Archive | January 2019

Jury to be chosen for Brussels Jewish museum terror attack trial

Jury to be chosen for Brussels Jewish museum terror attack trial

MATTHIEU DEMEESTERE


Mehdi Nemmouche suspected in 2014 shooting that killed four people, including 2 Israelis; Jewish leader warns defense team may claim Mossad behind killing spree
This court drawing made on June 26, 2014, shows Mehdi Nemmouche, center, the suspect in a deadly terror attack at the Brussels Jewish Museum, during a court hearing in Versailles, France. (AFP Photo/Benoit Peyrucq)

BRUSSELS, Belgium (AFP) — A jury will be chosen on Monday for the trial of a Frenchman accused of shooting dead four people at the Jewish museum in Brussels in 2014 following his return from Syria.

Mehdi Nemmouche, allegedly the first battle-hardened jihadist to stage a terror attack on European soil, goes on trial Thursday for his killing spree in the Belgian capital on May 24, 2014.

Both Nemmouche, 33, and Nacer Bendrer, a fellow Frenchman aged 30 who allegedly supplied the weapons, claim they are innocent.

The pair will appear at a Brussels criminal court at 9:00 a.m. local time when the process of selecting the 12-member jury begins.

The full trial will open three days later, with the two facing charges of “terrorist murder,” which carries a life sentence.

More than 100 witnesses are to testify at the trial, which will be attended by the victims’ families and Jewish community leaders who have denounced the anti-Semitic nature of the attack.

People pay their respects in front of a makeshift memorial at the entrance of the Jewish Museum in Brussels, on May 25, 2014. (AFP/Georges Gobet)

And more than 300 Belgian and foreign journalists have registered to cover the proceedings which could last until the end of February.

82 seconds of terror

The deadly attack, which lasted only 82 seconds, took place on a Saturday afternoon, in a shooting that shocked Belgium and the world.

Firing a pistol and then an assault rifle, the gunman killed two Israeli tourists, a French volunteer and a Belgian receptionist at the Jewish Museum.

Nemmouche — born to a family of Algerian origin in the northern French town of Roubaix but immediately put into foster care — was arrested six days after the attack.

He was caught in the southern French port city of Marseille after arriving on a bus from Brussels. In his possession was a handgun and an assault rifle.

Prior to the attack, Nemmouche is said to have fought in Syria as part of a jihadist faction and is also accused of acting as a jailer of kidnapped French journalists.

Investigators say Nemmouche was in Syria from 2013 to 2014 which was where he met Najim Laachraoui, a member of the gang which went on to carry out the Brussels suicide bombings that killed 32 people in March 2016.

French national Mehdi Nemmouche, right, sits in the back of a police vehicle as he arrives at the courthouse in Brussels on December 20, 2018, for a preliminary hearing in his trial for killing four people in a terror attack at the city’s Jewish Museum . (Thierry Roge/Belga/AFP)

Radicalized inmates

That same Brussels cell is also alleged to have coordinated and sent jihadists to carry out the Paris massacre of November 13, 2015, in which 130 people were killed and hundreds more wounded.

Both attacks were claimed by the Islamic State (IS) group, whose activities in Syria and Iraq lured thousands of jihadists from Europe.

Nemmouche and Bendrer, investigators say, met nearly a decade ago while serving time in a prison in Salon-de-Provence, southern France, where they were both described as “radicalized” inmates who tried to win others over.

Bendrer was arrested in Marseille seven months after the Jewish Museum attack and charged as Nemmouche’s accomplice.

Although he was jailed for five years in September by a French court for attempted extortion, he was transferred to Belgium for the trial.

Jailer of hostages

Nemmouche is expected to face a separate trial in France for holding French journalists hostage in Syria after being charged in November.

The former hostages are expected to testify about Nemmouche’s character during the Brussels trial, despite the defense arguing that theirs is a separate case.
Lawyers for Mehdi Nemmouche, a French suspect in the Brussels Jewish museum attack, Henri Laquay, center, and Sebastien Courtoy, right, speak with the media at the Palace of Justice in Brussels on Thursday, September 21, 2017. (AP Photo/Virginia Mayo)

Nemmouche is said to have voiced admiration for Mohamed Merah, who murdered a Jewish father, his two children and an eight-year-old girl in a 2012 attack on a Jewish school in the southern French city of Toulouse.

Belgian Jewish leader Yohan Benizri told AFP he feared Nemmouche’s lawyers Sebastien Courtoy and Henri Laquay will try to “play down” the anti-Semitic nature of the museum attack.

The defense team, Benizri added, may even try to “twist” the facts by repeating “totally far-fetched” claims that Israel’s intelligence service Mossad staged the attack.

“We don’t want Mehdi Nemmouche to become a star. He is a terrorist,” said Benizri, who heads the Belgian Federation of Jewish Organizations.

Courtoy himself suggested Israeli agents could be behind the attack when he spoke at a pre-trial hearing on December 20.

“There was the same kind of talk in conspiracy and anti-Semitic circles after the September 11 attacks in the United States,” Benizri warned.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Nikołaj Jeżow: upadek krwawego karła. Jak Stalin wykończył swojego pupila

Nikołaj Jeżow: upadek krwawego karła. Jak Stalin wykończył swojego pupila

Wacław Radziwinowicz


Fragment kolażu dwóch zdjęć wykonanych na Kremlu 20 stycznia 1938 r. przedstawiających nowy rząd ZSRR. Pierwszy od lewej Józef Stalin, czwarty – Nikołaj Jeżow (cały kolaż niżej) (Fot. East News)

Z Nikołajem Jeżowem Stalin rozprawił się bardzo okrutnie. Równo 80 lat temu pozbawił go funkcji szefa NKWD. Ale to był tylko epizod sadystycznej gry, jaką długo toczył ze swym ulubionym wcześniej “Jeżowikiem”.

Kiedy go wprowadzono, zaczął płakać, krzyczeć, wyrywać się. Wierzgał krótkimi nóżkami, jakby przez monstrualnie grube podeszwy znoszonych kamaszy parzył go gładki beton podłogi często zmywanej do czysta strumieniami wody ze szlauchów.


Nikołaj Jeżow: kat pod drewnianą ścianą

Nie, za nic nie chciał stanąć przed ścianą wyłożoną kłodami. On sam trzy i pół roku wcześniej kazał wydłubywać z tych bali kule, które przeszyły głowy Lwa Kamieniewa i Grigorija Zinowiewa.

A kiedy agenci NKWD robili rewizję w jego gabinecie ludowego komisarza transportu wodnego, znaleźli te pociski. Każda troskliwie przechowywana w szufladzie biurka makabryczna pamiątka była pieczołowicie zawinięta w papier z nazwiskiem tego, którego zabiła.

On świetnie rozumiał, dlaczego podłoga w tej sali jest ukośna, obniża się w kierunku ściany z pni. Czemu służą niedbale rozrzucone na niej szlauchy, a betonowa posadzka jest tak gładka. To po to, by kałuże krwi i rozbryzgane mózgi zastrzelonych na jego rozkaz można było szybko zmyć, zanim wprowadzi się następną partię skazanych.

Po takiej gładzi bez trudu można było zaciągnąć trupy do sztolni, którą już same ześlizgiwały się wprost do połutorek, półtoratonowych ciężarówek GAZ-AA z napisem „Przewóz chleba”, które wiozły ładunek prosto na ruszty krematorium na cmentarzu Dońskim.

Wszystko to dobrze wiedział, bo sam skrupulatnie dopracowywał algorytm pracy fabryki śmierci w ponurym budynku przy zaułku Warsonofijefskim na tyłach moskiewskiej Łubianki.

Kolaż dwóch zdjęć wykonanych na Kremlu 20 stycznia 1938 r. przedstawiających nowy rząd ZSRR. Jego najważniejsi członkowie siedzą w pierwszym rzędzie: Nikołaj Jeżow, ludowy komisarz spraw wewnętrznych, drugi od prawej, piąty – Józef Stalin, sekretarz generalny Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Pozostali, patrząc od lewej: członek Biura Politycznego WKP(b) Andriej Żdanow, przewodniczący Rady Związku Rady Najwyższej ZSRR Andriej Andriejew, przewodniczący Prezydium RN ZSRR Michaił Kalinin, ludowi komisarze: spraw zagranicznych – Wiaczesław Mołotow, obrony – Kliment Woroszyłow, komunikacji – Lazar Kaganowicz, przemysłu spożywczego – Anastas Mikojan. Fot. East News

I tego, spod ręki którego od lat wychodził gotowy produkt tutejszej zabójczej taśmy produkcyjnej, osobiście znał bardzo dobrze. Dla stalinowskiego mistrza katowskiego, oficera NKWD Wasilija Błochina, 4 lutego 1940 r. był dniem szczególnym. Strzelać, co od dawna zdarzało mu się bardzo rzadko, przyszło mu tylko jeden raz. Za to do kogo! Wśród zabitych przez niego, a było ich może ponad 50 tys., to była figura najważniejsza: osoba swego czasu druga w całym imperium, ulubieniec Stalina, bohater pieśni, filmów, patron ulic, miast, parostatków, generalny komisarz bezpieczeństwa państwowego (odpowiednik marszałka), ludowy komisarz spraw wewnętrznych (minister), ludowy komisarz transportu wodnego, kandydat na członka Biura Politycznego, zwany też „krwawym karłem” reżyser Wielkiej Czystki Nikołaj Jeżow.

Pod drewnianą ścianą oszalały ze strachu skazaniec łkał i coś bełkotał. Nie był gotów umierać, jak wcześniej obiecywał, „z imieniem Stalina na ustach”.

Doświadczony Błochin strzelił do swego byłego przełożonego precyzyjnie, jak strzelał zawsze. I to było najlepsze, co mogło wtedy spotkać zamęczonego przez stalinowskich oprawców zbrodniarza.

Nikołaj Jeżow, chłopak spod Suwałk

Karierę u bolszewików młody Jeżow robił dzięki życiorysowi skorygowanemu zgodnie z wymogami czasów porewolucyjnych.

Podawał się w nim za urodzonego w Sankt Petersburgu syna odlewnika w słynnych Zakładach Putiłowskich, w których też sam miał w młodości pracować. To ważne, bo petersburski, największy w Rosji, a trzeci w Europie kombinat metalurgiczno-maszynowy był na początku XX w. w agrarnym kraju centrum rewolucyjnego ruchu robotniczego.

W rzeczywistości Iwan Jeżow, ojciec Nikołaja, w 1895 r., kiedy na świat przyszedł syn (ponoć akurat 1 maja, ale być może przyszły ludowy komisarz sam domalował sobie proletariacką datę urodzin), mieszkał w Mariampolu (dziś litewskie Marijampole) w guberni suwalskiej, gdzie służył w carskiej policji. Jego żona była Litwinką. Sam Jeżow początkowo się chwalił, że dobrze mówi po litewsku i po polsku.

Do bolszewików, jak twierdził sam, miał przystać jeszcze w maju 1917 r. i był aktywnym rewolucjonistą.

W pierwszym wydaniu stalinowskiego „Krótkiego kursu historii WKP(b)” (1938 r.) zapewniano, że w październiku 1917 r. na froncie zachodnim masy żołnierskie do rewolucyjnego powstania przygotowywał na Białorusi tow. Jeżow. Z kolejnych wydań komunistycznej biblii Jeżowa już zdymisjonowanego, potem aresztowanego i w końcu rozstrzelanego, wymazali.

Natomiast z dokumentów wynika, że w burzliwy czas przewrotu bolszewickiego Jeżow albo się leczył w lazarecie wojskowym, albo służył jako pisarz w swoim pułku zapasowym. Bo wprawdzie miał za sobą trzy, a może tylko jedną klasę szkoły podstawowej, ale wśród masy analfabetów powołanych do wojska carskiego okazywał się człowiekiem całkiem „gramotnym”.

Z lipną biografią, bez rewolucyjnej przeszłości, bez wykształcenia „tow. Jeżow” zrobił jednak zadziwiającą karierę partyjną. Zaczynał na stanowiskach na średnich urzędniczych szczeblach komitetów partii w kolejnych dalekich prowincjach, lecz już jako 32-latek znalazł się w Moskwie.

21-letni Nikołaj Jeżow (stoi) jako żołnierz carskiej armii. Fot. Domena publiczna

Nikołaj Jeżow – wykonawca idealny

Jeżow, który wybrany na delegata na XIV zjazd WKP(b) został przysłany do stolicy z Kazachstanu, wpadł w oko Iwanowi Moskwinowi kierującemu Organizacyjno-Rozdzielczym Wydziałem Komitetu Centralnego (Orgraspriedotdieł). Ten niby niepozorny, zapełniony kartotekami personalnymi urząd w rzeczywistości miał dla biurokratycznej maszyny bolszewików kluczowe znaczenie.

To on napędzał karuzelę nomenklatury, decydował, kogo z funkcjonariuszy partii gdzie postawić, kogo zdjąć, kogo przesunąć. W burzliwych latach 20., kiedy wciąż trwały frakcyjne walki o władzę nad imperium, kiedy Stalin jeszcze nie stał się „Gospodarzem”, gra kadrami decydowała nie tylko o rozkładzie sił, ale także o tym, kto będzie żył i rządził.

Moskwin stał się pierwszym protektorem Jeżowa. Oceniał go bardzo wysoko: Nie znam bardziej idealnego pracownika niż on. To znaczy nie tyle pracownika, ile wykonawcę. Jeśli mu się coś powierzy, można już niczego nie sprawdzać i mieć pewność – on wszystko zrobi.

Zauważał jednak i „istotną wadę” swojego młodego pupila: On nie potrafi się zatrzymać. I czasem trzeba mu się przypatrywać, żeby na czas go powściągnąć. Krwawa historia Jeżowa dowiodła, że Moskwin miał rację.

Przybysz z prowincji przypadł do serca także Sofii, żonie szefa. Może wzruszył ją wyglądający jak chłopczyk chudziutki, niziutki (151 cm) gość, którego mąż zapraszał często na domowe obiady. Podsuwała mu najlepsze kąski, biadoliła, że mało je. Czyściła mu zniszczone buty na wysokiej podeszwie, przyszywała guziki do wciąż tej samej „gimnastiorki” (wojskowej kurtki), czyściła ten sam płaszcz przez okrągły rok.

Gdy w czasie Wielkiej Czystki Moskwin został aresztowany, Sofia napisała list do ludowego komisarza spraw wewnętrznych Jeżowa, prosząc o pomoc i przypominając, ile dobra doznał od niej i męża. W odpowiedzi szef NKWD wtrącił również ją do więzienia. Cała rodzina Moskwinów, w tym ich przybrana córka, została rozstrzelana. Jeżowa rzeczywiście trudno było powstrzymać.

Nikołaj Jeżow (1895-1940), ludowy komisarz (minister) spraw wewnętrznych ZSRR i szef NKWD, na fotografii z 1937 r. Fot. Fine Art Images

Pierwszy kadrowy

W samym Organizacyjno-Rozdzielczym Wydziale Komitetu Centralnego miejsce swego byłego szefa Jeżow zajął w 1929 r. Pięć lat później stanął też na czele Komisji Kontroli Partyjnej. Stalin powierzył mu też wtedy „oczyszczenie” szeregów partyjnych z „elementów przypadkowych i wrogich”.

To jeszcze nie były represje na wielką skalę, lecz „wegetariańska” biurokratyczna operacja kadrowa polegająca na powszechnej wymianie legitymacji partyjnych poprzedzonej weryfikacją członków.

I tak prymitywny nieuk stał się w rzeczywistości „pierwszym kadrowym” Stalina.

Wodzowi podobało się to, co trwożyło Moskwina – idealny wykonawca, którego nic nie zatrzyma. Obaj podobnie rozumieli najważniejsze zasady gry. Gospodarz powtarzał, że „kadry decydują o wszystkim”.

Jego „kadrowik” wbijał do głowy swoim podwładnym, że sztuka sprawowania władzy sprowadza się do jednego – umiejętnego sterowania kadrami. Wymagał od nich, by wiedzieli i pamiętali wszystko o funkcjonariuszach partyjnych nawet w najbardziej oddalonych regionach, za które odpowiadali.

Musieli znać ich przeszłość, sytuację rodzinną, a przede wszystkim, z kim się przyjaźnią, z kim z naczalstwa są związani, kogo z działaczy niższych szczebli można uważać za ich klientów…

Na tropie centrum centrów

Człowiek o tak szerokiej i głębokiej wiedzy o kadrach, a do tego jeszcze idealny, „niepohamowany” wykonawca, był potrzebny Stalinowi do realizacji planów już bardzo ludożerczych.

Ta misja Jeżowa zaczęła się 1 grudnia 1934 r. Tego dnia na korytarzu Smolnego, siedziby leningradzkiego komitetu partii, bolszewik Leonid Nikołajew zastrzelił popularnego dygnitarza komunistycznego Siergieja Kirowa.

Kto stał za zamachowcem, do dziś nie wiadomo. Może sam Stalin obawiający się konkurencji ze strony ulubieńca mas partyjnych. Przywódcy ta śmierć była w każdym razie bardzo na rękę. Błyskawicznie wprowadził zmiany do kodeksu karnego, zgodnie z którymi oskarżeni o terroryzm mieli być skazywani w pozasądowym trybie uproszczonym, a ich egzekucje wykonywane bezzwłocznie.

Prowadzenie śledztwa w sprawie śmierci Kirowa powierzono „kadrowikowi” Jeżowowi, który żadnego policyjnego stażu nie miał. I to przy „żywym”, to znaczy wciąż kierującym Ludowym Komisariatem Spraw Wewnętrznych, doświadczonym czekiście Genriku Jagodzie.

Bo Stalinowi nie było potrzebne dochodzenie, lecz krwawa operacja kadrowa na ogromną skalę. A do jej przeprowadzenia – „niepohamowany” ekspert od kadr.

Jego zadaniem było nie tyle zdemaskowanie i ukaranie winnych, ile wyplenienie wszystkich i wszystkiego, co mogłoby się przeciwstawić dyktatorowi.

Jeżow miał wykryć, a w rzeczywistości wymyślić opozycyjne „centrum centrów”, w którym mordercze intrygi knuli wspólnie członkowie „starej leninowskiej gwardii” (i „lewicowi”: Kamieniew, Zinowiew, i „prawicowi”: Nikołaj Bucharin, Aleksiej Rykow, Lew Trocki) oraz „byli ludzie”, czyli ci, którzy za cara stanowili klasy rządzące.

Nie udało mu się, jak to określały gazety, „rozgnieść gada” jednym potężnym ciosem. Ale w wyniku trzech kolejnych głośnych „procesów moskiewskich” do sierpnia 1938 r. zgładził najważniejszych (poza Trockim, który jeszcze przez dwa lata czekał w Meksyku na siepaczy z Moskwy) potencjalnych konkurentów „Gospodarza”.

22 kwietnia 1937 r. Inspekcja budowy Kanału Moskwa-Wołga. Od lewej Woroszyłow, Mołotow, Stalin oraz Jeżow, którego nie ma na zdjęciu publikowanym po jego upadku Fot. domena publiczna

„Jeżowe rękawice”

Głowy hydry miały być jednak nie ścięte, ale wyrwane z mięsem. Wyplenić Stalin chciał wszystkich, którzy mieli lub mogli mieć cokolwiek wspólnego z oponentami. I to zadanie powierzył Jeżowowi mianowanemu 26 września 1936 r. ludowym komisarzem spraw wewnętrznych.

Niezapomnianym symbolem wysiłków „niepowstrzymanego” stały się „jeżowe rękawice”. Wcześniej tak określano w Rosji skórzany ochraniacz na dłonie służący do łapania jeży. A w 1937 r. w gazetach stalinowskiego komisarza rysowano jako herosa z marszałkowskimi gwiazdami na klapach wojskowego szynela, który odziany w kolczaste rękawice ze skóry jeża dusi hydrę kontrrewolucji. On mawiał, że „tysiąc rozstrzelanych przez pomyłkę nie stanowi wielkiego problemu”, bo „lepiej przegiąć, niż nie dogiąć”.

Ciął z rozmachem. W czasie rozpoczętej i prowadzonej pod jego dowództwem Wielkiej Czystki, czyli oficjalnie od sierpnia 1937 r. do listopada 1938 r., NKWD co miesiąc wtrącało średnio po 100 tys. ludzi, a 40 tys. rozstrzeliwało. Ilu jeszcze oprawcy zatłukli w czasie dozwolonych i wręcz zalecanych przez najwyższe władze tortur, dziś policzyć się już nie da. Według oficjalnych szacunków w czasie Wielkiej Czystki aresztowano ponad półtora miliona ludzi, 700 tys. z nich stracono.

Stalin i Jeżow domagali się od podwładnych coraz wyższej wydajności. Funkcjonariuszom w guberniach narzucali plany, ilu mają wziąć zaliczonych do „pierwszej kategorii” (skazanych na śmierć), ilu do „drugiej” (zesłani do łagrów). W odpowiedzi z prowincji przychodziły prośby o „podwyższenie planów”. Pełną parą w regionach pracowały „trojki” (szef obwodowego NKWD, prokurator, sekretarz partii), które automatycznie, bez przeglądania dokumentów czy wysłuchania oskarżonych, taśmowo zatwierdzały wyroki.

Ulubieniec

„Niepohamowany” czyściciel, 42-letni (w 1937 r.) minister, marszałek, kandydat na członka Biura Politycznego, szef Komisji Kontroli Partyjnej stał się drugą osobą w państwie.

Miał nieograniczony „dostęp do ucha”. Od początku 1937 r. do listopada 1938 r. odwiedził 290 razy jego gabinet i spędził tam w sumie 850 godzin. Gospodarz pieszczotliwie nazywał go „Jeżowikiem”. A prasa pisała, że jest „pitomcem” (ulubieniec-wychowanek) Stalina.

Kiedy wytężona praca doprowadzała go na skraj wyczerpania, towarzysze, okazując troskę, dawali mu partyjne polecenia udania się na urlop, zapewniali najlepsze warunki leczenia.

Gazety publikowały poemat Dżambuły Dżabajewa „Narkom [ludowy komisarz] Jeżow”. Ludowy poeta Kazachstanu opiewał swego bohatera, który „bystrooki i mądry” objawił się narodowi „w świetle błyskawicy”, a „dla bitwy piastowało go rozumne słowo wielkiego Lenina”.

Imię komisarza nadano parostatkowi, który przewoził więźniów do łagrów nad Kołymą, miastu Czerkiesk, licznym ulicom w całym kraju, stadionowi kijowskiego Dynama.

Symetria wzlotu i upadku Nikołaja Jeżowa

Potężny, wychwalany Jeżow upadał dokładnie tak samo, jak wznosił się na szczyty. I to było dla niego torturą, która sprawiała, że wpadał w panikę, bo już przy pierwszych oznakach tego, że wpadł w niełaskę, musiał doskonale rozumieć, co się będzie dziać z nim dalej i jaki będzie koniec.

Do NKWD wszedł tylnymi drzwiami przystawiony do swego poprzednika Jagody. I szybko zaczął się pozbywać ludzi wciąż urzędującego komisarza.

Stalin narzucił mu w sierpniu 1938 r. jako zastępcę Ławrientija Berię. A ten od razu zaczął się rozprawiać z oficerami wiernymi urzędującemu komisarzowi i samodzielnie też nad głową szefa rządzić na Łubiance.

Jagoda w 1936 r. przekazywał Stalinowi materiały kompromitujące Jeżowa – relacje o jego pijaństwie, homoseksualnych orgiach, dowody na to, że sfałszował biografię. On Berii wyciągnął współpracę z wywiadem białych.

Stalin okazał się nieczuły i wtedy, i teraz. Kiedyś potrzebował Jeżowa do przeprowadzenia wielkiej rzezi. Dwa lata później Beria okazał się niezbędny do zorganizowania koronkowej operacji spowolnienia machiny terroru, rozprawienia się z najbardziej gorliwymi katami, ale jednocześnie zachowania aparatu represji w stanie gotowości bojowej i utrzymania morale jego funkcjonariuszy. Jego zadaniem była likwidacja wspólnika Stalina i narzędzia odrzuconego już przez „Gospodarza”.

Kierując Jagodę na boczny tor, Stalin uczynił go we wrześniu 1936 r. komisarzem łączności. Jeżow, formalnie wciąż jeszcze komisarz spraw wewnętrznych, został w kwietniu 1938 r. szefem resortu transportu wodnego.

Ale znakomicie rozumiał, że gospodarz prowadzi go tą samą drogą co Jagodę, który, kiedy się „zużył”, został najpierw poddany okrutnym torturom, a w końcu rozstrzelany za rzekomą współpracę z obcymi wywiadami. To koszmarne déja vu zapowiadające nieuniknioną, straszną zagładę sprawiało, że pił, jak to mówią w Rosji, „nie przesychając”.

W kremlowskim mieszkaniu, na daczy, w gabinetach chomikował butelki wódki, naładowane i odbezpieczone pistolety. Dobrze wiedział, że będą go katowali, obcinali uszy, gwałcili nóżką taboretu. Sam przecież wiele razy był przy torturach, w miarę swych wątłych sił osobiście bił przesłuchiwanych.

Nie miał jednak odwagi się zastrzelić. W panice przyspieszał areszty i egzekucje tych, którzy mogliby go obciążyć. A podwładnym, którzy wiedzieli o nim zbyt dużo, wysyłał sygnały, że pora zniknąć.

Żonie Jewgienii, która, nie wytrzymawszy napięcia, załamała się psychicznie, przysłał do szpitala figurkę gnoma. To był znak, że wszystko już przepadło. Popełniła samobójstwo.

9 grudnia 1938 r. „Prawda” i „Izwiestia” krótkimi notatkami na ostatnich stronach doniosły, że tow. Jeżow „na własną prośbę” przestał być komisarzem spraw wewnętrznych.

Transparent z wielkim portretem Nikołaja Jeżowa (i mniejszym Stalina) niesiony w 1938 r. podczas manifestacji z okazji 21. rocznicy wybuchu rewolucji październikowej. Kilka tygodni później Jeżow stracił stanowisko szefa NKWD, potem został zesłany na podrzędne stanowisko ludowego komisarza transportu wodnego, a w końcu aresztowany i stracony. Fot. Domena publiczna

Stracony i zatarty

Wciąż nie potrafił wykorzystać szansy, jaką dał mu Stalin, i się zastrzelić. Cztery miesiące później był już w więzieniu. I to jakim – w cieszącej się najgorszą sławą podmoskiewskiej „Suchanowce”, gdzie nad ludźmi znęcali się szczególnie okrutnie.

Tu Jeżowem zajmował się wierny towarzysz Berii, potężny 130-kilogramowy Bogdan Kobułow. Bez trudu mógł podrzucić maleńkiego więźnia tak, by boleśnie uderzył o sufit celi, a potem spadł na podłogę. Już pierwszego dnia złamał mu rękę. A potem było już tylko gorzej. I trwało to długo.

Przed Wojskowym Kolegium Sądu Najwyższego były komisarz spraw wewnętrznych stanął dopiero 3 lutego 1940 r., czyli po 10 strasznych miesiącach w więzieniu. Został skazany na karę śmierci za rzekome przygotowanie przewrotu, zamachu na Stalina, współpracę z wywiadami Polski, Niemiec, Francji i Japonii. Te oskarżenia, podobnie jak w przypadku Jagody, były bezpodstawne i absurdalne. Wyrok jednak wykonano natychmiast.

„Gospodarz”, fizycznie zniszczywszy „Jeżowika”, po cichu zatarł wszelkie ślady po swym ulubieńcu. Jego imię znikło z nazw ulic i miast. Parostatek dostał nowego patrona. A z licznych zdjęć Stalina czy innych dygnitarzy starannie i umiejętnie wyretuszowano maleńką figurkę potężnego niegdyś ludowego komisarza spraw wewnętrznych.


Korzystałem m.in. z książek „Jeżow. Żelazna pięść Stalina” J. Archa Getty’ego i Olega Naumowa oraz „Stalinskij pitomiec” Nikity Pietrowa i Marka Jansena


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Congresswoman Rashida Tlaib Condemned for Deploying Antisemitic Twitter

New Congresswoman Rashida Tlaib Condemned for Deploying ‘Dual Loyalty’ Antisemitic Canard in Twitter Attack on Middle East Bill

Ben Cohen


Michigan Congresswoman Rashida Tlaib embraces House Speaker Nancy Pelosi at the first session of the US Congress in 2019. Photo: Reuters / Jonathan Ernst.

Newly-elected Michigan Congresswoman Rashida Tlaib came under fire on Monday for tweeting that fellow legislators who supported a bill to strengthen US security measures in the Middle East “forgot what country they represent” — invoking, in the eyes of many observers, the classic antisemitic canard that Jews care only for their own community and the State of Israel, and not the countries in which they reside as loyal citizens.

Tlaib was commenting on an earlier tweet from Sen. Bernie Sanders (I-VT) complaining that the first bill during the current US government shutdown “is legislation which punishes Americans who exercise their constitutional right to engage in political activity.” Sanders was referring to those parts of the bill — primarily focused on measures enhancing security cooperation between the US, Israel and Jordan, as well as prosecuting war crimes committed by the Assad regime against its own citizens in Syria — that would penalize the implementation of economic and commercial boycotts targeting Israel.

Tlaib responded by introducing the “dual loyalty” accusation — leveled against Jews or those perceived as Jews across several centuries, often with devastating consequences — to make the point that “boycotting is a right.”

Rashida Tlaib

@RashidaTlaib

They forgot what country they represent. This is the U.S. where boycotting is a right & part of our historical fight for freedom & equality. Maybe a refresher on our U.S. Constitution is in order, then get back to opening up our government instead of taking our rights away.

Bernie Sanders

@SenSanders

It’s absurd that the first bill during the shutdown is legislation which punishes Americans who exercise their constitutional right to engage in political activity. Democrats must block consideration of any bills that don’t reopen the government. Let’s get our priorities right. https://twitter.com/theintercept/status/1081664403622252544 

read more:   New Congresswoman Rashida Tlaib Condemned….


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


FOLLOWING PROTESTS, LONDON MOSQUE CANCELS PLANNED HOLOCAUST EXHIBITION

FOLLOWING PROTESTS, LONDON MOSQUE CANCELS PLANNED HOLOCAUST EXHIBITION

JTA


The Centre for Islamic Understanding in Golders Green, which did not say why it cancelled the event, was due to hold the exhibition about Muslim Albanians who rescued Jews.

JEWISH MEN share a conversation in Golders Green, London, in January 2015.. (photo credit: REUTERS)

Following protests by Muslims, a mosque in London dropped plans to host an exhibition on Muslims who saved Jews during the Holocaust.

The Centre for Islamic Understanding in Golders Green, which did not say why it cancelled the event, was due to hold the exhibition about Muslim Albanians who rescued Jews on Sunday.

It abandoned the plan after some Muslims protested the planned event’s links with Yad Vashem, Israel’s Holocaust museum, the Jewish News of London reported Friday.

Calls for a boycott were spearheaded by Roshan Salih, editor of the British Muslim news site 5 Pillars.

“Commemorations must never be done in conjunction with Israeli oppressors or their supporters,” he said. In response to the cancellation, he wrote that the mosque “is to be commended for responding to community concerns.”

Jews who helped community leaders at the mosque set up the exhibition had said prior to the cancellation that they saw the event as a significant moment in Jewish-Muslim relations in Golders Green, which is one of the United Kingdom’s most-heavily Jewish areas.

It’s “incredibly important to remember that Jewish and Muslim communities have always historically supported each other and will always continue to do so,” Rabbi Natan Levy, head of operations at the Faith Forums for London, which helped organized the cancelled event, told the Jewish News.

“By spending more time together and seeking to understand our commonalities and appreciate our differences we can provide a united front against hatred,” he added.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


70. urodziny Izraela. Pamięci Amosa Oza

70. urodziny Izraela. Pamięci Amosa Oza

REDAKCJA


Fragment okładki autorstwa Edyty Marciniak / Chidusz 2018

Opublikowano w „Chiduszu” 5/2018 (30 maja 2018)

WIELKIE OTWARCIE AMBASADY USA W JEROZOLIMIE ZBIEGŁO SIĘ W CZASIE Z OSTRZELANIEM PRZEZ IZRAELSKĄ ARMIĘ PROTESTUJĄCYCH W STREFIE GAZY PALESTYŃCZYKÓW. WERSJI WYDARZEŃ JEST TYLE, ILU OPOWIADAJĄCYCH, A PEŁNEJ PRAWDY NIGDY NIE POZNAMY, PONIEWAŻ IZRAEL I USA ZABLOKOWAŁY MOŻLIWOŚĆ PRZEPROWADZENIA MIĘDZYNARODOWEGO ŚLEDZTWA. ROZWIĄZANIE KONFLIKTU W 70. ROCZNICĘ UTWORZENIA KRAJU JEST BARDZIEJ ODLEGŁE NIŻ KIEDYKOLWIEK WCZEŚNIEJ, GŁÓWNIE JEDNAK Z POWODU BRAKU DOBREJ WOLI ZE STRONY IZRAELSKICH I PALESTYŃSKICH POLITYKÓW.

Wielki dzień dla pokoju

Od 30 marca 2018, kiedy rozpoczęły się protesty przy płocie oddzielającym Strefę Gazy od Izraela, zginęło ponad stu Palestyńczyków, a blisko 3,5 tys. zostało rannych.

Najkrwawszy był 14 maja, kiedy odbyły się największe demonstracje na przygranicznym terenie. Tylko tego dnia izraelscy snajperzy zabili ponad 60 osób, a kilka tysięcy Palestyńczyków zostało rannych. Po stronie izraelskiej strat nie było, nie licząc np. zestrzelonego drona, który rozpylał gaz łzawiący nad protestującymi. Radość, jaka ogarnęła Palestyńczyków po jego zniszczeniu, sporo mówi o dysproporcji sił między obiema stronami, choć scena ta, przedstawiana w mediach, miała przede wszystkim pokazywać, że przyszli oni pod płot uzbrojeni. Propaganda Hamasu mówiła o pokojowych demonstracjach, prawicowa propaganda izraelska o gwałtownych zamieszkach. Prawda najpewniej leży pośrodku.  

Syjonistyczna Maria Antonina

W czasie najkrwawszych demonstracji w Gazie, Ivanka Trump – określona przez Michelle Goldberg na łamach „New York Timesa” syjonistyczną Marią Antoniną – z uśmiechem na ustach otwierała ambasadę USA w Jerozolimie, a politycy, z premierem Benjaminem Netanyahu na czele, mówili o wielkim dniu dla pokoju, wielkim dniu dla Izraela.

Większość komentatorów i osób zaangażowanych w proces pokojowy na Bliskim Wschodzie przecierało oczy ze zdumienia, oglądając relacje z dwóch miejsc oddalonych od siebie o zaledwie 90 km. Potępiono nieproporcjonalny do skali zagrożenia rozlew krwi, jakiego dokonała izraelska armia, a przeniesienie ambasady USA do Jerozolimy uznano za policzek wymierzony Palestyńczykom i jeszcze jeden krok oddalający jakąkolwiek możliwość pokojowego rozwiązania wciąż pogłębiającego się kryzysu izraelsko-palestyńskiego. Stany Zjednoczone – nie tylko wśród Palestyńczyków – straciły pozycję bezstronnego mediatora w konflikcie.

Jeszcze w marcu izraelski pisarz Amos Oz mówił w wywiadzie dla „Deutsche Welle”: Nie wiem, co stanie się w Jerozolimie, ale wiem, co powinno się tam wydarzyć. Każdy kraj – naśladując prezydenta Trumpa – powinien przenieść swoją ambasadę do Jerozolimy. Ale w tym samym czasie wszystkie kraje świata powinny stworzyć swoje ambasady we wschodniej Jerozolimie, stolicy Palestyny. Nie bez powodu światowa opinia publiczna zgodziła się już wiele lat temu, że o statusie Jerozolimy, tego chyba najbardziej zapalnego punktu rokowań pokojowych, zadecydować mogą tylko Izraelczycy i Palestyńczycy.

Groteskowy spektakl w Jerozolimie

Uroczystość otwarcia ambasady USA w Jerozolimie – ten urodzinowy prezent dla Izraela – Goldberg opisała jako groteskowy spektakl, zwieńczenie cynicznego sojuszu pewnych drapieżnych środowisk żydowskich (hawkish Jews) i amerykańskich syjonistycznych ewangelików, którzy wierzą, że powrót Żydów do Izraela jest konieczny, by zapoczątkować apokalipsę. Według tej wykładni teologicznej, po powrocie Chrystusa na ziemię wszyscy Żydzi, którzy nie dokonają nawrócenia, spłoną na zawsze, zatem kwestia żydowska wreszcie zostanie rozwiązana.

Polskiemu czytelnikowi być może trudno odnaleźć się w tym temacie. Jednak chrześcijańsko-syjonistyczne tezy o powrocie Żydów do Palestyny – a co za tym idzie, absolutnej konieczności wspierania tego procesu przez USA – od lat obecne są w amerykańskiej polityce. Po ostatnich wyborach prezydenckich mocno zakorzeniły się także w Białym Domu, szczególnie za sprawą obecnego wiceprezydenta Mike’a Pence’a.

Goldberg wskazała na aktywną obecność podczas uroczystości dwóch duchownych protestanckich. Pierwszy z nich to pastor Robert Jeffress, który powiedział kiedyś, że religie takie jak mormonizm, islam, judaizm czy hinduizm prowadzą ludzi do wiecznego oddalenia od Boga w piekle. I to właśnie on – podkreśla dziennikarka – został wybrany do odmówienia modlitwy otwierającej ceremonię przeniesienia ambasady. Z kolei John Hagee, jeden z najwybitniejszych amerykańskich kaznodziejów czasów ostatecznych, który powiedział kiedyś, że Hitler został wysłany przez Boga, żeby poprowadzić Żydów do ojczyzny ich praojców, odmówił błogosławieństwo na zakończenie uroczystości.

Zatem opinia o spektaklu przygotowanym pod amerykańskich syjonistycznych ewangelików, w którym uśmiech Marii Antoniny groteskowo splata się z dramatem Palestyńczyków ginących w Strefie Gazy, nie wydaje się być przesadzona.

O mesjanistycznej, syjonistycznej prawicy od dawna piszą największe amerykańskie media. Po 14 maja dołączyły do nich izraelskie gazety. „Haaretz” w kilka dni po otwarciu ambasady USA pytał, dlaczego Izraelczycy mieliby chcieć wsparcia od osób, które motywują swoje działania pragnieniem nawrócenia wszystkich Żydów na chrześcijaństwo? I zastanawiał się, do czego prowadzi wybiórcze traktowanie Biblii i religii.

Dlaczego Gaza podchodzi do płotu

W 2006 roku Hamas większością głosów wygrał wybory w Gazie. Od tego czasu Izrael nałożył na Strefę blokadę, uznawszy Hamas za organizację terrorystyczną i próbując (między innymi) w ten sposób zabezpieczyć się przed kolejnymi atakami. Reżim Hamasu rzeczywiście wzywał do ludobójstwa Żydów, doprowadził do wielu ataków terrorystycznych w Izraelu i represjonuje różne mniejszości w Gazie. Stany Zjednoczone, Kanada i Unia Europejska uznały Hamas za organizację terrorystyczną. Tyle tylko, że – jak przekonuje Yair Rosenberg na łamach amerykańskiego, żydowskiego magazynu „Tablet” – izraelska blokada Gazy wykracza daleko poza to, co konieczne, a w wielu przypadkach jest bardzo kapryśna i może być dla Izraela samobójcza.

Od ponad dekady Izrael nakłada surowe ograniczenia na żywność, wodę, elektryczność i inne podstawowe produkty, które docierają do Gazy. Kontroluje również całkowicie przestrzeń morską i powietrzną. Mieszkańcy Strefy nie mogą bez problemu wyjechać za granicę czy przedostać się na Zachodni Brzeg. Mogą w niełatwy sposób wyemigrować (bo ciężko nazwać to wyjazdem, skoro warunkiem jest, że nie wrócą do Gazy przez okrągły rok). Przy zamkniętym przejściu z Egiptem, Strefa stała się więc wielkim więzieniem pod gołym niebem – jak mówią Palestyńczycy – którego strażnikiem jest Izrael, i o którym świat zapomniał.

Jednak odpowiedzialność Izraela za sytuację w Gazie nie jest większa niż odpowiedzialność rządzącego tam Hamasu, który w co najmniej równym stopniu przyczynił się do obecnego kryzysu humanitarnego. Tyle tylko, że skoro opinia międzynarodowa zgodziła się co do tego, że w Gazie sprawowane są rządy terrorystycznego reżimu, więcej niż od Hamasu oczekuje się od demokratycznego, wyznającego zachodnie wartości społeczeństwa izraelskiego.

Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi przez międzynarodowe organizacje humanitarne, ludność cywilna Gazy z roku na rok cierpi coraz bardziej. Gospodarka została zniszczona, podobnie jak podstawowa infrastruktura i usługi. Mieszkańcy nie mają zapewnionej odpowiedniej opieki zdrowotnej, edukacji, a nawet energii elektrycznej. ONZ donosi, że 90% wody pitnej nie nadaje się do spożycia, a ponad 60% mieszkańców zależne jest od pomocy humanitarnej. W 2017 roku przeciwko Hamasowi wystąpiła Autonomia Palestyńska, która – nieco podobnie jak Izrael dekadę wcześniej – chciała w ten sposób osłabić i w konsekwencji pokonać swoich przeciwników. Niestety pomysł takiej kary– wymierzonej przecież ostatecznie w cywilną ludność Gazy – doprowadził jedynie do pogłębienia kryzysu.

Mogłoby się wydawać, że skoro zarówno Hamas, jak i Izrael są odpowiedzialne za sytuację w Gazie, to jej mieszkańcy powinni protestować również przeciwko własnym rządom. Nie zapominajmy jednak, że terrorystyczny Hamas nie pozwala ani na wolne wybory, ani na głos sprzeciwu wobec władzy. Chaos, destabilizacja i trupy na granicy leżą w jego interesie, a wspieranie protestów przeciwko Izraelowi pozwala na upust ogromnej frustracji zwykłych mieszkańców. Wróg zewnętrzny, jak to zawsze bywa, pozwala odwrócić oczy od sprawujących władzę.

Pomoc Trumpa

14 maja był najtragiczniejszym dniem w Gazie od 2014 roku. Protest około 40 tysięcy Palestyńczyków zbiegł się w czasie z otwarciem w Jerozolimie Ambasady USA oraz Dniem Nakby, oznaczającym dla Palestyńczyków „katastrofę”, czyli powstanie Izraela.

Jeżeli świat nie interesował się półtoramiesięcznym protestem, trudno się dziwić, że zdecydowano o skumulowaniu demonstracji w dniu przeniesienia ambasady USA do Jerozolimy, a nie (jak pierwotnie zakładano) dokładnie w rocznicę Nakby, czyli 15 maja. Zresztą Amerykanie również przyspieszyli proces przenoszenia ambasady, żeby mógł on odbyć się w 70. rocznicę powstania Izraela.

W całej tej sytuacji prezydent Trump przez przypadek zrobił coś dobrego – zwrócił uwagę świata na Gazę. Oby świat nie stracił zbyt szybko swojego zainteresowania.

Strzelać czy nie strzelać?

Jak przekonuje „Jerusalem Post”, zarówno większość izraelskiego społeczeństwa, jak i większość polityków murem popiera wszelkie działania militarne, które uniemożliwiają protestującym Palestyńczykom naruszenie izraelskich granic. Po ostatnich wydarzeniach toczy się jednak w kraju dyskusja na temat tego, w jaki sposób wojsko powinno reagować na podobne wydarzenia. Poseł Mosi Raz (z lewicowej partii Merec) przekonywał, że protesty Palestyńczyków są (między innymi) wynikiem lat blokady i bojkotowania Gazy przez Izrael. A zatem wojsko musi zrobić wszystko, żeby – jeżeli nie ma bezpośredniego zagrożenia życia żołnierzy – użyć takich metod walki, które nie doprowadzą do rozlewu krwi.

Czy armia działała w koniecznej obronie granic, czy jednak dopuściła się zbrodni wojennej? Takie pytanie stawia „Haaretz” i od razu dodaje, że eksperci są w tej sprawie podzieleni. Czy należy traktować wydarzenia w Gazie jako cywilny protest (a wtedy otwarcie ognia jest możliwe tylko przy bezpośrednim zagrożeniu życia), czy też jako konflikt zbrojny (w którym łatwiej pociągnąć za spust)? Większość pytanych ekspertów uważa, że sytuacja w Gazie zdecydowanie wymyka się standardowej klasyfikacji – bo choć większość demonstrantów nie była uzbrojona, nie były to pokojowe protesty. W stronę izraelskich żołnierzy rzucano kamieniami, granatami, koktajlami mołotowa, próbowano przełamać i zniszczyć ogrodzenie, puszczano płonące latawce, aby wzniecić pożar na polach uprawnych po drugiej stronie granicy.

A mimo to Michael Sfard, wybitny izraelski prawnik specjalizujący się w prawach człowieka, utrzymuje, że prawo wojenne absolutnie tutaj nie obowiązuje, a armia (w tym i w wielu innych przypadkach) narusza prawo międzynarodowe, ponieważ narażając cywilów nie działa w obronie własnego życia.

Międzynarodowi komentatorzy – w tym Amnesty International – zgadzają się, że krwawe protesty w Gazie powinny być traktowane jako zgromadzenia publiczne, a przez to podlegać przepisom organów ścigania, a nie regułom konfliktu zbrojnego.

Stąd żądanie międzynarodowego śledztwa przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, dla którego poparcie wyraziło wiele państw i organizacji międzynarodowych. Szybko jednak pomysł został storpedowany przez USA i Izrael. A przecież bez dochodzenia nie tylko nie dowiemy się pełnej prawdy o tym, co wydarzyło się na granicy z Gazą, ale również nie powstaną ogólnoświatowe procedury radzenia sobie z podobnymi sytuacjami i żadne (ewentualne) nadużycia izraelskich żołnierzy nie zostaną ukarane.

Z drugiej strony są głosy, które mówią, że Hamas używa pseudopokojowych demonstracji dla swoich terrorystycznych celów i armia izraelska musi ostro na nie reagować. Często wspomina się o likwidowanych palestyńskich terrorystach, ale rzadko słychać, ilu bezbronnych cywilów ci terroryści zdążyli w ogóle zabić. Pojawiają się więc komentarze, że dochodzi do kuriozalnej sytuacji, w której ktoś – poprzez przynależność do Hamasu – określany i zabijany jest jako terrorysta, choć mógł nie mieć okazji dopuścić się zbrodni. Jeszcze przed 14 maja – jak podała „Wyborcza” – izraelski minister edukacji Naftali Bennett zapowiedział, że każdy, kto zbliży się do granicy, zostanie uznany za terrorystę.

Czy protestujący mieli broń?

Kwestia posiadania broni przez Palestyńczyków to kluczowy argument za użyciem broni ciężkiej przez armię izraelską. Tysiące demonstrantów nie było uzbrojonych. Jednak byli wśród nich i tacy (wielu? niewielu? ilu?), którzy posiadali różnego rodzaju broń. Hamas zmanipulował wielu demonstrantów, by ruszyli na izraelską granicę i wzięli ze sobą taką broń, jaką posiadają. Po krwawym poniedziałku organizacja przyznała, że 50 spośród 62 zabitych Palestyńczyków było jej członkami. Zatem wśród pokojowych demonstrantów było wielu przedstawicieli terrorystycznego Hamasu. Czy jednak bycie członkiem tej organizacji jest już wystarczającym powodem, by zginąć? Tymczasem wielu użyło tego argumentu, żeby usprawiedliwić masakrę w Gazie.

Nokaut Izraela

15 maja, jak donosił „Haaretz”, Jonathan Conricus, rzecznik armii izraelskiej, zaciekle bronił reakcji wojska na protesty w Gazie. Przyznał jednak, że Izraelowi nie udało się zminimalizować liczby ofiar, i że niektórzy z Palestyńczyków zostali zabici przez pomyłkę. Dodał, że Hamas wygrał tę wizerunkową wojnę przez nokaut: Liczba ofiar wyrządziła nam niestety ogromną krzywdę i trudno było opowiedzieć naszą wersję wydarzeń. Podobno cała wypowiedź Conricusa została przez „Haaretz” wyjęta z kontekstu. Ciężko jednak sobie wyobrazić, jaki to kontekst pozwala zrozumieć krzywdę, jaką Izraelowi wyrządziła spora liczba ofiar.

Biały Dom wydał oświadczenie o odpowiedzialności Hamasu za śmierć mieszkańców Gazy, ostatecznie dając Izraelowi wolną rękę w kwestiach palestyńskich. Relacje między USA a Izraelem nigdy nie były tak bliskie, ale w tej bliskości czai się całkiem poważna możliwość poważnego oziębienia stosunków w niedalekiej przyszłości.

Wdzięczność Izraelczyków, którzy na cześć Trumpa nazwali jego imieniem plac przy ambasadzie, ma być – wedle słów Goldberg w „New York Timesie” – odwrotnie proporcjonalna do sympatii znacznej części Amerykanów, a na pewno większości amerykańskich Żydów, którzy Trumpa raczej nie lubią. Ich reakcją będzie powolne oddalanie się od idei syjonizmu. Zresztą od kilku lat ta dziwaczna amerykańska jednomyślność w sprawie Izraela powoli się rozpada.

Goldberg kończy swój artykuł słowami: Pewnego dnia Trump zniknie. Przy braku nadziei na rozwiązanie dwupaństwowe, wszystko wskazuje na to, że mniejszość żydowska będzie rządzić nad – w większości pozbawioną praw obywatelskich – muzułmańską większością zamieszkałą na wszystkich ziemiach kontrolowanych przez Izrael. Rosnące pokolenie Amerykanów być może zobaczy państwo apartheidu z placem Trumpa w swojej stolicy i będzie się zastanawiać, dlaczego ma być ono naszym przyjacielem.

Nienawidzimy się mocniej niż kiedykolwiek

Tuż po ceremonii ustanowienia ambasady USA w Jerozolimie, „Wyborcza” opublikowała rozmowę Pawła Smoleńskiego z Severem Plockerem, wicenaczelnym „Jedijot Achronot”. Plocker rysuje ponurą wizję stosunków izraelsko-palestyńskich, która nie wróży dobrego finału. Nienawidzimy się (…) mocniej niż kiedykolwiek w historii. Nawet po drugiej intifadzie i zamachach samobójczych było u nas i u nich więcej nadziei. Dzieli nas morze uprzedzeń, krzywd i przelanej krwi. I choć – jak przekonuje – podstawowym problemem Izraela jest rozwiązanie kwestii palestyńskiej, to proces pokojowy umarł, ciężko też wskazać polityków, którzy mogliby go przeprowadzić. Izrael nie tylko stanął w miejscu, ale wręcz się cofa. To prawdziwa tragedia, dodaje.

Plocker przypomina, że nie tylko Izrael jest winny tragicznej sytuacji mieszkańców Gazy, gdyż rządzący tam Hamas nie chce przyjąć pomocy Zachodu, która wiąże się z koniecznością uznania istnienia państwa Izrael.

Na tle kryzysu humanitarnego w Gazie, Zachodni Brzeg, pełen izraelskich osiedli, w ujęciu Plockera nie wygląda szczególnie lepiej: Awantury o wodę, które Palestyńczycy muszą przegrywać, bo są słabsi, osobne drogi dla osadników i Arabów, osobne wejścia do supermarketów, dla Izraelczyków drzwi otwarte, a obok bramki z wykrywaczami metalu dla Palestyńczyków. To przedsionek apartheidu albo już apartheid. Izrael już na tym traci, a może stracić jeszcze bardziej.

Plocker prognozuje, że zadecyduje demografia. Przy ciągłym przyroście ludności palestyńskiej Izrael czeka apartheid dla nowej mniejszości – Żydów. Zapytany o to, co sądzi na temat przeniesienia ambasady USA do Jerozolimy, odpowiada, że w politycznej rzeczywistości Izraela i Bliskiego Wschodu takie przywiązanie do symboli jedynie zaognia i tak już gorącą sytuację.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o “lekcji historii”, jaką dał w palestyńskiej telewizji na początku maja prezydent Abbas, w której obarczył Żydów winą za Zagładę. Zaraz po tym został oskarżony o antysemityzm i kilka dni później przeprosił. Tego typu incydenty polepszeniu stosunków nie pomagają.

Wielki finał tragedii palestyńsko-izraelskiej  

Amos Oz znany jest nie tylko ze świetnych powieści, ale też z tego, że jako jeden z pierwszych Izraelczyków od lat propaguje ideę two-state solution, czyli rozwiązania konfliktu palestyńsko-izraelskiego poprzez utworzenie dwóch oddzielnych państw dla obu narodów. Nazywany często fanatykiem rozwiązania dwupaństwowego, od ponad pięćdziesięciu lat objeżdża Stany Zjednoczone i Izrael, by przekonywać ludzi do swoich poglądów. Jego kampania rozpoczęła się oficjalnie w 1967 po wojnie sześciodniowej artykułem Kraj naszych przodków, w którym pisał, że nawet nieunikniona okupacja jest zdeprawowaną okupacją.

W 1978 Amos Oz był jednym z założycieli izraelskiej organizacji Peace Now promującej podobne rozwiązanie konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Kiedy zaczynałem tę kampanię – mówił w 2012 roku podczas konferencji Making History – narodowa konwencja zwolenników tego rozwiązania mogła się odbyć w budce telefonicznej, a w Stanach powszechnie uważano, że moje propozycje są próbą nawrócenia Żydów na islam. Ale to już dawno się skończyło. Nie ma już tej blokady poznawczej. Większość palestyńskich Arabów i izraelskich Żydów – zgodnie z poważnymi sondażami – w smutku i nieszczęściu, ale akceptuje rozwiązanie dwupaństwowe i gotowa jest do podziału kraju. To wielki krok do przodu.

Konferencję Making History, na której przemawiał Oz w 2012 roku, przygotowała amerykańska organizacja J Street, promująca – podobnie jak izraelskie Peace Now – rozwiązanie dwupaństwowe. Po 14 maja J Street oświadczyło: Świat patrzył, jak amerykańscy i izraelscy politycy świętują, podczas gdy w odległości niespełna kilkudziesięciu kilometrów na granicy ze Strefą Gazy ponad pięćdziesięciu Palestyńczyków zabito, a tysiące innych zostało rannych. Był to trudny moment dla tych z nas, którzy wierzą, że amerykańskie przywództwo może i powinno zostać użyte, aby uczynić ten świat lepszym.

Konflikt izraelsko-palestyński, również za sprawą ostatnich wydarzeń, wciąż się zaostrza i wiele osób wieszczy, że jakiekolwiek pozytywne rozwiązanie jest niemożliwe. Na przekór tym poglądom wychodzi Oza, który mówi, że historia ludzkości pełna jest zaskakujących zwrotów akcji, a pokój niekoniecznie musi oznaczać wpadnięcie sobie w ramiona. Dlatego dziś, bardziej niż kiedykolwiek, warto przypomnieć to, co mówił do członków J Street w 2012 roku. Bo jeśli nie rozwiązanie dwupaństwowe, to co?

Konflikt tragiczny

Konflikt izraelsko-palestyński – przekonuje Amos Oz  – w przeciwieństwie do szerszego izraelsko-arabskiego konfliktu, jest tragedią w najdosłowniejszym znaczeniu tego słowa. To konflikt między dwiema równoważnymi racjami – pomiędzy jednym, silnym żądaniem prawa do ziemi i drugim, niemniej potężnym i sprawiedliwym żądaniem prawa do tego samego kawałka ziemi.

Palestyńczycy są w Palestynie, ponieważ Palestyna jest ojczyzną Palestyńczyków tak samo jak Grecja jest ojczyzną Greków, a Norwegia ojczyzną Norwegów. Izraelczycy są w Izraelu dokładnie z tego samego powodu. Izrael jest ojczyzną izraelskich Żydów, tak samo jak Włochy są ojczyzną Włochów, a Hiszpania Hiszpanów. Jako jednostki, zarówno Palestyńczycy jak i Żydzi znajdują sobie domy w różnych krajach świata, ale jako narody, ani jedni ani drudzy nigdy nie mieli innej ojczyzny.

Wspólna kawa po arabsku

Wciąż otrzymuję różne zaproszenia – mówi Oz – żeby spędzać z palestyńskimi pisarzami i intelektualistami urocze weekendy w europejskich kurortach. Po to, żebyśmy mogli się poznać, polubić, wspólnie napić kawy – a po tym, jak uświadomimy sobie, że nie mamy rogów ani ogona, nasze problemy znikną.

Tyle tylko, że takie myślenie zbudowane jest na bardzo sentymentalnej, zachodniej idei, w myśl której każdy konflikt jest niczym więcej jak tylko nieporozumieniem. Troszkę terapii grupowej, odrobina poradnictwa rodzinnego, a problem się rozwiąże i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.

Tymczasem konflikt izraelsko-palestyński – podkreśla pisarz – jest konfliktem absolutnie realnym i rzeki razem wypitej kawy nie ugaszą tragedii dwóch narodów słusznie uznających tę samą ziemię jako swoją jedną i jedyną ojczyznę. Nie wspólnej kawy zatem potrzeba. Choć kawa jest wspaniała, szczególnie ta serwowana po arabsku.

Życie to kompromis

To, co naprawdę konieczne w stosunkach izraelsko-palestyńskich, to kompromis. Oz przestrzega przed pseudoidealistycznym rozumieniem kompromisu jako słabości, nieuczciwości czy braku integralności. Kompromis jest dla niego synonimem życia, a przeciwieństwem kompromisu nie jest idealizm, tylko fanatyzm i śmierć. Spotkanie ze swoim adwersarzem w pół drogi jest czymś znacząco innym niż nadstawienie drugiego policzka czy decyzja o kapitulacji.

Dwie nieszczęśliwe rodziny

Oz torpeduje głosy poparcia dla utworzenia jednego, wspólnego kraju dla obu narodów. Zwolennicy tego rozwiązania często zastanawiają się, dlaczego Palestyńczycy i Izraelczycy nie mogliby żyć jak jedna szczęśliwa rodzina. Odpowiedź jest prosta. Te dwa narody ani nie są jedną, ani szczęśliwą, ani tym bardziej rodziną. Nie mogą żyć razem, ponieważ są dwiema nieszczęśliwymi rodzinami.

Po ponad stu latach rozgoryczenia, nienawiści i cierpienia, niedorzecznością byłoby wspólne łóżko podczas miesiąca miodowego. To, co konieczne, to nie miesiąc miodowy, ale sprawiedliwy i – najpewniej bolesny – rozwód, czyli utworzenie dwóch odrębnych państw dla obu narodów.

Podział domu

Będzie to jednak dość zabawny rozwód – kontynuuje Oz – ponieważ nikt nie zamierza wyprowadzić się z domu. Trzeba będzie podjąć bolesną decyzję, kto dostaje jedną sypialnię, a kto drugą, i co zrobić z salonem. A jako że mieszkanie jest bardzo małe, należy stworzyć jakieś porozumienie co do używania kuchni i łazienki. Taki rozwód na pewno nie będzie komfortowy, jednak zdecydowanie lepszy niż obecna sytuacja poddaństwa i dominacji. Zamiast żyć jedni na drugich, trzeba by nauczyć się żyć obok siebie.

Pokojowy rozwód na pewno nastąpi, choć potrzeba na to jeszcze czasu. Pewnego dnia stanie palestyńska ambasada w Izraelu i izraelska ambasada w Palestynie. I te dwie ambasady będą niedaleko od siebie, ponieważ jedna będzie w zachodniej, a druga we wschodniej Jerozolimie.

Kwestia spornych miejsc świętych

Jedną z bolesnych kwestii podczas rozwodu będą sporne miejsca święte.

Kiedy byłem bardzo małym chłopcem – opowiada Oz – babcia wyjaśniła mi prostymi słowami różnicę między Żydami a chrześcijanami. Widzisz, mój chłopcze, my, Żydzi, wierzymy, że Mesjasz dopiero przyjdzie. Oni wierzą, że Mesjasz już tu był i kiedyś powróci. Nie wyobrażasz sobie nawet, jak wiele z tego powodu było prześladowań, nienawiści i rozlewów krwi. Dlaczego wszyscy razem, pytała, nie mogą poczekać i zobaczyć, co się stanie? Jeśli Mesjasz przyjdzie i powie: Cześć! Miło cię znowu widzieć!, Żydzi będą musieli przeprosić chrześcijan. A jak powie: Hej! Jak się masz? Miło cię poznać!, cały chrześcijański świat będzie musiał przeprosić Żydów. Do tego czasu żyj i pozwól żyć innym.

Nie wieszajmy zatem – przekonuje pisarz – flag nad miejscami świętymi. Zorganizujmy wszystko tak, żeby każdy mógł dumnie i swobodnie modlić się w swoich świętych miejscach. I pozwólmy Mesjaszowi zdecydować, która flaga tam kiedyś zawiśnie. Nauczmy się żyć tak, aby pozostawiać tę kwestię otwartą.

Blokada poznawcza

Jak wspomniano wcześniej, Oz uważa, że większość palestyńskich Arabów i większość izraelskich Żydów akceptuje rozwiązanie dwupaństwowe i jest gotowa do podziału kraju. Jeżeli zapytamy Palestyńczyków i Izraelczyków nie o to, co jest najlepszym rozwiązaniem, ale o to, co się w końcu stanie, to zdecydowana większość odpowie, że w końcu nastąpi podział na dwa państwa. Szybko dodadzą, że będzie to katastrofa, rażąca niesprawiedliwość, ale boleśnie wiedzą, że do tego dojdzie.

Cięcie

Jeżeli użyć metafory, można by powiedzieć, że pacjent – izraelski i palestyński – jest gotowy na bolesną operację. Tchórzami są według Oza lekarze. Przez dekady Palestyńczycy nie wymówiliby nawet brudnego słowa Izrael, a Izraelczycy słowa Palestyńczycy. Teraz są już w stanie spojrzeć sobie w oczy, wiedzą, że ten drugi jest prawdziwy i że nigdzie się nie wybiera. To bardzo dobry początek. Problemem są przywódcy po obu stronach.

Oz zapewnia, że jeśli przywódcy Izraela zwróciliby się do swojego społeczeństwa i powiedzieli, że zrealizują koncepcję dwupaństwowości w granicach z 1967 (po pewnych modyfikacjach), z dwiema stolicami w Jerozolimie, to uzyskaliby większościowe poparcie w rządzie, Knesecie i w społeczeństwie.

Ile oni mają lat?

Nie wiadomo jeszcze, pod czyim przewodnictwem dojdzie do podziału, choć Oz przekonuje, że te osoby chodzą już po ziemi. Historia pełna jest niespodzianek. Nikt się nie spodziewał, że to właśnie Winston Churchill zdemontuje Imperium Brytyjskie, Charles de Gaulle zabierze Francję z Afryki Północnej, a Anwar Sadat przemówi do Knesetu w Jerozolimie, oferując Izraelowi pokój. Albo że spośród wszystkich ludzi to właśnie Menachem Begin odda cały Synaj w zamian za pokój z Egiptem. Ludzie są zdolni do zmiany, nieograniczeni w swoich możliwościach i potrafią zaskoczyć nie tylko swoich bliskich, ale i siebie samych.

Kim są przywódcy, którzy przeprowadzą tę bolesną operację? Nie wiadomo. Pewnie sami tego jeszcze nie wiedzą. I choć chodzą już po ziemi, to nie wiadomo, ile mogą mieć lat.

Make peace not love

Pisarz nie idealizuje relacji z Palestyńczykami. Są tacy, którzy mówią, że najpierw należy się pokochać, wybaczyć i wyprzytulać, a potem dopiero zaprowadzać pokój. I tak długo, jak – niczym u Dostojewskiego – Izraelczycy i Palestyńczycy nie wpadną sobie w ramiona, ze łzami w oczach wyznając winy, tak długo nie osiągną prawdziwego pokoju.

Tyle że kiedy spojrzymy na historię ludzkości, to dzieje się raczej odwrotnie. Najpierw narody zawierają pokój, często z zaciśniętymi zębami, czasami nawet nie mając dobrych intencji. Później, stopniowo, w następnych pokoleniach urazy słabną. W relacjach z Palestyńczykami motto Amosa Oza zawsze brzmiało: Make peace, not love (dąż do pokoju, nie do miłości).

Jerozolima za Jerozolimę

Zatem należałoby wrócić, przekonuje Oz, do tej początkowej propozycji, jaką syjonizm oferował arabskim mieszkańcom Palestyny – uznanie za uznanie, bezpieczeństwo za bezpieczeństwo, państwowość za państwowość, Jerozolima za Jerozolimę.

Iran

Reżim irański jest ohydny, fanatyczny, ekstremistyczny i agresywny – wylicza Oz. Jest to jeden z najgorszych reżimów na ziemi, jeżeli nie najgorszy. Ale to nie jest prawda o Irańczykach. Iran ma silną, głęboką, pragmatyczną, świecką klasę średnią. Miliony Irańczyków nie są wrogami Izraela. Są za to wrogami własnego reżimu. Irańczycy mają wiedzę i motywację, żeby zbudować broń nuklearną. Nie da się zbombardować specjalistycznej wiedzy i nie da się zbombardować motywacji. Można bombardować tylko instalacje. Błędem byłoby rozpoczęcie przez Izrael ataku na Iran.

Niech nie zwiodą nas demagogiczne porównania pomiędzy obecną kondycją Izraela i sytuacją Żydów w czasie Zagłady. Wystarczy powiedzieć, że dzisiejszy Izrael jest daleko od bycia bezbronnym, a świat daleko od bycia obojętnym na irański problem. Iran jest problemem całego świata, a nie tylko Izraela.

Szekspir czy Czechow?
Konflikt pomiędzy Izraelczykami i Palestyńczykami jest w rozumieniu pisarza tragedią w słownikowym, najbardziej precyzyjnym znaczeniu tego słowa – to przeciwstawienie równorzędnych racji. A, jak uczy historia literatury, tragedie kończą się na dwa sposoby. Albo jak u Szekspira, gdzie scena pokryta jest trupami, a sprawiedliwość góruje gdzieś powyżej, albo jak u Czechowa, gdzie na koniec wszyscy są rozczarowani, pozbawieni iluzji i rozgoryczeni – ale żywi. Nie ma sensu szukać szczęśliwego zakończenia palestyńsko-izraelskiej tragedii, bo takiego nie będzie. Ale wraz z moimi przyjaciółmi – mówi Oz – i z wami, tworzącymi J Street, jesteśmy zaangażowani w walkę, żeby tragedia palestyńsko-izraelska zakończyła się jak u Czechowa, a nie jak u Szekspira. 

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com