Archive | January 2019

Polskie społeczeństwo nie przejęło się zanadto Holocaustem

Tomasz Żukowski: Polskie społeczeństwo nie przejęło się zanadto Holocaustem [ROZMOWA]

Anna Sobańda


Chłopiec żydowski sprzedaje opaski z gwiazdą Dawida / Narodowe Archiwum Cyfrowe

“Choć możemy mówić o ciągłości przemocy wobec Żydów w II Rzeczpospolitej, w czasie Zagłady i po niej, aż do marca 1968 roku, wojna coś zmieniła w tej kwestii. Polskie społeczeństwo działało i jednocześnie było świadkiem własnego działania. Uczestniczyło w eksterminacji Żydów i widziało to uczestnictwo” – mówi w rozmowie z dziennik.pl Tomasz Żukowski, autor książki “Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów”.

Anna Sobańda: Z pana książki wynika, że polska kultura od dawna stoi na straży dobrego imienia, a może raczej dobrego samopoczucia Polaków

Tomasz Żukowski: Tak. Co ciekawe, motyw szkalowania dobrego imienia Polski pojawił się już w chwili odzyskania niepodległości. Fala pogromów w 1918 roku wywołała protesty organizacji żydowskich w Ameryce. Wówczas po raz pierwszy wysunięto zarzut, że ktoś wyciąga niedopuszczalne wnioski z tego, co się w Polsce dzieje.

Czyli jeszcze przed Zagładą?

Choć możemy mówić o ciągłości przemocy wobec Żydów w II Rzeczpospolitej, w czasie Zagłady i po niej, aż do marca 1968 roku, wojna coś zmieniła w tej kwestii. Polskie społeczeństwo działało i jednocześnie było świadkiem własnego działania. Uczestniczyło w eksterminacji Żydów i widziało to uczestnictwo. Słyszy się często o traumie świadków Zagłady. Myślę, że takiej traumy – w potocznym znaczeniu – nie ma. Polskie społeczeństwo nie przejęło się zanadto Holocaustem. W teorii traumy mówi się o scenie pierwotnej, czyli wydarzeniu, którego psychika nie może zintegrować, które ciągle przywołuje i jednocześnie wypiera ze świadomości. Jeśli potraktować ten termin metaforycznie, sceną pierwotną polskiej pamięci o Zagładzie jest współudział. Nie dlatego, żebyśmy tak bardzo żałowali ofiar albo tego, co zrobiliśmy. Problem polega na tym, że fakty nie mieszczą się w naszym obrazie nas samych. Polska kultura natychmiast, na gorąco opisała, co się stało – w „Medalionach” Nałkowskiej czy w „Wielkim Tygodniu” Jerzego Andrzejewskiego. My jednak tej wiedzy nie przyswoiliśmy.

Chociaż mieliśmy ją na wyciągnięcie ręki

Czytamy „Medaliony”, czytamy Andrzejewskiego, Borowskiego, Heringa, Grynberga, Wojdowskiego, Kosińskiego, Perechodnika, jest mnóstwo innych tekstów, ale w gruncie rzeczy wciąż nie zdajemy sobie sprawy, co się stało i na czym polegał współudział Polaków w Zagładzie.

Na czym więc polegał?

Świetnie analizuje to Andrzejewski w powieści „Wielki Tydzień”. Jej żydowscy bohaterowie to zasymilowana i ustosunkowana profesorska rodzina. Czytamy, że byli zadomowieni w polskim środowisku i nie czuli zagrożenia. Andrzejewski idealizuje, bo na polskich uniwersytetach działy się przed wojną straszne rzeczy, ale powieść pokazuje, jak ci ludzie zostają w czasie wojny zupełnie sami.

Polscy przyjaciele i sąsiedzi się od nich odwrócili?

I tym samym wystawili ich oprawcy jak naganiacze zwierzynę łowną. Żeby dokonać zbrodni na taką skalę, jak Zagłada, trzeba ludzi odizolować, zlokalizować i odciąć im drogi ucieczki. Andrzejewski – zresztą nie tylko on – pokazuje, że polska społeczność pozbawiła Żydów możliwości ukrycia się. Morderstwa takie jak w Jedwabnem to osobna sprawa, choć jedno mieszało się z drugim. Mówimy o zachowaniach, które przybierały różne formy, od szeptów, że ktoś jest Żydem, po których ukrywający się natychmiast uciekali, bo nie ulegało wątpliwości, że za chwilę ktoś doniesie, przez szantaże, rabunek, po wyłapywanie uciekinierów pod nadzorem Niemców albo na własną rękę, kończące się odprowadzeniem na posterunek. Albo po prostu zabójstwem.

W skali społecznej polscy Żydzi nie mieli się gdzie schować ze względu na zachowanie polskiej większości. Chodzi o statystyczną pewność rozpoznania, rabunku i donosu – w efekcie śmierci. Fakt, że znaleźli się ludzie, którzy postępowali inaczej, nie zmieniał społecznej normy.

Te statystyki oparte są na źródłach historycznych?

Jan Persak szacuje, że po „aryjskiej stronie” przetrwało 30-40 tysięcy osób, a pamiętajmy, że w Polsce było przed wojną 3,5 miliona Żydów. „Liczba ofiar polowania na Żydów, w którym udział wzięli miejscowi pomocnicy okupanta wyniosła co najmniej 120 tysięcy” – stwierdza. We wstępie do książki „Dalej jest noc”, która zbiera badania na temat wybranych powiatów, Barbara Engelking i Jan Grabowski podają, że z gett uciekało około 10% ludności żydowskiej. Przeżyła garstka. Wielu – widząc co się dzieje – uznało getto za miejsce bezpieczniejsze. Jan Tomasz Gross pisał w „Upiornej dekadzie”: „ulice i ryneczki polskich miast i miasteczek spłynęły krwią, polowanie na ludzi trwało tygodniami, aż mordowanie bezbronnych ofiar stało się w końcu nudną rutyną”. Ludzie widzieli swój wkład w tę rzeź i przestraszyli się.

Czego się przestraszyli?

Wiedzy o sobie i o własnej wspólnocie. Ita Diamant i jej dwóch towarzyszy „od przekroczenia bram «żydowskiej dzielnicy» do odjazdu pociągu z warszawskiego dworca padli ofiarą około 20 anonimowych szmalcowników (…). W konsekwencji już pierwszego dnia życia po aryjskiej stronie zostali pozbawieni niemal wszystkich pieniędzy”. Tak statystyka przekładała się na szanse przetrwania.

W 1943 roku w Warszawie Jan Błoński jako chłopiec spotkał żydowskie dziecko, uciekiniera z getta. Wspomina, że nie mógł się do niego uśmiechnąć, bo to zostałoby zrozumiane jako szyderstwo albo zapowiedź donosu. Żeby było jasne: donos oznaczał śmierć. W tym obrazie jest wiedza o normie społecznej, o wszechobecnej wrogości i agresji, a także poczucie, że chcąc nie chcąc także sam Błoński pozostawał częścią kręgu, który osaczał ofiary, niezależnie od tego, co czuł i co zrobił. Jako dorosły człowiek i uznany profesor Błoński zdefiniował polską winę jako winę obojętnych świadków. Moim zdaniem, na przekór własnym wspomnieniom. Musiał się ich bać jak cała polska kultura. Wyciągnięcie wniosków z tego, co widział i przeżył okazało się zbyt trudne.

W tego typu dyskusjach zawsze pojawia się wówczas argument, że takie zachowania to jednak był margines

Margines jest ulubioną figurą polskiego dyskursu w tej sprawie.

Dlaczego zatem kultura zafałszowuje prawdę?

Używam słowa kultura mając na myśli zespół norm, zwyczajów, przekonań o sobie i otoczeniu, w których jesteśmy zanurzeni. W tym sensie kultura jest środowiskiem życia ludzi. Kreuje wzory zachowania i postrzegania świata. Mówiąc o kulturze próbuję zbadać, przez jakie okulary patrzymy na rzeczywistość i na nas samych. Pytam, co te okulary pozwalają dostrzec, a co zasłaniają z naszej historii.

Czy te okulary są nam potrzebne do tego, żebyśmy poczuli się lepiej?

To bardzo trudne pytanie. Moja książka jest próbą zrozumienia, jak to się dzieje, a pytanie dlaczego tak się dzieje, to już inne zagadnienie, bardziej z zakresu psychologii społecznej. Myślę, że gra dotyczy podstaw zbiorowej tożsamości. Wszyscy pamiętamy to ze szkoły: Chrystus Narodów, Winkelried, obrońcy Westerplatte, jedyni Sprawiedliwi w Europie. Kiedy zobaczymy, co tak naprawdę wydarzyło się między Polakami nie-Żydami i Polakami Żydami, ciężko te przekonania utrzymać. Co gorsza polska kultura nie wypracowała mechanizmów budowania tożsamości na krytycznym odniesieniu do tego, co się stało.

Może zbyt mocno identyfikujemy się ze swoją historią?

Nawet jeśli urodziłem się w stajni, to nie znaczy, że jestem koniem! Mój dziadek był Hallerczykiem, a na strychu leżały roczniki „Rycerza Niepokalanej”. Dziadek bił dzieci, ale mój tato nigdy nie uderzył ani mnie, ani mojego brata. Zdobył się na świadomość, ocenę według własnych kryteriów i zmianę. To jest dopiero powód do dumy! Dużo trudniej dokonać czegoś takiego, niż kultywować tradycję.

Dlaczego zatem wciąż mamy taki problem, by zmierzyć się z tym tematem?

Udział Polaków w Zagładzie budzi ogromne emocje. Psycholog powiedziałby, że opór wskazuje na wyparte treści. Jakiś psychologiczny interes sprawia, że uzyskanie świadomości w tej sprawie okazuje się bolesne. Pytanie, co zrobić z takimi emocjami? Jeżeli dysfunkcja społeczna nie zostanie przepracowana, agresja będzie powracać. W marcu tego roku, przy okazji dyskusji o ustawie o IPN mieliśmy kolejny wylew antysemityzmu. Przedwojenna, wojenna i powojenna przemoc wobec Żydów nie została przepracowana. I historia będzie się powtarzać, jeśli się nią dojrzale nie zajmiemy. Ofiary się znajdą, bo problem mamy ze sobą.

Co powinniśmy więc zrobić?

Żeby coś zmienić, musimy zrozumieć, co się wydarzyło. Przyznać, że coś jest z nami nie tak i próbować dostrzec, w jaki sposób ukrywamy tę wiedzę przed sobą.

Cała pana książka poświęcona jest temu, jaki wysiłek podejmujemy jako społeczeństwo, żeby tej wiedzy do siebie nie dopuszczać. Jednym ze sposobów jest wykorzystywanie tematu Sprawiedliwych?

Jak się czyta prace o Sprawiedliwych z ostatnich latach, widać wyraźnie, że to byli ludzie, którzy wystąpili przeciwko większości. Wszyscy zachowywali się inaczej, a oni mieli odwagę, żeby opowiedzieć się za prześladowanymi. Robiąc to, bardzo narazili się swoim wspólnotom lokalnym.

O Sprawiedliwych możemy opowiadać na dwa sposoby. Możemy powiedzieć, że potrafili powiedzieć „nie!” społeczności, w której żyli, i powinniśmy się od nich uczyć samodzielnego myślenia oraz tego, że czasem w imię bliskich nam wartości należy zakwestionować normy społeczne. Ale opowiadamy o nich inaczej, tak jakby reprezentowali nas wszystkich, całą Polskę.

Sposób, który zapewnia nam dobre samopoczucie

Kompulsywnie umieszczamy pomniki Sprawiedliwych w miejscach, które są de facto miejscami polskich zbrodni, na przykład w Kielcach niedaleko domu, w którym 4 lipca 1946 roku zginęło podczas pogromu kilkadziesiąt osób. Tamtejszy pomnik Sprawiedliwych to ściana z nazwiskami, coś w rodzaju grupowego portretu, a obok wiersz autorstwa żydowskiego poety Chaima Chefera: „Ja słyszę ten tytuł i staram się / o tych ludziach myśleć, co chronili mnie. / Ja pytam i pytam: o na miły Bóg, / czy ja bym na ich miejscu tak uczynić mógł?”. To sugestia żydowskiej niewdzięczności i polskiej wyższości. A przy tym narzędzie szantażu.

Szantażu na żydowskiej społeczności?

Żeby przemilczeć niewygodną dla społeczności wiedzę, musimy się nieźle napracować i włożyć mnóstwo wysiłku w dyscyplinowanie niepokornych. Dominująca opowieść o Sprawiedliwych jest jedną z form dyscyplinowania polskich Żydów, którzy mogliby opowiedzieć swoją historię zupełnie inaczej, niż my byśmy chcieli ją usłyszeć.

Polska społeczność dyscyplinowała Żydów, by nie mówili prawdy o tym, jak zachowywali się Polacy?

Tuż po pogromie kieleckim w „Tygodniku Powszechnym” ukazała się nota od redakcji. Potępiono przemoc, ale jednocześnie pisano tak: „fakty nietolerancji i sporadyczne rozruchy były w Polsce wyjątkami i nigdy nie ogarnęły szerszych kręgów społeczeństwa”. Jak się możemy domyślać, dowodem są Sprawiedliwi: „W czasie ostatniej wojny, bardzo wielu Polaków, z narażeniem własnego życia pomagało i chroniło Żydów w okresie najstraszliwszej eksterminacji tego narodu przez Niemców. Niewątpliwie, gdyby nie ta pomoc, niemal żaden Żyd w tym kraju nie zdołałby ocalić życia”. I teraz wnioski z pogromu: „W tradycjach narodu polskiego nie było nigdy prześladowań rasowych czy wyznaniowych”. Wiemy już, jak należy myśleć i mówić o Polakach, pora więc na groźbę: „Jasne jest, że tego rodzaju sprowokowana reakcja (choć nie mniej przez to zbrodnicza), jest zjawiskiem odosobnionym i wyjątkowym. Nie wolno wobec tego dopuszczać się zbyt pochopnego i dowolnego generalizowania”.

Proszę sobie teraz wyobrazić: jest 1946 rok, po wojnie zginęło w Polsce około 2 tysięcy ocalałych z Zagłady, którzy wrócili do swoich domów. Żydzi masowo uciekali zagranicę. Ci, którzy przeżyli, wciąż bali się o życie i mieli do tego powody. I w tej sytuacji, po fali pogromów, w „Tygodniku Powszechnym” zabiera głos Stefania Skwarczyńska, która w taki sam sposób posługuje się Sprawiedliwymi: „Słowo o prawdzie staje się obowiązkiem. Ale czyim? Myślę, że nie tych, którzy wtedy w każdej sekundzie dawali swoje życie za brata swojego. Ale że jest to obowiązkiem tego brata. (…). Powiedzcie sobie – chodzi o Żydów – tak, jak myśmy sobie niegdyś powiedzieli wobec wam grożącego nieszczęścia: tak trzeba. Oddajcie nam w momencie odwagi cywilnej dług zaciągnięty u naszej odwagi żołnierskiej niebacznej na ryzyko śmierci”. To jest czysty szantaż.

Jak reagowali na to Żydzi?

A jak mogli reagować przy takiej presji?! „Tygodnik” wydrukował list Laury Kauffman: „Poczuwam się do wdzięczności nie tylko w stosunku do tych, którzy mi tę pomoc bezpośrednio okazali, ale w stosunku do społeczeństwa polskiego, do Polski”. I dalej: „Boję się, że namiętny krzyk i złośliwe szepty zagłuszą głosy spokojne i sprawiedliwe. Toteż mord kielecki jest dla mnie podwójnie bolesny: boli ohyda czynu, ale i boli niesprawiedliwa i szkodliwa dla Polski propaganda”. Laura Kauffman uczestniczy w rytuale podporządkowania, który urządza Żydom polska kultura. Musi przepraszać za Żydów, którzy powiedzieli, co w Polsce przeżyli, i potwierdzić wersję, którą chce usłyszeć większość. Robi to, żeby uchronić się przed agresją, która wisi w powietrzu i została zawieszona tylko warunkowo. To samo działo się w Marcu 1968. Adam Rutkowski, ówczesny dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego publikował w „Polityce” artykuły o Sprawiedliwych, żeby ochronić ŻIH. Jeden nosił tytuł Musiałbym dziękować całym gminom.

Kultura używa Sprawiedliwych do odwracania uwagi od winy Polaków?

Od polskiej przemocy. Możemy potraktować „Pokłosie” jako historię o Sprawiedliwych. Kalinowie stają po stronie ofiar w imię prostej ludzkiej empatii. Pasikowski pokazuje, że robią to wbrew wspólnocie, że dostają za to w kość, że muszą się przeciwstawić większości. A co najgorsze – znajdują ciała zamordowanych w fundamentach własnego domu i odkrywają, że zabijał także ich ojciec. I to się nie podobało.

Bo wzbudzało w społeczeństwie poczucie winy?

Maciej Stuhr stał się ofiarą nagonki, historia filmowa powtórzyła się w rzeczywistości. Kolektyw zadziałał, żeby go zdyscyplinować. Wygląda na to, że kiedy budujemy pomnik Sprawiedliwych obok Muzeum Żydów Polskich, to wszyscy się cieszą, ale kiedy opowiadamy historię Sprawiedliwych tak, jak ona naprawdę wyglądała, i pokazujemy że Sprawiedliwi musieli mieć niesłychaną osobowość, żeby nie robić tego, co wszyscy, wtedy jest bardzo źle.

Myślę, że problem polega na tym, że wielu Polaków uważa, że zachowania Sprawiedliwych były normą, a agresja Polaków wobec Żydów była czymś marginalnym

Wiedza, jaką czerpiemy z dokumentów historycznych, nie pozostawia wątpliwości: Sprawiedliwi nie reprezentowali norm społecznych.

Społeczeństwo neguje tę wiedzę, choć można ją znaleźć w wielu historycznych źródłach. Nawet Jan Karski pisał w swoich raportach o antysemityzmie Polaków

Ale generał Sikorski i minister Stanisław Kot polecili mu usunąć te fragmenty i zastąpić je tekstem o odwrotnej treści, żeby nie psuć nam opinii na świecie. Dariusz Libionka cytuje wewnętrzne raporty struktur podziemnych. Nikt się przy ich pisaniu nie krępował, bo to były materiały do użytku wewnętrznego. Trudno w nich znaleźć cokolwiek na temat Żydów, co byłoby napisane ludzkim językiem. Przeważa zadowolenie z Zagłady, na przykład w takiej formie: „Brak Żydów w rzemiośle w Okręgu Bekasa – chodzi o Białystok – jest prawdziwym dobrodziejstwem i Łaską Boską dla polskiej ludności, która w ten sposób głośno to wyraża”. Wiedza jest w zasięgu ręki, ale wkładamy dużo wysiłku, żeby jej nie widzieć.

Drugi sposób na ignorowanie tej wiedzy, to przemiana antysemity w Sprawiedliwego?

Polska kultura, jak neurotyk, ma potrzebę powracania do wypartego, ale tak, żeby umocnić wyparcie. Przywołuje się sceny, które wydawałoby się pokazują, jak to naprawdę wyglądało, ale w ostatniej chwili nieoczekiwany zwrot akcji sprawia, że znów możemy dobrze się poczuć. Tak działa figura Sprawiedliwego–antysemity.

rekomendował: Leon Rozenbaum
Na czym on polega?

W „Ulicy Granicznej” jest taka scena. Jesteśmy w okolicach mostu Poniatowskiego. Z megafonu słychać komunikat, że z getta uciekają żydowskie dzieci, które roznoszą tyfus, stanowią więc zagrożenie i trzeba je szybko oddać w ręce Niemców. Sąsiad zauważa Żydówkę Jadzię i zaczyna ją gonić. To archetypiczna, modelowa sytuacja, w której uciekający z getta Żydzi są ścigani i wydawani przez Polaków, często znajomych. Takich historii w źródłach historycznych jest naprawdę mnóstwo. W filmie Jadzia została rozpoznana, następuje pogoń, powinno to się skończyć jej śmiercią. Tymczasem Władek Wojtan jest nawróconym antysemitą. Dogania Jadzię i mówi, że chce jej pomóc. Za chwilę Jadzia i Władek spotykają oddział Hitlerjugend, w którym maszeruje ich sąsiad, folksdojcz. Wina przenosi się tym samym na zdrajcę narodowego, a my możemy poczuć się czyści. Wszyscy czują ulgę.

Rozgrywamy psychodramę. Zbliżamy się do realnych, grupowych wspomnień, ale w finale uciekamy od nich, zamiast się z nimi skonfrontować.

W książce pisze pan o tym, że również władza dbała o dobre imię i samopoczucie narodu, stąd silne ingerencje w scenariusz filmu Andrzeja Wajdy „Wielki tydzień”.

Władza była i jest w tej sprawie obrońcą kulturowego tabu. Więc to nie wina PRL-u, tylko symptom tego, co dzieje się w Polsce. Kiedy w drugiej połowie lat sześćdziesiątych powstawał scenariusz pierwszej, niezrealizowanej wersji „Wielkiego Tygodnia”, Irenie Lilien odebrano głos. Dosłownie: autorzy zrobili z niej niemowę. Nie mogła więc opowiedzieć o swoim doświadczeniu, jak w powieści. Wajda powrócił do projektu po 1989 roku. Irena mówi, ale zniknął wątek losu Lilienów i opis działania polskiego otoczenia, które wystawia ofiary Niemcom jak nagonka zwierzynę. Gorycz Ireny jest w tym kontekście niezrozumiała i staje się ona przez to dość niesympatyczną postacią.

W latach 60. a i później wybielający Polaków wzór opowieści o Zagładzie był oczywistością. Nikt go nie kwestionował, niezależnie od politycznych i ideowych różnic.

A jak jest dzisiaj?

Fakt, że w ogóle rozmawiamy na ten temat i nasza rozmowa zostanie opublikowana w mediach, świadczy, że jest postęp. Pojawiła się możliwość zmiany wzoru kultury.

To znaczy, że mamy dziś większy dystans?

Myślę, że tak. Po Grossie wiele się zmieniło, choć z drugiej strony mamy też bardzo silną reakcję na te zmiany. Bardzo silną…


Tomasz Żukowski – historyk literatury. Pracuje w Instytucie Badań Literackich PAN. Zajmuje się problemami dyskursu publicznego w Polsce: interesuje się funkcjami obrazów Żyda i ich rolą w definiowaniu polskiej tożsamości oraz narracjami o PRL-u i komunizmie po roku 1989. Współautor tomu “Zagłada w ‘Medalionach’ Zofii Nałkowskiej. Tekst i konteksty” oraz książki “Przemoc filosemicka? Nowe polskie narracje o Żydach po roku 2000.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


ABOVE THE FOLD: THE WOMEN’S MARCH AND ANTISEMITISM

ABOVE THE FOLD: THE WOMEN’S MARCH AND ANTISEMITISM

MICAH HALPERN


When it comes to antisemitism and leftist movements logic plays no role.
Women’s March . (photo credit: YOUTUBE SCREENSHOT)

Two years ago, as a reaction to the election of Donald J. Trump as president of the United States, a very vocal group of women organized a protest called the Women’s March. Thousands of women – almost entirely from the political Left – joined ranks and marched through the streets of Washington and their home cities. This year, the third annual Women’s March was scheduled to be held on January 19th. Over the weekend, it was canceled.   

Organizers explain the cancellation by saying the march had become “too white.” You see, a march for women was not interested in the participation of white women, especially in the participation of white women who are Jewish. Although it was not the reason for the cancellation, the march had become rife with antisemitism.

The American press has been covering the Women’s March ideology for the past few months. Even the venerable New York Times ran a front-page story describing the antisemitic character of the third Women’s March titled “Women’s March Roiled by Accusations of Antisemitism.”

How did this happen? How could a march, organized by those on the political Left, primarily by black women – a minority group clamoring for equality and critical of bias – turn its collective back on another minority and hurl criticism at that group? One would think participants and organizers of the Women’s March would join hand-in-hand in condemning antisemitism.   

But no. They were the people responsible for spewing forth and perpetuating antisemitic bias in the context of women’s rights. Their thinking is convoluted and wrong. If you can make no sense of this, it is because it makes no sense. It goes like this: Because the majority of Jews are white, they are viewed as the white oppressors.

Letty Cottin Pogrebin, the founder of Ms. magazine and a person whose feminist and Jewish bona fides are without question, confirmed this attitude in a letter to the editor of The New York Times. In her letter, Pogrebin pointed out that antisemitism in the liberal movement is not new. Forty years ago, she wrote, she confronted the exact same antisemitism.

When it comes to antisemitism and leftist movements logic plays no role. We see it historically. We saw it in the period that heralded the rise of Zionism.  

The socialist and communist movements were ideal homes for Jews in Europe. Jews were an oppressed minority and, by definition and doctrine, socialism and communism offered protection from the oppressor. Jews, however, were not welcomed into those movements. From the very beginning, there was tension with the Jews. Ironically – and thankfully for the future of the future State of Israel – that tension was extremely positive for the future of Jews and Jewish socialism.

Karl Marx and Friedrich Engels, co-authors of The Communist Manifesto – the guide book to communism and socialism – originally partnered with another philosopher and thinker. Moses Hess was the third member of their triumvirate and a member of the inner circle. The man who went on to father Labor Zionism and conceptualize socialist-Zionist philosophy was forced out and denounced as a “utopian socialist” by Marx. 

Movements founded on the principle of unity against racism and hatred have often featured one caveat: Everyone is equal, everyone but Jews!

The socialist movement and socialist literature were heavily based on the German language. But it was only the elite who wrote and spoke in German. The masses were not in Germany, and Jews were part of that rank-and-file population. Those Jews spoke Yiddish, and those “Jewish” Jews were not welcome. As a result, two Jewish socialist groups emerged. One was composed of Jewish Socialists and called the Bund. The other was called Zionist socialism.  

Jewish socialists embraced Yiddish as a language and as a socialist message. They created organizations like the Workman’s Circle and opened schools, newspapers and radio stations. The ideology that began in Europe was later transplanted to America as members immigrated to the goldeneh medina, “the golden country,” the United States.    

Socialist Zionists felt the best response was excising Jews from Europe and bringing them to Israel/Palestine and, once ensconced in this Jewish enclave, establishing a socialist utopia. These were the socialists who founded and created the modern State of Israel. They came with their biases and they built a socialist state.

They came about it from slightly different directions, but the goal of both movements was the same. These Jewish revolutionaries were trying to solve problems, the biggest among them the problem of antisemitism.  

This story has a bittersweet ending. Had Jews been welcomed into the original communist and socialist movements, much of the impetus to create a state for Jews would have been diluted. As for achieving the goal of solving the problem of antisemitism, well, we’re still fighting that one – witness the Women’s March of 2019.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israeli Author Amos Oz’s Legacy

Israeli Author Amos Oz’s Legacy


i24NEWS


THE RUNDOWN | Amos Oz, beloved Israeli author and left-wing supporter of the cause for peace with the Palestinians, has passed away. What legacy does he leave behind and what has he inspired? Haaretz Daily Literary Editor Benny Ziffer discusses with host Calev Ben-David.

Story:

Amos Oz, an illustrious writer famous for novels set throughout Israel’s history, died on Friday afternoon after short battle against cancer, according to a statement from his daughter.

‘My beloved father has just passed away from cancer after a swift deterioration,’ Fania Oz-Salzberger said in a short statement Friday. Oz passed ‘peacefully in his sleep, surrounded by loved ones,’ his daughter said, requesting that the public respect the family’s privacy.

Oz, born in Jerusalem in 1939 during Israel’s pre-State era, was beloved by Israelis young and old, though his left-leaning political views garnered criticism from conservatives.

‘Thank you to all who loved him,’ she concluded.

Oz began writing as a young man and began publishing his works in 1961, when he was 22. A year before, in 1960, he married his wife Nili, and the couple later raised three children.

Before attending Hebrew University and becoming a published author, Oz served in the Israeli Defense Forces Nahal (Combat) Brigade and was called back into service for the Six-Day War in 1967 and the Yom Kippur War in 1973.

He has earned several dozen international and Israeli awards, including the Israel Prize for Literature, the Prix Femina, the Frankfurt Peace Prize, and the Officier des Arts et Lettres in France.

Many viewed him as a conscience of the nation, although he was repeatedly the target of criticism from Israel’s far right.

But while he was a consistent advocate of the creation of a Palestinian state, Oz also took a hard line against those sworn to Israel’s destruction and condemned every variety of religious fanaticism.He had little time for Western analysts who ‘assume that the Israelis and the Palestinians need to get to know each other better’ to resolve the Middle East conflict.

‘It must be resolved through a painful compromise, and not through having coffee together,” he told the Paris Review in a 1996 interview.’

Rivers of coffee drunk together cannot extinguish the tragedy of two peoples regarding the same little country as their own and only homeland. We need to divide it. We need to work out a mutually acceptable compromise.

‘Since the news of his death, Oz has been eulogized by Israel’s President Reuven Rivlin who called the late writer a “giant spirit.’

‘Here in the Land of Israel and throughout the world, your works will reverberate in the writings that you have left in all our hearts,’ Rivlin said, adding that Israel would descend into the Sabbath in ‘sadness’ on Friday night.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Gaza: sześć kłamstw i jedna prawda

Gaza: sześć kłamstw i jedna prawda

Fred Maroun
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Mural w Tel Awiwie, który mógłby być obrazem horrorów wojny

Prędzej czy później będzie kolejna wojna między Izraelem a Hamasem, może już w 2019 roku. Nie jest to kwestia „czy”, ale „kiedy”. Kiedy będzie, oskarżenia wobec Izraela będą głośniejsze i bardziej agresywne niż kiedykolwiek, tak jak były podczas wojen 2008, 2012 i 2014 roku. I będą powtarzane te same stare kłamstwa.

Kłamstwo Nr 1: Izrael okupuje Gazę

Izrael przejął Gazę od Egiptu w czerwcu 1967 roku w wojnie obronnej i założył małe społeczności żydowskie w części Gazy, ale we wrześniu 2005 roku Izrael wycofał swoje wojska i wszystkie żydowskie społeczności, pozostawiając Gazę całkowicie w palestyńskich rękach. Po niecałych dwóch latach, w czerwcu 2007 roku, Hamas przejął panowanie nad Gazą po krwawej walce z Fatahem.

W wyniku terrorystycznych ataków z Gazy Izrael narzucił blokadę we współpracy z Egiptem, który, tak jak Izrael, ma granicę z Gazą. Oba kraje kiedyś panowały nad Gazą i oba kraje założyły obecnie blokadę na nią. Żaden z tych krajów nie okupuje jednak Gazy. Gaza jest w rzeczywistości pod tyrańskim reżimem Hamasu, organizacji terrorystycznej, która jest sprzymierzona z irańskim reżimem. Jeśli można powiedzieć, że jakikolwiek kraj okupuje Gazę, to jest to Iran.

Kłamstwo Nr 2: Gaza jest oblężona

Izrael dobrowolnie opuścił Gazę w 2005 roku i ewakuował wszystkie izraelskie osiedla. Nie narzucił blokady. Blokada, która jest blokadą na broń, nie zaś ogólną blokadą, została nałożona przez Izrael i Egipt dopiero po przejęciu panowania w Gazie przez Hamas i jego zachęcaniu i aktywnym organizowaniu ataków na Izrael, zamiast prób powstrzymania ich. Jedynym celem blokowania dostaw broni jest zatrzymanie tych ataków. Nawet antyizraelska Al-Dżazira przyznaje, że blokada ”działa od kiedy Hamas przemocą przejął władzę od Fatahu w 2007 roku”. Blokada na broń została także uznana za legalną przez ONZ.

Strona internetowa izraelskiego rządu wylicza towary, których wwóz do Gazy jest kontrolowany. Pewne są zakazane, a dla innych są ograniczenia ilościowe. Na tej liście jest broń, amunicja i dobra podwójnego zastosowania, które mogą być używane dla celów cywilnych, ale mogą być także używane dla działalności terrorystycznej. Przykładem taki towarów są cement, stalowe liny i pewne typy pojazdów.

Gaza nie jest oblężona. Oblężenie polega na otoczeniu miejsca i próbie zagłodzenia mieszkańców, by zająć to miejsce. Izrael nie głodzi mieszkańców Gazy ani nie próbuje jej zająć. Izrael regularnie przekazuje pomoc humanitarną, również, kiedy Izrael jest atakowany z Gazy. Codziennie “przeciętnie 800 ciężarówek wjeżdża do Gazy z żywnością, wyposażeniem medycznym, materiałami budowlanymi, materiałami rolniczymi, tekstyliami i tak dalej”.

Mieszkańcy Gazy mogą także wjeżdżać do Izraela na leczenie. Izrael nie próbuje im szkodzić, po prostu chroni siebie. Gdyby władze Gazy zapobiegały terroryzmowi zamiast inicjować go, nie ma absolutnie żadnych wątpliwości, że blokada na broń zostałaby zdjęta. Ci, którzy troszczą się o skutki blokady na broń, powinni winić Hamas, nie zaś Izrael.  

Kłamstwo Nr 3: Gaza jest zbyt gęsto zaludniona

Tezą tego kłamstwa jest twierdzenie, że Gaza nie może odnosić sukcesów, bo jest zbyt mała.  Gazie daleko do tytułu najgęściej zaludnionego miejsca na świecie. Gęstość populacji w Gazie wynosi 5046 ludzi na kilometr kwadratowy, podczas gdy gęstość populacji Singapuru wynosi 7916 ludzi na kilometr kwadratowy. Niemniej Singapur odnosi wielkie sukcesy gospodarcze, ma jeden z najwyższych poziomów zatrudnienia na świecie i żyje w pokoju ze swoimi sąsiadami.

Gęstość zaludnienia nie jest zasadną wymówką dla faktu, że władcy Gazy nie są w stanie żyć w pokoju z Izraelem. Nie jest zasadną wymówką dla faktu, że nie rozwinęli gospodarki, która przynosi korzyści ludziom i zapewnia im pracę inną niż bardzo niebezpieczna praca kopania nielegalnych tuneli do Izraela. Przyczyną sytuacji Gazy jest obsesja Hamasu w dążeniu do zniszczenia Izraela.

Izrael, który nawiasem mówiąc jest od 1965 r. silnym sojusznikiem Singapuru, oferował nawet pomoc Gazie w rozwinięciu gospodarki, ale jak można było przewidzieć, Hamas odrzucił tę ofertę, bo znaczyłoby to zakończenie ataków na Izrael.

To kłamstwo jest także przytaczane w odpowiedzi na oskarżenia Izraela, że terroryści umieszczają swoje militarne instalacje w najgęściej zamieszkałych terenach w celu podniesienia liczby ofiar cywilnych i zyskania tym sympatii zachodnich mediów. To kłamstwo sugeruje, że ataki wychodzą z gęsto zaludnionych terenów, ponieważ Gaza nie ma terenów, które nie są gęsto zaludnione.

To, oczywiście, jest nieprawdą. Strefa Gazy ma otwarte przestrzenie, które są bardzo rzadko zaludnione, włącznie z lasami i obszarami uprawnymi. Tylko miasta są gęsto zaludnione, ale miasta są miejscami, gdzie terroryści umieszczają swoje instalacje militarne w nadziei, że izraelskie uderzenie w te instalacje spowoduje cywilne ofiary.  


Kłamstwo Nr 4: Obie strony muszą okazać powściągliwość

Ataki rakietowe z Gazy przeciwko Izraelowi nasiliły się po przejęciu władzy przez Hamas w 2007 roku. Od tego czasu ataki trwają z przerwami na okazjonalne zawieszenia ognia. Przez zaledwie dwa dni wystrzelono 460 rakiet na Izrael, powodując jedną ofiarę śmiertelną i 108 rannych. Izrael nie może pozwolić na kontynuowanie tej przemocy i musi się bronić.

Jeśli terroryści przestaną atakować Izrael, będzie pokój między Gazą a Izraelem, ale terroryści nie przestaną dobrowolnie. Hamas wyraźnie oznajmił o swoim celu. Chce, by wszyscy palestyńscy uchodźcy i miliony ich potomków zamieszkali w Izraelu i zamienili go w państwo arabskie. To jest jedyny wynik, jaki Hamas zaakceptowałby jako trwałe rozwiązanie.

Kiedy ktoś żąda “powściągliwości po obu stronach”, co często robią funkcjonariusze ONZ, jest to hipokryzja i nieuznawanie rzeczywistości konfliktu. Jedna strona, Izrael, chce pokoju, a druga strona, Hamas, tego nie chce. Dlatego istnieje konflikt. Żadna powściągliwość ze strony Izraela nie przyniesie pokoju.

Kłamstwo Nr 5: Mieszkańcy Gazy są zdesperowani z powodu Izraela
Mieszkańcy Gazy biorą udział w rozruchach przy granicy z Izraelem od kwietnia 2018 roku. Jest kłamstwem, że te rozruchy są spowodowane poczuciem bezsilności mieszkańców Gazy wobec blokady i że biorą udział w rozruchach tylko dlatego, że nie widzą żadnego innego sposobu poprawienia swojej sytuacji.

Nie ulega wątpliwości, że mieszkańcy Gazy są zdesperowani, ale to nie Izrael spowodował ich rozpaczliwą sytuację.  

Ci, którzy chcą żyć w pokoju z Izraelem, rozpaczają, że żyją pod władzą reżimu, który poświęca całą swoją energię na próby zniszczenia Izraela zamiast na budowanie gospodarki, która dostarcza miejsc pracy i usług społecznych. A ci, którzy podzielają obsesję Hamasu na punkcie zniszczenia Izraela,  są zdesperowani, że 70 lat po zdobyciu przez Izrael niepodległości, nie ma żadnych oznak, że można go będzie pokonać.

W obu wypadkach winienie Izraela za ich zdesperowanie nie jest racjonalną reakcją. Mieszkańcy Gazy powinni protestować przeciwko Hamasowi, a nie przeciwko Izraelowi, ale istnieją trzy powody, dla których tego nie robią.

Pierwszym powodem jest to, że protestowanie przeciwko Hamasowi jest bardzo niebezpieczne. Hamas nie toleruje sprzeciwu i stosuje torturynielegalne aresztowania i mordy dla zdławienia opozycji.

Drugim powodem jest to, że protestujący w Gazie wiedzą, że przemoc przeciwko Izraelowi czyni ich bohaterami w oczach Hamasu i otrzymują nagrody finansowe oraz uznanie społeczne.

Trzecim powodem jest to, że wielu mieszkańców Gazy akceptuje cele Hamasu. Sondaż przeprowadzony przez Palestinian Center for Policy and Survey Research we wrześniu 2017 roku pokazuje, że przywódcę Hamasu, Ismaila Haniję, popiera 62% Gazańczyków.

Niezależnie od tego, czy mieszkańcy Gazy są ofiarami Hamasu, marionetkami Hamasu, czy wspólnikami Hamasu, muszą zrozumieć, że problemem jest Hamas i jego ideologia, nie zaś Izrael.


Kłamstwo Nr 6: Izrael celuje w cywilów

Gdyby Izrael celował w cywilów, byłyby tysiące zabitych za każdym razem, kiedy mieszkańcy Gazy uczestniczą w rozruchach na granicy z Izraelem. Izraelska armia ma wyposażenie do osiągnięcia takich wyników, gdyby tylko chciała, ale w rzeczywistości widzimy, że ginie maleńki ułamek, także wśród terrorystów. Na przykład, 11 maja 2018 roku w rozruchach brało udział 15 tysięcy mieszkańców Gazy i zginął tylko jeden. W innym wypadku, 24 sierpnia 2018 roku, 5 tysięcy mieszkańców Gazy uczestniczyło w rozruchach i nikt nie został zabity. Także wśród zabitych, jak Hamas sam przyznał, 50 z 62 zabitych w przemocy na granicy było członkami Hamasu, nie zaś cywilami.

Kiedy ludzie patrzą uczciwie na ten konflikt, widzą, jak dalekie są te kłamstwa od rzeczywistości. Na przykład, Raf Sanchez, bliskowschodni korespondent „Telegraph”, napisał: “Zrozumieliśmy, jak ostrożny jest Izrael w unikaniu ofiar cywilnych podczas nalotów na Gazę. Izraelska armia zadzwoniła do jednego faceta, którego spotkaliśmy i rozmawiali z nim przez telefon przez 45 minut, namawiając go, by ewakuował swoich sąsiadów zanim zburzą budynek mediów Hamasu obok jego budynku”.

Jest całkowicie oczywiste, że Izrael stosuje niesłychaną powściągliwość i że jego celem jest powstrzymanie ataków przeciwko własnym obywatelom i przeciwko nienaruszalności granicy, nie zaś powodowanie ofiar cywilnych.


Prawda: nie widać rozwiązania

Izrael od 2005 roku próbuje powstrzymać terrorystów z Gazy, ale bez powodzenia.

Niektórzy krytycy argumentują, że brakuje skutecznego odstraszania. Mimo że Izrael walczył w trzech wojnach z terrorystami z Gazy, ci krytycy twierdzą, że za każdym razem Izrael nie pokonał rozstrzygająco Hamasu, pozostawiając Hamasowi nadzieję, że jednak może pokonać Izrael.

Kontrargumentem jest, że dla Hamasu dobro Palestyńczyków, a nawet życie członków własnej organizacji, nie jest głównym priorytetem, ponieważ ich głównym priorytetem jest zniszczenie Izraela. Zatem, według tej argumentacji, żadne zastraszanie nie odstraszy Hamasu poza niesłychanie niszczącym atakiem, na który Izrael jest zbyt etyczny, by to nawet rozważać.

To prowadzi czasami do kontr-kontrargumentu, że dla zneutralizowania terrorystów Izrael może być zmuszony do ponownego przejęcia panowania nad Gazą. To jednam także ma oczywiste negatywne strony, włącznie z prawdopodobieństwem wysokiej liczby ofiar śmiertelnych wśród izraelskich żołnierzy.

Proponowano potencjalne rozwiązanie, polegające na tym, że Egipt anektuje Gazę, ale nie ma żadnych oznak, by Egipt był zainteresowany w dodaniu tego problemu do wszystkich swoich innych problemów. Jak informował ”Haaretz”, Egipt w przeszłości odmówił anektowania Gazy i z pogardą traktował jej mieszkańców. Nie jest prawdopodobne, że Egipt zmienił zdanie.

Organizacja Narodów Zjednoczonych i przywódcy światowi również nie przedstawili żadnego rozwiązania i okazują hipokryzję, kiedy pouczają Izrael, sami nie przyjmując żadnej odpowiedzialności za próbę rozwiązania konfliktu.

To jest prawda o Gazie.


Fred Maroun – Pochodzący z Libanu Kanadyjczyk. Wyemigrował do Kanady w 1984 roku, po 10 latach wojny domowej. Jest działaczem na rzecz liberalizacji społeczeństw Bliskiego Wschodu. Prowadzi stronę internetową fredmaroun.blogspot.com


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


JERUSALEM’S ‘ARCHITECTURAL TRAVESTIES’

ARCHITECT MOSHE SAFDIE DISCUSSES JERUSALEM’S ‘ARCHITECTURAL TRAVESTIES’

GREER FAY CASHMA


Moshe Safdie, who has designed extraordinary building complexes globally, abhors towers in Jerusalem.

An exterior view of the Yad Vashem Holocaust History Museum. (photo credit: TIMOTHY HURSLEY)

Jerusalemites who have been out of Israel for a decade or more would have trouble finding their way around should they decide to come home.

There are new neighborhoods, roads and tunnels, reconstruction of the entrance to the city, relocation of government offices, gentrification and expansion of the Mahane Yehuda market, plus a light rail service, a new railway station, and the constantly changing city skyline as real estate developers aim ever higher. City landmarks are disappearing as new modern high-rise buildings take their place.

A fairly frequent visitor to Jerusalem is world-renowned Haifa-born architect Moshe Safdie, who grew up in Canada, lives in Cambridge, Massachusetts and travels the world to leave his architectural imprints.

Safdie has a strong attachment to Jerusalem. He and his Jerusalem-born wife, Michal Ronnen Safdie, own an apartment in Jerusalem’s Old City, which is where they stay whenever they are in Israel. She is a well-known photographer who documents both people and nature, with an emphasis on diversity.

In addition, Safdie has an office in a century-old building in Jerusalem on the seam of what used to be no man’s land.
Other than installing air-conditioning, modern office furniture, painting the walls, and decorating some of them with images of his projects, he has left the premises intact, largely because he has a great respect for history.

There is nothing outside to indicate that this is the office of a famous prize-winning architect who has left his creative mark on many cultural, religious, residential and commercial buildings around the globe.

There is rust on the heavy iron gates that open onto a small courtyard. A steep stone staircase is visible through the glass door. From the outside the place seems narrow, but once inside and up the stairs, there’s a long corridor giving access to several large rooms with arched doorways. It comes as no surprise that arches are almost a signature feature of Safdie’s designs in Jerusalem, though not everywhere else.

There is no elevator in the building, and when in Jerusalem, the 80-year-old Safdie takes the stairs in his stride.

He has been working on projects in Jerusalem ever since the reunification of the city. Jerusalem’s legendary mayor Teddy Kollek established a city planning unit in 1967, which he invited Safdie and other architects to join.

Safdie prepared a comprehensive plan for the Old City, a large part of which was adopted, but in the intervening years there has been architectural havoc.

During a recent visit to Israel, Safdie spoke to The Jerusalem Report about what he considers to be some of Jerusalem’s architectural travesties – not only in the Old City, but all over the capital.

Asked his opinion about the frequent changes to the skyline, his reply was: “I think it’s a disaster. It’s a grave mistake to fill Jerusalem primarily with towers. It diminishes its uniqueness and the beautiful qualities in its history and architecture.”

Safdie believes that the Jerusalem district planning authority and the “greedy real estate developers” are blind to precedents set by other historic cities such as Paris, Rome and Florence, where there are no towers. Many build no higher than four stories, and Washington, DC, limits buildings to 11 stories.

“Cities with lesser histories and mightier capitals than Jerusalem have resolved their problems without resorting to towers,” he says.

Given the looming presence of construction cranes all over the city, it would seem that it is too late to save Jerusalem from itself.
“It’s never too late,” declared Safdie. “It’s just 20 years later than it should have been.”

In his perception, towers at the new entrance to the city will damage the image of the city. If people want towers he said, they should build them outside the visual basin.

Jerusalem is fast approaching its maximum population density, and after getting to a certain demographic size should create satellite towns, according to Safdie.

The municipality’s excuse for towers has been scarcity of land. When you can’t build outwards, you build upwards.

Safdie doesn’t buy this. “Jerusalem has to grow westwards. There is no predetermined size for Jerusalem.” While there should be limits he said, they have not been reached “and there is still a lot of space.”

More than a decade ago, Safdie’s construction plan for expanding the city westward met with strong oppositions from environmentalists who claimed that it would spoil the Jerusalem landscape. Their uncompromising campaign against the plan proved to be successful and Safdie’s proposal was rejected by an Interior Ministry committee.

However, over the years, there was been piecemeal construction in the area, not in accordance with his plan and without the necessary infrastructure.

Safdie had worked on infrastructure plans designed to cause minimal damage to the area, but they have not been implemented.
One of the reasons that real estate development in Israel is so helter skelter is there are no defined rules.

There are countries such as Singapore, where Safdie has worked extensively, where plans have been set down for every part of the land. These plans define exactly what can and can’t be done, and because they exist, there is far less bureaucratic delay in moving from the drawing board to the construction site than there is in Israel.

Whatever plans do exist in Israel are obsolete and new ones are not approved, said Safdie.

From where he stands, this is a ploy by politicians to give them more power and to take power away from the technocrats.

There should be zoned-in plans that will eliminate bureaucratic hassles and challenges by developers, he said.

He is particularly upset over the lack of control on construction in the eastern part of the city.

“What’s going on verges on the criminal,” he charges.

“I as a resident of Jerusalem’s Old City lament that as long as Jerusalem has been on our watch it has been damaged. The Jordanians were kinder. The British were much kinder and the Ottomans did nothing. On our watch the city has been seriously damaged.”

Because of the significance of Jerusalem to people of different faiths, Safdie predicts that “the world will wake up and hold us to account. We love Jerusalem in words, but not in deeds. We are the most reckless city owners. We can’t even keep it clean.”

Safdie suggests that city planners go to Dubrovnik to see how history is respected. “Croatia is not richer than Israel, but they care about their city more.”

He characterizes declarations of love for Jerusalem in relation to what is done to the city as “outrageous hypocrisy.”

What he would love the new Jerusalem City Council to do is to convene an international summit on Jerusalem with the participation of architects, urban planners, conservationists, politicians, and mayors of cities whose historic identity has been preserved.

“Jerusalem needs to rethink the tall building policy,” he insists. “It’s a national priority.”

He would also like to see a newly created Old City Development Corporation with local and international funding.

One of the things he would introduce himself if he had a say in Old City regulations would be the introduction of a subsidized television cable service so as to get rid of all the antennae and satellite dishes on the roofs of buildings, which he considers to be detrimental to the skyline of the Old City.

He would also introduce the restoration of old façades.

He doesn’t like the fact that so little attention is paid to east Jerusalem in comparison to west Jerusalem. “If it’s a united city, we should act united.”

In company with several other highly reputed architects, Safdie is adamantly opposed to the introduction of a cable car to the Old City to replace the crowded bus routes.

The joint brainchild of Tourism Minister Yariv Levin and outgoing Jerusalem Mayor Nir Barkat, the cable car in Safdie’s view is “totally inappropriate.”

To the best of his knowledge, there is no other historic city in the world that has permitted construction of a cable car system within its visual historic heritage basin.

Because Jerusalem is a very special city, he is convinced that a cable car system running all the way to the Western Wall will generate much international criticism.

All efforts towards the establishment of a cable car system should cease immediately, he said.

In addition to designing a neighborhood in the Old City, Safdie is best known in Jerusalem for all that he has done in Mamilla, particularly the David Citadel Hotel and the Mamilla promenade and mall.

He started working on the Mamilla project with Karta, a joint municipal and government company, drawing up the master plan in 1972, and then worked on its implementation with the British Ladbroke Group, which also controls the Hilton Hotels.

In December, 1996, Ladbroke sold out to businessman and real estate developer Alfred Akirov who was wise enough to continue with Safdie where Ladbroke left off.

“It’s been an amazing partnership,” says Safdie. “Akirov is a perfectionist who cares about quality, and he maintains it.”
The sentiment is probably mutual. In 2008, at the grand opening of the Mamilla Mall whose promenade links the new and old sections of the city, Akirov wept, and said it was the most meaningful project that he had ever undertaken.

In both Jerusalem and Tel Aviv, and possibly elsewhere in Israel, Safdie envisages that in future people will not own their cars, but will have zip cars or other on-demand vehicles, to take them from one destination to the next in the same manner that they can hire bicycles today in Tel Aviv.

When the cities were built, there was no provision for so much traffic or for parking bays. The streets are already heavily congested, and it will get worse before it gets better. Safdie noted that the Ayalon highway is already up to capacity.

Although architects of Safdie’s caliber are proud of almost everything they do, it goes without saying that each has a favorite project.

When asked to name his, Safdie had to pause for a moment to think. It would have taken him much longer had he been asked to include projects outside of Israel. But within Israel, the most significant is the Holocaust history museum at Yad Vashem. The one with the greatest impact on people’s lives is the city of Modi’in, together with Ben-Gurion International Airport. “It’s something I’m very proud of. It’s not just like any airport. You feel it’s Israel when you arrive or depart.”

He’s also very proud of Mamilla, which he says changed life in Jerusalem.

He is somewhat frustrated by the fact that construction of the Israel Antiquities Campus, which should have been completed by now, has been stalled for lack of funds.

Is there something he hasn’t done that he’d like to do? He had done an original master plan for the Western Wall plaza in 1972. Since then, he had done two more master plans.

Now he wants to do another master plan, which he wants to see implemented. It would have to be sacred, but worthy of both religious and secular visitors with a series of public spaces and designed in such a manner as to satisfy political, religious, secular, archaeological and municipal elements.

It’s a tall order, but he is confident that he might be able to navigate it.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com