Archive | March 2019

ŻYDZI W POWSTAŃCZEJ WARSZAWIE

KrytykaPolityczna.plŻYDZI W POWSTAŃCZEJ WARSZAWIE

BARBARA ENGELKING, DARIUSZ LIBIONKA



Polacy bali się o swoje rodziny i bliskich walczących w powstaniu; Żydzi najczęściej nie mieli już nikogo, o kogo mogliby się bać.

Los ludności cywilnej w okresie powstania był w zasadzie wspólny dla Polaków i Żydów: początkowy entuzjazm, a później tułaczka, strach, choroby, poczucie beznadziei. Wspólny był strach „cywilny” – przed bombami, pożarami, wspólne doświadczenia głodu, pragnienia, poniewierki. Dla Żydów zniknęła zmora, jaką byli szmalcownicy i granatowi policjanci, znikł także bezpośredni strach przed Niemcami. Żydzi mieli jednak swój własny strach: o to, co się może wydarzyć w momencie ujawnienia pochodzenia, o niechęć, szykany czy agresję, która może ich wówczas spotkać. Prywatny strach Polaków i Żydów także był różny: Polacy bali się o swoje rodziny i bliskich walczących w powstaniu; Żydzi najczęściej nie mieli już nikogo, o kogo mogliby się bać. Wielu ukrywających się Żydów powstanie postawiło natomiast w sytuacjach nieprzewidywanych wcześniej zagrożeń. Szczególnie trudno było chyba tym, którzy nie wychodzili na ulicę, a ich jedyny kontakt ze światem stanowili opiekunowie – Polacy lub inni Żydzi.

Wybuch walk spowodował, że wiele osób znalazło się poza miejscem swojego zamieszkania, wielu ukrywających się straciło kontakt ze swoimi opiekunami. Stanisław Jankowski „Agaton” zanotował, że „wielu cywilów wybuch Powstania zastał na ulicy, w przypadkowym miejscu i odciął od rodzin. Kto nie zdążył dotrzeć do swoich w ciągu pierwszych dni, ten koczował wśród obcych. Koczował i wypytywał”.

Do takich należeli Helena Rauch i ukrywający ją Polak Stanisław Robak, którzy z maleńkim dzieckiem znajdowali się w Śródmieściu, gdy wybuchło powstanie. Poznali się w 1941 r. we Lwowie, on był artystą cyrkowym, ona młodą wdową w szóstym miesiącu ciąży. Stanisław zabrał Helenę do Warszawy, dał jej papiery swojej siostry, zatrudnił jako kasjerkę w teatrzyku przy Targowej 73, który założył. Zamieszkali na Pradze, w 1944 r. urodziło się dziecko z ich związku. Niestety, teatrzyk zbankrutował, a Stanisław poszedł na kilka miesięcy do więzienia, gdyż, jak wspominał, zatrzymano go „na Żelaznej Bramie, gdzie przy stole uprawiałem gry niedozwolone. Miałem bowiem zezwolenie na gry zręcznościowe, a uprawiałem gry szczęścia”. Po wyjściu z więzienia pracował nadal przy stołach szczęścia na Bagnie, a „powstanie warszawskie zastało nas oboje z młodszym dzieckiem na ulicy. Dziecko starsze było na ul. Miedzianej u kolegi. Schroniliśmy się na ul. Skorupki 5 i tam 1/2 roczne dziecko zostało przysypane. Myśmy ocaleli, a ja zgłosiłem się do AK jako plutonowy podchorąży pod pseudonimem »Toncio«. Dnia 5 października we czwartek 1944 poszliśmy do Pruszkowa”.

W wielu relacjach Żydów, którzy w czasie wojny ukrywali się w Warszawie, okres powstania warszawskiego streszczony jest – jak w tym cytacie – w jednym lub najwyżej w kilku zdaniach.

Niektórzy uważają, że o powstaniu warszawskim mówi się tak wiele, że ich głos nie ma w tym kontekście znaczenia; uważają swoje wspomnienia za zbyt skromne, mało bohaterskie.

16-letnia Halina Złotnik, deportowana do warszawskiego getta z Głowna, uratowana w sierocińcu zakonnym, pisze w swojej relacji odnośnie do powstania: „tyle się o nim pisze i mówi, że moje wspomnienia nie mają chyba dużej wartości. Powiem tylko, że było strasznie; strasznie nie tyle bombami, łunami pożarów, krwawymi ulicami – ile strasznie bohaterstwem, tą walką, co nie miała jutra, i śmiercią bojowników i klęską boju”.

W przypadku wielu innych relacji żydowskich niewielka ilość miejsca poświęcona powstaniu warszawskiemu jest zrozumiała w kontekście ogromu tragedii ich wojennych doświadczeń. Często odnotowują jedynie wybuch walk i w jednym, dwóch zdaniach przedstawiają swoje losy, co uniemożliwia bardziej szczegółowe odtworzenie ich życia w tym okresie. Relacje obszerniejsze należą do rzadkości. Niemniej spróbujemy wyłowić, nawet z tych ubogich relacji, informacje, które pozwolą przedstawić problemy związane z przeżyciami Żydów cywilów w czasie powstania.

Barbara Engelking

Prócz wspólnego wszystkim mieszkańcom Warszawy doświadczenia strachu, niepokoju i niepewności jutra, Żydzi dźwigali swój dodatkowy garb: pochodzenie, z którego – mimo zasadniczej wspólnoty losu – wynikały pewne dylematy i problemy. Pierwszym dylematem – w momencie wybuchu powstania – było pytanie: ujawniać swoje pochodzenie czy też nie. Drugim dylematem – w momencie upadku powstania – było pytanie: wychodzić z miasta z ludnością cywilną czy pozostać i ukrywać się w ruinach? W czasie dwóch miesięcy walk było ponadto wiele innych codziennych problemów, wśród nich i te wynikające z zetknięcia się z antysemityzmem czy niechęcią do Żydów. Były one często związane z ogólnymi nastrojami w czasie powstania.

Nastroje i postawy ludności cywilnej w Warszawie w okresie powstania ewoluowały odpowiednio do sytuacji militarnej. Pierwszy tydzień walk – to czas zwycięstw Polaków i postawy obronnej Niemców. To czas powszechnej euforii, spontanicznego współdziałania z wojskiem, przyłączania się do walki. Komendant Armii Krajowej gen. Tadeusz Bór-Komorowski w swoich wspomnieniach tak opisywał nastroje pierwszych dni: „Ludzie w stolicy czuli się szczęśliwsi niż kiedykolwiek. Pomimo niebezpieczeństwa, pomimo śmierci, która zbierała obfite żniwo na ulicach i w domach, pomimo pożarów i bombardowań – Warszawa była pijana wolnością, oddychała pełną piersią po latach niewoli”.

Mieszkańcy miasta w pierwszych dniach powstania spontanicznie pomagali walczącym, przyłączali się na przykład do budowy barykad. Przy budowie barykad na Lesznie pomagała Estera Kerżner („powstańcy wzywali do budowania barykad. Kto żyw szedł na to wezwanie. Budowałam barykady nieopodal mego mieszkania. Skończywszy budowę jednej barykady, wzięłam udział w następnej, a potem w trzeciej”); w Śródmieściu – Ludwika Dawidowicz-Wiener („Nocami często wychodziłam do pracy przy ustawianiu barykad. Bomby świszczały nad głową, ale to mi wcale nie przeszkadzało”), na rogu ul. Topiel i Tamki – Wiktor Gold („ta część miasta była zajęta przez powstańców, a ja pomagałem w kopaniu rowów, robieniu
barykad”).

Z balkonu przy Nowym Świecie budowę barykad obserwował Jan Nowak-Jeziorański i tak tę scenę po latach opisał: „Mieszkańcy pobliskich domów, bez żadnego rozkazu z góry, zupełnie spontanicznie, budują wzdłuż ulicy barykadę, która ma zamknąć drogę czołgom. Jedni kopią rów, inni wyrzucają przez okna i znoszą ze wszystkich stron, co im pod rękę popadnie. Za mało jest łopat i kilofów. Ludzie rozwalają jezdnię czym się da, niektórzy wyrywają kawałki bruku gołymi rękami, ale robią to z tak nieprawdopodobnym zapałem i pośpiechem, że w ciągu kilkunastu minut powstaje głęboki rów. (…) W tym tłumie pod nami zacierają się wszelkie różnice; robotnik ze sklepikarzem obok profesora uniwersytetu, żołnierz z biało-czerwoną opaską z cywilem, starzy z młodymi, chłopcy i dziewczęta. Dźwigają ciężkie kamienne płyty wyrwane z chodników, znoszą skrzynie i meble”.

Te nastroje, o czym świadczą powojenne materiały autobiograficzne, udzielały się Żydom. Yehuda Nir pisał w swoich wspomnieniach: „Muszę przyznać, że pierwszy tydzień powstania był pasjonujący. Pomijając naloty i strzelaninę, nastrój panował radosny”. Wśród kilkunastu tysięcy Żydów ukrywających się w Warszawie w przededniu wybuchu powstania znajdował się także Alojzy Muraszko, prawnik ze Lwowa, który uciekając przed Zagładą, przyjechał tu wraz z żoną Jadzią w marcu 1943 r. Latem 1944 r. mieszkali przy ul. Chłodnej 16. Muraszko tak wspomina początek sierpnia: „Nie wiedząc nic o organizacji powstania i przesłankach jego wybuchu, o faktycznym stosunku sił w Warszawie i pod Warszawą, popadliśmy w euforię i zaczęliśmy snuć optymistyczne plany na bliższą i dalszą przyszłość. Sądziliśmy, że trwający już tyle lat koszmar dobiega końca i znowu będziemy ludźmi. Tak reagowała chyba na początku powstania prawie cała polska ludność Warszawy.

Pamiętam jeszcze teraz, jak niezwykle szczęśliwy i bezpieczny czułem się w środku strzelaniny i narastających walk. Może to było psychologicznie uzasadnione, choć nie miało żadnej logicznej podstawy – ale dla mnie wojna w tym momencie, 1 sierpnia wieczorem, zakończyła się…”.

Aleksandra Sołowiejczyk-Guter, która ukrywała się w „aryjskiej” części miasta, a następnie przyłączyła się do powstania, wspominała: „Ludność rozentuzjazmowana pomagała żołnierzom, rwała się do pracy. Po wszystkich domach krążyły łączniczki i roznosiły gazety i odezwy. Pisma zapewniały, że wszystko idzie wspaniale, że powstańcy walczą jak lwy, a na pomoc nam idzie potężna armia rosyjska. Jeszcze parę dni cierpliwości!”. Podobne, euforyczne nastroje i powszechną życzliwość zapamiętał także cytowany już Maksymilian Tauchner: „Nigdzie poza Warszawą w pierwszych dniach sierpnia nie czuło się takiego braterstwa i jedności wszystkich, dla których zniszczenie hitleryzmu było świętym obowiązkiem i celem życia”.

Drugi etap powstania, trwający około sześciu tygodni – to, jak pisano w „Biuletynie Informacyjnym” – „Okres przebijania przez nieprzyjaciela dróg przelotowych przez miasto. Pod koniec pierwszego tygodnia powstania nieprzyjaciel, skoncentrowawszy znaczne siły, rozpoczął operację mającą doniosłe znaczenie dla całego niemieckiego frontu nad Wisłą. Chodziło o przebicie przez Warszawę dróg przelotowych, które by połączyły mosty warszawskie z całym zapleczem niemieckiego frontu”. W tym okresie Polacy zostali zepchnięci do defensywy, inicjatywa znalazła się po stronie niemieckiej. To etap ciężkich walk, obrony zdobytych w pierwszym tygodniu powstania pozycji. Dla ludności cywilnej to heroiczny etap życia w schronach, a raczej w piwnicach, bez wody, kanalizacji, oświetlenia, wentylacji, lekarstw, z wyczerpującymi się zapasami pożywienia, okres rosnącej niepewności. Ksiądz Wincenty Marczuk, który przeżył powstanie na Żoliborzu, wspominał, że „z biegiem czasu, gdy wypadki poczęły się klarować na niekorzyść powstania, a szanse zwycięstwa coraz się zmniejszały, barometr uczuć spadał, dawnemu zapałowi towarzyszyła smutna rezygnacja – oczekiwanie na koniec, i to nie wiadomo jaki?”.

Dariusz Libionka

Ten okres to także czas narastającego braku wiary w wygraną, bezradności, głodu, niewygód, rosnącego zmęczenia, przygnębienia, rozgoryczenia i apatii. Nic już nie pozostało z początkowej euforii. Eugeniusz Szermentowski notował 15 września: „wszystkie psy w okolicy już zjedzone”. Jan Ostaszewski w swojej relacji zacytował wypowiedź anonimowej kobiety, pani W.: „W ciągu pierwszych kilku tygodni zjedzono wszystkie psy i konie; nie było gazu, światła, zabrakło wody. Nie było czym opatrywać rannych. Z końcem sierpnia sporadyczne pożary przeszły w stałą łunę nad miastem. Warszawa zaczęła się palić. Przenieśliśmy się do piwnic. Uciekając ze zburzonych lub palących się domów ludzie przechodzili z jednej piwnicy do drugiej, podczas gdy pierścień pożarów coraz bardziej się zacieśniał”. Świadectwo defetystycznych nastrojów – a także sposobu radzenia sobie z nimi – zawiera także dziennik Marii Katarzyny Gieysztor, 74-letniej emerytki, która mieszkała na czwartym piętrze przy ul. Żurawiej 6. „24 sierpnia. Ja się trzymam duchowo doskonale i wierzę głęboko w nasze zwycięstwo. Już nie gadam z babami, których pełno, a które chodzą z minami grobowymi. Nie mogę na nich patrzeć. Siedzą godzinami na dolnych piętrach z założonymi rękami i ze zrozpaczoną twarzą. Ja nie mam na to czasu – wciąż pracuję, sprzątam, gotuję, piorę, robię porządki, czytam lub piszę, głowę i ręce mam wciąż zajęte”. Aleksandra Sołowiejczyk-Guter, znajdująca się na Starym Mieście, wspominała, że „nastroje wśród ludności pogarszały się z dnia na dzień. Ale wciąż jeszcze żyło się nadzieją, że Rosjanie zaraz nadejdą. Zresztą teraz nie było już innego wyjścia. Trzeba było dotrwać do końca”.

W miarę upływu czasu, gdy wzrastała niepewność co do losów powstania, strach i niepokój powodowały wzrost wzajemnej podejrzliwości i oskarżeń. Stawiano rozmaite zarzuty – pod adresem aliantów, Rosjan, polskich dowódców. A także Żydów. Cytowany już wielokrotnie Tauchner pisał: „A potem coś się zaczęło psuć. Sytuacja zaczęła się pogarszać, entuzjazm zaczął gasnąć. Mali ludzie, których było tak dużo i którzy są między nami, zaczęli się krzywić. Wiecznie niezadowoleni. I krzywić zaczęto się na Żydów. Na barykadach, przy studniach i w piwnicach pokazywano ich palcami”. Niezadowolenie wynikające z pogarszającej się sytuacji znajdowało także czasem swój wyraz w podejrzeniach wobec Żydów, o czym była już mowa. Psuły się również niekiedy stosunki między Żydami a Polakami, którzy im wcześniej pomagali, załamywała się solidarność „tajnego miasta”. Bywało, że w czasie powstania kazano Żydom opuścić mieszkanie, w którym się dotychczas ukrywali. Czasem wymawiano im, ponieważ nie mogli już płacić – urwały się kontakty z pomagającymi im organizacjami, które wypłacały pieniądze co miesiąc: te przeznaczone na sierpień do wielu osób nie dotarły. Zaczęły się także kłopoty z aprowizacją: trudniej było nakarmić ludzi schowanych w mieszkaniu. W miarę przedłużania się walk i pogarszania się nastrojów pojawiały się też inne oskarżenia. Alojzy Muraszko wraz z żoną i sąsiadami w pierwszych dniach powstania siedział w piwnicy domu przy ul. Chłodnej 16.

„W pewnym momencie sąsiadka, która najwięcej się modliła, powiedziała: »Niemcy, jacy by nie byli, załatwili się za nas z Żydami«. Nie wytrzymałem i nie dobierając słów, wytknąłem jej i antysemityzm i okrucieństwo i krótkowzroczność. W piwnicy zaległa cisza.

Dama nie odpowiedziała, nie odezwał się również nikt inny. Niewątpliwie w ten sposób zdekonspirowałem się. Zbeształa mnie za to – i chyba słusznie – Jadzia, gdy poszliśmy na chwilę do naszego mieszkania”. Na szczęście ta dekonspiracja nie spowodowała żadnych groźnych następstw.

Trzeci etap – to okres schyłku powstania, godzenia się ze świadomością przegranej. Jan Rosner notował: „Sobota 23 IX Co dalej? Powstanie weszło w stan chroniczny. (…) Pierwszy okres – niebywałego zapału trwał ze dwa tygodnie. Potem, w drugiej połowie sierpnia, zaczęło się szerzyć przygnębienie z powodu naszego osamotnienia. Było to specjalnie widoczne na Starówce, gdzie warunki życia były wyjątkowo ciężkie. Trwało ono, a właściwie pogłębiało się aż do połowy września, kiedy w okresie rozmów kapitulacyjnych doszło do stanu nie do zniesienia. Wtedy około dziesięciu tysięcy osób opuściło Warszawę idąc »do Niemców« (…). W związku z tym stanem statycznym, w jaki weszła wojna w Warszawie, ludność ogarnięta została nastrojem (trzecim już!) który można było nazwać »likwidacyjnym«. Ludzie zaczęli myśleć przede wszystkim o przetrwaniu i o urządzeniu się po powstaniu”. Aleksandra Sołowiejczyk-Guter zanotowała: „Ludność wymęczona koczowaniem po piwnicach, głodna, zrozpaczona, łudzona ciągle tylko »dobrymi wiadomościami« zaczęła się buntować przeciwko powstańcom i powstaniu. Stosunek początkowo pełen entuzjazmu przeradzał się powoli w niechęć, złość, aż wreszcie otwartą nienawiść. (…) Głośno krytykowano dowództwo i rząd w Londynie, wywołanie powstania bez porozumienia z Rosją, przeklinano Rosjan, że nie przychodzili z pomocą i modlono się o cud, któryby zakończył walki i wybawił od niemieckiej niewoli”.

Klęska powstania była dla mieszkańców stolicy dramatem narodowym, ale także osobistym. Przerażała ich konieczność ewakuacji, pozostawienia dobytku, tułaczy i nieznany los. W atmosferze przegranej, frustracji i niepewności słyszało się czasem antysemickie komentarze. To wówczas Basia Bermanowa spotkała pewną handlarkę z Marymontu, która twierdziła, że „powstanie, które stało się powstaniem tylu nieszczęść i jej tułaczki, wywołali na pewno Żydzi”. A pani Stypińska, ukrywająca od kilku miesięcy na Czerniakowie Irenę Fiszelson i jej teściową, zrzędziła: „Żydom się zachciało powstania”.

Klęska powstania oznaczała dla Żydów ponowny kontakt z Niemcami, a więc i bezpośrednie zagrożenie życia. Zdarzały się wówczas wypadki mordowania Żydów, a także ich opiekunów. W czasie opuszczania Warszawy został rozpoznany jako Żyd i zastrzelony przez Niemców Wacław Turski-Teitelbaum, a wraz z nim Irena Skwara, Polka, która się nim opiekowała. Zginęło także małżeństwo Ryszfeldów, których „Polacy wydali po powstaniu”. Niektórzy ani nie potrafili podjąć decyzji o tym, by zostać w Warszawie, ani żeby wyjść. Rachela Kochan, ukrywająca się przez cały okres okupacji w Warszawie „po upadku Powstania nie chce wyjść – z tym swoim złym wyglądem – z kryjówki na Mokotowie. Popełnia samobójstwo”. Yehuda Nir, wychodzący z powstania z ludnością cywilną, był świadkiem następującej sceny: „Kilka kilometrów przed Pruszkowem jakiś mężczyzna w naszej kolumnie obwieścił donośnie i z radością w głosie:

»W grupie przed nami złapali już trzech młodych Żydków! Mam nadzieję, że wyłapią ich wszystkich! Sam widziałem masę Żydów wyczołgujących się ze swych kryjówek w czasie powstania«”.


Fragment książki Barbary Engelking I Dariusza Libionki Żydzi w powstańczej Warszawie, Centrum Badań nad Zagładą Żydów 2009. Pominięto przypisy.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


PROTECTING DEMOCRACY

PROTECTING DEMOCRACY

JPOST EDITORIAL


We urge Netanyahu to refrain from attacking Israel’s legal authorities.

Prime Minister Benjamin Netanyahu enters a press conference, February 28th, 2019. (photo credit: MARC ISRAEL SELLEM/THE JERUSALEM POST)

One of the foundations of any democracy is the judiciary. This consists of the courts as well as all relevant legal authorities – the State Prosecutor’s Office and the attorney-general.

For a democracy to thrive, the judiciary needs to retain its independence and be able to make decisions without interference from external processes or time lines. If not, the justice system will be constantly undermined and weakened by various actors who know how to take advantage of its vulnerabilities.

For that reason, Attorney-General Avichai Mandelblit was right when he decided to continue the investigations against Prime Minister Benjamin Netanyahu, even though elections were announced in late December. This made sense. Investigations need to be independent of elections since, if not, politicians will do exactly what Netanyahu did last year, and call early elections to try and avoid judgment.

This is all important to keep in mind as the attacks against Mandelblit begin following his announcement on Thursday that – pending a hearing – he will charge Netanyahu with bribery, fraud and breach of trust in the cases known as 1000, 2000 and 4000.

Speaking just hours after the official announcement from the prime minister’s official residence in Jerusalem, Netanyahu dismissed the decision to indict him as a politically motivated “witch-hunt.” “There is nothing to these (allegations),” he said in the televised statement. “There are rules for everyone, and other rules for Netanyahu and the Likud. This whole house of cards will fall.”

He then went on to personally attack State Attorney Shai Nitzan, who he said discriminates against politicians on the Right, like himself. In addition, he said, Nitzan engaged in “selective enforcement,” choosing to hunt Netanyahu while ignoring the wrongdoings of others.

We urge Netanyahu to refrain from attacking Israel’s legal authorities. While every suspect has the right and duty to fight and try to clear his or her name, launching personal assaults on Mandelblit and Nitzan is not the way to do that.

What Netanyahu is trying to do is undermine the validity and objectivity of the entire judiciary, and if he succeeds in doing that on a large scale, it could have a long-term negative impact on the State of Israel for years to come. Even suspects have a responsibility to safeguard the state, especially one who is also the prime minister.

Let’s also remember that Mandelblit was appointed by Netanyahu, comes from the right-wing and served as Netanyahu’s cabinet secretary. Netanyahu was the one who pushed for Mandelblit’s appointment as attorney-general.

The police chief who oversaw most of the investigations – Roni Alsheich – was also appointed by Netanyahu and used to live in a settlement in the West Bank. When he took the job as the country’s top cop, Alsh4ich – a former deputy head of the Shin Bet – was told that after his term in the police, he would be tapped as the next head of the security agency.

In addition, the state’s witnesses set to testify against Netanyahu are all former aides who worked closely with the prime minister, and include his former chief of staff, the former director-general of the communications ministry he appointed to the post, and his former personal spokesman.

To assume that dozens of police officers, investigators, prosecutors, legal experts and former top aides all conspired to bring him down is irresponsible at best and dangerous at worst.

It is an attempt to deflect from what is really happening and from the substance of the charges which reveal a prime minister who was obsessed with controlling the media and allegedly willing to break the law to achieve that goal.

This doesn’t mean that the case they built will stand up in court. For that exact reason, Netanyahu will receive a hearing before a final decision on an indictment is made.

If it goes to court, like any suspect, he will receive a fair trial and the right to appeal the final verdict.

Netanyahu needs to remember that there is a country bigger than even he is. If he really cares about it, as he says he does, he will stop attacking the judiciary and its representatives. Attack the substance, Mr. Prime Minister, not the messengers.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jewish music collection

Jewish music collection

  Artur Lazarian


Music in this video

Song
Hoshia Et Amecha (Save Your People)
Artist
Barry Segal & Batya Segal
Album
Go Through the Gates
Licensierad till YouTube av
TuneCore (på uppdrag av Greetings From Jersusalem)

Song
Веселье
Artist
Ансамбль “Шалом Band”
Licensierad till YouTube av
[Merlin] Danmark Music Group; Danmark Music Group (Publishing)

Song
Nigun Simcha #2
Artist
Avraham Fried
Album
Hupp Cossack!
Licensierad till YouTube av
CD Baby (på uppdrag av Sameach Music Inc) och 1 musikupphovsrättsorganisationer

Song
Hava Nagila
Artist
Effi Netzer & Beit Rothschild Singers
Album
The Most Popular Folk Songs From Israel
Licensierad till YouTube av
HataklitMusic (på uppdrag av HataklitMusic) och 3 musikupphovsrättsorganisationer

Song
Melache – Meluche
Artist
Chava Alberstein
Album
Yiddish Songs
Licensierad till YouTube av
WMG (på uppdrag av PLG UK Catalog) och 3 musikupphovsrättsorganisationer

Song
A keshenever
Artist
Chava Alberstein
Album
Âme et chants du peuple juif
Licensierad till YouTube av
[Merlin] IDOL Distribution, INgrooves, WMG (på uppdrag av MLP); SODRAC och 3 musikupphovsrättsorganisationer

Song
שני שושנים
Artist
סדנת תאטרון שכונת התקוה
Album
עתיק נושן
Licensierad till YouTube av
P.I.L Ltd (på uppdrag av ראובני הפקות)

Song
Rabenu Tam (Rabbi Tam)
Artist
Chava Alberstein
Album
Yiddish Songs
Licensierad till YouTube av
NMC United Entertainment, WMG (på uppdrag av PLG UK Catalog); SODRAC och 1 musikupphovsrättsorganisationer

Song
רייזעלע
Artist
חוה אלברשטיין
Album
חוה זינגט יידיש
Licensierad till YouTube av
NMC United Entertainment och 1 musikupphovsrättsorganisationer

Song
Fast Hasidic Nign
Artist
Frank London’s Klezmer Brass Allstars
Album
Brotherhood of Brass
Licensierad till YouTube av
[Merlin] K7 Records (på uppdrag av Piranha) och 2 musikupphovsrättsorganisationer


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Paweł Smoleński: Co by komu szkodziło, by psy na Zachodnim Brzegu były zdrowe?

Paweł Smoleński: Co by komu szkodziło, by psy na Zachodnim Brzegu były zdrowe?

BARTOSZ BARTOSIK


Paweł Smoleński. Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Gdy się rozmawia z żydowskim Izraelczykiem, to naprawdę warto wejść w arabskie buty i być adwokatem Palestyńczyków. I odwrotnie. Wtedy dopiero robi się ciekawie – mówi Paweł Smoleński. Jego reportaż „Wnuki Jozuego” ukazał się właśnie w Wydawnictwie Czarne.

Bartosz Bartosik: „Wnuki Jozuego” to reportaż z Zachodniego Brzegu Jordanu. Jak wygląda ten kawałek świata?

– Tam jest po prostu pięknie. Na Zachodnim Brzegu bywa zielono, są piękne strumienie i rzeczki – kiedy akurat jest woda, bo często jej nie ma. Jest cudna pustynia, a niektóre, dostatnie na pierwszy rzut oka, osiedla żydowskie wyglądają jak miasteczka Toskanii lub Andaluzji. To miejsce bezpośredniego zderzenia świata europejskiego i arabskiego oraz muzułmańskiego. W Ramallah, Dżeninie czy Nablusie człowiek czuje się jak w Tunezji czy Jordanii – te same zapachy, potrawy.

A mieszkańcy?

– Jak wszędzie – różni. Nie da się Palestyńczyków i Żydów z Zachodniego Brzegu podciągnąć pod jeden schemat. We „Wnukach Jozuego” przyglądam się głównie mieszkańcom żydowskich osiedli i daleki jestem od twierdzenia, że każdy, kto tam mieszka, myśli tylko o tym, jak pognębić, zagnać do klatki, palestyńskich sąsiadów. Większość mieszkańców motywowana jest ekonomicznie – w porównaniu do Jerozolimy czy Tel Awiwu, jednego z najdroższych miast świata, tam jest po prostu taniej. W osiedlach można mieszkać za dużo niższe pieniądze, a jednocześnie dojeżdżać do wielkich miast Izraela i zarabiać tamtejsze pensje. Na Zachodnim Brzegu istnieje dobra infrastruktura, są szkoły, a w osiedlu Ariel działa uniwersytet, który swego czasu był pod silnym ostracyzmem ze strony izraelskiego szkolnictwa wyższego, które nie chciało przyjąć do wiadomości, że podobna placówka istnieje na terytorium okupowanym. Tyle że uniwersytet tam po prostu jest i to na całkiem przyzwoitym poziomie.

W osiedlach mieszkają jednak też tacy, których na Zachodnim Brzegu osadziła ideologia łącząca religijność z nacjonalizmem. To z nimi jest kłopot, ich poglądy są często wykluczające i agresywne – nie tylko zresztą w stosunku do Arabów, ale do wszystkich innych. Być może ta agresja wynika z poczucia winy i dysonansu moralnego związanego z okupacją. Są wśród tych ludzi ekstremiści. Choć po arabskiej stronie też są.

Niektórzy twoi rozmówcy z żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu pewnie oburzyliby się na te rozważania. Dla nich to nie są „terytoria okupowane”.

– Język, którym opisuje się konflikt izraelsko-palestyński, bardzo się zmienia w kierunku oswojenia go i odebrania mu znamion konfliktu – dlatego wielu nie powie o okupacji. Nie mają racji. Można znaleźć tysiąc i jeden dowodów, mówiących, że to okupacja. Po pierwsze cały świat tak uważa. Po drugie Palestyńczycy mają dążenia narodowe i państwowe. A jeśli ktoś uważa się za członka osobnego narodu, to ma do tego absolutne prawo. Narody z kolei mają prawo do samostanowienia, a Palestyńczycy czują się okupowani i żadne zaklęcia tego nie zmienią, póki nie będą mieć własnego kraju.

Ale nie ulega też wątpliwości, że to również Judea i Samaria – na potwierdzenie wystarczy otworzyć Biblię. Wszystko zależy, od tego, jaką miarę przyłożymy do kwestii nazwy: polityczną, historyczną, mitologiczną. Według pewnej narracji izraelskiej spór izraelsko-palestyński jest nienadzwyczajny i niejedyny. I to też prawda – spójrzmy na podzielony Cypr, na kraj Basków, Katalonię i awantury wokół Irlandii Północnej. W Izraelu mówi się: tak po prostu wygląda świat.

Z czego się w takim razie bierze to wielkie zainteresowanie świata zachodniego właśnie konfliktem izraelsko-palestyńskim? Czy to – jak twierdzą niektórzy z twoich żydowskich rozmówców – jeden z dowodów współczesnego antysemityzmu?

– Nie wiem. Myślę, że świat nie przywiązuje właściwej miary do tego konfliktu. Jak się słucha wiadomości o Izraelu i Zachodnim Brzegu, to wydaje się, że mowa o wielkich terenach. A na Zachodnim Brzegu więcej jest granic niż ziemi.

Zapomina się o rozmiarze konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Nie da się go porównać do tego, co się dzieje w Syrii, Iraku czy Jemenie. To nie ta skala. Prawdopodobnie gdyby on rozgrywał się w innym rejonie świata, to nikt by o nim nie pamiętał.

A jednak świat pamięta o Palestynie i ciągle się nią interesuje.

– Być może dlatego, że to kawałek świata bliski każdemu. Tam narodziły się trzy wielkie religie monoteistyczne. To w końcu Ziemia Święta, po której chodzili wielcy prorocy, działy się cuda, a sam Bóg wielokrotnie się tam objawiał. Natomiast istnieje też zjawisko ślepego bicia w Izrael. To, jak uważam, współczesna twarz antysemityzmu.

To znaczy?

– To znaczy tyle, że osoba głosząca antysemityzm musi się liczyć z tym, że zostanie z salonu wyproszona. Ale nie będzie wyproszona za antyizraelskość, która jest czymś innym niż antysemityzm. Nie trzeba lubić premiera Netanjahu, tak jak nie trzeba było kiedyś lubić premiera Szarona czy Rabina. Czym innym jest krytyka konkretnego rządu Izraela, a czym innym fundamentalne odrzucenie całego państwa.

Jeszcze do niedawna mogło się wydawać, że akurat Netanjahu obecny polski rząd bardzo lubi, ale to, zdaje się, uległo zmianie po tzw. konferencji bliskowschodniej w Warszawie.

– Wypowiedź Netanjahu na warszawskiej konferencji skierowana była do jego potencjalnych wyborców w Izraelu. Zaś całą sprawę zapoczątkowała szkodliwa, głupia, kompletnie nieprzemyślana nowelizacja ustawy o IPN, zafundowana przez PiS, by przypodobać się naszemu nacjonalistycznemu elektoratowi. Wyszła awantura, z której Polska musiała wycofać się rakiem, lecz łatwiej zmienić na gwałt przepisy niż odzyskać reputację, a tę Polska nadwyrężyła mimo lat ciężkiej pracy nad uświadomieniem sobie własnego grzechu wobec Żydów, również w czasie Holokaustu.

Trafił swój na swego: izraelska, nacjonalistyczno-religijna prawica versus polska, nacjonalistyczno-religijna prawica, zakochana w fałszywie pojętej narodowej dumie

Słowa p.o. szefa izraelskiego MSZ wpisały się w melodię: niesprawiedliwe, krzywdzące i głupie. W gruncie rzeczy trafił swój na swego: izraelska, nacjonalistyczno-religijna prawica versus polska, nacjonalistyczno-religijna prawica, zakochana w fałszywie pojętej narodowej dumie. Ani jedna, ani druga nic na tym sporze nie zyska, za to stracą oba kraje. Nikomu to do niczego niepotrzebne, podobnie jak Polsce nie była potrzebna ta konferencja – prowincjonalna i marginalna – której skutkiem są napięcia z Unią i polsko-żydowska awantura o honor.

Z innymi krajami zachodnimi Izrael sprzecza się przede wszystkim o okupację.

– Słychać w świecie zachodnim irracjonalne głosy, że naród tak doświadczony przez historię jak Żydzi nie powinien okupować drugiego narodu. A przecież żaden naród nie powinien okupować drugiego narodu. Doświadczenia historyczne nie mają z tym nic wspólnego. Fałszywe jest pewne chrześcijańskie przekonanie, że cierpienie uszlachetnia. Jednego być może uszlachetni, ale drugiego zniszczy. Tam mieszkają zwykli ludzie i należy od nich oczekiwać ludzkich zachowań – one czasem będą szlachetne, a czasem podłe.

Która z opowieści twoich bohaterów szczególnie dała ci do myślenia?

– Niezwykle ciekawe jest to, że mieszkańcy osiedli często sięgają do Biblii i czytają o wielkich prorokach, cudach i wydarzeniach z przeszłości, które rozgrywały się na terenach, na których mieszkają. I czują się spadkobiercami tej tradycji. Mieszkańcy Szilo doskonale wiedzą, że w ich okolicy Jozue ustawił Arkę Przymierza i Namiot Spotkania. Jednocześnie ci sami ludzie prowadzą bardzo współczesne życie. Jeden z moich bohaterów – sięgając głęboko w tradycję biblijną – mówił mi, że wywodzi się z Lewitów, a tymczasem pracuje w sektorze nowych technologii nad wynalazkami, o których nikomu się nie śniło. Jak można żyć w takim napięciu między przeszłością a przyszłością?

Mieszkańcy osiedli są jednak specyficzni.

– Nie mogli chyba przystosować się do życia nigdzie indziej. Nie odpowiadała im anonimowość wielkich miast, wadziły słabe relacje sąsiedzkie. W osiedlach zawsze mogą liczyć na pomoc innych i czują, że żyją we wspólnocie. Nieraz to mieszkańcy wspólnie decydują o tym, czy pozwolić komuś z nimi zamieszkać, oraz jak osiedla powinny się rozwijać.

To powoduje, że w Izraelu buduje się romantyczną, mitologiczną opowieść o życiu osadników, porównując ich często do pierwszych kibucników przyjeżdżających jeszcze w czasach osmańskich, oswajających pustynie i dzikie tereny, by były zdatne do życia. Dlatego opowieść o osadnikach jest szalenie uwodząca. Z drugiej strony wielu Izraelczyków opowiada o nich językiem odrzucenia i wykluczenia. Ktoś mi powiedział – i jest w tym wiele racji – że gdyby Izrael w większości był za aneksją Zachodniego Brzegu, to dawno by to się stało, a osadników byłoby znacznie więcej niż dzisiejsze sześćset tysięcy. Okupacja i wszystko co z nią związane jest kamieniem u szyi Izraela, który ciągnie go na dół.

W jakim sensie ciągnie w dół?

– Okupacja jest z natury rzeczy niemoralna, deprawuje tak okupowanego jak okupującego. Nie da się bezboleśnie połączyć na przykład bycia żołnierzem broniącym ojczyzny ze służbą żandarma nadzorującego obcych. Również ze względu na okupację Izrael zbiera baty na arenie międzynarodowej.

A czy ktoś ma w ogóle Izraelu sensowny pomysł, jak się tego kamienia pozbyć?

– Nie, bo nikt nie wie, co to właściwie znaczy „dobre” rozwiązanie problemu okupacji. Zmarły kilka tygodni temu Amos Oz pisał tuż po wojnie sześciodniowej – w której zresztą brał udział – że Zachodni Brzeg jest skarbonką, którą Żydzi zapłacą za pokój, w myśl zasady „ziemia za pokój”.

Są też tacy – i to wcale nie są zwolennicy krwawego rozwiązania – którzy uważają pomysł dwóch państw w Palestynie za horrendum. Są za utworzeniem jednego państwa dla dwóch narodów o równych prawach. Jednym z nich jest obecny prezydent Izraela Re’uwen Riwlin. Spytałem go kiedyś o to, czy w takim razie potrafi sobie wyobrazić sytuację – całkiem realną, biorąc pod uwagę dane demograficzne – w której Arabowie stanowią większość w takim państwie, a na jego czele stają arabski premier i prezydent. Odpowiedział, że tak – w końcu na tym polega demokracja, że wszyscy mają równe prawa. Warto jednak pamiętać, że urząd prezydenta ma w Izraelu charakter zdecydowanie reprezentacyjny.

Tyle, że w Izraelu od zeszłego roku obowiązuje prawo stanowiące o żydowskim państwie narodowym.

– I w Izraelu są tacy, którzy uważają, że im mniej Arabów i im mniej przyznaje się im praw, tym lepiej. Tyle że to oznacza apartheid. Prezydent Riwlin zapowiedział, że jeśli Sąd Najwyższy Izraela uzna ustawę za zgodną z porządkiem prawnym, to on ją podpiszę po arabsku, żeby w ten sposób wyrazić swój sprzeciw. Projekt ustawy podstawowej – mającej niejako status konstytucji, której Izrael nie posiada – o Izraelu jako żydowskim państwie narodowym jest w oczywisty sposób sprzeczny z deklaracją niepodległości. Mówi ona, że Izrael jest demokratycznym państwem żydowskim, a więc takim, w którym nie ma wykluczonych ze wspólnoty. Izraelscy Arabowie to 20 procent społeczeństwa, niektórzy bywali ministrami, wielu służy w wojsku na wysokich stanowiskach, a jeszcze inni strzelają bramki dla piłkarskiej reprezentacji kraju. To pokazuje, że da się żyć razem, choć nie da się też ukryć, że wielu z arabskich obywateli Izraela czuje się pokrzywdzonymi.

Wracając na Zachodni Brzeg, w opowieściach osadników z „Wnuków Jozuego” jak refren przewija się narracja o dobrych arabskich sąsiadach, mieszkających blisko lub pracujących w osiedlach. Ale kiedy ci sami żydowscy osadnicy mówią o ogóle Arabów, to zaczynają używać klisz i opowiadają wyłącznie o terrorystach i fanatykach.

– To jest niestety naturalne, że izolacja i wzajemna ignorancja wzmacniają stereotypy i uprzedzenia. Od drugiej intifady – czyli początku XXI wieku – dla młodego pokolenia Palestyńczyków Żyd to w najlepszym wypadku żołnierz lub pogranicznik albo, jeśli jest w cywilu, funkcjonariusz Szin Betu, czyli bezpieki. Z kolei dla Izraelczyków Arab to facet z kufiją na twarzy i kamieniami w ręku, którymi rzuca w izraelskie samochody. A kamienie, jak się okazuje, mogą zabić. W gorszym wypadku – w Arabach widzą wprost terrorystów.

Inaczej jest z mieszkańcami osiedli. Ci robią zakupy w tych samych marketach co Arabowie. A kiedy ludzie się znają, to stereotypy naturalnie upadają. Jeśli ja znam Ahmeda, który cztery razy w tygodniu pracuje u mnie w ogródku, wiem, ile ma dzieci i gdzie mieszka, to mogę z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że nie jest szaleńcem.

Czego więc brakuje, by coś zaskoczyło i można było dokonać pozytywnej generalizacji całej społeczności palestyńskiej, a nie tylko sąsiadów?

– Jeśli w markecie pod osiedlem Efrat na dziale serów jest znakomity arabski sprzedawca, u którego chce kupować każdy – Arab i Żyd – a on wszystkim dobrze doradzi, to jak ja mogę takiego człowiek traktować jako bandytę? Ale przed tym samym marketem jest skrzyżowanie, na którym kilka lat temu łapało stopa trzech chłopców, studentów hebrońskiej jesziwy, wracających do domu na szabat. Zostali porwani i zamordowani. Więc mamy dobrego sprzedawcę serów i morderców trzech, Bogu ducha winnych, chłopców. Jak to pogodzić?

Irytujący jest za to izraelski paternalizm w stosunku do Palestyńczyków. Być może jeden jest świetnym rolnikiem, a inny doskonałym lekarzem, nauczycielem angielskiego, ale en bloc oni wszyscy są jacyś głupsi, mniej cywilizowani. Pojedynczo bywamy u siebie podczas świąt rodzinnych – to naprawdę czasem się dzieje do dzisiaj – ale całościowo nie da się z „nimi” dogadać. Jeden z osadników opowiada mi o rzeczywistym problemie dotykającym Zachodni Brzeg, którym są ogniska wścieklizny, przyniesionej przez zdziczałe syryjskie psy. Nie da się go rozwiązać w pojedynkę, potrzeba do tego współpracy osadników i Palestyńczyków. Ten osadnik mówi, że Palestyńczycy nie chcą współpracy w imię dobra wspólnego, bo dla nich współpraca to kolaboracja, a ona jest karana. Czy ten człowiek nie mówił prawdy? Oczywiście, że mówił prawdę. Czy ta opowieść wyczerpuje – nawet w sensie symbolicznym – cały konflikt izraelsko-palestyński? Oczywiście, że nie. Brakuje w niej czegoś, co czyni współpracę w sprawach oczywistych niemożliwym.

To historia, którą opowiadałem przyjaciółce, bardzo dobrze znającej Izrael i Bliski Wschód. Kiedyś mieszkała w Izraelu, ma przyjaciół zarówno wśród Żydów, jak i Palestyńczyków. Opowiadała mi, że być może tym, czego brakuje do podjęcia współpracy w kwestiach życia codziennego – a więc jakiejś normalizacji – jest powszechne wśród Palestyńczyków poczucie beznadziei pod okupacją. Da się to przezwyciężyć?

– Ten pogląd jest uprawniony, jeśli wręcz nie prawdziwy. Natomiast poczucie beznadziei Palestyńczyków nie jest tylko winą Izraela. To nie Izrael kazał władzom Autonomii Palestyńskiej rozkradać ciężkie miliony dolarów zachodniej pomocy. To nie Izrael kazał Hamasowi w Gazie zrobić to, co Hamas zrobił z Gazą. Palestyńczycy Palestyńczykom zgotowali ten los. Co gorsze, brak kooperacji z Izraelem tę beznadzieję utrwala i pogłębia. Co by komu zaszkodziło, gdyby psy zamieszkujące Zachodni Brzeg były zdrowe? Zdaje mi się, że wyeliminowanie wścieklizny poprawia jakość życia, a nie pogarsza.

Ale Izrael na pewno nie pomaga Gazie wydostać się spod kurateli Hamasu.

– Oczywiście, blokada izraelska jest niemożliwą wręcz dokuczliwością. Lista towarów, które raz można, a raz nie można, wwieźć do Gazy jest piramidalnym idiotyzmem. Lata temu amerykański sekretarz stanu John Kerry złapał się za głowę, gdy wizytował Gazę i dowiedział się, że zakazano importować do Gazy jakiegoś rodzaju makaronu. Oczywiście następnego dnia ten zakaz zdjęto. Nie mam pojęcia, czy dzisiaj można go wwozić.

Swego czasu można było importować szampony i odżywki do włosów jako oddzielne produkty, ale za nic w świecie nie można było przewieźć odżywki i szamponu dwa w jednym. Ktoś, kto układa tego rodzaju listy, jest w najlepszym wypadku cymbałem. Z drugiej strony bardzo wspierająca Palestyńczyków Norwegia sama przekonała się, że z saletry używanej do nawożenia pól – innego materiału objętego zakazem na granicy z Gazą – można skonstruować bombę, co w tragiczny sposób udowodnił jej Anders Breivik.

W „Oczach zasypanych piaskiem” – zbiorze reportaży z Palestyny, w tym strefy Gazy – pisałeś o ludziach, którzy próbują budować mosty ponad wszelkimi blokadami, murami podziałami i różnicami.

– Tak, i takich ludzi jest bardzo dużo. Trudno jest mi sobie wyobrazić Izraelczyka, który nie działa w jakiejś organizacji pozarządowej – czy to jest klub miłośników kanarków, szkółka surfingu, czy cokolwiek innego. Jeśli taka organizacja ma w nazwie lub statusie wpisane, że zajmuje się prawami człowieka, to na sto procent zajmuje się prawami Palestyńczyków i Arabów. A takich organizacji jest bardzo dużo. Tacy ludzie uważają – i mają rację – że skoro nie można się doczekać rozwiązań dręczących region problemów na poziomie politycznym, to trzeba angażować się metodą małych kroków. Tacy ludzie byli i są także w osiedlach. Choćby nieżyjący rabin Menachem Froman – człowiek, który nie wyobrażał sobie żydowskiej nieobecności w Judei i Samarii, ale znakomicie sobie wyobrażał siebie z podwójnym paszportem: izraelskim i palestyńskim, po tym, jak na tych terenach powstanie państwo palestyńskie.

Co z tego wynika w bezpośrednich relacjach z Żydami i Palestyńczykami?

– To, że w każdej sytuacji warto przyjmować punkt widzenia drugiej strony. Gdy się rozmawia z żydowskim Izraelczykiem, to naprawdę warto wejść w arabskie buty i być adwokatem Palestyńczyków. Natomiast w rozmowach z Palestyńczykami warto wejść w żydowskie buty. Wtedy dopiero robi się ciekawie. Warto spytać, dlaczego w Izraelu mieszka 20 proc. Arabów, a na tych terenach, gdzie rządzą władze Autonomii i – daj Boże – powstanie kiedyś państwo palestyńskie, nie mieszka ani jeden Żyd. W Ramallah mieszka jedna Żydówka, dziennikarka „Haaretzu” Amira Haas. Dlaczego tylko ona? Być może dlatego, że niekoniecznie miło i szczęśliwie żyłoby się im między Palestyńczykami.

Paweł Smoleński, „Wnuki Jozuego ”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019

Wszyscy mają pamięć i należy te różne opowieści szanować. Europejska lewica mówi o izraelskich czystkach etnicznych w trakcie wojny o niepodległość, o uchodźcach palestyńskich – i o ich braku prawa do powrotu – którzy jak relikwie noszą na szyi klucze do swoich dawnych domów. Ale to nie jedyna opowieść o tych miejscach. Jeszcze za czasów mandatu brytyjskiego powstawały na gruntach zakupionych za ciężkie pieniądze żydowskich pionierów kibuce i moszawy, z których wszystkich wygnano, bo to miała być ziemia judenrein. Dlaczego Palestyńczycy mówią o okupacji izraelskiej – która jest prawdziwą okupacją – a jakoś trudno im powiedzieć, że do 1967 roku miała miejsce okupacja jordańska. Dziś tamte czasy są w pewnym sensie idealizowane, choć Palestyńczycy w Królestwie Jordanii dostawali po tyłku tak, że to pojęcie ludzkie przechodzi. Dopiero po wojnie sześciodniowej, od początku izraelskiej okupacji, mieszkańcy Zachodniego Brzegu mogli pojechać np. do Jafy, gdzie kiedyś mieszkali oni albo ich przodkowie.

A zatem ani propalestyńskość, ani proizraelskość?

– Jak ktoś mi mówi, że jest propalestyński albo proizraelski, to tak jakby powiedział, że jest głupi. I to dotyczy nie tylko Izraela i Zachodniego Brzegu. Warto być za ludźmi mądrymi, a nie głupimi; dobrymi, a nie złymi; krzywdzonymi, a nie krzywdzącymi. A osie podziału nie idą tu po liniach narodowych. Tyle że ten podział narodowy ułatwia i niby tłumaczy wszystko.

Z drugiej strony serce podpowiada, żeby być za tymi słabszymi.

– Palestyńczycy są niewątpliwie słabsi, to nie ulega wątpliwości. Ale popatrzmy też na to, że wokół niecałych dziewięciu milionów mieszkańców Izraela jest około dwustu milionów Arabów, którzy naprawdę ich nie kochają.


Paweł Smoleński – reporter, publicysta, od 1989 r. dziennikarz „Gazety Wyborczej”, wcześniej współpracownik pism drugiego obiegu; autor książek, m.in. „Pokolenie kryzysu”, „Salon patriotów”, „Irak. Piekło w raju”, „Bedzies wisioł za cosik. Godki podhalańskie”, „Pochówek dla rezuna”, „Izrael już nie frunie”, „Oczy zasypane piaskiem” oraz „Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie”. Otrzymał m.in. Nagrodę Pojednania Polsko-Ukraińskiego za książkę „Pochówek dla rezuna”, Nagrodę im. Kurta Schorka za teksty poświęcone Irakowi, Nagrodę im. Beaty Pawlak za zbiór reportaży „Izrael już nie frunie”. Jego najnowsza książka „Wnuki Jozuego” ukazała się 13 lutego nakładem Wydawnictwa Czarne.


 – Ur. 1989. Ukończył slawistykę na Uniwersytecie Warszawskim, studiował także psychologię. Od kwietnia 2016 r. sekretarz Laboratorium „Więzi”. Członek Zespołu Komitetu Dialogu Społecznego przy Krajowej Izbie Gospodarczej. Związany ze Wspólnotą Sant’Egidio. Mieszka w Warszawie.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israeli PM Calls for Global Condemnation of Jew-Hatred

After Latest Antisemitic Incident in Strasbourg, Israeli PM Calls for Global Condemnation of Jew-Hatred

Algemeiner Staff


The desecrated synagogue memorial in Strasbourg. Photo: Alain Fontanel’s Twitter account.

A memorial monument for a synagogue in the French city of Strasbourg that was destroyed by the Nazis was vandalized on Friday night.

Strasbourg Mayor Roland Ries visited the site where the Synagogue du Quai Kléber once stood, and wrote on Facebook on Saturday, “I say it again: that’s enough!”

Police have opened an investigation into the incident, in which the stone memorial was toppled from its base.

The monument was restored on Saturday.

At a Sunday cabinet meeting in Jerusalem, Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu called the occurrence “shocking,” adding, “I strongly condemn all manifestations of antisemitism, and I call upon all leaders of enlightened countries to join in the systematic and continuous denunciation of antisemitism. The first way to fight antisemitism is to denounce and condemn it.”

“I welcome the fact that other countries are joining the definition of antisemitism, which also includes the definition of anti-Zionism,” the Israeli leader stated. “Anti-Zionism is the latest and most recent expression of antisemitism.”

Last month, dozens of graves were desecrated at a Jewish cemetery in the village of Quatzenheim, near Strasbourg.

Also in Strasbourg in February, Jewish attending Shabbat services were the target of antisemitic insults and slogans by passing “yellow vest” demonstrators.

Government statistics published in February showed a shocking rise of 74 percent in antisemitic hate crimes in France during 2018, with attacks on Jews rapidly becoming a daily occurrence.

In a major address to Jewish leaders a week and a half ago, French President Emmanuel Macron pledged to implement new measures to combat antisemitism, including the adoption of the International Holocaust Remembrance Alliance (IHRA) definition of antisemitism, which cites the denial of Israel’s right to exist as one of its examples.

World Jewish Congress CEO and Executive Vice President Robert Singer said on Sunday of the monument vandalism, “It is absolutely abhorrent that a memorial honoring a place of worship callously destroyed by the Nazis has now become the latest target of xenophobia and Jew-hatred in a country in which antisemitism has become so frequent, that is almost commonplace.”

“We appreciate that the Strasbourg municipality has responded so seriously to the desecration of this memorial, and we trust that the authorities are doing everything in their power to find those responsible and bring them to justice with the full force of the law, to ensure that a firm example is made of zero tolerance for acts of hate,” he continued. “France has a very strong legal and judicial system which must be applied strictly and more rigorously to ensure that this kind of antisemitic behavior never occurs again. We must not treat this incident as an isolated example of vandalism or hooliganism. There is a frightening proliferation of antisemitism across Europe, particularly in France, and such incidents need to be dealt with on a holistic level, as an epidemic that must be eradicated once and for all.”

“We know that the French government is committed to this issue, and we welcome French President Macron’s strong and encouraging step in pledging to our affiliate, the Representative Council of Jewish Institutions in France, to adopt the International Holocaust Remembrance Alliance’s definition of antisemitism,” Singer noted. “But this is just the beginning of a long road ahead, and we must all continue to be as vigilant as possible. Actions, not words, are needed to truly expunge this virus from our society. Adopting this definition of antisemitism must be followed by concrete steps to encode into law and ensure that it is enforced across the board.”

“There is not a single profile of antisemites — they come in all shapes and forms — and the only way to crack down on the very diverse nature of this hatred is to ensure a state-wide, or continent-wide policy and plan for doing so. It is essential that the government of France, and society at large, reject all forms of antisemitism, with a specific plan of action,” Singer concluded.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com