Archive | 2024/03/13

CZAROWNIK SWOJEGO PLEMIENIA

Przeciwieństwem kompromisu jest fanatyzm i śmierć”… Amos Oz, zdjęcie z 1989 roku. Zdjęcie: Tom Pilston/The Independent/Rex/Shutterstock


CZAROWNIK SWOJEGO PLEMIENIA

BARTOSZ STASZCZYSZYN


Książki Amosa Oza to nie tylko narodowe dramaty, wojna, religia i szalone ideologie. To opowieść o zwykłych ludziach, ich niezabliźnionych ranach i życiowych wybojach

.

Amos Oz lubi rozczarowywać. Zwłaszcza tych, którzy postrzegają go przez pryzmat prasowych wywiadów i obiegowych opinii. Oglądany z tej perspektywy izraelski pisarz wydaje się twórcą skończonym: wielkim, mądrym, znającym najważniejsze odpowiedzi. Koturnowym. Jest pacyfistą-bojownikiem, założycielem organizacji „Pokój teraz” i uniwersyteckim wykładowcą. Jest pewny siebie, potężny.

Ale Amos Oz ma także drugą twarz – wrażliwca, osamotnionego myśliciela, który ma w sobie wiele niepewności. Oz-pisarz zadaje pytania, chwyta świat i próbuje zamknąć go w literackiej klatce, ale czasem po prostu chce opowiedzieć historię. Bo autor „Fimy” jest także bajkopisarzem, gawędziarzem o filozoficznym zacięciu. Jest pisarzem zwyczajnym, a przez to całkowicie niezwykłym. Skromnym i dzięki temu – wielkim.

Izrael jest powieścią
Dowodem jego literackiego kunsztu są m.in. „Sceny z życia wiejskiego”, tom opowiadań wydanych właśnie po polsku. W ośmiu krótkich historiach pisarz zabiera nas do świata, którego nie ma. Zapewne nigdy nie było – bo życie w Tel Ilan jest cokolwiek nierzeczywiste. Wioska założona przez żydowskich osadników przypomina Eden – świat pełen harmonii, ale też tajemniczy. To tutaj mieszkają bohaterowie Oza. W magicznym, ulotnym świecie Tel Ilan rozgrywają się dramaciki samotnej lekarki i pięknej wdowy, młodego Araba i mężczyzny tracącego głowę dla urodziwej dziewczyny. Podobnych postaci jest tutaj więcej, wszystkie zaś osnute są aurą sekretności.

W małej żydowskiej wiosce życie podporządkowane jest dziwnemu, na poły magicznemu porządkowi. Przeznaczenie pląta ludzkie losy, zderza ze sobą przeciwieństwa, każe bohaterom rozwiązywać gordyjskie węzły życia. W tych opowiadaniach autor zabiera nas bowiem do świata nierzeczywistego, ale prawdziwego. Mówiąc o fikcyjnej rzeczywistości, dyskretnie dotyka tajemnic życia. Jest taktowny – nie sili się na żadne diagnozy, nie stawia fundamentalnych pytań, ba, jego opowiadania pozbawione są point. Te proste opowieści ukazują Oza mniej znanego, pisarskiego uwodziciela, który broni się siłą języka, nie zaś atrakcyjnością politycznych tematów.

Stefan Bratkowski pisał niegdyś o Ozie, że on sam jest „powieścią tak jak powieścią jest państwo Izrael”. Trafił w sedno. W książkach Izraelczyka to, co prywatne, spotyka się z tym, co publiczne. Osobiste rozterki są częścią narodowego dramatu, a intymne zwierzenia bohaterów opisują w istocie najbardziej charakterystyczne postawy społeczne. Zapewne dlatego często mówi się o literaturze Oza jako sztuce politycznie zaangażowanej, antywojennej, będącego głosem na rzecz pokoju na Bliskim Wschodzie.

Wojna, religia, fundamentalizm stanowią w twórczości Oza oś zła. Pisząc o ludziach mieszkających w Izraelu, autor „Fimy” kreśli obraz świata pogrążonego w nieustannym konflikcie, nękanego wojennym lękiem. Tutaj śmierć jest czymś codziennym, a zamachy bombowe i rakietowe ostrzały stanowią niemal integralną część krajobrazu. Jego bohaterowie rozdarci są między poczuciem obowiązku wobec państwa i narodu a powinnościami wobec samych siebie. Jak David, bohater „Poznać kobietę”, postaci Oza muszą sprzeciwiać się wizji świata narzucanej przez społeczeństwo. Są zakleszczone w szczękach sprzecznych ideologii, w ciasnych politycznych doktrynach i partykularnych interesach. Wojna jest bowiem doświadczeniem wypalającym – pozbawia indywidualizmu, zamieniając go na plemienną solidarność.

Oz zna tę rzeczywistość. Sam brał udział w wojnie sześciodniowej i Jom Kippur. W licznych wywiadach wspominał, że wiele lat po tamtych wydarzeniach budził się w nocy, czując odór wojny łączący w sobie zapach palonych ciał, metalu i płonącej gumy. Ale dramatyczne wydarzenia z młodości autora „Czarnej skrzynki” nie uczyniły go wcale niepoprawnym idealistą. Oz mówi o sobie: „Nie jestem pacyfistą i nie nadstawiam drugiego policzka”. Właśnie dlatego popierał akcję odwetową prowadzoną w Strefie Gazy po tym, jak na miasta i wioski żydowskie przez lata spadały rakiety Hamasu. Oz wie, że wojna bywa polityczną koniecznością, a najważniejsze jest to, by nawet w jej czasie nie przekraczać granic człowieczeństwa.

Fundamentalizm jest jeden
Izraelski prozaik zdaje sobie też sprawę, że to nie kule są najgroźniejszym narzędziem wojny, ale ideologia. W jego powieściach najbardziej przerażają potulni ekstremiści. Jak Michel w „Czarnej skrzynce”, ciepły facet o radykalnych przekonaniach, który ledwie może utrzymać rodzinę, ale co miesiąc przelewa znaczną kwotę na konto Ruchu Wspólnoty Żydowskiej. Wierzy, że „Żyd bez Tory jest gorszy od dzikiej bestii”, a ziemie należące do potomków Mojżesza powinny wrócić w ich ręce. W powieściach Oza to właśnie ludzie zaślepieni, zbyt pewni własnych racji, są największym zagrożeniem. Oni nakręcają spiralę zbrojnego konfliktu. W eseju z tomu „Czarownik swojego plemienia” Oz pisze: „konfrontacja między Żydami powracającymi do Syjonu a arabskimi mieszkańcami nie przypomina westernu ani eposu, bardziej tragedię grecką. Jest to konflikt prawa z prawem (…) nie ma nadziei na szczęśliwe pojednanie”.

W świecie przeciwstawnych fundamentalizmów nie ma miejsca na pojednanie i pokój. Radykałowie po obu stronach barykady wzajemnie się wspierają; ścierając się ze sobą, dostarczają sobie nowych racji. W wywiadzie udzielonym Pawłowi Smoleńskiemu pisarz mówił wprost: „Fundamentalizm jest jeden. Różni się kolorem, ale nie sposobem myślenia”. O niszczącym wpływie ideologii, o zaślepieniu i nienawiści opowiada także w swych książkach. Jej destrukcyjnemu urokowi poddają się m.in. bohaterowie nowel wydanych w tomie „Aż do śmierci” – dowódca wyprawy krzyżowej i Żyd ogarnięty antyrosyjską obsesją. Mówiąc o ludziach omamionych przez ideologie, Oz mówi o duszy współczesnego Izraela. Jego tematem nie są żydowsko-arabskie spory i religijna wojna.

Oza interesuje żydowska tożsamość i samo państwo Izrael, ta wielka psychologiczna powieść pisana od sześćdziesięciu dwóch lat. Autor „Mojego Michaela” odczytuje ją z zaciekawieniem i jednoczesnym przerażeniem. W jednym z wywiadów mówił: „Izrael musi rozczarowywać, bo to państwo, które powstało z marzeń. A to, co rodzi się z marzeń, zawsze jest rozczarowaniem. Do tego Izrael nie jest owocem jednego marzenia, lecz syntezą wielu”. Na Bliskim Wschodzie wszyscy mają swoją wizję świata i swoją rację. Analizując żydowski mesjanizm i pełen samoudręczenia kult Shoah, Oz dostrzega, że w Izraelu „prawie wszyscy uważają się za potencjalnych premierów czy Mesjaszy”.

Starcie żywiołów
Wielkie tematy, filozoficzne pytania i globalne problemy zajmują w twórczości Oza miejsce niepodważalne. Nie da się o nich zapomnieć, nie sposób nie usłyszeć rozpaczliwego nieraz głosu pisarza patrzącego na współczesny świat. Warto jednak czytać jego opowiadania i powieści także na innym poziomie. Oz jest bowiem jednym z najbardziej wrażliwych znawców ludzkich dusz, a jego książki – spojrzeniem do wnętrz bohaterów, obrazem egzystencji prozaicznej i zarazem doniosłej.

Mówiąc o swoich bohaterach, Oz często odrywa od nich wzrok, by wyjrzeć przez okno i podpatrywać zwyczajnych ludzi. Przygląda się sprzedawcy warzyw przestawiającemu skrzynki, handlarzowi nafty, starej pannie, która co dzień kilkakrotnie zamiata chodnik przy swojej kamienicy. Dopisując historie ich życia, splata poruszający obraz żydowskiego społeczeństwa, kolorową mozaikę ludzkich typów.

Tym, co zajmuje go równie mocno jak polityka, są międzyludzkie związki. Zwłaszcza zaś relacje damsko-męskie, raz podobne do strategicznej gry, innym razem – do walki żywiołów. Autor „Czarnej skrzynki” otwarcie przyznaje, że kobieca psychika jest dla niego jedną z największych tajemnic. W powieściach i w prasowych wywiadach przypomina często rozmowę, jaką odbył ze swym dziadkiem, wytrawnym kobieciarzem, który jako 92-latek uwiódł o połowę młodszą „lolitkę”. Swego dorosłego już wnuka pouczał: „Widzisz, chłopcze, kobiety są w pewnym sensie takie same, jak my. W innym zaś sensie są całkiem odmienne. Ale pod jakim względem są takie same, a pod jakim inne – tego właśnie wciąż staram się dociec”.

Podobne dociekania znajdujemy w prozie Oza. Jego kobiety to istoty fascynujące i tajemnicze. Choć są władcze, same potrzebują władzy, która je ujarzmi. Hanna, bohaterka debiutanckiej powieści Oza – „Mojego Michaela” – jest zamknięta w kokonie codzienności. Studentka literatury, która poświęca własne ambicje, by spełnić się mogły zawodowe plany jej ukochanego, nie bez przyczyny nazwana została „żydowską panią Bovary”. Snując swoją opowieść, Hanna uzmysławia sobie, że jej życie niepostrzeżenie rozsypuje się, kruszeje. Znudzona, smutna kobieta jest postacią tyleż tragiczną, co zwyczajną. Ilana ze świetnej „Czarnej skrzynki” wyszła za mąż za grzecznego mężczyznę, lecz wciąż marzy o kimś, kto nią zawładnie, zostając „panem jej nienawiści i tęsknoty”. Takie właśnie są kobiety Oza – nieprzeniknione.

Nieporadni mężczyźni
Dylematy i miłosne rozterki nieobce są także męskim bohaterom. Na tym jednak kończą się międzypłciowe podobieństwa – mężczyźni Oza to ludzie przyziemni, małostkowi i nieporadni. Choćby Fima, bohater jednej z najgłośniejszych powieści Izraelczyka, jakby nakreślony według archetypowego obrazu intelektualisty: źle zorganizowanego, niesamodzielnego i gubiącego się w rzeczywistości. Mężczyźni Oza budzą współczucie. Nostalgiczni i refleksyjni, są zaangażowani w politykę, mają wykształcenie, poglądy i ideologiczny kręgosłup. Rzadko rozumieją jednak samych siebie. Jak Joel Ravid – bohater „Poznać kobietę” – były szpieg, który po śmierci żony próbuje zrekonstruować własną tożsamość, na nowo określić zagubioną gdzieś osobowość.

Przyglądając się postaciom z kart powieści Oza, czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że są one alter ego samego autora. Ironiczne, czasami kąśliwe portrety mają w sobie coś z autokarykatury mężczyzny, intelektualisty, człowieka politycznie zaangażowanego. Pisząc o nich, Oz pisze zarazem o sobie, o człowieku wychowanym na filmach z Humphreyem Bogartem i Garym Cooperem, który mierzy się z wzorcem mężczyzny, z wyzwaniami kultury, społeczeństwa, kobiet. Dla Oza bowiem sztuka nie jest ucieczką od rzeczywistości, ale jej zgłębianiem, przekładaniem jej na inny, bardziej usystematyzowany język.

Autor „Rymów życia i śmierci” wie, że sztuka jest grą wyobraźni wijącej się między rzeczywistością i fantazją. To także sposób na zmierzenie się z własnym bytem. W pisaniu powieści – mówi Oz – mam nieuczciwego konkurenta: samo życie. Ta walka może nie jest uczciwa, ale bardzo stymulująca. W swych powieściach Oz przygląda się bowiem światu, zaczynając od samego siebie. Kreśli autoportret artysty w różnych stadiach życia.

W genialnej „Opowieści o miłości i mroku” pisał zgryźliwie: „napalony dziennikarz i kiepski czytelnik zawsze chcą się dowiedzieć, w jakiej mierze fabuła zawiera wątki autobiograficzne”. Nie znaczy to wcale, że nie warto czytać literatury Oza jako monumentalnej autobiografii rozpisanej na pojedyncze tomy. W jego powieściach powracają wciąż te same wspomnienia: samobójcza śmierć matki, zmiana nazwiska, opuszczenie ojca i późniejsze życie w kibucu.

Ale od podobieństwa losów bohaterów i autora w literaturze izraelskiego prozaika ciekawsza jest jego autobiografia intelektualna – dialog pisarza, który podważa własne sądy, konfrontuje ze sobą różne punkty widzenia, by lepiej pojąć otaczający go świat, polityczną i społeczną przestrzeń Izraela. Piękne jest to zmaganie się z własnym umysłem, wojna myśli ukryta pod warstwą pozornie banalnych fabuł. Dzięki mądrości i skromności Oza jego książki niosą ukojenie i zarazem rzucają wyzwanie. Warto je przyjąć, by obcować z pisarzem tak znakomitym jak Amos Oz.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Krugman vs. Krugman

Krugman vs. Krugman

MICHAEL LIND


New York Times columnist tries to memory-hole his prior views on immigration.

.
ORIGINAL PHOTOS: RICARDO RUBIO/EUROPA PRESS VIA GETTY IMAGES; JAVIER VAZQUEZ/EUROPA PRESS VIA GETTY IMAGES

“Immigrants Make America Stronger and Richer” is the headline of a Feb. 5 column by New York Times columnist Paul Krugman. Krugman lends his prestige as a Nobel Prize-winning economist to the assertion of partisan Democrats that mass unskilled immigration of the kind encouraged by the Biden administration is entirely beneficial to America: “So this seems like a good time to point out that negative views of the economics of immigration are all wrong.”

Thus writes Paul Krugman in 2024. Here, however, is the same Krugman in his New York Times column on March 27, 2006: “But a review of serious, nonpartisan research reveals some uncomfortable facts about the economics of modern immigration, and immigration from Mexico in particular.”

Today’s Krugman: “Did those foreign-born workers take jobs away from Americans—in particular, native-born Americans? No.”

Krugman again in 2006, when both immigration and the immigrant share of the U.S. labor force was much lower: “Second, while immigration may have raised overall income slightly, many of the worst-off native-born Americans are hurt by immigration—especially immigration from Mexico. Because Mexican immigrants have much less education than the average U.S. worker, they increase the supply of less-skilled labor, driving down the wages of the worst-paid Americans.”

The soundness of Krugman’s 2006 views on labor economics and immigration has not diminished. What has changed since, however, is the political environment. In 2024, what Krugman said 18 years ago now counts as white nationalist, nativist bigotry, and economic illiteracy.

Hence in 2024, Krugman claims that not a single job in the last few years that might have gone to a worker born in the U.S. or naturalized earlier has been taken by an immigrant: “The native-born labor force declined slightly over the past four years, reflecting an aging population, while we added three million foreign-born workers … The unemployment rate among native-born workers averaged just under 3.7 percent in 2023 …”

The Democratic Party has become the home of the affluent, educated whites, a dwindling number of nonwhites, and most immigrants, along with many large corporations and the billionaires who profit from them.

But, as Krugman in 2006 would have understood, this argument is plainly absurd, because all jobs are not interchangeable. It is quite possible that unemployment as a whole has gone down, while the influx of both legal and illegal immigrants has crowded out other workers who compete with them in specific low-wage industries like agriculture, construction, housecleaning, fast food, and retail. Moreover, the major problem is not the one-for-one replacement of natives and naturalized immigrants by new immigrants in particular jobs, but the fact that rapidly enlarging the labor pool in a particular sector can weaken or destroy the bargaining power of workers in that sector—native and immigrant alike.

My authority for this statement? Why, it’s Paul Krugman in 2006: “That’s why it’s intellectually dishonest to say, as President Bush does, that immigrants do ‘jobs that Americans will not do.’ The willingness of Americans to do a job depends on how much that job pays—and the reason some jobs pay too little to attract native-born Americans is competition from poorly paid immigrants.”

Krugman 2024, however, thinks Krugman 2006 was wrong.

Today’s Krugman cites unnamed “research literature on the economic impact of immigration” which allegedly finds that “immigrant workers often turn out to be complementary to the native-born work force.” The research literature to which Krugman gestures includes unrealistic studies like those of the economist Giovanni Peri, who claims, on the basis of dubious mathematical models and data from large regions, that all immigrants magically complement existing workers instead of competing with them. In 1997, however, an expert panel of the National Research Council of the National Academy of Sciences concluded that competition with unskilled immigrants was the cause of nearly half of the decline in wages between 1980 and 1994 for native-born high school dropouts, who were disproportionately Black and Hispanic.

The National Academy of Sciences study also estimated that the annual economywide benefit from immigration would be a mere $10 billion—in other words, less than 1% of America’s 1997 GDP of $8.6 trillion. Way back in 2006, Paul Krugman agreed that the benefits to the U.S. economy of mass low-skilled immigration were negligible: “First, the net benefits to the U.S. economy from immigration, aside from the large gains to the immigrants themselves, are small. Realistic estimates suggest that immigration since 1980 has raised the total income of native-born Americans by no more than a fraction of 1 percent.”

The most relevant studies of the economic effects of immigration on workers are those that focus on specific industries. The union-weakening, wage-depressing, native-displacing effects of mass unskilled immigration have been well-documented in the case of janitorsconstruction workers, and meatpackers.

In the case of meatpacking, industry experts (Krugman is not one) acknowledge that immigration has enabled employers to pay low wages, as an alternative to raising wages and benefits to attract citizen-workers. The authors of a 2022 study in the Journal of the Agricultural and Applied Economics Association conclude: “The results indicate that higher wages along with additional nonwage benefits would have expanded the labor supply”—in the absence of expanded immigration.

Krugman 2024 also justifies the guest worker programs lobbied for by U.S. tech, agribusiness, and other business lobbies, claiming that “immigrant workers often turn out to be complementary to the native-born work force, bringing different skills that, in effect, help avoid supply bottlenecks and allow faster job creation. Silicon Valley, for instance, hires a lot of foreign-born engineers because they bring something additional to the table; the same is true for workers in many less-glamorous occupations.”

Really? Between 1980 and 2010, chiefly as a result of the massive expansion of the H-1B program, the number of American computer science jobs held by foreign-born workers exploded from 7.1% to 27.8%. In 2021, 74.1% of the 407,071 H-1B visas issued to specialty foreign workers by the U.S. went to nationals from India. The overwhelming share of young Indian men among H-1Bs reflects not any extraordinary skills that they alone possess but rather their willingness to work for lower wages and benefits than their American counterparts, as well as the accidental importance of Indian labor contractors or “body shops” as suppliers of indentured servants to U.S. companies beginning in the 1990s.

The U.S. Department of Labor sets four H-1B wage levels, based on the median wage of other workers in the same occupation and region, with the help of survey data from the Occupational Employment Statistics survey by the Bureau of Labor Statistics (BLS). As Daniel Costa and Ron Hira point out in a 2020 study, the Department of Labor sets the two lowest wage levels for H-1Bs well below the local median wage. “Not surprisingly,” Costa and Hira write, “three-fifths of all H-1B jobs were certified at the two lowest prevailing wage levels in 2019.”

This finding bears some attention. If H-1Bs are all geniuses with unique and valuable skills that both American workers and immigrants with green cards lack, then why are tech firms and their contractors so determined to pay most of their H-1Bs the very lowest wages permissible under U.S. law? Costa and Hira point to corporate savings on wages: “Wage-level data make clear that most H-1B employers—but especially the biggest users, by nature of the sheer volume of workers they employ—are taking advantage of a flawed H-1B prevailing wage rule to underpay their workers relative to market wage standards, resulting in major savings in labor costs for companies that use the H-1B.”

Krugman 2024 to the contrary, the H-1B program has nothing to do with any lack of skills among American workers. Rather it is an example of labor arbitrage by employers who prefer to employ nonunion foreign indentured servants without voting rights and many legal rights over Americans who would demand higher wages and better treatment. Disney and other companies have even forced their American employees to train the H-1Bs brought in to replace them. If H-1B guest workers have unique skills that American workers lack, why do they need to be trained for their jobs by the American workers they are replacing?

On this issue, Krugman has performed an intellectual somersault. In 2006, Krugman sternly denounced exploitative guest-worker programs like H-1B: “Meanwhile, Mr. Bush’s plan for a ‘guest worker’ program is clearly designed by and for corporate interests, who’d love to have a low-wage work force that couldn’t vote. Not only is it deeply un-American; it does nothing to reduce the adverse effect of immigration on wages.” Expanding guest worker programs, Krugman 2006 warned, “could create a permanent underclass of disenfranchised workers.”

Why the shift? Well, if Krugman wrote that in the political climate of 2024, he would be denounced in the overwhelmingly Democratic prestige media as a racist, xenophobic Trumper who is ignorant of economics.

In fact, nothing has changed in the field of labor economics over the last two decades to refute the views that Paul Krugman held about immigration in 2006. What has changed is the class composition of America’s two major parties. In 2006, Sens. Barack Obama and Hillary Clinton voted to erect massive fences along the U.S.-Mexican border. A decade earlier, in 1996, Democratic President Bill Clinton signed the Illegal Immigration Reform and Immigrant Responsibility Act, which expanded the list of offenses to be punished by deportation. Clinton had appointed the U.S. Commission on Immigration Reform, chaired by Black liberal former U.S. Rep. Barbara Jordan, which called for cracking down on illegal immigration, punishing employers of illegal immigrants, and drastically slashing legal immigration numbers in order to protect American workers, including former immigrants, from unfair competition. All of these measures and policies were denounced at the time by Republican libertarians and U.S. business lobbies, for all the reasons that Krugman 2006 made clear.

Within the last generation, however, the Democratic Party has lost the allegiance of most white working-class voters, along with a growing share of working-class Black and Hispanic voters. Meanwhile it has become the home of affluent, educated whites, a dwindling number of nonwhites, and most immigrants, along with many large corporations and the billionaires who profit from them.

Just as Republicans favored wage-suppressing mass immigration when they were the party of the affluent, college-educated overclass, today’s elitist Democrats now favor a never-ending stream of immigrant workers with little or no bargaining power for their constituents—like Silicon Valley donors whose firms depend on exploiting H-1B indentured servants, and urban professionals whose two-income lifestyle depends on a bountiful supply of cheap nannies, maids, restaurant workers, and Uber drivers.

Krugman’s authority depends on the perception that he is a principled expert on economics who follows the evidence where it leads him. If Krugman was completely wrong about the economics of immigration in 2006, this raises the question of whether he has been similarly wrong about other major economic issues throughout his career. Conversely, if he changes his economic views periodically in consonance with the rise and fall of interest groups in the Democratic Party hierarchy, he is a Nobel Prize-winning economist who believes that the truths his discipline has to offer are less significant than the work of being a partisan Democratic opinion columnist.

You have seen the evidence. You decide.


Michael Lind is a Tablet columnist, a fellow at New America, and author of Hell to Pay: How the Suppression of Wages Is Destroying America.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Time to huddle: Antisemitism on the field

Time to huddle: Antisemitism on the field

BEN COHEN


The world of sport is emerging as the next battleground.

.
Sagiv Jehezkel played for the Turkish soccer team Antalyaspor. Credit: Antalyaspor.

As unsettling and painful as the current wave of global antisemitism that followed the Oct. 7 Hamas pogrom in Israel is, it’s still important to remember that those bestial atrocities were an episode in, and not the fundamental cause of, the renewal and remodeling of this ancient superstition.

Where it all began remains a matter of debate. Many analysts nod to the U.N. World Conference Against Racism in 2001 in Durban, South Africa, where several of the memes visible in today’s pro-Hamas protests were rudely on display, as the point of origin. Others go back further, into the Cold War, when the Soviet Union ran a vicious campaign of anti-Zionist propaganda centered on the claim that Zionism is a form of Nazism. And one can go back even further, to the antisemitic riots and revolts targeting Jewish communities in British Mandate Palestine in 1929 and 1936. The point is that the basic message—Jews as colonial interlopers who must be destroyed—hasn’t really changed.

The other consideration is that certain sectors are more amenable than are others to anti-Zionist antisemitism, or antizionism, as I prefer to call it. Over the last two decades, the boycott, divestment and sanctions (BDS) movement seeking to quarantine Israel alone among the world’s nations has been the most tangible and energetic expression of contemporary opposition to Zionism. In the worlds of culture and academia, especially, boycotts of Israel and shrill rhetoric denouncing Zionism (or more precisely, a caricature of Zionism) have been the order of the day.

Regardless, then, of where and when we believe the current wave began, that discussion is less important than an assessment of where we are headed—and specifically, which spheres of human activity alongside art and education will start to echo the growing antisemitic chorus, both in their words and in their deeds.

The world of sport is emerging as the next battleground. It is a much more fearsome prospect; a row over an art exhibition featuring antisemitic caricatures or a lecture at a provincial campus promoting antisemitic tropes is, let’s be honest, a picnic compared to a row involving an athlete with instant, global name recognition.

Someone like the French soccer icon Karim Benzema, a former Real Madrid striker and winner of the coveted Ballon d’Or football (soccer) award who now plays in Saudi Arabia, and who this week announced that he would be suing Interior Minister Gerald Darmanin. A devout Muslim, at least outwardly, Benzema fired off an angry social-media post denouncing Israel’s “unjust bombardments” in the Gaza Strip. When Darmanin was asked about the post in an interview with a conservative broadcaster, he lambasted Benzema for his silence on the Oct. 7 atrocities in Israel and then charged that the player retained close links with the Muslim Brotherhood, the global Islamist network that includes Hamas.

Benzema angrily denied any links with the Brotherhood, accusing Darmanin of exploiting his fame—and notoriety—to push an Islamophobic smear. Now Darmanin may have to answer in court for his impulsive statement (it would have been more prudent to describe Benzema as an “echo chamber” for the Brotherhood) in a spectacle that will draw the French and international media like bees to honey. Benzema will present himself as the victim and will enclose the Palestinian population of Gaza in his victimhood in a circus that will only compound the fear prevailing among French Jews and bolster the view among hundreds of millions of soccer fans that the State of Israel is a criminal enterprise—whether or not he wins or loses any eventual court case.

The demonizing discourse about Israel now percolating in the world of sports is, alarmingly, being matched with acts of discrimination against Israeli and Jewish athletes—just as Jewish and Israeli academics, artists and musicians have suffered discrimination as a result of antisemitic agitation in their spaces.

Last week, Sagiv Jehezkel, an Israeli winger playing for the Turkish soccer club Antalyaspor, was arrested by security forces before being booted out of both his contract and the country. Jehezkel’s offense was to score an equalizing goal in a match against Trabzonspor and then celebrate by displaying his bandaged wrist to the cameras. On the bandage, Jehezkel had scrawled a Star of David and the words “100 days” (a reference to the continuing plight of Israeli hostages in Gaza) and “7/10” (the date of the Hamas pogrom.)

The reaction in Turkey was furious. Jehezkel was abused as a “Zionist dog” and accused of violating Turkish sensibilities. Should he ever return to Turkey, he will likely face arrest and prosecution. But it is unlikely that he will go back, just as it is unlikely that any Israeli soccer talent will find its way to Turkey for the foreseeable future. Sports in Turkey are effectively Judenrein.

There are good grounds to fear that a similar situation is emerging in South Africa, too, where the U-19 Cricket World Cup is currently being hosted. One week before the tournament commenced, Cricket South Africa (CSA), the sport’s domestic governing body, announced that it was removing David Teeger, the South African team’s sole Jewish player, from his role as captain, citing “security fears” about angry protests by Hamas supporters targeting Teeger as the official reason.

This was—in a word summed up by MLB Hall-of-Famer Kevin Youkilis, who declared his solidarity with Teeger—“bullsh*t.” Shortly after the Hamas pogrom, Teeger was the subject of a complaint submitted to CSA by pro-Hamas campaigners who objected to his remarks at a Jewish communal award ceremony, where he lauded “the State of Israel and every single soldier fighting so that we can live and thrive in the diaspora.” They argued that Teeger had brought the game into disrepute, though an independent commission reporting to CSA duly found that Teeger had not violated CSA’s code of conduct with his speech, clearing the way for the talented young batsman to be appointed as captain the following month.

Even so, the political pressure from the ruling ANC was unrelenting. It is no accident that Teeger was humiliated in the same week that South Africa launched a legal case against Israel at the International Court of Justice on the trumped-up charge of “genocide”—elegantly, if inadvertently, illustrating the inevitable domestic impact of an antisemitic foreign policy.

Here in the United States, Jewish professional athletes are unlikely, for the moment, to experience this kind of discrimination. Yet as the recent antisemitism scandal involving the NBA’s Kyrie Irving (and others in different athletic arenas before him) demonstrated, our sporting scene is as vulnerable as anywhere else to antisemitic propaganda, often of the crudest sort. It’s definitely time to huddle.


Ben Cohen – writes a weekly column for JNS on Jewish affairs and Middle Eastern politics. His writings have been published in the New York Post, The Wall Street Journal, Commentary, Haaretz and many other publications.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com