Archive | September 2020

Strzały w wiosce olimpijskiej – masakra na igrzyskach w Monachium

Strzały w wiosce olimpijskiej – masakra na igrzyskach w Monachium

Wikipedia



Po przyznaniu organizacji letnich igrzysk olimpijskich Republice Federalnej Niemiec, w Izraelu rozgorzała dyskusja na temat uczestnictwa w niej jego sportowców. Od zakończenia wojny minęło zaledwie 27 lat. Wiele osób straciło rodziny i bliskich w czasie holocaustu rozpętanego przez nazistowskie Niemcy. Mimo to uznano, że udział Izraela w igrzyskach będzie symbolicznym dowodem, że plan zniszczenia narodu żydowskiego nie powiódł się. Miało to o tyle znaczenie, iż wielu nazistowskich zbrodniarzy ukrywało się przed wymiarem sprawiedliwości i pozostawało bezkarnych. Dodatkowo igrzyska w Monachium miały odbywać się jedynie 16 km od Dachau – pierwszego nazistowskiego obozu koncentracyjnego. Izraelska drużyna olimpijska tuż przed rozpoczęciem igrzysk odwiedziła obóz, a trener szermierki – Andre Spitzer – został wyznaczony do złożenia wieńca w hołdzie pomordowanym.

Tuż przed zamachem rozpoczynał się drugi tydzień igrzysk olimpijskich w Monachium. W całym mieście panował radosny nastrój, o co dbał Komitet Organizacyjny, chcący zatrzeć złe wrażenia z poprzednich igrzysk odbywających się w Niemczech za czasów Hitlera, w Berlinie w 1936 r.

W filmie dokumentalnym „Jeden z dni września” twierdzono, że ochrona wioski olimpijskiej była słaba i nieudolna. Wielu sportowców wchodziło i wychodziło z wioski, nie okazując potrzebnych do tego dokumentów lub wręcz przeskakując przez płot okalający ją. Ochrona nie posiadała żadnej broni osobistej, co martwiło, jeszcze przed przybyciem sportowców do Monachium, szefa izraelskiej drużyny Szemu’ela Lalkina. Obawy jego wzbudzało również przydzielenie zakwaterowania Izraelczykom w niewielkim, odizolowanym budynku, blisko bramy. Lalkin uważał, że sportowcy są tu narażeni na bezpośredni atak. Niemieckie władze zapewniały Lalkina, że drużyna izraelska dostanie dodatkową ochronę, ale on wątpił, czy zostało to uczynione. Jeszcze w lutym policyjny psycholog Georg Sieber nakreślił 26 najgorszych z możliwych scenariuszy, które mogły wydarzyć się w czasie igrzysk. Scenariusz 21. zakładał atak arabskich terrorystów na izraelskich sportowców, co zostało przyjęte przez niemieckich specjalistów bezpieczeństwa za niedorzeczne.

Wzięcie zakładników

4 września izraelscy sportowcy cieszyli się czasem wolnym, oglądając przedstawienie „Skrzypek na dachu” oraz spożywając kolację z izraelskim aktorem Szemu’elem Rodenskim, przed powrotem do wioski olimpijskiej. W czasie drogi powrotnej w busie Lalkin odmówił jego 13-letniemu synowi, który przyjaźnił się z ciężarowcem Josefem Romano i zapaśnikiem Eli’ezerem Chalfinem, pozwolenia na spędzenie nocy w ich pokojach – co w rezultacie uratowało życie chłopcu. 5 września, o 4:30 rano lokalnego czasu, ośmiu ubranych w dresy członków „Czarnego Września” niosących torby marynarskie, w których ukryto karabiny szturmowe AK, pistolety Tokariewa oraz granaty wdrapało się na 2-metrowy płot z pomocą nieświadomych amerykańskich sportowców, którzy wracali po kryjomu do wioski olimpijskiej. Po wdarciu się terroryści użyli skradzionych kluczy, by wejść do dwóch mieszkań przy Connollystraße 31, zamieszkanych przez izraelską drużynę olimpijską.

Budynek, w którym była zakwaterowana izraelska drużyna olimpijska

Josef Gutfreund, sędzia zapaśniczy, został obudzony przez odgłos drapania za drzwiami mieszkania nr 1, zamieszkałego przez izraelskich sędziów i oficjeli. Gdy sprawdził, co się dzieje, zauważył, że drzwi otwierają zamaskowani, uzbrojeni mężczyźni. Ostrzegł krzykiem swoich śpiących współmieszkańców i rzucił się na drzwi, aby w bezskutecznej próbie je zabarykadować. Akcja Gutfreunda dała jego współlokatorowi, trenerowi podnoszenia ciężarów Tuwii Sokolskiemu, wystarczająco dużo czasu na ucieczkę przez wybite okno. Trener zapaśników Mosze Weinberg zaczął szarpać się z napastnikami, którzy postrzelili go w policzek i zmusili do pomocy w znalezieniu innych zakładników. Prowadząc terrorystów do mieszkania nr 2, skłamał, że jego mieszkańcy nie są Żydami. Zamiast tego poprowadził ich do mieszkania nr 3, gdzie wzięto za zakładników sześciu ciężarowców i zapaśników. Możliwe, że Weinberg myślał, że silniejsi mężczyźni mają większe szanse w walce z napastnikami, ale zostali oni zaskoczeni we śnie.

Gdy zakładnicy z mieszkania nr 3 zostali przyprowadzeni do kwater trenerskich, ranny Weinberg znowu zaatakował napastników, umożliwiając jednemu z zapaśników, Gadowi Cobariemu ucieczkę przez podziemny parking. Ranny Weinberg ogłuszył jednego z terrorystów, a drugiego zranił nożem do owoców, zanim został zastrzelony. Ciężarowiec Josef Romano, weteran wojny sześciodniowej, również zaatakował i zranił jednego z terrorystów, zanim również został zastrzelony.

Terrorystom pozostało 9 żyjących zakładników: (Dawid Berger, Ze’ew Friedman, Josef Gutfreund, Eli’ezer Chalfin, Andre Spitzer, Amicur Szapira, Kehat Szorr, Mark Slawin i Ja’akow Springer). Gutfreund, fizycznie największy z zakładników, został przywiązany do krzesła. Reszta leżała po czterech na dwóch łóżkach w pokoju Springera i Szapiry. Związano im ręce i nogi, a następnie wszystkich razem do siebie. Zwłoki Romano leżały w pokoju jako ostrzeżenie dla pozostałych przy życiu zakładników.

Z pozostałych członków drużyny olimpijskiej chodziarz, prof. Sza’ul Ladani, został obudzony w mieszkaniu nr 2 przez krzyki Gutfreunda i uciekł, zeskakując z balkonu przez ogród na tyłach budynku. Czterech pozostałych mieszkańców (strzelcy Henry Herszkowic i Zelig Sztroch oraz szermierze Dan Alon i Jehuda Weisenstein) oraz Lalkin i dwóch lekarzy drużynowych ukryli się, a potem uciekli z oblężonego budynku. Dwie kobiety z drużyny izraelskiej, sprinterka i płotkarka Ester Szachamarow oraz pływaczka Szlomit Nir, mieszkały w innej części wioski olimpijskiej. Trzech pozostałych członków drużyny, dwóch żeglarzy i jeden ze związkowców, mieszkało w Kilonii (900 km od Monachium).

Żądania

Okazało się, że napastnicy należą do palestyńskich fedainów z obozów dla uchodźców w Libii, Syrii i Jordanii. Zostali oni zidentyfikowani jako Luttif Afif (Issa), który dowodził (trzech z braci Issy było również członkami Czarnego Września, dwóch z nich przebywało w izraelskich więzieniach); jego zastępca Yussuf Nazzal (Tony), oraz Afif Ahmed Hamid (Paolo), Khalid Jawad (Salah), Ahmed Chic Thaa (Abu Halla), Mohammed Safady (Badran), Adnan Al-Ghashey (Denawi) i jego kuzyn Jamal Al-Ghashey (Samir). Według Simona Reeve, Afif, Nazzal i jeden z ich współpracowników pracowali w różnych miejscach wioski olimpijskiej, zbierając jednocześnie informacje przez kilka tygodni na temat potencjalnych celów. Członek urugwajskiej delegacji, który mieszkał z Żydami, twierdził, że spotkał Nazzala w środku budynku przy Connollystraße 31 mniej niż 24 godziny przed atakiem, ale jako że był pracownikiem wioski, nie wzbudził on żadnych podejrzeń. Pozostali członkowie grupy dostali się do Monachium pociągiem i samolotem kilka dni przed atakiem. Wszyscy członkowie urugwajskiej i hongkońskiej drużyny olimpijskiej, którzy mieszkali w tym samym budynku co izraelska drużyna, zostali wypuszczeni przez porywaczy bez żadnych przeszkód.

Napastnicy zażądali wypuszczenia i bezpiecznej możliwości przedostania się do Egiptu dla 234 Palestyńczyków i innych niearabskich więźniów przetrzymywanych w Izraelu oraz dwóch niemieckich terrorystów przetrzymywanych w niemieckich więzieniach, Andreasa Baadera i Ulrike Meinhof, założycieli niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii (RAF). Terroryści wyrzucili ciało Weinberga przed drzwi frontowe, by pokazać ich determinację. Odpowiedź Izraela była natychmiastowa i ostateczna – nie będzie żadnych negocjacji. Twierdzi się, że niemieckie władze pod przewodnictwem kanclerza Willy’ego Brandta i ministra spraw wewnętrznych Hansa-Dietricha Genschera odrzuciły izraelską propozycję wysłania do Niemiec izraelskiej jednostki sił specjalnych. Bawarski minister spraw wewnętrznych, Bruno Merk, który dowodził centrum kryzysowym wraz z Genscherem i komendantem monachijskiej policji Manfredem Schreiberem, zaprzeczył, że taka oferta w ogóle istniała. W konsekwencji niemiecka policja, która odbijała zakładników, nie mając wcześniejszego przeszkolenia w takich operacjach, została pozbawiona wyspecjalizowanej pomocy technicznej.

Według dziennikarza Johna K. Cooleya fakt, że zakładnicy byli Żydami, postawił Niemców w niezwykle niekorzystnej sytuacji politycznej. Cooley twierdził, że niemieckie władze oferowały porywaczom jakąkolwiek kwotę pieniędzy, a nawet wymianę na wysokich rangą Niemców, w zamian za wypuszczenie zakładników. Obie oferty zostały odrzucone.

Szef monachijskiej policji Manfred Schreiber i Bruno Merk, minister spraw wewnętrznych Bawarii, negocjowali bezpośrednio z porywaczami, powtarzając ofertę dowolnej kwoty pieniędzy. Według Cooleya odpowiedź terrorystów brzmiała: „Pieniądze nic nie znaczą dla nas; nasze życia nic dla nas nie znaczą”. Magdi Gohary i Mohammad Khadif, egipscy doradcy Ligi Arabskiej, oraz A.D. Touny, egipski członek MKOl, również próbowali dojść do porozumienia z terrorystami, jednak również bezskutecznie. Jakkolwiek negocjatorzy potrafili przekonać ich, że ich żądania są rozważane, dzięki czemu Issa pięć razy przekładał ostateczny czas ultimatum. W innych rejonach wioski sportowcy toczyli normalne życie, nie zwracając uwagi na wydarzenia dziejące się niedaleko. Igrzyska kontynuowano dopóki nie wywarto nacisków na MKOl, aby je przerwano, co stało się 12 godzin po zamordowaniu pierwszego z zakładników. Amerykański maratończyk Frank Shorter, obserwujący wydarzenia z balkonu jego budynku położonego opodal miejsca przetrzymywania zakładników, mówił: „Wyobraź sobie tych biedaków. Co pięć minut psychol z karabinem mówi: »Zabijmy ich teraz«, a ktoś inny mówi: »Nie, poczekajmy jeszcze trochę«. Jak długo byś to wytrzymał?”.

Niewielki oddział niemieckiej policji został przydzielony do wioski olimpijskiej. Byli to członkowie niemieckiej policji granicznej Bundesgrenzschutz, słabo wyszkoleni i bez określonego planu działania, ubrani w olimpijskie dresy, noszący broń półautomatyczną. Zajęli oni pozycje, oczekując na rozkazy, które nigdy nie przyszły. W tym czasie kamery telewizyjne filmowały przygotowania do szturmu i transmitowały je na żywo. Dzięki temu porywacze dobrze wiedzieli, co się dzieje wokół budynku. Na zdjęciach archiwalnych można zauważyć, jak jeden z porywaczy wychyla się, by zobaczyć policjantów ukrywających się na dachu. Po tym, jak Issa zagroził zabiciem dwóch zakładników, policjanci wycofali się.

W pewnym momencie kryzysu negocjatorzy zażądali bezpośredniego kontaktu z zakładnikami na dowód tego, że jeszcze żyją. Trener szermierki Andre Spitzer, który płynnie mówił po niemiecku, oraz trener strzelectwa Kehat Szorr rozmawiali z niemieckimi oficjelami przez okno na drugim piętrze oblężonego budynku, pod okiem dwóch terrorystów, z wycelowaną w nich bronią. Kiedy Spitzer próbował odpowiedzieć na pytanie, został uderzony kolbą AK-47 na oczach kamer transmitujących wydarzenia, po czym został odciągnięty od okna. Kilka minut później Genscher i Walter Töger, burmistrz wioski olimpijskiej, zostali na chwilę wpuszczeni do budynku i rozmawiali z zakładnikami. Tröger był bardzo poruszony tym, w jak godny sposób zakładnicy wytrzymują sytuację, oraz tym, że wyglądali na pogodzonych z losem. Zauważył też, że niektórzy z zakładników, a w szczególności Gutfreund, zaczęli okazywać oznaki psychicznego wyczerpania. Zauważył też, że Dawid Berger został postrzelony w lewe ramię. W czasie składania sprawozdania zespołowi kryzysowemu, Genscher i Tröger powiedzieli, że widzieli „czterech lub pięciu” terrorystów w budynku. Co ważne, liczby te zostały przyjęte jako pewnik.

Nieudana akcja odbicia zakładników

Relokacja na lotnisku Fürstenfeldbruck

Kiedy Genscher i Tröger rozmawiali z zakładnikami, trener strzelectwa Kehat Szorr, mówiąc w imieniu swoich współtowarzyszy, powiedział Niemcom, że Izrael nie będzie miał nic przeciwko temu, by przetransportowano ich do jakiegoś arabskiego kraju pod warunkiem, że zagwarantuje się zakładnikom bezpieczeństwo niezależnie do jakiego kraju zostaną przetransportowani. O godzinie 18:00 czasu lokalnego terroryści wysunęli nowe żądanie, domagając się transportu do Kairu. Władze ugięły się pod tym żądaniem (mimo tego, że premier Egiptu Aziz Sedki powiadomił niemieckie władze, że Egipt nie chce być wplątany w kryzys z zakładnikami) i o godz. 22:10 autobus przewiózł terrorystów i zakładników z Connollystraße 31 do dwóch wojskowych helikopterów, które miały ich przetransportować na lotnisko Fürstenfeldbruck w bazie lotniczej NATO. Początkowo terroryści chcieli udać się na międzynarodowe lotnisko Monachium-Riem, położone niedaleko, ale negocjatorzy przekonali ich, że lotnisko Fürstenfeldbruck będzie lepsze z praktycznych względów. Przedstawiciele niemieckich władz, lecący trzecim helikopterem, który poprzedzał dwa pozostałe z terrorystami i zakładnikami, mieli jednak inny motyw przemawiający za takim wyborem – planowali odbicie zakładników na lotnisku.

Pięciu niemieckich snajperów wybranych do urządzenia zasadzki na porywaczy zostało wyznaczonych tylko dlatego, że w czasie weekendowych ćwiczeń wypadali najlepiej. W czasie późniejszego śledztwa oficer przedstawiony jako „snajper nr 2” oświadczył: „W mojej opinii nie jestem strzelcem wyborowym”. Snajperzy zostali rozlokowani dookoła lotniska – trzech na dachu wieży kontroli lotów, jeden ukryty za ciężarówką serwisową i jeden na ziemi za małą wieżą sygnalizacyjną. Żaden z nich jednak nie miał specjalistycznego przeszkolenia. Członkowie sztabu kryzysowego – Schreiber, Genscher, Merk i zastępca Schreibera Georg Wolf nadzorowali i obserwowali akcję z wieży kontrolnej. Jako obserwatorzy byli tam również Cooley, Reeve, szef izraelskiego Mosadu Cewi Zamir oraz zastępca tego ostatniego Wiktor Kohen. Zamir wielokrotnie potem w wywiadach powtarzał, że nigdy nie konsultował z Niemcami akcji ratowniczej oraz że myślał, że jego obecność stawia Niemców w niekomfortowej sytuacji.

Boeing 727 został podstawiony na polu startowym z pięcioma lub sześcioma uzbrojonymi niemieckimi policjantami przebranymi za załogę samolotu. Zgodzono się, że Issa i Tony sprawdzą samolot przed odlotem. Plan polegał na tym, że Niemcy mający przewagę liczebną nad dwoma terrorystami obezwładnią ich, dając jednocześnie snajperom szansę na zabicie pozostałych terrorystów w helikopterach. Uważano, że będzie ich nie więcej niż 2-3, tak jak sugerował to wcześniej Genscher i Tröger. Jednak w czasie transportu autobusem zauważono, że faktycznie terrorystów było ośmiu.

W ostatniej chwili, tuż przed przylotem helikopterów, niemieccy policjanci na pokładzie Boeinga uzgodnili przerwanie misji, nie konsultując tego z przełożonymi. Przez to pięciu snajperów musiało poradzić sobie z przeważającymi liczebnie terrorystami. W tym momencie gen. Ulrich Wegener, doradca Genschera i późniejszy założyciel elitarnej jednostki antyterrorystycznej GSG 9, powiedział: „Jestem pewny, że to zniszczy cały plan!”.

Pierwsze strzały

Helikoptery wylądowały tuż po 22:30. Wyszło z nich czterech pilotów i sześciu terrorystów. W czasie gdy czterech z nich mierzyło z broni w pilotów (łamiąc tym samym przyrzeczenie, że nie wezmą żadnych niemieckich zakładników), Issa i Tony podeszli do samolotu, by go sprawdzić. Okazało się, że samolot jest pusty. Zorientowawszy się, że zostali zwabieni w pułapkę, dwóch fedainów biegiem ruszyło do helikopterów. Gdy mijali wieżę kontroli lotów „Snajper nr 3” podjął próbę wyeliminowania Issy, co zostawiłoby porywaczy bez przywódcy. Jednak z powodu słabego oświetlenia lotniska nie trafił terrorysty. Zamiast tego kula dosięgnęła Tony’ego, który został ranny w udo. W tym momencie nadzorujący akcję dali rozkaz pozostałym snajperom do otwarcia ognia. Dochodziła właśnie 23:00.

W powstałym chaosie dwóch porywaczy pilnujących pilotów (Ahmed Chic Thaa i Afif Ahmed Hamid) zostało zabitych, a pozostali terroryści (jeden lub dwóch było już rannych) otworzyło ogień spod i zza helikoptera, poza polem widzenia snajperów, ostrzeliwując lampy oświetlające lotnisko. Niemiecki policjant przebywający w wieży kontroli lotów, Anton Fliegerbauer, został zastrzelony. Pilotom udało się uciec, lecz zakładnicy, którzy byli związani w helikopterze, nie mogli tego uczynić. W czasie strzelaniny próbowali poluzować więzy. Już po zakończeniu akcji znaleziono ślady zębów na niektórych linach, którymi byli związani.

Zdenerwowani na Niemców, którzy nie zdawali sobie sprawy z powagi sytuacji, Zamir i Kohen weszli na dach wieży z megafonem i próbowali przekonać terrorystów do poddania się. Odpowiedzią były strzały w ich kierunku.

Śmierć zakładników

Groby pięciu ofiar zamachu na cmentarzu Kirjat Sza’ul w Tel Awiwie

Niemcy nie zdołali na czas zorganizować pojazdów opancerzonych i w obecnej sytuacji wzywano je, aby przełamały patową sytuację. Jako że drogi na lotnisko nie były oczyszczone, pojazdy utknęły w korku i ostatecznie dotarły na lotnisko około północy. Po ich pojawieniu się terroryści zorientowali się, że ich sytuacja znacząco się pogorszyła, doprowadzając prawdopodobnie do paniki w ich szeregach, jako że powodzenie operacji stawało się praktycznie niemożliwe. O godz. 00:04 6 września jeden z terrorystów (prawdopodobnie Issa) odwrócił się do zakładników we wschodnim helikopterze i otworzył do nich ogień z bliskiej odległości. Springer, Chalfin i Friedman zginęli na miejscu, zaś Berger miał jedynie dwie lekkie rany postrzałowe w nogę. Potem terroryści wyciągnęli zawleczkę w granacie i wrzucili go do środka helikoptera, którego wybuch zniszczył maszynę wraz z ciałami zakładników.

Następnie Issa zaczął biec po pasie startowym, strzelając do policjantów, którzy odpowiadając ogniem, zabili fedaina. Inny terrorysta, Khalid Jawad, próbujący uciec, został zastrzelony przez jednego ze snajperów. Co się stało z pozostałymi zakładnikami, jest kwestią sporną. Śledztwo niemieckiej policji wykazało, że jeden ze snajperów i kilku z zakładników mogło zginąć w wyniku strzałów ze strony samych policjantów. Jednak rekonstrukcja wydarzeń przeprowadzona przez magazyn „Time”, na podstawie długo utajnionych raportów bawarskich prokuratorów, wykazała, że trzeci z porywaczy (zidentyfikowany przez Reeva jako Adnan Al-Gashey) stał w drzwiach helikoptera i strzałami ze swojej broni zabił pozostałych zakładników. Gutfreund, Shorr, Slavin Spitzer i Shapira zostali trafieni około 4 razy każdy. Berger był ostatnim zakładnikiem, który zginął. Udusił się dymem. W niektórych przypadkach stwierdzenie przyczyny śmierci u zakładników ze wschodniego helikoptera było utrudnione ze względu na praktycznie całkowite zwęglenie ciał. Z 4 ciał we wschodnim helikopterze tylko ciało Zeeva Friedmana było prawie nienaruszone dlatego, że podmuch eksplozji wyrzucił je poza maszynę.

Następstwa nieudanej akcji

Trzej pozostali terroryści leżeli na ziemi, dwóch z nich symulowało swoją śmierć. Wszyscy zostali schwytani przez policję. Jamal Al-Gashey został postrzelony w nadgarstek, a Mohammed Safady został powierzchownie ranny w nogę. Groussard Adnan Al-Gashey nie miał żadnych obrażeń. Tony, ostatni terrorysta, uciekł z miejsca akcji, ale został wytropiony dzięki psom policyjnym 40 minut później na parkingu bazy lotniczej. Otoczony, został zastrzelony w czasie wymiany ognia. Około 1:30 akcja została zakończona. Początkowo w wiadomościach telewizyjnych i radiowych ogłaszano, że wszyscy zakładnicy żyją, a wszyscy terroryści zostali zabici. Później przedstawiciel Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego sugerował, że „początkowe doniesienia były zbyt optymistyczne”. Jim McKay, który relacjonował igrzyska dla stacji ABC, informował na bieżąco o przebiegu akcji na podstawie informacji, które podawał mu Roone Arledge poprzez słuchawkę. O 3:24 McKay otrzymał oficjalne potwierdzenie: „Kiedy byłem dzieckiem, mój ojciec mawiał: »Nasze największe nadzieje i nasze najgorsze obawy rzadko się realizują«. Nasze najgorsze obawy zrealizowały się dziś. Ogłoszono, że było 11 zakładników. Dwóch z nich zostało zabitych wczoraj rano w swoich pokojach, dziewięciu zginęło dziś na lotnisku. Wszyscy zginęli”.

Krytyka akcji odbicia zakładników

Autor Simon Reeve, jako jeden z wielu, stwierdził, że strzelanina z dobrze wyszkolonymi członkami Czarnego Września pokazała katastrofalny brak przygotowania ze strony niemieckich władz. Byli nieprzygotowani do podołania zaistniałej sytuacji. Ta kosztowna lekcja doprowadziła bezpośrednio do utworzenia w ciągu niecałych 2 miesięcy niemieckiej jednostki specjalnej GSG 9. Autorzy zgadzają się, że władze niemieckie popełniły szereg błędów. Po pierwsze, z powodu restrykcji w Ustawie zasadniczej RFN, armia nie mogła brać udziału w działaniach na terenie Niemiec podczas pokoju. Odpowiedzialność zrzucono całkowicie na monachijską policję i władze Bawarii. Wiadomo również, że pół godziny przed przybyciem terrorystów i zakładników na lotnisko Fürstenfeldbruck, liczba terrorystów była większa niż pierwotnie sądzono. Pomimo tych nowych informacji, Schreiber uparcie zdecydował kontynuację akcji według dotychczasowego planu. Informacje o liczbie terrorystów nie dotarły do snajperów, jako że nie mieli radia. W czasie operacji snajperskich, powszechną zasadą jest użycie odpowiedniej liczby snajperów (co najmniej dwóch na każdy znany cel, czyli w tym przypadku dziesięciu) którzy powinni zneutralizować jak największą liczbę celów przy pierwszej próbie.

W serialu „Tuż przed tragedią” (National Geographic Channel, 2006) poświęconemu wydarzeniom w Monachium w 1972 r., przedstawiono pogląd, że helikoptery powinny lądować bokiem oraz na zachód od wieży kontrolnej. Manewr ten zapewniłby snajperom wolną linię strzału do terrorystów, zaraz po tym jak otworzyliby drzwi helikopterów. Zamiast tego helikoptery wylądowały przodem do wieży na środku pasa startowego. Dało to terrorystom nie tylko możliwość ukrycia się po rozpoczęciu wymiany ognia, ale także sprawiło, że „Snajper 1” oraz „Snajper 2” byli na linii ognia trzech pozostałych snajperów, ustawionych w wieży kontrolnej. Snajperzy z powodu niekorzystnego ustawienia helikopterów, a także przewagi liczebnej dobrze uzbrojonych terrorystów, nie mieli zbyt wielu dogodnych możliwości do strzału.

Według autorów programu, sztab kryzysowy składał się z bawarskiego ministra spraw wewnętrznych, Bruno Merka, ministra spraw wewnętrznych RFN Hansa-Dietricha Genschera oraz szefa monachijskiej policji Manfreda Schreibera – dwóch polityków i tylko jednego specjalisty. W programie wspomniano, że rok przed igrzyskami Schreiber brał udział w podobnej akcji z udziałem zakładników (nieudany napad na bank). Rozkazał on wtedy aby jeden ze strzelców strzelił do jednego z napastników, który był akurat ranny. W wyniku tego złodzieje zabili jedną z zakładniczek. Schreiber został oskarżony o doprowadzenie do nieuzasadnionych ofiar. W czasie śledztwa oczyszczono go z zarzutów, ale autorzy programu sugerowali, że wcześniejszy przypadek miał wpływ na jego osąd w czasie akcji podczas igrzysk. Jak wspomniano wcześniej, pięciu niemieckich snajperów na lotnisku Fürstenfeldbruck nie miało kontaktu radiowego, ani pomiędzy sobą, ani z dowództwem akcji. Przez to nie mieli oni możliwości skoordynowania ostrzału. Jedynie trzech snajperów w wieży kontrolnej miało kontakt z Georgiem Wolfem, który leżał obok nich wydając im rozkazy. Dwóch snajperów na płycie lotniska dostało niejasne instrukcje, by strzelać wtedy gdy zaczną pozostali snajperzy. W efekcie w czasie akcji byli oni zdani jedynie sami na siebie.

Dodatkowo snajperzy nie mieli odpowiedniego uzbrojenia do takiej akcji antyterrorystycznej. Karabiny Heckler & Koch G3 zostały uznane przez kilku ekspertów za nieodpowiednie do strzałów na dystansie z jakiego prowadzono ostrzał. G3, standardowa broń Bundeswehry w tym czasie, miała 20-calową lufę. Broń z lufą o długości 27 cali zapewniłaby bardziej dokładne prowadzenie ognia. Żaden z karabinów nie był wyposażony w urządzenia optyczne lub na podczerwień. Dodatkowo żaden ze snajperów nie był uzbrojony w stalowy hełm i kamizelkę kuloodporną. Żaden z transporterów opancerzonych nie dotarł na lotnisko przed akcją i zjawiły się one dopiero długo po rozpoczęciu wymiany ognia.

W czasie akcji popełniono również wiele błędów taktycznych. Jak wspomniano wcześniej, „Snajper 2”, ustawiony za wieżą sygnalizacyjną, znalazł się bezpośrednio na linii ognia snajperów z wieży kontrolnej, bez żadnego sprzętu ochronnego. Nikt inny nie znał też jego pozycji. Z tego powodu „Snajper 2” nie wystrzelił ani jednego pocisku dopóki w czasie wymiany ognia, jeden z terrorystów (Khalid Jawad) nie zaczął uciekać pieszo, odkrywając przy tym miejsce ukrycia snajpera. „Snajper 2” zabił porywacza, ale został jednocześnie ciężko ranny przez jednego z policjantów, który nie był świadomy, że strzela do jednego ze swoich kolegów. Jeden z pilotów, Ganner Ebel, leżał obok „Snajpera 2” i również został ranny przez policjantów. Zarówno Ebel, jak i snajper przeżyli akcję i wyleczyli się z ran.

Żaden z policjantów przebranych za członków załogi Boeinga 727 nie został ukarany za opuszczenie swojego posterunku. Wielu policjantom i członkom służby granicznej, których producenci filmu „Jeden dzień we wrześniu” poprosili o wywiad, zagrożono utratą pensji, jeśli zdecydowaliby się na to. Niektórzy z autorów uważali, że w taki sposób władze niemieckie chciały zatuszować własne błędy. Wiele z błędów popełnionych przez Niemców w czasie akcji zostało wytkniętych przez Heinza Hohensinna, który brał w niej udział, ale przeszedł na wcześniejszą emeryturę, więc nie miał pensji do stracenia.

Wpływ na igrzyska

W wyniku wzięcia zakładników, po raz pierwszy w historii nowożytnych igrzysk olimpijskich, wszystkie konkurencje zostały zawieszone. 6 września w uroczystościach żałobnych na Stadionie Olimpijskim wzięło udział 80 tys. widzów i 3 tys. sportowców. Przewodniczący MKOl Avery Brundage, odniósł się do zamordowanych sportowców w czasie przemowy sławiącej siłę ruchu olimpijskiego, porównując atak na izraelskich sportowców do wcześniejszych sporów o pozwolenia na udział w igrzyskach profesjonalnych sportowców oraz zakazu udziału w nich reprezentacji Rodezji, co oburzyło wielu słuchaczy[1]. Rodziny ofiar reprezentowane były przez Ankie Spitzer, matkę Mosze Weinberga oraz jego kuzynkę Karmel Eliasz. Ostatnia z przedstawicieli w czasie uroczystości żałobnych, dostała ataku serca i zmarła.

Wielu z 80 tys. ludzi na Stadionie Olimpijskim przybyło z zamiarem oglądania meczu pomiędzy reprezentacjami piłkarskimi RFN i Węgier, który miał odbyć się w tym czasie, używając przy tym głośnych syren, gwizdków itp., oraz machając flagami. Wtedy kilku z widzów rozwinęło baner z napisem „17 zabitych już zostało zapomnianych?”. Baner został usunięty przez ochronę, a odpowiedzialni za to wyproszeni ze stadionu. W czasie uroczystości flaga olimpijska została opuszczona do połowy masztu na prośbę Willy’ego Brandta, podobnie jak flagi większości krajów biorących udział w igrzyskach. Kraje arabskie odmówiły opuszczenia swoich flag, by uczcić śmierć izraelskich sportowców (flagi po sprzeciwie zostały natychmiast podniesione)[2].

Willi Daume, przewodniczący monachijskiego komitetu organizacyjnego, początkowo postulował odwołanie pozostałej części igrzysk, ale po południu Brundage i inni, którzy chcieli dokończenia igrzysk, przeważyli, oświadczając, że ten incydent nie może zatrzymać igrzysk. Brundage oświadczył: „Igrzyska muszą trwać, i musimy… i musimy kontynuować nasze wysiłki, by były czyste i uczciwe”[3]. Decyzja ta została zatwierdzona przez rząd Izraela i szefa izraelskiej reprezentacji Szemu’ela Lalkina.

6 września, po uroczystościach żałobnych pozostali członkowie izraelskiej reprezentacji wycofali się z igrzysk i opuścili Monachium. Wszyscy sportowcy pochodzenia żydowskiego otrzymali ochronę. Egipska reprezentacja zrezygnowała z dalszego udziału w igrzyskach 7 września, podając jako powód decyzji obawę o odwet ze strony organizatorów[4]. Reprezentacje Filipin i Algierii również opuściły igrzyska, podobnie jak niektórzy z członków reprezentacji Norwegii i Holandii. Amerykański maratończyk Kenny Moore, który opisywał wydarzenia dla magazynu „Sports Illustrated”, zacytował holenderskiego biegacza Josa Hermensa: „Kiedy robisz przyjęcie i ktoś zostaje zabity na przyjęciu to nie kontynuujesz przyjęcia. Jadę do domu”. Wielu sportowców, wstrząśniętych tragedią czuło, że ich chęć współzawodnictwa została zniszczona, ale mimo to zostali na igrzyskach.

Rodziny niektórych z ofiar zwróciły się do MKOl o upamiętnienie zamordowanych sportowców. MKOl odmówił, stwierdzając, że odniesienie się bezpośrednio do ofiar mogłoby „zrazić innych członków społeczności olimpijskiej”, jak podaje BBC[5]. Alex Gilady, izraelski członek MKOl, powiedział BBC: „Musimy wziąć pod uwagę co znaczyłoby to dla członków delegacji, które są wrogie Izraelowi”.

Mimo to postawiono pomnik poza Stadionem Olimpijskim w Monachium, w postaci kamiennej tablicy przy moście łączącym stadion z byłą wioską olimpijską. Pamiątkową tablicę ustawiono również przed wejściem do budynku przy Connollystraße 31. 15 października 1999 (rok przed igrzyskami w Sydney) odsłonięto pamiątkową płytę na jednej z wież oświetleniowych (Wieża 14) przy Olimpijskim Stadionie w Sydney, która pozostaje tam do dziś[6][7].


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Kosovo, Serbia to formalize ties with Israel, open JLM embassy

Kosovo, Serbia to formalize ties with Israel, open JLM embassy

TOVAH LAZAROFF


To date, only the US and Guatemala have embassies in Jerusalem. Most countries have chosen to place their embassies in the Tel Aviv area.

U.S. President Donald Trump speaks during a meeting with Serbia’s President Aleksandar Vucic and Kosovo’s Prime Minister Avdullah Hoti at the White House in Washington, U.S., September 4, 2020 / (photo credit: REUTERS/LEAH MILLIS)

Kosovo intends to establish diplomatic ties with Israel and both that Balkan-Muslim majority nation as well as Serbia plan to open embassies in Jerusalem.

Prime Minister Benjamin Netanyahu welcomed both historic announcements, which were made by US President Donald Trump from the White House’s Oval Office on Friday, during a meeting to establish normalized economic ties between Serbia and Kosovo.

Trump, Netanyahu and Israeli officials placed the announcements with regard to Israel within the larger US-brokered efforts both for Israeli-Arab peace and to pave the way for international recognition of Jerusalem as Israel’s capital.

To date, only the US and Guatemala have embassies in Jerusalem. Most countries have chosen to place their embassies in the Tel Aviv area.
“Kosovo will be the first Muslim-majority country to open an embassy in Jerusalem. As I said during the last days, the circle of peace and recognition of Israel is expanding with more countries expected to join,” Netanyahu said.

Trump called Netanyahu, during a meeting with Kosovo Prime Minister Avdullah Hoti, to congratulate both leaders on the decision to establish diplomatic relations.

Kosovo President Hashim Thaci later tweeted, “I welcome the announcement of Israeli PM @netanyahu about the genuine intention to recognize #Kosovo and establish diplomatic relations. Kosovo will keep its promise to place its diplomatic mission in #Jerusalem,” Thaci wrote.

With regard to Serbia, Netanyahu said: “I thank my friend the Serbian President [Aleksandar] Vucic for the decision to recognize Jerusalem as the capital of Israel and to transfer to his country’s embassy. I would like to thank my friend, President Trump, for his contribution to this achievement. We will continue efforts so that additional European countries will transfer their embassies to Jerusalem.”

Both Kosovo and Serbia would be the first European countries to open embassies in Jerusalem. Serbia is not a member of the European Union and thus is not bound by the same policy considerations as the 27 members of the EU, but it is in the process of becoming a member state. Kosovo would also like to join the EU and is viewed as a potential candidate for accession.

Most of the international community, including the EU, does not formally recognize Jerusalem as Israel’s capital, holding that such recognition should come only as part of a two-state resolution to the Israeli-Palestinian conflict in which east Jerusalem would be the capital of a future Palestinian state.

Foreign Minister Gabi Ashkenazi called on all countries to follow Serbia and Kosovo’s example by opening embassies in Jerusalem.

“The city of Jerusalem, the eternal capital of the State of Israel, will be a bridge of peace to the entire world. I call on other countries to follow in their footsteps [of Serbia and Kosovo] and move their embassies to Jerusalem, the capital of Israel.”

Ashkenazi thanked Trump and his administration for their peace making efforts.

“The US administration continues to lead to significant diplomatic breakthroughs, both in our relations with Serbia and Kosovo, as well as the promotion of normalization and the historic peace agreement between Israel and the United Arab Emirates. Israel has no more important ally than the United States.”

Israel’s ambassador to the UN Gilad Erdan also praised the diplomatic advancements, which came just weeks after the historic announcement that Israel and the U.A.E. would normalize ties.

“Another breakthrough, another Muslim country normalizing ties with Israel. After the UAE & Kosovo, I believe more Muslim & Arab states will opt for peace, leaving the Palestinians isolated. Perhaps this will convince future Palestinian leaders to make concessions for peace,” Erdan tweeted.
“I congratulate Prime Minister Netanyahu and President Trump on this great achievement. Serbia and Kosovo will now open embassies in Jerusalem, following in America’s footsteps, and paving the way for more countries,” he added.

At the Oval Office on Friday, Trump also linked peace-making between Serbia and Kosovo, with his efforts to normalize ties between Israel and its Arab neighbors.

“We’ve also made additional progress on reaching peace in the Middle East. I will say that Kosovo and Israel have agreed to normalization of ties and the establishment of diplomatic relations. The agreement we made with UAE [and Israel] has been incredible,” Trump said.

He added: “We have other countries in the Middle East coming very much to us and saying, like, “When do we go? When can we sign?” I think we’re going to have great peace in the Middle East. And nobody has been able to say that for a long time,” he said.

In Washington Serbian President Aleksander Vucic told reporters there were still many differences between Serbia and its former province of Kosovo, which declared independence in 2008, but said Friday’s agreement marked a huge step forward.

He later told Serbian media that Serbia’s agreement was with the US, not Kosovo.

Hoti also welcomed the measures, and said they should lead to mutual recognition between the two countries, the key issue dividing them.
“Serbia and Kosovo have each committed to economic normalization,” Trump said.

Political analysts called the agreement underwhelming and hazy, however.
“In my mind this is more of a resumption of dialog between the two sides. That’s good for the region. But it’s not like some massive, massive breakthrough,” said Jasmin Mujanovic, a political scientist who specializes in Eastern Europe.

“It’s mostly vague. It’s not even clear on the economic stuff,” said Edward Joseph, a senior fellow with Johns Hopkins University’s School of Advanced International Study.

Trump, who is running for re-election in November, is seeking to play up his deal-making skills on the international stage.

Friday’s events, which came after two days of talks among the leaders and senior Trump aides, was originally scheduled to take place in the White House’s Roosevelt Room, with two tables set up for the leaders to sit at. It was abruptly moved to the Oval Office, with Trump’s desk between the two tables.

The Serbian and Kosovo leaders appeared to sign separate documents, not one. Trump, meanwhile, signed letters acknowledging that the two countries would work together.

Ethnic Albanian-majority Kosovo, which is predominantly Muslim, declared its independence from Serbia in 2008 after a 1999 NATO-led bombing campaign in which the US took part, to curb a war ignited by years of repressive Serbian rule and to stop ethnic cleansing by Belgrade.

Serbia, backed by its traditional Slavic and Orthodox Christian ally Russia, has refused to recognize Kosovo’s independence, a precondition for Belgrade’s membership in the European Union.

National security adviser Robert O’Brien told reporters that expanded economic ties, increased border crossings and mutual recognition of professional licenses could pave the way for political solutions in the future.

He said the deal would also lead to increased US investment but gave no details.


Reuters contributed to this report.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Greek PM Tells Turkey to End ‘Provocations’

Greek PM Tells Turkey to End ‘Provocations’ for Dialogue to Begin

Reuters and Algemeiner Staff


Greek Prime Minister Kyriakos Mitsotakis meets with top Chinese diplomat Yang Jiechi (not pictured) in Athens, Greece, September 4, 2020. Photo: Louisa Gouliamaki/Pool via REUTERS

Prime Minister Kyriakos Mitsotakis said on Friday Greece would start talks with Turkey to resolve a row in the Eastern Mediterranean once Turkish “provocations” ceased.

He spoke a day after NATO said the allies had agreed to launch technical talks to avoid any accidents in the region.

Tensions escalated last month after Turkey sent a seismic survey vessel for hydrocarbon exploration in disputed waters in the region after a maritime deal between Greece and Egypt.

Turkey says that deal scuttled talks with Greece under German mediation, and that it infringed on its own continental shelf in the eastern Mediterranean.

NATO Secretary-General Jens Stoltenberg said Greece and Turkey had agreed to technical talks “to develop mechanisms for ‘de-confliction’” at sea, and they were under way, but Mitsotakis appeared to attach conditions.

“(Our country) can and wants to discuss the demarcation of maritime zones in the Aegean Sea, in the eastern Mediterranean, based on international law. But not under threats,” he said during a meeting with China’s top diplomat Yang Jiechi.

“Let the threats go for talks to begin,” Mitsotakis said.

“Once the provocations end, discussions will begin,” he said, adding that Greece’s foreign minister would deliver a letter from him outlining Athens’ case to UN Secretary General Antonio Guterres when the two meet in New York on Friday.

Turkish Foreign Minister Mevlut Cavusoglu said on Friday his Greek counterpart Nikos Dendias had rejected an offer by Josep Borrell, the European Union’s top diplomat, to meet without preconditions after he had agreed to such a meeting.

Turkey has said it supports NATO’s initiative and that the talks were not about solving bilateral issues but about measures so far handled by the two countries’ militaries. It said Ankara expected Greece to do the same, but Greek diplomats said Turkey needed to de-escalate its activity in the region first.

Cavusoglu responded: “If Greece thinks meeting with us is a favor and that we have to abandon all our rights to be able to meet with them, this will not happen.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Pakt z Hitlerem to absurd.

Pakt z Hitlerem to absurd. Polskie elity nie miały alternatywy dla sojuszu z Zachodem

Piotr M. Majewski


Minister spraw zagranicznych Polski Józef Beck (w środku) w towarzystwie ministra wojny Rzeszy Wernera von Blomberga (z prawej) i naczelnego dowódcy wojsk lądowych gen. Wernera von Fritscha przed Grobem Nieznanego Żołnierza na Unter den Linden w Berlinie, lipiec 1935 r. (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Podporządkowanie się III Rzeszy oznaczałoby bankructwo wcześniejszej polityki piłsudczyków i stałoby w sprzeczności z ich systemem wartości. A kapitulacja bez walki przyniosłaby Polsce druzgocące skutki polityczne, wywołując prawdopodobnie potężne protesty społeczne. Wrzesień 1939 – największa polska klęska.

Niemiecka propaganda z upodobaniem przedstawiała kampanię przeciwko Polsce jako łatwe zwycięstwo. Slogan o wojnie osiemnastodniowej, który ukuła, nie tylko gloryfikował potęgę Wehrmachtu, ale także wyrażał pogardę dla pokonanego przeciwnika. Teza ta, często powtarzana bezrefleksyjnie przez innych, ukształtowała w dużej mierze dominujący do dziś na świecie obraz wojny polsko-niemieckiej 1939 r., co wywołuje wśród nas zrozumiałe rozczarowanie i irytację.

Należy oczywiście przypominać o tym, że Polska broniła się dwukrotnie dłużej, a jej pech polegał na tym, iż jako pierwsza stała się obiektem agresji III Rzeszy, kiedy światowa opinia publiczna nie miała jeszcze żadnego innego punktu odniesienia, aby prawidłowo ocenić przebieg walk, charakter i styl polskiej porażki. Nie powinno to jednak przesłaniać istoty sprawy: Wrzesień 1939 r. pozostaje jedną z najdotkliwszych klęsk militarnych w naszej historii, która tragicznie zaważyła na losach naszego państwa na kolejne pół wieku.

Cena oporu

W jej następstwie Polska została wymazana z mapy Europy i nietrudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym już by na nią nie powróciła. Nawet jako wasal ZSRR, jak miało to miejsce w latach 1945-89. Wystarczyło np., aby premierem Wielkiej Brytanii został w 1940 r. nie Winston Churchill, lecz lord Edward Halifax, który w imię ratowania swojego kraju chciał dać Hitlerowi carte blanche na urządzenie wschodu Europy a la „Mein Kampf”. Można oczywiście zasadnie dowodzić, że polscy przywódcy nie zdawali sobie sprawy z tego, o jaką stawkę toczyła się gra, gdy w 1939 r. odrzucili żądania terytorialne niemieckiego dyktatora. Tym gorzej to jednak o nich świadczy.

Czechosłowacki prezydent Edvard Beneš (będę często odwoływać się do doświadczeń naszych południowych sąsiadów) dysponował przecież rok wcześniej z grubsza taką samą wiedzą na temat nazizmu jak minister Józef Beck czy marszałek Edward Rydz-Śmigły, ale lepiej niż oni rozumiał jego zbrodniczy charakter. Doszedł więc do wniosku, że rozjuszona stawionym jej oporem hitlerowska III Rzesza zgotuje Czechom krwawą łaźnię. Polacy natomiast albo w ogóle nie zastanawiali się, jak będzie wyglądała niemiecka okupacja, albo przyjmowali, iż nie będzie się ona zbytnio różnić od tej, którą pamiętali z I wojny światowej. Nierealistyczne wyobrażenia na temat przyszłości, która może czekać kraj w razie porażki, były najbardziej fundamentalnym błędem polskich kalkulacji, bo bez prawidłowego oszacowania ceny, jaką przyjdzie zapłacić za opór, nie dało się przecież racjonalnie ocenić ani poziomu ryzyka, ani sensowności własnych działań.

Minister Joseph Goebbels (na pierwszym planie w jasnym płaszczu), wiceminister spraw zagranicznych Polski Jan Szembek (z lewej), dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej Edward Kuntze (z prawej) i kierownik Biura Propagandy Krakowa Tadeusz Przypkowski (na prawo za ministrem) podczas zwiedzania Collegium Maius w Krakowie, 15-16 czerwca 1934 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Nie chcę przez to powiedzieć, że opór nie miał sensu; chodzi raczej o to, że należało się liczyć ze znacznie wyższymi kosztami odrzucenia niemieckich żądań, niż milcząco przyjęto, podejmując taką decyzję. Kosztami na tyle wysokimi, że uprawniały one, a wręcz zobowiązywały polityków do przeanalizowania na chłodno wszystkich, choćby najbardziej nieprzyjemnych scenariuszy alternatywnych. Wszystkie one leżały w 1939 r. na stole, nawet jeśli większości z nich w ogóle nie brano w Warszawie pod uwagę.

Wariant węgierski

Pierwszy z nich, najbardziej oczywisty, sprowadzał się do przyjęcia żądań Hitlera, i to na tyle szybko, aby zachować resztki godności i możliwie duży zakres suwerenności wewnętrznej. Nazwijmy ten scenariusz węgierskim, bo podobną politykę prowadziły w tym czasie Węgry pod przywództwem admirała Miklósa Horthy’ego; stanowi on dzisiaj przedmiot westchnień prawicowych publicystów i historyków amatorów marzących o polskich żołnierzach dumnie defilujących, ramię w ramię z Wehrmachtem, po zdobytej Moskwie. Rzeczpospolita stałaby się wówczas formalnie sojuszniczką Niemiec, ale w praktyce byłby to sojusz wybitnie nierównoprawny ze względu na ogromną dysproporcję sił partnerów. Co gorsza, status Polski ulegałby z upływem czasu nieuchronnej degradacji.

Trudno np. przypuszczać, aby przejście przez nasze terytorium kilku milionów niemieckich żołnierzy w drodze na podbój Związku Radzieckiego nie zaważyło na sytuacji wewnętrznej kraju.

Przed wybuchem wojny nikt w Warszawie nie umiał sobie z pewnością wyobrazić, że w takiej sytuacji mogłoby np. dojść do eksterminacji polskich Żydów, ale i bez tego wymuszony sojusz z Niemcami jawił się w ogólnym rozrachunku jako podróż w nieznane, i to bez biletu powrotnego.

Atutami tej opcji byłyby natomiast utrzymanie przez jakiś jeszcze czas własnej, choć kulawej, podmiotowości w europejskiej rozgrywce i, prawdopodobnie, mniejsze straty ludzkie (tak przynajmniej mieliby prawo sądzić Beck i Rydz-Śmigły).

Wariant czeski

Drugi wariant, to scenariusz czeski. Oznaczał kapitulację wobec niemieckich żądań, ale nie od razu, lecz po dłuższym okresie dyplomatycznej rozgrywki. Polska musiałaby pójść w jakimś momencie na ustępstwa, których domagał się Hitler – zapewne już nie tylko w kwestii uprawnień w Gdańsku i eksterytorialnych arterii komunikacyjnych przez Pomorze, ale także na Śląsku i gdzie indziej – w zamian za co uniknęłaby druzgocącego najazdu.

Należało liczyć się z tym, że okrojonej terytorialnie i upokorzonej Rzeczpospolitej Rzesza narzuciłaby jakąś formę protektoratu jak Czechom w marcu 1939 r. Docelowo niemal na pewno czekałaby nas okupacja, choć zapewne nie tak krwawa, jak miało to miejsce w rzeczywistości. Podstawowa zaleta takiego wariantu polegałaby na tym, że Polska nie poniosłaby strat ludzkich i materialnych w konfrontacji zbrojnej z Wehrmachtem, a jednocześnie nie przylgnęłaby do niej stygmatyzująca etykietka sojuszniczki Hitlera.

Polski plan na Wrzesień 1939 r.

Trzeci scenariusz – odrzucenie niemieckich żądań i wojna w sojuszu z Francją i Wielką Brytanią – rozegrał się naprawdę, a jego plusy oraz minusy są powszechnie znane. W jego obrębie istniało jednak kilka różnych ewentualności, niekonieczne więc przebieg wydarzeń musiał przyjąć taki kierunek, jak się to stało. Może scenariusz taki dałoby się zrealizować lepiej, unikając tak ciężkich strat własnych i zadając większe przeciwnikowi, walcząc dłużej i bardziej planowo?

To, że nie da się pokonać Niemców, było dla polskich decydentów oczywiste. Mimo tromtadrackiej gadaniny o nieoddawaniu ani guzika od munduru i buńczucznych przechwałek o paradowaniu po Berlinie polski plan obrony, plan „Zachód”, opierał się na założeniu, że przewaga liczebna i techniczna Wehrmachtu wyklucza cokolwiek poza strategicznym odwrotem. Rozmieszczone wzdłuż całej długości granic z Rzeszą polskie armie miały przyjąć uderzenie nieprzyjaciela, a następnie stopniowo wycofywać się na wschód, aby ostatecznie się zatrzymać i ustabilizować front gdzieś w południowo-wschodnim narożniku kraju. Do tego czasu, jak przewidywano, niemiecki napór powinien zelżeć, ponieważ ofensywa Francji i Wielkiej Brytanii na zachodzie zmusi Wehrmacht do wycofania większości sił z Polski. A w przyszłości, dzięki alianckiej pomocy dostarczanej przez Rumunię, Wojsko Polskie miało przeprowadzić kontrofensywę i odzyskać utracone prowincje.

Plan ten miał mankamenty militarne, o których będzie jeszcze mowa, przede wszystkim jednak jego powodzenie zależało od jednoczesnego zajścia trzech okoliczności politycznych: zachodni sojusznicy musieli rozpocząć ofensywę nad Renem na tyle szybko, aby Wehrmacht nie zdążył do tego czasu unicestwić Wojska Polskiego; wschodni sąsiad, czyli Związek Radziecki, musiał pozostać neutralny przez cały okres trwania działań zbrojnych; Rumunia musiała wytrwać w sojuszu z Polską, przepuszczając przez swoje terytorium zaopatrzenie, sprzęt i ewentualne posiłki dla naszej armii. Bez spełnienia dwóch pierwszych przesłanek cała koncepcja brała tak czy inaczej w łeb; w przypadku, gdyby nie zaszła trzecia, nawet po udanym odwrocie na owo przedmoście rumuńskie, jak zaczęto je później nazywać, Wojsko Polskie czekałaby powolna agonia.

Jak wiadomo, nie został spełniony ani jeden warunek, na skutek czego wojna z Niemcami zakończyła się tragiczną katastrofą. Nie za dobrze świadczy to o jakości polskiego planowania.

Czy dałoby się jednak osiągnąć coś więcej, gdyby przyjęto inne, bardziej realistyczne założenia?

Inny sojusz byłby dziwny

Militarne współdziałanie z Zachodem na wypadek wojny stanowiło w dwudziestoleciu międzywojennym fundament polskiej racji stanu. Mimo polityki „wstawania z kolan”, którą uprawiał minister Beck, w Warszawie doskonale wiedziano, że pod koniec lat 30. Polska bez sojuszu z Francją nie mogłaby stawić czoła rosnącym w siłę Niemcom i albo musiałaby stać się ich wasalem jak Węgry, albo zostałaby przez nich zaszczuta na śmierć jak Czechosłowacja. Żaden z tych wariantów, jak się wydaje, nie mieścił się w głowie rządzącym krajem piłsudczykom.

Minister Joachim von Ribbentrop (z lewej) w towarzystwie ministra spraw zagranicznych Polski Józefa Becka opuszcza dworzec w Warszawie. Widoczne flagi ze swastykami, którymi udekorowano dworzec, 25 stycznia 1939 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Podporządkowanie się Hitlerowi oznaczałoby kompromitujące bankructwo całej ich wcześniejszej polityki i stałoby w głębokiej sprzeczności z wyznawanym przez nich systemem wartości. Kapitulacja bez walki przyniosłaby tak samo druzgocące skutki polityczne, wywołując na dodatek prawdopodobnie potężne protesty społeczne – po latach pobrzękiwania szabelką i podbijania bębenka mocarstwowych mrzonek trudno byłoby przecież wytłumaczyć ludziom przygnębiającą prawdę o własnej słabości. Przyjmijmy więc dla uproszczenia, że w realiach panujących w przededniu wybuchu II wojny światowej polskie elity nie miały w istocie wyboru i musiały utrzymywać sojusz z Zachodem.

Warianty węgierski ani czeski – czy się to komuś dzisiaj podoba czy nie – nie wchodziły w grę z przyczyn psychologicznych i wewnątrzpolitycznych.

W teorii polski system sojuszy opierał się na bardzo solidnych podstawach. Polskę łączyła z Francją nie tylko umowa o przyjaźni i współpracy, ale również szczegółowa konwencja wojskowa. To właśnie ona określała, że 15. dnia od ogłoszenia przez Paryż mobilizacji powszechnej armia francuska osiągnie gotowość do przeprowadzenia generalnej ofensywy przeciwko Rzeszy. Wielka Brytania stała się formalnie sojuszniczką Polski dopiero 25 sierpnia 1939 r. i konkretny zakres jej pomocy wojskowej nie został uzgodniony, ale pozycja imperium brytyjskiego była wówczas mniej więcej taka jak dzisiaj Stanów Zjednoczonych: państwo to uchodziło za największą światową potęgę i głównego gwaranta globalnego ładu politycznego, Polsce mogło się więc wydawać, że chwyciła właśnie Pana Boga za nogi.

Polsko, licz na siebie

Nie można winić polskich przywódców za to, że we wrześniu 1939 r. Zachód nie udzielił nam w jakiejkolwiek efektywnej pomocy. Nie mieli na to realnego wpływu. Jak dowodzi przykład czechosłowacki, nawet gdyby minister Beck prowadził wcześniej wobec Francji najbardziej lojalną politykę, Paryż i Londyn i tak postąpiłyby wobec Polski egoistycznie, bo ich przywódcy uważali, że nie są gotowi do konfrontacji militarnej z Niemcami.

Można natomiast mieć pretensje do polskich władz, że nie zastanawiały się, co się stanie, jeśli Zachód nie zaatakuje Niemiec.

W sztabie generalnym zdawano sobie przecież sprawę z wpływu linii Maginota na skostnienie francuskiej doktryny wojennej. A mogło się przecież zdarzyć też tak, że aliancka ofensywa nastąpiłaby później, niż przewidywano, mogła się nie powieść albo byłaby słabsza, niż zakładano, a tym samym nie odciągnęłaby na czas wystarczającej liczby niemieckich dywizji z Polski. Żadnej z takich ewentualności nasze dowództwo nie uwzględniło, niestety, w swoich planach.

Attache wojskowy Ambasady Niemiec w Polsce ppłk. von Gerstenberg (drugi z lewej) w asyście polskich wojskowych na tle Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie, 17 kwietnia 1938 r.Attache wojskowy Ambasady Niemiec w Polsce ppłk. von Gerstenberg (drugi z lewej) w asyście polskich wojskowych na tle Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie, 17 kwietnia 1938 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Tymczasem należało się przygotowywać nie na najbardziej optymistyczny, lecz na najbardziej realistyczny wariant rozwoju wydarzeń i przyjąć, że Zachód nie zdąży nam efektywnie pomóc wcześniej niż za kilka miesięcy. Skoro zaś Francja i Wielka Brytania nie były w stanie natychmiast odciążyć walczącej Polski, należało zacząć liczyć wyłącznie na siebie. To oznaczało, że władze II RP nie powinny były słuchać sojuszników, którzy doradzali wstrzymywanie się z ogłoszeniem mobilizacji powszechnej, ale przeprowadzić ją tak szybko, jak tylko się dało, jeszcze przed rozpoczęciem niemieckiego najazdu. Wojsko Polskie dysponowałoby kilkunastoma dywizjami więcej, a przede wszystkim uniknęło destrukcyjnego chaosu koncentracji odbywającej się już pod bombami Luftwaffe.

Plan „B” tylko na papierze

Progressive Academics Voice Support for Jewish USC Student Over Anti-Zionist Harassment

Progressive Academics Voice Support for Jewish USC Student Over Anti-Zionist Harassment

Algemeiner Staff


The University of Southern California campus. Photo: Padsquad19 via Wikimedia Commons.

A group of progressive American scholars have come to the defense of a Jewish student whose experience of antisemitism led to her resignation as University of Southern California student vice president earlier this month.

In a statement published this week under the title “Are you now or have you ever been a Zionist?” — a deliberate nod to the McCarthy-era harassment of leftists in the 1950s — the Alliance for Academic Freedom (AAF) said that it “condemns the treatment of Rose Ritch … following a campaign that featured denunciations of her support for Israel, including some with antisemitic overtones.”

In an open letter published on Aug. 6, Ritch said that she was stepping down because she had been “harassed and pressured for weeks by my fellow students because they opposed one of my identities.”

She explained: “It is not because I am a woman, nor because I identify as queer, femme, or cisgender. All of these identities qualified me as electable when the student body voted last February. But because I also openly identify as a Zionist, a supporter of Israel’s right to exist as a Jewish state, I have been accused by a group of students of being unsuitable as a student leader. I have been told that my support for Israel has made me complicit in racism, and that, by association, I am racist. Students launched an aggressive social media campaign to ‘impeach [my] Zionist a**.’ This is antisemitism, and cannot be tolerated at a University that proclaims to ‘nurture an environment of mutual respect and tolerance.’”

Ritch’s letter drew a supportive note from USC President Carol Folt, who told students in an email that she condemned “the antisemitic attacks on her character and the online harassment she endured because of her Jewish and Zionist identities.”

In its statement, the AAF said that while Folt’s statement was welcome, “the administration and faculty [of USC] failed to speak out forcefully and early enough.”

The group noted that “Ritch is far from the only college student who has been harassed in recent years for their pro-Israel politics.”

The statement observed: “Her story is an important reminder that educational institutions should actively promote discussion about contentious issues like the Middle East. They should encourage students to become informed about the history and nature of Zionism, which, according to standard definitions, is the movement of the Jewish people for self-determination in a land or state of their own. Rather than hurling the term as an epithet, or falsely equating Zionism with a parade of horribles, students should be able to appreciate its origins, meaning, and complexity.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com