Archive | May 2020

Gdzie są groby 3870 Polaków? “Lista białoruska” to jedna z nieodkrytych tajemnic zbrodni katyńskiej

Gdzie są groby 3870 Polaków? “Lista białoruska” to jedna z nieodkrytych tajemnic zbrodni katyńskiej

Mirosław Maciorowski


[webmaster: –    Wirtualny Sztetl – Nieznana jest dokładna liczba polskich Żydów uczestniczących w kampanii wrześniowej w 1939 r. Szacuje się, że w szeregach Wojska Polskiego kraju broniło około 100 tys. Żydów, a ich udział w kadrze oficerskiej wynosił 6-7%.
Na Polskich Cmentarzach Wojennych w Katyniu i Charkowie umieszczono tysiące tabliczek z nazwiskami ofiar. Idąc wyznaczonymi przez nie długimi alejkami, co kilka kroków można odczytać nazwiska polskich Żydów.

Autor: Krzysztof Bielawski
Współpraca: Joanna Król  ]

Żołnierze, policjanci i urzędnicy zamordowani w 1940 r. przez NKWD z rekonstruowanej tzw. listy białoruskiej (Fot. Zbiory Ośrodka Karta, Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia)

W 1992 r., po przekazaniu Polsce przez Rosję kopii dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej, okazało się, że ofiar było więcej, niż dotąd sądziliśmy. Dziś znamy większość nazwisk zamordowanych i miejsc ich pochówku. Nadal jednak nie wiemy, kim były i gdzie zostały pogrzebane ofiary z tzw. listy białoruskiej.

*

Dr Maciej Wyrwa – historyk, bada represje sowieckie wobec Polaków, dzieje Polaków w Rosji i państwach b. ZSRS. Pracował m.in. w Urzędzie ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, Fundacji Ośrodka Karta, obecnie w Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia

Mirosław Maciorowski: Od kilku lat próbuje pan odtworzyć tzw. listę białoruską, czyli brakujący wykaz nazwisk ofiar zbrodni katyńskiej. Zanim zapytam, jak wyglądają te prace, wytłumaczmy, co w ogóle kryje się pod nazwą „lista białoruska”.

Dr Maciej Wyrwa: To nie jest, jak można by sądzić, jakaś jedna lista, jeden dokument, lecz co najmniej kilka. Chodzi o listy dyspozycyjne NKWD, które potocznie są nazywane listami śmierci, ponieważ znalazły się na nich nazwiska osób przeznaczonych przez władze sowieckie do rozstrzelania. W tym przypadku chodzi o Polaków, którzy po 17 września 1939 r. zostali uwięzieni na terenie tzw. zachodniej Białorusi, czyli części dawnych polskich ziem wschodnich zajętych przez Armię Czerwoną i włączonych do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Wiadomo, że zostali zamordowani, a ciała gdzieś ukryte, ale do dziś nie wiemy gdzie.

A skąd w ogóle wiemy o tych ludziach?

– 14 października 1992 r. specjalny wysłannik prezydenta Rosji Borysa Jelcyna, szef rosyjskiej służby archiwalnej prof. Rudolf Pichoja, przywiózł do Warszawy tzw. zamknięty pakiet nr 1, czyli dokumentację dotyczącą zbrodni katyńskiej. Dowiedzieliśmy się wtedy, że ofiarą NKWD padła znacznie większa grupa Polaków, niż dotąd sądziliśmy. W przekazanych dokumentach znalazła się notatka z 3 marca 1959 r., w której ówczesny szef KGB Aleksandr Szelepin zwrócił się do przywódcy ZSRS Nikity Chruszczowa z prośbą o pozwolenie na zniszczenie akt zamordowanych Polaków. Wynika z niej, że w 1940 r. rozstrzelano 14 552 polskich jeńców wojennych oraz 7305 więźniów przetrzymywanych na zachodniej Białorusi i zachodniej Ukrainie.

Dotąd uważaliśmy, że zbrodnia katyńska dotyczy jedynie jeńców, czyli Polaków osadzonych w trzech obozach – Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Z tej notatki dowiedzieliśmy się, że chodzi też o ponad 7 tys. więźniów. W sumie NKWD zamordowało więc nie ponad 14,5 tys., ale prawie 22 tys. Polaków.

Zbrodnia katyńska to zatem wiele miejsc kaźni i pochówku. Uporządkujmy: kto gdzie został zamordowany?

– Co najmniej 4415 jeńców (głównie oficerów) z obozu w Kozielsku zostało przewiezionych do Smoleńska. Prawdopodobnie część tam zamordowano, a część na miejscu ukrycia ciał w lesie w Katyniu. 3820 jeńców ze Starobielska (również w większości oficerów) rozstrzelano w Charkowie i zakopano na skraju miasta, 1,5 km od wsi Piatichatki.

Natomiast 6295 – jak ustalili badacze moskiewskiego Memoriału – osadzonych w obozie w Ostaszkowie (w dużej części funkcjonariuszy policji, straży granicznej i więziennej, KOP i urzędników) zamordowano w Kalininie (dziś Twer) i pogrzebano w Miednoje. Z tych trzech obozów zginęło zatem co najmniej 14,5 tys. jeńców. Natomiast gdy tylko polska strona dowiedziała się o zamordowanych więźniach, zaczęła poszukiwania. Podjęli je Stefan Śnieżko, ówczesny zastępca prokuratora generalnego, i prokurator Aleksander Herzog. Pomógł przypadek, ówczesny minister spraw wewnętrznych Andrzej Milczanowski poszukiwał informacji o swoim ojcu, pozyskał dokument, który okazał się fragmentem listy dyspozycyjnej. Następnie w 1995 r. zastępca szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Andriej Chomicz przekazał listy, na podstawie których rozstrzelano Polaków na zachodniej Ukrainie. Wynika z nich, że zgładzono tam 3435 osób, które zostały pogrzebane m.in. w Bykowni. Umownie nazywamy te spisy ukraińską listą katyńską. Z prostego rachunku wynika, że jeśli w sumie było 7305 więźniów (tak w notatce pisał Szelepin), a tam zamordowano 3435, to 3870 musiało zginąć na zachodniej Białorusi. To jest właśnie tzw. białoruska lista katyńska. Nie znamy ich nazwisk, nie wiemy, gdzie zostały ukryte zwłoki.

A nazwiska ofiar z obozów w Ostaszkowie, Starobielsku i Kozielsku znamy?

– Tak, prawie wszystkie. Zawdzięczamy to przede wszystkim rosyjskiemu stowarzyszeniu Memoriał i w szczególności pracującemu w nim Aleksandrowi Gurjanowowi. Dane wciąż są uszczegóławiane. Niedawno ukazała się praca poświęcona pochowanym w Miednoje, w której Gurjanow uaktualnił liczby. Są to jednak zmiany jednostkowe. W przypadku obozów możemy posługiwać się już liczbami z dokładnością do dziesięciu osób.

A co w przypadku Ukrainy? Chyba współpraca układa się dobrze?

– Tak mogłoby się wydawać. Ale czy słyszał pan, żeby ktoś tam poszukiwał ofiar zbrodni katyńskiej?

Nie, ale specjalnie tego nie śledzę.

– Ja śledzę, ale też nie słyszałem. Polski IPN prowadzi poszukiwania, ale dla jego ukraińskiego odpowiednika to raczej nie jest priorytetem.

W ilu miejscach więźniowie mogli być tam pochowani?

– Wiemy o Bykowni, ale historycy wymieniają co najmniej dwie inne lokalizacje związane z więzieniami w Charkowie i Chersoniu.

Więźniowie z zachodniej Ukrainy i Białorusi zostali zamordowani na podstawie tego samego rozkazu co jeńcy z trzech obozów?

– Tak, o ich losie Biuro Polityczne KC WKP(b) zdecydowało oficjalnie 5 marca 1940 r. – wiemy jednak, że Stalin podjął tę decyzję kilka dni wcześniej. Rozkaz oprócz Stalina podpisali: ludowy komisarz obrony Kliment Woroszyłow, komisarz spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow i komisarz handlu zagranicznego Anastas Mikojan, a później dopisano też nazwiska komisarza transportu Łazara Kaganowicza i przewodniczącego Rady Najwyższej Michaiła Kalinina z adnotacją o głosowaniu „za”.

Kilkanaście dni później, 22 marca 1940 r., komisarz ludowy spraw wewnętrznych Ławrientij Beria wydał rozkaz nr 00350 „O rozładowaniu więzień zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi”, w którym pod słowem „rozładowanie” kryło się oczywiście mordowanie.

Sprawa jeńców i więźniów miała być rozpatrzona w trybie specjalnym „bez wzywania aresztowanych, bez przedstawienia zarzutów, decyzji o zakończeniu śledztwa i aktu oskarżenia”. Mieli zostać rozstrzelani, ponieważ byli „zatwardziałymi i nierokującymi poprawy wrogami władzy sowieckiej”.

Przy czym w tym rozkazie jest mowa o 14,7 tys. jeńców z obozów i aż o 11 tys. więźniów. Nie wiemy, dlaczego ta liczba ostatecznie była mniejsza.

Jak wyglądało to rozpatrywanie sprawy „bez wzywania aresztowanych i bez przedstawienia zarzutów”?

– Ten pseudoproces nie miał nic wspólnego z praworządnością. Cała procedura wymagała wyłącznie wysiłku mięśni dłoni przy podpisywaniu list śmierci. Robiło to Kolegium Specjalne, tzw. centralna trójka: Wsiewołod Mierkułow i Bachczo Kobułow, czyli dwaj zastępcy Berii, oraz naczelnik 1. Wydziału Specjalnego NKWD Leonid Basztakow – zawodowi mordercy zza biurka, którzy od czasów Wielkiego Terroru w latach 30. decydowali o życiu i śmierci tysięcy ludzi.

Polaków skazali na śmierć hurtem jedynie na podstawie krótkich notatek, tzw. sprawek, sporządzanych w obozach i więzieniach. Na ich podstawie spisywano listy, które po podpisaniu przez „centralną trójkę” stanowiły podstawę do wykonywania egzekucji.

Wcześniej zadbano o logistykę – 21 marca Beria zwrócił się do ludowego komisarza transportu Kaganowicza o przygotowanie stosownej liczby wagonów.

Mordercy zza biurka, czyli tzw. centralna trójka NKWD: Wsiewołod Mierkułow, Bachczo Kobułow i Leonid Basztakow Fot. domena publiczna

Z dokumentów wynika, że w przypadku zachodniej Białorusi było ich ponad 150.

– Tak. Zapadła decyzja, że wszystkich więźniów z tego terenu, przetrzymywanych w różnych miejscach, należy przywieźć do więzienia w Mińsku. Przetransportowano tam więc 1500 osób z Brześcia, 550 z Wilna, 500 z Pińska i 450 z Baranowicz. To daje 3 tys. osób, a wiemy, że było 3870. Domyślamy się, że pozostali musieli już być na miejscu.

W Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie Sowieci przetrzymywali oficerów, policjantów i urzędników, a kogo w więzieniach?

– Beria określił to w rozkazie: chodziło o „członków kontrrewolucyjnych organizacji”, czyli konspiracji, która szybko pojawiła się po 17 września. Dalej: fabrykantów i „obszarników”, jak sowiecka propaganda nazywała właścicieli ziemskich i bogatszych rolników. Ale oczywiście również oficerów, policjantów i urzędników, którzy w czasie działań wojennych uniknęli niewoli i nie znaleźli się w którymś z trzech obozów.

Wiadomo, gdzie mordowano więźniów z „listy białoruskiej”?

– Prawdopodobnie w więzieniu wewnętrznym NKWD przy ul. Zachariewskiej 15, zwanym potocznie „amerykanką”, oraz w więzieniu przy ul. Wołodarskiego, gdzie do dziś mieści się zakład karny. Ale oczywiście tego do końca nie wiemy. W przypadku „listy białoruskiej” skazani jesteśmy wyłącznie na domniemania.

W Mińsku enkawudziści zabijali w taki sam sposób jak w obozach – strzałem w tył głowy?

– Nie sądzę, by stosowano inną technologię, bo ta była sprawdzona i dopracowana od czasu Wielkiego Terroru. Pomieszczenie, w którym wykonywano egzekucje, miało zwykle dwoje drzwi i obite było jakimś wojłokiem, żeby wytłumić hałas. Na podłodze leżały trociny ułatwiające sprzątanie. Oprawcy wprowadzali człowieka jednym wejściem i po postrzale prawdopodobnie zawijali czymś jego krwawiącą głowę. Następnie ciało wynosili drugimi drzwiami, a pierwszymi wprowadzali następną ofiarę.

Mówił pan, że skazani jesteśmy na domniemania, ale wiele wskazuje na to, iż Polacy z „listy białoruskiej” mogą leżeć w uroczysku Kuropaty na obrzeżach Mińska.

– Tak przypuszczamy. Podstawą są ekshumacje, które wykonano tam w ramach białoruskiego śledztwa jeszcze na przełomie lat 80. i 90. Wtedy na fali pierestrojki i głasnosti Michaiła Gorbaczowa zaczęto w Związku Radzieckim otwarcie mówić o zbrodniach stalinizmu. W 1988 r. ukazał się artykuł białoruskich historyków Zianona Pazniaka i Jauhiena Szmyhaloua zatytułowany „Kuropaty – droga śmierci”. Ustalili, że w latach 1937-41 w Kuropatach pogrzebano tysiące ofiar terroru. Tekst przedrukowały gazety ogólnokrajowe, o sprawie zrobiło się głośno. Na wniosek prokuratury odkopano osiem miejsc ukrycia ciał spośród zidentyfikowanych 510. W czterech znaleziono przedmioty należące prawdopodobnie do polskich obywateli. Świadczyły o tym marki firm, które je wyprodukowały. Był też grzebień ze wzruszającym napisem: Ciężkie chwile więźnia. Mińsk 25 04.1940. Myśl o was doprowadza mnie do szaleństwa. 26 IV Rozpłakałem się – ciężki dzień.

To potwierdza, że w Kuropatach grzebano Polaków nie tylko mordowanych przed wojną, w latach 1937-38 w czasie tzw. operacji polskiej, ale także później, już po sowieckim ataku na Polskę. Polak, który wygrawerował ten napis, żył jeszcze 25 kwietnia 1940 r., a w kwietniu trwały egzekucje katyńskie.

Białoruscy historycy sądzą, że miejsc pochówku jest więcej, prof. Igor Kuzniecow wskazuje kilkanaście lokalizacji w samym tylko Mińsku. Tam też mogą być pogrzebani Polacy.

Mimo polskich starań ani z Białorusi, ani z Rosji nie udało się uzyskać list rozstrzelanych w Mińsku. Polscy historycy są zdania, że one wcale nie zaginęły, że na pewno przetrwały do naszych czasów.

– Też tak uważam. Procedura zastosowana w Mińsku musiała być analogiczna do tej, jaką posłużono się na zachodniej Ukrainie. A na listach przekazanych nam przez stronę ukraińską widnieje adnotacja, że jedna kopia przechowywana będzie w archiwum republiki w Kijowie, a druga zostanie wysłana do Moskwy. Jesteśmy pewni, że według tego schematu postępowało też NKWD na zachodniej Białorusi. Jeśli nawet listy, które zostały w archiwum w Mińsku, spłonęły w budynku NKWD po zajęciu miasta przez Niemców w 1941 r., to drugie muszą być w Moskwie.

Jeśli tam są, to gdzie?

– W archiwum Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), ale być może też w archiwum prezydenckim, czyli „za siedmioma pieczęciami”. Nie wiadomo też, czy np. nie zrobiono odpisów tych list.

We wspomnianej notatce z 1959 r. Szelepin zwraca się do Chruszczowa, by zniszczyć dokumentację – ale nie istnieje dokument, który potwierdzałby, że została zniszczona. I to jest zdumiewające, bo jeśli ktoś pracował w posowieckich archiwach, a ja pracowałem, to wie, że są w nich nawet stare protokoły zniszczenia rachunków za środki czystości. Trudno uwierzyć, że nie zachowały się protokoły unicestwienia akt 22 tys. wymordowanych ludzi. Na własną rękę żaden pracownik KGB nie śmiałby ich zniszczyć. Dodatkowo w swojej notatce Szelepin zalecał zachowanie protokołów „trójki NKWD” – a w nich były nazwiska, imiona, numery spraw wszystkich rozstrzelanych. Jeżeli byśmy je otrzymali, to poznalibyśmy wszystkie ofiary zbrodni katyńskiej, w tym tych z więzień białoruskiej SRR.

Dlaczego nie chcą przekazać nam tych dokumentów?

– Brakuje woli politycznej.

Ale przecież na początku lat 90. była?

– Rzeczywiście, a przynajmniej była deklarowana. Ale nic z tego nie wynikło. Klimat szybko się zmienił. Białoruska prokuratura umorzyła prowadzoną sprawę karną już w 1995 r., a rosyjska Naczelna Prokuratura Wojskowa umorzyła śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej w 2004 r.

Trudno racjonalnie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego podjęto taką decyzję. Wydawałoby się, że sprawa jest oczywista, od tej zbrodni mija właśnie 80 lat i jeśli istnieją dokumenty, które mogłyby pomóc w wyjaśnieniu losu ofiar, należałoby je przekazać. Ale tak się nie dzieje.

Po ostatnich wypowiedziach prezydenta Władimira Putina dotyczących historii na współpracę z Rosją nie ma co liczyć. A jak do tej sprawy podchodzi dziś Białoruś?

– Prezydent Aleksander Łukaszenka w 2010 r. zapowiedział, że zaleci szukanie w białoruskich archiwach KGB dokumentów zamordowanych Polaków. Ale już rok później oficjalnie zaprzeczył, by na terytorium Białorusi dokonywano egzekucji Polaków. Natomiast w maju 2012 r. białoruskie ministerstwo sprawiedliwości ogłosiło, że nie ma czegoś takiego jak „białoruska lista katyńska”.

I ta wersja obowiązuje do dziś na każdym szczeblu administracji. Spotykałem się z różnymi urzędnikami, którzy mogliby pomóc w poszukiwaniach, ale rozmowa z nimi na ten temat nie ma sensu. Skoro prezydent powiedział „nie”, to znaczy „nie”.

Krzyże na zbiorowych mogiłach w uroczysku Kuropaty, gdzie mogą być pogrzebane ofiary NKWD z tzw. listy białoruskiej Fot. zbiory Macieja Wyrwy

Mimo że wiadomo, że w Kuropatach wykopano polskie przedmioty, w tym grzebień z polskim napisem?

– Tak. Mało tego, próbowałem kiedyś dowiedzieć się, gdzie te rzeczy są przechowywane. Bo my wiemy o nich tylko dlatego, że na przełomie lat 80. i 90., gdy jeszcze klimat był dobry, białoruska prokuratura dopuściła prokuratora Śnieżkę do dokumentacji prac ekshumacyjnych w Kuropatach. I on się wtedy dowiedział o wykopaniu tych przedmiotów. Ale nie mamy zielonego pojęcia, co się z nimi stało. Czy zalegają gdzieś w magazynie, czy zostały zniszczone? Polsce na pewno nie zostały przekazane.

Czy postępowanie Łukaszenki może być spowodowane lękiem przed reakcją Rosji? A może uznał, że na dłuższą metę ta sprawa może być wykorzystana w relacjach z Polską?

– Problem może być głębszy. Wydaje mi się, że Białorusini mają kłopot z przyznaniem się do udziału w Wielkim Terrorze i innych zbrodniach stalinowskich. Mogą myśleć tak: jeśli przyznamy, że na naszym terenie byli rozstrzeliwani obywatele polscy, to natychmiast odezwą się rodziny zamordowanych Białorusinów. Mogą też się bać ewentualnych roszczeń, z którymi mogliby wystąpić do władz Białorusi zarówno krewni ofiar, jak i państwo polskie.

A kwestia relacji z Rosją też zapewne odgrywa ważną rolę. Myślę, że co jakiś czas w przemówieniach Łukaszenki będzie się pojawiać kwestia „listy białoruskiej” na zasadzie szachowania Rosjan.

Polscy historycy, prawnicy i potomkowie ofiar od lat usiłują na własną rękę odtworzyć „listę białoruską”. Pan też pracuje nad tym od dawna. Co udało się ustalić?

– Tę pracę we wczesnych latach 90. rozpoczęli prokuratorzy, wspomniany Stefan Śnieżko oraz Aleksander Herzog. Pisali do wszystkich możliwych instytucji białoruskich i rosyjskich z prośbą o pomoc. W ustalaniu nazwisk pomagali też ludzie z sekcji poszukiwawczej stowarzyszenia Rodzina Katyńska w Warszawie. Ogromne zasługi ma także zmarły już pisarz i badacz Jędrzej Tucholski, niegdyś wicedyrektor Centralnego Archiwum MSWiA. Dzięki mim udało się ustalić 670 nazwisk prawdopodobnych ofiar z „listy białoruskiej”.

Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia, w którym pracuję, kontynuuje te prace. Czuję się trochę jak członek sztafety pokoleń. Udało mi się ustalić, że część spośród tych 670 osób nie była jednak ofiarami zbrodni katyńskiej. Cały czas uzupełniam listę. Zbieram ankiety od ludzi, którzy poszukują swoich bliskich zaginionych po 17 września 1939 r.

W 2015 r. Centrum wydało książkę z biogramami tych ludzi, ale to nie jest koniec pracy. Wciąż szukamy i będziemy to robić, dopóki nie poznamy pełnej listy, wszystkich imion i nazwisk.

W pana zestawieniu znalazło się 908 osób.

– Tak, podzieliliśmy je na trzy grupy w zależności od tego, jaką mamy pewność, że to jest rzeczywiście ofiara katyńska. W grupie najbardziej prawdopodobnej znalazły się 231 nazwiska, ale to było w 2015 r. W tej chwili jest ich już około 300. Te prawie 70 nowych osób udało się ustalić dzięki odzewowi rodzin po wydaniu książki.

O stuprocentowej pewności oczywiście nie może być mowy, ale jestem przekonany, że jeśli kiedyś uda się uzyskać z Rosji lub Białorusi autentyczną „listę białoruską”, to znajdziemy na niej większość naszych nazwisk.

„Lista białoruska” to biała plama w badaniu zbrodni katyńskiej. A czy są jeszcze inne?

– Wielu rzeczy wciąż nie wiemy. Marzymy o uzyskaniu teczek personalnych, które założono na pewno każdemu spośród prawie 22 tys. więźniów i jeńców. Wciąż nie znamy wszystkich miejsc pochówku, nie tylko na Białorusi, ale też na Ukrainie. Co jakiś czas pojawiają się nowe informacje, np. o tym, że nie wszystkich więźniów przewieziono do Mińska, bo niektórzy mogli przebywać akurat w szpitalu. Jednak po jego opuszczeniu nadal podlegali rozkazowi „o rozładowaniu więzień”, tymczasem transporty już odjechały. Prawdopodobnie w takich przypadkach wykonano ich egzekucję na miejscu, a ciała gdzieś zakopywano, nie wiemy gdzie.

Wciąż nie wszystko wiemy też o technologii zbrodni dokonywanej w samym Lesie Katyńskim. Przypuszczamy, że oficerów mordowano w więzieniu NKWD w Smoleńsku, prawdopodobnie też na daczy na terenie lasu, ale czy także nad dołami śmierci? Nie ma na ten temat potwierdzonych informacji. Jest jeszcze niewyjaśniona sprawa dołu numer 8.

O co chodzi?

– Kiedy w 1943 r. Niemcy odkryli mogiły katyńskie, jeden z dołów znajdował się poza terenem obecnego cmentarza. Na pewno były w nim szczątki wielu polskich oficerów – widać to na filmie nakręconym, gdy na zaproszenie Niemców do Katynia przyjechała delegacja francuska. Specjalnie dla nich odkryto ten grób i wyniesiono z niego trzy ciała, i nawet wiemy dokładnie czyje: chor. Michała Karlińskiego, pchor. Władysława Czarnuszewicza i pchor. Stefana Czarneckiego. Zostały wtedy przeniesione do innego grobu znajdującego się dziś na terenie cmentarza, a tamtego dołu nie rozgrzebywano dalej, tylko zasypano.

Natomiast w latach 90., gdy polscy specjaliści prowadzili w Katyniu prace ekshumacyjne, okazało się, że ten dół jest pusty. Znaleźli w nim pojedyncze szczątki kostne i kilka przedmiotów. Zwłoki zostały zabrane i nie wiadomo, co się z nimi stało. Parę lat temu pojawiła się informacja, że w Lesie Katyńskim prowadzono nielegalne wykopaliska – ktoś szukał zapewne przedmiotów, które dałoby się sprzedać. I ci nielegalni poszukiwacze natrafili na zwłoki w polskich mundurach w miejscu obok budki z urządzeniami elektrycznymi.

Sądzi pan, że w obecnej sytuacji politycznej są szanse na wyjaśnienie tych tajemnic?

– Myślę, że zna pan odpowiedź: na razie nie ma żadnych, ale trzeba próbować…


Podpisy do otwierającego artykuł zdjęcia:

Od góry, od lewej: Rudolf Kulikowski ur. w 1900 r., Korpus Ochrony Pogranicza; Stanisław Chmielewski ur. w 1900 r., Korpus Ochrony Pogranicza; Bolesław Wiktorowicz, ur. w 1897 r., plutonowy WP, księgowy z Grajewa; Paweł Czech, ur. w 1900 r., policjant z Zalesia w obwodzie Grodno; Teodor Ogrodowski ur. w 1901 r., Korpus Ochrony Pogranicza; Antoni Rachowiecki ur. w 1912 r., policjant z Warszawy; Jan Krochmalczyk ur. w 1900 r., policjant w Lidzie; Czesław Kiełbiewski ur. w 1894 r., oficer rezerwy WP; Ildefons Karwowski ur. w 1894 r., oficer WP, lekarz dentysta; Konstanty Jasiunas ur. w 1905 r., Korpus Ochrony Pogranicza; Jan Janczewski ur. w 1909 r., podporucznik WP, sędzia; Jan Poźniak ur. w 1895 r., działacz ruchu białoruskiego


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Monsey stabbing attack suspect declared unfit to stand trial

Monsey stabbing attack suspect declared unfit to stand trial

JERUSALEM POST STAFF


“I have stated from the very outset that, based upon my investigation, this was not an act of domestic terrorism,” said the suspect’s attorney.

A Jewish man walks near the area where 5 people were stabbed at a Hasidic rabbi’s home in Monsey, New York /  (photo credit: REUTERS)

The suspect accused of killing a man and stabbed four others with a machete during a Hannukah celebration in Monsey, NY has been declared mentally unfit for trial, according to The Journal News.

On Monday, US District Court Judge Cathy Seibel ordered that the suspect be treated at a suitable mental health facility to determine if he “will attain the capacity to permit criminal proceedings to go forward against him.” The treatment may not exceed four months and the Federal Bureau of Prisons will provide a report on any updates to the court within the first 30 days, according to the court order.

The suspect has not been cleared of the charges against him and will be held to see whether he will be able to understand the charges and assist in his own defense within the foreseeable future, The Journal News reported. The US Attorney’s Office in White Plains did not challenge the psychiatric evaluation of the suspect and agreed to the court order.

Federal prosecutors on Monday had filed a total of 10 hate crime charges against the suspect, saying he kept journals containing references to Adolf Hitler and “Nazi Culture.” The suspect pleaded not guilty to the charges. Each count carries a maximum prison term of life.

Josef Neumann, 72, who was critically injured in the machete attack last December, succumbed to his wounds last month.

Federal prosecutors have said Thomas targeted his victims because of their Jewish faith. In a criminal complaint filed in December, they cited journals they seized from the suspect’s home containing references to Adolf Hitler, Nazi culture and the Black Hebrew Israelites movement, identified by extremism experts as an anti-Jewish hate group.
The suspect’s attorney claims that the attack was likely an expression psychosis rather than bigotry.

“I have stated from the very outset that, based upon my investigation, this was not an act of domestic terrorism,” said the suspect’s attorney to ABC News following the ruling on Monday. “While others were making that claim and inflaming the public, I stated that Mr. Thomas had a long well-documented history of mental illness and that, tragically, this motivated his conduct in late December.”

The court order on Monday only affects the federal charges against the suspect, not the separate state charges which include six counts of attempted murder, three counts of assault, three counts of attempted assault and two counts of burglary. Judge Kevin Russo has not yet decided on the suspect’s competency to stand trial for the state charges.

The suspect’s attorney has a motion pending in the Rockland County Court to exhume Neumann’s body, although Neumann’s family did not want an autopsy conducted for Orthodox Jewish religious reasons, according to The Journal News.


Reuters contributed to this report.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel – May 10, 2020

News From Israel – May 10, 2020

  ILTV Israel News



Prime Minister Netanyahu is officially tasked with forming the next Israeli coalition.
Three quarters of the public offers support for the government’s response to the coronavirus.
Israelis finally begin to resume normal life– just in a very limited fashion.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


“Moczarski ani jeden dzień nie siedział ze Stroopem”.

“Moczarski ani jeden dzień nie siedział ze Stroopem”. Kto i dlaczego oskarżał autora “Rozmów z katem” o kłamstwo?

Anna Machcewicz


Wnikliwy raport ze spotkania ze zbrodniarzem czy… sprawozdanie z wywiadu, który się nie odbył? W słynnej książce „Rozmowy z katem” tym, co w szczególny sposób łączy byłego akowca i generała gestapo, jest wspólna cela. Jednak zdaniem niektórych mamy tu do czynienia wyłącznie z fikcją literacką. Czy to możliwe?

Foto: Wojciech Kondracki / PAP / Kazimierz Moczarski (drugi z prawej) zapoznaje się z aktami w czasie swojego procesu rehabilitacyjnego w 1956 r

  • Publicyści piszą z oburzeniem, że takiego działacza AK posadzili w jednej celi ze zbrodniarzem wojennym. Tymczasem Moczarski, jako dziennikarz, sam zgłosił chęć siedzenia ze Stroopem, żeby napisać książkę – twierdził kierownik Departamentu Śledczego MBP kierował Adam Humer
  • Reżyser Krzysztof Lang usłyszał, że Moczarski całą historię ze Stroopem wymyślił, w rzeczywistości nawet nie mogli się spotkać w jednej celi
  • Wersje dawnych ubeków są wzajemnie sprzeczne. Wspólna jest chęć, by rzucić oszczerstwo. Wrogość wobec Moczarskiego musiała być szczególna, bo okazał się więźniem wyjątkowo niepokornym

W czasie dwu i półletniego śledztwa Kazimierz Moczarski z pewnością wielokrotnie zmieniał cele. Opis jednej z takich „przerzutek” otwiera „Rozmowy z katem”:

2 marca 1949 r. Odział XI Mokotowa, warszawskiego więzienia. Właśnie przeniesiono mnie do innej celi, gdzie siedziało dwóch mężczyzn. Ledwo drzwi przyryglowano, zaczęliśmy się “obwąchiwać”, jak to więźniowie. Ci dwaj mieli chwilowo przewagę w układzie stosunków wewnątrzcelowych, bo byłem do nich dokwaterowany.

Nowi towarzysze Moczarskiego okazali się być Niemcami – oskarżonymi o zbrodnie wojenne. Gustaw Schilke, przedwojenny policjant z Hanoweru, w czasie wojny wstąpił do SS i miał stopień porucznika. Nazwisko drugiego więźnia budziło grozę. Generał SS Jürgen Stroop od 19 kwietnia do 16 maja 1943 r. przebywał w Warszawie, aby nadzorować pacyfikację powstania w getcie i deportację pozostałych przy życiu Żydów do obozu masowej zagłady w Treblince. Odpowiadał za okrucieństwo swoich podwładnych i za śmierć tysięcy żydowskich powstańców oraz mieszkańców getta.

Generał Jürgen Stroop był odpowiedzialny za likwidację getta warszawskiego i krwawe stłumienie powstania w getci / Foto: fot. domena publiczna

    • „Szedłem w ślad za życiem hitlerowca”

W podziemiu rozważano na niego zamach, a Moczarski uczestniczył w tych planach, zbierał informacje na temat rozkładu dnia, nawyków i przyzwyczajeń Stroopa, mogących ułatwić przeprowadzenie akcji. Do zamachu nie doszło. Stroop opuścił Warszawę. W 1945 r. został schwytany przez Amerykanów. Dwa lata później amerykański trybunał wojenny w Dachau skazał go na karę śmierci za inną zbrodnię – za wydanie rozkazu zamordowania wziętych do niewoli alianckich spadochroniarzy.

Wyroku na Stroopie nie wykonano, gdyż został przekazany Polsce. W celi na Mokotowie czekał na proces za zbrodnie popełnione na ludności polskiej i żydowskiej. Niemcy wzywani są na przesłuchania z rzadka, Stroop, w przeciwieństwie do Moczarskiego, korzysta z wyjątkowych jak na więźnia śledczego praw – otrzymuje od najbliższych listy i paczki, wychodzi na spacery.

Nazistowski zbrodniarz i oficer niepodległościowego podziemia przebywają razem w ciasnej celi przez 255 dni, od 2 marca do 11 listopada 1949 r., rozmowy są nieuchronną koniecznością, ucieczką od więziennej rzeczywistości. Obydwaj znajdują się w sytuacji ekstremalnej, niewyobrażalnie blisko i wystarczająco długo, by poznać się do głębi i opowiedzieć sobie całe życie. Ale to Moczarski jest dociekliwy: „jeżeli już jestem ze zbrodniarzami wojennymi, to niech ich poznam, niech próbuję rozłożyć na włókna ich życiorysy i osobowość” – napisał po latach w „Rozmowach z katem”.

W więzieniu mokotowskim przetrzymywano zarówno więźniów politycznych, jak i zbrodniarzy wojennych

Słuchałem opowiadań o miastach i wsi niemieckiej, o górach, dolinach, lasach, o życiu nie tylko miast, ale i rodzin, i poszczególnych jednostek. Przeżywałem zapach sieni i kuchni, pokojów jadalnych i salonów, knajp i ogrodów, bitew i tęsknot za Heimatem. Szedłem – były żołnierz Armii Krajowej – ślad w ślad za życiem hitlerowca Stroopa, razem z nim, koło niego i jednocześnie przeciw niemu.

Po opuszczeniu wspólnej celi czekały Moczarskiego kolejne lata więziennej egzystencji. W pewnym momencie umieszczono go na długie miesiące w izolatce. W tej samotności rodziła się niemal zwierzęca wrażliwość na dźwięki, zapachy, a myśli wypełniała przepastna pamięć, z której wydobywały się słowa i gesty Stroopa. Los pozwolił Moczarskiemu ocalić życie z rąk oprawców, a on znalazł w sobie dość siły i talentu, by opowiedzieć o tym niezwykłym spotkaniu. I wtedy jego prześladowcy spróbowali rzucić oszczerstwo.

Sam chciał czy w ogóle nie siedział?

Departamentem Śledczym MBP kierował Adam Humer. W niepodległej Polsce, w 1995 r. został osądzony za zbrodnie z czasów stalinowskich. W trakcie procesu do niczego się nie przyznawał, choć przez cały czas patrzył w oczy swym ofiarom – Marii Hattowskiej, Barbarze Sikorskiej, Stanisławowi Skalskiemu. Siedząc w więzieniu, zgodził się na rozmowę z dziennikarzem Piotrem Lipińskim (opisaną następnie w książce Humer i inni). Humer powiedział wtedy:

Publicyści piszą z oburzeniem, że takiego działacza AK posadzili w jednej celi ze zbrodniarzem wojennym. Tymczasem Moczarski, jako dziennikarz, sam zgłosił chęć siedzenia ze Stroopem, żeby napisać książkę. Siedział w celi, czasami czytał w kancelarii akta Stroopa. Szło mu się jak najbardziej na rękę. Całe jego rozmowy były pisane pod okiem naszych ludzi.

Lipiński pyta o świadków. Humer odpowiada: „Są, ale nie chcę mówić kto”.

Reżyser Krzysztof Lang na początku lat dziewięćdziesiątych nakręcił film o procesach generała Tatara, Utnika i Nowickiego. Wtedy rozmawiał z byłym dyrektorem X Departamentu Anatolem Fejginem. Usłyszał, choć wcale o to nie pytał, że Moczarski całą historię ze Stroopem wymyślił, w rzeczywistości nawet nie mogli się spotkać w jednej celi.

Generał Jürgen Stroop

Jeszcze inną wersję poznała Małgorzata Szejnert, gdy prowadziła dziennikarskie śledztwo dotyczące tajnych miejsc pochówku więźniów stalinowskich. Dotarła wtedy do Alojzego Grabickiego, od 1947 r. do roku 1954 naczelnika więzienia na Rakowieckiej. W książce „Śród żywych duchów”, niezwykłym zapisie niemal dwuletnich poszukiwań świadków zdarzeń, przytacza swą z nim rozmowę:

Drugie spotkanie z Alojzym Grabickim. Nadal monolog. (…) Fejgin i Różański mieli swój budynek na Mokotowie (po pierwszych większych ekstradycjach Niemców), do Grabickiego zaczął przychodzić urzędnik z nasłuchem. To, co w tym nasłuchu dotyczyło więzienia, naczelnik miał przekazywać do MBP ze swoim meldunkiem. Ale jeśli dotyczyło to budynku Fejgina i Różańskiego – to nie. Tego już nie miał meldować.

O Mokotowie nawygadywano i nawypisywano tyle kłamstw, że aż wstyd mówić. Na przykład Kazimierz Moczarski ani jeden dzień nie siedział ze Stroopem. Stroop cały czas przebywał sam, aż do wykonania wyroku. Moczarski wcale z nim nie rozmawiał, całą książkę napisał z akt. Moczarski to perfidny człowiek. Miał w więzieniu wszystko, jak biskup Kaczmarek. Cytryny, banany, pomarańcze. Dostawał to wszystko, bo sprzedawał ludzi.

Oszczerstwo za wszelką cenę

Trzeba więc zajrzeć do wielotomowych akt z procesu Stroopa. Są tam setki stron zeznań świadków, dokumenty przekazane przez Amerykanów i znany raport Stroopa dla Himmlera z walk przeciw powstańcom w getcie. Są też protokoły przesłuchań w śledztwie, oba dotyczą akcji w warszawskim getcie z kwietnia 1943 r. Żadne z tych materiałów nie mogły być kanwą Rozmów z katem.

Wersje dawnych ubeków są wzajemnie sprzeczne. Wspólna jest chęć, by rzucić oszczerstwo. Niezupełnie zgadzają się też fakty. Fejgin trafił do MBP dopiero w połowie października 1949 r. Wbrew twierdzeniom Fejgina, osadzanie uwięzionych Polaków z nazistami należało do stałego zestawu wyrafinowanych kar.

Tekst stanowi fragment książki Anny Machcewicz pt. „Kazimierz Moczarski. Biografia”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

W jednej celi z gestapowcem Erichem Engelsem znalazł się na kilka miesięcy Władysław Bartoszewski, razem z Ottonem Geiblem, szefem Policji Bezpieczeństwa i SS w dystrykcie warszawskim przebywał też Bogdan Deczkowski, żołnierz Kedywu. Oszczerstw nie sposób zweryfikować, ale mogą służyć do analizy mentalności ludzi zdecydowanych zniszczyć dobre imię swych ofiar.

Wrogość wobec Moczarskiego musiała być szczególna, bo okazał się więźniem wyjątkowo niepokornym. Walczył z władzą, która trzymała go w swoich rękach, i ostatecznie walkę tę wygrał. Fejgin trafił do więzienia niemal dokładnie wtedy, gdy uwolniono Moczarskiego. Za znęcanie się nad więźniami został skazany na dwanaście lat. Adama Humera tylko zwolniono z MBP w 1954 r. Nigdy nie mógł się z tym pogodzić.


Anna Machcewicz – doktor nauk społecznych, historyczka i dziennikarka. Związana z Muzeum Historii Polski i Europejskim Centrum Solidarności. Specjalizuje się w najnowszej historii Polski. Autorka książek takich jak “Bunt. Strajki w Trójmieście 1980” oraz “Kazimierz Moczarski. Biografia”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Remembering a Member of ‘Jewish Royalty’

Remembering a Member of ‘Jewish Royalty’

Ira Stoll


Morris Abram (left), chairman of National Conference on Soviet Jewry, with Ed Koch, former Mayor of New York City, and Natan Sharansky, former Prisoner of Conscience. Photo: Center for Jewish History via Flickr.

In need of a break from the grim coronavirus news? Here’s what I did, and I recommend it: Get a copy of, and read, Touched With Fire: Morris B. Abram and the Battle Against Racial and Religious Discrimination by David E. Lowe.

Morris Abram, who died in 2000 at age 81, is a great American story. From a childhood in the small town of Fitzgerald, Georgia, Abram rose to argue, with Robert Kennedy, before the US Supreme Court the 1963 civil rights and voting rights case of Gray v. Sanders, in which the court endorsed the standard of “one person, one vote.”

His life is also a great Jewish story. He had no bar mitzvah, and his first marriage was solemnized by both a Reform rabbi and a second ceremony by a Methodist pastor. His daughter Ruth Abram is quoted in the book responding to a question about what role Judaism played in their family life: “Hardly any.”

Yet after a summer stint on the staff of the chief prosecutor at the Nuremburg trials of Nazi war criminals, Abram’s trajectory eventually changed. He wound up as president of Brandeis University, president of the American Jewish Committee, chairman of the National Conference on Soviet Jewry, and chairman of the Conference of Presidents of Major American Jewish Organizations — “Jewish royalty,” as the Conference of Presidents’ Malcolm Hoenlein tells the biographer.

As Max Gitter, who was one of Abram’s partners at Paul, Weiss, puts it, “There’s a phrase in Yiddish; it’s actually in English as well. It’s a term of art; the term is ‘a good Jew.’ And a good Jew doesn’t mean an observant Jew. It’s a person who is an advocate for Jews. And a good person. And a good person for Jews and for everybody else. If I had to write a book about Morris Abram I would describe him simply as a good Jew.”

Steven Bayme, a longtime American Jewish Committee staffer, says that Abram “became increasingly conscious of the degree of hostility Jews faced, increasingly proud of what Jews had done as a people, and increasingly convinced that the Jews cannot relax their guard, but the key to Jewish survival lies with strong Jewish identity, Jewish education, Jewish culture.”

Abram’s Jewish identity informed his legal practice. Gitter recalls:

Morris would tell the story of when he argued some important case early in his career. In the course of the argument, he used “dayenu,” Hebrew for, “it would have been enough,” to say, a fortiori, my client is innocent. He kept repeating “dayenu” [i.e., even this would have been enough to acquit]. He ran into the chief judge at some function after the argument and the judge said to him in a very deep southern accent, “DA-EINU!” So, he obviously made an impression on that judge.

Lowe, admirably thorough and sensitive, even turns up a 1951 Georgia Bar Journal article in which Abram summons biblical arguments against the county unit system that was eventually outlawed in Gray v. Sanders.

After a stint serving President George H.W. Bush as American ambassador to the UN’s European headquarters in Geneva, Abram stuck around in Geneva and built an organization there, UN Watch, that was a watchdog against, among other things, anti-Israel bias.

Does Abram merit a full-length biography? Throughout it, there are tantalizing glimpses of what might have been — a possible run for the Senate from New York, a nomination to the Supreme Court if Senator Henry “Scoop” Jackson had won the presidency in 1976. Abram, New York campaign chairman for Jackson, is one of many prominent Scoop Jackson Jewish Democrats who eventually wound up in the Reagan-Bush camp.

Even though Abram never was elected to the Senate or named a Supreme Court Justice, his story is an inspiring one, well worth telling and reading. Dayenu — it’s enough that he rose from a humble background, won a signal Supreme Court victory, helped to free Soviet Jewry, and is remembered as both a good American and a “good Jew.”

Ira Stoll was managing editor of The Forward and North American editor of The Jerusalem Post. His media critique, a regular Algemeiner feature, can be found here.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com