Archive | April 2020

Jankew Dinezon – najsłynniejszy zapomniany pisarz

Jankew Dinezon – najsłynniejszy zapomniany pisarz

MAGDALENA WÓJCIK


Szymon An-Ski przy łóżku J. Dinezona (na dwa dni przed śmiercią). Narysował dla „Ilustrirte Welt” H. Berlewi

Jankew Dinezon za życia cieszył się ogromną sławą. Der szwarcer jungermanczik (Czarny młodzieniaszek), jego debiutancka powieść, była pierwszym jidyszowym bestsellerem – sprzedano ją w ponad dziesięciu tysiącach egzemplarzy. Autor nie był z niej jednak zadowolony i na kilkanaście lat przestał tworzyć. A choć jego późniejsze powieści nie były już tak popularne, do końca życia pozostał ważną postacią warszawskiego światka literackiego.

Gdy umarł, na jego pogrzeb przybyły tłumy. Spoczął na cmentarzu żydowskim w Warszawie we wspólnym grobowcu z dwójką najbliższych przyjaciół – Perecem i An-skim. Tylko on pozostaje dziś niemal zupełnie zapomniany.

W 2019 roku minęła setna rocznica śmierci pisarza. Z tej okazji, począwszy od „Chiduszu” 8/2019 (62), publikujemy w odcinkach pierwsze polskie tłumaczenie Czarnego młodzieniaszka. Od 26.03.2020 roku pierwszą część powieści udostępnimy też w odcinkach na naszej stronie internetowej. Zanim to jednak nastąpi, zachęcamy do lektury rozmowy na temat Dinezona ze Scottem Hiltonem Davisem, założycielem amerykańskiego wydawnictwa Jewish Storyteller Press, które wydało niedawno bestseller Dinezona w języku angielskim.

MAGDALENA WÓJCIK: OPOWIEDZ NAJPIERW, JAK NATKNĄŁEŚ SIĘ NA DINEZONA.

Scott Hilton Davis: Prowadziłem zajęcia w religijnej szkole przy mojej synagodze w Raleigh w Północnej Karolinie. Dzieciaki z dziewiątej klasy były trochę niesforne, więc żeby złapać z nimi jakiś kontakt, przyniosłem pewnego razu na lekcję opowiadania Pereca i Szolema Alejchema, jidyszowych pisarzy, których wszyscy znają. Bardzo ich to zainteresowało – byłem zdziwiony, jak mocno się zaangażowali. Przypomniałem sobie, że kiedy czytałem te opowiadania jako nastolatek, też bardzo mi się podobały.

Zacząłem zastanawiać się, jak przełożyć te historie na realia XXI wieku, by przybliżyć je moim uczniom. Najpierw wpadłem na pomysł, żeby na podstawie tych opowiadań stworzyć sztukę teatralną, ale ostatecznie zdecydowałem się na wydanie ich w formie książki. Podczas gromadzenia materiałów co chwilę natrafiałem na nazwisko Dinezona. Zdziwiłem się, że nigdy o nim nie słyszałem.

Nie znam jidysz, więc zacząłem szukać tłumaczeń jego dzieł na angielski. Jedyne, co znalazłem, to wzmiankę na jego temat w zbiorze opowiadań z 1908 roku w przekładzie Heleny Frank. We wstępie tłumaczka przepraszała czytelników za to, że nie udało jej się włączyć do tego tomu dzieł Szolema Abramowicza i właśnie Jankewa Dinezona. Chciałem dowiedzieć się o nim czegoś więcej. I tak odkryłem, że debiut literacki Dinezona napisany w jidysz, Der szwarcer jungermanczik, uznawany był za pierwszy jidyszowy bestseller – ponaddziesięciotysięczny nakład wyprzedał się w całości!

I TO WŁAŚNIE ZAPEWNIŁO MU SŁAWĘ?

Myślę, że nawet nie zdajemy sobie dzisiaj sprawy z tego, jak bardzo stał się znany. Wszyscy czytali Jungermanczika. W powieści Pionierzy Szymona An-skiego, przyjaciela Dinezona, jest fragment, w którym dwóch panów wchodzi do domu, a w środku szlochają zrozpaczone kobiety. „Co się stało?” – pytają. One odpowiadają, że właśnie skończyły czytać książkę Dinezona i że to takie smutne! „Nie martwcie się – mówi jeden z nich – osobiście znam pisarza i wiem, że prawdziwa historia wcale tak się nie skończyła. W rzeczywistości chłopak i dziewczyna ostatecznie byli razem, a tego złego zesłali na Syberię”. Dziewczęta tak się podekscytowały, że pobiegły opowiedzieć o tym swoim przyjaciółkom, które również czytały tę powieść. W drodze do domu jeden z chłopców pyta drugiego: „Naprawdę znasz autora?”. „Nie, ale nie chciałem, żeby były takie smutne”.

W Pionierach An-ski nie tylko puszcza oko do Dinezona, ale też pokazuje, jak to wtedy było – młodzi chłopcy przyjeżdżali ze sztetli do dużych miast, obcinali pejsy i skracali płaszcze, a każdy z nich znał Jungermanczika.

ALE SAM DINEZON NIE LUBIŁ TEJ KSIĄŻKI.

Rzeczywiście tak było. Obwiniał się, że jej wydanie spowodowało wysyp miernych jidyszowych powieści zwanych szundem, czyli śmieciem. Nie opublikował nic przez kolejnych trzynaście lat.

CZY W TAKIM RAZIE DER SZWARCER JUNGERMANCZIK TO WEDŁUG CIEBIE SZUND?

Nie. Należy na to spojrzeć przez pryzmat tamtych czasów. Dinezon był pierwszym autorem, który napisał współczesną żydowską powieść w jidysz, traktującą o żydowskich sprawach i bohaterach mierzących się z prawdziwymi problemami swoich czasów. Nie wiemy dokładnie, ile miał lat, gdy skończył powieść, możemy jednak założyć, że około dwudziestu. Nie był doświadczonym pisarzem, a dodatkowo zrobił coś, na co nikt przed nim się nie odważył – stworzył sentymentalną powieść w jidysz.

Myślę, że czytelnicy byli pod ogromnym wrażeniem. Nie należy jednak porównywać dzieła napisanego przez młodego dziewiętnastowiecznego autora z czymkolwiek, co powstaje współcześnie.

Jungermanczik może dziś wydawać się nieco przestarzały, dlatego pracując nad wersją angielską, dokonaliśmy poważnych zmian. Dinezon na przykład bardzo często cytuje Talmud, Gemarę, Torę… Te odniesienia były oczywiście zrozumiałe dla Żydów w dziewiętnastowiecznej Europie Wschodniej, ponieważ prawie wszyscy – a przynajmniej mężczyźni – posiadali tradycyjne, religijne wykształcenie, tak jak sam Dinezon. Ale współczesnemu czytelnikowi mogą one wydawać się nudne. W oryginalnym tekście jest też mnóstwo dłużących się opisów, w których autor ciągle powtarza to samo. Dzisiejsi czytelnicy nie mieliby do tego cierpliwości.

Pamiętajmy jednak, że w XIX wieku ludzie mieli do dyspozycji głównie książki. Wyobrażam sobie, że w szabatowe wieczory czytanie tych długich, dramatycznych rozdziałów było świetną rozrywką.

NAWET TYTUŁ POWIEŚCI NIE JEST DZISIAJ DO KOŃCA POPRAWNY POLITYCZNIE.

Dokładnie. Główny bohater ma ciemną skórę – „jak Maur”, pisze autor – nazywany jest więc czarnym, w oryginale „der szwarcer”. Może mieć to pewne rasowe konotacje, dlatego angielską wersję zdecydowaliśmy się zatytułować The Dark Young Man, ciemny czy też mroczny młodzieniec.

TŁUMACZĄC POWIEŚĆ NA JĘZYK POLSKI, NIE MIELIŚMY TAKIEJ MOŻLIWOŚCI, BO „CIEMNY” OZNACZA PO POLSKU „GŁUPI” ALBO „OGRANICZONY”. DLATEGO ZDECYDOWALIŚMY SIĘ ZACHOWAĆ ORYGINALNY TYTUŁ.

A co z wszystkimi cytatami? Je też zachowaliście?

TAK. ZALEŻAŁO NAM, ŻEBY BYĆ JAK NAJBLIŻEJ ORYGINAŁU. POZA TYM NADAJĄ ONE POWIEŚCI CHARAKTERYSTYCZNEGO KOLORYTU, TWORZĄ ATMOSFERĘ JESZIWY. CHOĆ MUSZĘ PRZYZNAĆ, ŻE PODCZAS TŁUMACZENIA MIAŁAM PROBLEM Z WYŚLEDZENIEM WSZYSTKICH ODNIESIEŃ. 

Martwiło mnie to, że tak bardzo zmieniamy tekst. Podobne obawy miała nasza tłumaczka. Ale w końcu zgodnie uznaliśmy, że tekst broni się nawet bez wszystkich cytatów z Talmudu.

POWIEDZIAŁEŚ, ŻE DINEZON NIE PUBLIKOWAŁ PRZEZ TRZYNAŚCIE LAT. CZY PO TYM CZASIE NADAL BYŁ SŁAWNY?

Jak najbardziej. W 1889 roku przeprowadził się do Warszawy. Stał się patronem wielu młodych jidyszowych pisarzy i znaczącą osobistością literackiego światka. S. L. Citron pisał o Dinezonie, że miał wspaniały charakter, że zawsze był dla wszystkich uprzejmy i pomocny. Ludzie uwielbiali przebywać w jego otoczeniu.

Młodzi pisarze chętnie odwiedzali go w jego mieszkaniu. Miał tam tylko jedno małe łóżko, na którym można było usiąść, bo na krzesła nie było już miejsca. Mimo to lubili tam przebywać. Dinezon zachęcał ich do pracy – jak nauczyciel, z którym uczniowie chętnie spędzają czas.

Nadal zatem cieszył się sławą. Można to zobaczyć w Muzeum POLIN. Jego nazwisko nie jest chyba nigdzie wymienione, ale wszędzie są jego zdjęcia! Widnieje na pocztówkach, plakatach… Był znaną osobą – celebrytą!

Kiedy Szolem Alejchem zakładał swoje pierwsze czasopismo literackie, przyszedł do mieszkania Dinezona, żeby to z nim przedyskutować. Poprosił go też o napisanie czegoś do pierwszego numeru.

MIMO ŻE DINEZON MIAŁ TAK DŁUGĄ PRZERWĘ W PISANIU?

Nigdy nie przestał pisać. Nie tworzył powieści, ale publikował w gazetach. Na przykład kiedy znany wrocławski historyk Heinrich Graetz nie zgodził się na przełożenie na jidysz swojej Historii Żydów, Dinezon ostro go za to skrytykował. Było o tym głośno.

W końcu też zaczął ponownie pisać powieści, i to za namową Icchoka Lejba Pereca.

Z KTÓRYM BYŁ MOCNO ZAPRZYJAŹNIONY.

Byli jak bracia. Perec liczył się z opinią Dinezona i wysyłał mu wszystko, co stworzył. Kuzynka Pereca, Róża Perec, pisała w jednym z esejów, że jej krewny nie robił nic bez konsultacji z Jankewem. Wspominała też, że kiedy Perec popadał w depresję, jedyną osobą, która była w stanie mu pomóc, był Dinezon.

Dinezon czuwający przy zmarłym Perecu

Żona Pereca, Helena, napisała po śmierci Jankewa: „Ze śmiercią Dinezona Perec umarł dla mnie jeszcze raz”. Ale Dinezon również w dużej mierze polegał na Perecu i ciężko zniósł jego śmierć. Jest zdjęcie, na którym widać, jak stoi przy ciele przyjaciela, pełniąc rolę szomera – niezwykle poruszająca scena.

PEREC GŁOŚNO KRYTYKOWAŁ SZUND. NIE BYŁ KRYTYCZNY WOBEC PIERWSZEJ POWIEŚCI DINEZONA?

To były dawne dzieje. Pamiętajmy, że Perec poznał Dinezona dopiero w 1889 roku, a Der szwarcer jungermanczik powstał dwanaście lat wcześniej. 

JAKIE SĄ JEGO PÓŹNIEJSZE DZIEŁA?

Zdecydowanie lepsze. Uważam, że powieść Herszele jest znacznie ciekawsza niż Der szwarcer jungermanczik. Dinezon pisał bardziej zwięźle, nie wdawał się w długie dygresje, a mimo to żadne z jego późniejszych dzieł nie zdobyło takiej popularności jak Der szwarcer. Może dlatego, że przypominał on powieści, które powstawały w tym czasie w Europie. Na przykład w dziełach Dumasa również występuje narrator, który ujawnia się przed czytelnikiem i mówi mu, co ma myśleć. W Jungermancziku można dostrzec, że Dinezon miał dar opowiadania i wiedział, jak utrzymać czytelnika w napięciu.

NARRATOR W TEJ POWIEŚCI BARDZO MI SIĘ PODOBA. SZCZEGÓLNIE NA POCZĄTKU, KIEDY WYGŁASZA SWOJE DŁUGIE ANTYKAPITALISTYCZNE ORĘDZIE O NADUŻYCIACH WŁADZY I NIESPRAWIEDLIWOŚCI SYSTEMU. 

Tak, walczył z establishmentem. Dobrze to dzisiaj wybrzmiewa. 

Wydaje się też, że ta powieść jest w pewnym stopniu autobiograficzna – pisał o tym też S. L. Citron. Główny bohater, młody chłopak o imieniu Józef, zakochuje się w swojej uczennicy Róży. Tak samo było w przypadku Dinezona. Był zatrudniony przez rodzinę Horowiców jako nauczyciel i zarządzał ich finansami. I zakochał się w ich córce, swojej uczennicy.

Szolem Alejchem był w podobnej sytuacji. Jednak w jego przypadku historia skończyła się inaczej – on i jego ukochana uciekli, wzięli potajemnie ślub i żyli długo i szczęśliwie, więc w sumie tak, jak to widzimy w jego książkach. Dinezonowi nie udało się wywalczyć ukochanej, może dlatego zakończenia jego powieści nie są tak kolorowe.

Jest więcej podobieństw między autorem a głównym bohaterem powieści. Józef chce edukować żydowskie masy – podobnie jak Dinezon, szczególnie w późniejszym okresie życia. Pisarz naprawdę działał. Kiedy podczas pierwszej wojny światowej do Warszawy zaczęły napływać żydowskie sieroty, stworzył dla nich sieć domów opieki. W młodości uczył też jako wolontariusz w szkole religijnej. Miał więc związek z edukacją i dziećmi. Wydaje się, że te cele przyświecały mu przez całe życie. 

JAK ZARABIAŁ NA ŻYCIE W WARSZAWIE?

Z tego, co wiem, utrzymywał się z pisania do gazet. Czytałem też gdzieś, że pracował jako ich przedstawiciel – może sprzedawał reklamy? Nie udało mi się znaleźć na ten temat żadnych konkretnych informacji, choć na pewno miał doświadczenie w zarządzaniu, które zdobył podczas pracy u Horowiców. Nic nie wskazuje na to, że był szczególnie zamożny – mieszkał z siostrą, nigdy się też nie ożenił… W dokumentacji z 1905 roku znalazłem jego nazwisko, obok którego napisane było „pisarz”. A więc w tamtym czasie był to jego zawód.

ZASKOCZYŁO MNIE, ŻE W GAZETACH PISANO O TYM, JAK LEŻAŁ NA ŁOŻU ŚMIERCI.

To prawda, gazety niemalże zdawały z tego relację „na żywo”, a na pogrzeb przyszły dziesiątki tysięcy osób. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ważną był wtedy osobistością. Zwróćmy uwagę, że gdy umierał w 1919 roku, byli przy nim najważniejsi pisarze i dziennikarze. A potem wspominali o nim w swoich artykułach.

Henryk Berlewi narysował An-skiego przy umierającym Dinezonie, na którym ten pierwszy przykłada czoło do głowy przyjaciela. Pisarze zbliżyli się do siebie szczególnie pod koniec życia. W liście do An-skiego Dinezon pisał: „Do mojego najlepszego przyjaciela zaraz po Perecu”. A więc ten ostatni pozostawał dla niego najważniejszy. W 1925 roku wszyscy trzej – Icchok Lejbusz Perec, Szymon An-ski i Jankew Dinezon – zostali pochowani we wspólnym grobowcu na cmentarzu w Warszawie.

PISARSTWO DINEZONA ZALICZANO DO LITERATURY KOBIECEJ.

W tamtym czasie jidysz miał status mame loszn, „języka matki”. Dziewczęta nie chodziły do szkoły, nie uczyły się, nie znały hebrajskiego. Mówiły w domu w jidysz. Ale w latach osiemdziesiątych XIX wieku jidysz zaczął stawać się pełnoprawnym językiem. Powstawały jidyszowe gazety, teatry…

Dinezon pisał również i o tym: dziewczęta mogły czytać historię w jidysz, podczas gdy chłopcy uczyli się Gemary. Powieść Dinezona o tyle wyróżniała się na tle innych książek dla kobiet, że zaczęli ją czytać także mężczyźni. Stała się sensacją – historię Józefa znał każdy.

CO NAJBARDZIEJ LUBISZ W DINEZONIE?

Jest dla mnie prawdziwym mentszem, uosobieniem osoby uczciwej, honorowej, gotowej bronić swoich poglądów i przekonań. Ludzie myślą, że był cichym, dobrym człowiekiem, i tak rzeczywiście było. Jednocześnie jednak to był uparty i zdeterminowany działacz społeczny. Pomagał ludziom – to była jego główna cnota. Dla mnie to właśnie definiuje prawdziwego mentsza. 

W mowie pogrzebowej przy jego grobie An-ski powiedział: „Dinezon był ofiarnikiem i świętym”. Widać to nawet w jego pierwszej powieści. Józef jest taki sam – oświadcza wyraźnie już na pierwszych stronach: „Bądź mentszem!”. Taki był właśnie Dinezon. 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


How Federal Money Finances Anti-Zionist Agenda at US Colleges

How Federal Money Finances Anti-Zionist Agenda at US Colleges

Zac Schildcrout


While freedom of speech protects professors’ right to teach however they please, federal money should not be used to pursue an agenda that violates civil rights laws.

Benjamin Franklin once said that “an investment in knowledge pays the best interest.” He was right — but what “interest” is the Federal government gaining from their funding of certain American universities’ Middle East Studies programs?

If we go by Title VI of the Higher Education Act (Title VI/HEA) criteria, educators should use money granted under this clause to advance “the security, stability and economic vitality of the United States in a complex global era” and foster expertise in “world regions, foreign languages and international affairs” (as I have written about previously).

This may not be happening, and some legislators are taking note.

Following in the footsteps of Rep. Denver Riggleman (R-VA) and Rep. George Holding (R-NC), Rep. Paul Gosar (R-AZ) has urged the US Department of Education (DoE) to investigate the University of Arizona (UA)’s Center for Middle Eastern Studies (CMES) for possible such offenses.

In a recent letter to Secretary of Education Betsy DeVos, the congressman alleges departmental violations not only of Title VI/HEA, but also of Title VI of the Civil Rights Act (Title VI/CRA), pursuant to President Donald Trump’s recent Executive Order (EO) to combat antisemitism in higher education. He also highlights the impact of foreign money on the school’s educational programming. The importance of this development cannot be overstated.

As Campus Watch’s Winfield Myers points out, universities found to be in violation of Title VI/CRA could find all of their federal funding yanked — not just certain grants for specific programs. Because President Trump’s recent EO urges Federal investigators to consider the International Holocaust Remembrance Alliance’s (IHRA) working definition of antisemitism when enforcing Title VI/CRA, institutional support for the BDS movement may put American institutions of higher learning in hot water.

Considering that the BDS movement is unequivocally opposed to Israel’s existence as a Jewish state (leader Omar Barghouti has said as much), its ideological goal clearly violates the IHRA definition, which includes “denying the Jewish people their right to self-determination” as one of its tenets.

To make matters worse, the Council of National and Islamic Forces in Palestine (a member of the BDS National Committee) includes Hamas, Palestinian Islamic Jihad, and the Popular Front for the Liberation of Palestine — all US-designated terrorist organizations.

Indeed, Rep. Gosar alleges in his letter to Secretary DeVos that CMES faculty propagate “vigorous advocacy for the BDS movement against Israel.” It’s difficult to imagine how systemic support for a movement to erase Israel connected to terrorists would not constitute discrimination against Israelis, if not Jews writ large.

Violating Federal Law

Even without the Title VI/CRA argument, such “vigorous advocacy” for BDS likely violates the Title VI/HEA stipulation that grant recipients must maintain linkages with overseas institutions. To cite just one example, this legal provision probably does not jive with CMES professor Linda Darling’s 2014 decision (documented in Rep. Gosar’s letter) to sign a pledge that endorses the BDS movement and promises a boycott of all Israeli academic institutions.

We have already seen the destructive effects of such misguided activism elsewhere, such as University of Michigan professor John Cheney-Lippold’s refusal to write a letter of recommendation for a student to study in Israel, purportedly motivated by “solidarity” with the Palestinian call to boycott the country.

This discriminatory behavior is widespread in academia, and it is no small wonder when one follows the money. In addition to the possible HEA and CRA violations at CMES, Rep. Gosar also unveils a staggering statistic: since 2012, “the University of Arizona has received over $1.65 million from Qatar, and nearly $5.3 million from Saudi Arabia.”

The University of Arizona is not alone — thoroughly invalidating any theories about “Zionist lobby” control of our campuses is the fact that Qatar is the largest foreign donor to American universities; and its influence is palpable.

Unsurprisingly, research conducted by the Institute for the Study of Global Antisemitism and Policy (ISGAP) “found a direct correlation between the funding of universities by Qatar and the Gulf States with the presence of groups such as Students for Justice in Palestine (SJP) and a deteriorating environment that fosters an anti-Semitic and aggressive atmosphere.”

At UA specifically, the Qatar Foundation is a sponsor of the Wireless Communications and Networking Laboratory. Seems innocuous enough, but as Rep. Gosar points out, it may be unlawful to use tax dollars to prop up “foreign state programs.”

Clearly, the winds of change are in the air. With the release of Rep. Gosar’s letter, three Congressional representatives have now urged the DoE to investigate potential misappropriation of Federal funds within university Middle East Studies programs, perhaps amounting to civil rights violations.

We can expect to hear the usual gripes about violations of “academic freedom” from the anti-Israel professoriate embedded in academia, which utterly miss the point: requiring institutions of higher learning to allocate funds appropriately is entirely independent of the First Amendment. Professors are free to teach however they please, even if it involves patently absurd falsehoods about the Jewish state. The message from the government is clear: use our money to educate, not indoctrinate. This should not be controversial to those who recognize the value of a well-rounded education.


Zac Schildcrout is a campus adviser and online editor for the Committee for Accuracy in Middle East Reporting and Analysis (CAMERA).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel’s biggest winery in action – Barkan Winery

Israel’s biggest winery in action – Barkan Winery

  ILTV Israel News



Welcome to Barkan- the BIGGEST winery in Israel. What is the secret behind their success? Take a look.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Hamas: nowy pretekst do atakowania Izraela

Hamas: nowy pretekst do atakowania Izraela

Khaled Abu Toameh
Tłumaczenie:
Małgorzata Koraszewska


2 kwietnia przywódca Hamasu, Jahja Sinwar (po prawej) groził: “Jeśli nie zostaną dostarczone [przez Izrael] do Gazy respiratory, weźmiemy je siłą od Izraela i zatrzymamy oddychanie sześciu milionów osadników”. (Zdjęcie: Said Khatib/AFP via Getty Images)

Przywódcy Hamasu, palestyńskiej grupy islamistycznej, która rządzi Gazą od 2007 roku, mówią, że niepokoją się brakiem medycznych respiratorów podczas wybuchu pandemii koronawirusa.

Ci przywódcy Hamasu, którzy nie zrobili absolutnie niczego, by zabezpieczyć podstawową opiekę zdrowotną w Strefie Gazy, próbują teraz zrzucić odpowiedzialność na Izrael za niewystarczającą liczbę respiratorów w palestyńskich szpitalach.

Przywódcy Hamasu grożą terroryzmem, by zmusić Izrael do zaopatrzenia Strefy Gazy w respiratory.

To są ci sami przywódcy, którzy do niedawna autoryzowali ataki rakietowe ze Strefy Gazy na społeczności Izraela. To są ci sami przywódcy, którzy nigdy nie pomijają okazji, by przypomnieć wszystkim o swoim pragnieniu zniszczenia Izraela. To są także ci sami przywódcy, którzy nigdy nie akceptują odpowiedzialności za dobrostan swojej ludności i nieustannie szukają sposobów, by obwiniać Izrael za wszystkie udręki Palestyńczyków.

Przywódcy Hamasu, którzy teraz skarżą się na brak respiratorów w ich szpitalach, są tymi samymi, którzy inwestowali dziesiątki milionów dolarów w produkcję i szmuglowanie broni, włącznie z rakietami, by atakować Izrael.

Od 2014 roku Hamas zainwestował około 120 milionów dolarów w tunele terroru. Według różnych oszacowań, tunel terroru kosztuje od 3 do 10 milionów dolarów – zależnie od jego długości i głębokości.

Gdyby Hamas zainwestował małą część tej sumy na zakup wyposażenia medycznego, sytuacja w szpitalach w Strefie Gazy byłaby dzisiaj zupełnie inna. Opieka zdrowotna jednak ma ewidentnie niski priorytet wśród przywódców Hamasu.

Zamiast oferować współpracę z Izraelem w bitwie przeciwko koronawirusowi, Hamas stara się teraz odwrócić uwagę od swojej nieudolnej polityki przez grożenie zabijaniem Żydów za nie pomaganie Palestyńczykom w Strefie Gazy. Zamiast poprosić Izrael o pomoc, przywódcy Hamasu poinformowali państwo Izrael: “Pomóżcie nam, albo zabijemy sześć milionów Żydów”.

Oto co przywódca Hamasu, Jahja Sinwar powiedział w wywiadzie z 2 kwietnia dla związanej z Hamasem stacji telewizyjnej: “Jeśli nie zostaną dostarczone [przez Izrael] do Gazy respiratory – ostrzegł – weźmiemy je siłą od Izraela i zatrzymamy oddychanie sześciu milionów osadników”.

Sinwar nie wspomniał, że w minionym tygodniu Izrael dostarczył setki zestawów do testowania koronawirusa personelowi medycznemu w Strefie Gazy.

Zapomniał także powiedzieć, że to izraelscy lekarze uratowali mu życie, kiedy neurochirurg usunął mu guz mózgu w czasie, kiedy odsiadywał karę więzienia w Izraelu za zamordowanie kilku Palestyńczyków, podejrzanych o współpracę z Izraelem.

Operacja mózgu i czas spędzony w izraelskim więzieniu nauczyły Sinwara, że Izrael ma jeden z najlepszych systemów opieki medycznej na Bliskim Wschodzie. Prawdopodobnie dlatego chce teraz, by Izrael pomógł Palestyńczykom w Strefie Gazy zapobiec szerzeniu się pandemii koronawirusa.

Można zapytać: co zrobił Sinwar i inni przywódcy Hamasu przez ostatnie 12 lat, by pomóc swoim szpitalom i swojej ludności?

Hamas jest de facto rządem w Strefie Gazy od kiedy przejął tę nadbrzeżną enklawę w krwawym przewrocie w 2007 roku. Jako taki, Hamas jest odpowiedzialny za zarządzanie sprawami dwóch milionów Palestyńczyków, którzy żyją pod jego rządami, w tym jest odpowiedzialny za opiekę medyczną.

Sinwar i jego przyjaciele w kierownictwie Hamasu najwyraźniej mają pilniejsze sprawy niż zajmowanie się opieką zdrowotną w Strefie Gazy.

Ewidentnie nie mieli czasu na zajmowanie się takimi sprawami. Byli zajęci kopaniem tuneli wzdłuż granicy z Izraelem, żeby umożliwić Hamasowi infiltrację terenu Izraela i zabijanie Izraelczyków. Nie mieli czasu na zajmowanie się potrzebami szpitali w Strefie Gazy: produkowali rakiety, moździerze i drony. Byli także zajęci szmuglowaniem broni przez granicę z Egiptem, której później używali do atakowania Izraela.

Przez ostatnie dwa lata Sinwar i jego przyjaciele w kierownictwie Hamasu byli także zajęci wysyłaniem tysięcy Palestyńczyków, by ścierali się z izraelskimi żołnierzami na granicy Gaza-Izrael w ramach sponsorowanego przez Hamas, tak zwanego Wielkiego Marszu Powrotu.

Dla przywódców Hamasu cotygodniowe starcia wzdłuż granicy Gaza-Izrael były widocznie ważniejsze niż kupno respiratorów i innego wyposażenia medycznego dla szpitali w Strefie Gazy.

Według różnych raportów, Hamas płacił protestującym 100 dolarów na osobę, by brali udział w demonstracjach w pobliżu granicy z Izraelem. Dodatkowo, Hamas wynajmował autobusy i ciężarówki, by transportować Palestyńczyków do miejsc starć.

Hamas wydał także miliony dolarów, by płacić rodzinom, których członkowie zostali zabici lub ranni podczas starć z izraelskimi żołnierzami.

21 kwietnia 2019 roku Ahmed al-Kurd, członek “Biura Politycznego” Hamasu, ocenił, że tylko w minionym roku dostarczono usług i leczenia ponad 10 tysiącom rannych Palestyńczyków całkowitym kosztem 5 milionów dolarów. Dodatkowo Hamas pokrywał koszty leczenia rannych Palestyńczyków wysyłanych do zagranicznych szpitali, głównie do Turcji i Egiptu.

Kilka miesięcy wcześniej owego roku al-Kurd oznajmił o rozdzielaniu pomocy finansowej od 100 do 150 dolarów dla czterech tysięcy rodzin Palestyńczyków, którzy byli poważnie zranieni podczas tych cotygodniowych demonstracji.

Sinwar nie obarczał żadnego arabskiego ani islamskiego rzadu odpowiedzialnością za możliwe szerzenie się wirusa w Strefie Gazy.

A co z odpowiedzialnością rządu Autonomii Palestyńskiej za bezpieczeństwo i zdrowie Palestyńczyków w Strefie Gazy? Co z moralną odpowiedzialnością krajów arabskich i islamskich za ich palestyńskich braci?

W ostatnich dniach funkcjonariusze i rzecznicy Hamasu nasilili groźby wobec Izraela, twierdząc, że Izrael będzie ponosił pełną odpowiedzialność za szerzenie się koronawirusa w Strefie Gazy.

Przywódcy Hamasu dodali kolejną groźbę: Izrael musi zwolnić z więzień palestyńskich więźniów, włącznie z więźniami skazanymi za zamordowanie Żydów, bo mogliby oni zarazić się wirusem.

Hamas chce, by świat wierzył, że tylko Izrael, który całkowicie wycofał się ze Strefy Gazy w 2005 roku, jest odpowiedzialny za problemy dręczące tam Palestyńczyków.

Najnowsze groźby Hamasu mają na celu utorowanie drogi do wznowienia ataków terrorystycznych na Izrael – tym razem pod pretekstem, że Izrael nie zaopatruje Strefy Gazy w respiratory ani nie zwalnia więźniów. To jest klasyczne posunięcie Hamasu: odmowa przyjęcia odpowiedzialności za bezpieczeństwo własnej ludności i skierowanie ognia na Izrael.

Może pandemia koronawirusa wreszcie skłoni międzynarodową społeczność do pociągnięcia władców Strefy Gazy z Hamasu do odpowiedzialności za miliony dolarów, które poświęcili na budowanie – nie szpitali i ośrodków zdrowia – ale tuneli terroru i fabryk broni.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Right from Wrong: It’s a lack self-awareness, stupid!

Right from Wrong: It’s a lack self-awareness, stupid!

RUTHIE BLUM


Whether or not Litzman technically committed the transgression of which he is being accused – the one that sadly led to his and his spouse’s infection – his behavior sure doesn’t look good.

Yaakov Litzman at the weekly cabinet meeting, March 2020. / (photo credit: MARC ISRAEL SELLEM)

Israelis across the political spectrum were outraged at the news that Health Minister Ya’acov Litzman allegedly violated the rules his office had imposed on the public to keep the coronavirus pandemic at bay. The story of his having prayed at a packed synagogue – a practice that the government banned as part of its battle against the spread of COVID-19 – emerged last week when he and his wife were diagnosed with the contagious virus.

A petition calling for Prime Minister Benjamin Netanyahu to fire Litzman – and certainly reject his receiving the health portfolio in the budding coalition – promptly began to circulate on social media.

If it is true that Litzman defied the very regulations that the rest of the country is forced to obey, he should resign, not stubbornly demand to retain his post in the next government. Apparently, however, even falling ill and compelling many of his high-profile colleagues to spend two weeks in quarantine were not sufficient cause for remorse or introspection.

On the other hand, the media’s relentless ridicule of the Gerrer Hassid with his trademark fur shtreimel, Yiddish lilt and tendency to mumble may have contributed to his doubling down and putting up his dukes. It’s understandable for someone who witnesses his peers in the Knesset and underlings on the street tweaking – if not outright flouting – the corona rules.

This is no excuse, of course. As head of the ultra-Orthodox Agudat Yisrael Party in the United Torah Judaism alliance, Litzman must be versed in the concept of “marit ayin.” According to this principle of Halacha (Jewish law), if an action gives the appearance of a violation of Jewish law, it is forbidden, even when it’s actually kosher.

Whether or not Litzman technically committed the transgression of which he is being accused – the one that sadly led to his and his spouse’s unfortunate infection – his behavior sure doesn’t look good. By his own religious and ethical standards, then, this in itself is a big non-no. He is Israel’s highest health official, after all, which is why most Israelis are so livid about the prospect of his continued tenure.

TO BE FAIR, Litzman is by no means the only prominent figure who seems oblivious to the message he has been conveying. Take all the medical and epidemiology experts who repeatedly explain the impetus behind the two-meter social-distance rule, for instance. You don’t need a tape measure to see that very few of them sit six feet apart from their fellow TV panelists while preaching to a country of unwitting couch potatoes living in a prolonged state of anxiety-ridden limbo.

The same goes for the anti-Litzman crowd – those black-flag wavers on the Left who enjoyed literal and figurative field days outdoors last month to demonstrate against Netanyahu and call on Blue and White leader Benny Gantz not to join a unity government with the PM. Even someone with a severe spatial-perception problem could see that the angry protesters were closer together than the legal limit.

Ditto for the police officers and IDF soldiers working tirelessly to enforce the emergency corona measures and assist in delivering care packages to the needy and elderly in home isolation. The highway cops stopping cars and handing out tickets to drivers and passengers violating the prohibition to travel for reasons other than work and doctors’ appointments also seem to have been congregating too cozily while performing their thankless job.

Then there are the less visible members of society who complain about the laxity of the citizenry. These include the self-anointed holier-than-thou set, who snap photos of the Western Wall Plaza in Jerusalem, the Tel Aviv Promenade or the Jaffa Port to express disdain on Facebook for all the miscreants milling around who should be at home in pajamas to prevent the spread of infection.

Some amateur photographers do the exact opposite, posting pictures of empty parks and beaches to illustrate the effects of the lockdown. In both cases, observers might be tempted to ask what the person behind the cellphone camera lens was doing in any of those forbidden public areas in the first place.

NOR DO MANY of my own friends notice the inconsistency of their views vs. activities. In the same breath, they criticize haredim for having broken the rules by attending funerals or communing at shops in Bnei Brak and mention in passing that they themselves meet their pals on stoops and benches – sometimes going as far as to schedule dates at the supermarket – to shoot the breeze and enjoy the sunny weather.

They also bemoan the way in which “inconsiderate gluttons” have been hoarding certain products – initially toilet paper and now eggs – while engaging in their own panic buying.

Typically, the practice of “do as I say, not as I do” is defined as hypocrisy. In the case of the coronavirus crisis, however, something more worthy of empathy is at play, which is both universal and particular.
Let’s begin with the latter.

The often-comic downside of the Jewish concept of communal responsibility – “All of Israel is responsible for one another” – is that it creates a culture of busybodies. Indeed, while looking out for our neighbors, we tend to stick our noses smack in their business. It is virtually impossible to separate the annoying aspect of this trait from its endearing counterpart.

Not surprisingly, nothing brings out each in full force like a shared trauma. A global pandemic certainly qualifies, especially since battling it requires herd behavior.

The trouble is that while providing us with a comforting sense that we’re all in this together, it also gives us an excuse to place blame on sheep we deem as delinquent.

Which brings us to the universal nature of the cognitive dissonance that is as rampant these days as corona particles. An anecdote directly related to these pages perfectly encapsulates the phenomenon.

When Bret Stephens arrived in Israel 18 years ago to take over the editorship of The Jerusalem Post, he asked me to review a memo that he was preparing to send to the staff, of which I was a returning member after a brief hiatus. Among a list of points in his beautifully crafted letter was a warning against self-indulgent prose that makes for poor writing.
One example he gave – directed at the op-ed section that he intended to expand – was the invoking of one’s children as a lazy way of replacing a well-constructed argument with sentimentality.

It was excellent advice coming from a great writer, and I told him so. I also bet him that nobody reading it would think it applied to his or her own articles.

I was right and with good reason. My colleagues and I did not fancy ourselves purveyors of “self-indulgent prose.” If we had, we would have chosen a different profession. Or left the building to go stick our heads in the nearest available oven.

About a year later, Stephens became a father for the first time. It didn’t take long before he wrote a column in which he recounted a sleepless night with his baby daughter cradled in his arms. It was inevitable. So was his utter ease at having breached the rule of thumb he had established for the rest of us. This was neither hypocritical nor the application of a double standard. It was simply an absence of self-awareness.

As a health hazard, Litzman’s similar lack of consciousness – like that of many politicians and members of the public – is in serious need of a quarantine. In the meantime, while holding their tongue temporarily to wish the ailing minister a painless recovery, the sanctimonious among us would do well to look in the mirror.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com