Archive | 2023/05/24

Cenzura w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej? Dlaczego zablokowano film o muzie poetów

Zuzanna Ginczanka w 1938 r. Podczas wojny Niemcom wydała ją polska sąsiadka (Fot. Muzeum Literatury / East News)


Cenzura w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej? Dlaczego zablokowano film o muzie poetów

Dawid Dróżdż


Film o Zuzannie Ginczance zjeździł festiwale we Francji, ale w Polsce blokuje go PISF. Poszło o scenę ze Strajku Kobiet? A może o to, że poetkę o żydowskich korzeniach wydała na śmierć Polka? PISF twierdzi, że film jest “niewyobrażalnie nudny”.

– Obawialiśmy się kolaudacji w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, ale powiedziałam: “Nie no, spoko, przecież te manify wydarzyły się naprawdę, to nie jest Rosja Putina, tu jest demokracja”. Ale kolaudacje w PISF są tak naprawdę narzędziem ideologicznym – mówi Joanna Grudzińska, reżyserka dokumentu “Nie cała umrę” o Zuzannie Ginczance. 

“Nie cała umrę”. Mimo Chominowej

Joanna Grudzińska, rocznik 1977, jest polsko-francuską reżyserką i aktorką. Urodziła się w Warszawie, ale od piątego roku życia mieszka w Paryżu. We Francji studiowała filozofię, ukończyła brukselską szkołę filmową INSAS. W 2009 r. zrealizowała dobrze przyjęty dokument “K.O.R.” – dedykowała go rodzicom działającym w Komitecie Obrony Robotników. W filmie wystąpili m.in. Joanna Szczęsna, Jan Lityński i Henryk Wujec, którzy tłumaczyli sens i metody działania ówczesnej opozycji demokratycznej.

Grudzińska we Francji nakręciła krótkometrażowy film “Loups solitaires en mode passif” (2014) i oparty na unikatowych materiałach archiwalnych dokument telewizyjny “Révolution Ecole: 1918-1939”. 

Polska publiczność może kojarzyć ją z epizodu w “Boisku bezdomnych” Kasi Adamik z 2008 r. Zagrała też małe role we francuskojęzycznych produkcjach: “Saint Laurent” (2014), “Bólu” (2017) i “Petite Solange” (2021).

W 2020 r. rozpoczęła prace nad filmem “Nie cała umrę” o Zuzannie Ginczance, muzie przedwojennych salonów literackich Warszawy. Poetka urodziła się w 1917 r. w Kijowie. Jej rodzina – żydowscy mieszczanie – uciekła przed bolszewikami do II RP. Wychowywała się w wielonarodowym Równem na Wołyniu. W latach 30. wyjechała do Warszawy. Była rozchwytywana – wspierał ją Tuwim, kawę pijała z Gombrowiczem. Jej satyryczne utwory publikowały “Wiadomości Literackie” oraz „Szpilki”. W 1936 r. wydała swój pierwszy i jedyny tomik wierszy “O centaurach”. 

Po wybuchu II wojny światowej uciekła do Lwowa. Po zajęciu miasta przez nazistów ukrywała się w jednej z lwowskich kamienic. Z tego okresu pochodzi najsłynniejszy wiersz Ginczanki “Non omnis moriar”. Poetka, odnosząc się do horacjańskiego „nie wszystek umrę”, ale przede wszystkim sarkastycznie nawiązując do „Testamentu mojego” Słowackiego, przewiduje tu własną śmierć. Ginczanka utrwaliła w wierszu nazwisko polskiej dozorczyni kamienicy, która wydała ją nazistom: “Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica, / Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera, / Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla, / Donosicielko chyża, matko folksdojczera. / Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym”.

Wiosną 1944 r. – w wieku 27 lat – została najprawdopodobniej rozstrzelana w obozie w Płaszowie. 

Ginczanka do niedawna była znana głównie literaturoznawcom. Sytuacja zmieniła się na początku tego wieku – mrówcza kilkunastoletnia robota zafascynowanych nią badaczy sprawiła, że historię poetki poznało szersze grono odbiorców. 

W 2001 r. ukazała się monografia “Wypowiadam wam moje życie. Melancholia Zuzanny Ginczanki” Agaty Araszkiewicz, specjalistki od Ginczanki, która reinterpretuje twórczość poetki z perspektywy feministycznej. W 2015 r. Muzeum Literatury w Warszawie zorganizowało wystawę o poetce, w 2019 r. Jarosław Mikołajewski wydał reportaż inspirowany jej życiem i twórczością “Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki”, a rok później ukazała się pierwsza obszerna biografia Ginczanki autorstwa czołowej badaczki życia i twórczości poetki Izoldy Kiec pt. “Ginczanka. Nie upilnuje mnie nikt”. Ukazały się też antologie jej wierszy, wystawiano spektakle, których była bohaterką. W końcu Ginczanka wylądowała na koszulkach.


Jedna z najoryginalniejszych poetek międzywojennej Polski. Urodzona w 1917 roku jako Zuzanna Polina Gincburg, światu znana pod pseudonimem Ginczanka. Wiersze pisała już jako dziesięciolatka. Miłośniczka Tuwima, Leśmiana i Szelburg-Zarembiny, zadebiutowała w gimnazjalnej gazetce, by niedługo później zdobyć prestiżowe wyróżnienie w konkursie poetyckim „Wiadomości Literackich”.
⠀Studiując na Uniwersytecie Warszawskim, jednocześnie intensywnie uczestniczyła w życiu literackim i towarzyskim stolicy. Skamandrytka i bywalczyni Małej Ziemiańskiej, protegowana Tuwima, przyjaciółka Gombrowicza. Powszechnie podziwiana za swój talent, odwagę i olśniewającą urodę, stała się legendą przedwojennej Warszawy. Autorka zarówno subtelnych liryków publikowanych w „Wiadomościach Literackich”, jak i ostrych, antyfaszystowskich satyr drukowanych w „Szpilkach”.
⠀W swoich utworach odwoływała się do poetyki Skamandra, bliski był jej naturalizm i katastrofizm. W 1936 roku wydała swój jedyny tomik poezji – „O centaurach”.
⠀Jej talentowi nie było dane rozwinąć się w pełni. Zginęła w 1944 roku od gestapowskiej kuli, mając zaledwie dwadzieścia siedem lat.
⠀Jej twórczość, przez kilkadziesiąt lat zapomniana, dopiero ostatnimi czasy, za sprawą licznych artykułów oraz kilku biografii i zbiorów wierszy, odzyskuje należne jej miejsce w kanonie literatury polskiej.⠀
www.deadcantalk.com/szukaj?result=1&q=Ginczanka


“Myślę! Czuję! Decyduję!”

Film Grudzińskiej nie jest typowym dokumentem biograficznym. – Film zaczyna się od śmierci Ginczanki i kończy na jej przeprowadzce z Kijowa do Równego; była wtedy dziewczynką – mówi Grudzińska. – Nie chciałam tworzyć martyrologicznej opowieści zakończonej okropną śmiercią z rąk nazistów. Chciałam pokazać jej historię w inny sposób. 

Reżyserka podkreśla, że jej celem było nadanie filmowi poetyckiej formy. Stąd m.in. improwizowane sceny w teatrze; aktorki Jaśmina Polak, Dominika Biernat, Anna Biernacik i Ewa Żak Domarackas interpretują wiersze poetki. Wiersze Ginczanki odczytują także bohaterowie filmu: aktorka Agnieszka Przepiórska, młode Ukrainki z Równego czy pisarz Józef Hen

Pandemia wymusiła na twórcach wprowadzenie pewnych zmian w scenariuszu – kursowanie pomiędzy kilkoma krajami podczas lockdownu było utrudnione. Niektórzy bohaterowie, ze względów bezpieczeństwa, odmówili spotkań na żywo. W związku z tym w scenariuszu znalazły się m.in. wspomniane zainscenizowane sceny w teatrze.

W ten sposób narodził się także pomysł na finałową scenę. – W Warszawie wszystko było pozamykane, a po południu tysiące kobiet wychodziło na manifestacje. To było coś niesamowitego – wspomina Grudzińska, która sama także uczestniczyła w Strajkach Kobiet. Po jakimś czasie zaczęła kręcić to, co dzieje się wokół.

Ostatnia scena filmu przedstawia młodą dziewczynę i aktorkę Agnieszką Przepiórską, które stojąc w tłumie manifestujących, odczytują wiersz “Bunt piętnastolatek” mówiący metaforycznie o kobiecej zmysłowości i fizjologii: “My chcemy konstytucji, my chcemy swego prawa, / że wolno nam bez wstydu otwarcie w świat wyznawać / prawdziwość krwistych burz, / że wolno wcielać w słowa odruchy chceń najszczerszych, / że wolno nam już wiedzieć, że mamy ciepłe piersi / prócz eterycznych dusz”.

W tle słyszymy policyjne syreny, manifestujące skandują: “Myślę! Czuję! Decyduję!”.

Usunąć Hena

Dokument to projekt polsko-francuski. Producentem ze strony polskiej jest firma Vertigo należąca do Rafaela Lewandowskiego, reżysera “Kreta” (2010) czy dokumentu “Z dala od orkiestry” (2017). Producentem we Francji jest firma Les Films du Bilboquet. Budżet wyniósł 1,5 mln zł. Polski Instytut Sztuki Filmowej przyznał projektowi dotację w wysokości 258 tys.Producenci, zgodnie z umową, otrzymali z PISF 80 proc. dotacji, czyli ok. 206 tys. zł. Pozostałą część Instytut miał wypłacić po zatwierdzeniu ostatecznej wersji obrazu. Każdy film, który dostaje dofinansowanie PISF, musi przejść kolaudację – to pokaz skończonego filmu, w którym uczestniczą producenci, a także przedstawiciele Instytutu. Wraz z zatwierdzeniem filmu PISF wypłaca ostatnią transzę dotacji; dopiero wtedy producenci mogą prezentować film publiczności.Dokument został ukończony pod koniec 2021 r. Pierwsza kolaudacja w PISF odbyła się 31 stycznia 2022 r. I zaczęły się problemy.Reżyserka ujawnia, że w kolaudacji – w roli eksperta PISF – uczestniczył prawicowy publicysta Remigiusz Włast-Matuszak publikujący m.in. we “Frondzie”, “Do Rzeczy” czy “Tygodniku Solidarność”. Zasłynął m.in. tekstem napisanym na gorąco po wręczeniu Paszportów “Polityki” w 2021 r., w którym wyraził obawę o to, że “niebawem znajdzie się w transportach do nowych dołów śmierci w okolicach Warszawy”. Wykopać mieliby je “dziewczęta i chłopcy z Antify”. Krytykował też współczesnych, polskich filmowców, zarzucając im “antypolskość”. W 2018 r. bezskutecznie startował z list PiS w wyborach samorządowych (otrzymał 76 głosów). 

Po seansie dokumentu Włast-Matuszak miał wygłosić – w dość agresywny sposób – antysemickie, krytyczne wobec filmu i bohaterki komentarze. – Producent zadzwonił do mnie po kolaudacji, był roztrzęsiony, prawie płakał. Nigdy nie widziałam go w takim stanie – relacjonuje Grudzińska. – Ekspert z PISF wrzeszczał na Rafaela. Mówił, że zrobiliśmy antypolski film i ukradliśmy pieniądze, bo budżetu nie widać na ekranie. Kazał wyciąć scenę ze Strajku Kobiet i scenę z udziałem Józefa Hena. Mówił, że Ginczanka była komunistką, co jest bzdurą.Dlaczego wspomniana scena z udziałem Józefa Hena jest problematyczna? Autor “Nikt nie woła” czyta w filmie – napisany w przededniu wybuchu II wojny światowej – wiersz “Łowy”, w którym Ginczanka wykorzystuje metaforę polowania na dziką zwierzynę do opisania nagonki na Żydów pod koniec lat 30. w Polsce. “Jakie aktualne” – puentuje Hen, nawiązując prawdopodobnie do nagonki PiS na społeczność LGBT+.–  Ekspert mówił podczas kolaudacji: “Po co ta scena? Hen jest taki stary, nie wie, co mówi”. Nieprawda, Hen doskonale wie, co mówi – przekonuje Grudzińska. Hen pamięta lata 30. – urodził się 8 listopada 1923 r. w Warszawie w rodzinie żydowskiej.Dlaczego Włast-Matuszak w ogóle uczestniczył w kolaudacji? Nie wiadomo, kto odpowiadał za tę decyzję. Wiadomo za to, że prawicowy publicysta jest zaufanym człowiekiem ministra kultury Piotra Glińskiego. Włast-Matuszak bywał – chociażby w 2018, 2020 i 2022 r. – ekspertem dzielącym publiczne pieniądze w ramach programu “Film” Ministerstwa Kultury. Z kolei były dyrektor artystyczny Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych Tomasz Kolankiewicz ujawnił, że wiceminister kultury Jarosław Sellin sugerował mu dokooptowanie Własta-Matuszaka do Zespołu Selekcyjnego, który doradza dyrektorowi w wyborze filmów biorących udział w Konkursie Głównym. Kolankiewicz odmówił powołania publicysty do grona doradców.A jak PISF ocenia pracę swojego eksperta? “PISF nie zajmuje się komentowaniem pracy poszczególnych ekspertów. Jeśli twórca poczuł się urażony, w imieniu PISF przepraszamy. Równocześnie cieszymy się, że film wywołuje jakieś emocje” – czytamy w odpowiedzi przesłanej nam przez Aleksandrę Świerczewską, rzeczniczkę prasową instytutu.

Problematyczny Strajk Kobiet

Twórcy otrzymali uwagi na piśmie od instytutu dopiero po kilku tygodniach od pierwszej kolaudacji. PISF zarzucił twórcom, że zrealizowali film niezgodnie ze scenariuszem, a ostatnia scena “nie znajduje wytłumaczenia w wykorzystaniu” i “została pozostawiona bez komentarza przez historyków i badaczy życiorysu i twórczości bohaterki”. – PISF postawił nas przed wyborem: albo zmienimy montaż albo będziemy musieli zwrócić dotację – mówi Grudzińska.

2 czerwca odbyła się druga kolaudacja filmu, w której – poza Rafaelem Lewandowskim – uczestniczyli kierowniczka produkcji Małgorzata Brzeczkowska i Agnieszka Haska, konsultantka historyczna z Centrum Badań nad Zagładą Żydów. – Spodziewaliśmy się merytorycznej rozmowy, ale po pokazie filmu przedstawicielka PISF [chodzi o Kamilę Morgisz, kierowniczkę Działu Produkcji Filmowej i Rozwoju Projektów Filmowych] powiedziała, że nie przyjmuje filmu i nie widzi pola do dyskusji – mówi Agnieszka Haska. – Próbowaliśmy dyskutować, zadawać pytania, ale ona wygłosiła oświadczenie i na tym rozmowa się skończyła. To była nieprzyjemna sytuacja.

Uwagi były zbieżne z wcześniejszymi opiniami instytutu – Kamila Morgisz zwróciła uwagę na to, że scena ze Strajku Kobiet nie była zapisana w scenariuszu i że na ekranie nie widać pieniędzy wydanych na film.

– W scenariuszu nie było Strajku Kobiet. Któż by się spodziewał wielotysięcznych strajków? Rozumiem, że wszystkie wydarzenia z przyszłości powinny być zawarte w scenariuszu, który był napisany kilka lat wcześniej. Dobrze, że reżyserka nie została oskarżona o zorganizowanie protestu po to, żeby nakręcić scenę do filmu – ironizuje Agnieszka Haska.

PISF: To notacja, nie film

A jak odrzucenie filmu komentuje PISF? Z odpowiedzi instytutu wynika, że Strajk Kobiet wcale nie był najpoważniejszym problemem.

“Zarówno przy pierwszej jak i drugiej kolaudacji stwierdzono, że przedsięwzięcie nie zostało zrealizowane zgodnie z umową z PISF – czytamy w odpowiedzi instytutu. – Najważniejszy zarzut do zrealizowanej produkcji to niewyobrażalna wręcz nuda oraz nieudane elementy tańca, które miały tworzyć artystyczną stronę filmu. Uznano przy tym, że zaprezentowanemu filmowi bliżej do notacji historycznej niż do filmu dokumentalnego. Dołączenie ujęć z protestów z Strajku Kobiet nie ma nic wspólnego z historią opowiadaną w filmie i wygląda raczej na desperacką próbę wpisania wydarzeń o zabarwieniu politycznym do filmu w celu przypisania mu ważnych walorów społecznych. PISF nie zgadza się na prowadzenie polityki w oparciu o kinematografię, w dodatku w tak siermiężny sposób”.

W czerwcu producenci otrzymali lakoniczny mail z Instytutu, informujący, że dyrektor Radosław Śmigulski nie zezwala na używanie logo PISF w czołówce. “Film wciąż nie został przyjęty przez Instytut, a o stosowaniu i użyciu logotypu PISF stanowią odpowiednie postanowienia umowy” – komentuje PISF.

Trwa impas – twórcy nie zamierzają usuwać problematycznych dla PISF-u scen, PISF nie zamierza zaakceptować filmu w obecnej formie. A dokument nie może być prezentowany w Polsce bez zatwierdzenia jego ostatecznej wersji przez instytut.

Dokument Grudzińskiej widziała za to spora publiczność we Francji. Film miał premierę w lipcu na międzynarodowym festiwalu filmowym w Marsylii, był także prezentowany m.in. w Muzeum Pamięci Shoah w Paryżu w ramach miesiąca filmów dokumentalnych i na festiwalu Art et Patrimoine au cinéma w Saint-Palais-sur-Mer. 

Ginczanki są wśród nas

– To było jasne, że jestem zainteresowana feminizmem Ginczanki, nie ukrywałam swoich poglądów politycznych – mówi Grudzińska, którą pytam o powód wykorzystania w filmie scen ze Strajku Kobiet. – Pandemia przypominała wojenną sytuację, wiele osób bało się wychodzić z domów. Kobiety odważyły się wówczas walczyć o swoje prawa. Wszystko łączyło mi się z Zuzanną, która jest symbolem odwagi, młodości, kobiecości.

Grudzińska podkreśla, że walka o prawa kobiet doskonale rymuje się z poezją Ginczanki. – Jej wiersze opowiadają o ciele, seksualności, orgazmie. Wolność słowa Ginczanki znalazła swoje odbicie w dzisiejszej Polsce. Wiedziałam, że na manifach mogę spotkać setki Ginczanek – jej wartości i poglądy są wyrażane przez dzisiejsze kobiety – mówi Grudzińska.

Reżyserka uważa jednak, że scena ze Strajku Kobiet może być tylko pretekstem do ocenzurowania niewygodnej historii związanej ze wspomnianą zdradą, której Ginczanka doświadczyła ze strony polskiej dozorczyni kamienicy we Lwowie.

– Władza chce filmów, w których Polacy są bohaterami i na nikogo nie donosili. Rzeczywistość była jednak inna – mówi Grudzińska. – Wiersz o sąsiadce, która ją zdradziła, mówi wiele o ówczesnym świecie; pokazuje, jakie były stosunki polsko-żydowskie, jak wyglądała wojna.

Reżyserka zwraca uwagę na paradoks związany z odrzuceniem przez państwowy Instytut filmu o poetce. – Ginczanka była wychowywana przez rosyjskojęzyczną babcię w wielonarodowym Równem. Kultura polska nie była jej macierzystą. Poetka świadomie wybrała polski język, ukochała polską kulturę i ta kultura ją zdradziła – mówi Grudzińska. – Ginczanka jest częścią naszej kultury, jest Polką – dobrze by było, żeby Polska ją w końcu zaakceptowała.

Jakie są szanse, że film w końcu trafi do polskich kin? – Producent realizujący dane przedsięwzięcie, które otrzymało dofinansowanie z PISF, jest związany postanowieniami umowy, które określają prawa i obowiązki stron. A zatem realizacja przedsięwzięcia zgodnie z zapisami tejże umowy wypełni wzajemne uzgodnienia stron. Zwracamy przy tym uwagę, że zawarcie umowy o dofinansowanie danego przedsięwzięcia z PISF jest częścią złożonego procesu, jakim jest produkcja filmu. PISF nie jest podmiotem odpowiedzialnym za późniejszą eksploatację filmu – odpowiada w dość enigmatyczny sposób PISF.

Producent filmu Rafael Lewandowski nie chce komentować sprawy.

PISF oskarżany o cenzurę

To nie pierwszy raz, gdy PISF nie akceptuje ostatecznej wersji filmu, sugerując twórcom wprowadzenie zmian montażowych.

W lipcu 2022 r. opisaliśmy sprawę polsko-izraelskiego filmu dokumentalnego “Dani Karavan. Bez taryfy ulgowej” o światowej sławy izraelskim rzeźbiarzu. Reżyser filmu Barak Heymann oskarżył instytut o cenzurę. Podczas kolaudacji miało dojść do “pyskówki”. – Dyrektor PISF po 30 minutach przerwał projekcję i zaczął wrzeszczeć. Zarzucił mi, że film jest mową nienawiści i nie ma możliwości, żeby PISF go wsparł. Zrozumiałem, że Śmigulski nie jest partnerem do dialogu – mówił Heymann. 

Dlaczego film nie spodobał się przedstawicielom instytutu? Eksperci wypowiadający się w filmie podkreślają, że obecna władza wykorzystuje narrację o polskich Sprawiedliwych do fałszowania historii. Problematyczna była m.in. wypowiedź izraelskiego historyka prof. Yehudy Bauera, który powiedział: “Możemy przypuszczać, że jedynie ok. 100 tys. Polaków nie żywiło wrogości do Żydów”.

Radosław Śmigulski apelował o wprowadzenie zmian w filmie. – Było kilka alternatywnych rozwiązań. Jeżeli w filmie są tak ostre opinie historyczne, to powinny pojawić się opinie polemiczne – mówił “Wyborczej”. – Twórcy nie zrobili nic w tym temacie i uważają, że są poszkodowani. Sam reżyser powiedział, że nie jest od dialogu polsko-izraelskiego. Przykro mi, że ma tak agresywne nastawienie, bo uważam, że taki dialog jest potrzebny.


Dawid DróżdżDziennikarz działu kultura “Gazety Wyborczej”. Pisze o kinie i polityce kulturalnej. Publikował m.in. w “Przeglądzie”, “Wirtualnej Polsce” i “Czasie Kultury”. Był redaktorem i autorem działu Patrząc “Kultury Liberalnej”.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Our Weaponized Legal System Misfires

Our Weaponized Legal System Misfires

MICHAEL LIND


How partisan lawfare threatens democracy.
.

Traders on the floor of the New York Stock Exchange watch the opening of the public hearing in the impeachment inquiry of President Donald Trump on Nov. 13, 2019SPENCER PLATT/GETTY IMAGES

The greatest threat to democracy today is not populism, as elite liberals claim. Nor is it the old-fashioned dictatorial coup d’etat. The greatest danger that multiparty democracy faces is “lawfare”—the weaponization of national judicial systems by political parties to delegitimize, harass, bankrupt, disqualify, and sometimes imprison politicians of other parties.

In Scotland, the husband of former Prime Minister Nikola Sturgeon has been arrested in a case involving Scottish National Party finances; soon she may be arrested herself. In India, opposition leader Rahul Gandhi has been arrested and sentenced to two years in jail and expelled from parliament for joking about the name of India’s prime minister, Narendra Modi. In Pakistan, former Prime Minister Imran Khan has been arrested, with Pakistan’s Supreme Court holding that his arrest by paramilitary forces was unconstitutional. In Brazil, Luiz Inacio Lula da Silva was recently elected president, after having been arrested and imprisoned on corruption charges, only to have the verdict thrown out by a judge. In 2018, half of all former living South Korean presidents were in prison.

Latin America, sharing separations-of-powers constitutions like the U.S., leads the world in impeachments of presidents by opposition parties carrying out “legislative coups.” Of 12 impeachments in Latin America since 1900, 10 have taken place in the last three decades and six in only three nations—Brazil, Ecuador, and Paraguay.

In the 235 years in which the U.S. has been governed under the federal Constitution, three of the four presidential impeachments have taken place in the last 25 years, and two in the last three years. In North America, as in Latin America, impeachment has gone from being the last resort in emergencies to being a frequently used weapon by one political party against another.

Has any U.S. president ever deserved impeachment? Yes, one: Richard Nixon.

Nixon’s Special Investigations Unit, known as the Plumbers, had originally been created to spy on opponents of the Vietnam War. On June 17, 1971, Nixon told his aide H.R. Haldeman he wanted the Plumbers to obtain files that might be in the safe of the Brookings Institution that could show that his predecessor, Lyndon Johnson, had ordered a bombing halt in Vietnam to help Nixon’s Democratic opponent in 1968, Hubert Humphrey. Nixon wanted to use the files to blackmail Johnson.

Nixon: “Did they get the Brookings Institute raided last night? No?”

Haldeman: “No, sir, they didn’t.”

Nixon: “Get it done! I want it done!” (banging desk for emphasis) I want the Brookings Institute safe cleaned out, and have it cleaned out in a way that makes somebody else” (unclear).

On July 1, Nixon returned to the theme in a meeting with Haldeman and Henry Kissinger:

Haldeman: “You could blackmail [Lyndon] Johnson on this stuff, and it might be worth doing. …

Nixon: “Bob? Bob? Now you remember Huston’s plan? Implement it.”

Kissinger: “Couldn’t we go over? Now, Brookings has no right to have classified documents.”

Nixon: “I mean, I want it implemented on a thievery basis. Goddam it, get in and get those files. Blow the safe and get it.”

Brookings was never burglarized and the safe was never blown, but the Plumbers later burglarized the Watergate Hotel in search of Democratic Party secrets, leading eventually to Nixon deciding to resign before he could be impeached. I think most people of all parties would agree that a president who uses a private gang to burglarize the offices and hotel rooms of his opponents is indeed guilty of “high crimes and misdemeanors.”

In contrast to the possible impeachment of Nixon, the impeachments of Andrew Johnson and Bill Clinton, and the two impeachments of Trump, were unjustified exercises of partisan power. Andrew Johnson was a terrible president, but the radical wing of his own Republican Party impeached him because they opposed his Reconstruction policies, not because he committed any “high crimes and misdemeanors.” Clinton’s affair with Monica Lewinsky and his perjury in concealing it; Trump’s clumsy attempt to get Ukrainian President Zelensky to supply him with incriminating evidence against Hunter Biden; the inflammatory effect of Trump’s claim that the election had been stolen in inciting the unforeseen January 6 riot (not “insurrection”)—all of these deserved the harsh penalty of censure by Congress, but not the nuclear weapon of impeachment and removal from office.

A more serious charge arises from Trump’s recorded phone call to fellow Republican Brad Raffensburger, Georgia’s secretary of state, asking him to “recalculate” to “find 11,780 votes.” Raffensburger refused, as the state had already done three separate ballot counts and two certifications of Biden’s victory.

Even with Georgia’s electoral votes, Trump still would have lost the electoral college to Biden. Trump failed to persuade officials in other states, as well as Vice President Pence and other leading Republicans, to take steps to delay or overturn the certification of Biden as president. From this distance in time, Trump looks less like the mastermind of a plausible scheme to overturn the election and establish a dictatorship than an incompetent, pathetic narcissist who genuinely believed that he had been cheated out of a second term and listened to cronies who fed his delusion.

Even after the riot on January 6, six Republican senators and 121 Republican House members objected to certifying the electoral outcome in Arizona, while seven Republican senators and 138 House Republicans objected to certifying the results in Pennsylvania.

This was a disgraceful stunt, but it was an escalation of what had become the normal practice of both parties for years. In January 2005, House Democrat Stephanie Tubbs Jones of Ohio and California Sen. Barbara Boxer, also a Democrat, objected to the certification of Ohio’s electoral votes, claiming: “We believe there are ample grounds for challenging the electors from Ohio as being unlawfully appointed.” If their motion had succeeded, all 20 Electoral College votes of Ohio for George W. Bush would have been denied and with neither candidate having an Electoral College majority the election would have been decided by the House of Representatives. Although the effort failed, 32 members of Congress, all Democrats, voted for this attempt to overturn the presidential election of 2004.

On Jan. 6, 2017, the following seven Democrats in the House objected to the certification of the electoral count: Jamie Raskin, D-Md., (objecting to Florida’s votes); Jim McGovern, D-Mass., (objecting to Alabama’s votes); Pramila Jayapal, D-Wash., (objecting to Georgia’s votes); Raul Grijalva, D-Ariz., (objecting to North Carolina’s votes); Sheila Jackson Lee, D-Texas, (objecting to votes from North Carolina, South Carolina, Wisconsin, and Mississippi; Barbara Lee, D-Calif., (objecting to Michigan’s votes); and Maxine Waters, D-Calif., (objecting to Wyoming’s votes).

Several of these Democrats objected to congressional certification of the 2016 election on the basis of conspiracy theories. Barbara Lee alleged Russian manipulation of the election and malfunctioning voting machines. Sheila Jackson Lee claimed there had been “massive voter suppression” in Missisippi. All were overruled by then-Vice President Joe Biden in 2017, in the same way that Vice President Mike Pence overruled similar objections in 2021.

One of the Democrats in the House who tried to stop the certification of the election in 2016 on spurious grounds, Jamie Raskin, went on to be the lead impeachment manager in the second impeachment of Donald Trump.

Impeachment has gone from being the last resort in emergencies to being a frequently used weapon by one political party against another.

Now Alvin Bragg, the elected district attorney of New York City, has had Trump arrested and indicted. Trump is charged with falsifying business records while legally paying hush money to Stormy Daniels, a porn star with whom he had an affair. By an extreme stretch of the imagination, Bragg claims this violated campaign finance laws. Even so, normally this would be a misdemeanor, punished by a fine. For example, in 2022, the Federal Election Commission fined the Democratic National Committee and the Clinton campaign more than $100,000 for disguising payments to Fusion GPS, the opposition research group behind the pro-Clinton “Russiagate” hoax that claimed Trump was a witting or unwitting Russian asset, by claiming falsely that the money was for legal expenses incurred by the law firm Perkins Coie.

But Bragg, instead of seeking to fine Trump for similar campaign finance violations, has promoted 34 charges to felonies. If convicted on all 34 counts, Trump could face a maximum sentence of 136 years.

Cy Vance, Bragg’s predecessor as DA, refused to charge Trump on such flimsy grounds. His refusal infuriated many Democrats who welcome Bragg’s prosecution of Trump as revenge, pure and simple, for Trump’s defeat of Hillary Clinton in 2016 and the failure of the two unjustified impeachments of Trump by partisan Democrats in the House. Campaigning for election to the post of district attorney, Bragg boasted: “I have investigated Trump and his children and held them accountable for their misconduct with the Trump Foundation. I know how to follow the facts and hold people in power accountable.” This sounds very much like a campaign promise to voters in overwhelmingly Democratic New York City to find some excuse, any excuse, to use the power of the District Attorney’s Office to try to imprison a former president they despised.

“Whataboutism” is a perfectly valid argument, when it is proof of a double standard. For most Democrats, Bill Clinton’s perjury about his affair with Lewinsky was “just about sex” and blown out of proportion to the offense. And yet Trump’s hush money payment to Stormy Daniels, many Democrats tell us, threatened democracy itself by somehow subverting the 2016 presidential election.

In yet another case in overwhelmingly Democratic New York, a federal jury found Trump innocent of a charge of raping E. Jean Caroll, while finding him guilty in a civil trial of defamation and sexual abuse and ordering him to pay a fine of $5 million. Assuming that Trump was guilty on these lesser counts, perhaps Alvin Bragg or other Democrats can come up with a creative theory why this incident, like the Stormy Daniels incident, threatened American democracy.

For his part, Trump has often threatened to wage the kind of lawfare to which he has been subject by Bragg and other partisan Democrats abusing the powers of their office, like former House Speaker Nancy Pelosi and the House Democrats who thrilled their voters by impeaching him twice. In a presidential debate on Oct. 9, 2016, on live television, Trump told Clinton: “If I win, I am going to instruct my attorney general to get a special prosecutor to look into your [missing email] situation, because there has never been so many lies, so much deception.” When Clinton replied, “It’s just awfully good that someone with the temperament of Donald Trump is not in charge of the law in our country,” Trump interjected: “Because you’d be in jail.”

During campaign rallies, Trump smiled as his followers chanted “Lock her up!” and at one point he told a crowd: “She has to go to jail!” All of this over Clinton’s use of a private email server during her service as U.S. secretary of state, a minor security breach and a misdemeanor of a kind which in most cases the government has chosen not to prosecute.

When I raise my concerns about the increasing resort by both parties to lawfare as a substitute for regular electoral politics in the U.S., I am sometimes told that nobody is above the law. But this is a facile answer, for two reasons.

The first has to do with legal complexity and ambiguity. Many of the politicians who have been attacked by their partisan rivals with the weapons of lawfare have been ensnared by charges of corruption in campaign spending. I do not claim to be an expert in U.S. campaign finance laws, much less those of Israel or South Korea. But the campaign laws in our country and many others are so complex and vague that any clever prosecutor might be able to indict any politician. Hush money payments to keep an extramarital affair out of the press constitutes election interference? Really, Mr. Bragg?

Moreover, some abuses of office in return for donations are perfectly legal in the United States. For example, all presidents appoint a number of rich campaign donors or bundlers, many of them utterly unqualified, to ambassadorships. Joe Biden has given around a third of ambassadorial appointments to donors. Isn’t this … selling offices? And if so, this routine practice is not so different from the corruption of former Illinois Gov. Rod Blagojevich, who was impeached by the Illinois legislature and sent to prison for, among other things, plotting to “obtain a personal benefit in exchange for his appointment to fill the vacant seat in the United States Senate [left by President-elect Obama].” If former President Obama is not in prison for appointing 31 campaign “bundlers” who each raised $50,000 or more and who together raised more than $20 million for Obama’s campaigns to cushy ambassadorial posts in Western Europe, Canada, and New Zealand, why was Blagojevich’s sale of Obama’s Senate seat—as distinct from his other misdeeds—a crime? (In 2020, President Trump commuted Blagojevich’s 14-year sentence after eight years in prison.)

Another form of perfectly legal corruption in the United States involves ex-presidents being paid enormous sums for speeches by special interests that may have benefited from their policies while in office. In 1989, former President Ronald Reagan reportedly earned $2 million from a Japanese media conglomerate for a speech and tour of Japan.

Hollywood and Wall Street are major donors to the Democratic Party and they see to it that former Democratic presidents get rich quickly. After serving in the White House, for example, Barack Obama made $1.2 million for only three Wall Street speeches. He and former first lady Michelle Obama were given lucrative deals to produce TV shows and films with Netflix and podcasts with Spotify through their company Higher Ground Productions, hastily founded for that purpose in 2018. How is this any different from the former head of a congressional committee or a former executive branch regulator immediately being hired or otherwise paid off by the industry he or she regulated?

I am not arguing that Barack and Michelle Obama should be locked up, though they should be shamed for their blatant buck-raking. My point is that, just as it is hard to make sense of American campaign finance laws, there seems to be no logic to which certain kinds of pay-to-play deals and payoffs for services rendered are legal in this country and which can lead to jail time. It follows we should be skeptical about corruption charges along with alleged campaign finance violations, particularly when a partisan political motive is behind a prosecution.

The second reason that the phrase “nobody is above the law” is a trite answer that evades serious questions has to do with legitimacy. When I have taught courses on politics, I have asked students: What is the purpose of multiparty democracy? To achieve justice? No, I suggest, it is to avert civil war, by exchanging ballots for bullets. If elections are thought of as bloodless civil wars every few years, then the losers must be conciliated and made to feel that they remain valued members of the national community and that they have a chance to win next time. If each party portrays the other as an enemy to democracy and society, and the winners use the court system to bankrupt and jail opponents in attempts to prevent the losers from winning elections in the future, then the legitimacy of the democratic system will collapse.

Here we can learn lessons from actual civil wars. Thanks to President Andrew Johnson’s 1868 proclamation “granting full pardon and amnesty for the offense of treason against the United States during the late Civil War,” only two Confederate soldiers were executed for crimes committed during the war, Henry Wirz, commandant of the notorious Andersonville prisoner of war camp, and a Confederate guerrilla, Henry “Champ” Ferguson. Both Robert E. Lee, commander of the Confederate army, and former Confederate President Jefferson Davis were pardoned as part of Johnson’s amnesty, even though the rebellion they led had caused the death of more than 600,000 Americans—more than died in the world wars, the Korean War, the Mexican-American War, the Spanish-American War, the War of 1812 and the War of Independence, combined.

Abraham Lincoln almost certainly would have approved of his successor’s amnesty. In Recollections of Abraham Lincoln, Lincoln’s bodyguard Ward Hill Lamon related the following story:

General Grant asked for special instructions of Mr. Lincoln, whether he should try to capture Jefferson Davis, or let him escape from the country if he wanted to. Mr. Lincoln related the story of an Irishman who had taken the pledge of Father Matthew, and having become terribly thirsty applied to a bar-tender for a lemonade; and while it was being prepared he whispered to the bar-tender, ‘And couldn’t you put a little brandy in it all unbeknownst to myself?’ Mr. Lincoln told the general he would like to let Jeff Davis escape all unbeknown to himself; he had no use for him.

Partisan prosecutions need to be condemned by all civic-minded Americans now. Otherwise, Republican versions of Alvin Bragg all over the country may soon appear and start suing former Democratic officials now in private life. American democracy may die, not all at once in a coup d’etat, but slowly as the result of party-driven legislative impeachments and vengeful partisan lawsuits.


Michael Lind is a columnist at Tablet and a fellow at New America. His most recent book is The New Class War: Saving Democracy from the Managerial Elite.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Heirs of Jewish Gallery Owner Who Fled Nazi-Occupied Austria Claim Sotheby’s Was Misleading About Sold Painting’s Provenance

Heirs of Jewish Gallery Owner Who Fled Nazi-Occupied Austria Claim Sotheby’s Was Misleading About Sold Painting’s Provenance

Shiryn Ghermezian


A partial view of “St. Francis of Paola Holding a Rosary, Book, and Staff” by Giovanni Battista Tiepolo. Photo: Sotheby’s via Wikimedia Commons

Three heirs of a Jewish man who fled Austria to escape Nazi persecution during World War II are claiming in court papers filed on Friday that the auction house Sotheby’s “misled the public” by selling a painting once owned by their relative without disclosing the artwork’s full provenance and its ties to the Nazi era, The New York Times reported this week.

In 2019, Sotheby’s sold St. Francis of Paola Holding a Rosary, Book, and Staff by Giovanni Battista Tiepolo, an oil on canvas left behind in Austria by Jewish gallery owner Otto Fröhlich when he fled the country in 1938. At the time of the sale, Sotheby’s auction catalog merely said the painting was part of a “distinguished private collection” and once owned by the Galerie Wolfgang Böhler in Bensheim, Germany. The painting sold for $100,000.

In a petition filed in State Supreme Court in Manhattan, Fröhlich heirs allege that the painting was once in the possession of Julius Böhler, an art dealer in Munich, according to The New York Times. The publication additionally noted that Böhler’s name appears a number of times in a 1946 report by the US government’s Art Looting Investigation Unit that examined World War II-era stolen artwork in Europe. Böhler was accused of looting art and the report also described him as “a strong Nazi.”

Fröhlich’s relatives also claim in their petition that in 1938, after Fröhlich fled Vienna for Britain, the Tiepolo painting was transferred for safeguarding to the Galerie Sanct Lucas in Vienna. The heirs believe that by attributing the painting to the wrong gallery, Sotheby’s made the sale easier for themselves while also “perpetuating the very cycle of injustice and exploitation that began in 1938 and that the international and national restitution laws and policies were designed to prevent,” the petition said.

Fröhlich heirs did not specify that the Tiepolo painting was looted, but instead argue that it was a “forced sale.” They claim Fröhlich would not have been forced to close his gallery, flee Austria and leave the painting behind if it was not for Nazi persecution, according to the New York Times. They are demanding that Sotheby’s reveal the identity of the painting’s seller and purchaser so the family can move forward with a restitution claim.

Sotheby’s said in a statement cited by The New York Times that the provenance listed in its 2019 catalog for the painting was a result of “human error.” The auction house added that it further researched the artwork after hearing from Fröhlich heirs and discovered that the painting had a owner before Fröhlich who faced Nazi persecution and whose heirs may be able to lay claim to the art.

“While Sotheby’s remains committed to reaching a just and amicable solution in the restitution of this work to its rightful heirs, additional research and evidence is needed to ascertain who the correct claimant should be in this instance, with current evidence supporting a possible claim by the heirs of Adele Fischel,” Sotheby’s said.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com