Archive | October 2019

W arabskich oczach

W arabskich oczach

   Malgorzata Koraszewska



Syryjczyk i Egipcjanin rozmawiają o syjonizmie i Izraelu. Mieszkają w Ameryce, są dysydentami, a jednak to niesłychanie interesujące, że ta odmienna i rozumiejąca perspektywa pojawia się w ostatnich czasach częściej niż wcześniej.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


“Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy”.

“Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy”. Niewygodna prawda o rumuńskim Holokauście

Piotr Dobry


“Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” / Materiały prasowe

“Hegel powiada gdzieś, że wszystkie historyczne fakty i postacie powtarzają się, rzec można, dwukrotnie. Zapomniał dodać: za pierwszym razem jako tragedia, za drugim jako farsa”. Słowa Karola Marksa idealnie oddają charakter filmu Radu Jude o rekonstrukcji masakry w Odessie.

Jeden z czołowych twórców rumuńskiej nowej fali nie pierwszy raz bierze na cel historyczną amnezję rodaków. W głośnym “Aferim!” rozliczał system pańszczyźniany na Wołoszczyźnie XIX wieku, degradujący Romów i Żydów do poziomu niewolników. W dokumencie “The Dead Nation” przypominał o antysemityzmie i pogromach wypieranych po dziś dzień ze zbiorowej świadomości Rumunów. Teraz wraca z kolejną mocną rewizją w prowokacyjnym “filmie w filmie”.

“Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” – ta nieludzka deklaracja marszałka Iona Antonescu w rumuńskiej Radzie Ministrów latem 1941 r. dała przyzwolenie na czystki etniczne na terenach Besarabii, Bukowiny i Transnistrii. Szacuje się, że pod faszystowską dyktaturą Antonescu śmierć poniosło około 300-400 tysięcy Żydów – więcej zginęło tylko z rąk Niemców. Ale jak argumentuje główna bohaterka filmu Jude, reżyserka teatralna Mariana Marin, nie liczby są najważniejsze, lecz sam bez mała zapomniany przez świat sojusz z Hitlerem.

Osobliwi “Barbarzyńcy” od progu burzą czwartą ścianę. Widzimy klaps filmowy z nazwiskiem reżysera, po czym aktorka Ioana Iacob zwraca się wprost do kamery, informując nas o granej przez siebie postaci i życząc udanego seansu. W ten sposób Jude wytycza granice umowności filmu, ale i samej “prawdy”, która jest tu słowem-kluczem.

Do owej prawdy obsesyjnie dąży bohaterka. Zaopatrzona w szereg archiwalnych dowodów, jak oficjalne relacje, listy, rozkazy, fotografie czy wreszcie film z procesu Antonescu, usiłuje przed Pałacem Królewskim w Bukareszcie wystawić inscenizację wydarzeń tuż po zajęciu Odessy przez wojska niemieckie i rumuńskie, kiedy to w “odwecie” za wybuch sowieckiej bomby z opóźnionym zapłonem Rumuni dokonali masowej eksterminacji ludności żydowskiej, fałszywie oskarżonej o kolaborację z NKWD.

Ambitna twórczyni robi za alter ego samego reżysera: pragnie swoją sztuką skłonić naród do refleksji. Jako że jednak niewygodna prawda nigdy nie jest pożądana, Marin musi stoczyć nierówną walkę z biurokracją, a nawet własną obsadą złożoną z werbowanych na miejscu naturszczyków.

Nie wszystkim podoba się “wywrotowa” wizja spektaklu. Starszyzna narzeka na “niepotrzebne” przywoływanie demonów przyszłości. Szefowie grup rekonstrukcyjnych oczywiście “wiedzą lepiej” i żądają większego autentyzmu, rozlewu sztucznej krwi i efektów pirotechnicznych. Znamienny jest też entuzjazm mieszkańców w trakcie castingu do ról hitlerowców, podczas gdy Żydów chce grać mało kto, zaś Romów już w ogóle nikt.Najbardziej elektryzująco wypada jednak starcie Mariany z lokalnym rewizorem Movilą (znany z “Aferim!” Alexandru Dabija), który najpierw dał zielone światło na projekt, ale widząc co się święci, chce utemperować artystkę i nakłonić ją do stonowania “antyrumuńskiego” wydźwięku. I tak w burzliwych filozoficznych dyskusjach zderzają się dwa światopoglądy, a cyniczny relatywista Movila okazuje się trudnym przeciwnikiem i wytacza coraz cięższe działa, od wyrażenia troski o dziecięcą widownię, przez rzekomą nieweryfikowalność faktów (“Wydarzenia są historyczne – mówi – tylko dlatego, że historycy o nich napisali”), po zakwestionowanie sensu całego przedsięwzięcia, skoro istnieją tematy dużo niechętniej podnoszone.

“Dlaczego nie wystawisz sztuki o niemieckim ludobójstwie Herero w Namibii?”, pyta z przekąsem, sugerując, że Mariana idzie na łatwiznę i żeruje na najniższych instynktach. “Nie mamy prawa być subtelni”, odparowuje zdenerwowana bohaterka, która w tym momencie zdaje się przemawiać także na poziomie metafilmowym – jako aktorka Ioana Iacob – jak nam się przedstawiła na początku. Czy aby na pewno “nie mają prawa”? Tę kwestię Jude pozostawia do rozstrzygnięcia widzowi. Spór Mariany z Movilą jest dużo bardziej zniuansowany niż utarty w kulturze konflikt idealistycznego artysty z bezdusznym cenzorem. Movila chwilami budzi nawet sympatię, z kolei “moralna misja” Mariany zostaje skontrastowana z jej wątpliwym etycznie romansem z żonatym pilotem. Pobrzmiewa tu niebywała autoironia rumuńskiego reżysera, tak jakby Jude pytał sam siebie, kto dał mu prawo do pouczania innych.

“Barbarzyńcy” to rzadki przykład filmu erudycyjnego, który nie jest przy tym artystowski. Postaci przerzucają się cytatami z wybitnych rumuńskich intelektualistów, jak Emil CioranMircea Eliade czy Lucian Pintilie, sięgają po myśli wspomnianego Marksa, Hannah Arendt, Ludwiga Wittgensteina, ba – odczytują na głos długie fragmenty książek. Nigdy jednak nie wypada to pretensjonalnie, zawsze z wigorem, humorem, błyskotliwością.

Film tyle mierzy się z historią, ile pokazuje dyskusyjny proces jej kreacji poprzez ułudę, iluzję rzeczywistości. Efekt często może być odwrotny od zamierzonego – wskazuje Jude w przerażających scenach finałowych, kiedy gawiedź zgromadzona na placu wiwatuje na widok nazistowskich mundurów, wygwizduje czerwonoarmistów i wreszcie oklaskuje zagładę Żydów. Czyżby współczesnych Rumunów, zupełnie zwyczajnych ludzi, również nie obchodziło, czy przejdą do historii jako barbarzyńcy? A może ta beztrosko odhumanizowana publika to też tylko aktorzy, statyści, i reżyser celowo trolluje, aby zwrócić uwagę na problem?

“To wprost zdumiewające, ile trudu może sobie zadać poszczególna osoba czy cały naród, aby nie spojrzeć w bezlitosne lustro”, pisał James Baldwin w opowiadaniu “Dziś rano, dziś wieczór, tak prędko”. Film Jude to odarte z patosu wezwanie do rachunku sumienia, rozprawka nad “jedynie słuszną wizją”, apel o nietraktowanie historii wybiórczo. A także alarmujące dla Europy przypomnienie, że każde ludobójstwo zaczyna się od języka.


“Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy”, Rumunia / Niemcy / Bułgaria / Francja / Czechy 2018, reż. Radu Jude, dystrybucja: Aurora Films


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


From Poland To The USSR To Iran To Israel: A Holocaust Story

From Poland To The USSR To Iran To Israel: A Holocaust Story

Julia M. Klein


Tehran Children: A Holocaust Refugee Odyssey

By Mikhal Dekel

W.W. Norton & Company, 417 pages, $27.95

It was the prompting of an Iranian-American colleague at the City College of New York that stirred Mikhal Dekel’s interest in her family’s Holocaust narrative of flight, hardship and survival.

Dekel’s initial idea was to collaborate on a book with Salar Abdoh, a fellow English professor who had left Iran after the 1979 Islamic Revolution. He returned there to help with research, since Dekel, as an Israeli citizen, was barred from the country. But the joint project proved unwieldy, and it collapsed as the friendship, beset by political differences, grew tense and distant.

In “Tehran Children: A Holocaust Refugee Odyssey,” the two academics’ shifting relationship provides a metaphor for charged encounters among various peoples – Polish Jews, Polish Catholics, Russians, Uzbeks, Iranians and others — under wartime stress. The fruit of a decade of archival research, extensive travel, and interviews with family and strangers, the book is a major achievement and an important addition to the literature of the Holocaust.

In tracing her family’s journey, Dekel chronicles the relatively little-known tale of the hundreds of thousands of Polish Jews (as well as other Poles) who fled east, to Soviet-occupied territories or the Soviet Union, after the Sept. 1, 1939 German invasion of Poland. Theirs was “a story of being vomited out from the tentative safety of home into a vast, impoverished, ferociously dangerous world,” she writes. With considerable imaginative empathy, Dekel embeds a gripping memoir and travelogue in a wide-angled history of wartime migrations and privations.

Rejecting the binary of victim and perpetrator, Dekel finds complexity in relationships shaped by changing material conditions as well as prejudice. Encountering a succession of guides, hosts and witnesses, reliable and less so, she explores the lingering traces — and denial — of the past in the present. And she ponders the role of contingency in determining destiny, the notion of “life as fundamentally ironic, human agency as largely futile.”

Norton / A Holocaust Refugee Odyssey: “Tehran Children,” by Mikhal Dekel

The book begins slowly as Dekel explains its origins and rationale, then pauses to thumbnail Iran’s evolving attitudes toward Jews. But the narrative momentum increases as her family – and, decades later, Dekel herself – begins hurtling from country to country.

Although about 250,000 of the 350,000 Polish Jews who survived the war did so in the Soviet Union, their fate has been something of a historical black hole. The opening of Russian, Polish and Central Asian archives, a spur to much recent Holocaust research, has been integral to revealing details of those harrowing years.

Until she began this project, Dekel says she knew remarkably little of her family’s journey and thought of herself, like many Israelis, as “a child without a painful Jewish past.” “Tehran Children” is dedicated to her father, Hannan, an emotionally remote man who may have died from the after-effects of his wartime ordeal, and to his sister, who served as a key source for the book.

Dekel’s paternal relatives, the Teitel family (as they were then called), were the prosperous owners of a brewery in Ostrów Mazowiecka, Poland, a predominantly Jewish town of about 10,000 where they had lived for generations. But just five days after the Nazi invasion, Dekel’s paternal grandparents, father, paternal aunt Regina (later known as Rivka) and cousin Emma (Noemi) gathered their possessions and headed east. Visiting their onetime home decades later, Dekel finds “no collision between the town’s Jewish and Catholic pasts … no haunting, only plain, uncontested erasure.”

Allied to Nazi Germany in the war’s early months, the Soviet Union didn’t exactly welcome Polish refugees. In waves of deportations, it arrested them in the middle of the night and stuffed them onto trains akin to the Nazi cattle cars. Jews and non-Jews alike were sent either to gulags in Siberia or (in Dekel’s family’s case) slightly less restrictive “special settlements” in other remote, underpopulated areas. Thousands died from a combination of punishing work regimens, extreme cold, starvation rations and disease, consigned to what Dekel calls “one gigantic, unmarked burial ground….”

In the summer of 1941, when the Soviet Union and Poland switched from being enemies to allies, about 300,000 Polish citizens in Soviet territory were supposed to be released from captivity. Not all were, but many, including Dekel’s family, made their way to one of the five Soviet Muslim republics in Central Asia.

Though some received help from residents, they continued to be plagued by hunger, inadequate shelter and disease. During her own stay in Uzbekistan, Dekel is warmed by “a culture of hospitality and compassion,” but, having relaxed her guard, gets violently sick from drinking tainted water. Abdoh, her Muslim colleague and travel companion, helps care for her.

In 1942, about 116,000 Poles, both civilian and military, were evacuated by the Polish Army to Iran, among them about 6,000 Jews – including Hannan, Regina and Emma. At first, they were welcomed by Iranians and assisted by the country’s established Jewish community. But non-Jewish Poles received better accommodations and more aid, Dekel discovers, and the relationship between Jews and other Poles deteriorated. Food shortages, blamed on the refugees, aroused Iranian hostility as well.

With international Jewish help, more than 800 of the so-called Tehran Children finally immigrated to Palestine in 1943. Because Iraq refused transit visas, a short trip turned into a long, circuitous sea journey via India. On arrival, the children were assigned mostly to the care of kibbutzim or the religious Zionist Mizrahi Party, with Dekel’s relatives ending up at Kibbutz Ein Harod. Years later, Hannan’s mother was able to rejoin him in Israel, where the tenderness of their bond stoked Dekel’s childhood jealousy.

Dekel writes that it was a near-impossible task to unearth her family’s story, to “retrieve it whole across the bar of seven decades of silence….” “Tehran Children” is a yeoman accomplishment, a skillfully wrought bridge between past and present that raises critical questions about both.


Julia M. Klein, the Forward’s contributing book critic, has been a two-time finalist for the National Book Critics Circle’s Nona Balakian Citation for Excellence in Reviewing. Follow her on Twitter @JuliaMKlein


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


AFTER SYNAGOGUE ATTACK, GERMAN LAWMAKERS UNDER FIRE FOR MEETING IRANIAN HOLOCAUST DENIER

AFTER SYNAGOGUE ATTACK, GERMAN LAWMAKERS UNDER FIRE FOR MEETING IRANIAN HOLOCAUST DENIER

BENJAMIN WEINTHAL


The meeting was an inter-parliamentary gathering that took place in Belgrade.

Bundestag Vice President Claudia Roth (Green Party), Dagmar Wöhrl (Christian Social Union party) are the two women on the right. (photo credit: TWITTER)

Just days after a neo-Nazi terrorist denied the Shoah and murdered two Germans, three members of the German Bundestag are facing charges of hypocrisy for meeting last week with Ali Larijani, an Iranian Holocaust denier who defends the obliteration of Israel.

“Shame on you, The Greens!” British antisemitism expert Julia Lenarz tweeted. “Days after the synagogue attack in Halle, vice president of the Bundestag Claudia Roth met Iranian Holocaust denier Ali Larijani. You can’t have it both, fight antisemitism and embrace notorious Jew-haters.”

The Iranian regime-controlled Tehran Times media outlet shows a picture of Claudia Roth, vice president of the Green Party in the German parliament, greeting Larijani, the clerical regime’s parliament speaker.

A second photograph of Roth show her euphorically welcoming Larijani with open arms and a smile.

The widely-circulated Bild paper reported that MPs Peter Beyer, of Chancellor Angela Merkel’s Christian Democratic Union, was also present at the meeting with Larijani. Dr. Kazem Moussavi, an Iranian dissident living in Germany, wrote on Twitter that “Roth presents herself as a feminist but courts representatives of the Islamic regime that represses women in Iran and wants to destroy Israel.”

The meeting was an inter-parliamentary gathering that took place in Belgrade.

Roth, who is widely considered a pro-Iranian regime MP, has previously met with Larijani. In 2009, Larijani defended the Holocaust denial of former Iranian president Mahmoud Ahmadinejad at the Munich security conference.

The German authorities declined at the time to prosecute Larijani for Holocaust denial. Larijani, who has urged the destruction of the Jewish state, has called Israel “racist” and a threat to the Middle East and “humanity.”

In 2015, Claudia Roth (Green Party), Dagmar Wöhrl (Christian Social Union party) and Stefan Rebmann (Social Democrats) met Larijani in Iran. Larijani traveled to Belgrade with Hossein Amir-Abdollahian, Iran’s former deputy foreign minister and who currently serves as special assistant to Larijani.

Amir-Abdollahian is secretary-general of the International Conference on Supporting Palestine’s Intifada, which includes the terrorist entities Islamic Jihad and Hamas.

Amir-Abdollahian is also involved in financing the terrorist movement Hezbollah. According to Bild, Germany’s parliament issued a statement that Roth “condemned the permanent threats of officers and the so-called revolutionary guards against Israel” during the talks with the Iranians in Belgrade.

The Bundestag statement said the security of Israel has an “absolute priority for Germany’s policies.”

The Bild journalist Antje Schippmann savaged the German MPs for meeting with Larijani in a commentary on Sunday, titled a “Shame for the Bundestag.”

“After the extreme right-wing attack in Halle, all parties asserted that there was no room for antisemitism,” Schippmann wrote. “They invoked the special obligation of Germany in the fight against the hatred of Jews.”

Writing of Roth’s embrace of Larijani, Schippmann wrote “Fortunately, it is unimaginable that she would warmly greet representatives of Nazi gangs in a similar fashion, and only to announce later through her spokesman that their antisemitic threats had been ‘severely condemned.’”

The Bild journalist asked “Where does this insufferable double moral standards come from?”

Schippmann concluded her commentary by asserting that “The fight against antisemitism is all-encompassing or not at all” and said Roth’s statements against antisemitism are not credible due to her hypocrisy.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Mieliśmy broń jądrową w czasach PRL? To sugeruje TVP

Mieliśmy broń jądrową w czasach PRL? To sugeruje TVP

MICHAŁ FISZER


FEMA News Photo / Wikipedia

Niedawno miał premierę film dokumentalny „Broń atomowa w PRL” z cyklu „Tajemnice Układu Warszawskiego” realizowanego przez TVP Opole. Mimo że jest ciekawy i nawet w nim wystąpiłem, to nie do końca zgadzam się z jego wymową.

Zwykliśmy traktować okres PRL jako jednorodny i dzielić go co najwyżej na etap „do 1956 r.” i „po 1956”. W dziedzinie militarnej tak jednak nie było. W samym Związku Radzieckim taktyka prowadzenia wojny istotnie się zmieniała; podobnie działo się na Zachodzie. W latach 50. i pierwszej połowie lat 60. w USA i NATO obowiązywała doktryna „zmasowanego odwetu”, w 1964 r. (USA) i 1967 (NATO) zastąpiona doktryną „elastycznego reagowania”. Ani ZSRR, ani Układ Warszawski nie publikowały dokumentów doktrynalnych czy strategicznych. Historycy ustalają dziś prawdę na podstawie szczątkowych informacji, czasem myląc przygotowania do ćwiczeń z faktycznymi planami wojennymi. Te pierwsze są z reguły łatwiej dostępne i występują dużo obficiej. Zakłada się, rzecz jasna, że wojsko ćwiczy to, co planuje wykonać. Ale nie zawsze. Sprawdza się bowiem różne scenariusze i koncepcje. Bada warianty alternatywne, bo mogą się okazać lepsze.

Z moich obserwacji z czasów służby w schyłkowym PRL (1981–89, od 1985 r. jako oficer), studiowania literatury rosyjskojęzycznej i prac rodzimych historyków wynika, że koncepcja użycia broni jądrowej w Układzie Warszawskim też bardzo się zmieniała.

Odpowiedź na zmasowany odwet

Bo też na Zachodzie obawiano się nie tyle radzieckiej broni jądrowej – państwa NATO miały sporo własnych atomówek – ile radzieckiej potęgi konwencjonalnej. Trudno było się jej przeciwstawić. Masy czołgów, transporterów opancerzonych z piechotą, wspartych potężną artylerią – mogły zalać Europę Zachodnią. Tak jak Niemcy nie mieli szans powstrzymać Armii Czerwonej w 1945 r., tak też nie mieli szans zatrzymać Armii Radzieckiej w 1960.

Jak powstrzymać marsz armady, tysiące czołgów radzieckich, polskich, czechosłowackich, enerdowskich? Z pomocą bomby atomowej? W sytuacji gdy wrogie siły znalazłyby się na naszym terytorium, przemieszczając się w miejscach położenia głównych węzłów komunikacyjnych? Nie do przyjęcia. Wymyślono więc inny sposób: jeśli wojska ZSRR dostałyby się do Europy Zachodniej, skierowalibyśmy w odwecie serię uderzeń jądrowych na jego duże miasta. W myśl zasady: zdobędziecie Hanower? To nie macie Mińska! Wkroczycie do Hamburga? Pożegnajcie się z Leningradem! Oczywiście należało tę doktrynę nagłośnić, żeby nieprzyjaciel wiedział, co się stanie, i nawet nie próbował się wychylać.

Skutek był co prawda niespodziewany. Sprytna radziecka propaganda pomijała owo „jeśli” i cytowała oświadczenia o zamiarze zniszczenia radzieckich, polskich czy czechosłowackich miast. Bronią jądrową, rzecz jasna. Wycięte z kontekstu fragmenty pokazywano w telewizji i puszczano w radiu.

Atomowy szał wśród Sowietów

Do 1954 r. ZSRR wciąż nie wiedział, jak sobie poradzić na atomowym polu walki. Cywilni aparatczycy partyjni przebąkiwali wręcz o rezygnacji z dalszej ekspansji terytorialnej. Nie mogli się z tym pogodzić wojskowi, zwłaszcza marszałek ZSRR Grigorij Żukow. We wrześniu 1954 r. zorganizował ćwiczenia na poligonie Tockoje pod Buzułukiem w południowo-wschodniej stronie europejskiej części Rosji.

40 tys. żołnierzy przepuszczono przez epicentrum wybuchu niespełna godzinę po zdetonowaniu bomby dwa razy silniejszej od tej zrzuconej na Hiroszimę. Eksperyment się powiódł. Wojskowi triumfowali – na atomowym polu walki da się prowadzić zwyczajne działania pancerno-zmechanizowane. Do końca lat 60. ZSRR planował więc poprzedzić wtargnięcie do Europy Zachodniej uderzeniami jądrowymi na wojska, bazy sił strategicznych, system dowodzenia, lotniska, stolice i większe miasta. Chodziło też o to, żeby Amerykanie nie zdecydowali się na odwet w obawie, że ich także może spotkać nuklearna zagłada.

Zapanował więc atomowy szał. Do procederu – jako wspólników zbrodni – Sowieci chcieli wciągnąć Polskę i Czechosłowację. Oba kraje nakłoniono do zakupu „nosicieli”, a kluczową rolę odegrały rakiety „ziemia-ziemia”.

Polska i Czechosłowacja otrzymały dwa rodzaje takich rakiet. Pierwsze, tzw. operacyjno-taktyczne, miały paraliżować przeciwnika przed zadaniem mu głównego ciosu na ziemi. Celami ataku były stanowiska dowodzenia NATO, czyli miejsca dyslokacji dowództw grup armii, korpusów, dywizji, centrum operacji powietrznych, sztaby sił morskich, węzły łączności itp. W następnej kolejności – bazy lotnicze, główne składy amunicji itd.

W Polsce utworzono w tym celu cztery brygady. W 1961 r. powstała 32. Łużycka Brygada Artylerii w Orzyszu, czyli JW-2225. Jej prawdziwa, lecz tajna nazwa brzmiała: 32. Armijna Brygada Rakiet Operacyjno-Taktycznych (ABROT). Służyła Warszawskiemu Okręgowi Wojskowemu (4. Armia) i była zarazem jednostką szkolną. Rok później sformowano kolejne: 18. ABROT w Bolesławcu i 2. ABROT w Choszcznie, pierwsza dla 2. Armii Pancernej (Śląski Okręg Wojskowy), druga dla 1. Armii (Pomorski OW). Razem miały tworzyć tzw. Front Nadmorski.

  1. Armia miała się kierować na Szlezwik Holsztyn i Danię,
  2. – przez północne Niemcy na Holandię, wspierana przez
  3. Armię Lotniczą. Następnie
  4. Armia przejęłaby teren i zabezpieczyła szlaki komunikacyjne, a w razie czego wystawiła odwód dla pozostałych armii lądowych.

Na potrzeby dowództwa Frontu Nadmorskiego powstała też 3. Frontowa Brygada Rakiet Operacyjno-Taktycznych w Biedrusku pod Poznaniem. Miała identyczne uzbrojenie, czyli osiem wyrzutni rakiet operacyjno-taktycznych, po cztery w dwóch dywizjonach. Początkowo były to kompleksy rakietowe 9K51 z rakietami R-11 (8K11) o zasięgu 175 km z wyrzutniami na podwoziu gąsienicowym. Już na przełomie lat 60. i 70. wymieniono je na 9K72 Elbrus z rakietami R-17 (8K14) na podwoziu kołowym (wielkie, czteroosiowe wozy MAZ-543). Utrzymały się w uzbrojeniu aż do rozpadu Układu Warszawskiego. Wycofano je w 1990 r., gdy nie były już potrzebne.

Kiedy zacząłem służbę, w brygadach głównym typem ładunku bojowego dla rakiet R-17 (nazywanych w wojsku R-300 od maksymalnego zasięgu) był 9N33 z ładunkiem jądrowym RA-17 o mocy 300 kT. To 15 Hiroszim – potężny wybuch, potworna siła rażenia. Dlatego były do dyspozycji także mniejsze głowice 9N33-1 z ładunkiem RA-104 (moc 20 kT, tyle co Hiroszima) lub RA-104-1 (moc 200 kT lub, według innych źródeł, regulowana od 50 do 200 kT).

Mniejszy ładunek był potrzebny, bo powodował mniej szkód. Skutki wielkiego wybuchu to skażone połacie ziemi, pożary, zgliszcza, małe powodzie. Czyli teren niezwykle trudny do przebycia. Ograniczano więc moc ładunków do absolutnie niezbędnych, by wojska mogły swobodnie nacierać. Wiktor Korczyński, mój kolega, pilot Su-7 i Su-22, czasem żartował, że jest z zawodu „architektem krajobrazu”. Po zrzucie bomby krajobraz ulega bowiem całkowitej zmianie. Znikają lasy i miasta, odparowują rzeki i jeziora, a z gruzów tworzą się nowe pagórki. Stalowe mosty zamieniają się zaś w „rzeźby”.

Bombowi architekci krajobrazu

Drugi rodzaj rakiet „ziemia-ziemia” to tzw. rakiety taktyczne. Służyły do torowania drogi dywizjom zmechanizowanym i pancernym. Chodziło o to, by w przypadku natrafienia na silny opór wroga wybić w jego ugrupowaniu dziurę nagłym uderzeniem jądrowym.

Stosowano w tym celu systemy typu Łuna, a później Łuna-M. Te ostatnie, kompleks 9K52, używały rakiet o zasięgu 65 km. Podstawowym typem głowicy była zaś 9N32 z ładunkiem AA-22 o mocy regulowanej od 3 do 20 kT – do torowania drogi. Ładunek musiał być jak najsłabszy – tak by powalić wroga, ale nie zamienić terenu w nieprzekraczalne zgliszcza. Była też głowica 9M38 z ładunkiem AA-38 o mocy od 50 do 100 kT – do powstrzymania kontrataku ze skrzydła. Skutecznie eliminowała ryzyko kontrataku. Dywizjony te także przetrwały do końca UW i zostały rozwiązane na początku lat 90.

Uzupełnieniem uderzeń rakietowych były uderzenia lotnicze. Lotnicy mieli zrzucać bomby na cele, które pojawiły się niespodziewanie, zwłaszcza na zgrupowania wojsk albo na polowe stanowiska dowodzenia. Najważniejszym zadaniem samolotów było jednak niszczenie wrogich środków przenoszenia broni jądrowej, przede wszystkim wyrzutni rakiet operacyjno-taktycznych i taktycznych.

Nie było planu ataku na Kopenhagę

Znamy teorię, więc obalmy mit powtórzony w filmie TVP Opole: nigdy nie było mowy o nuklearnym ataku na Kopenhagę. Celem były wojska i systemy dowodzenia. Ewentualnie lotniska, których nie zniszczyły rakiety, ale nigdy miasta. Bo i po co?

W latach 1966–72 w naddźwiękowe samoloty Su-7, nosicieli broni jądrowej, uzbrojono 3. Pomorski Pułk Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w Bydgoszczy. Był on główną jądrową siłą uderzeniową wojsk lotniczych. W latach 1974–75 doszła druga jednostka: 7. Brygada Bombowo-Rozpoznawcza z Powidza, wyposażona w nowsze Su-20. Nazwa „brygada” nieco myli, był to bowiem zwykły pułk, trochę mniejszy od tego w Bydgoszczy, z dwoma eskadrami zamiast trzech.

Pilotów obu jednostek szkolono do zrzucania bomb dwojakiego rodzaju: RN-28 o masie 300 kg o mocy regulowanej od 1 do 10 kT i RN-40 o masie 370 kg o mocy regulowanej od 5 do 30 kT. Miała dotrzeć do jednostki na pokładzie samolotu An-26 najprawdopodobniej ze składu w Sypniewie, bo obok niego, w nieodległych Nadarzycach, utrzymywano asfaltowy pas startowy tuż przy poligonie, na rozległym terenie zamkniętym dla cywilów.

Łabędzi śpiew broni jądrowej

Wprowadzona w 1967 r. doktryna „elastycznego reagowania” zakładała prowadzenie działań wojennych tak, jak prowadzi ją przeciwnik: jeśli wróg używa broni konwencjonalnej, to my także. Najważniejsza była zatem precyzja, stąd gwałtowny rozkwit uzbrojenia kierowanego.

Układ Warszawski podjął wówczas decyzję, że będzie działał w sposób konwencjonalny tak długo, jak się da. Kładziono nacisk na szybkość i siłę uderzenia. Ale nie było złudzeń: gdyby NATO zaczęło przegrywać, leciałyby i bomby atomowe. Wspomniane brygady, dywizjony rakietowe oraz pułki lotnicze trzymano zatem w pełnej gotowości.

Taka sytuacja trwała mniej więcej do lat 1980–82. Sowieci planowali co prawda uderzenia jądrowe, ale już bez naszego udziału. Z końcem lat 70. zaprzestali szkolić polski personel. Nie przekazywali nam już nowych informacji na temat broni jądrowej. Nie protestowali też, gdy w 1982 r. podporządkowaliśmy samodzielne dotąd pułki „nosicieli” zwykłym dywizjom myśliwsko-bombowym.

Kiedy w 1987 r. zacząłem szkolenie na Su-22, nie prowadzono już nauki zrzutu bomby atomowej. Jeszcze w 1988 r. wykonywaliśmy manewr na sucho, bez bomby szkolnej czy jej imitatora. Przez jakiś czas zrzucano bomby napełnione fosforem i napalmem, co dawało hollywoodzki efekt kolorowego grzyba bez wybuchu jądrowego. W latach 80. nie było już nawet tego. Do Polski sprowadzono 110 Su-22, znacznie więcej niż Su-7 (36) i Su-20 (24), ale nikt ich już nie traktował jako nosicieli.

Z banalnej przyczyny. Po festiwalu „Solidarności” PRL nie była traktowana jako pewny sojusznik. Na papierze mieliśmy używać broni jądrowej, jeśli użyje jej Armia Radziecka. W praktyce – nie byliśmy na to przygotowani. A w kwietniu 1986 r., po Czarnobylu, Rosjanie w ogóle stracili wiarę w skuteczność broni jądrowej. Sami zaprzestali poważniejszych szkoleń. Były więc plany i papiery, ale nie było już ani woli, ani umiejętności.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com