczęła się poruszać. Gazy wydzielające się z setek tysięcy rozkładających się ciał torowały sobie drogę ku powierzchni, a ziemia wybrzuszała się i pękała. Niemcy wydobyli więc zwłoki, układali je na rusztach z szyn kolejowych, polewali benzyną i palili, dniem i nocą, od grudnia do końca marca. Popiół zgarniano łopatami z powrotem do dołów. Potem zaorali teren i założyli gospodarstwo rolne, tak że kiedy w 1945 roku przybyła polska komisja, zastała pole. Dwóch więźniów przeżyło, aby złożyć świadectwo. Dokumentacja historii Bełżca opiera się na zeznaniach dwóch ludzi i telegramach samych Niemców.
Miejsce pamięci, otwarte w 2004 roku, to pole czarnego żużla odlewniczego, ukształtowane tak, by przypominało świeżo przekopaną ziemię, na której nic nie rośnie. Żużel chrzęści pod butami i jest ciepły. To nowa wersja pomnika odsłoniętego w 1963 roku. Przy tamtym – jak powiedział mi później Walter – można było nabrać garść ziemi i znaleźć w dłoni fragmenty popiołu i kości.
W nowym miejscu pamięci ścieżka przecina teren grobów i stopniowo opada, aż ściany wznoszą się ponad głową, a niebo staje się wąskim pasem. W miarę jak ściany rosły, mój oddech stawał się coraz płytszy. Kiedy nią schodziłem, nie wiedziałem, że Walter w 2004 roku wystąpił przeciwko niej na łamach „The New York Times”. Pisał, że wykop stanowi naruszenie grobów; podczas prac ziemnych poruszono popioły i kości, a miejsce pochówku się odwiedza, nie wchodzi się w jego głąb. Kiedy przyjeżdża do Bełżca – wyjaśniał – nie schodzi do środka; pozostaje na zewnątrz i odmawia kadisz. Przeczytałem ten tekst po powrocie do domu. Następnym razem, gdy tam pojadę, stanę tam, gdzie staje on.
Ścieżka kończy się wnęką z szarego granitu, na którym wyryto wyłącznie imiona, ponieważ w przypadku większości zamordowanych w Bełżcu imię jest wszystkim, co po nich pozostało. Odmówiłem tam kadisz, po raz trzeci w ciągu trzech dni: za zmarłych z Bełżca. Za zmarłych z Rzeszowa i Kolbuszowej. Za wujów, ciotki i kuzynów Waltera oraz za babcię, która – jak sądzi – tam spoczywa.
Potem wracaliśmy wzdłuż bocznych ścian, na których w granicie wyryto nazwy miast. Lublin, Lwów, Rzeszów – miasto ojca Waltera – a potem Kolbuszowa, miasto jego matki.
Wróciliśmy do biura. Na biurku leżała strona z księgi gości. Kiedy byliśmy na terenie obozu, ktoś rozerwał stronę na pół, tak że pierwsze słowo znalazło się na jednym pasku papieru, a drugie na drugim. Zapytałem, czy mogę ją zabrać; dokument rozerwany na pół nadal pozostaje dokumentem. Dali mi oba kawałki.
Zapytałem przewodniczkę, czy do Bełżca przyjeżdżają kiedykolwiek Arabowie lub muzułmanie. Powiedziała, że z Niemiec przyjeżdżają czasem tureckie dzieci z niemieckimi paszportami. Z krajów arabskich prawie nigdy – a jeśli już przyjeżdżają, to jej zdaniem są Żydami. Powiedziałem jej, że mam nadzieję, iż pewnego dnia w Iraku powstanie muzeum Holokaustu, choć nie sądzę, by stało się to w ciągu najbliższych stu lat.
Powiedziałem jej również, że jesienią 1942 roku, w tych samych miesiącach, kiedy tutaj wyładowywano z pociągów Żydów, w Mosulu, znajdującym się wówczas pod brytyjskim panowaniem, stacjonowała północna dywizja Wojska Polskiego. Wśród jej żołnierzy byli polscy Żydzi. Maurice Nabi, Żyd z Mosulu, którego świadectwo nagrałem przed laty, opowiedział mi, że polscy żołnierze żydowskiego pochodzenia przychodzili modlić się razem z miejscową społecznością, a kiedy tłumy mieszkańców miasta ruszały przeciwko Żydom z Mosulu, żołnierze stawali między nimi.
W tym samym czasie, kiedy polskich Żydów palono na tym polu, inni polscy Żydzi stali na straży bezpieczeństwa Żydów z mojego miasta.
Pojechałem do Polski, żeby zobaczyć, co znaczy „wracajcie do Polski” w miejscach, do których te słowa odsyłają. Ludzie, którzy je wykrzykują, nigdy nie musieli szukać odpowiedzi na to pytanie. W Bełżcu oznaczają popiół.
Dlatego do demonstrantów, którzy je wypowiadali, i do tych, którzy wypowiedzą je ponownie, kieruję zaproszenie: przyjedźcie. Nie do Auschwitz, dokąd jeździ cały świat, lecz do Bełżca. Spotkam się tam z wami.
W 2024 roku Anti-Defamation League odnotowała 1694 incydenty antysemickie na amerykańskich kampusach uniwersyteckich, o 84 procent więcej niż rok wcześniej. Na moim własnym uniwersytecie podczas protestu pojawił się transparent z napisem „The Final Solution” – „Ostateczne rozwiązanie”. Nie domagam się od żadnego uniwersytetu, by karał za wypowiadanie określonych słów; studenci powinni jednak wiedzieć, co te słowa oznaczają.
To, co słyszałem w Polsce, było jednym zdaniem przybierającym wiele postaci. Barman w Warszawie, który mówił, że niewdzięczni Żydzi nadal oskarżają Polaków o ich mordowanie, choć to Polacy ich ratowali. Grzegorz Braun, poseł do Parlamentu Europejskiego, który w ubiegłym roku powiedział, że komory gazowe w Auschwitz były fikcją, a w polskich wyborach prezydenckich zajął czwarte miejsce. „Chwała Hitlerowi” i „Wolna Palestyna”, oddzielone zaledwie kilkoma stronami księgi gości tuż obok obozu zagłady.
W każdym z tych przypadków Żyd przestaje być ofiarą, a staje się oskarżonym. Żydowi, który cierpiał wczoraj, nadaje się na dziś nową tożsamość: komunista w 1968 roku, później syjonista, teraz ciemiężyciel. Kiedy nowa tożsamość zostanie już ustanowiona, nie trzeba zaprzeczać istnieniu obozów, aby odczuwać wrogość. Można przyznać, że istniały, i mimo to nadal żywić nienawiść, ponieważ kieruje się ją nie przeciwko temu, kim Żyd był, lecz przeciwko temu, kim rzekomo się stał.
Całe życie poświęciłem jednemu pytaniu: co miasto robi ze swoimi zmarłymi?
Wygnanie Żydów z Mosulu rozpoczęło się według schematu, który Europa już znała: listy, litera malowana na drzwiach, podatek, konfiskata, ciężarówki. Cel podróży był inny, ale gramatyka wykluczenia pozostawała taka sama. Miasto, którego mieszkańców nigdy nie nauczono, jak wygląda ta sekwencja wydarzeń, nie rozpoznaje jej, kiedy zaczyna się na nowo. Ja ją rozpoznałem, ponieważ czytałem europejskie świadectwa. Moi sąsiedzi nie potrafili, ponieważ nikt nie dał im takiej możliwości.
Jeśli chodzi o Holokaust, mój postulat wobec państw arabskich jest bardzo prosty: finansujcie badania; wprowadźcie tę historię do programów nauczania; sfinansujcie muzeum i archiwum w języku arabskim; tłumaczcie świadectwa. Potem pozostawcie pisanie historii historykom, a władzę państwową wykorzystujcie tylko w jednym celu: aby nauczyciel, kustosz i archiwista, którzy podejmą się pracy nad tym tematem, nie pozostali bez ochrony, gdy spotkają się z oskarżeniami o zdradę.
Wiem, że jest to możliwe, ponieważ już się zaczęło. Maroko od lat buduje partnerstwa na rzecz edukacji o Holokauście, a w marcu tego roku spotkali się tam pedagodzy z kilku krajów arabskich, aby omówić, jak można nauczać tej historii w całym regionie. Zjednoczone Emiraty Arabskie ogłosiły w 2023 roku wprowadzenie edukacji o Holokauście do swoich szkół.
Nieuchronnie pojawi się zarzut, że państwo, które naucza o Holokauście, robi to w ramach przysługi dla Izraela. Istnieje jednak sposób podejścia do tej historii, którego nikt w świecie arabskim nie może nazwać normalizacją stosunków, ponieważ jest to nasza własna historia.
Farhud, pogrom z czerwca 1941 roku, podczas którego iraccy nacjonaliści zamordowali setki bagdadzkich Żydów, jest przede wszystkim historią Iraku. Podobnie jak ustawa z 1950 roku, która pozbawiała Żydów obywatelstwa, jeśli decydowali się na emigrację z Iraku, w praktyce kończąc ich 2500-letnią historię w tym regionie. Tak samo jak historia Żydów z Mosulu, którzy jesienią 1942 roku modlili się razem z polskimi żołnierzami.
Ich dzieci i wnuki mieszkają dziś w większości w Izraelu, ale to nie oznacza, że ta historia przestaje należeć do nas. Żydzi z Iraku są naszymi własnymi zmarłymi.
W którymś z krajów arabskich powstanie muzeum Holokaustu. Nie wiem, w którym roku, ale wiem, dla kogo będzie przeznaczone. Dla następnego Dalera – aby muzułmanin nie mógł już mieszkać przez siedem lat obok jednego z takich pól i dopiero przypadkiem dowiadywać się, co kryje się pod jego powierzchnią.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com








