Archives

Wszystkie prognozy dotyczące liczby ofiar śmiertelnych w Strefie Gazy okazały się błędne

Palestyńczycy oglądają miejsce izraelskiego nalotu, w którym 6 września 2025 r. zniszczony został budynek mieszkalny w mieście Gaza. Fot. REUTERS/DAWOUD ABU ALKAS


Wszystkie prognozy dotyczące liczby ofiar śmiertelnych w Strefie Gazy okazały się błędne

Micha Danzing


Pod koniec września kontrolowane przez Hamas Ministerstwo Zdrowia Strefy Gazy opublikowało raport dotyczący śmiertelności w 2025 roku. Był to pierwszy od początku wojny raport, który miał obejmować wszystkie zgony w Strefie Gazy.

Spośród 24 650 zgonów ministerstwo przypisało 17 286 „działaniom wojennym”, nie rozróżniając bojowników od cywilów, a 1584 – wypadkom. Niezależny analityk Eirik Schrøder-Bråtane obliczył, że pozostałe 5780 zgonów z przyczyn niezwiązanych z przemocą odpowiadało w przybliżeniu rocznej liczbie takich zgonów w Strefie Gazy przed wojną. Ministerstwo odnotowało również 50 227 urodzeń.

A był to rok 2025: rok, w którym Izrael wstrzymał dostawy pomocy na 11 tygodni po tym, jak Hamas odmówił przedłużenia rozejmu i uwolnienia kolejnych zakładników. Nastąpiło to po sześciotygodniowym zawieszeniu broni, podczas którego 25 200 ciężarówek dostarczyło niemal 450 000 ton pomocy. Izrael twierdził, że Hamas przejmował dostawy i sprzedawał je, aby finansować prowadzoną przez siebie wojnę. Według izraelskich danych do września łączna ilość pomocy dostarczonej podczas wojny przekroczyła dwa miliony ton.

Był to również rok, w którym przedstawiciele ONZ ostrzegali przed śmiercią tysięcy niemowląt, a IPC – wspierany przez ONZ system monitorowania zagrożenia głodem – ogłosił klęskę głodu w mieście Gaza.

Tymczasem dane samego ministerstwa nie pokazują niczego, co przypominałoby skalę masowej śmiertelności sugerowaną przez te ostrzeżenia: nie odnotowano gwałtownego wzrostu liczby zgonów z przyczyn niezwiązanych z przemocą, takich jak głód, choroby czy inne pośrednie skutki wojny.

Palestynka ucieka wraz ze swoimi trojaczkami z okolic szpitala Al-Szifa, kierując się na południe Strefy Gazy. Fot. REUTERS/Ramadan Abed

Andrew Fox, były oficer armii brytyjskiej i ekspert w Henry Jackson Society, argumentował w 2024 roku, że statystyki ofiar wojny w Strefie Gazy były sztucznie zawyżane poprzez uwzględnianie zgonów z przyczyn naturalnych. Teraz napisał, że zarzuty dotyczące klęski głodu i inne twierdzenia zostały „obalone przez własne dane Hamasu”. Dodał, że autorzy modeli prognostycznych, którzy przewidywali setki tysięcy zgonów, „powinni stracić pracę”.

Następnie dodał: „Nie stracą. Wszystko ujdzie im na sucho”.

To może być najpewniejsza prognoza, jaką ktokolwiek sformułował na temat tej wojny.

Od lat oskarżyciele Izraela z pełnym przekonaniem przewidują masowe zgony i równie stanowczo podają liczby ofiar rzekomych masakr. Nagłówki obiegają cały świat. Kiedy prognozy się nie sprawdzają albo podawane liczby okazują się drastycznie zawyżone, sprostowania niemal nie docierają do opinii publicznej.

20 maja 2025 roku szef operacji humanitarnych ONZ, Tom Fletcher, powiedział w BBC Radio 4, że 14 000 niemowląt w Strefie Gazy „umrze w ciągu najbliższych 48 godzin”, jeśli nie dotrze do nich pomoc. W ciągu doby ONZ wyjaśniła, że liczba ta odnosiła się w rzeczywistości do około 14 100 prognozowanych przypadków ciężkiego ostrego niedożywienia wśród dzieci poniżej piątego roku życia.

Nie zgonów. Nie niemowląt. Nie w ciągu 48 godzin.

Raport rzeczywiście wskazuje na pogorszenie sytuacji: śmiertelność niemowląt wyniosła 15,8 na 1000 żywych urodzeń, a śmiertelność dzieci poniżej piątego roku życia – 33,4 na 1000 żywych urodzeń. Oba wskaźniki były wyższe niż przed wojną. Jednak w roku, w którym ONZ wydawała swoje ostrzeżenia, wskaźnik śmiertelności niemowląt w Strefie Gazy był zbliżony do wskaźnika w Egipcie w czasie pokoju, wynoszącego 16,1, a oba wskaźniki śmiertelności w Gazie pozostawały poniżej średniej światowej. Gorzej – owszem. Masowa śmierć – nie.

W lutym 2024 roku naukowcy z London School of Hygiene and Tropical Medicine oraz Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa prognozowali nawet 85 750 dodatkowych zgonów w Strefie Gazy w ciągu sześciu miesięcy, zakładając najgorszy scenariusz eskalacji wojny i wybuchu epidemii. Media aktywistyczne publikowały nagłówki w rodzaju „Izrael może zabić kolejnych 85 000 mieszkańców Gazy w ciągu sześciu miesięcy”, a jeden z głównych autorów badania powiedział w amerykańskim programie informacyjnym Democracy Now!, że scenariusz eskalacji jest „właśnie tym, co obecnie dzieje się w Rafah”. Do przewidywanej epidemii nigdy nie doszło.

W niemal zapomnianej wojnie w Sudanie ta sama londyńska uczelnia ustaliła, że ofiary śmiertelne pozostawały poza oficjalnymi statystykami: w samym stanie Chartum w ciągu pierwszych 14 miesięcy odnotowano około 26 000 zgonów wskutek przemocy – więcej, niż organizacje monitorujące konflikt zarejestrowały w całym kraju – oraz ponad 61 000 zgonów ze wszystkich przyczyn.

W Strefie Gazy alarm znacznie wyprzedzał rzeczywistą liczbę zmarłych. W Sudanie liczba zmarłych znacznie przewyższała skalę alarmu.

W marcu 2024 roku IPC prognozował, że do końca maja w północnej części Strefy Gazy nastąpi klęska głodu, jeśli walki i poważne ograniczenia dostaw pomocy będą kontynuowane. Jednak w czerwcu własny Komitet ds. Przeglądu Klęski Głodu (Famine Review Committee) działający w ramach IPC uznał, że dostępne dowody nie wskazują na występowanie klęski głodu.

W sierpniu 2025 roku IPC ogłosił klęskę głodu w gubernatorstwie Gaza, mimo izraelskich zastrzeżeń wobec zastosowanej metodologii. Klęska głodu w Somalii w latach 2010–2012 pochłonęła według szacunków 258 000 istnień ludzkich, w tym 133 000 dzieci poniżej piątego roku życia. W szczytowym okresie umierało tam około 30 000 osób miesięcznie.

Motywacja do zawyżania liczb

Ministerstwo Zdrowia Strefy Gazy, będące częścią aparatu Hamasu i mające wszelkie powody, by zawyżać statystyki, zgłosiło 455 zgonów z powodu niedożywienia w ciągu niemal dwóch lat wojny – mniej, niż klęska głodu w Somalii pochłaniała w ciągu połowy dnia w swoim najtragiczniejszym okresie.

Według własnego progu IPC, wynoszącego dwa zgony dziennie na 10 000 mieszkańców, ogłoszona klęska głodu powinna była spowodować około 9000 zgonów. Tymczasem ministerstwo samego Hamasu odnotowało mniej niż 200 – w całej Strefie Gazy – czyli mniej, niż rejestruje się w Stanach Zjednoczonych w ciągu czterech dni.

W Rafah powtórzył się znajomy schemat. Zanim Izrael wkroczył do miasta w maju 2024 roku, Ministerstwo Spraw Zagranicznych Autonomii Palestyńskiej ostrzegało, że atak doprowadzi do „unicestwienia około 1,5 miliona Palestyńczyków”. Ówczesny szef unijnej dyplomacji Josep Borrell drwił z pomysłu ewakuacji cywilów: „Dokąd? Na Księżyc?”. W ciągu trzech tygodni około miliona ludzi ewakuowało się z Rafah. Nie doszło do unicestwienia ludności ani do przeprosin.

Ten schemat jest starszy niż obecna wojna i zawsze działa tylko w jednym kierunku.

W kwietniu 2002 roku, podczas izraelskiej operacji w Dżaninie, negocjator Autonomii Palestyńskiej Saeb Erekat powiedział CNN, że izraelscy żołnierze zabili ponad 500 osób. Późniejszy raport samego sekretarza generalnego ONZ wykazał śmierć 52 Palestyńczyków, z których co najmniej połowę stanowili terroryści, oraz 23 izraelskich żołnierzy. Nie znalazł też potwierdzenia dla liczby 500 zabitych. Do tego czasu określenie „masakra w Dżaninie” zdążyło już wejść do światowego słownika.

Operacja „Płynny Ołów” przebiegała według tego samego schematu. Hamas początkowo przyznawał, że zginęło mniej niż 50 jego bojowników. Zdyskredytowany później raport Goldstone’a z 2009 roku powoływał się na zestawienie Palestyńskiego Centrum Praw Człowieka, które identyfikowało zaledwie 236 zabitych jako bojowników. Następnie, w listopadzie 2010 roku, minister spraw wewnętrznych Hamasu Fathi Hammad przyznał, że zginęło nawet 700 członków zbrojnego skrzydła Hamasu i jego sił bezpieczeństwa – liczba zbliżona do izraelskich szacunków wynoszących 709.

Za granicą niemal wszyscy zabici byli cywilami. U siebie byli męczennikami Hamasu.

17 października 2023 roku kontrolowane przez Hamas władze sanitarne natychmiast obarczyły Izrael odpowiedzialnością za eksplozję w szpitalu Al-Ahli i poinformowały o niemal 500 zabitych. Amerykańskie, brytyjskie, francuskie i kanadyjskie służby wywiadowcze uznały, że najbardziej prawdopodobną przyczyną był palestyński pocisk rakietowy, którego wystrzelenie zakończyło się upadkiem rakiety na szpitalny parking. Według amerykańskiego wywiadu liczba ofiar stanowiła jedynie ułamek tej podanej przez ministerstwo. „The New York Times” przyznał później, że jego pierwsze doniesienia w zbyt dużym stopniu opierały się na twierdzeniach Hamasu.

Progresywna lewica, która twierdzi, że kieruje się nauką, rzadko zadaje pytanie, dlaczego tak wiele katastroficznych prognoz i twierdzeń dotyczących Izraela okazuje się błędnych. Rosnąca frakcja populistycznej prawicy, tak zwana „woke Right” („przebudzona prawica”), powiela statystyki Hamasu i prognozy ONZ, które w odniesieniu do jakiegokolwiek innego tematu wyśmiałaby bez wahania.

Ta metoda działa, ponieważ twierdzenia i prognozy osiągają swój cel, zanim jeszcze można je zweryfikować. Postawić Izrael w stan oskarżenia. Naciskać na sankcje lub embargo na broń. Wywierać presję na Izrael, ale nie na tych, którzy przysięgli go zniszczyć. Zanim pojawią się dowody, szkody są już wyrządzone.

Tom Fletcher nadal kieruje biurem ONZ ds. humanitarnych. IPC nie wycofał swojej deklaracji o klęsce głodu z 2025 roku. Redakcje nadal eksponują prognozy w nagłówkach, a rozliczenia z rzeczywistymi danymi spychają na dalszy plan.

W większości dziedzin prognozy o tak doniosłych konsekwencjach doprowadziłyby przynajmniej do przeprowadzenia audytu. Kiedy jednak chodzi o Izrael, prowadzą jedynie do kolejnej nietrafionej prognozy.

Link do oryginału: https://www.jpost.com/opinion/article-910868

Jerusalem Post, 17 października 2026

Micha Danzing jest prawnikiem, byłym żołnierzem Sił Obronnych Izraela (IDF) oraz byłym funkcjonariuszem nowojorskiej policji (NYPD). Publikuje liczne teksty poświęcone Izraelowi, syjonizmowi, antysemityzmowi i historii Żydów. Zasiada w zarządzie organizacji Herut North America.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Prawda o „dziennikarzach” z Gazy

Źródło zdjęcia: International Federation of Journalists:


Prawda o „dziennikarzach” z Gazy

Jonathan Sacerdoti


Przez dwa lata wmawiano nam, że Izrael prowadzi wojnę przeciwko dziennikarzom. Statystyki przytaczano na forum ONZ, cytowano w raportach organizacji praw człowieka i z pełną powagą powtarzali je prezenterzy, którym zależało na zademonstrowaniu własnej moralnej wyższości z bezpiecznych, odległych studiów telewizyjnych i podcastowych. Gaza, jak słyszeliśmy, stała się najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi dla reporterów, a dominujące wyjaśnienie tego stanu rzeczy głosiło, że Izrael celowo ucisza prasę, bezlitośnie biorąc na cel tych odważnych ludzi, którzy po prostu służyli sprawie obiektywnej prawdy.

W tym tygodniu Siły Obronne Izraela (IDF) opublikowały dokumentację, którą nazwały Press Files („Aktami prasowymi”): nazwiska, fotografie i funkcje 170 osób zabitych podczas wojny, przedstawianych światu jako dziennikarze i pracownicy mediów, które jednocześnie były członkami organizacji terrorystycznych. 118 z nich należało do zbrojnego skrzydła Hamasu, 49 do Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu, a pozostali do mniejszych ugrupowań. Siedemnastu z nich wdarło się na terytorium Izraela 7 października 2023 roku. Śmierć ponad 40 spośród tych osób spotkała się z oficjalnym potępieniem Izraela przez ONZ. Według IDF niektórzy pracowali dla Reutersa, CNN, BBC, AP, AFP, „Le Monde” i australijskiej ABC. Nigdy jednak nie powiedziano nam dokładnie, kim byli i dla kogo tak naprawdę pracowali.

Jeśli lista ta pojawia się tak późno, to dlatego, że jej sporządzenie wymagało czasu. Powstawała przez wiele miesięcy, w wyniku żmudnej analizy dokumentów i wykazów personalnych przejętych przez żołnierzy w Strefie Gazy, z których wiele zostało sporządzonych przez same organizacje terrorystyczne, a także innych materiałów wywiadowczych. W licznych przypadkach dowody pochodziły bezpośrednio od Hamasu i Islamskiego Dżihadu, które po cichu uznawały tych ludzi za własnych męczenników, gdy międzynarodowe oburzenie zdążyło już spełnić swoją rolę. Do tego czasu narracja była już utrwalona, a sprostowania nigdy nie docierały tak daleko jak oskarżenia. Mówienie prawdy wymaga czasu, bo wszystko trzeba sprawdzić. Rozpowszechnianie propagandy jest znacznie szybsze.

Anas al-Sharif był najbardziej rozpoznawalną twarzą Al-Dżaziry w północnej części Strefy Gazy. Kiedy zginął w sierpniu 2025 roku, jego śmierć potępiły ONZ, organizacje broniące wolności prasy oraz znaczna część zachodnich komentatorów. IDF opublikowały teraz dokumenty przejęte przez izraelskich żołnierzy w Gazie, w których figuruje on jako oficer szczebla kompanii w kompanii artyleryjskiej Brygady Północnej Gazy Hamasu, wraz z numerem identyfikacyjnym w strukturach wojskowych Hamasu. Hossam Shabat, którego pośmiertne przesłanie zaczynające się od słów „jeśli to czytacie” obiegło cały świat, figuruje w przejętych dokumentach Hamasu jako członek jednostki przeciwpancernej Batalionu Beit Hanoun. Ismail al-Ghoul, kolejny korespondent Al-Dżaziry opłakiwany jako męczennik wolnej prasy, jest wymieniony w przejętym wykazie personelu Brygady Gazy Hamasu. Hamza al-Dahdouh, syn szefa biura Al-Dżaziry w Gazie, którego śmierć skłoniła amerykańskiego sekretarza stanu do publicznego wyrażenia żalu, figuruje w przejętym dokumencie Islamskiego Dżihadu jako członek jego jednostki inżynierii elektronicznej.

Jest też Hassan Aslih, którego materiały ukazywały się za pośrednictwem AP i CNN. Obie redakcje ostatecznie określiły go jedynie jako freelancera i zerwały z nim współpracę w listopadzie 2023 roku. W przejętym wykazie Brygady Chan Junus Hamasu figuruje jako członek formacji wojskowej, a IDF twierdzą, że 7 października przedostał się na terytorium Izraela. Czy możliwe, że nie tylko relacjonował masakrę, lecz w rzeczywistości brał w niej udział, dysponując wcześniejszą wiedzą i odpowiednio się do niej przygotowawszy? Wygląda na to, że tak.

Ujawnione informacje pochodzą w znacznej mierze z dokumentacji samych organizacji terrorystycznych, zawierającej nazwy jednostek, batalionów i numery służbowe, przejętej w terenie i opublikowanej do wglądu dla każdego, kto zechce się z nią zapoznać. Nie wszystkie przedstawione przypadki są poparte dowodami o jednakowej sile i każdy zasługuje na dokładną analizę. Jednak prawidłowość, która się z nich wyłania, jest niezaprzeczalna. Nie oznacza to, że każdy dziennikarz zabity w Gazie był uczestnikiem walk. Niektórzy nimi nie byli, a każda z tych śmierci zasługuje na uczciwe zbadanie okoliczności, w jakich do niej doszło. Ale nawet to nie świadczy o celowym atakowaniu niewinnych pracowników prasy. Dobrzy ludzie również giną na wojnach, czasem z niewłaściwych powodów. Skala oszustwa powinna jednak zawstydzić każdą redakcję i instytucję, która powielała te liczby, nie zadając ani jednego pytania o to, kim byli ci ludzie. Tym bardziej powinno to dotyczyć tych, którzy bezkrytycznie publikowali ich „materiały dziennikarskie”.

To oszustwo od dawna stanowi element palestyńskiej strategii wojskowej. Hamas rozumie zachodnich odbiorców znacznie lepiej, niż oni rozumieją Hamas. Wie, że słowo „dziennikarz” niesie w naszej kulturze określony ładunek moralny. Wyobrażamy sobie odważnego reportera w kamizelce kuloodpornej, który mówi prawdę władzy prosto w oczy, ryzykując wszystko, aby świat mógł zobaczyć, co się dzieje. Wystarczy zatrzeć granicę między tym wyobrażeniem a człowiekiem, który za dnia nosi kamerę, a nocą karabin, albo kimś, kto wykorzystuje kamerę wideo zarówno do zbierania informacji wywiadowczych o ruchach izraelskich wojsk, jak i do rejestrowania materiałów informacyjnych, a otrzymujemy doskonałą tarczę. Każdy atak na taką osobę staje się atakiem na wolność prasy, a każde pytanie o jej powiązania jest potępiane jako oszczerstwo. Odbiorcy trzymają się swoich wygodnych wyobrażeń o wolnej prasie, a te wyobrażenia wykonują za Hamas jego robotę.

Ale w Gazie nigdy nie było wolnej prasy. Istniała tam prasa działająca pod rządami totalitarnego reżimu terrorystycznego, a teraz otrzymaliśmy wyjątkowo szczery opis tego, co to oznaczało, od jednej z jej najbardziej znanych postaci. Motaz Azaiza był na Zachodzie fetowany jako „głos Gazy”. Magazyn „Time” uznał go za jedną z najbardziej wpływowych osób na świecie. Odebrał Nagrodę Wolności w Caen podczas obchodów 80. rocznicy lądowania aliantów w Normandii i występował u boku celebrytów, wśród nich dziecięcej youtuberki Ms Rachel, która przedstawiła go jako swojego przyjaciela. W zeszłym miesiącu udzielił trzygodzinnego wywiadu po arabsku podcastowi „Taqarob”. Prawdopodobnie zakładał, że niewiele osób w anglojęzycznym świecie kiedykolwiek go usłyszy.

To, co powiedział, potwierdza niemal wszystko, o czego wymyślanie oskarżano Izrael. Opisał, jak dziennikarze w Gazie opuszczali kamery za każdym razem, gdy któryś z mieszkańców przeklinał Hamas. Powiedział, że nigdy nie widział, aby dziennikarz z Gazy opublikował taką krytykę. Opisał grupę na WhatsAppie o nazwie „Smart”, prowadzoną przez przedstawiciela Hamasu odpowiedzialnego za media, do której, jak twierdził, należeli wszyscy dziennikarze w Gazie. Oczywiście jako dziennikarz można należeć do najróżniejszych grup na WhatsAppie organizowanych przez terrorystów, działaczy politycznych czy inne podejrzane postacie, z którymi całkowicie się nie zgadzamy. Są to przydatne miejsca do zdobywania informacji. Sam w ramach swojej pracy codziennie przeglądam dziesiątki grup Hamasu i innych organizacji terrorystycznych na Telegramie i WhatsAppie. Jednak członkowie grupy „Smart” nie zachowywali się jak neutralni odbiorcy informacji. Organizowali kampanie przeciwko każdemu, kogo uznano za niewystarczająco lojalnego, w tym przeciwko samemu Azaizie. Opisał, jak dobierano i przedstawiano materiały, aby wywołać jak największy efekt. Jak powiedział, w każde Boże Narodzenie dziennikarze fotografowali Świętego Mikołaja wśród ruin lub w obozach dla uchodźców, ponieważ miało to „przyciągać uwagę”. Mówił o przyjaciołach wewnątrz Hamasu, do których mógł zadzwonić, aby zorganizować loty dronów lub uzyskać dostęp do określonych miejsc. Przyznał też, że 7 października sfilmował izraelskich zakładników bitych przez tłum i zdecydował się nie publikować tego nagrania. Powiedział również, że tamtego ranka przeszedł go dreszcz, gdy słuchał, jak Mohammed Deif ogłasza rozpoczęcie ataku. Kiedy wywiad został przetłumaczony i rozpowszechniony, Azaiza szybko pospieszył z wyjaśnieniami na Instagramie. Nagranie Ms Rachel z jego udziałem zniknęło. Żal, o ile w ogóle można o nim mówić, wydaje się dotyczyć raczej tego, kto usłyszał te słowa, niż samej ich treści.

Tego właśnie kontekstu brakuje niemal we wszystkich żądaniach, by Izrael „wpuścił dziennikarzy”. Piers Morgan uczynił z tego żądania niemal swój znak rozpoznawczy. „Nie traktujcie nas jak idiotów” – powiedział ambasadorowi Izraela. Innym razem zbył przedstawiane przez Izrael obawy dotyczące bezpieczeństwa słowami: „Proszę, nie jesteśmy głupi”. Zadawał to samo pytanie ambasadorom, ministrom, rabinom i prezydentowi Izraela. Problem nie polega na tym, że je zadaje. Polega na tym, że nigdy nie wydaje się słuchać odpowiedzi. Każdy gość wyjaśnia zagrożenia operacyjne, niebezpieczeństwo grożące reporterom oraz łatwość, z jaką Hamas inscenizuje wydarzenia na potrzeby mediów i steruje relacjami. Potem przychodzi kolejny gość i pada identyczne pytanie, jak gdyby nikt nigdy wcześniej na nie nie odpowiedział. Przypomina to raczej powtarzanie mantry niż próbę zrozumienia czegokolwiek.

Oto więc odpowiedź, raz jeszcze. Wiemy już, co się dzieje, gdy zachodni reporterzy pracują na terytorium kontrolowanym przez organizację terrorystyczną. Kiedy Izrael wskazał szpital w Bejrucie, w którym – jak twierdził – ukrywano zasoby Hezbollahu, Orla Guerin z BBC zwiedziła budynek, przypuszczalnie pod nadzorem Hezbollahu. Sfilmowała zwykłe oddziały szpitalne i przekazała zaprzeczenia kierownictwa szpitala, ale nie była w stanie zobaczyć dokładnie tego miejsca, które wskazał Izrael. Dlatego jej reportaż, niezależnie od najlepszych intencji, równie dobrze mógł być wycieczką z przewodnikiem przedstawioną jako niezależna weryfikacja. Gaza pod rządami Hamasu oferowałaby to samo, tylko na znacznie większą skalę: opiekunów nadzorujących reporterów, starannie dobieranych tłumaczy, miejsca, do których wolno wejść, tematy, których nie wolno poruszać, oraz lokalnych współpracowników dziennikarzy, którzy – jak jasno wynika z relacji Azaizy – odpowiadają przed reżimem w Gazie, a nie przed kierownictwem BBC w New Broadcasting House.

Dochodzi do tego zagrożenie fizyczne. Hamas i inne ugrupowania palestyńskie mają długą historię wykorzystywania dziennikarzy i cudzoziemców jako kart przetargowych. W 2006 roku korespondent Fox News Steve Centanni i operator kamery Olaf Wiig zostali porwani w Gazie i byli przetrzymywani przez niemal dwa tygodnie. Uwolniono ich dopiero po tym, jak zmuszono ich do złożenia przed kamerą oświadczeń o przejściu na islam. W 2007 roku Alan Johnston z BBC był przetrzymywany przez Armię Islamu przez 114 dni, a w pewnym momencie pokazano go na nagraniu wideo z pasem z materiałami wybuchowymi. 7 października cudzoziemcy, w tym ponad 30 tajskich robotników rolnych i nepalski student rolnictwa, zostali uprowadzeni do Gazy jako zakładnicy. Zachodni korespondent w mieście poprzecinanym tunelami to potencjalny zakładnik, którego porwanie jest tylko kwestią czasu. Przemieszczanie się reporterów i ich transmisje ujawniałyby pozycje wojskowe w czasie rzeczywistym. Ich obecność stałaby się kolejnym problemem dla IDF, które musiałyby zapewniać im ochronę, i kolejną okazją do wykorzystania przez Hamas. Pisałem już wcześniej, że ograniczenie dostępu jest trudnym wyborem strategicznym, dalekim od ideału, ale możliwym do wyjaśnienia względami, które nie mają w sobie niczego złowrogiego. Nic, co wydarzyło się od tamtej pory, nie zmieniło mojego poglądu. Wręcz przeciwnie, Press Files i własne słowa Azaizy tylko go umacniają.

Najpilniejszym pytaniem nigdy nie było to, co Izrael „ukrywa” w Gazie. Chodzi o to, co Hamas ukrywał za słowem „dziennikarz” i dlaczego tak wielu przedstawicieli naszych własnych mediów wykazywało tak niewielką ciekawość odpowiedzi. Wielu z tych mężczyzn opłakiwano na antenie, dziesiątki wymieniano w oświadczeniach ONZ, a wszystkich uwzględniano w zestawieniach liczbowych, które zachodnie media przytaczały jako dowód izraelskich zbrodni. Jak dotąd bardzo niewiele redakcji, które ich zatrudniały, czy prezenterów, którzy się na nich powoływali, zadało pytanie, jak to się stało, że mogli jednocześnie posiadać legitymacje prasowe i numery służbowe Hamasu. Dopóki tego nie zrobią, ich oburzenie z powodu zakazu wjazdu do Gazy brzmi pusto. Lekcja płynąca z Press Files nie polega na tym, że Izraelowi należy ślepo ufać – nie należy. Polega na tym, że w Gazie granica między reporterem a terrorystą była celowo zacierana. Ci przedstawiciele zachodnich mediów, którym odpowiadało niezadawanie pytań i niezgłębianie sprawy, raczej nie okażą się rozwiązaniem w miejscu, gdzie jedynie sceptycyzm i zawodowa rzetelność mogłyby choćby zacząć przebijać się przez zasłonę dezinformacji. A nawet one nie są w stanie sprostać najbardziej bezwzględnym terrorystom, gotowym za wszelką cenę uczynić broń ze wszystkiego, w tym z prasy.


Pierwotnie opublikowano w „The Spectator”. 

Link do oryginału:

Jonathan Sacerdoti
The truth about Gazan ‘journalists’
For two years we were told that Israel was waging a war on journalists. The statistics were recited at the UN, quoted in human rights reports, and repeated earnestly by presenters keen to prove their virtue from the safety of far-off studios and podcast sets. Gaza, we heard, had become the deadliest place on earth to be a reporter, and the dominant expl…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Izrael wciąż liczy głosy, ale społeczność arabska już pokazała siłę

Gadi Eisenkot i jego sztab wyborczy (Fot. REUTERS/Amir Cohen)


Izrael wciąż liczy głosy, ale społeczność arabska już pokazała siłę

Kacper Max Lubiewski


Wybory w Izraelu pokazały, że nawet część prawicowych wyborców Benjamina Netanjahu okazała zmęczenie jego polityką.

Korespondencja z Izraela

Jak wyglądał dzień wyborów z perspektywy izraelskiej ulicy? Pewnie nikogo nie zdziwi, że działo się naprawdę dużo. Cisza wyborcza w Izraelu jest dużo luźniejsza niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce – tutaj politycy prowadzą aktywną kampanię, aż do ostatniej minuty głosowania. Część wyborców zakłada koszulkę lub czapkę ulubionego ugrupowania, po drogach jeżdżą polityczne party-busy, a na ulicach stoją dziesiątki partyjnych stoisk.

Wybory są też w Izraelu dniem wolnym od pracy i od szkoły, a transport publiczny jest bezpłatny. Nic nie przeszkadza więc Izraelczykom w całodniowym debatowaniu w kawiarniach i parkach o dziesiątkach możliwych scenariuszach politycznej arytmetyki. Roiło się też od aktywistycznych inicjatyw: od cichych protestów krewnych ofiar 7 października, którzy przed komisjami przypominali wyborcom o stawce tych wyborów, po oddolne kampanie profrekwencyjne organizacji solidarnościowej Standing Together w arabskich miejscowościach. 

Nie brakowało też momentów napięcia, a nawet niebezpiecznych: udaremniono atak nożownika na lidera lewicowych Demokratów Yaira Golana, a prawicowi działacze próbowali utrudnić głosowanie w kilkunastu arabskich miastach na najróżniejsze sposoby. Partie popierające Benjamina Netanjahu wystosowały też wniosek o wydłużenie głosowania o godzinę, ale ten został odrzucony przez Centralną Komisję Wyborczą.

Wtorkowe wybory przejdą jednak najpewniej do historii za sprawą rekordowo wysokiej frekwencji (77,7 proc.): według wstępnych sondaży wiemy, że do urn szczególnie wielu wyborców poszło ze społeczności arabskiej. Miasta o prawicowej reputacji, jak Kirjat Szemona czy Afula, wypadły dużo gorzej. Blok koalicji rządzącej ogarnęła totalna panika: Netanjahu nazwał wysoką frekwencję wśród izraelskich Arabów “kryzysem”, a minister bezpieczeństwa Itamar Ben Gwir spontanicznie przyjechał do miasteczka Bat Jam, w którym dosłownie błagał przechodniów o ich głosy. Najbardziej groteskowe były jednak nagrania Hadar Muchtar, ulubionej influencerki internetowej Bibiego, która jeździła po izraelskich miastach i krzyczała na mieszkańców przez megafon, że ci “śpią, podczas gdy Arabowie już dawno poszli głosować”. 

Izrael liczy głosy. Co już wiadomo

Jak powinniśmy interpretować prognozowane wyniki wyborów? Po pierwsze, nacjonalistyczny blok Benjamina Netanjahu nie zdołał prawdopodobnie zdobyć większości wystarczającej do rządzenia. Partie z jego bloku prawdopodobnie dostaną ponad 50 mandatów, gdy do utworzenia rządu potrzeba ok. 61 (w 120-mandatowym parlamencie).

Izraelscy Żydzi, którzy według wszelkich badań, stali się od 7 października bardziej prawicowi, w wyborach parlamentarnych poparli w większości blok centrowo-liberalny. Likud Netanjahu zdobył najwięcej głosów, ale stracił przynajmniej pięć mandatów z 32, które wygrał w poprzednich wyborach. Jednocześnie partia osiągnęła swój wynik, kanibalizując sojuszników ze swojego bloku, a nie zyskując nowych wyborców. Nowa skrajnie prawicowa partia, Amcha Yisrael, została wręcz rzucona na pożarcie oficjalnej propagandzie Likudu i koniec końców nie przekroczyła progu.

Spadek poparcia dla prawicy nastąpił w kontekście masakry 7 października, kilku wojen, eskalującej izraelskiej przemocy na Zachodnim Brzegu i wielu innych czynników, które powinny radykalizować społeczeństwo ku bardziej nacjonalistycznym postawom. Nawet w kibucu Nir Oz, społeczności, która jako jedna z pierwszych padła ofiarą ataku Hamasu trzy lata temu, zwyciężyła, według wstępnych danych, lewicowa i centrowa opozycja.

Jeśli to opozycji udałoby się utworzyć nowy rząd i Gadi Eisenkot, główny rywal Benjamina Netanjahu, zostałby nowym premierem Izraela, to oznaczałoby to symboliczne zwycięstwo dla społeczności Mizrahim, czyli Żydów o korzeniach bliskowschodnich, którzy stanowią większość żydowskiej populacji Izraela. Byłby on pierwszym izraelskim szefem rządu wywodzącym się z tej grupy. Eisenkot walczył o pozycję przywódcy opozycji z byłym premierem Naftali Bennettem, który uchodzi za twarz żydowskiego osadnictwa na Zachodnim Brzegu

Wiemy też, że wzrosło poparcie dla lewicowych Demokratów, których liczba mandatów wzrosła z czterech do 10. Tym samym nie spełniły się obawy, że wydarzenia 7 października 2023 roku staną się gwoździem do trumny izraelskiej lewicy syjonistycznej.

Opozycja nie ma jednak przed sobą prostego zadania. Żydowskie partie syjonistyczne, czyli centrowa Jaszar! Eisenkota, liberalno-prawicowe Beyachad Bennetta i Yaira Lapida, Demokraci Yaira Lapida i konserwatywny Yisrael Beiteinu Avigdora Liebermana, nie otrzymały wystarczająco dużo głosów, żeby samodzielnie utworzyć kolejny rząd. Wygląda na to, że będą potrzebowały wsparcia nie tylko prointegracyjnej, umiarkowanej partii arabskiej Ra’am, ale także niesyjonistycznej, wyraźnie lewicowej Wspólnej Listy. Innymi słowy, zdecydowana większość Izraelczyków sprzeciwia się polityce Netanjahu, lecz ich sprzeciw jest zbyt zróżnicowany, żeby połączyć siły na stałe.

Społeczność arabska pokazała siłę w Izraelu

Języczkiem u wagi mogą się okazać partie arabskie, które są największymi wygranymi izraelskich wyborów. Łącznie praktycznie podwoiły swoją parlamentarną reprezentację – będą miały od 17 do 19 mandatów. To historyczny wynik, sprawiający, że izraelscy Arabowie stali się na tyle potężną siłą parlamentarną, że nie sposób już ich ignorować.

Wynik wczorajszych wyborów może wzmocnić też proces normalizacji arabskich polityków i wyborców w oczach izraelskiego mainstreamu; To byłoby nie lada osiągnięcie w kontekście eskalacji konfliktu izraelsko-palestyńskiego, do której doszło w ciągu ostatnich trzech lat. Sami, izraelski Arab, z którym rozmawiałem po ogłoszeniu wyników sondażowych, podkreślił, że za sukces partii arabskich odpowiedzialny pośrednio jest sam Ben Gwir: jego retoryka wobec Palestyńczyków była tak fanatyczna, a zaniedbania w obszarze bezpieczeństwa społeczności arabskiej tak ekstremalne, że zmobilizował on całą społeczność w głosowaniu przeciwko niemu.

– To były moje pierwsze wybory, choć mam prawie czterdzieści lat. Pozbycie się Ben Gwira z rządu było moim głównym celem – powiedział mi. 

Wybory w Izraelu. Możliwe scenariusze

Jakie scenariusze powinniśmy brać więc pod uwagę? Wedle cząstkowych wyników ze środy z godz. 7.58 rano (czas lokalny) koalicja Netanjahu i opozycja idą łeb w łeb (55 do 49 mandatów). Jest jednak mało prawdopodobne, by kolejny rząd utworzyły wszystkie partie opozycyjne, ponieważ różnice ideologiczne między nimi są zbyt duże. Szczególnie ciężko jest wyobrazić sobie rząd współtworzony przez partię niesyjonistyczną, kiedy nad Izraelem nadal wisi widmo wojny z Iranem.

Innym scenariuszem byłby rząd mniejszościowy, który zawierałby tylko syjonistyczne partie żydowskie, ale przy zewnętrznym wsparciu partii arabskich; te już wcześniej wyraziły gotowość do podobnego planu, chociażby po to, żeby usunąć ze stanowiska premiera Benjamina Netanjahu, wymienić marszałka Knesetu i przegłosować ograniczenie maksymalnie dwóch kadencji premiera. Naftali Bennett oraz Gadi Eisenkot podczas wieczornych wystąpień dali do zrozumienia, że najprawdopodobniejszy jest właśnie rząd mniejszościowy. Inaczej postąpił Avigdor Lieberman, lider, jak się okazało, najmniejszej partii opozycyjnej, Yisrael Beiteinu, który jeszcze do niedawna przekonywał na łamach “Wall Street Journal”, że ma szansę na stanowisko premiera. Dziś nawołuje tylko do “przewrotu” w Likudzie i przejściu części z kandydatów do bloku opozycji. 

W zupełnie inny ton uderza Benjamin Netanjahu i jego skrajnie prawicowi poplecznicy: już teraz zapowiadają, jeśli nie “prawicowy rząd”, to przynajmniej “drugą turę”, bo przecież żaden z bloków nie odniósł zupełnego zwycięstwa. Premier też zarzucił opozycji wolę współpracy z partiami arabskimi, twierdząc, że to oznaczałoby podanie ręki tym, którzy “służą” siłom atakującym izraelskich żołnierzy. 

Niemożność wyłonienia nowego rządu po stronie obecnej opozycji byłaby Netanjahu na rękę – w międzyczasie Bibi mógłby ponownie zaatakować Iran i następnym razem nie przeszkadzałyby mu już mniejsze prawicowe partie, które spadły pod próg.

Absolutnie przeciwny ponownym wyborom jest Eisenkot; mówi, że to ze względu na historycznie wysoką frekwencję, wyniki należy “uszanować”. Opozycja zdaje też sobie sprawę, że karkołomnym wyzwaniem byłoby ponowne namówienie izraelskiej diaspory do masowego głosowania w kolejnych wyborach, podobnie jak społeczność arabską.

Możliwa jest też jakaś inna gra na czas Bibiego, który na pewno nie zawaha się wykorzystać każdego narzędzia biurokracji pozwalającego mu na opóźnienie wejścia w życie wyników wyborów. 

Problematyczne mogą okazać się też nawoływania części izraelskiego społeczeństwa do zaprzysiężenia “rządu jedności narodowej” między największymi partiami opozycyjnymi i Likudem. Z pewnością chce tego część prawicowego elektoratu. Nie zapominajmy jednak, że w przeszłości Bibi po mistrzowsku pozbywał się każdego koalicjanta, który zagroził jego hegemonii. Decyzja o koalicji Likudu z partiami Eisenkota i Bennetta byłaby dla ich partii pocałunkiem śmierci.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Netanyahu’s right-wing bloc ahead of opposition as post-election vote count continues


Netanyahu’s right-wing bloc ahead of opposition as post-election vote count continues

JNS Staff


Partial results projected Netanyahu’s bloc securing the most seats, with Likud the largest party, albeit without a clear path to a governing majority.

Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu and his wife, Sara Netanyahu, cast their ballots at a polling station in Jerusalem, Oct. 27, 2026. Credit: Prime Minister’s Office.

Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu’s right-wing bloc appeared to outperform most exit polls following Tuesday’s national election, pulling ahead of the opposition overnight, according to partial results published by Israel’s Central Elections Committee.

Netanyahu’s Likud party had 732,001 votes (21.45%) after 3,428,864 votes had been counted at 7,961 voting stations, the CEC said as of 9:16 a.m. on Wednesday.

Netanyahu’s bloc, which includes United Torah Judaism (216,021, 6.33%), Shas (194,069, 5.69%), Otzma Yehudit (193,414, 5.67%) and Religious Zionism-Zehut (165,003, 4.83%), had a collective 1,500,508 votes, or 43.96%.

Gadi Eisenkot’s Yashar had 554,397 votes (16.24%). With his allies, B’Yachad (300,887, 8.82%), the Democrats (225,455, 6.61%) and Yisrael Beiteinu (209,101, 6.13%), he garnered a total of 1,289,840 votes, or 37.79%.

Based on partial results, Netanyahu’s right-wing bloc was projected to secure 56 seats, compared with 48 for the opposition and 16 for the Arab parties, though the figures remained subject to change, according to Israeli media.

While Netanyahu still lacked a clear path to the 61 seats needed to form a governing coalition, the partial results, if sustained, could put him in prime position to receive the first opportunity to form Israel’s next government.

Exit polls varied widely when polling stations closed at 10 p.m. on Tuesday, with Channel 14 projecting 30 Knesset seats for Likud, compared with 24 and 25 in projections by Channel 12 and Channel 13, respectively. Channel 14 projected 60 seats for Netanyahu’s bloc, while other exit polls showed a stronger performance by the opposition bloc led by Eisenkot.

Channel 12’s exit poll had projected 50 seats for Netanyahu’s bloc, 52 for the opposition and 18 for the Arab parties, whereas Channel 13’s had projected 50 seats for Netanyahu’s bloc, 53 for the opposition and 17 for the Arab parties.

Exit polls are often revised as votes are counted, while surplus-vote agreements between parties can also affect final seat totals. The counting of double-envelope ballots—cast by soldiers, evacuees and other eligible voters voting outside their regular polling stations—is expected to continue into Thursday. The final tally is expected by Friday.

‘Likud is the largest party’

Netanyahu on Tuesday night hailed the results of the vote, saying it showed beyond any doubt that the “Likud is the largest party in Israel.”

“Do you remember how the propaganda channels manipulated public opinion? Likud—18 seats, 19 seats—they knew all along that it was a lie,” Netanyahu said, referring to surveys published by various Israeli news channels.

“They tried to discourage you, simply discourage you, from going to the polls. That’s what happened here. Well, the first thing that has become unequivocally clear is that Likud is the largest party in Israel. There is no disputing that,” he continued.

The second thing that has become clear, according to the premier, “is that the right-wing bloc has a clear, overwhelming majority among the Zionist public, among the Jewish public, and among all those who support a Jewish state.”

Netanyahu stated, “And that is why I said, and I say again, that we must establish a strong national right-wing government … We must not, absolutely must not, put Israel at risk by forming a government that relies on anti-Zionist parties—parties that oppose our very existence.”

Israeli Foreign Minister Gideon Sa’ar said in an X post on Tuesday night that “the left’s celebration is premature.”

“The certainties of biased commentators are ludicrous,” Sa’ar, a Knesset candidate for the Likud Party, wrote in Hebrew.

“One thing is reasonably clear: Likud is the biggest party in Israel,” he added.

In his post, Sa’ar shared archival footage of Menachem Begin, Likud’s founder and its first prime minister. In it, Begin is seen urging patience with results on the eve of the party’s historic 1977 breakthrough election victory.

Meanwhile, Eisenkot claimed that initial exit polls amounted to “a complete vote of no confidence” in Netanyahu and his government.

“If these are the final results, this is a victory for Israel’s statist Zionist majority,” Eisenkot wrote on X in Hebrew.

He pledged to act immediately to carry out “the people’s decision,” replace Netanyahu and form a “Zionist conscription government” as soon as possible.

Next steps

Once the official results are published on Nov. 4, Israeli President Isaac Herzog will consult party leaders before tasking the lawmaker he believes is best positioned to form a government with doing so.

That need not be the leader of the largest party, meaning Netanyahu is not guaranteed the opportunity.

Although no Israeli government has ever been formed by a minority coalition immediately after an election, Eisenkot told Ynet on Oct. 10 that he would seek to lead one if he fell short of a parliamentary majority, necessarily relying on the tacit outside support of Arab parties.

The government-formation process follows a timetable set by law. The first candidate Herzog designates receives 28 days, with a possible 14-day extension, to form a coalition. If he or she is unsuccessful, the president can assign another candidate 28 days. If that attempt also fails—or the president determines there is no possibility of forming a government—a coalition of at least 61 MKs have 21 days to request that the president designate an alternative candidate. That candidate then has 14 days to form a government.

Failure to establish a government would trigger another election approximately 90 days later. Herzog has pledged to try to avoid that outcome, declaring: “I really, truly will do all I can so there won’t be repeat elections.”

Some 7.33 million Israelis were eligible to vote on Tuesday, according to Israeli Central Elections Committee figures dated Sept. 6. That is an increase of 543,177 since the previous election in 2022.

Some 330,000 young Israelis were eligible to vote for the first time.

A total of 12,018 regular polling stations opened nationwide at 7 a.m. and closed at 10 p.m.

Election Day in Israel is a national holiday, with schools, kindergartens and most workplaces expected to close. Voters choose party lists rather than directly electing a prime minister. Lists must receive at least 3.25% of valid votes to enter the Knesset.

Military voting began on Oct. 21 at Israel Defense Forces bases and outposts across operational arenas, including in Gaza, Lebanon and Syria. Eligible Israeli diplomats serving abroad and their family members began voting on Oct. 15.

The vote for the 26th Knesset marked the Jewish state’s first general election since the Hamas-led massacre on Oct. 7, 2023.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Netherlands ‘Deeply Broken,’ Ambassador Says After Israeli Soccer Fans Banned, Pro-Hamas Rally Allowed


Netherlands ‘Deeply Broken,’ Ambassador Says After Israeli Soccer Fans Banned, Pro-Hamas Rally Allowed

Shiryn Ghermezian


Pro-Palestinian demonstrators protest against Israeli football club Hapoel Be’er Sheva’s participation in the Europa League and the potential presence of Israeli fans ahead of its match against AZ Alkmaar in Alkmaar, Netherlands, on Oct. 15, 2026. Photo: Georgios Kostomitsopoulos via Reuters Connect

Israeli Ambassador to the Netherlands Zvi Aviner Vapni has lambasted the mayor of a Dutch city where pro-Hamas protesters with Palestinian flags and anti-Israel signs were allowed inside a soccer stadium but Israeli fans were banned due to security concerns.

The city of Alkmaar decided that fans of the Israeli soccer team Hapoel Beersheba would not be allowed to attend the team’s UEFA Europa League match on Thursday against the Dutch club AZ Alkmaar. City officials expressed concerns about public order and safety that could lead to violence between supporters from both sides and categorized the match as “very high risk due to the geopolitical context.” Israel urged officials in the Netherlands to reverse the decision, but to no avail.

Vapni commented on the decision by sarcastically congratulating the city’s mayor, Anja Schouten, on Thursday in a post on X.

“Bravo to the Mayor of Alkmaar. A handful of Israeli fans were barred from the Hapoel Beersheba match today under the guise of ‘security risks,’ yet a mob waving signs (in Hebrew) reading ‘Go Hamas’ was allowed right in,” he posted.

“​Something is deeply broken in the Netherlands,” the ambassador added. He shared a clip of the pro-Hamas group holding a sign that read “Go Hamas” in Hebrew and also banners that read, “kick Israel out of UEFA” and “sanction Israel now.” Other signs held by activists said “Boycott the bully” and “Israel = Terrorist.”

Hamas is a designated terrorist organization in the European Union, which includes the Netherlands.

Anti-Israel activists demanded the hotel hosting Hapoel Beersheba players in the Netherlands throw out the soccer team and called the players “child murderers,” according to Rabbi Menachem Margolin, chairman of the European Jewish Association, who said police were forced to guard the hotel to ensure the safety of the Israeli athletes.

“First the fans were banned. Then the team was hunted. This is what happens when threats are rewarded instead of confronted,” he posted.

Two years ago, fans of the Israeli soccer team Maccabi Tel Aviv were violently assaulted in the streets of Amsterdam following the club’s Europa League match with the Dutch team Ajax. The premeditated and coordinated attack was condemned by Israeli and Dutch officials.

“Two years after Israelis were hunted through the streets of Amsterdam, the Dutch answer is to ban the victims, not the attackers,” Israel’s Foreign Ministry (MFA) said on Monday in a statement shared on X. “Alkmaar’s exclusion of Hapoel Be’er Sheva fans rewards those who threaten and incite violence and runs counter to the very spirit of sport.”

“This exclusion of Israelis comes amid a wave of antisemitic attacks in the Netherlands, fueled by anti-Israel incitement from Dutch politicians and public figures,” the MFA added. “Banning Israeli fans from attending the match, like boycotting Eurovision, is yet another stain on the Netherlands, as the country increasingly becomes one of the world’s leading hotspots for antisemitism.”

The statement came about two weeks after an Israeli man living in the Netherlands was rejected from a Dutch-language course after refusing to endorse his prospective teacher’s characterization of Israel’s military campaign against Hamas in Gaza as “genocide” during an admissions interview.

The Center for Information and Documentation on Israel (CIDI) — a Dutch Jewish human rights organization that monitors antisemitism — shared a recording of the conversation, in which the teacher said he only wanted to work with students who shared his views on what he called the “Palestinian genocide.”

Vapni also strongly condemned this incident, calling it “deeply concerning.”

“A nation that once prided itself on openness and acceptance is now increasingly drawing inspiration from some of its darkest historical periods,” the Israeli diplomat wrote in a post on X. “Strong, decisive leadership at the highest levels is urgently needed to put an end to this harassment.”

Like most countries across Europe and the broader Western world, the Netherlands has seen a sharp rise in antisemitic incidents over the last three years, amid the war in Gaza following Hamas’s Oct. 7, 2023, massacre across southern Israel.

In April, Dutch authorities released a report showing antisemitism in the Netherlands remained at alarmingly high levels last year. According to the data, police recorded 867 antisemitic incidents in 2025, a figure that remains at deeply troubling levels and virtually unchanged from the 880 antisemitic incidents recorded the previous year.

Even though Jews make up less than 0.3 percent of the Dutch population, anti-Jewish hate crimes account for 26 percent of all discrimination cases.

Following the pro-Hamas demonstration in Alkmaar on Thursday, Avi Nir-Feldklein, Israel’s ambassador to the European Union, asked why Dutch officials allowed open support for the proscribed terrorist organization.

The ambassador said earlier in the week that he planned to drive to Alkmaar to support Hapoel Beersheba at Thursday’s game, before discovering all Israeli fans were banned by the municipality due to “very high risk.”

“When Hezbollah and Hamas cheerleaders are allowed to march and celebrate the Oct. 7 massacre, no wonder it’s ‘high risk,’” he said. “Instead of stopping the extremists, they banned the fans. Stand against hate, not against football fans.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com