Archive | October 2018

Czy ktoś rozpozna tego chłopca?

 

Czy ktoś rozpozna tego chłopca?

REDAKCJA


Lolek Erlichster (po prawej) w 1939 roku razem ze swoją mamą. To jego jedyne ocalałe zdjęcie. /Fot. Archiwum rodzinne

W BIEŻĄCYM NUMERZE „CHIDUSZU” (8/2018) PUBLIKUJEMY REPORTAŻ O POSZUKIWANIACH ŻYDOWSKIEGO CHŁOPCA ZAGINIONEGO W 1943 R. LOLEK ERLICHSTER (FAŁSZYWE NAZWISKO Z CZASÓW WOJNY TO MARIUSZ STODOLSKI) TRAFIŁ POD OPIEKĘ SIÓSTR SZARYTEK W WARSZAWIE. OD TEGO MOMENTU JEGO LOSY SĄ NIEZNANE.

Lolek Erlichster urodził się w 1937 r. w Otwocku. Po rozpoczęciu wojny jego rodzicom, Loli i Leonowi Erlichsterom, udało się znaleźć dla niego bezpieczne schronienie w domu państwa Kulińskich w Warszawie. Było to na przełomie 1941 i 1942 roku. Po ucieczce z otwockiego getta rodzice dołączyli do Lolka i przez kilka miesięcy mieszkali razem w innym mieszkaniu w Warszawie. Matka i syn mieli fałszywe papiery na nazwisko Wera i Mariusz Stodolscy i czasami przemieszczali się po mieście. Latem 1943 roku wysiadając z tramwaju, Lolek niefortunnie upadł i koła zmiażdżyły jego nogę. Na miejscu wypadku aresztowano Lolę, ale udało jej się wyjść dzięki łapówce. Lolek trafił do Szpitala Dziecięcego przy Kopernika, gdzie amputowano mu nogę. Stamtąd zabrały go siostry szarytki z klasztoru na Tamce. Szarytki w czasie wojny ukrywały wiele żydowskich dzieci, jednak prawie zawsze dziewczęta. Dlatego musiały Lolka przekazać dalej. Tu historia chłopca się urywa.

Matka Lolka bezskutecznie – zarówno tuż po wojnie, jak i na początku lat sześćdziesiątych – próbowała dowiedzieć się, co stało się z jej synem. Od sióstr uzyskała informację, że przeżył, ale nie chciały zdradzić, kto go adoptował, ani gdzie mieszka.

Jeśli Lolek żyje, ma dziś 81 lat, inne nazwisko i imię, ale prawdopodobnie pamięta swoich rodziców – w chwili wypadku miał sześć lat. Nie wie, że ma brata, który urodził się w 1944 roku. To właśnie on kontynuuje teraz poszukiwania zmarłej przed dwudziestoma laty matki.

Joe, młodszy brat Lolka, o którego istnieniu Lolek nie ma pojęcia. Do zrobienia zdjęcia zdjął kipę. Może tak łatwiej będzie zauważyć podobieństwo?

W historii poszukiwań Lolka było kilka momentów, kiedy wydawało się pewne, że rodzina już wkrótce się spotka. Matka Lolka otrzymała na przykład zapewnienia o rychłym spotkaniu od zakonnika, który powoływał się na znajomość z kardynałem Wyszyńskim. Była przekonana, że syn żyje, bo tak powiedziała jej jedna z zakonnic, zaangażowanych w ukrywanie żydowskich dzieci w czasie wojny. Zarzekała się jednak, że nie zdradzi miejsca jego pobytu. Dlatego brat Lolka, Joe, uważa, że największą szansę na odnalezienie brata da rozprzestrzenienie informacji o nim – może ktoś skojarzy mężczyznę z amputowaną nogą?

Więcej o poruszającej historii poszukiwań Lolka w bieżącym „Chiduszu”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


RETROSPECTIVE SHOWCASES THE ART OF CLAIRE WEISSMAN WILKS

RETROSPECTIVE SHOWCASES THE ART OF CLAIRE WEISSMAN WILKS

Barbara Silverstein


An untitled painting from Claire Wilks’s Out of the Cave series.

Claire Weissman Wilks, a Toronto visual artist, exhibited her work in major galleries in Europe, Israel and Mexico. She was lauded by art critics in Italy, Serbia, Sweden, Mexico and Israel, but her one-woman shows did not garner the same level of recognition in Canada, her native country.

Wilks died of leukemia in 2017 at the age of 83, and now a group of art aficionados spearheaded by writer Barry Callaghan, Wilks’ common-law husband of 47 years, and art curator, Christian Bernard Singer, are determined to bring new attention to her artwork in Canada.

“What the Hand Sees,” a retrospective exhibition of Wilks’ work, is running at the Sheldon Rose Gallery until Oct. 13. On view are her monoprints from the “Out of the Cave” series along with sculpture and conte drawings.

On Sept. 30 the  gallery was also the venue for the launch of Claire Wilks What the Hand Sees (Exile Editions). This coffee-table, book, edited by Callaghan, showcases Wilks’ artwork. The book also encompasses biographical details of her life, and contributions about her work by other artists and literary figures.

More than 50 people gathered for the multifaceted launch. Novelist Anne Michaels interviewed Callaghan about Wilks, her art and their life together. Michaels has also written about Wilks’ art, as has poet, David Sobelman. He read from his book, Facets of Eros: The Drawings of Claire Wilks (Exile Editions).

The afternoon also included Janice Kulyk Keefer’s readings from We Left the Camp Singing: The Etty Hillesum Poems and Drawings (Exile Editions) . The book features Kulyk Keefer’s poetry along with drawings by Wilks. These works were inspired by The Interrupted Life: The Diaries of Etty Hillesum; The Intimate Journal of a Young Jewish Woman in Holland During the Holocaust Years, 1941-1943. Hillesum died in Auschwitz in 1943.

There was even live  music. Sicilian-inspired music was performed by Juno-Award winning artist, Dominic Mancuso, one of Wilks’ favourite musicians.

Her work did not follow the abstract trajectory of the various contemporary art movements. Her focus was figurative with an emphasis on the human body and all its configurations.

Another from the Out of the Cave series.

Wilks was a master at depicting the body, whether it was the intricate detail of the naked and contorted human forms inspired by Hillesum’s writings or the stark emotion conveyed in the bold forms of the Out of the Cave monoprints.

Through various media – charcoal, tusche lithography, monoprints, clay and bronze – she was able to convey the human emotional experience from love and compassion to loneliness and pain.

She was also known for portraying the eroticism of the human body – male and female.

Wilks, grew up in a Jewish home, but her parents divorced. She contracted tuberculosis in her late teens and spent three years confined to a sanatorium. In 1952, when she was successfully treated with antibiotics and surgical removal of a rib and the infected part of her lung.

She had four children with her first husband, Sydney Weissman. When the couple divorced Wilks found a job at the CBC. She was working in the current affairs department in the early ‘70s when she met Callaghan, then a CBC producer.

He spoke about her 30 years of juggling two careers – current affairs and art. After a day at the CBC, Wilks would retreat to her studio at night and on weekends. Once she retired from the CBC she became a full-time artist.

In addition to Toronto, Ottawa and Calgary, Wilks also had solo exhibitions in New York, Jerusalem, Rome, Venice, Stockholm, Zagreb, and Mexico City.

The exhibition of her monoprints at the Fondazione Querini Stampalia in Venice, was a major career milestone, according to Callaghan. He likened the Fondazione to the Guggenheim in terms of the institution’s stature in Northern Italy.

He said Wilks was also the first international artist to be given a major exhibition at the inauguration of the Pinacotcea of the Centro des Artes in Monterrey, Mexico.

“The Mexican governor was there. The Canadian ambassador to Mexico was there,” Callaghan recalled. “I was so pleased. I was ecstatic. This was her moment. I just loved watching it.”

The Sheldon Rose Gallery (1710 Avenue Rd.) is open Tues. to Sat. from 11 a.m. to 5 p.m. and on Sundays from 1 to 5 p.m.

An untitled monoprint from 2005.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Jerusalem project reveals how Jews lived 2,000 years ago

Jerusalem project reveals how Jews lived 2,000 years ago

DANIEL K. EISENBUD


Apart from a replica of the Madaba Map, nine other mosaics will illustrate the stories of people who lived and worked there during Byzantine times.

Housing and Construction Minister Yoav Galant (center) tours the Cardo section of the Jewish QuarterHousing and Construction Minister Yoav Galant (center) tours the Cardo section of the Jewish Quarter on Wednesday morning. Photo By: AVI HAYUN

More than 1,500 years after Jewish life flourished in the Cardo section of the Old City’s Jewish Quarter, renderings of ancient markets mounted on mosaics, discovery of a Byzantine arch and reconstruction of a bombed-out synagogue are breathing new life into the historically rich area.

The Cardo, which stretches north to south from Damascus Gate to David Street, dates to the sixth century CE and is depicted on the Madaba Map, a part of a floor mosaic discovered in 1884 in a Byzantine church in Madaba, Jordan.

The beautification project will celebrate the 50th anniversary of the reunification of Jerusalem.

The endeavor was initiated several months ago, but it was only made officially public on Wednesday.

The revitalization is being spearheaded by the Company for the Reconstruction and Development of the Jewish Quarter and the Tourism Ministry, with aid from Jerusalem Affairs Minister Ze’ev Elkin, the Jerusalem Foundation, the Jerusalem Municipality and the Israel Antiquities Authority.

To mark the capital’s half-century milestone, Pini Refael, manager of education and tours for the reconstruction and development company, said it was decided to focus on the area’s historic culture and art.

Apart from a replica of the Madaba Map, nine other mosaics will illustrate the stories of people who lived and worked there during Byzantine times.

“We are going to renew the Cardo by creating special mosaics that are going to show people what life was like here 1,500 years ago,” Refael said, speaking near two recently completed mosaics.

“We’re also going to recreate nine shops to illustrate that time.”

Refael said the shops will match mosaics of ancient jewelry, fabric, fruit, vegetable, animal and ceramics stores that once lined the ancient street.

“All the mosaics will be a replica of this period of life,” he said. “And the shops will only sell things from that time.”

The project commenced three months ago and is scheduled to be completed by mid-2017. The mosaics featured in the Cardo are part of a far more expansive project to build many more mosaics throughout the quarter, Refael said.

Renowned Israeli artist David Harel was present on Wednesday morning, along with Construction Minister Yoav Galant, to reveal the two completed mosaics. The colorful pieces depict ancient fabric and fruit and vegetable shops and are based on Harel’s oil paintings.

Hemeticulously researched the era he would be reproducing and later submitted the paintings to artists at Elon Mossaic, at Kibbutz Elon in the North, to reconstruct them with stones.

“I studied all the academic research from that time and got the exact details,” Harel said, noting that it took five months to complete seven of the nine portraits.

“I make a drawing, and it then takes about six weeks to complete each painting. Then I bring them to Elon Mosaic. I am painting many different shops – from spice, jewelry and food to ceramics – everything as it was 1,500 years ago.”

“I am very proud of this project because it is from our history, and my work will live for thousands of years,” he said.

Galant emphasized the Cardo’s historic importance and said the mosaics – along with a nearby, recently excavated Byzantine arch – will be seen by millions of tourists who walk through the area every year.

“This is a great [opportunity] to show all visitors – tourists, Jews, non-Israelis – what was happening here 2,000 years ago, how Jews lived, how they made their living in this area and to describe the [ancient] open market,” he said.

Galant, a former commander of the IDF’s Southern Command, discussed reconstruction of the nearby Tiferet Yisrael Synagogue, which he called long overdue. The synagogue is now being actively resurrected.

“This synagogue, together with the Hurva Synagogue, were destroyed by the Jordanians in one of the crucial battles in 1948, just days after the establishment of the Jewish state, and it took us another 19 years before we arrived back and recaptured this area,” he said.

“We have to make sure that all the Jewish symbols – all the synagogues, all the Jewish traditions and whatever symbolized Jewish life in Jerusalem – will be emphasized and will be greater than it was.”

“It is very simple,” Galant said.

“We cannot allow, under a free and democratic Israeli state – 50 years after we arrived back to the Jewish Quarter to the Kotel and Jerusalem – that such destruction will remain a scar on the life and prestige of the Jewish Quarter.”

When asked his opinion of last month’s UNRWA vote ignoring Jewish ties to the Temple Mount, Galant expressed palpable dismay.

“Even if you repeat a lie a thousand times, it doesn’t make it true,” he said. “I condemn this effort to try to twist history for political reasons. It won’t work – not on the political side, and definitely not on the historical side.”


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Jakieś dziwki z wojennego burdelu.

Jakieś dziwki z wojennego burdelu.
U nas to wciąż temat tabu, niemal wszyscy udawali, że mnie nie słyszą

Mike Urbaniak


Joanna Ostrowska na terenie KL Sachsenhausen, nazistowskiego obozu koncentracyjnego. Drewniany barak, w którym mieścił się obozowy dom publiczny, rozebrano po wojnie (Fot. Marcin Kaliński)

Ciągle to słyszałam. Że to prostytutki, szmaty, dziwki, element. Że po co komu to potrzebne. Co to niby za cierpienie, gdy prostytutka przedwojenna trafia podczas wojny do burdelu?

Rozmowa z Joanną Ostrowską, autorką książki “Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej.

Przemilczane przez kogo?

Przez Polaków, ale że nie lubię kategorii narodowościowych, powiem, że przez nasze społeczeństwo.

Bardziej przez nasze niż przez inne?

Tak, bo są takie społeczeństwa, które uczciwie i otwarcie dyskutują o przemocy seksualnej podczas drugiej wojny światowej. Wystarczy wsiąść do pociągu z Warszawy do Berlina, wysiąść na dowolnym berlińskim dworcu i udać się do najbliższej księgarni z działem historycznym albo podjechać do Miejsca Pamięci Ravensbrück i sięgnąć po publikacje na ten temat.

W Polsce nie można sięgnąć?

Nie ma po co, bo nic nie ma. U nas to jest temat tabu pojawiający się sporadycznie na marginesie kilku opracowań. Kiedy zaczęłam węszyć, niemal wszyscy udawali, że mnie nie słyszą, woleli zmowę milczenia. W Niemczech i Wielkiej Brytanii, we Francji i Stanach Zjednoczonych są nie tylko książki, ale też wykłady czy wystawy poświęcone tematowi mojej książki.

Historycy i historyczki weszli już w kolejną fazę badań, prowadzą spory naukowe, o których w Polsce można tylko pomarzyć. Tak jak o miejscach pamięci dbających o uwzględnienie zapomnianych ofiar nazizmu. U nas zapomnianych.

Dlaczego?

Bo przymusowe pracownice seksualne nie pasują do oficjalnej, heroicznej i czarno-białej
historiografii uprawianej w Polsce, choć trzeba pamiętać, że zaraz po wojnie kobiety mówiły
głośno o tym, co je spotkało.

Trwało to, niestety, zaledwie kilka lat, kiedy to podzielono ofiary na „dobre” i „złe”. Cierpienie tych pierwszych należało z szacunkiem upamiętnić, cierpienie tych drugich zepchnąć w niepamięć.

Hierarchizacja cierpienia nastała wraz z końcem tużpowojennego chaosu i ukonstytuowaniem się nowego ustroju?

Mniej więcej. Szczególnie ważne były pierwsze trzy lata po wojnie, bo wtedy – o czym pisze Zofia Wóycicka w „Przerwanej żałobie” czy Marcin Zaremba w „Wielkiej trwodze” – zaczęło się wytwarzać poczucie tego, kto w ogóle był ofiarą zarówno z perspektywy władzy oraz, szerzej, narodów, jak i byłych więźniów obozów. Status ofiary szybko w Polsce upolityczniono i robi się to do dzisiaj. Dlatego bardzo mi zależało na pokazaniu w książce beneficjentów tej hierarchii oraz tych zepchniętych na sam dół, tak zwanych zapomnianych ofiar nazizmu, gdzie są oczywiście seksualnie wykorzystywane kobiety. Przy czym ich cierpienie nie skończyło się wraz z wojną.

Kim są zapomniane ofiary nazizmu?

To jest pojęcie, które na dobre zagościło w studiach nad drugą wojną na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Ogromna w tym zasługa wybitnego badacza Michaela Berenbauma i Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, które zorganizowało cykl konferencji dla naukowców z całego świata, poświęconych nieuwzględnianym dotychczas w dyskursie historycznym ofiarom nazizmu. Postanowiono wówczas, że pamięć o nich musi zostać odzyskana.

Kto należy do tej grupy ofiar?

Oczywiście Sinti/Roma. Pamięcią o tych ofiarach zajmuje się u nas Joanna Talewicz-Kwiatkowska. Dalej są świadkowie Jehowy/badacze Pisma Świętego. Kolejną dużą i zróżnicowaną grupą są asocjalni, a mniejszą i słabo zbadaną – więźniowie radzieccy. W końcu ofiary homoseksualne, dzisiaj powiedzielibyśmy nieheteronormatywne, zwane powszechnie „różowymi trójkątami”, osoby prześladowane na mocy paragrafu 175.

Co to za paragraf?

Paragraf niemieckiego kodeksu karnego, który w wersji nazistowskiej z lat 30. mówił o karaniu nie tylko za relacje intymne między mężczyznami, ale też nawet podejrzenie o nie. W Niemczech karze podlegali mężczyźni, w Austrii, gdzie paragraf miał inny numer, także kobiety. „Różowe trójkąty” będą tematem mojej kolejnej książki.

Wróćmy do kobiet.

Poddawano je podczas wojny przemocy seksualnej w bardzo różny sposób. Ale bez względu na to, czy padały ofiarą indywidualnych gwałtów, czy też organizowanych przez państwo niemieckie burdeli, po wyzwoleniu traktowano je podobnie: wyzywano, opresjonowano, uciszano, w końcu przemilczano, nazywając zbiorowo kurwami. Z tego powodu szalenie ważne było dla mnie odzyskanie ich tożsamości i oddanie im głosu, co zwykle kończyło się porażką.

Dlaczego?

Bo to historia składana ze skrawków, drobinek, odprysków. Zwykle nie mam początku życiorysu którejś z bohaterek, środka albo końca, więc w trakcie pisania rozprawy doktorskiej, która jest fundamentem książki, posiłkowałam się metodologią mikrohistorii czy też mikrobiografii. „Przemilczane” są opowieścią mozaikową.

Dlaczego nie mamy całych historii?

Bo nikt o nie kobiet nie pytał. Poza tym to są bardzo trudne opowieści. Także dla nich samych.

Bały się?

Bardzo.

Wstydziły?

Przez dziesiątki lat. To pokazuje siłę strachu i wykluczenia ich z historycznej narracji. A potem było już za późno, bo zaczęły umierać.

Ale po co nam historie „jakichś kurew”?

Wiesz, ciągle to słyszałam. Że to „jakieś kurwy” są, prostytutki, szmaty, dziwki, element. Że komu to potrzebne. Że w jakim celu w tym grzebać. Co to niby za cierpienie, jak prostytutka przedwojenna trafia podczas wojny do burdelu? Przecież robi dokładnie to, co robiła.

„Jak można zgwałcić prostytutkę?” – pytał kiedyś z uśmiechem Andrzej Lepper.

To jest właśnie ta narracja. Pamiętam też, jak Joachim Brudziński, minister i czołowy polityk PiS, napisał o Annie Musze po jej felietonie, że ma w nosie „Boga, honor i ojczyznę”, że „za okupacji za takie opinie mogłaby stracić włosy”. Niezwykłe jest to, z jaką łatwością można dzisiaj używać tego języka pogardy wobec kobiet. Tymczasem historia jest dużo bardziej skomplikowana, bo podczas wojny prostytuowano się (robiły to kobiety i robili to mężczyźni) z bardzo różnych powodów, na przykład z biedy albo by za seks doprowadzić do niewydania kogoś lub aby kogoś uratować. W jednym z niemieckich raportów z końca ’39 roku z Krakowa czytamy, że sytuacja jest w mieście tak trudna, że kobiety wychodzą na Planty, by zarobić na jedzenie. Sprawa nie dotyczyła wyłącznie zawodowych prostytutek.

No dobrze, ale też bycie przedwojenną prostytutką nie oznaczało automatycznie chęci pracowania w niemieckim burdelu podczas wojny. Przed wojną kobieta mogła sama zdecydować, czy chce się prostytuować, podczas wojny już nie.

O tym także jest moja książka. O wojennym przymusie. Nawet jeśli nieraz wydaje nam się, że kobiety miały wybór. Otóż nie miały. Widać to znakomicie na przykładzie Marianny z Poznania, która zostaje nielegalnie we włączonym w skład Rzeszy Kraju Warty i złapana na romansie z Niemcem, w dodatku z fałszywymi dokumentami, dostaje „wybór”: albo pójdzie pracować do wielkiego burdelu dla żołnierzy Wehrmachtu, albo czeka ją więzienie i obóz. Czy to jest wybór?

Są tacy, którzy powiedzą, że tak.

Bardzo przestrzegam przed wydawaniem sądów z dzisiejszej perspektywy, bo każdy, kto przeżył wojnę, wie, że zawsze było lepiej zostać tu, gdzie się jest, bo nigdy nie wiadomo, dokąd się trafi. To jest też przykład kobiety pracującej w burdelu dla Niemców w Krakowie, która miała zostać wyrzucona, błaga burdeltatę, by pozwolił jej zostać, bo ma dwójkę dzieci, a one w tym burdelu mają względne bezpieczeństwo, ciepło i jedzenie. Czy mamy prawo oceniać jej „wybór”? I znów: czy to rzeczywiście był wybór?

Z książki jednoznacznie wynika, że żadnego wyboru nie było.

Był tylko wtedy, kiedy tworzyła się rzeczywiście dobrowolna romantyczna relacja między Niemcami i Polkami, która była oficjalnie zakazana przez nazistowskie prawo. W innych przypadkach kobiety wyboru nie miały. Więc przestańmy już powielać nieprawdziwe historie o dobrowolnym zgłaszaniu się do burdeli. Także w obozach.

Ale są opowieści byłych więźniów, którzy mówią o dobrowolnych zgłoszeniach.

Zapewniam cię, że w niemieckim obozie koncentracyjnym nie istniało coś takiego jak dobrowolne zgłoszenie. To poczucie dobrowolności w świadectwach wynika z kilku przyczyn, a jedną z nich jest uwierzenie w zmanipulowaną przez Niemców sytuację. To jest jak oglądanie obrazu bez fonii. Opisał to doskonale Robert Sommer, najwybitniejszy na świecie badacz seksualnej pracy przymusowej kobiet w niemieckich obozach koncentracyjnych.

Na czym polegała manipulacja?

Na tym, że na wieczornym apelu ogłaszano nabór do lekkiego komanda. Mogła nim być kuchnia lub kanada, jak nazywano miejsce, gdzie sortowano rzeczy należące do zagazowanych Żydów. Albo właśnie burdel. Znam opowieść Francuzki, która zamiast „burdel” usłyszała „Bordeaux” i się zgłosiła – to po pierwsze. A po drugie, nawet w przypadkach, w których kobietom powiedziano, jakiego rodzaju „praca” je czeka, obiecywano im o wiele lepsze warunki, jedzenie, ubranie, a w końcu wypuszczenie z obozu.

Czy to się kiedyś zdarzyło?

Nigdy. Ale wyobraź sobie, że jesteś zmarznięty, zawszawiony, bity, utyrany w ciężkim komandzie i dostajesz propozycję zmiany – na codzienną kąpiel, czyste ubranie i większe racje żywnościowe. Czy jesteś w stanie odpowiedzieć z czystym sumieniem, że nie pomyślałbyś nawet przez chwilę, żeby z tego nie skorzystać?

Nie jestem w stanie.

I to jest właśnie tragizm tego „wyboru”.

Tym większy, im większą mamy wiedzę, jak burdele działały.

Mimo nakazu używania prezerwatyw mężczyźni często ich nie używali i kobieta nie mogła nic z tym zrobić, bo komu się miała poskarżyć Polka w niemieckim burdelu? Kobieta zarażona chorobą weneryczną była odsyłana, a za zarażenie Niemca groziła jej kara śmierci. Dla Niemców były burdele w miastach, a w obozach – burdele tylko dla więźniów. Nie było takich sytuacji, o których można tu i ówdzie przeczytać, że podjeżdżała pod burdel w Auschwitz ciężarówka z niemieckimi żołnierzami i oni gwałcili więźniarki. Sutenerski system Rzeszy na to nie pozwalał.

Jak to było możliwe, że niemieckie prawo zakazywało kontaktów seksualnych z kobietami „niearyjskiego” pochodzenia i jednocześnie stworzyło państwową sieć burdeli, w których umieszczane są „nie-Aryjki”, czyli – trzymając się okupowanej Polski – Polki?

Niemcy, budując system burdeli, rozdzielali na własne potrzeby ideologiczne relacje intymne od seksualnych. Mówiąc najprościej: Niemiec nie może utrzymywać relacji seksualnych z poznaną Polką, ale może korzystać z burdeli z Polkami, bo w nich dochodzi nie do relacji intymnej, ale do transakcji. Burdele miały kontrolować żołnierzy: pilnować, by nie nawiązywali intymnych relacji z Polkami, ograniczyć do minimum rozprzestrzenianie się chorób wenerycznych, strzec przed niechcianymi ciążami z „nie-Aryjkami”, ograniczyć homoseksualizm i być też zwyczajnie nagrodą dla żołnierza. Burdele miały wpajać Niemcom, że Polki to nic niewarte kobiety, po prostu rzeczy.

I tak je traktowano. Jak towar.

Widać to najlepiej w korespondencji między rozmaitymi niemieckimi urzędami i jednostkami wojskowymi, które składają zamówienia: tu potrzebujemy 10 sztuk, tam 25, tu nam przyślijcie 30 ładnych, a tam 15. Kobiety są porywane, więzione i przewożone po całej Europie. Widziałem wiele takich list z datami, imiona i nazwiskami.

I, podkreślmy to raz jeszcze, nie były to ochotniczki.

Nie, bez względu na to, czy były przed wojną prostytutkami, czy nie. Anna z Krakowa, której historię rekonstruuję w książce, była przed wojną prostytutką, ale nie chciała iść pracować do burdelu dla ukraińskich strażników w obozie w Płaszowie, więc ją tam wysłano przymusowo. I co? W związku z tym, że była przed wojną prostytutką, zasłużyła sobie na wysłanie do burdelu do obozu? Można ją gwałcić? Można zgwałcić prostytutkę? Dodam, że opowieść Anny to jedyna znana nam historia Polki umieszczonej w obozowym burdelu dla nie-niemieckich pomocników Niemców. Historii reszty kobiet nie znamy.

„To jedyna taka znana nam historia” – to zdanie w „Przemilczanych” pojawia się parokrotnie.

Traktuję to w pewnym sensie jako swoją porażkę, bo nie udało mi się przez dziesięć lat znaleźć większej liczby historii, choć przekopałam bardzo gruntownie archiwa i literaturę. To była walka z wiatrakami: z oporem i z niechęcią. Dlatego właśnie wiele biografii to „jedyne takie”.

„Jedyna taka” zgodziła się także z tobą porozmawiać.

Zgodziła się Barbara, która mieszka w Poznaniu.

Próbowałaś z innymi?

Dotarcie do nich jest niemal niemożliwe. Miałam kontakt do kobiety, która była w burdelu w Auschwitz III, czyli w Monowicach, i odmówiła kiedyś rozmowy z Robertem Sommerem, bo był, po pierwsze, mężczyzną, a po drugie, Niemcem. Wysłałam do niej list z prośbą o kontakt, nie dostałam odpowiedzi.

Smutek?

Wielki, bo liczysz na każdy okruszek. Ale uszanowałam. I to był dla mnie moment przełomowy. Zrozumiałam, że pewnych rzeczy nie przeskoczę i nie mogę się tym frustrować.

Znalazłam w Instytucie Pamięci Narodowej teczki z dwóch powojennych śledztw z końca lat 40., prowadzonych w sprawie seksualnego wykorzystywania Polek przez Niemców, co też pokazuje, że można było zaraz po wojnie normalnie o sprawie rozmawiać. Dzięki złożonym wówczas zeznaniom dowiadujemy się między innymi, jak straszny los czekał kobiety zmuszone do pracy w burdelach i że żadnej wyszminkowanej sielanki tam nie było. Anna opowiada, jak w swoje urodziny przyszedł do burdelu pijany komendant Płaszowa w towarzystwie kilku pijanych Ukraińców, rzucił banknot i powiedział, że mogą zrobić z tymi kobietami, co chcą. Brutalnie je gwałcili i katowali. Znamy też historię z burdelu w obozie Auschwitz, kiedy do pokoju wszedł więzień i tak pobił kobietę, że ściany ściekały krwią.

Były opowieści wycofane po latach?

To właśnie przypadek wspomnianej kobiety z Liege, który jest dość zagmatwany, bo z jednej strony mamy książkę Sommera, w której pisze, że po latach na prośbę męża wycofała z Muzeum Auschwitz-Birkenau własne świadectwo. A z drugiej strony muzeum, które twierdzi, że nigdy nie słyszało o takim przypadku. W każdym razie wysłano do niej na pewno kiedyś, jak do wszystkich więźniów, ankietę z prośbą o wypełnienie i wpisano do niej od razu, że pracowała w bloku 24, co po pierwsze, jest nieprawdą, bo kobieta była w burdelu w Monowicach, a po drugie, wpisywanie byłej więźniarce czegoś do ankiety jest dość szokujące. W każdym razie ona odpisała – widać to po charakterze pisma – w wielkich emocjach, że nigdy tam nie była. Myślę, że jej historia wyglądała tak, że po wojnie wyszła za mąż w Belgii i zmieniała nazwisko, by zatrzeć wszelkie ślady po pobycie w burdelu.

Niemcy stworzyli trzy rodzaje burdeli.

Upraszczając na potrzeby naszej rozmowy, można tak powiedzieć. Były burdele dla niemieckich mundurowych, dla ich nie-niemieckich pomocników oraz w obozach dla więźniów.

Pomocnicy Niemców nie mogli korzystać z tych samych kobiet co Niemcy?

Nie, tworzono dla nich oddzielne domy publiczne, na przykład burdel dla Kozaków. Ciekawy jest też przykład obozu w Stutthofie, gdzie przyjechała duża grupa ukraińskich strażników, którzy nie tylko gwałcili mieszkające w okolicy, ale także wchodzili w intymne relacje z mieszkającymi niedaleko Niemkami. Na to Rzesza pozwolić nie chciała, więc zdecydowano o utworzeniu w Stutthofie burdelu dla Ukraińców.

Czy w burdelach były Żydówki?

Oficjalnie nie, ale w praktyce nie można tego wykluczyć. Żydówki, szczególnie te z „dobrym” wyglądem, ukrywały się przecież często pod zmienionymi tożsamościami i mogły być zwerbowane jako Polki.

Powiedzmy zatem teraz o burdelu w Auschwitz.

Mieścił się na piętrze bloku numer 24, stoi do dzisiaj obok bramy ze słynnym napisem „Arbeit macht frei”. Miał pokój wspólny dla kobiet, łazienkę i pokoiki, w których przyjmowały więźniów.

Jesienią ’43 roku trafiły tam niemieckie więźniarki asocjalne i Polki, które były najmniej zniszczone przez obóz. Musiały być atrakcyjne dla więźniów, bo kobiety były najwyższą nagrodą w systemie ich motywacji. Specjalny bon wybrani więźniowie dostawali po wieczornym apelu. Trzeba się było do takiej wizyty przygotować, porządnie umyć. Nie można było odmówić.

To co mógł zrobić więzień, który nie chciał skorzystać z „najwyższej nagrody”?

Mógł wymienić bon na czarnej giełdzie.

A jak chciał skorzystać?

Szedł do burdelu. Wchodził z kobietą do pokoiku i miał dziesięć, góra 15 minut. Po tym czasie na sygnał dzwonka musiał wyjść. Wszystko było pod kontrolą, pokoiki obserwowano za pomocą wizjerów.

Trudno mi sobie wyobrazić, jak pod taką presją mogło dochodzić do stosunków seksualnych.

Czasami dochodziło, czasami nie. Znamy historie więźniów, którzy po prostu rozmawiali z kobietami, znamy historię miłosną między więźniem i kobietą z burdelu, znamy brutalne ataki więźniów. To, co jest tu najważniejsze, to toczące się w obozie Auschwitz życie seksualne, co dla wielu jest nie do przyjęcia. Jak to jest możliwe, że w takim miejscu ktoś myślał o seksie? Tymczasem życie seksualne toczy się w każdych warunkach, seksualności nie da się wyłączyć.

Szczególnie ciekawe jest tu nakładanie się na siebie bycia ofiarą i sprawcą jednocześnie, bo kim jest w burdelu polski więzień, który korzysta z usług zmuszonej do prostytucji Polki?

Historia nie jest czarno-biała, nie tworzą jej heroiczni, uśmiechnięci chłopcy i dziewczyny chcący ginąć za ojczyznę. Historia to też obóz, w którym jest i Kolbe, i burdel dla więźniów, czego oficjalna polska historiografia jakoś nie chce przyjąć do wiadomości.

Bo to niby taki margines?

Podczas drugiej wojny światowej zgwałcono i zmuszono do seksualnej pracy przymusowej tysiące kobiet, które potem skazano na milczenie. I może w końcu warto przestać milczeć i zacząć głośno mówić. Jak tysiące Koreanek i Chinek, które lata temu zaczęły protestować pod ambasadami Japonii, domagając się rozliczenia masowych gwałtów dokonywanych przez japońskich żołnierzy porywających kobiety do obwoźnych burdeli podążających za liniami frontu. Nie da się zrozumieć w pełni historii drugiej wojny światowej bez zbadania zjawiska przemocy seksualnej. I przemocy seksualnej nie tylko Niemców, ale także innych uczestników walk, bo gwałcili wszyscy: Niemcy, Rosjanie i Amerykanie. I Polacy też. Gwałciciele nie mają narodowości.

Coś czuję, że „Przemilczane” wielu zabolą.

I niech bolą. Dość milczenia o zapomnianych ofiarach nazizmu. Dość pogardzania niewygodnymi ofiarami, niepasującymi po polskiego narodowego landszafciku.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Narobili bałaganu, winę zrzucili na Żydów.

Narobili bałaganu, winę zrzucili na Żydów. Ostatni lot rosyjskiego szpiega

Antoni Rybczyński


Ił-20M ma silniki mniejszej mocy, zredukowaną masę i zasięg zwiększony do 5400 km, co pozwala mu długi czas znajdować się w powietrzu (fot. arch.PAP/ITAR-TASS)

Pocisk odpalił Syryjczyk za zgodą Rosjanina. Zestrzelił rosyjski samolot. Moskwa twierdzi, że to wina Izraela. I przedstawia własną wersję wydarzeń. Problem w tym, że mnóstwo w niej luk, znaków zapytania i zwyczajnych kłamstw. Co się naprawdę wydarzyło u brzegów Syrii?

Siedemnastego września izraelski wywiad wojskowy potwierdził informację, że w jednym z syryjskich państwowych obiektów w nadmorskim mieście Latakia pojawiły się irańskie materiały służące do produkcji rakietowych pocisków balistycznych. Stąd miały być przetransportowane do bazy Hezbollahu w Libanie. Natychmiast padł rozkaz zniszczenia transportu. Dotychczas izraelskie lotnictwo miało swobodę w atakowaniu takich celów w Syrii – za cichą zgodą Rosji.

Wieczorem z jednej z baz w Izraelu wystartowały cztery myśliwce F-16I Sufa, uzbrojone w specjalne bomby, które miały zniszczyć cel: Instytut Przemysłowo-Techniczny w Latakii. Samoloty z elitarnej 107. eskadry Izraelskich Sił Powietrznych (IAF) z przestrzeni powietrznej Izraela skierowały się nad neutralne wody Morza Śródziemnego.

„Łysucha” nad Syrią

Niedługo później z rosyjskiej bazy w Chmejmim, 25 km od Latakii, wystartował szpiegowski samolot Ił-20M. Jak później podało rosyjskie dowództwo, jego celem było namierzenie w prowincji Idlib miejsc, w których rebelianci mają produkować bojowe drony (w przeszłości kilka razy takich dronów użyto do ataków na rosyjskie obiekty w prowincji Latakia). Ił-20M „Łysucha” to sowieckiej produkcji czterosilnikowy turbośmigłowy samolot opracowany na bazie pasażerskiego Ił-18, przeznaczony do prowadzenia wywiadu radioelektronicznego i walki radioelektronicznej. Na pokładzie ma stację zwiadu radiotechnicznego, aparaturę do przechwytu sygnału radiowego, aparaturę optyczną, system chronionej satelitarnej łączności specjalnej. Na pokładzie zwykle jest pięciu członków załogi i ośmiu operatorów systemów radiotechnicznych. Ił-20M ma silniki mniejszej mocy, zredukowaną masę i zasięg zwiększony do 5400 km, co pozwala mu długi czas znajdować się w powietrzu.

(fot. Alex Beltyukov/ Wikipedia)

Późnym wieczorem Rosjanie poinformowali, że samolot zniknął z radarów. Początkowo nie było informacji, co się wydarzyło. Jednak na ogólnie dostępnym internetowym serwisie MarineTraffic można było zauważyć, że około 20 km od wybrzeży syryjskich pojawił się nagle rosyjski wojskowy statek ratunkowy „Profesor Nikołaj Muru”. Kiedy nieco później Moskwa potwierdziła, że Ił-20M został zestrzelony, stało się jasne, że statek wysłano w tamten rejon, by szukać ocalałych członków załogi samolotu. Pytanie, co rosyjski zwiadowczy Ił-20M robił właśnie w tym rejonie, skoro miał patrolować rejony w głębi lądu, wiele kilometrów na wschód od miejsca katastrofy?

Początkowo w rosyjskich mediach pojawiła się wersja, że samolot zestrzelili… Francuzi. W pobliżu wybrzeży Syrii znajdowała się akurat fregata Auvergne, która miała wykonywać w tym czasie strzelania rakietowe. Ale już kilka godzin później, 18 września rano, rosyjskie ministerstwo obrony ogłosiło, że winę za zestrzelenie Iła ponoszą Izraelczycy: atakujące cel w Latakii myśliwce miały rzekomo wykorzystać wolno poruszający się turbośmigłowy samolot rosyjski jako żywą tarczę. Minister Siergiej Szojgu w rozmowie telefonicznej ze swym izraelskim odpowiednikiem Awigdorem Liebermanem oświadczył, iż „wina za zestrzelony samolot rosyjski i śmierć załogi leży całkowicie po stronie izraelskiej”.

Rosjanin, Izraelczycy i syryjska rakieta

Ił-20M wystartował z Chmejmim o godzinie 21.31. Osiem minut później cztery izraelskie samoloty nad neutralnymi wodami Morza Śródziemnego wyszły na pozycje, z których mogły odpalić przeznaczone dla celu w Latakii szybujące bomby lotnicze GBU-39. Jednocześnie Izrael poinformował Rosjan o początku ataku. Znajdując się około 90 km od Latakii samoloty zrzuciły bomby. Była 21.40. Dziesięć minut później GBU-39 dosięgły celu – transport uzbrojenia dla Hezbollahu został zniszczony, a reżimowe media syryjskie donosiły, że w nalocie rannych zostało 10 osób.

Dopiero w tym momencie, o 21.50 dowództwo w Chmejmim – jak twierdzi rzecznik rosyjskiego resortu obrony – wydało załodze Iła rozkaz powrotu do bazy. Maszyna była w tym momencie na północ od bazy, na pułapie 6 km. Pojawia się pytanie: dlaczego Ił-20M dostał rozkaz lądowania w Chmejmim, skoro wiedziano, że w pobliżu doszło do nalotu i mogą tam jeszcze krążyć izraelskie maszyny? Teoretycznie można było samolot skierować do bazy lotnictwa syryjskiego Kuweires niedaleko Aleppo – jak zdarzało się już w przeszłości. Odpowiedź kryje się w dalszym locie Iła. Otóż wcale nie skierował się on na lotnisko. Położenie Iła (pułap plus odległość od bazy) w momencie jego trafienia kilkanaście minut później wskazuje, że samolot nawet nie szykował się do lądowania. Ił-20M, zamiast lądować w Chmejmim, przeleciał z północy na południe, jakieś 25 km na wschód od lotniska, po czym skręcił na zachód i wyszedł nad morze na dystans 25-30 km, przybliżając się do izraelskiej grupy myśliwców. Po czym skręcił na północ i wciąż zbliżał się do Izraelczyków.

czytaj dalej tu: Narobili bałaganu, winę zrzucili na Żydów. Ostatni lot rosyjskiego szpiega


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com