Archive | April 2019

IPN nie chce rzetelnej polemiki z “Dalej jest noc”. Musi uratować samozadowolenie Polaków

IPN nie chce rzetelnej polemiki z “Dalej jest noc”. Musi uratować samozadowolenie Polaków

Jakub Szymczak


Na okładkach dwóch tomów książki ‘Dalej jest noc’ znalazły się fotografie Rywki Wajnberg (z lewej) i Małki Wakslicht, Żydówek urodzonych w 1932 r. Uratował je nadleśniczy Jan Mikulski z Woli Dużej koło Biłgoraja, który znał ojca Rywki przed wojną. (Fot. Jan Mikulski/ Zbiory Danuty Mikulskiej-Renk)

Tomasz Domański z IPN dostał ambitne zadanie: zdyskredytować książkę “Dalej jest noc” o losach Żydów w okupowanej Polsce, która tak irytuje prawicę. Jego recenzja to jednak wyłącznie dowód na to, że musi popracować nad warsztatem, a także na to, że IPN to dziś instytucja, która bardziej zajmuje się propagandą niż badaniami.

W 2000 r. Jan Gross książką „Sąsiedzi” otworzył narodową debatę na temat wydarzeń w Jedwabnem i stosunku Polaków do Żydów podczas okupacji. Reakcją prawicy były odrzucenie jego odkryć, głębokie wyparcie i atak na autora. W 2018 r., gdy dyskusja osiągnęła pełnoletność, Centrum Badań nad Zagładą Żydów opublikowało książkę „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” – dwutomowe dzieło liczące prawie 1,7 tys. stron to wynik kilkuletnich bezprecedensowych badań najbardziej znanych historyków zajmujących się Zagładą, m.in. prof. Barbary Engelking, prof. Jana Grabowskiego, prof. Dariusza Libionki.

Mogłoby się wydawać, że dziś, po 18 latach, debata na ten temat będzie się opierać na argumentach, a nie na insynuacjach, kłamstwach i nieudanych interpretacjach. Niestety, Tomasz Gross nadal jest niegodny polemiki, a do obrony dobrego imienia naszego narodu przed prawdą historyczną zaprzęgnięty został aparat państwowy.

Polacy zamordowali 200 tys. Żydów?

W wywiadach przed ukazaniem się książki prof. Grabowski mówił, że według szacunków na około 250 tys. Żydów, którzy uratowali się w trakcie akcji „Reinhardt”, 200 tys. zginęło, a większość z nich przy współudziale Polaków (rożnego stopnia: morderstwo, denuncjacja, udział policji polskiej). Zaznaczył, że to jego własne zdanie, szacunki podlegają dyskusji, a niektórzy badacze Centrum są ostrożniejsi. Na nic te zastrzeżenia. Do całego środowiska CBnZŻ przylgnęło fałszywe zdanie, którego nikt nie wypowiedział: Polacy zamordowali 200 tys. Żydów.

Niecała prawica zareagowała alergicznie na książkę. Piotr Zychowicz w tygodniku „Sieci” napisał coś, co wielu krytykującym umyka: że książka mówi przede wszystkim o Żydach i ich losach, a nie o Polakach i ich stosunku do Żydów. Pozytywnie o publikacji wypowiadał się Paweł Kowal. Uważnie przeczytał ją Sławomir Dębski, szef Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, a swoimi uwagami (również krytycznymi) dzielił się na Twitterze.

IPN rusza do boju

IPN zareagował pod koniec kwietnia 2018 r. konferencją, której uczestnicy starali się nie odnosić bezpośrednio do książki, lecz usprawiedliwiać postawy Polaków wobec Zagłady, czyli: Niemcy stworzyli warunki dla zbrodni; za mało wiemy, aby oceniać; polskie służby mundurowe powołane przez Niemców były zupełnie bezwolne.

Pracownicy IPN swoje recenzje publikowali m.in. w związanym z nacjonalistami „Glaukopisie” i w „Zeszytach Historycznych WiN”. Wszystkie krytyczne. Z punktu widzenia IPN najważniejszy tekst to opublikowana w lutym 2019 r. „Korekta obrazu? Refleksje źródłoznawcze wokół książki Dalej jest noc dr. Tomasza Domańskiego”. W liczącej aż 70 stron recenzji naukowiec z IPN ogłosił, że jego zdaniem jest to dzieło pisane pod z góry założoną tezę. Jaką? Polacy masowo mordowali Żydów.

Autorytety doktora Domańskiego

Domański nie jest specjalistą od Zagłady. Nic dziwnego, pracuje w IPN, które interesuje się nią głównie od strony Polaków, którzy Żydów ratowali, a nie od strony ofiar. Jest koordynatorem projektu IPN pod tytułem „Stosunki polsko-żydowskie w latach 1918-1968”. Cel projektu postawiony jest jasno: zmiana istniejącej narracji historycznej w kontekście relacji polskożydowskich z dominującego obecnie nurtu badania postaw Polaków wobec Żydów na rzecz badania również postaw Żydów wobec Polaków i państwa polskiego.

Oczywiście brak specjalizacji nie musi być dla historyka i recenzenta problemem. Jednak podjęcie się takiej recenzji jest stąpaniem po grząskim gruncie. Jak poradził sobie Domański? Nie najlepiej.

Znajomość różnych zdań na temat Zagłady przydałaby się Domańskiemu chociażby w momencie, w którym postanowił powołać się na Marka Paula, który cytuje świadectwo opisujące współpracę z Niemcami w Złoczowie Żyda Lonka Zwerdlinga. Tyle że nie wiadomo, kim jest ów Paul. Autor (lub autorzy) tak podpisanych tekstów ukrywa się pod pseudonimem. W jego artykułach znaleźć można znane ze skrajnie prawicowych pism antysemickie klisze. Doprawdy, nie najlepszy to autorytet.

Książka dla wszystkich

Jak Domański widzi czytelnika „Dalej jest noc”? Spodziewa się chyba, że ta książka jest hitem i trafiła do setek tysięcy domów. Stąd ciągłe odwoływanie się do „mniej zorientowanego czytelnika”. Domański ma szczególny problem z tym, że za każdym razem, gdy autorzy piszą o polskiej policji, nie podkreślają, że jest to formacja podległa niemieckiemu okupantowi – według niego sugeruje to, że była częścią państwa polskiego.

Jakim ignorantem historycznym trzeba być, aby uważać, że podczas II wojny światowej na terenie Polski działało państwo polskie?

Gdyby wciąż przypominać tak podstawowe fakty, objętość książki rozrosłaby się do wielu tysięcy stron. „Dalej jest noc” nie jest skierowana do „mało zorientowanego czytelnika”, to długi i trudny naukowy tekst, po który sięgną osoby z co najmniej podstawową wiedzą na temat historii Polski.

Nie brakuje sugestii dotyczących tego, czego w książce według Domańskiego nie ma. Badacz IPN chciałby np., aby autorzy opisali sytuację Kościoła katolickiego i jego możliwości oddziaływania na wiernych. Autor mógłby częściej zaglądać na okładkę, gdzie jasno widnieje podtytuł „Losy Żydów”, nie: „Losy Kościoła katolickiego i wiernych”. Pisząc recenzję skrojoną pod z góry założoną tezę, można oczywiście zasugerować wszystko. Być może autorzy powinni opisać również sytuację Kościoła prawosławnego, protestanckiego i innych związków wyznaniowych, a także klubów sportowych i harcerzy. Ale nie o tym jest ta książka.

Demaskator z IPN

Domański ma problem z metodologią doboru obszarów badań. W skrócie: część powiatów dotyczy przedwojennego podziału administracyjnego, część to Kreishauptmannschafty, obszary odpowiadające powiatom z czasów niemieckiej okupacji. To, co autorzy nazywają w tytule całości, w tytułach rozdziałów i narracji „powiatem” (bez użycia cudzysłowu), w rzeczywistości jest dowolnie wybieranym przez poszczególne osoby obszarem badań – demaskuje badacz IPN.

Tymczasem autorzy we wstępie jasno piszą o różnicach między przedwojennymi i okupacyjnymi jednostkami. Domański przez cztery strony próbuje udowodnić, że to fatalna praktyka badawcza, ale nie udaje mu się pokazać, w jaki sposób unieważnia to wnioski z badań. W dalszym ciągu dotyczą one przecież poszczególnych obszarów, w obrębie których zachowano te same założenia metodologiczne – skupiono się na mikrohistorii (badaniu indywidualnych doświadczeń) oraz jak najdokładniejszym liczeniu ofiar.

W recenzenckim podejściu Domańskiego nie ma przestrzeni na pomyłki. Jednak przy tak wielkiej pracy błędy muszą się zdarzyć.

Tymczasem recenzent problemy źródłowe interpretuje ostro: celowe przeinaczanie źródeł, zakłamywanie, oszustwo pod tezę.

Według Domańskiego reinterpretacja źródeł sądowych jest zła.

Niejednokrotnie w recenzowanym opracowaniu znajdujemy przykłady, że autorzy, wykorzystując materiały z procesów, samodzielnie formułują oskarżenia w materii, która nawet przed komunistycznym sądem nie została uznana za potwierdzoną – pisze.

To zaskakująca konkluzja, okazuje się, że dla badacza IPN sądy komunistyczne nagle stały się wiarygodne. Czy to znaczy, że wyroki na działaczy podziemia niepodległościowego należy jednak respektować?

Odpowiedź bez reakcji

Autorzy „Dalej jest noc” odpowiedzieli na tekst Domańskiego na stronie Centrum. Szczególnie interesująca jest odpowiedź na zarzuty o manipulacje źródłowe. Dariusz Libionka udowadnia, że w wielu przypadkach recenzent czytał „Dalej jest noc” pobieżnie. Zarzuca on na przykład Libionce, że o czymś nie napisał, tymczasem dokładnie ten wątek pojawia się kilka stron dalej. Co więcej, Libionka w dwóch przypadkach przyznaje się do pomyłki. W większości jednak wskazuje, że zarzuty wynikają wyłącznie ze złej woli.

Siedmiu spośród dziewięciu autorów książki, którzy zdecydowali się jak na razie odpowiedzieć Domańskiemu, detalicznie prostuje jego błędy i kategorycznie odrzuca jego konkluzje. Jan Grabowski zwraca uwagę na powoływanie się przez Domańskiego na… nieopublikowane teksty badaczy z IPN. Karolina Panz, autorka rozdziału o powiecie nowotarskim, zwraca uwagę na zarzut, że stosunki polsko-żydowskie w powojennych latach 1945-47 sprowadziła do negatywnych postaw. Domański jednak nie przedstawia pozytywnych, a Panz wprost pisze, że w „swoim” powiecie takich nie znalazła.

Tomasz Frydel, autor tekstu o powiecie dębickim, wykazuje, jak Domański formułuje ogólne zarzuty wobec całej publikacji, choć w przypadku wielu rozdziałów są one bezpodstawne.

Czy Domański odpowie na odpowiedzi autorów? Trudno się tego spodziewać. Jego tekst sprawia wrażenie napisanego na szybko i ma konkretne zadanie – zdyskredytować badaczy Centrum.

Kłamstwa Gontarczyka

Doskonałym kanałem do rozprzestrzeniania IPN-owskiej wersji historii są bliskie władzy prawicowe media. 11 marca tygodnik „Sieci” opublikował na okładce wizerunki Jana Grabowskiego i Barbary Engelking z ogromnym tytułem: „Złapani na kłamstwie”. W środku zamieścił artykuł dr. Piotra Gontarczyka z IPN, który Engelking i Grabowskiemu w ogóle nic nie zarzuca, bo na warsztat wziął rozdział Dagmary Swałtek-Niewińskiej o powiecie bocheńskim. Sprawdził jeden przypis – powojenne akta sprawy Samuela Frischa, żydowskiego policjanta z Bochni. Na czterech z pięciu stron opowiedział czytelnikom o działalności Frischa w bocheńskim getcie. To ciekawe, ale jak ma się do zarzutów, które formułuje? Niespecjalnie.

Zarzut brzmi: Swałtek-Niewińska zamieniła policję żydowską na polską, a więc manipuluje źródłami i przypisuje więcej ofiar Polakom. Niestety, Gontarczyk zbytnio się podekscytował tym, co znalazł, i zapomniał zajrzeć do kolejnych dokumentów. Wynika z nich jasno: polska policja brała udział w wyszukiwaniu Żydów w bocheńskim getcie.

Gontarczyk napisał też: Sięgnięto po akta sprawy karnej OD-manna Samuela Frisha [błąd w nazwisku], ich sygnaturę przywołując w przypisie (IPN Kr 502/725), choć ani sam Frish, ani to, kim był, ani żadna informacja dotycząca działalności OD w Bochni nie znalazły się w książce.

Takie informacje pojawiają się w „Dalej jest noc” wielokrotnie, bo to bardzo ważny temat w kontekście losów bocheńskich Żydów.

Gontarczyk trzykrotnie zaprzeczył – dwa razy podczas czatu na stronie IPN i raz w wywiadzie z Jackiem Karnowskim dla wPolityce.pl – aby kiedykolwiek coś takiego powiedział. Trudno o bardziej oczywisty przykład kłamstwa.

Prezes Szarek triumfuje

Pomocna jest również TVP, a do rozmowy zawsze chętny jest Jan Pospieszalski. Goszczący w jego programie szef IPN Jarosław Szarek podsumował dokonania Instytutu na odcinku walki z CBnZŻ: Niestety, ci autorzy dokonali manipulacji na źródłach, a ich skala jest zatrważająca. Profesorowie, którzy się z tym zetknęli, byli jednego zdania, że z taką skalą manipulacji, nierzetelności nie mieliśmy [do czynienia] od lat 50.

Stwierdzenie kategoryczne i miażdżące. Niepokorny dziennikarz Pospieszalski nie zapytał o zarzuty autorów książki wobec Domańskiego czy Gontarczyka. W głowie widza pozostał jeden obraz: badacze Zagłady manipulują historią i szkalują Polaków. Z taką łatką bardzo trudno jest walczyć. Za 10 lat pamięć o publikacji u przeciętnego odbiorcy może zostać zredukowana do takich prostych haseł. Podobnie jak z Janem Grossem potrzeby polemiki nie będzie, bo to przecież kłamca. Samozadowolenie Polaków zostanie uratowane, a nasza konfrontacja z trudną historią kolejny raz odłożona.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Robert Fulford: Brave Soviet dissident Vasily Grossman gets recognition at last

Robert Fulford: Brave Soviet dissident Vasily Grossman gets recognition at last

Robert Fulford


A century later, the quality of Vasily Grossman’s work has given him a spectacular posthumous victory.Wikipedia

A Soviet censor who checked out a novel by Vasily Grossman, Life and Fate, delivered some bad news to the author. Not only was he banning Life and Fate but he also had a bleak prediction of Grossman’s future as an author. He said an explosive book of that kind probably wouldn’t be publishable for another 200 or 300 years.

By the 1940s Grossman (1905-1964) had learned to expect this treatment. He was one of a kind, an author who lived under a severe dictatorship but nevertheless wrote as a free man, conveying his own empathy for people he found suffering. Censors managed to keep Life and Fate unpublished till after his death, rightly claiming that it criticized the Soviet government and even Joseph Stalin himself. Grossman’s book defended the rebel Leon Trotsky and cast doubt on the Soviet system. It compared the U.S.S.R. to Hitler’s Nazi regime. This issue was turned over to the secret police, who raided Grossman’s apartment and confiscated every scrap of the manuscript.

Roughly a century later, the quality of Grossman’s work has given him a spectacular posthumous victory. Far from being a nobody who could be brushed aside by civil servants and censors, Grossman now looks like a heroic Russian writer who managed to oppose both Hitler and Stalin as equally brutal dictators. Published first in Switzerland, Life and Fate gave him a large reputation through translations.

He was one of a kind, an author who lived under a severe dictatorship but nevertheless wrote as a free man

The latest of many tributes to him is a biography, Vasily Grossman and the Soviet Century (Yale University Press), by Alexandra Popoff. She’s clearly spent years in loving dedication of her research, effectively reviving a remarkable life and career.

He was a journalist and war correspondent with the Russian army who revealed the Nazi death camps, then went home and recognized the horror of Stalin’s regime. He first encountered the Nazi Holocaust at Treblinka in Poland, where more than 700,000 Jews died and where he wrote that the Nazis condemned Jews to “the abyss of nonbeing.”

A Jew himself, he worked at revealing the extent of the Holocaust, contributing to the 500-page Black Book. He realized “the paramount importance of facing facts.” He wrote of “the writer’s duty to tell the terrible truth, and it is a reader’s civic duty to learn this truth.”

From left to right, former Russian leader Josef Stalin and Soviet politician Nikolai Bukharin are seen Nov. 21, 1930. AP Photo

Popoff incorporates “and the Soviet Century” in her book’s title. Her intention, well carried out, is to depict Grossman’s life and the life of the Soviet Union as they developed. You cannot read her book without learning a great deal about Soviet life. She sees him dealing with the routine difficulties of day-by-day Soviet existence even as the leaders of the state improvise in the face of both factual and fictional challenges. The notorious fantasy of the “Doctors’ Plot” demonstrates the perverse evolution into paranoia of a whole society.

In December, 1952 Stalin declared during a meeting of U.S.S.R. leaders: “Every Jew is a nationalist and an agent of American intelligence.” This announced a new level of mental illness flowing through Russia. A month later, Pravda’s front page announced the “Doctors’ Plot.” TASS, the government news wire, reported that nine “doctors-saboteurs” had been arrested as terrorists. Six of them were Jews, said to be linked to an international Jewish bourgeois-nationalist organization, guided by American intelligence. Supposedly, they were intent on destroying the Soviet leadership. Other newspapers wrote about “killer doctors” and their plot. Shortly after, Stalin had a stroke and his colleagues asked which doctors should be summoned. Several were named but all of them were in prison. During Stalin’s sickness, The Literary Gazette said the Soviet writers had a task portraying “the greatest genius of all time and all peoples — the immortal Stalin.” After Stalin died, the plot was slowly forgotten.

It would be pleasant to report that Grossman’s work is now cherished by his fellow Russians. But the last paragraph in Popoff’s book suggests that he doesn’t appeal to a nation that still yearns (as Vladimir Putin does) for the restoration of national pride.

“Grossman remains unpopular in Russia. It’s easier to believe in a glorious past than to admit that Stalinism and Nazism were mirror images of each other.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


MISUSE OF ANNE FRANK’S NAME

MISUSE OF ANNE FRANK’S NAME

LETTERS TO THE EDITOR


Readers of the Jerusalem Post have their say.

Letters. (photo credit: PIXABAY)

Misuse of Anne Frank’s name

Regarding “Wiesenthal Center urges removal of Anne Frank’s Name from NGO due to antisemitism” (April 4), this is not the first time that Anne Frank’s name has been misused. In this case, the Frankfurt Anne Frank Educational Center was condemned for inviting an anti-Israel, anti-Jewish speaker in its venue. A few months ago, the Anne Frank house in Amsterdam refused to allow a Jewish worker to wear a kippah there.

I think that this is a result of a universalization of the Anne Frank story to a point where her Jewishness and reason for her death in a Nazi camp, have been placed in a secondary role and in some cases nearly obliterated.

Her entry in her diary in April 1944, a few months before her hiding place was discovered, belies this. She wrote, “If there are still Jews left when it is over, then Jews, instead of being doomed, will be held up as an example. Who knows, it might even be our religion from whom the whole world learns good. We will never become Netherlanders or representatives of any other country for that matter. We will always remain Jews, but we want to, too.”

Giving a proper name to who Anne Frank was and remembering the circumstances surrounding her diary will help to keep her memory in a proper perspective.

MARION REISS
Beit Shemesh

Polls apart

Regarding “Israelis abroad lament lack of absentee vote” (April 3), one can agree to some extent with overseas Israelis wanting to vote, but some have set themselves up in business and would appear not to want to return to Israel and should not be entitled to vote. This brings to mind many citizens living in Israel who cannot get out to vote, e.g. those in hospital for a long time, or are housebound, or have mobility problems. There will be many polling stations that are not accessible for such people. My polling station is one of them, which means that I cannot get to the polling room. One solution is to have postal voting, which has been the norm in the UK for decades. Surely it is not too difficult to introduce this in Israel.

Regarding “Think tanks, NGOs advocate for open primaries on election day,” this is only tinkering with the existing failed system. What is needed is for all MKs to be directly elected in constituencies. As this is unlikely to happen, maybe initially a half-way system would be acceptable, i.e. half the Knesset elected in constituencies and the other half, as now, by parties. This, together with an increase in the threshold to 5%, should ensure a more stable government.

I shudder to think that this election will result in a coalition of at least five parties and could even be six or seven, with each of the smaller ones having enormous power far beyond their size, leading to exorbitant demands.

DANNY LEVITT
Netanya

Irrational hatred vs. rational fear

Regarding “UN condemns Islamophobia and antisemitism” (April 3), the words used for these two forms of hatred clearly show the difference between them.

“Antisemitism” means an opposition to Jews without any hint of a rational reason.

“Islamophobia” consists of two words: Islam and phobia. The Oxford Dictionary defines “phobia” as a “morbid fear” as in hydrophobia (fear of water), claustrophobia (fear of confined space), xenophobia (fear of strangers), etc.

There is no fear of Jews, but the fear of Islam is a rational reaction to the inhuman violence that has been perpetrated by Muslims against infidels – as well as against fellow Muslims – since the birth of Islam, and now is seen too frequently on our TV screens.

CHARLES OREN
Herzliya

Is the sky falling?

Prof. Richard Schwartz (Letters, March 4) blames climate change for the floods in Iran and Zimbabwe and says that Israel’s coastal plain will soon be inundated by the Mediterranean Sea.

Schwartz joins the long list of Doomsday predictors who blame every disaster on climate change. He seems to have forgotten the 40-day Genesis flood and all the other floods and droughts since then.

Al Gore in 2006 warned that we had only 10 years left to combat climate change. In a 1989 AP article, a senior UN environmental doomsday expert said that entire nations would be eradicated by rising water levels if global warming wasn’t reversed by 2000.

Schwartz’s solution is that we all turn to vegetarianism since the livestock sector produces more methane than all the means of transportation combined. This is about as practical or likely as also outlawing all means of transportation and returning to donkeys and the like, although increase in eating veggies will have health benefits for some.

In the meantime, the Kinneret has risen about three meters from this winter’s rains, yet Hayarkon St. is not flooded and the famous TA beach has not receded. In Holland, where about 20% of the country lies below sea level, the average sea level has risen only two centimeters in the past 10 years – not two meters.

More than 30 years after Al Gore’s “sky is falling” prediction, everything seems to be largely intact.

PROF. EMERITUS YIGAL HOROWITZ
Beersheba

Don’t capitulate to Hamas

Regarding “Palestinian prisoners preparing to go on hunger strike today” (April 7), their demands (illegal cellphones returned, visiting rights, continuation of Qatari money, prisoner swap, etc) are blackmail, not negotiations. The jailed terrorists threaten to start a hunger start to put additional pressure on our government to agree to all of Hamas’s blackmail demands.

Our government should make counter-demands. 1) The hunger-striking terrorists can eat or die – it’s their choice (British prime minister Thatcher did that with IRA hunger strikers; some died, others gave in). 2) All counter-measures to continue: no illegal call usage, no family visits, no TV or radio, no newspapers.

Perhaps prison riots should face lethal force, with bodies of dead terrorists not returned until all of our troops and civilians are returned. No Qatari money. No cement for construction, as much or all of it is siphoned off by the terrorists. A complete cessation of all terrorist activities: balloons with IEDs, rockets, mortars, riots at the fence. All of the above are a fit response to Hamas’s “demands.”

Our military deterrence is diminished and our so-called negotiations show weakness. Our enemies must understand that it is a two-way street. The situation for our citizens near Gaza Strip is intolerable. The IDF must be given the order to completely destroy all of the terrorists. Only when civilian organizations vetted by Israel should the Qataris and EU start to rebuild (a Marshall Plan).

Victory needs to be total and surrender unconditional for peace to come to this region.

MURRAY JOSEPH
Kiryat Motzkin

Why are we Israelis obsessed with giving human rights to prisoners who are bent on killing us and the destruction of our state?

In most other democracies, they are allowed one phone call after being arrested, all their possessions confiscated for safekeeping and they have no special rights, other than exercise and food! Here, they are allowed to get education, cell phones, special diets, frequent family visits and a host of other benefits! It actually is a privilege to be a prisoner in an Israeli jail, all paid for by us taxpayers!

This results in, for any minor reason, such things as hunger strikes! I personally would let them kill themselves and save feeding costs! It is their prerogative, let them be!

There is a sheriff in Maricopa County, Arizona, who makes the prisoners wear pink suits and live in tents (he maintains that it is good enough for soldiers). When they waned television, he gave them cooking and sewing programs! Try that with our prisoners!

S. GELGOR
Tel Aviv

Enough senseless funerals

Regarding “NGO director blames government” (March 31), the death of lone soldier Alex Sasaki is a tragedy.

The statement “Some lone soldiers are reluctant to report mental health problems… since they worry about their military profile” is true of Israeli soldiers, as well. There is pressure in Israeli society to have a high profile and serve in a combat unit. Many soldiers do not disclose mental health issues for fear of having their profile lowered and a permanent mark on their record.

Sadly, the death of a lone soldier of a drug overdose brought this issue to light. All organizations should join together to deal with this. A serious mental health examination should be part of the draft process for all soldiers. Lone soldiers who voluntarily join the IDF often give up a comfortable life. It is important for the IDF, with other agencies, to conduct clear and thorough interviews to understand their reasons.

Sometimes the young person, dissatisfied with life in his/her home country, hopes that moving to Israel and joining the IDF will solve their problems. We need to be mindful of the funeral for the young soldier who died under difficult circumstances. The message to another troubled young soldier might be that it is important to confront the issues.

Hopefully, with agencies working together to make soldiers and lone soldiers feel safe and protected, we won’t have additional senseless funerals.

DEBRA WEINER
Jerusalem

International law: On our side

Regarding “Trump’s recognition of Israel’s sovereignty in the Golan” (April 1), once again Susan Hattis Rolef opens up with cannons roaring against our prime minister. If she is so fired up about international law, why does she not take the time to peruse the Mandate for Palestine, which is still legally binding and makes it clear that all of Judea and Samaria belongs to the Jewish people?

No mandatory changes to that law have ever been enacted. As for the Golan Heights, any law that proposes that implacable foes who go to war with their neighbors to destroy their state and slaughter the people have a right to land that would be suicidal for the defender to surrender, then the law (with apologies to Charles Dickens) ”is a ass.”

EDMUND JONAH
Rishon Lezion

Should Israel reward Syria?

As a foreigner who lives in Israel (in the Scandinavian Seamen’s Church), I read with great sadness the article of Susan Hattis Rolef in which she claims that Israel according to international law has no right to the Golan Heights and that US President Donald Trump’s recognition of Israel’s sovereignty in the Golan is meaningless.

She probably does not know that the Golan Heights were part of the Mandate of Palestine when the League of Nations established it in 1922. This decision, which became international law, recognized the whole land (Judea, Samaria, Gaza, the Golan and the western part that became the State of Israel in 1948) as land of the Jewish people. But later, when Great Britain got the administration of “Palestine” and France administered the mandate of Syria and Lebanon, the two Western powers made a change and transferred the Golan Heights to the French Mandate.

This means that the Golan, according to international law, does not belong to Syria. Israel is the rightful owner. When Syria became an independent state, it only misused these areas, attacked the poor Israelis in the valley below again and again, tried to cut off the water to Israel and began two wars against Israel. It lost both and in the Six Day War in 1967, Israel liberated the Golan Heights, which it should have had from the beginning.

Should the rightful owner of the Golan, Israel, now reward the perpetual aggressor, Syria, and give him a part of Israel’s precious land?

BRUNO WENSKE
Haifa

Gazan crash crops

In “The birth of the State of Palestine” (April 4), Gershon Baskin claims that after prime minister Ariel Sharon’s withdrawal from Gaza, “Gush Katif’s hothouses… went bankrupt quickly, as their produce aimed for the Israeli market was left to rot on the border.”

Yet Gazan officials themselves admitted that the greenhouses were looted by gunmen following Israel’s withdrawal. Deputy Palestinian finance minister Jihad al-Wazir said that looters stole irrigation pipes, plastic sheeting, water pumps and more. The looting of the greenhouses and refusal to accept the offer of Israeli expertise were the problem – not border regulations. The Israel border was open all year at that time; it only was closed later due to security concerns and the importation of firearms and concrete used to build tunnels.

Selective journalism and inaccuracies are not conducive to providing a believable narrative.

KAREN PISK
Netanya

Up in the air

Regarding “Regulators knew before crashes that Boeing 737 MAX had problems in certain conditions” (March 29), the crash of two Boeing 737 MAX aircraft has brought the safety of commercial passenger aircraft into public awareness. To satisfy the members of the flying public that passenger aircraft are safe, explanations must be provided for several points.

Aircraft software is now so complex that it has to have fault tolerance incorporated. This allows the software system to continue acting, even when part of it fails. How can an aircraft with such software be regarded as safe?

The Federal Aviation Authority is the main body charged with certifying the air-worthiness of commercial aircraft. It is known that the FAA does not have qualified personnel to check the software of modern commercial aircraft and relies on the manufacturers for this check. How can such software be regarded as safe?

In the Ethiopian Airlines crash, discordant readings from two sensors were reported. Before installation in aircraft, sensors should be tested to destruction. A sensor replacement program, based on this lifetime testing, should be mandatory.

When will these measures be implemented?

GERRY MYERS
Beit Zayit


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


100 lat PKO. Żyd, który uczył Polaków oszczędzać

100 lat PKO. Żyd, który uczył Polaków oszczędzać

Janusz Ostaszewski


Warszawa, listopad 1931 r. Prezes PKO Henryk Gruber (1892-1973) przed mikrofonem w studiu Polskiego Radia nagrywa audycję popularyzującą oszczędzanie. (Fot. NAC)

Henryk Gruber nie tylko zbudował potęgę powstałej 100 lat temu Pocztowej Kasy Oszczędności (dziś PKO BP), ale położył też podwaliny pod krajowy system ubezpieczeń. Zawdzięczamy mu również pierwszy neon w Polsce

Założycielem i pierwszym prezesem PKO był Hubert Ignacy Linde. W grudniu 1918 r. przedstawił premierowi Jędrzejowi Moraczewskiemu projekt organizacji Pocztowej Kasy Oszczędności. W styczniu 1919 r. został mianowany ministrem poczt i telegrafów w rządzie Ignacego Jana Paderewskiego, co ułatwiło mu zrealizowanie projektu życia. PKO erygowano dekretem naczelnika państwa Józefa Piłsudskiego z 7 lutego 1919 r.

Jednak już w 1925 r. Linde został zdymisjonowany po kontroli NIK, która wykryła nieprawidłowości w PKO. Później sąd uniewinnił Lindego, który jednak tego nie doczekał. 17 kwietnia 1926 r. zastrzelił go na ulicy sierżant Wojska Polskiego Wacław Trzmielowski, który uważał się za „mściciela krzywdy publicznej”, ale prawdopodobnie był płatnym mordercą. Motywu zabójstwa nie wyjaśniono.

Kiedy Linde budował polski system oszczędnościowy, jego następca na stanowisku prezesa PKO budował ubezpieczenia. Kilka tygodni po proklamowaniu niepodległości szef MSW Stanisław Thugutt powierzył 26-letniemu Henrykowi Gruberowi pieczę nad ubezpieczeniami od ognia. Ten od razu wziął się do opracowania dekretu zmieniającego rosyjską ustawę na polską, uporządkowania pracy towarzystw ubezpieczeniowych i przejęcia przez państwo majątku byłych towarzystw carskich.

Z Sokala w wielki świat

Sokal, ostatnia stacja kolejowa monarchii austro-węgierskiej przed granicą z Rosją. Na chodnikach barwne chustki spacerujących ruskich dziewcząt mieszają się z kapeluszami żon i córek urzędników Polaków. Jest tu też wielkie skupisko chasydów.

Nie ma elektryczności, telefonu, samochód jest znany z opowiadań. Pracują cegielnia i młyn parowy. Ważna gałąź handlu to spęd świń do Lwowa, a główna atrakcja to jarmark.

Pradziad Grubera był flisakiem i spławiał drewno do Gdańska. Dziad – kupcem drzewnym. Zbankrutował i synowie zostali tylko drobnymi urzędnikami. Rodzina Gruberów była spolonizowaną rodziną żydowską, ale najlepszym przyjacielem Henia był ojciec Jan – bernardyn z miejscowego klasztoru. Henio śpiewał w chórze kościelnym i chodził na religię.

Nauki w przemyskim gimnazjum nie wspominał dobrze: Szkoły nie lubiłem w ogóle, nie rozumiałem, czego chce ode mnie Rostafiński, autor podręcznika botaniki, czy Limbach, autor podręcznika zoologii. (…) postanowiłem uczyć się według własnego systemu: poezji wprost z dzieł Mickiewicza, historii polskiej z Sienkiewicza, historii obyczajowej u Kraszewskiego, Reymonta, muzyki od orkiestr wojskowych na publicznych placach, geografii na mapach z rozkładami jazdy na ścianach dworca kolejowego.

Ojciec przeniósł go do gimnazjum we Lwowie, ale tam nie było lepiej. Wolał chodzić na dyskusje koła socjalistycznego. Im – jak napisze – zawdzięczał umiejętność analizy problemów.

W końcu porzucił naukę mimo perswazji ojca i groźby zostania bez grosza w obcym mieście.

Znalazł pracę w agencji towarzystwa ubezpieczeń na życie. Wydawało się, że nie może być nic nudniejszego, ale okazało się, że ma żyłkę detektywistyczną. Polisy i wykazy kalkulacji – pisał – przychodziły z Wiednia na olbrzymich papierzyskach i w takichże kolumnach. Na nich i na kwitach zacząłem według własnej metody orientować się w branży ubezpieczeniowej, z nich dowiedziałem się, jak się kalkuluje premie za ten typ ubezpieczeń, i zacząłem zbliżać się do rozumienia jego podstaw technicznych. Te początki otworzyły mi drogę na całe życie.

Uroczystość poświęcenia gmachu Pocztowej Kasy Oszczędności u zbiegu ulic Jasnej i Świętokrzyskiej w Warszawie, 18 grudnia 1932 r. Z przodu na fotelu siedzi prezydent Ignacy Mościcki, w głębi widać Aleksandrę Piłsudską. Za prezydentem siedzą: premier Aleksander Prystor, marszałek senatu Władysław Raczkiewicz, a w kolejnym rzędzie m.in. minister spraw zagranicznych Józef Beck. Henryk Gruber stoi ze złożonymi rękami za pierwszym rzędem krzeseł Fot. NAC

Wszystkie popołudnia spędzał w bibliotece uniwersyteckiej, przygotowując się do matury. Gdy się zorientował, że we Lwowie nie nauczy się niczego więcej – wyjechał do Wiednia. Miał 21 lat i w kieszeni kilkadziesiąt koron austriackich. W kawiarni przewertował księgę adresów, wypisał z niej nazwy większych towarzystw ubezpieczeniowych i już w pierwszym – o nazwie Anker – otrzymał pracę. Zestawiał wypełnione formularze lekarskie i kierował je do biura przygotowującego polisy. Praca mechaniczna, ale dała wgląd w całość interesów towarzystwa.

Legionista doskonały

Uczył się w pracy i na kursach ubezpieczeniowych. Był gotowy do zdawania matury, gdy wybuchła I wojna światowa. Wiedeński oddział Związku Strzeleckiego werbował Polaków do Legionów. Gruber rzucił się w wir wydarzeń. Legionową epopeję zakończył z Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Niepodległości i Krzyżem Walecznych, przepojony patriotyzmem i uwielbieniem dla Józefa Piłsudskiego. Był legionistą doskonałym, ale też oryginalnym. Gdy jego 6. Pułk Legionów stał na froncie nad Styrem, poprosił o urlop, zdał maturę w Żółkwi i zapisał się na prawo w Krakowie.

Przedostatnim jego wojskowym wyczynem było przejęcie od Prusaków 10 listopada 1918 r., w towarzystwie dwóch kolegów, komendy nad Zamkiem Królewskim w Warszawie. Ostatnim – wojna z bolszewikami w 1920 r.

Oprócz talentu urzędnika i żołnierza ujawnił jeszcze jeden – literacki. „Hycel, łotrzyk, poeta – nadczłowiek” – jak sam się określił w latach 20. w wierszu „Mądrość”.

Przyjaźnił się ze skamandrytami, uczestniczył w założycielskim posiedzeniu Polskiego PEN Clubu, pisał poematy: „Pomnik Kopernika” i „Kościół Świętego Krzyża”. Jego autorstwa jest pierwszy polski przekład „Pieśni o miłości i śmierci…” Rainera Marii Rilkego.

Nie został w wojsku, wybrał administrację. Stworzył Państwowy Urząd Kontroli Ubezpieczeń i jednolite normy działalności prywatnych towarzystw ubezpieczeniowych dla byłych zaborów, opanowując bałagan wynikający z odmienności przepisów. Negocjował w imieniu rządu z zagranicznymi towarzystwami ubezpieczeniowymi, by uzyskać dla obywateli polskich jak największe zadośćuczynienie za zobowiązania sprzed wojny. Uważał, że obowiązkiem rządu jest zabezpieczenie interesów klientów, kontrola taryf i bezpieczeństwa lokat. Na podstawie wzorca szwajcarskiego przygotował projekt rozporządzenia prezydenta RP w sprawie koncesjonowania działalności towarzystw ubezpieczeniowych oraz poddania ich gospodarki finansowej ścisłemu nadzorowi rządu.

31 marca 1928 r. Henryk Gruber został mianowany na stanowisko prezesa PKO.

Pierwszy neon w Warszawie

Gdy prowadził w Wiedniu rozmowy w sprawie zasad działalności na Górnym Śląsku niemieckich towarzystw ubezpieczeniowych, zobaczył na ulicy reklamę neonową – w Polsce jeszcze nieznaną. Natychmiast odnalazł w Wiedniu firmę, która się nimi zajmowała, i niebawem na rogu Brackiej i Alej Jerozolimskich zabłysła pełnym światłem reklama PKO – pierwszy neon w Warszawie!

Drugi neon kazał umieścić w najlepszym jego zdaniem punkcie – przy placu Piłsudskiego, gdzie odbywały się zgromadzenia patriotyczne. Zwrócił się do administratora budynku z prośbą o zgodę, a gdy ten odmówił, kupił budynek i wkrótce świecił się na nim neon PKO.

Do reklamy przywiązywał olbrzymią wagę – neony PKO z dewizą „Pewność, zaufanie” (był jej autorem) zabłysły więc nie tylko w Warszawie. W gazetach, niezależnie od barwy politycznej, ukazywały się ogłoszenia i artykuły; tylko w 1930 r. – blisko 600. Reklama PKO pojawiła się w Polskim Radiu w specjalnych audycjach: „Skrzynka pocztowa” i „Aktualności finansowo-gospodarcze”. PKO reklamowało się także na krajowych i zagranicznych targach. Niekonwencjonalna reklama – w formie pociągu wystawy – objeżdżała województwa kresowe, świat zabity deskami.

Prezes Gruber szczególnie starał się o pozyskanie dzieci i młodzieży. W szkołach powstawały kasy oszczędności (wkrótce minie 75 lat tej działalności, podtrzymywanej przez PKO do dziś), a w zakładach pracy kasy dla młodzieży zrzeszonej w rozmaitych organizacjach. Najaktywniej współpracujących nauczycieli PKO nagradzało.

Gruber hołubił też kobiety, które – co wynikało z corocznych analiz struktury oszczędności – wnosiły znaczną część wkładów. PKO zorganizowało wielki konkurs z nagrodami na najoszczędniejszą gospodynię domową, wydało specjalną broszurkę „Dola kobiety” i rozesłało teksty specjalnych odczytów dla kobiet wiejskich.

Gruber współpracował też z duchowieństwem katolickim, wydając zbiór kazań i pogadanek na temat oszczędności. Reklamy PKO widniały na milionach paczek papierosów i zapałek, na kalendarzach, rozkładach lekcji i skarbonkach.

Bankier państwowiec

Do rozkręcenia ruchu oszczędnościowego Gruber wykorzystał krótki przebłysk koniunktury – między zamętem powojennym zakończonym reformą Grabskiego w październiku 1927 r. a wybuchem Wielkiego Kryzysu dwa lata później. Oszczędności lokowane w PKO rosły szybciej niż w innych bankach, a w 1939 r. liczba książeczek oszczędnościowych przekroczyła 3,4 mln.

Dzięki temu PKO stało się jedną z głównych instytucji finansujących rozwój kraju. Kredytowało budowę elektrowni, gazowni, wodociągów. Prezydent Stefan Starzyński otrzymał kredyt w wysokości 5 mln zł na rozpoczęcie robót publicznych w Warszawie. Na niemieckim Górnym Śląsku PKO wspierało polskie spółdzielnie ignorowane przez banki niemieckie. Nade wszystko jednak lokowało fundusze w emitowanych przez państwo papierach wartościowych, umożliwiając rządowi sfinansowanie Centralnego Okręgu Przemysłowego, mostów na Wiśle w Krakowie, Płocku i Włocławku, dworca kolejowego w Warszawie, zapór i elektrowni na Sole w Porąbce i na Dunajcu w Rożnowie, dróg i linii kolejowych, wreszcie budowy miasta i portu w Gdyni.

Hubert Linde fanatycznie dbał o interesy kasy, zażarcie broniąc jej autonomii. Henryk Gruber miał inną osobowość, rozumował kategoriami interesów państwa. Godził się z ograniczeniem autonomii kasy dla dobra publicznego. Doceniał wysiłki ministra skarbu Eugeniusza Kwiatkowskiego, zgadzał się z jego opinią, że PKO jest instrumentem regulacji stopy procentowej na rynku i nie może się kierować wyłącznie zasadą rentowności, interes państwowy zmusza ją często do zawierania transakcji nierentowych, jak kupno papierów po kursach sztywnych.

Coś z Keynesa

Nie znaczy to, że zawsze się zgadzał z polityką ministra i prowadzoną przez Bank Polski. Gruber był zwolennikiem angielskiego ekonomisty Johna Keynesa, który uważał, że w razie zaburzeń w gospodarce, a zwłaszcza recesji, konieczna jest interwencja rządu w celu ożywienia koniunktury. Z poglądami Keynesa nie zgadzała się większość prominentnych osób zajmujących się finansami państwa. „Kontrolowana inflacja” proponowana przez niego dla ożywienia gospodarki przerażała ludzi, którzy pamiętali hiperinflację sprzed reformy Grabskiego.

Pierwszy prezes Pocztowej Kasy Oszczędności Hubert Ignacy Linde (1867-1926) Fot. Nac

W rezultacie Polska prowadziła bezkompromisową politykę deflacyjną, broniąc za wszelką cenę złotego. We wspomnieniach Gruber opowiada, jak przekonywał Edwarda Rydza-Śmigłego: Jeśli nie „nakręcimy” koniunktury, wszystko obróci się przeciw nam. Uważam za konieczną ostrożną, kontrolowaną, ale stale wzrastającą emisję banknotów pod weksle zdrowych warsztatów produkcyjnych i instytucji publicznych kierujących inwestycjami. Zdeklarowałem się jako zwolennik inicjatywy prywatnej, ale rozumiem, kiedy trzeba interwencji państwa, a kiedy jej nie trzeba.

Szczególnie na polityce Banku Polskiego i ministra skarbu, któremu podlegał, cierpiało wojsko. Gruber wspomina: Kwiatkowski żył w przekonaniu, że Hitler gra komedię i że nie dojdzie do wojny. (…) Skoro tak, więc po co przesadzać z dawaniem pieniędzy na wojsko? W tym względzie nie zawsze postępował zgodnie z zaleceniami Kwiatkowskiego. Gdy na jednej z konferencji w Ministerstwie Skarbu oświadczyłem, że PKO może postawić do dyspozycji ministra spraw wojskowych 120 mln zł (…), Kwiatkowski czynił mi gorzkie wyrzuty, że przełamałem linię jego polityki, gdyż potrzebuje on pieniędzy na cele „bardziej palące”.

Na ogół jednak Gruber wykonywał dyspozycje Kwiatkowskiego, nawet jeśli mogło to być dla kasy niekorzystne, ale wymagał tego interes publiczny. Gdy jednak minister zaproponował mu stanowisko swego zastępcy, dając do zrozumienia, że niebawem obejmie po nim tekę – odmówił.

Ekspansja

Gruber wprowadził udogodnienia dla posiadaczy kont czekowych. Uruchomił instytucję stałych zleceń i postarał się, by obrót czekowy wyszedł poza granice kraju. Sieć korespondentów zagranicznych rozszerzono na Europę i USA. W 1938 r. PKO obsługiwało już 80 proc. obrotu czekowego.

Za jego prezesury rozwinęła się sieć bankowa, powstały oddziały w Wilnie, Lwowie i Gdyni, reaktywowany został oddział w Łodzi, a poznański przeniósł się do nowego gmachu. PKO podjęło też całkowicie nową działalność – ubezpieczenia na życie, prezes bowiem uważał, że są one również formą oszczędzania. Gruber myślał przy tym nieszablonowo; nie zamierzał konkurować z instytucjami ubezpieczeniowymi zakorzenionymi na rynku i całą uwagę skierował na rozwój ubezpieczeń, którymi nikt się nie interesował – ludowych i dla ludzi niezbyt zamożnych.

Jak powstało PKO SA

W latach 1928-29 do Francji wyemigrowało z Polski mnóstwo robotników, rolników, kupców i rzemieślników. Słali stamtąd do kraju oszczędności, chroniąc je przed częstymi dewaluacjami franka. Na przekazach zarabiały banki francuskie, więc Gruber postanowił, że Bank Polski przejmie obsługę tych pieniędzy, a także usługi kredytowe emigracji.

Okazało się jednak, że działalność filii PKO we Francji uniemożliwia francuskie prawo. Gruber powołał więc na początku 1929 r. Bank Polska Kasa Opieki SA, spółkę akcyjną z formalnym udziałem Banku Gospodarstwa Krajowego i Państwowego Banku Rolnego, której wszystkie akcje miało jednak PKO. Z marketingowego punktu widzenia ważne było zachowanie marki. Bank – w skrócie – nazywał się tak samo, a więc budził wśród emigrantów zaufanie. Pierwsza placówka PKO SA została otwarta w lutym 1929 r. w Paryżu. Przejęła nie tylko obsługę emigracji, ale też polskiego handlu zagranicznego.

Inny charakter miał oddział powstały w 1931 r. w Argentynie, który – ze względu na prawo argentyńskie – był formalnie niezależny i nosił nazwę Banco Polaco. Obsługiwał wymianę handlową z tym krajem, eliminując pośrednictwo banków niemieckich. Z oddziałem tym Gruber związał swe późniejsze okupacyjne losy. Pracował tam też Witold Gombrowicz poprzez Bank Polski.

Utworzony w 1933 r. oddział w Tel Awiwie obsługiwał osobliwą wymianę handlową Polski z Palestyną. Polska – centrum wydawnicze literatury hebrajskiej – eksportowała ją do Palestyny na równi z polską. Oprócz książek instrumenty muzyczne oraz tałesy – modlitewne szale żydowskie.

Z drugiej strony zwiększał się też stale import cytrusów oraz żydowskich liturgicznych win. Zadzierzgnięte wówczas więzi zaowocowały podczas wojny, kiedy palestyński oddział banku PKO SA funkcjonował jako ekspozytura PCK i oddał nieocenione usługi polskiej armii na Bliskim Wschodzie.

Ostatnia zorganizowana przez Grubera placówka powstała w 1939 r. w Nowym Jorku. Zakorzeniła się wśród Polonii i pomogła w sfinansowaniu wielu polsko-amerykańskich transakcji handlowych.

Ruch to życie, a więc Orbis

Od lat 30. państwa europejskie traktowały turystykę jako gałąź wymiany gospodarczej. Gruber podchwycił tę ideę i w 1933 r. stworzył narodowe biuro podróży Orbis – agendę PKO SA, która miała 99 proc. jego akcji.

W kraju i za granicą Orbis intensywnie się reklamował, m.in. w radiu, prasie i na ulicznych plakatach. Miesięcznik „Turystyka” miał olbrzymi jak na tamte czasy 15-tysięczny nakład. Orbis utworzył 10 okręgów turystycznych, które we współpracy z Polskim Towarzystwem Krajoznawczym, Towarzystwem Tatrzańskim, Ligą Morską i Kolonialną, Towarzystwem Rozwoju Ziem Wschodnich, Unią Związków Zawodowych Pracowników Umysłowych organizowały różnorodne imprezy turystyczne.

Za granicą biuro miało 19 agencji i oddziałów, m.in. w Berlinie, Nowym Jorku, Paryżu, Rydze, Sztokholmie i Tel Awiwie. Placówki te obsługiwały też transporty robotników sezonowych z Polski za granicę i w drugą stronę. Paryski oddział Orbisu obsługiwał 65 proc. polskiego ruchu emigracyjnego do Francji.

Henryk Gruber zmarł w 1973 r. w Argentynie, w zapomnieniu. W wydanej w 1995 r. Nowej Encyklopedii Powszechnej PWN hasła „Henryk Gruber” nie ma. A przecież był człowiekiem niepospolitym. I choć po wrześniu 1939 r. nie zyskiwał przychylnych opinii w zeznaniach składanych przed komisją do zbadania przyczyn klęski wrześniowej powołanej przez rząd Władysława Sikorskiego, jego zasługi dla rozwoju ekonomicznego II Rzeczypospolitej były ogromne.


Korzystałem z: Henryk Gruber „Wspomnienia i uwagi 1892-1942”, wyd. 1968, Gryf Publications Ltd.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wakacyjny „Chidusz” o idiotach, Iranie, polskiej Jerozolimie i nowym Muzeum Żydowskim w Sztokholmie

Wakacyjny „Chidusz” o idiotach, Iranie, polskiej Jerozolimie i nowym Muzeum Żydowskim w Sztokholmie

REDAKCJA


Nie moja sprawa, że ktoś jest idiotą

„Napisałam bardzo wiele opowiadań i wiele książek i powiem wam, że pisanie to bardzo, bardzo przyjemna praca, a czytanie jest najmilszym sposobem spędzania czasu, jaki znam” – takimi słowami zwracała się Irena Landau do czytelników „Świerszczyka”. Autorka od ponad pół wieku pisze dla dzieci i młodzieży. Własnych doświadczeń wojennych nigdy jednak nie opublikowała w formie wspomnień czy autobiografii, obawiając się przekłamań. „Co najmniej jedna piąta tego, co ludzie opowiadają, to jest nieprawda. Jest blisko prawdy, ale niezupełnie. Ludzie koloryzują. Dał taki komuś kawałek chleba, a pisze, że uratował mu życie. Poza tym źle pamiętają. (…) Ja wolę to więc opisywać w formie powieści, gdzie wiadomo, że nie jest to stuprocentowa prawda”. 

W wakacyjnym „Chiduszu” znajdą więc Państwo tekst zupełnie wyjątkowy. Irena Landau opowiedziała o swoim pamiętaniu Zagłady zabawnie i bez patosu. Przekazała też kilka wierszy, których dotąd nigdy nie publikowała. Na okładce stół w jej mieszkaniu, a na brzegu okulary. Jednak Irena Landau nigdy by ich tam nie położyła. Poniżej fragment tekstu: 

Jeśli chodzi o wojnę, to rzeczywiście jestem oryginałem, bo ludzie w moim wieku zazwyczaj leżą już na Okopowej. Mam 87 lat i jak dotychczas mniej więcej wiem, jak się nazywam. Mąż umarł pół roku temu. Złamałam przy nim kręgosłup, ale na szczęście dało się wyleczyć, bo, jak pani widzi, chodzę. Jakoś mnie wyciągnęli. (…) Wojna, getto, ukrywanie się po tzw. aryjskiej stronie, w końcu obóz koncentracyjny. Moi rodzice przeżyli, ale byli zupełnie goli, więc musieli mnie oddać do domu dziecka. Mam więc, że tak powiem, dosyć szerokie spektrum. 

irena-landau-pisarka-lgbt-judaizm-religia-geje-biblia-iran-zycie-w-iranie-sytuacja-kobiet-w-iranie-judaizm-dzierzoniow-zydzi-historia

Iran. Zostać czy wyjechać?

S. i K. to dwie kobiety koło czterdziestki. S. rok temu wyemigrowała z Iranu i nie zamierza tam wracać. K. jest jej przyjaciółką i nie wyobraża sobie życia poza Teheranem. S. i K. palą skręty, nie mają chust na głowach, a ich sukienki odsłaniają nagie ramiona. K. nie boi się Trumpa, choć jej miasto zaatakowałby jako pierwsze. S. jest na niego wściekła, bo, jak mówi, zniszczył jej życie. Dla S. noszenie chust to problem, z kolei K. chodzi na irańskie plaże w bikini.

B. spotkał je w jednej z warszawskich kawiarni. Na początku myślał, że mówią po węgiersku, ale okazało się, że toczą bój po persku. Po krótkim small talkuzaczęli we troje rozmawiać o życiu w Iranie.

Prezentujemy zapis tej burzliwej, anonimowej dyskusji, która tyle mówi o współczesnym Teheranie, co o każdym innym miejscu na świecie, w którym siłą narzuca się wartości. 

Dolnośląska Jerozolima przejściowa

Leżący u podnóża Gór Sowich Reichenbach po wojnie stał się Rychbachem. Rok później nadano mu jednak zupełnie inną nazwę – Dzierżoniów. Pochodzi ona od nazwiska księdza Jana Dzierżona, światowej sławy pszczelarza, który tak bardzo manifestował niechęć do ustaleń I soboru watykańskiego, że został ekskomunikowany. Księdza od pszczół z miastem – poza oczywiście nazwą – nic jednak nie łączy.

Ale Dzierżoniów po 1945 roku nazywano także Żydowem, Żydbachem, Żydkowem, Żydłówkiem, a nawet… polską Jerozolimą, ponieważ miasto stało się (na krótko, bo tylko na pięć lat) centrum powojennego osadnictwa żydowskiego.

Dziś po tym Rychbachu nie ma już śladu. Jego historię odtwarza Anna Grużlewska w albumie Polska Jerozolima, prezentując na kilkuset archiwalnych fotografiach kruchą powojenną ideę odbudowy życia żydowskiego w Polsce. W artykule o powojennym żydowskim Dzierżoniowie prezentujemy wybór najciekawszych fotografii prezentowanych w albumie. 

Nowe Muzeum Żydowskie w Sztokholmie

W wakacyjną podróż zapraszamy również do Muzeum Żydowskiego w Sztokholmie. 

Judiska Museet, otwarte w zeszłym miesiącu po trzech latach przerwy, zyskało nową siedzibę, mieszczącą się w historycznym centrum życia żydowskiego na sztokholmskim Starym Mieście. Budynek przy Själagårdsgatan od końca XVIII wieku służył jako miejsce modlitw pierwszemu pokoleniu Żydów, które zamieszkało w Szwecji bez konieczności przejścia na chrześcijaństwo. Później trafił z powrotem w ręce miasta i był między innymi komendą policji, domem aukcyjnym i siedzibą jednego z kościołów. W środku do dziś zachował się babiniec, a pod warstwami farby odkryto oryginalne malowidła powstałe w okresie funkcjonowania synagogi. Choć Muzeum Żydowskie w Sztokholmie działa od 1987 roku, w ostatnich latach nie było raczej miejscem wartym uwagi. Nowa wystawa w nowym miejscu przedstawia historię szwedzkich Żydów w sposób atrakcyjny, kreatywny i (z reguły) dobrze przemyślany. 

Pamiętniki Rudiego Herrnstadta. Część II 

W drugiej części pamiętników Rudi opisuje swoje wkraczanie w dorosłość w Niemczech po 1918 roku. Z zapisków dowiemy się wiele o społecznych, politycznych i materialnych konsekwencjach przegranej wojny. Mimo wielu problemów rodzinie Herrnstadtów udaje się zachować dość wysoki status. Rudi opowiada o beztroskich latach spędzonych na licznych podróżach, korzystaniu z uroków niezwykłego życia kulturalnego międzywojennego Berlina, Breslau i Monachium, jak również o ciekawym podejściu do studiowania prawa. Wraz z nadejściem roku 1933 ta idylliczna wizja gwałtownie się jednak zmienia – druga część pamiętników kończy się w chwili, gdy Hitler dochodzi do władzy.

W Edenii, mieście przyszłości. Część V

W piątej, przedostatniej części powieści Ben-Jakuba, robi się naprawdę gorąco. 

Siwiejąca głowa Zalmana Kindiszmana spoczywała na piersi Noemi. Całowała go bez przerwy, a on szlochał jak małe dziecko. Teraz, po wielu latach spokojnego, zdrowego i normalnego życia…

Płakał długo, całował jej ciało, serce, piersi, szyję… Całował i płakał.

– Dlaczego płaczesz? – zapytała go po dłuższym milczeniu.

– Szczęście jest zbyt silne, wino mnie oszołomiło, boję się, że zaraz wybije moja ostatnia godzina. Indiańska wiedźma powiedziała mi bowiem kiedyś: „Będziesz wę-drował po świecie długo i daleko, aż dojdziesz do kraju wiecznego światła. Tam ukaże ci się prawdziwe szczęście, które nazywasz «miłością». Pierwszego dnia zostaniesz nią oszołomiony, drugiego miłość cię upije, trzeciego będziesz płakać z radości, ogarnie cię bezgraniczne szczęście, dzień i noc nie wypuści cię z ramion. A «szczęście» to będzie miało blond loki i oczy czarne jak noc. A czwartego dnia cię pocałuje. To będzie pocałunek śmierci i oboje, nadzy, objęci, zgaśniecie w tym pocałunku miłości…”.

Bóg Amosa

Zgodnie z tradycją żydowscy chłopcy błogosławieni są przez rodziców słowami: „Obyś był jak Efraim i jak Menasze”. Tak według Tory nakazał nam praojciec Jakub. Problem w tym, że z tych słów niewiele wynika. O Efraimie i Menaszem nie wiemy praktycznie niczego. Dużo więcej pożytku byłoby z błogosławienia dzieci imionami wybitnych postaci z tradycji żydowskiej. Dlaczego nie Amos, Dewora, Rut, Sara, Jeremiasz czy Micheasz? Prorocy słynęli z mądrości – do Dewory, jednej z dawnych prorokiń, po poradę i sąd przychodziły całe pielgrzymki. Barak nie chciał bez jej wsparcia wyruszyć na bitwę. Z kolei Amos, Jeremiasz czy Micheasz to niepokorni aktywiści z czasów podzielonego Królestwa, próbujący wszelkimi siłami walczyć z niesprawiedliwością społeczną. 

W artykule próbujemy znaleźć odpowiedź na pytanie, jaki jest Bóg Amosa. 

Tora przez różowe okulary: O krnąbrnym synu raz jeszcze

Autorka komentarza do parszy Wa-etchanan analizuje wykluczający charakter Hagady na Pesach. Julie Pelc zauważa poważne rozbieżności między fragmentami z Tory, na których oparty jest sederowy rytuał, a ich rabinicznymi interpretacjami: „Agresywny ton, który wyczuwamy wobec pytań dzieci w Hagadzie na Pesach, nie jest w ogóle obecny we fragmencie z księgi Dwarim. Dzieci, które same nie doświadczyły wyjścia z Egiptu, muszą zapytać starszych o ich doświadczenie zniewolenia, a później wyzwolenia. (…) Porównując obie wersje – z księgi Dwarim i Hagady na Pesach – nietrudno zauważyć, jak uprzedzenia rabinów przekształciły proste pytanie zadawane przez dzieci w kategorię akceptacji. W procesie interpretacji fragmentu z Dwarim rabini wyznaczają (wydawać by się mogło samowolnie) granice akceptacji wewnątrz wspólnoty. Jednocześnie ograniczają znaczenie samych pytań i zachęcają do ich zadawania przyszłe pokolenia żydowskich dzieci”.

Tora przez różowe okulary: Nawiążcie je jako znak

W komentarzu do parszy Ekew Ari Lev Fornari mówi o potrzebie stworzenia nowego rytuału, wyzwolonego od toksycznej męskości, oraz o odzyskiwaniu przez osoby wykluczone żydowskiej kultury i religijności. Fornari realizuje tę wizję poprzez wypełnianie szczególnej micwy: „Noszenie mojego talit katan-chest bindera jest jednoczesnym przestrzeganiem religijnego prawa i odzyskiwaniem żydowskiej tradycji. Jest to próba stworzenia nowej wizji religijności, będąca kontynuacją myśli żydowskich feministek, które inspirują do zmiany (…). Bycie religijnym polega na zgłębianiu żydowskich tekstów oraz aktywnym przekształcaniu w tym procesie zarówno przeczytanych słów, jak i samego siebie. Chcę wypełniać przykazania przez pryzmat (i pomimo) prób jednoczesnego obalania norm płciowych i przekraczania ich granic”.


ZAPRASZAMY DO LEKTURY
„Chidusz” dostępny jest w Empikach, księgarniach żydowskich w Warszawie (POLIN i ŻIH) i Krakowie (Jarden i Austeria) oraz na publio.pl. Zapraszamy do prenumeraty. Przyjemnej lektury!


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com