Archive | 2023/06/13

„TU SPOCZNIECIE”. MUZEUM POLIN

FOT. WOJCIECH KRYŃSKI/MUZEUM HISTORII ŻYDÓW POLSKICH


„TU SPOCZNIECIE”.
MUZEUM POLIN

IWONA KURZ


Efekt prac zespołu jest imponujący, trudno nie dostrzec rozmachu wystawy i nie docenić masy informacji, których dostarcza. Budzi jednak wiele pytań i wątpliwości. Nie, nie o właściwy obraz polskiego antysemityzmu.

.

Miejsce Budynek nowego muzeum przede wszystkim miał „nie zasłonić” Pomnika Bohaterów Getta wykonanego przez Natana Rapaporta, proponując jednocześnie autonomiczną wartość estetyczną i znaczącą. Wybrany do realizacji projekt zespołu kierowanego przez fińskiego architekta Rainera Mahlamäkiego nie tylko dobrze komponuje się z pomnikiem, ale także z powojenną zabudową Muranowa. Autorzy zaproponowali budynek minimalistyczny, modernistyczny kubik, który tworzy podstawę formy architektonicznej, ale zostaje jednocześnie przełamany; prosta płaszczyzna została poruszona, pofalowana – z zewnątrz podkreśla to przede wszystkim wejście w kształcie hebrajskiej litery „taw”, wewnątrz całość przebita jest szczeliną i wielką pustą przestrzenią. Symbolizują one Zagładę i przejście Żydów przez Morze Czerwone, jednocześnie przypominają o śmierci i dają nadzieję. Ta druga w odbiorze dominuje; przeszklona tylna ściana wpuszcza dużo światła, rozpraszającego się po pastelowych, piaskowych ścianach.

Muranów był jeszcze morzem ruin, kiedy w 1946 roku umieszczono tu, w pobliżu szczątek ulicy Zamenhofa, pierwszy pomnik upamiętniający powstanie w getcie 1943 roku. Dwa lata później odsłonięto pomnik Rapaporta. Od tamtej pory ruiny zniknęły, a otoczenie pomnika i placu – formalnie bez nazwy – zostało zabudowane neutralnymi blokami mieszkalnymi. Ich mieszkańcy mogli patrzeć na kolejne miejsca pamięci lokowane na placu, które coraz częściej nie odnosiły się do wydarzeń historycznych, lecz do rangi ich upamiętnienia. Znaczącym paradoksem tego miejsca między ulicami Zamenhofa, Anielewicza, Karmelicką i Lewartowskiego – ulicami, które w wyniku wojny zmieniły swój charakter, bieg i/lub nazwę (dwie z nich przywołują nazwiska ważnych postaci ruchu oporu w getcie) – jest kompensacyjny sposób, w jaki podkreśla wagę pamiętania o przeszłości Żydów i dowodzi, że pamiętamy. Tu przyklęknął Willy Brandt, tu się modlił Jan Paweł II, tam przysiadł Jan Karski. Rzeczywiście, brakuje tylko Sprawiedliwych. Trudno nie wdepnąć w znak pamięci, trudno zapomnieć – a żyjąc tu, trudno pewnie pamiętać na co dzień – że to miejsce pogrobne po żydowskim życiu w Warszawie.

Wszystko tu jest przesunięte, przemieszczone; wszystko znaczące w pewnej wersji pamięci i znacząco zakrywające inne możliwe narracje. Świetnie to odsłoniła akcja izraelskiej grupy Public Movement sprzed pięciu lat, „Wiosna w Warszawie”, która zmusiła do przyjrzenia się nieoczywistości znaków pamięci, niekiedy do uznania ich wręcz podejrzanego statusu. Kiedy w kwietniu 2009 roku Omer Krieger z Public Movement odczytywał mowę złożoną z cytatów z wierszy i przemówień, a potem inicjował pod pomnikiem taniec w rytm popularnej piosenki (tak, tak, tylko Żydom mogło to ujść na sucho – izraelskie wycieczki, które zahaczyły o plac podczas trwania akcji, uciekały w popłochu), budowa muzeum właśnie się zaczynała. Część placu była już odgrodzona, funkcjonowały punkty informacyjne i uczestnicy akcji wiedzieli, że będzie tu muzeum.

Kolejny znak pamięci stanął zatem w miejscu gęstym od znaczeń, sam będąc od początku pełen sensów. Dzisiejsze muzea mówią, rzadziej pokazują obiekty: ta tendencja dobrze zgodziła się z ideą muzeum polskich Żydów, w którego zbiorach niewiele jest artefaktów sprzed XIX wieku. Dzisiejsze muzea mają nie tylko ekspozycje, ale zakrojone na szeroką skalę programy edukacyjne i kulturalne. W tym przypadku było to dobrze widoczne, bo (jeszcze wtedy) Muzeum Historii Żydów Polskich otwarto w kwietniu 2013 roku bez wystawy, za to z gęstym programem działań publicznych, dotyczących nie tylko kultury żydowskiej, ale, szerzej, wielokulturowej przeszłości i zróżnicowanej teraźniejszości Warszawy. Dzisiejsze muzea niby uczą historii, w istocie negocjując różne jej wersje i różne pamięci.

Misja

Podstawowe przesłanie, formułowane na różne sposoby w wielu wypowiedziach dotyczących muzeum, podkreśla, że ma to być muzeum życia – a nie śmierci. Na świecie (pozaislamskim) – od Waszyngtonu do Jerozolimy, od Berlina do Florydy i Teksasu, od Buenos Aires do Paryża, od Fukuyamy do Budapesztu – istnieją liczne muzea Holocaustu bądź muzea kultury żydowskiej funkcjonujące w istocie jako muzea Holocaustu. W Polsce takiego jednego miejsca nie było, ale jednocześnie jest wiele miejsc upamiętnień, przede wszystkim związanych z terenami dawnych obozów eksterminacji, w większości ulokowanych przez Niemców właśnie na ziemiach polskich – okupowanych, z dala od światowej opinii publicznej, a jednocześnie zamieszkanych przez znaczną liczbę żydowskich mieszkańców ówczesnej Europy. Ta okupacja w pewnym sensie trwa nadal i Polska dla wielu osób, zwłaszcza przybywających z Izraela, jest głównie cmentarzem. W tym sensie trudno przecenić znaczenie ekspozycji, która pokazuje Zagładę jako część liczącej tysiąc lat historii.

Pomysł został przyjęty właściwie z jednoznacznym entuzjazmem; co podkreślają międzynarodowe relacje prasowe z całego świata. Doceniam skuteczność akcji PR, w efekcie której do Warszawy przyjechało wielu dziennikarzy i w świat poszedł przekaz, że oto Polacy otworzyli najbardziej na świecie niezwykłe, wyjątkowe muzeum historii żydowskiej. Rzeczywiście, nauczyliśmy się polityki historycznej – o ile rozumieć ją jako tworzenie pozytywnego obrazu państwa na świecie. W przemówieniach polityków roiło się od odniesień do przeszłości i przekraczania w niej tego, co złe – od Zagłady poczynając, na pojednaniu z wychodźcami 1968 roku kończąc.

Otwarcie zatem było udane i można już oglądać wystawę (także wirtualnie) zlokalizowaną na ruinach getta, w otoczeniu wzorcowych socjalistycznych zabudowań, zbudowaną w partnerstwie publiczno-prywatnym – pierwszy taki eksperyment muzealny w Polsce, przez międzynarodowy zespół, który musiał odpowiedzieć na potrzeby zarówno tych, którzy uważają, że Polska to – i dziś, i kiedyś – Paradisus Iudaeorum (czyli Żydzi mają tu nie tylko lepiej niż gdzie indziej, ale też lepiej niż inni, a zwłaszcza Polacy), jak i tych, którzy do obrazu owego raju dodają koła zębate wyciskające krew na macę, pogromy i getto ławkowe. Trudno znaleźć neutralną pozycję do oglądania tej ekspozycji; tym bardziej trudno było zapewne znaleźć miejsce, z którego „mówiona” (opowiadana) miała być ona sama.

Wystawa

Oglądając wystawę główną muzeum po raz pierwszy, nie mogłam się oczywiście oprzeć, by nie podglądać również zachowań i reakcji innych zwiedzających. Były one, rzecz jasna, bardzo zróżnicowane: od zachwytu dla poszczególnych elementów ekspozycji po wzruszenie ramionami dla innych, od narzekań na chaos i brak czytelnej informacji po podziękowania składane pracownikom i wolontariuszom za „niezwykłą wystawę”. Grupa osób w średnim i starszym wieku krytykowała natłok informacji, podczas gdy umundurowana wycieczka szkolna próbowała uciec przed wzrokiem przewodniczki. Nic dziwnego, komentarz: „Oto jesteśmy w galerii międzywojennej. Było wówczas dużo kultury i sztuki [kropka]” nie brzmi zachęcająco niezależnie od wieku. Za to młodzież aktywizowała się natychmiast tam, gdzie można potańczyć tango Petersburskiego albo poskakać w klasy. Nadal poza wzrokiem przewodniczki. (Współczesne muzeo-sensorium wymaga zaangażowania cielesnego).

Ta mała obserwacja socjologiczna dobrze pokazuje jeszcze inny wymiar kłopotów z wystawą: z jednej strony ma opowiadać o tysiącletniej historii narodu żydowskiego, a z drugiej – trafiać do osób z bardzo różnym przygotowaniem i nastawieniem, młodszych i starszych, znawców tematu i laików, Polaków, którzy przynajmniej swoją historię nieco znają, i Amerykanów czy Izraelczyków. Wszystko to w przestrzeni ekspozycyjnej, której obejrzenie wymaga pewnie pół dnia, ale zwykle będzie trwało godzinę lub dwie (tyle zajmuje przejście wystawy oparte na audioprzewodniku).

Efekt prac międzynarodowego zespołu z jednej strony jest imponujący; trudno nie dostrzec rozmachu ekspozycji i nie docenić masy informacji, których dostarcza. Z drugiej jednak – budzi wiele pytań i wątpliwości. Nie, nie o właściwy obraz polskiego antysemityzmu. Oczywiście w wielu miejscach można się czepiać – i jeszcze czepiać się będę. Pewnie zresztą warto; w końcu wartość tej ekspozycji będzie wynikała również z charakteru debaty, jaką wywoła, z tego, czy uda się jej pobudzić jakąś dyskusję na temat historii Żydów w Polsce – czy też temat jest już tylko przyklepany.

Otrzymaliśmy jednak przemyślaną interpretację tej historii. Jedną kwestią jest to, czy taką wystawę i taką interpretację chcieliśmy obejrzeć (tu każdy może wpisać swoje oczekiwania); drugą – jaką właściwie wystawę chcieli stworzyć jej autorzy i czy to im się udało. Otwarcie muzeum wiązało się nie tylko ze zmasowanym atakiem PR na zagranicę, ale też z wewnętrzną kampanią przedstawiającą zamysł wystawy. Obszernie mówi o tym między innymi jej dyrektor programowa Barbara Kirshenblatt-Gimblett w artykule w „Tygodniku Powszechnym”  i wywiadzie dla „Dużego Formatu”. 

Powstał także film „Jak pokazać 1000 lat historii? O koncepcji kuratorskiej wystawy stałej Muzeum POLIN”. Sprawia on wrażenie, jakby autorzy chcieli odpowiedzieć na felieton Joanny Krakowskiej opublikowany na stronach „Dwutygodnika”. Autorka zarzuciła muzeum nadmierną romantyzację Żydów, których obecność na ziemiach polskich musi legitymizować odtrąbienie wsiadanego. Oraz – przede wszystkim – ucieczkę przed zajęciem stanowiska, chowanie się za cytatami, które mają jakoby pokazać spektrum postaw i zachowań, pozostawiając odwiedzającym wolność wyrobienia sobie opinii, a w istocie pozwalają uniknąć odpowiedzialności.

Natrętnego uszlachcenia Żydów przez czyn niepodległościowy nie dostrzegłam; zresztą, gdyby było tak wyraźne, zarzut drugi musiałby zostać oddalony. Zdarzają się miejsca kuriozalne – jak „sala zaborów”, która pokazuje mroczno-krwawy moment z dziejów państwa polskiego i smutek opuszczonego tronu. Nachalna „narodowa” kompozycja plastyczna przesłania jednak tekst(y), mówiące o tym, jak ustawodawstwo państw zaborczych wpłynęło na sytuację Żydów, rozpoczynając w istocie, z różną dynamiką, procesy modernizacyjne. Bardziej to zatem problem na poziomie sposobu prowadzenia opowieści. I ta kwestia – konstrukcji narracji – wywołuje wątpliwości czy też pytania o konsekwencje przyjętej perspektywy.

Opowieść

Układ całości jest chronologiczny: od mitologicznej (na poziomie założeń raczej niż realizacji) galerii „Las”, przez kolejne epoki odpowiadające dynamice przemian państwa polskiego oraz przekształceniom judaizmu i życia żydowskiego w Polsce, po wypowiedzi polskich Żydów mieszkających w dzisiejszej Polsce. Każda galeria ma własny styl plastyczny nawiązujący do wizualnych skojarzeń z epoką. To na przejściach między nimi najwyraźniej formułowany jest głos czy opis historyczny, przedstawiający kontekst wydarzeń i przemian – szkoda, że tak rzadko jednak, i że tak mało. Niemniej, wyłania się z tego spójne zamierzenie narracyjne.

Po pierwsze, mniej czy bardziej konsekwentnie Polin opowiada o relacji między Żydami a państwem polskim; ta perspektywa dominuje – i zdecydowanie wpływa na treść wystawy, podkreślając tezę, że władze państwowe (zwłaszcza wówczas, gdy były silne), z różnych powodów, zasadniczo sprzyjały Żydom. Stąd też nacisk na różne formy samorządowości i samoorganizacji żydowskiej w kontekście działań państwa. Ale pozwala to również na charakterystyczną zmianę tonacji, która każe z imienia nazywać władców udzielających przywilejów, lecz wchodzi w tryb bezosobowy, gdy mowa o szykanach, a nawet prawnym ograniczaniu żydowskiej obecności publicznej. Najgorszym wydarzeniem przednowoczesnych dziejów Żydów polskich staje się w tej perspektywie powstanie Chmielnickiego. Nieco jednak nieoczekiwanie, wziąwszy pod uwagę, jak idealistycznie jest wcześniej przedstawiana Rzeczpospolita. To tylko jeden z momentów, gdy dla lepszego zrozumienia sytuacji, przydałby się komentarz, a nie jedynie relacje Żydów podkreślających grozę kozackich pogromów.

Po drugie bowiem, Polin chce opowiadać głosami świadków epoki. W punkcie wyjścia poznajemy zatem rzeczywistość historyczną oczami jej uczestników. Mówią najpierw kupcy-podróżnicy, potem kupcy osiadli itd. itd. To bardzo mocny efekt, zmierzający do tego, by nie narzucać ahistorycznej perspektywy, w której patrzymy na dawnych mieszkańców Polski przez pryzmat naszej wiedzy, a nie ich niewiedzy czy niepewności. Robi to szczególne wrażenie w galerii dotyczącej wojny i Zagłady, która konsekwentnie pisana jest z perspektywy ludzi nieznających swego przeznaczenia. Trudno jednak powiedzieć, że w całości wystawy jest to perspektywa rzeczywiście wielogłosowa. To ograniczenia wynikające z samego medium ekspozycji muzealnej; w wielu miejscach opinię widzowie mają sobie wyrobić na podstawie dwóch, trzech – właśnie – cytatów, z których jeden mówi, że jest bardzo dobrze, a drugi, że bardzo źle, gdy trzeci, że bywa różnie. Podejście tekstowe, nieco anachronicznie dominujące w wystawie, samo z siebie nie tworzy narracji. Czy można „podejść blisko dawnych ludzi”, nie znając kontekstu ich wypowiedzi? Czy nie było głosów, które nie tylko chwaliły albo ganiły Polskę za jej politykę wobec Żydów, ale też które próbowałyby zrozumieć lub wyjaśnić przyczyny prześladowań? Czy określenie „mój Żyd” rzeczywiście będzie nieprzezroczyste dla współczesnej widowni?

Przyjęta perspektywa sprawia też, że mało się paradoksalnie dowiadujemy o zwykłym życiu Żydów w Polsce. W średniowieczu oglądamy plany kilku czy kilkunastu miast, ale ani jednego planu mieszkania. Judaizm zostaje przedstawiony głównie przez pryzmat nieuznania Chrystusa; choć wyraźnie się mówi o obecności dwóch języków – hebrajskiego i jidysz – to różnica między nimi niekoniecznie pozostaje czytelna; trudno się też dowiedzieć, na ile światy polski i żydowski były rozdzielne, a na ile, od kiedy i jak się przenikały (czy, na przykład, w salonie Judyty Jakubowicz-Zbytkower bywali Polacy, czy też Stanisław Staszic, który chce „cywilizować” – ale kogo, ale dlaczego – jest w nim jedynie wirtualnie?).

To wrażenie historii nieopowiedzianej czy życia niepokazanego wynika także z plastycznej strony ekspozycji. Po trzecie bowiem, nowoczesne muzeum ma nie tylko opowiadać, ale też wywołać wyobrażenie przeszłości. Podstawowe jest tutaj zatem znalezienie formy, która będzie nie tylko ilustracyjna, ale też znacząca. Nie we wszystkich galeriach to się udało w jednakowym stopniu. Duże wrażenie robi galeria wojenna, nie tylko w efekcie labiryntowej konstrukcji złożonej z zakrzywionych, ostrych ścian (to akurat rozwiązanie powtarzające się w wielu ekspozycjach Zagłady). Zwraca uwagę sposób ekspozycji zdjęć jako obiektów, a nie obrazków i fototapet, czy rdzawy korytarz ewokujący skojarzenia z wagonem i komorą gazową. Przede wszystkim jednak za pomocą rozwiązań ściśle plastyczno-architektonicznych – kładki nad ulicą, widoku z okien tramwaju – udało się pokazać zróżnicowanie wojennej sytuacji Polaków i Żydów oraz polskie spojrzenie na Zagładę.

Nie wiem, czy zdecydował o tym brak środków czy brak pomysłów, ale niestety, nie da się powiedzieć, by równie sugestywne były wszystkie rozwiązania. Nowoczesne media, którymi ekspozycja się słusznie chwali, bardzo często używane są w funkcji dawnej gabloty prezentującej tekst. O ile mogę przyjąć całkowicie umowną formę książęcego grodu z wczesnych wieków średnich, o tyle instalacja „Miasteczko” po prostu rozczarowuje (nie mówię tu o rekonstrukcji synagogi z Gwoźdźca), raczej udaje wyobrażenie, niż nim jest. Wydaje się, że między kartonową wycinanką a disneylandem rodem z krakowskiego muzeum w dawnej fabryce Schindlera jest spore spektrum pozwalające na wywołanie sugestii życia. Tu się to nie udało.

„Polin”, określenie, które ostatecznie wygrało konkurs na nazwę nowego muzeum, odwołuje się do legendarnego wskazania boskiego, by Żydzi przybyli do Polski: „tu spoczniecie” czy też „tu spocznijcie”. Kryje się w tym w istocie wiele goryczy: spoczynek ma różne konotacje w języku polskim, również pośmiertne. Podobnie niejednoznaczny jest las – mitologiczna kraina dobroci dla Żydów, ale też obraz tęsknoty za krajem dzieciństwa i młodości wielu Żydów, którzy podjęli dobrowolnie lub pod przymusem okoliczności decyzję o wyjeździe z Polski, oraz miejsce kryjące grozę wojennych rozstrzelań czy życia w kryjówce. Tę dwuznaczność muzeum negocjuje i znosi, wyraźnie przekierowując pamięć na to, co w niej pozytywne – i w żydowskiej, i w polskiej perspektywie. Wydaje się, że skazane jest na sukces. Aż prosi się, by znów przyjechali performerzy z Public Movement – i nieco rozruszali to opowiadanie, zanim na dobre zastygnie.  


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Ahlam Tamimi’s 16th Victim

Ahlam Tamimi’s 16th Victim

Ben Cohen / JNS.org


US-wanted terrorist Ahlam Tamimi. Photo: Wikimedia Commons.

Twenty-two years after a Palestinian suicide bomber devastated the Sbarro pizza restaurant in downtown Jerusalem, the 16th victim of that massacre succumbed to her injuries.

Chana Nachenberg, an American-Israeli mother who was 31 at the time of the deadly attack in August 2001, died on May 31, having never woken from the coma in which she languished for so long after the bombing. “After almost 22 years of heroism, Chana is the 16th victim of the attack,” her father, Yitzhak, said prior to her funeral in the central city of Modi’in on Thursday morning. While the family had not been expecting her death, he added, in recent weeks she had experienced trouble breathing and had been moved to hospital, where she died.

Nachenberg’s is not the only harrowing experience recorded on that terrible day, Aug. 9, 2001, which came during a spate of suicide bombings against Israeli targets carried out by Hamas, Islamic Jihad, Fatah and other Palestinian factions. Yet arguably more disturbing than the stories of those who lost their lives and the more than 100 who were injured is the simple fact that justice continues to be denied.

Thanks in part to the advocacy efforts of Arnold and Frimet Roth, whose 15-year-old daughter Malki, an American citizen, was also murdered at the Sbarro restaurant, the facts of the bombing are fairly well known, as is the identity of the accomplice of the terrorist who died executing the atrocity, Izz al-Din Shuheil al-Masri.

Al-Masri was driven to the pizzeria by a Jordanian-born Palestinian woman, Ahlam Tamimi, who also assisted with the preparation of his bomb. Tamimi was apprehended by Israeli security forces following the atrocity and sentenced to 16 consecutive life terms in prison.

In October 2011, as part of the deal in which 1,027 Palestinian prisoners were exchanged for Gilad Shalit, an Israeli soldier who spent more than five years in Hamas captivity, Tamimi walked free. Moving to her native Jordan, Tamimi became a celebrity in the Arab world, hosting her own weekly show on the Hamas satellite TV station, Al Quds. In between extolling the virtues of “martyrdom attacks” against Jews, she frequently celebrated her own monstrous achievement. On one occasion, when Tamimi learned that she had enabled the killing of eight children at the Sbarro restaurant and not three as she had previously believed, she turned to the camera wearing a broad grin of pride.

It was not until 2016, five years after Tamimi’s release, that a glimmer of hope concerning her possible arrest came into view when the US Department of Justice issued a warrant for her capture. However, an American attempt to extradite her in 2017 was rebuffed by the Jordanians, who disingenuously claimed that a bilateral extradition treaty that was agreed with the United States more than 20 years earlier had expired.

The American understanding is that the treaty remains in force and that justice for US citizens murdered in terrorist attacks, like Malki Roth, is of the highest priority. Still, the Jordanians continue thumbing their noses in Washington’s direction in the case of Tamimi.

One might argue that this wretched situation would be much simpler had Tamimi moved to Iran instead of Jordan. Were Tamimi ensconced in Tehran—a capital city with no American or Israeli embassies, where diplomats representing democratic countries are closely monitored by the Iranian regime—there would be little prospect of securing her extradition. Still, that would at least allow both American and Israeli government representatives to denounce the ruling mullahs for harboring a convicted terrorist, as well as for their ongoing commitment to terrorist organizations that are sworn to the Jewish state’s destruction, without worrying about any diplomatic fallout.

But Jordan is different, for both the Israelis and the Americans. Israel is reluctant to press the Jordanians to re-arrest an individual it previously released, fearing that its delicate relations with the Hashemite Kingdom might be weakened even more through such a request. Additionally, now that Tamimi is the focus of a US warrant, Israel can argue that this is a matter for Amman and Washington, D.C., alone.

Similarly, America is reticent about landing too many demands at the door of Jordan’s King Abdullah, regarded as a critical strategic partner in the Middle East. “The United States and Jordan share an enduring, strategic relationship deeply rooted in shared interests and values,” US Secretary of State Antony Blinken said in a statement marking the 77th anniversary of Jordanian independence on May 25. “We appreciate the important role Jordan plays in promoting peace and security across the region and countering violent extremism.”

Plenty of praise, then, for Jordan’s position as a pro-Western state opposing Islamist groups in the region, but no mention of Tamimi, who was similarly absent from a conversation that Blinken held earlier in May with his Jordanian counterpart, Ayman Safadi. That discussion concentrated in the main on Syria, where Jordan—once a participant in the international coalition opposing President Bashar Assad—is now bolstering that bloodstained regime. Notably, Blinken did not criticize Jordan’s change of position, stating only that the United States would not normalize relations with the Middle East’s last remaining Ba’ath Party dictatorship until all parties accept a UN-sponsored political process. In approaching the Jordanians with kid gloves on the Syrian issue, as well as on Tamimi’s extradition, Blinken is essentially saying that persuasion, not compulsion, is the way forward.

Several members of Congress on both sides of the aisle clearly do not agree. At a hearing in early May on the nomination of Yael Lempert as the US Ambassador to Jordan, Sen. Ted Cruz (R-Texas) suggested that aid to Jordan might be suspended if the kingdom continues to refuse Tamimi’s extradition. “We need to use every tool we have. And I have no desire to cut off aid to Jordan,” Cruz told Lempert. “What I desire is to get this terrorist who murdered Americans to face justice.”

Lempert was clearly unnerved by Cruz’s remarks. “I think that that would need to be weighed very carefully against the range of issues and priorities that we have with the Jordanians before considering such a step, which I think would be profound,” she responded, expressing what anyone who speaks diplomatese would understand as a “no.”

She then added: “I think that what I can confirm to you is that I will do everything in my power to ensure that Ahlam Tamimi faces justice in the United States.”

The intention is there, but, frankly, the power Lempert referred to is not. Right now, the United States is relying on Jordanian goodwill when it comes to Tamimi’s extradition, but within the “range of issues and priorities” mentioned by Lempert, that goal ranks depressingly low. As Israel mourns another victim of terrorist violence whose life was effectively ended by the bomb that Tamimi enabled, justice—as a result of Jordanian intransigence, and Israeli and American indulgence of that intransigence—remains elusive.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Adidas to Sell Remaining Yeezy Shoes, Donate Proceeds to Organizations ‘Harmed’ by Ye’s Antisemitism

Adidas to Sell Remaining Yeezy Shoes, Donate Proceeds to Organizations ‘Harmed’ by Ye’s Antisemitism

Shiryn Ghermezian


Adidas in a Tel Aviv mall. Photo: David Shankbone via Flickr.

The German sportswear company Adidas said on Thursday it will sell part of its remaining inventory of Yeezy shoes and donate the proceeds to organizations “harmed by what Ye [Kanye West] said” on social media and in interviews last year.

“Burning those shoes cannot be the solution,” Adidas CEO Bjorn Gulden said at the company’s annual shareholders meeting this week.

Adidas cut ties with Ye in late October 2022 and until now the company was unsure of what to do with its unsold Yeezys, a sneaker line that it launched in collaboration with Ye. Gulden said at the shareholders meeting this week that Adidas has 500 million unsold Yeezys that have a selling value of more than $1 billion. He explained that after months of speaking with non-governmental organization and other groups about a solution, the brand has decided to try selling what Yeezy inventory it has left, and to “donate money to the organizations that help us and were harmed by what Ye said.”

“When we do that and how we’re gonna do that — that remains to be seen. We’re working on that,” Gulden added. “Burning a couple of million shoes cannot be the right thing to do and we’re gonna give you an update as soon as this decision has been taken.”

He also told shareholders that the company’s nine-year partnership with Ye was “sensational.” He noted that Ye is a “difficult person,” but also “arguably the most creative person in our industry and he created a model with Adidas that was sought after around the world.”

Ye made a series of offensive comments about Jews in late 2022. In October,  he threatened violence against the Jewish community and tweeted that he wanted to “go death con 3 ON JEWISH PEOPLE.” Soon after he shared antisemitic tropes on his social media accounts, including the image of a swastika intertwined with a Star of David, and shared antisemitic conspiracy theories and stereotypes during an interview with former Fox News host Tucker Carlson. Then on Dec. 1, he said multiple times during a guest appearance on the talk show Infowars, hosted by conspiracy theorist Alex Jones, that he admired Nazi leader Adolf Hitler and denied facts about the Holocaust. He also said people should “stop dissing the Nazis” and compared himself to Jews hiding in the Holocaust.

Adidas said in a statement in October that it “does not tolerate antisemitism and any other sort of hate speech” and that Ye’s comments and actions “have been unacceptable, hateful and dangerous, and they violate the company’s values of diversity and inclusion, mutual respect and fairness.” It immediately terminated its working relationship with Ye, stopped production of Yeezy branded products and halted all payments to the rapper and his companies.

Adidas announced last week that it had $441 million in lost sales at the start of 2023. Net sales declined 1 percent in the first quarter and would have risen 9 percent with the Yeezy line.

The Associated Press reported that the decision to cut ties with Ye resulted in Adidas losing $655 million in sales for the last three months of 2022.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com