Archive | August 2018

MORDKA KUCYK, GERSZON AMBARAS

MORDKA KUCYK, GERSZON AMBARAS

MARTA SZAREJKO



Ze spisywania cmentarzy nie bardzo da się żyć. Ale jestem też genealogiem, jeżdżę z Żydami z całego świata do małych miast i wsi, z których pochodzą ich przodkowie. Na przykład przylatuje ktoś z Florydy i wie tylko, że jego dziadek był z Krasnogrodu

MARTA SZAREJKO: Zaczęło się od cmentarza na Okopowej. 

WITEK WRZOSIŃSKI: 
Najpierw do Warszawy przyjechał amerykański prawnik Emile Karafiol, który chciał odwiedzić groby bliskich, ale nie mógł ich znaleźć. Wymyślił, żeby sfotografować i spisać co się jeszcze da z macew, a dane umieszczać w internetowej bazie, która pozwoli potomkom polskich Żydów rozproszonym po całym świecie odnaleźć groby bliskich. Poszedł z tym pomysłem do gminy żydowskiej i zaoferował, że sfinansuje projekt.

I pojawiły się ogłoszenia o pracę dla hebraistów.

Nie sądziłem, że w ogóle będę pracował w zawodzie, więc bardzo się ucieszyłem. Zasuwaliśmy cztery lata, dzień w dzień, i zrobiliśmy całość. Czasem  w tej dżungli ledwo było widać pogruchotane rzeźby i połamane tablice. Poza tym na początku, mimo hebraistycznego wykształcenia, uczyliśmy się od zera – nie mieliśmy pojęcia, jak czytać inskrypcje, nie rozumieliśmy skrótów, nie znaliśmy jidysz. Potem stworzyliśmy własny system transkrypcji z hebrajskiego i jidysz na alfabet łaciński, żeby nasz spis był zrozumiały dla ludzi nieznających wielu języków i jednocześnie w miarę spójny wewnętrznie. Często napisy były zatarte i nazwisk trzeba było się domyślać. Korzystaliśmy z różnych baz danych, m.in. bazy ofiar Holocaustu Instytutu Jad wa-Szemw Jerozolimie czy warszawskich książek adresowych.

Minęło 12 lat.

Jak zaczynałem, miałem wrażenie, że to wspaniała przygoda. Wiedziałem, że jako jeden z niewielu potrafię odczytać te zapomniane inskrypcje, poza tym płacono mi za codzienne uprawianie pracy intelektualnej w dżungli – ideał! Potem zrozumiałem, że jestem na właściwym miejscu, że to właśnie ja powinienem robić, i że to nie jest tylko zabawa. Tymczasem po drodze Emile Karafiol zakończył współpracę z gminą, a do tego pojawiły się problemy z ubezpieczeniem, kiedy jedna z dziewczyn zraniła się o macewę. Uparliśmy się, że będziemy dalej spisywać i zarejestrowaliśmy naszą własną, niezależną fundację. Do dziś tych cmentarzy zrobiliśmy prawie sto. W pomniejszonym składzie, bo to mimo wszystko dość wyczerpująca i żmudna robota, choć bardzo wciągająca. Teraz w zasadzie jest nas dwóch, upartych starych osłów. Powiedzieliśmy sobie, że jeśli my tego nie zrobimy do końca, to nikt tego nie zrobi, więc musimy próbować. Szukamy dofinansowań i dalej spisujemy nazwiska z rozpadających się macew – pojedynczych inskrypcji mamy już ponad 100 tysięcy. Szacujemy, że to połowa, albo jedna trzecia tego, co zostało w tym kraju.

Wśród nich Pesa Kalkulator, Rachel Spokojna i Mosze Imbryczek.

Albo Mordka Kucyk, Gerszon Ambaras i Lewek Wszędobylski. Lubię te  egzotyczne nazwiska. Na macewach zdarzają się też intrygujące inskrypcje, np. „Żył jak chciał i rozumiał, umarł, jak matka i rodzina chciała”. Każda macewa może przynieść coś ciekawego.

Da się z tego żyć? 

Ze spisywania cmentarzy nie bardzo. Ale jestem też genealogiem, jeżdżę z Żydami z całego świata do małych miast i wsi w Polsce, z których pochodzą ich przodkowie. Czyli na przykład przylatuje ktoś z Florydy, pierwszy raz jest w Polsce i wie tylko, że jego dziadek albo pradziadek jest z, dajmy na to, Krasnogrodu. Poza tym często wie niewiele więcej i jest taki zupełnie kalifornijski, albo izraelski. Więc ja ich wiozę i staram się być tłumaczem międzykulturowym, bo wiele rzeczy trzeba tłumaczyć w obie strony. To jest moje główne źródło utrzymania.

Gdzie byłeś ostatnio?

W Piotrkowie Trybunalskim, z panią z Kalifornii i jej dwiema córkami, pół-Meksykankami. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, gdzie je zabrać na obiad – to często jest wyzwanie w mniejszych miejscowościach. W końcu znalazłem jakąś pierogarnię,  poszliśmy tam, te córki pierwszy raz w życiu spróbowały pierogów i mówią: „O, takie empanadas!”. Wydało mi się to zabawne: ich pradziadek miał na imię Henoch, był polskim religijnym Żydem, całe życie spędził w tym mieście i do głowy by mu pewnie nie przyszło, że jego prawnuczki będą kojarzyły Piotrków z empanadas.

Niedawno byłem też w Białej Podlaskiej, z ludźmi, którzy nalegali, żeby odwiedzić wszystkie adresy, pod którymi mieszkali ich krewni, dalecy i bliscy. Chcieli odnaleźć ślady po mezuzach. Tych adresów było ze czterdzieści, dość długo chodziliśmy i je odnajdywaliśmy – większość to teraz domy kwaterunkowe, bardzo zaniedbane. Z jednego wyszła do nas chuda, ruda pani, która natychmiast zaczęła krzyczeć, czego szukamy. Tłumaczyłem, że państwo przyjechali z Kalifornii i chcą zobaczyć, gdzie mieszkała ich rodzina. – Będą odzyskiwać?! – pyta. – Wie pani, oni już mają willę w Kalifornii, więc nie sądzę, żeby byli zainteresowani. – Niech odzyskują jak najszybciej! – krzyknęła. – Bo miasto jest do dupy, nic nie robi! Pod siódemką grzyb, pod piątką prądu od pół roku nie ma, żyć się tu nie da! Dała mi numer telefonu, żebym zadzwonił po listę spraw do załatwienia, jak już Żydzi odzyskają swoje mienie.

Jak zaczynałem, miałem wrażenie, że to wspaniała przygoda. Wiedziałem, że jako jeden z niewielu potrafię odczytać te zapomniane inskrypcje, poza tym płacono mi za codzienne uprawianie pracy intelektualnej w dżungli – ideał!

Nigdy nikt nie chciał was przegonić?

No właśnie nie! Jeżdżę od pięciu lat i nic takiego się nie zdarzyło. Ludzie podchodzą zwykle z innym przekazem. Pamiętam starszego pana w Międzyrzecu, podpierającego się rowerem, który opowiadał, że kiedy miał 10 lat, mieszkał z rodzicami w jedynym polskim domu przy rynku. Przez trzy dni i trzy noce okna były zasłonięte, bo Niemcy kazali. A on cały czas słyszał straszne rzeczy – na tym rynku zgromadzono wszystkich Żydów z miasteczka i wiadomo, co się działo. W pewnym momencie uchylił rąbek tej zasłony, i od razu zasłonił z powrotem, ale to, co zobaczył spowodowało, że do tej pory nie może normalnie spać. Nie może zamknąć oczu, żeby tego nie widzieć i nie słyszeć. Dodał, że ma potworne poczucie winy, i że chciał nam to powiedzieć. Po czym zabrał rower i odszedł, nie czekając na żadną odpowiedź.

fot. Adrian Dybowski

W jednym miasteczku na trasie lubelskiej spotkaliśmy licealistkę, która płynną angielszczyzną opowiadała nam na najstarszej uliczce o tym, gdzie kto mieszkał przed wojną. Tu był szewc Sztajn, tam piekarz Bergman, tu z macew po wojnie schodki ułożyli… wszystko wiedziała, a tego przecież nigdzie nie ma, w żadnym źródle. Okazało się, że kiedy była mała, wszystko opowiedziała jej babcia. A ona to potem spisała i zrobiła w liceum projekt – oprowadzała swoją szkołę i wszystko przekazywała swoim kolegom. W trakcie naszego spaceru zadzwoniła jej mama i zaprosiła nas na obiad. A ponieważ była bardzo ambitną kucharką – sprawdziła szybko w internecie, czym jest koszer, i taki zrobiła posiłek. Tymczasem Żydzi, z którymi przyjechałem, dopiero co jedli kiełbasę wieprzową, bo przecież w Polsce jest najlepsza! Ale byli bardzo rozczuleni tym obiadem. Babcia też w nim zresztą brała udział i używała określenia „żydki”. Potem pojechaliśmy na resztki cmentarza. Trudno mi po takim dniu trzymać się jakichkolwiek stereotypów.

Słyszałem od innych przewodników, że zdarzają się ataki czy wyzwiska, ale ja jak na razie miałem chyba szczęście. Zresztą, jeżdżąc po Polsce, stałem się w pewnym sensie patriotą. Wcześniej czułem się co najwyżej patriotą lokalnym, myślałem, że Warszawa w zasadzie może być, ale co do reszty kraju, to miałem takie poczucie – chyba u warszawiaków nierzadkie – że to jedna wielka wiocha, może z paroma wyjątkami. A potem zacząłem jeździć i zobaczyłem zupełnie inną Polskę niż ta w mojej głowie. Znacznie ciekawszą, bardzo różnorodną i często nieświadomą swoich zalet. Aż mi było trochę wstyd.

Wszyscy na takiej wycieczce korzystają.

Jeszcze niedawno dokładnie tak myślałem – że Żydzi wywożą ze sobą obraz odarty ze stereotypów, Polacy dowiadują się czegoś o dzisiejszych Żydach, a ja mam ciekawą, dobrze płatną i rozwijającą pracę. Krótko mówiąc: miałem poczucie, że robię coś dobrego. A teraz zaczynam myśleć, że politycy wyrzucają do śmieci to, co robiłem przez lata. Bo przecież trzeba walczyć o dobre imię Polaków, a nie uprawiać jakieś multi-kulti. I nie wiem, czego spodziewać się podczas kolejnego sezonu. Może pojadę tam gdzie zwykle i będzie inaczej?

Staram się nie skupiać na tym, co się dzieje, ale to trudne – od kilku miesięcy jestem wściekły. Mam wrażenie, że politycy w Polce zachowują się jak we fragmencie „Oparów absurdu” – Słonimski z Tuwimem umieścili tam recenzję dzieła literackiego pisaną przez fikcyjnego literata, który co jakiś czas robi literówki, ale nigdy się nie cofa, tylko konsekwentnie i honorowo podąża za każdym błędnym słowem do końca. Był tam łabędź, który w rezultacie tych literówek powozi bryczką, po czym ma być zdanie – rozbił się katastrofalnie, ale wychodzi rozpił się, więc honorowy autor musi konsekwentnie odmalować dramatyczną scenę szlajającego się po barach łabędzia degenerata. Nasi politycy postępują tak samo: ktoś coś chlapnie, wyskoczy z jakimś głupim pomysłem, a oni mówią: – Jedziemy, ani kroku w tył. Jakkolwiek by to było idiotyczne.

Doznałeś kiedyś antysemityzmu?

Nie. Imię, nazwisko, wygląd mam taki, że jeśli ktoś kogoś chce zaatakować antysemicko, to raczej nie zacznie ode mnie. A jak ktoś opowiada przy mnie dowcip o Auschwitz, to od razu mówię, że sobie nie życzę, bo moją rodzinę tam mordowano.

Kiedyś wojowałem na polskim Fejsbuku, czyli Gronie. Znalazłem tam grupę  tematyczną o bezpretensjonalnej nazwie Antysemityzm, której znakiem była zielono-biała falanga. I się do niej zapisałem – byłem ciekaw, jak bardzo uczona dyskusja się nad tym zjawiskiem odbywa. Odbywała się taka, że caps lockiem pisali wypierdalać Żydy, albo Żydki wasze miejsce w piecu. Czasami ktoś nieco ambitniej postulował, że przecież już Talmud mówi, że coś tam… Wtedy się angażowałem i pytałem: – Czytujesz Talmud? W jakim języku? A oni odpisywali nieco zdziwieni. Trochę straszne, trochę śmieszne, ale generalnie miałem poczucie, że to są niezbyt groźni idioci. A teraz widzę, że polski prezydent maszeruje pod tym znakiem przez moje miasto, a z nim zapewne niektórzy z moich ówczesnych dyskutantów. Mogę się tylko domyślać, że wielu z nich dziś zarządza krajem, w którym mieszkam. Na pewno przyklaskują powrotowi słowa „parchy” do dyskursu publicznego. Chodzę czasem na demonstracje, żeby im pokazać, co o nich myślę, ale i tak mnie to wkurza.

Twoja rodzina nie wyjechała w 1968?

Dziadkowie wyjechali, ale mama stwierdziła – myśląc o Gomułce – że nie będzie jej jakiś cymbał mówił, gdzie ma mieszkać. Ona teraz może czuć, że dobrze wybrała, bo życie, które tu prowadziła, obróciło się bardzo na korzyść. Ale kto to może wiedzieć w momencie podejmowania takiej decyzji?

Jak poznali się twoi rodzice?

Na planie filmu „Łóżko”. On był drugim operatorem, a ona konsultantką do kwestii psychologii bohaterów. Są razem od kilkudziesięciu lat i sprawiają wrażenie całkiem zadowolonych. Mam trzy siostry. Dwie też mają już swoje dzieci, więc w sumie dość duża rodzina z tego wyszła.

Moja prababcia i pradziadek od strony mamy mieli po ośmioro rodzeństwa, więc potencjalnie to mogła być ogromna rodzina. Ale prawie wszystkich załatwili w czasie wojny, a ci, którzy przeżyli, zamieszkali w Izraelu. Zresztą od strony taty też prawie nie mieliśmy rodziny ani tradycji, mimo że to nie Żydzi. Moi rodzice mogli czuć, że zaczynają coś zupełnie od zera, że mają wolność, aby założyć swoją rodzinę i poprowadzić ją tak, jak uważają za słuszne. Od początku dbali, żebyśmy mieli kręgosłup moralny niezależny od jakiejkolwiek religii i starali się dużo z nami jeździć po świecie.

Twoi dziadkowie od strony mamy byli religijni?

Zerwali ze swoją religią i nie przyjęli żadnej innej, jeśli nie uznajemy socjalizmu czy komunizmu za rodzaj religii. A w latach 50. również komunizm zaczął ich rozczarowywać i po Marcu wyjechali do Niemiec, do RFN. Dziadek dostał dobrą pracę, był profesorem chemii. Pochodził z Galicji, więc świetnie znał niemiecki,  ten wyjazd dla niego był bardziej naturalny, mimo że przeszedł przez kilka obozów. Babcia po wojnie była szefową Iskier, co już nie tak łatwo przekłada się na pracę za granicą. Właściwie wiodła przyjemne mieszczańskie życie w małym mieście nad Renem. Nosiła kostiumiki Chanel i apaszki Hermes, podróżowała z dziadkiem na Majorkę. Komunizm był dla niej też chyba drogą do emancypacji i w jakimś zakresie osiągnęła to, czego chciała. Ale zapytana na łożu śmierci, czy chce rabina, księdza czy pastora, twardo odpowiedziała, że nic z tych rzeczy. Wspominała czasem swojego ojca – według niej wspaniałego, mądrego i szlachetnego człowieka, który jednak w Jom Kippur siedem razy okręcał sobie koguta nad głową, a potem go zarzynał. Zobaczyła to jako mała dziewczynka i nie mogła zrozumieć, jak mądry człowiek może się tak dać otumanić religii.

To wszystko zresztą nie jest łatwe dla kolejnych pokoleń, bo co ja teraz mam o sobie mówić? Że jestem świeckim obywatelem świata o mieszanym pochodzeniu? Już widzę, jak jadę do tego hipotetycznego Krasnogrodu i tak się przedstawiam. No, ale dokładnie tak jest w moim przypadku. To, co mnie łączy z moimi przodkami, to właśnie ta dziwaczna konstrukcja.

Co dla ciebie dziś znaczy bycie Żydem?

W zupełnie podstawowym wymiarze to znaczy, że jest się innym. Że gdyby nawet spróbować żyć w mainstreamie, być takim, jak wszyscy, to zawsze jest ryzyko, że ktoś powie: – Zaraz, zaraz… Coś tutaj nie pasujesz! Może tak, może nie – nie wiadomo. Jednak większość ludzi, którzy tu mieszkają, i nie są Żydami, nie czuje stale czającej się w tle groźby. Chociaż przecież każdy w jakiś sposób jest inny. Moja inność natomiast sprawia, że choć czuję się tutejszy, to jednak utrzymuję dystans.

rekomendował: Leon Rozenbaum

Twoi turyści pytają cię czasem, czemu żyjesz w takiej Polsce?

Odpowiadam, że dziedzictwo mojej mamy jest dla mnie ważne, ale dziedzictwo taty też. Poza tym oni sami odwiedzając Polskę, widzą jej zalety, nie tylko wady. Z drugiej strony, muszę rozważać wyjazd, bo mam dzieci. Nie mogę sobie siedzieć beztrosko, machać ręką i myśleć: A, będzie, co będzie. Muszę myśleć też o tym, w jakim społeczeństwie one będą dorastać.

A swoją drogą, nacjonalizm rozlał się w tym momencie po całym świecie i Polska w zasadzie jest w awangardzie. Czuję się więc trochę jak w tym warszawskim dowcipie z lat 30., o Rabinowiczu, który przychodzi do biura podróży i mówi: – Chciałbym gdzieś wyjechać. Agent podaje mu globus i mówi: – Proszę sobie wybrać miejsce, porozmawiamy o konkretnych ofertach. Rabinowicz siedzi, obraca, obraca, przygląda się i w końcu mówi: – Czy ma Pan może inny globus?


Witek Wrzosiński  – Urodził się w 1980 r. w Warszawie. Wyrzucony ze Szkoły Podstawowej nr 23, z 1SLO „Bednarska” i następnie z anglistyki UW, uzyskał magisterium na hebraistyce, na podstawie pracy o znaku szwa. Od tamtej pory związany jest zawodowo z badaniem i upamiętnianiem kultury i historii polskich Żydów, m.in. poprzez współprowadzenie Fundacji Dokumentacji Cmentarzy Żydowskich, prowadzenie biura poszukiwań oraz podróży genealogicznych Avanim, udział w tworzeniu Wystawy Głównej Muzeum Polin czy publikowanie opowiadań i artykułów naukowych.

MARTA SZAREJKO – Ur.1983, dziennikarka. Studiowała kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała w „Dużym Formacie”, „Bluszczu”, „Kulturze miasta”, „Nowych Książkach”, „Chimerze”. Autorka książki o bezdomnych „Nie ma o czym mówić”, za którą została nominowana do Literackiej Nagrody Angelus. Stypendystka Fundacji Herodot.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


SWEDEN’S PROPHET

SWEDEN’S PROPHET

HILLEL NEUER


Per_Ahlmark.jpgPer Ahlmark

What you each have in common,” said Per Ahlmark to a hall filled with several dozen of his friends from the Swedish Liberal Party, intelligentsia and media, invited to a January 2009 Stockholm conference celebrating his 70th birthday, “is that you are all defenders of democracy and freedom, enemies of totalitarianism and tyranny, and supporters of Israel. Of course, you also happen to be the only public figures in Sweden who think like this.”

When my friend Per passed away in June, at the age of 79, the free world lost an eminent writer, poet and pro-democracy activist, who served Sweden in the 1970s as deputy prime minister and head of its Liberal Party. The organization that I direct, United Nations Watch, lost its European co-chair; and Israel and the Jewish people lost one of their most devoted defenders.

“The best lack all conviction,” wrote Yeats, “while the worst are full of passionate intensity.” With Per Ahlmark, however, it was the exact opposite. Per stood out brilliantly for the passion of his convictions, and for his extraordinary courage. In a country that, in his words, “did next to nothing to contribute to the defeat of Nazism and Communism,” Per swam against the tide. In his charismatic presence, one immediately felt his sense of purpose and the force of his moral commitments; he was part Churchill, part prophet Jeremiah.

Over five decades, Per Ahlmark was a singular voice of moral clarity against not only tyrants and totalitarians who threatened life, liberty, and democracy, but also against their fellow travelers in Sweden and throughout the West.

This “treason of intellectuals,” he argued, was committed not just by lesser-known writers or thinkers, but by leading personalities such as prime ministers and other cabinet ministers, ambassadors, newspaper editors-in-chief and high-profile scholars.

Seduced by radical politics, they turned into apologists for Communist repression – for Mao’s China, Castro’s Cuba, even Pol Pot’s Cambodia. In Sweden alone, Per showed, these fellow travelers published thousands of articles and hundreds of books and pamphlets to “explain” third world dictators or even terrorism against the West and Jews.

These intellectuals accepted dictatorship in faraway lands out of an inverted racism: oppression that they would never tolerate in Sweden was somehow acceptable for others. “The totalitarian temptation,” he wrote, “is one of the saddest human follies of the last century.”

For Per, history revealed three empirical rules that proved why liberal democracy was vital for all of humanity. First, “no democracy has ever gone to war against another democracy.” Second, democracies rarely commit genocide or mass murder against others or their own. Third, “famine has never occurred in a democracy.” Why not? “The crucial factor is freedom,” wrote Per. “Where there is an active opposition and a free press, governments cannot neglect tens of thousands of people starving to death.”

As a believer in freedom and democracy, Per became one of the early leaders of UN Watch, the first non-governmental organization dedicated to monitoring the world body. In contrast to his compatriots like Hans Blix, Carl Bildt and Jan Eliasson, he refused to be silent when the UN betrayed its own values. “Why is it,” he wrote in a 2005 op-ed, “that tyrannies like Cuba, China, Saudi Arabia, Sudan, and Zimbabwe are members of the UN’s Human Rights Commission?”

As an enemy of fascism, he was an early opponent of Iraq’s Ba’athist dictator Saddam Hussein. After France built a nuclear reactor for the mass murderer, Per was one of the few in Europe who, in his words, “openly, repeatedly and wholeheartedly” defended Israel’s 1981 destruction of that death machine. Only a decade later, when the US, Britain, France and 25 other countries sent 670,000 troops into the 1991 Gulf War with Saddam, did the free world understand why.

Per was equally prescient on Iran.

“What sort of world is imaginable,” he asked the UN Watch board in October 1995, “if the mullahs get hold of the most devastating weapons?” He spoke of an intuition – that “this might be the most acute danger to humankind that we have faced since the Cold War.”

What made Per exceptional, perhaps above all else, was that he was one of the few non-Jewish members of his generation who devoted much of his life to fighting antisemitism.

In the early 1970s, he raised international awareness of Soviet repression of Jews and Jewish life.

In a 1972 photo, Per is seen carrying a torch at a Stockholm rally to protest the murder by Palestinian terrorists of 11 Israeli athletes at the Munich Olympics.

“Na zdjęciu z 1972 roku Per nosi pochodnię na demonstracji w Sztokholmie, by zaprotestować przeciwko palestyńskim terrorystom, zabijając jedenaście izraelskich sportowców i niemiecką policję w OS w Monachium”. Per Ahlmark, 1939-2018: Hillel Neuer pamięta swojego przyjaciela.”

in 1983, he founded the Swedish Committee Against Anti-Semitism, whose work was instrumental in ensuring the closure of one of the world’s most virulently antisemitic radio stations, broadcasting from Sweden. Per would go on to play a vital role in convincing the Swedish government to convene the Stockholm International Forum on the Holocaust in 2000.

“The astonishing thing with antisemitism is its flexibility,” wrote Per. “It cannot change its goal of attacking the Jews. But it can change its face, its strategy and part of its vocabulary.” In a 2002 address to Yad Vashem, Israel’s Holocaust museum, Per noted that as Israel has become “the center of identity and source of pride and protection for most Jews, it is Zionism which has become the target and object of slander as a racist ideology.”

Per saw how “the old-new antisemitism has again become a plague.” Its “breakthrough” was the 1982 Israeli invasion of Lebanon. “That war did not create antisemitism,” Per told a McGill University conference in 1992, “but it did release it. It gave the Jew-haters a feeling that now they could go public again, or launch their terror.” In Europe, he noted, “bombs have been thrown at synagogues, Jewish schools and institutions. Jews and Jewish shops and restaurants have been attacked by extremists of different political colors. Again, Jewish cemeteries are being desecrated. This has happened in many European cities. Jews are killed or frightened just because they are Jews.”

Sadly, since Per wrote those words 25 years ago, attacks on Jews across Europe have only increased.

recommended by:
Eva Rozenbaum Yerushalmi's Profile Photo Eva Rozenbaum Yerushalmi

Per’s values were not found only on paper. They were set by his personal example, which radiated warm friendship, modesty and kindness. I had the privilege to know him after I joined UN Watch as director in 2004. I was only a few years out of law school, but Per always treated me with great respect. He was enormously supportive of our work, and would often write, call and visit us in Geneva to encourage usWhen we would invite him to speak at the United Nations, Per would always caution me that his remarks would be candid and sharp. I would smile and say that we expect nothing less.

If only the UN and its member nations heard more of Per Ahlmark’s righteous words – and listened – the world would be a much better place. 


The writer is executive director of UN Watch. A Swedish version of this article appeared in the magazine Kvartal.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Gdzie są wasi Żydzi?

Gdzie są wasi Żydzi?

   Malgorzata Koraszewska



Przed rokiem kanadyjski prawnik i przewodniczący UN Watch, Hillel C. Neuer, zadał w Radzie Praw Człowieka pytanie, gdzie są Żydzi, którzy musieli uciekać przed pogromami z krajów Bliskiego Wschodu. Dziś ponownie zadaje to pytanie i odpowiada na nie.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Polski cud różańcowy. O ważnej książce Leociaka

Polski cud różańcowy. O ważnej książce Leociaka

JAKUB BERSKI


Jacek Leociak. „Młyny boże. Zapiski o Kościele i Zagładzie”. Wyd. Czarne 2018 /fot. Chidusz

MŁYNY BOŻE TO POZYCJA OBOWIĄZKOWA, JEDNA Z NAJWAŻNIEJSZYCH KSIĄŻEK, JAKIE OSTATNIO POJAWIŁY SIĘ W POLSCE.

Wydawnictwo Czarne wydało tworzone latami zapiski Jacka Leociaka na temat stosunku Kościołów chrześcijańskich do Zagłady. Ten niewielki zbiór krótkich historii to nie tylko przerażająca opowieść o milczących przywódcach tych Kościołów, ale i smutny obraz rozdźwięku pomiędzy wiarą a codziennym życiem, wyznawaną religią i uprawianą polityką, między wartością życia chrześcijanina i Żyda. Ale te młyny są boże również dlatego, że dwudziestowieczny antysemityzm ma swoją długą, europejską tradycję antyżydowską, nierozerwalnie związaną z Kościołem.

Książka Leociaka to historia rozdźwięku i obojętności, napisana z mocnym, emocjonalnym zaangażowaniem. Niech za przykład posłuży wojenny cud różańcowy w Garnku.

W skrócie: cały świat się pali, Niemcy mordują miliony, a w Garnku, jako że dzień w dzień odbywa się modlitwa różańcowa przed Najświętszym Sakramentem, nie ginie nikt. Niemcy nawet nie wchodzą do wioski. Powołani do wojska wracają cało. Żadnej tragedii, nieszczęścia żadnego. Koniec historii.

[Na marginesie warto wspomnieć, że początkowo ludzi na modlitwie było niewielu. Dopiero z czasem  kościół się zapełnił. Rodzi się pytanie, czy zapełniony kościół w Garnku pomieścił siedem tysięcy mieszkańców? Raczej nie. A jednak nikomu krzywda się nie stała – ani dbającym, ani niedbającym o modlitwę.]

W opisie tego cudu – zauważa Leociak – zapomina się o kilku elementach. Obóz przemysłowej zagłady Żydów Treblinka II znajdował się około osiem kilometrów w linii prostej od Garnka. Akcja likwidacyjna Żydów w tamtej okolicy przebiegała niezwykle brutalnie. Mieszkańcy wsi leżących nieopodal Treblinki opowiadali o ogromnym smrodzie palonych ciał.

Dziedzic wsi oddalonej o sześć kilometrów od Garnka przyznał, że sprzedał Niemcom drewno, które posłużyło do zbudowania komór gazowych. A później objeżdżał odżydzoną okolicę i cieszył się, że jeden okupant sprzątnął z powierzchni ziemi drugiego okupanta. Tego w opisie cudu nie ma. A w parafii Garnek, po sąsiedzku, w pięknym już, niczym niezeszpeconym polskim krajobrazie trwała adoracja Najświętszego Sakramentu. Codziennie przez wszystkie dni okupacji. I w Garnku nikomu nic złego się nie stało. Czy to nie cud prawdziwy?

Zaletą książki jest jej wielowątkowość. Leociak przytacza na przykład życiorys księdza Piwowarczyka, przedwojennego zatwardziałego antysemity, który prowadził na łamach „Głosu Narodu” otwartą walkę z żydostwem. Niby nic nadzwyczajnego, i po nim, i przed nim było takich wielu.

Ale to właśnie Piwowarczyk, na prośbę Sapiehy, stworzył po wojnie „Tygodnik Powszechny”. Przy okazji 150. rocznicy urodzin kardynała, na łamach pisma przypomniano postać Piwowarczyka. I nie padło ani słowo na temat jego poglądów i działalności antysemickiej. Przewrotna to historia, bo przecież od dziesięcioleci „Tygodnik” stara się ratować – otwartą i szczerą debatą – relacje polsko-żydowskie, a jego zasługi w tej kwestii są nie do przecenienia.

Leociak tropi nieobecność słowa na „Ż” zarówno w wojennych i powojennych przemówieniach hierarchów kościelnych na temat Zagłady, jak i tych całkiem współczesnych. Analizuje nie tylko wystąpienia Piusa XI i XII, ale również Jana Pawła II i Benedykta XVI. Przypomina wiele niewygodnych faktów.

Niedługo po tym, jak Hitler został mianowany kanclerzem Trzeciej Rzeszy, naziści zarządzili gwałtowny i pełen przemocy bojkot wszystkiego, co żydowskie. I choć odbił się on szerokim echem w świecie, to niemieckie wspólnoty chrześcijańskie, szczególnie protestanckie, zasadniczo nie zabrały głosu.

W prywatnym liście do Piusa XI za niemieckimi Żydami ujęła się pochodząca z Breslau Edyta Stein. Prosiła, aby papież zainteresował się prześladowaniami i przestrzegała, że milczenie Kościoła znacząco zaszkodzi jego wizerunkowi. Jak zareagował Pius XI na list? Udzielił Stein błogosławieństwa, o które na końcu poprosiła, a dziewięćdziesiąt dziewięć dni później watykański sekretarz stanu Eugenio Pacelli (późniejszy Pius XII) podpisał w jego imieniu konkordat z Trzecią Rzeszą. Obie strony były z umowy zadowolone – konkluduje Leociak – a dramatyczne pytania Stein znalazły w Reichskonkordacie odpowiedź zastępcy Chrystusa na ziemi: okazało się, że to, co dzieje się w Trzeciej Rzeszy, nie jest herezją ani obelgą dla Boga.


Na facebookowym profilu „Chiduszu” do wygrania 3 egzemplarze Młynów bożych od wydawnictwa Czarnego. Zapraszamy do udziału w konkursie!


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


HAS EUROPE BECOME AN IRANIAN TOOL TO CIRCUMVENT U.S. SANCTIONS?

HAS EUROPE BECOME AN IRANIAN TOOL TO CIRCUMVENT U.S. SANCTIONS?

CHARLES BYBELEZER/THE MEDIA LINE


Comment: Europe loses its moral compass… again

Iranian Foreign Minister Mohammad Javad Zarif, right, and European Union foreign policy chief Federica Mogherini after their meeting, in Tehran, Iran, April 16, 2016. (AP /Ebrahim Noroozi)

One could not be faulted for assuming that the leaders of a self-defined progressive continent, on which the worst genocide in modern history was perpetrated only decades ago, would be more predisposed to siding with the United States, the world’s foremost purveyor and guarantor of freedom, than with Iran, the world’s foremost state sponsor of terrorism which repeatedly has vowed to finish off Hitler’s work by eradicating the lone Jewish state.

But one would nevertheless be wrong.

On Monday, European Union foreign policy chief Federica Mogherini, in conjunction with the top diplomats of Britain, France and, for that matter, Germany, released a joint statement expressing “deep regret” over the re-imposition of American sanctions on the Islamic Republic.

“We are determined to protect European economic operators engaged in legitimate business with Iran,” the politicians wrote. “This is why the European Union’s updated Blocking Statute enters into force on 7 August to protect EU companies…from the impact of US extra-territorial sanctions.”

The “blocking statute”—a law enacted in one jurisdiction to obstruct the application of a law enacted in another jurisdiction—essentially prohibits EU firms from complying with US sanctions and provides mechanisms that allow businesses to recover any resulting damages while negating potential foreign court rulings against them.

For good measure, the EU committed to the “preservation and maintenance of effective financial channels with Iran, and the continuation of Iran’s export of oil and gas.”

The EU transformed itself into an Iranian tool after the Trump administration rejected its calls to receive exemptions from the new financial penalties; which, in turn, followed months of EU groveling to Tehran in the form of a “negotiating process” aimed at devising a sufficiently large bribe to entice the Islamic Republic to remain in the Joint Comprehensive Plan of Action, more commonly known as the Iran nuclear deal.


All of this was precipitated when President Donald Trump in May defied the international community by withdrawing Washington from the atomic pact and vowed to reimpose sanctions on the Iranian regime. The first batch was set to come into effect at midnight Eastern Standard Time, barring Iran’s purchase of American dollars as well as its trade in gold and precious metals, among other things. A second installment targeting Tehran’s crucial energy and shipping sectors will take effect in November.Since President Trump nixed the nuclear accord, Iran’s currency, the rial, has lost half of its value, a major reason for growing civil unrest in the country.

Moreover, despite Brussels’ capitulation, European businesses have left the Iranian market en masse, placing tremendous stress on an already fragile economy.And things are about to get worse for the regime, which continues to sow death and destruction via its proxies in Syria—where the Revolutionary Guard Corps has directed Bashar Assad’s annihilation of his own people—as well as in Iraq and Yemen. Iran is already the effective sovereign in what is known as Lebanon, projecting its rule through its Hezbollah underling that controls the government and armed forces.

While Iran has been on the march since agreeing to the 2015 nuclear accord—for which it received a windfall of about $100 billion—its situation has become increasingly precarious since President Trump assumed office. Now, with protests erupting nationwide and as its economy teeters on the verge of collapse, Tehran reportedly has been conducting back-channel negotiations with the White House through intermediaries in Oman.On Sunday, Israeli media reported that President Trump may even meet his Iranian counterpart Hassan Rouhani next month on the sidelines of the United Nations General Assembly.

In other words, Iran’s back is up against the wall—precisely where it was before the Obama administration and the Europeans threw the mullahs a lifeline in the form of a grossly inadequate agreement that completely ignored Tehran’s past atomic activities and failed to rein in its regional expansionism and illicit ballistic missile program.

And just when the rogue nation is starting to feel the pain again, Europe is once more doing its utmost to bypass the U.S. and prop up the Mullahs.

Essentially, the EU has taken the side of Russia, China and North Korea, and for what?

Iran obviously is a big marketplace and the EU has destroyed its own financial clout through the implementation of socialist policies; but there is no question that the bloc can weather the storm, as was the case when sanctions previously were leveled against the Islamic Republic.

Perhaps, then, the EU fears that turning a blind eye for thirty years to the activities of Hezbollah on its soil may come back to haunt it. Indeed, it became evident last month that Iran’s malignancy has spread across the bloc, when an Iranian diplomat based in Austria was arrested for plotting a terror attack in France.

An equally persuasive argument, though, is that the EU is simply acting out of spite, out of great disdain for President Trump. There is no love-lost between Brussels and Washington, and the American leader has not held back from criticizing traditional U.S. allies.
But acting out of malice when the fate of millions of lives are at stake is the very definition of reckless.

Whereas Europe clearly has not learned the lessons of its past, at least today the U.S.’ moral compass seems intact. For its part, the Jewish people is again at the intersection of the boundaries of good and evil.

This time, it may be Israel that reminds Europe where the line is drawn.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com