Archive | June 2019

Brak tylko słowa „wybaczcie”

Brak tylko słowa „wybaczcie”

Konstanty Gebert (wrzesień 2012, nr 688)


Konstanty Gebert

Konflikty pamięci w byłej Jugosławii nie są rzeczą nową, aczkolwiek wizja Bośni, czy szerzej: Bałkanów, jako terenu nieustannych i odwiecznych wojen jest nieprawdziwa. Stanowiły one przerwy w długich okresach mniej lub bardziej udanej koegzystencji. Dowodem na to jest architektura sarajewskiej Baščaršija, gdzie synagoga, meczet, cerkiew i kościół są od siebie oddalone o rzut kamieniem. Przez długi czas nikomu nie przychodziło do głowy, że ktoś będzie te kamienie rzucał.

Sprawiedliwe zapomnienie

Warto spojrzeć, jak w Bośni radzono sobie z konfliktami pamięci. Po II wojnie światowej zwycięzcy komuniści narzucili własną wizję przeszłości i wielu odetchnęło z tego powodu z ulgą. Tito zbudował tę wizję na micie Braterstwa i Jedności. Komuniści, z założenia wieloetniczni, jeszcze zacieklej niż z okupantami walczyli z rozmaitymi narodowymi ugrupowaniami zbrojnymi. Ten mit pozwalał wszystkim uniknąć odpowiedzialności za historię. Podobnie jak w konflikcie lat 90., także podczas II wojny światowej działały formacje bardziej i mniej zbrodnicze, ale wszystkie miały wystarczająco dużo na sumieniu, by uznać, że taka wiązana transakcja im się per saldo opłaca. Tyle tylko że Braterstwo i Jedność było tylko jednym z elementów tego niepisanego porozumienia. Drugim była zasada, że niesprawiedliwość będzie rozdzielana sprawiedliwie między wszystkich. Przykładem może być Chorwacka Wiosna, czyli ruch z początku lat 70. na rzecz chorwackiej tożsamości w Jugosławii. Tito brutalnie go stłumił, a potem dla świętego spokoju zaaresztował także serbskich intelektualistów w Belgradzie, którzy akurat niczego się nie domagali. Chodziło o to, by pokazać, że niesprawiedliwość jest rozdzielana sprawiedliwie między wszystkich.

Miało to konsekwencje zarówno w odniesieniu do pamięci, jak i współczesnej sytuacji. Skoro nikt nie mógł mówić w imieniu jakiegokolwiek narodu – ponieważ prawo do zabierania głosu miała wyłącznie Liga Komunistów w Jugosławii – to znaczy, że nikt nie mógł w imieniu Chorwatów prosić o wybaczenie za zbrodnie popełnione podczas wojny na Serbach i, w mniejszym stopniu, na muzułmanach. Nie pojawił się chorwacki Willy Brandt, bo system skutecznie uniemożliwiał komukolwiek mówienie w imieniu narodu. W związku z tym ofiary i ich potomkowie nie usłyszeli ze strony sprawców słowa: „wybaczcie”. I uznali, być może irracjonalnie, że skoro Chorwaci nie proszą o wybaczenie, to uważają pewnie, że nie ma takiej potrzeby. Innymi słowy, uznali, że gdyby Chorwaci mieli okazję, to znów zrobiliby dokładnie to samo, co w przeszłości. Tyle że tym razem, pomyśleli Serbowie, to my będziemy pierwsi. I byli. Serbowie, ofiary zbrodni chorwackich podczas II wojny światowej, stali się głównymi oprawcami podczas wojny lat 90. ubiegłego wieku. Kierowali się głównie propagandą, która twierdziła, że „jeżeli nie będziemy ich zabijać, to oni zabiją nas”. Brak tego „wybaczcie” był jednym z elementów, który tę propagandę uwiarygadniał. W efekcie znów wybuchła wojna, najpierw w Chorwacji, potem w Bośni, gdzie tym razem siły serbskie dopuściły się ludobójstwa. A potem wojna skończyła się bardzo złym pokojem.

Światy równoległe

Znowu jak po zakończeniu II wojny odetchnięto z ulgą – „przynajmniej przestali nas zabijać”. Tylko że coś trzeba było z tą przeszłością zrobić. Tym razem nie było już siły podobnej komunistom po II wojnie światowej, która mogła narzucić wszystkim swoją wizję historii. Powstały za to trzy równoległe wersje przeszłości, pozostające ze sobą w idealnej sprzeczności, wykładane w tym samym czasie, niekiedy w tych samych budynkach. Dla mnie jednym z najbardziej przejmujących miejsc w Bośni jest szkoła powszechna w miejscowości Fojnica pod Sarajewem. Podzielona jest ona murem, z osobnymi wejściami dla dzieci chorwackich i muzułmańskich. Jest to ta sama Fojnica, w której franciszkanie z dumą pokazują w klasztorze firman od sułtana, wydany natychmiast po podboju Bośni w XV w. i gwarantujący franciszkanom pełnię swobód. Czasami warto się zastanowić, co rozumiemy jako postęp.

Pod koniec lat 90. bośniacka badaczka Bronislava Baranović zbadała podręczniki szkolne. Nie przypuszczam, by od tamtej pory sytuacja uległa drastycznej zmianie. Jej zespół przeanalizował 749 rozdziałów podręczników szkolnych do historii, w serbskim, chorwackim i boszniackim systemie nauczania. Warto pamiętać, że w Bośni mamy dwanaście rządów – osiem rządów kantonalnych, rząd kantonu Sarajewo, rząd Federacji Bośni i Hercegowiny, Republiki Serbskiej i państwa Bośnia i Hercegowina. 12 rządów na głowę mieszkańca, na niewiele ponad 4 miliony nieszczęsnych ludzi i trzy systemy nauczania – serbski, chorwacki, muzułmański. Nawet gdyby relacje były jak najbardziej pokojowe, taka sytuacja nie mogła doprowadzić do niczego dobrego.

Zobaczmy, co ustaliła Baranović. W żadnym z badanych podręczników historia inna, niż własnego narodu, nie była wspominana w więcej niż jednej czwartej rozdziałów. Pamiętajmy, że nie mówimy o stosunkach między Islandczykami a Mauretańczykami, ale o relacjach między sąsiadami z jednej ulicy. Nie pojawiają się oni w trzech czwartych rozdziałów podręczników historii. To cierpienie własnego narodu było głównym tematem 42% rozdziałów z podręczników chorwackich, 14% rozdziałów z podręczników boszniackich – co przy okazji pokazuje różnicę w postrzeganiu tego cierpienia. W podręcznikach boszniackich w 19 wypadkach pisano o wojnach obronnych, które toczyli Boszniacy, i tylko o 1 wojnie zaborczej. W chorwackich podręcznikach wojen obronnych było już 40, a zaborczych „aż” 4. W serbskich podręcznikach wojen tych było 58, ale w 10 przypadkach była mowa również o wojnach zaborczych. Gdy weźmiemy pod uwagę, że znakomitą większość tych konfliktów wspomniane społeczeństwa toczyły między sobą, jest rzeczą zdumiewającą, że w każdym wypadku zwycięża myślenie: „myśmy się bronili, oni zawsze napadali”.

Baranović zauważa, że w żadnym z tych podręczników nie było ani jednego rozdziału o tym, czym jest studiowanie historii. Innymi słowy, dzieci uczy się, że „myśmy cierpieli, myśmy się bronili, a tajemniczy obcy, o których się nie uczymy, bo nie musimy, a poza tym i tak dzieli nas mur, tak jak np. w Fojnicy, wciąż nam zagrażają”; wizja ta utrzyma się, dopóki nie będziemy także uczyć refleksji nad tym, czym jest historia. Bez spojrzenia na nią w krytyczny sposób można przyjąć, że historia jest po prostu jedną z nauk empirycznych, jak chemia. Wówczas jednak, tak jak przyjmuje się, że wrzucając kostkę sodu do wody, wywoła się wybuch, tak samo można twierdzić, że Serbowie i muzułmanie nie mogą mieszkać pod jednym dachem, bo są jak oliwa i woda. Jest to ta sama ideologia. Co można z nią zrobić?

Perspektywa pamięci

Jeden ze sposobów wypracowałem, uczestnicząc już od wielu lat w dialogu polsko-żydowskim. Metoda polega na przyjęciu założenia, że to, jak tamci drudzy pamiętają naszą historię, jest uprawnione w tym samym stopniu, co sposób, w jaki my ją postrzegamy. Nie oznacza to, że przyznajemy tamtym rację, ale że zakładamy ich dobrą wolę. I dopiero wtedy możemy tego samego żądać w stosunku do siebie. Dam jeden przykład. W filmie Claude’a Lanzmanna Shoah pojawia się opis Warszawy Kazika Ratajzera, bojowca z getta, który wyszedł kanałami na „stronę aryjską” tuż przed wybuchem powstania, żeby kupić broń. Został przemycony do konspiracyjnego lokalu, umyty, ubrany. Kazik wspomina, że kiedy wyszedł na ulicę, zobaczył miasto, które żyło w pokoju. Dziewczyny chodziły po ulicach z bukietami kwiatów, ludzie siedzieli w kawiarniach, orkiestry grały na skwerach. Warszawa żyła w pokoju. Getto znajdowało się w innej rzeczywistości, w tej samej, w której funkcjonowały Oświęcim, Treblinka, Gułag. Z tej perspektywy, „aryjskiej” stronie Warszawy było bliżej do okupowanego Paryża czy nawet wolnego, ale bombardowanego Londynu niż do koszmaru, który się rozgrywał tuż obok. Tylko ktoś, kto wyszedł kanałami z getta w kwietniu 1943 r., mógł wyobrazić sobie, że Warszawa jest miastem, które żyje w pokoju. W tym czasie na warszawskich ulicach rozstrzeliwano ludzi, panował bezwzględny terror. Problem polega na tym, że tak samo jak Kazik ma rację, tak samo Kowalski, który przeżył wojnę po drugiej stronie muru, ma rację, mówiąc, że jest to nieprawda. Nie będzie żadnej szansy na rozmowę, dopóki Kazik i Kowalski nie powiedzą sobie, może z niechęcią, ale przyznają – nie mam do ciebie pretensji, że tak uważasz, taka jest twoja pamięć.

Bardzo pomaga, jeżeli obie strony mogą się mimo wszystko zaliczyć do jednej grupy. My o różnej pamięci – Polacy i Żydzi – jesteśmy wspólnie ofiarami Niemców. W tym wysiłku odnajdywania tego, co wspólne, pomagają, a przynajmniej powinny pomagać, religie. Kłopot polega jednak na tym, że z całą pewnością religie w Bośni nie rozliczyły się jeszcze ze swojej niedawnej krwawej przeszłości. Kilka lat temu jako reprezentant Żydów uczestniczyłem w Sarajewie w dialogu międzywyznaniowym i słuchałem z rosnącym zdumieniem, jak przedstawiciele Kościoła katolickiego, Cerkwi prawosławnej i Związku Muzułmańskiego mówili to samo – moja religia jest religią pokoju i jeżeli ktoś twierdzi, powołując się na nią, że zezwala ona na przemoc i zbrodnie, to mówi nieprawdę. W tym dialogu nikt nikomu nie zarzucił kłamstwa. Uznałem, że i tak nazajutrz wyjeżdżam, więc mogę się narazić. Powiedziałem, że wszystkim bym uwierzył, gdyby nie to, że mieszkałem podczas wojny przez rok w tym mieście i słyszałem, jaki te religie głosiły przekaz.

Stąd bardzo trudno, przynajmniej w Bośni, traktować jakąkolwiek religię jako narzędzie pojednania. Nie są one w tym względzie wiarygodne. To, że posługiwano się nimi, aby uzasadniać zbrodnie, jest oczywiście zniewagą dla tych, którzy nie godzili się wtedy, jak i nie godzą się teraz na zbrodnie usprawiedliwiane wiarą. Dlatego chciałbym, byśmy pamiętali o konsekwencjach przyzwolenia jakiejś religii na to, by w jej imieniu popełniano zbrodnie. Jakiś czas temu opłakiwaliśmy muzułmanów i Żydów zamordowanych w Tuluzie z powodu ekstremistycznej interpretacji Islamu, z którą oczywiście główny nurt Islamu nie ma jakoby nic wspólnego. Wolałbym jednak, żeby mówili o tym wyznawcy głównego nurtu Islamu, a nie, żebym mówił to ja. Ja mam mówić o żydowskim terroryście Baruchu Goldsteinie, który zamordował w Hebronie modlących się muzułmanów. Chrześcijanie mają mówić o popach i księżach, którzy podczas wojny bośniackiej błogosławili morderców, czy chociażby o chrześcijańskich terrorystach, walczących po obu stronach w Irlandii. Póki będziemy się bili w cudze piersi, będzie dudniło bardzo mocne echo, ale będzie ono puste.

* Wystąpienie wygłoszone podczas konferencji „Konflikty pamięci i pojednanie w Europie. Rola religii i Kościołów, znaczenie myśli Jana Pawła II, która odbyła się 23 marca 2012 roku w Pałacu Prezydenckim w Warszawie. Konferencję objął swoim patronatem Prezydent RP Bronisław Komorowski. W imieniu Prezydenta RP wystąpił minister Maciej Klimczak. Organizatorem spotkania była Fundacja Kultury Chrześcijańskiej ZNAK we współpracy z Katolicką Agencją Informacyjną oraz Inicjatywą Chrześcijan dla Europy (IXE). Pomysłodawcą konferencji był Henryk Woźniakowski.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


French, and Israeli Jews Shows Majority Agree on Many Issues, But Sharp Divide Over Trump

New Survey of American, French, and Israeli Jews Shows Majority Agree on Many Issues, But Sharp Divide Over Trump

Benjamin Kerstein


Members of the Ugandan Abayudaya community visit the Western Wall in Jerusalem during their Taglit-Birthright trip. Photo: MAROM.

A new unprecedented survey of the world’s three largest Jewish communities — American, French, and Israeli — showed a majority of the communities agreeing on many issues, but a sharp divide on President Donald Trump’s relationship with Israel.

The American Jewish Committee poll showed that 48 percent of Israelis strongly approve of Trump’s handing of the US-Israel relationship, with another 31 percent somewhat approving and only four percent strongly disapproving.

Among American Jews, on the other hand, the numbers are almost precisely the opposite, with 45 percent strongly disapproving and only 22 percent strongly approving.

In addition, 88 percent of Israelis support Trump’s recognition earlier this year of Israeli sovereignty over the Golan Heights, while only 50 percent of American Jews do.

There was, however, agreement on other issues. On the question of Jewish identity, 59 percent of American Jews, 43 percent of French Jews, and 51 percent of Israelis believe Jewish identity is mainly an issue of ethnicity and culture. Only a quarter of each community believe it is a matter of religion.

On whether Israel is vital to the future of the Jewish people, 91 percent of Israelis, 72 percent of Americans, and 53 percent of French Jews agreed. In regard to a thriving Diaspora, 74 percent of Israelis, 65 percent of Americans, and 51 percent of French Jews felt it was essential to the future of the Jewish people.

The survey showed that 65 percent of French Jews and 41 percent of American Jews have visited Israel at least once.

In regard to antisemitism, half of French Jews felt their security situation was worse now than it was a year ago, 58 percent said they had experienced antisemitism, and 56 percent felt the authorities were not doing enough about the problem. Fifty-five percent have considered emigration as a result. Forty-six percent of Israelis and 17 percent of Americans felt French Jews should leave immediately.

American Jews, surprisingly, had similar views on security, with 65 percent saying they felt less safe now than they did last year. Fifty-seven percent also said that pro-Israel students were facing a more hostile environment on campus.

On the peace process, there was moderate disagreement between Israeli and American Jews. Forty-three percent of Israelis thought the chances of peace with a Palestinian state would decline in the next five years. Fifty-one percent of American Jews said the chances will stay the same.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Plac w Paryżu otrzyma imię Jana Karskiego

Plac w Paryżu otrzyma imię Jana Karskiego

llew/ az/ kar/


Jan Karski, 2000 r. Fot. PAP-T. Gzell

Uroczystość nadania jednemu z placów imienia Jana Karskiego, słynnego kuriera i emisariusza władz Polskiego Państwa Podziemnego, odbędzie się w poniedziałek w Paryżu. Rada miasta podjęła decyzję w tej sprawie jeszcze w 2015 r.

Merostwo stolicy Francji w komunikacie zapowiadającym uroczystość nazywa Karskiego „uczestnikiem polskiego ruchu oporu, który dostarczył wielu informacji o eksterminacji Żydów w Polsce”.
W nadaniu placowi imienia Jana Karskiego weźmie udział prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Mer Paryża Anne Hidalgo reprezentować będzie jeden z jej zastępców Patrick Klugman. Oczekiwana jest też mer X okręgu (dzielnicy) Paryża Alexandra Cordebard i inni stołeczni radni.
Do stolicy Francji przyjedzie również z tej okazji prezes Fundacji Edukacyjnej Jana Karskiego, Ewa Junczyk-Ziomecka, która podkreśliła w komunikacie, że „Paryż zajmował ważne miejsce w wojennych wspomnieniach polskiego emisariusza”.
Plac Jana Karskiego, dotychczas bezimienny, znajduje się u zbiegu ulic Cail i Louis Blanc. dotychczas bezimienny, to kwadratowy obszar położony na wiadukcie nad torami prowadzącymi do Dworca Wschodniego. Pobliskie budynki mają numery krzyżujących się tam ulic Cail i Louis Blanc. Na placu znajduje się zielony skwer, na którym, chronione przed ruchem samochodowym, bawią się dzieci.
Przed uroczystością mer Paryża przyjmie prezydenta Warszawy z okazji dwudziestolecia paktu przyjaźni między obu miastami i dziesięciolecia paryskiego Festiwalu Chopina. Przy tej okazji podpiszą oni nowy pakt przyjaźni i współpracy.
Z Paryża Ludwik Lewin (PAP)

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jak odzyskać roztrwoniony dar 1967 roku

Jak odzyskać roztrwoniony dar 1967 roku

Vic Rosenthal
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Oglądałem niedawno krótkie (10 minut), bardzo poruszające wideo o zwycięstwie Izraela w Wojnie Sześciodniowej. Ten film sugeruje, że zwycięstwo było dosłownie cudem. Może było, chociaż cuda takie jak zniszczenie sił powietrznych wroga i odebranie Starego Miasta zdarzają się tylko wtedy, kiedy z boską interwencją łączy się staranne przygotowanie, walka i poświęcenia dokonywane przez ludzi.

Ten film wzbudził we mnie olbrzymią dumę z dokonań żydowskiego narodu, państwa i armii. I choć nie wierzę w boską interwencję w sprawy ludzkie, to zwycięstwo – wraz z przetrwaniem narodu żydowskiego od czasów biblijnych – spowodowało, że zacząłem się zastanawiać czy może mylę się w tej sprawie.

Na czym więc polega problem?

Wydaje mi się, że wzięliśmy dar, który dali nam Haszem i Izraelska Armia Obronna, i po trochu przez ignorancję i słabość woli, roztrwoniliśmy go.

Półwysep Synaju, zdobyty w 1967 roku, jest z powrotem w rękach egipskich. Tak, wiem, że zyskaliśmy „pokój” w zamian, ale lepszym opisem tego pokoju byłoby przypomnienie, że USA przekupili Egipcjan, by zostawili nas w spokoju, miliardami w środkach pomocowych, w tym militarnych, co przełożyło się na broń, która mogła być użyteczna tylko przeciwko nam.  Dzisiaj Egipt ma rząd, który widzi korzyść w utrzymywaniu zimnego pokoju; gdyby jednak Bractwo Muzułmańskie, które na krótko (2012-13) doszło do władzy przy pomocy Baracka Obamy, było bardziej kompetentne, stalibyśmy wobec wrogości nie mniej zajadłej niż w czasach Nassera. Za to zrezygnowaliśmy z zasobów naturalnych, włącznie z ropą naftową, ale, co ważniejsze, z jedynej rzeczy, której Izraelowi brak bardziej niż czegokolwiek innego i której brak najtrudniej jest zrekompensować najnowocześniejszą techniką: głębi strategicznej.

Także Strefa Gazy wróciła pod arabskie panowanie. Obecnie jest, praktycznie rzecz biorąc, suwerennym państwem pod panowaniem Hamasu, który zaciekle uciska arabską populację i używa jej jako ludzkiej tarczy w nieustannej wojnie przeciwko Izraelowi. To stało się w wyniku dobrowolnego, jednostronnego porzucenia przez Izrael swoich osiedli i instalacji militarnych w Gazie. Gaza służy jako baza militarnych działań Hamasu oraz pretekst do międzynarodowych potępień Izraela, który od czasu do czasu musi bronić się przeciwko atakom rakietowym, urządzeniom wybuchowym i zapalającym przenoszonym przez latawce i balony oraz próbom wtargnięć terrorystów albo przez płot graniczny, albo przez tunele.

A najświętsze na świecie miejsce narodu żydowskiego? Już w dniu zdobycia Starego Miasta Mosze Dajan rozkazał, by usunąć izraelską flagę z Kopuły na Skale i oddał administrację Wzgórza Świątynnego arabskiemu waqf. Stworzono “status quo”, w którym zarówno muzułmanie, jak Żydzi mieli mieć możliwość odwiedzania swoich miejsc świętych.  W praktyce jednak żydowskie prawa były po trochu ograniczane. Dzisiaj Żydzi mogą odwiedzać Wzgórze Świątynne tylko w ograniczonym czasie, mogą wchodzić tylko przez jedną bramę, mają zakaz modlenia się, niesienia czegokolwiek (nawet butelki z wodą), a nawet używania kranów przeznaczonych do mycia rąk dla muzułmanów. Niewiele jest ograniczeń dla muzułmanów, a arabskie dzieci czasami grają w piłkę na Wzgórzu, mimo wyroku sądowego, który tego zakazuje. Wakf zbudował kilka meczetów na i pod Wzgórzem i w trakcie tego zniszczył lub stracił bezcenne archeologicznie artefakty. Według porozumienia ma być archeologiczny nadzór nad pracami budowlanymi, ale wakf ignoruje ten wymóg.

Jeśli chodzi o pozostałą Judeę i Samarię, „międzynarodowa społeczność”, która śmiertelnie boi się terroryzmu OWP i arabskiej broni naftowej, od wojny 1967 roku pchała i zmuszała Izrael do opuszczenia terytoriów wyzwolonych spod jordańskiej okupacji. Potrzeba jednak było Szimona Peresa, który gonił za chimerycznym „Nowym Bliskim Wschodem”, by głupio ściągnąć z powrotem naszego najgorszego wroga, Jasera Arafata, z wygnania, gdzie jego organizacja starzała się i słabła, i pozwolić mu na założenie bazy terrorystycznej w biblijnym centrum państwa żydowskiego. Nawet daliśmy mu pieniądze i broń! Zapłaciliśmy wysoką cenę za tę fashla podczas drugiej intifady i nadal płacimy ją dzisiaj, kiedy Żydzi mordowani są losowo przez pokolenie młodzieży wychowanej przez system edukacyjny Arafata i jego następcy, wieprzowatego Mahmouda Abbasa.

Chociaż nie możemy winić za Porozumienia z Oslo nikogo poza samymi sobą – nawet prezydent USA, Clinton, był zaskoczony – wroga Unia Europejska uczyniła z Oslo użytek, by  realizować swój cel wypchnięcia Izraela z terytoriów. Pod pozorem pomocy „humanitarnej” dla Autonomii Palestyńskiej UE ignoruje dzisiaj izraelskie przepisy o strefach i zabudowie, i buduje publiczne budynki, by tworzyć w terenie fakty dokonane na obszarach, które – według Oslo – są pod izraelską kontrolą.

Dlaczego pozwoliliśmy na to wszystko?

Jest wiele przyczyn. Jedną jest to, że nie wiemy, jak prowadzić negocjacje. Lubimy myśleć: „jesteśmy silni, stać nas na rezygnację z (czegokolwiek) w interesie pokoju. Druga strona doceni naszą szczodrość”. Błąd. Z czegokolwiek rezygnujemy, Arabowie biorą, a potem żądają więcej. Nie rozumieją „szczodrości” – widzą ją jako słabość. Proces negocjacyjny jest jak zębatka: może iść tylko w jednym kierunku – ku Arabom – ale nie może iść w drugim.

Inną przyczyną, często zauważaną, jest to, że zakładamy, że wszyscy inni są tacy jak my. Chcemy pokoju, więc palestyńscy Arabowie muszą chcieć pokoju. Obchodzi nas bezpieczeństwo, rozwój gospodarczy, dobre życie dla naszych dzieci. Oni, z drugiej strony, chcą się nas pozbyć; nie ma znaczenia, że mieliby lepsze życie, gdyby współpracowali z nami. My chcemy niezależnego państwa narodowego, ale oni są głównie lojalni wobec swoich klanów. My szukamy rozwiązania, w którym wygrywają obie strony, ale dla nich jest zawsze ważniejsze zaszkodzenie Żydom niż pomoc Arabom.

Wreszcie, Arabowie zawsze są gotowi użyć “weto krzykacza”, lub – poprawniej w tym wypadku – „weto terrorysty”: dajcie nam to, co chcemy, albo nie będzie pokoju. Jaki izraelski polityk chce zostać oskarżony za rozruchy, które następują po stanowczej obronie naszej pozycji?

Co możemy robić inaczej? Niestety, musimy być mniej szczodrzy. Musimy stać się twardsi. Musimy ustalić granice i trzymać się ich. UE finansuje nielegalną budowę w Judei i Samarii? Zburzyć ją. Zacznijmy od Chan al Ahmar, o której nawet lewicowy izraelski Sąd Najwyższy powiedział, że musi zniknąć i którą premier Netanjahu obiecał usunąć miesiące temu. Musimy odebrać to, z czego zrezygnowaliśmy, krok po kroku, i ostro uderzyć w „weto terrorysty”. Nie odzyskamy Synaju – i na tym etapie wątpię, byśmy tego chcieli. Ale sytuacja w i wokół Gazy musi zmienić się radykalnie. Musi być wysoka cena za balony podpalaczy, cena tak wysoka, że nie zechcą jej więcej płacić.

To samo dotyczy Wzgórza Świątynnego. Kawałek po kawałku, tak jak je straciliśmy, musimy je odzyskać. Oczywiście, że będą reakcje (tj. rozruchy). Ale reakcje dzieją się dlatego, że Arabowie wiedzą, że może im to ujść na sucho. Wiedzą, że zawsze się cofniemy, jak to zrobiliśmy wykrywaczami metalu przy bramach. Wiedzą, że boimy się konfrontacji, więc pchają mocniej.

To jest długi proces i będzie bolesny, Arabowie przyzwyczaili się do wygrywania; będzie trudno przyzwyczaić ich do przegrywania. Ale dla Bliskiego Wschodu nie ma rozwiązania, na którym korzystają wszyscy. W tej okolicy wszystkie gry są o sumie zerowej.


Vic Rosenthal – Zajmował się rozwijaniem programów komputerowych. Studiował informatykę i filozofię na University of Pittsburgh. Obecnie Mieszka w Izraelu. Publikuje w izraelskiej prasie. Jego artykuły często zamieszcza Elder of Ziyon.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


During Counter-Protest to KKK Rally in Dayton, Some Vandalize Israeli Flag

During Counter-Protest to KKK Rally in Dayton, Some Vandalize Israeli Flag

Algemeiner Staff


Members of the white nationalist group the Honorable Sacred Knights of the Ku Klux Klan hold a rally in Dayton, Ohio, May 25, 2019. Photo: Reuters / Jim Urquhart.

Of the hundreds of demonstrators who showed up on Saturday to counter a white supremacist rally in Dayton, Ohio, some were seen stomping on and attempting to burn the flag of the Jewish state.

The rally, held by nine members of the Honorable Sacred Knights of Indiana, which is affiliated with the Ku Klux Klan, drew some 500 to 600 counter-protesters, The Dayton Jewish Observer reported. Among the diverse crowd were Antifa activists, faith delegations and members of the New Black Panther Party.

While the day passed without any reported violence, several counter-protesters were photographed trying to set an Israeli flag on fire, and — failing to do so — ripping and stomping on it.

The photos were shared on Facebook by Native American activist Corine Fairbanks, who posted them with the caption, “More Allies, and Palestinian Relatives, wanting to burn flag- FREE PALESTINE!! Deport the KKK.”

Anti-Zionist groups have increasingly attempted to link their cause with social justice movements on the left, and often equate Zionism — a diverse movement that supports the Jewish people’s right to national self-determination — with white supremacy and other forms of racism that have historically oppressed Jews.

Jen Mendoza, a member of the Cincinnati Palestine Solidarity Coalition, who was photographed attempting to burn the flag, said “the incident occurred after she saw three young men with an Israeli flag and entered into what she described as a confusing discussion with them,” The Observer reported.

“Recognizing the state of Israel as being of the same ideology [as] American capitalist imperialist settler colonialism, and seeing that flag on our side was jolting,” Mendoza recalled.

“One of them said that he was from Israel. And then the other two boys looked Arab,” she continued. “The other kid, he was the one doing a lot of the talking, he made comments about God giving them the land, and at that point I was like, ‘Well, you’re on the wrong side of this fence if that’s what you believe.’”

The boy then said “some extremely Zionist, racist things,” before asking, in an apparent reversal, whether he should stomp on the flag. Mendoza said she’d be happy to set it on fire, she told The Observer.

“And then he flipped and was like, ‘Yeah, let’s burn this flag right now,’” Mendoza said. “He helped tear it apart — and then he told us that he was doing a social experiment to find out where people really stood on fascism. And then he began chanting, ‘Free Palestine.’”

Fairbanks told The Observer that at one point, a young woman asked those vandalizing the flag, “What are you? Against Jews?”

“I remember them [the young men] saying that no, they weren’t against Jews, they wanted Palestine to be free,” said Fairbanks, who argued that the Israeli flag “has nothing to do with Judaism.”

“I’m American Indian,” she said in her comments to The Observer. “To say I’m against America and the United States government and what they’ve done to indigenous people, yes definitely. So I am in solidarity with indigenous people worldwide. I know there’s a complex history with the indigenous people and what’s happening in Israel, I understand there’s a complexity that’s very different from what’s happening here, but there’s also a lot of commonality between Native American people here and the indigenous people there.”

At least one local resident, Sara Stathes, was rattled by the incident with the Israeli flag. “I was shocked to see that,” Stathes told The Observer. “I saw some counterarguments as to why they might have done that, but at the same time it’s totally unacceptable. It made me feel sick.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com