These Jewish soldiers took part in the liberation of Europe from the clutches of Nazi Germany
During the Soviet era, the 9th of May – Victory Day – became the main national holiday of the U.S.S.R., celebrating the great motherland’s victorious triumph in the war against Nazi Germany. It is still celebrated today in Russia and other countries, while in Israel, many immigrants from the nations of the former Soviet Union also mark the holiday with various parades and events (many other countries, including the U.S. and U.K., celebrate a variation of the holiday, VE Day – Victory in Europe Day – on the 8th of May).
The Central Archives for the History of the Jewish People at the National Library of Israel is revealing rare images of Jewish heroes and heroines of the Red Army during World War II. The images were found thanks to a special documentation project being conducted by the Central Archives, in collaboration with the Eva Jewish Charity Organization based in St. Petersburg, Russia, which provides homecare services and various social and cultural activities for the elderly. In the course of the project, family photo albums are scanned and supplementary documentation is also collected.
Many Jews took part in the war effort against Germany and the Axis nations during World War II, and around 250,000 lost their lives as a result. Their story has been somewhat overlooked because of the dominance of the Holocaust in Jewish collective memory of the war period. Even the “Heroism” ethos of Israel’s Holocaust Remembrance Day (Yom HaShoah) emphasizes the role of the Jewish rebels in the ghettos and the Jewish partisans. The contributions of the many Jews who took part in the war itself are often forgotten.
In these family photo albums, the place of Jewish soldiers in the Red Army is emphasized. Sometimes the fallen family member is a father of the album’s owner, and sometimes it is a long-lost aunt.
The Photographs
Israel Danilovich Stackelberg was severely wounded in battle in 1942. In the first photo he appears alongside the nurse who saved his life. In the second photo, he is seen with the soldiers of his company, holding a machine gun, and in the third he is wearing a medal. Captain Stackelberg fell on the frontlines in 1944 at Leningrad. His son Leonid brought the photographs to Daria Zacharova, who scanned them for the project.
The family of Gregory Meller brought forward the photograph below, in which he is seen adorned with medals. On the other side of the photograph, Meller wrote: “Me, right after the Battle of Stalingrad, December 1943”.
Many women also filled combat roles in the former Soviet Union, among them many Jewish women. One of these was Sofia Zacharovna Golovinskaya (1909-2005). During the siege of Leningrad, Sofia was drafted into a military fire-fighting unit, in which she served for more than a year, until the siege was lifted. After the siege she received training to join a bomb-removal squad in the engineering corps, and worked to locate and disarm mines that had been placed in strategic locations throughout the city during the siege, to be used in case the Germans were able to force their way into the city. Afterwards, in May 1944, she joined the local air defense regiment. Sofia disarmed 750 mines, and was awarded a citation and five medals for her contributions. Sofia made aliyah and arrived in Israel in 1994.
On the right: Sofia Zacharovna Golovinskaya
Mayor Smuelovich Kalibko was drafted into the army, despite being short-sighted. He took part in the conquest of Berlin in May, 1945. In the picture below he is seen with a friend, on Berlin’s Kaiser Wilhelm monument.
On the left: Mayor Smuelovich Kalibko
recomended by: Leon Rozenbaum
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
25 maja 2017, Oświęcim. Dagmar Kopijasz z Fundacji Pobliskie Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau (Fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta)
Wózek, którym transportowano zwłoki do krematorium, po wojnie służył do wożenia siana, umywalkę więźniów przerobiono na poidło dla krów
*
W centrum Oświęcimia, między blokami, stoi drewniany budynek sklecony z desek dawnych baraków obozowych, papy, cegieł. Otoczony chwastami, zardzewiałym drucianym płotem. Młode pokolenie przeprowadziło się do murowanego domu stojącego obok. Chcą mieć porządek na działce, stary budynek kazali rozebrać.
Stoję w starym domu w kasku, roboczych rękawicach, wyrywam z podłogi deski i pod nadzorem Dagmara Kopijasza pieczołowicie je ustawiam.
Dagmar, czterdziestopięciolatek, postawny, szeroki w ramionach, pewny w ruchach, kilka lat temu już z ulicy rozpoznał, że to wszystko zbudowane zostało z poobozowych desek, i czekał, aż właściciele się zgłoszą, by mógł choć część z nich zabrać.
Zaczęło się w 2014 roku, w Harmężach pod Oświęcimiem, od pewnej starej kobiety, która miała na podwórku barak z obozowych desek. Pierwszy, który Dagmar rozebrał.
– Ciekawe – mówi, rozglądając się po ruinie, w której stoimy. – Pierwszy raz widzę, by ktoś ściany baraku położył na suficie.
Kopijasz odtwarza w wyobraźni proces budowy tego domku.
– Po wojnie cała rodzina pewnie poszła do obozu w Brzezince, z którego uciekli już esesmani, a resztka więźniów szukała życia… Widzisz… – Pokazuje płytę ścienną. – To moduł z obozu, charakterystyczne deski, oryginalnie malowane, tu jakiś szlaczek kolorowy, pewnie lamperia. Może mieszkał w tym kapo, bo oni sobie ozdabiali ściany, by mieć w obozach namiastkę domu. Musimy to wszystko rozebrać do fundamentów.
– Po co?
– Bo to świadkowie. Muzeum Auschwitz tego nie chce, więc biorę, zachowam, ocalę. O, to jest deska z szafki obozowej. Poznaję po dziurach na haki, na których wieszano torby. Płyty są ocieplane w środku: deska, papa, deska i ramiak, czyli komora z powietrzem. Może też być tak: deska, papa i wióry drzewne albo suprema, która jest świetnym izolatorem. Dodawano do niej popiół.
– Jaki popiół? – pytam.
– No… Wiesz…
– Nie wiem. Nie…?
– Tak.
– Popiół z krematorium?
– Tak.
– Jako ocieplenie? Nie wierzę.
– Mam ci to wszystko rozebrać i pokazać kawałki kości? Zajmuję się takimi barakami od lat. Wiem, widziałem.
Przestaję się opierać o tę ścianę.
– Akurat w tej mogą być trawa morska i papier woskowy.
W jednym z pokoi jest stół warsztatowy zrobiony z sześciu długich desek, które były ścianami obozowego baraku. Podważamy delikatnie, by nie połamać, zanoszę je na stertę.
– Raz rozbierałem barak, a dziadkowie stali obok i opowiadali, jak go budowano: na plecach przenosili z obozu każdą deskę. Trudno ci to zrozumieć? To wyobraź sobie, że miałeś dom, przyszli Niemcy, dali ci kwadrans, byś się wynosił. Rozebrali twój dom i zrobili z niego baraki obozowe. Wracasz po wojnie, jesteś bezdomny, nie ma nic, więc bierzesz, co jest. Ludzie poszli do obozu, by odzyskać swoje domy. Niektórzy w obozie, w tych barakach, rozpoznawali swoje deski, cegły i, jak w Ikei, składali je później do kupy, jak im wyobraźnia podpowiadała. O, to jest fajne…
Na desce ktoś napisał ołówkiem „15”. Czyli stolarz obozowy znaczył jakiś wymiar. Dla Dagmara to unikat.
– Ale mamy deski, na których są rysunki więźniów. Na jednej cyrylicą ktoś napisał „Ukraina”. Mam też płytę z baraku, w którym komendant obozu Höss trzymał swojego konia.
Musimy podeprzeć dach, by nie runął nam na głowy, bo ugina się do środka.
– Ściągniemy szczyt, instalacje i resztę. Za dwa dni będzie tu tylko trawa.
Żeby przewozić wielkie płyty obozowe, Kopijasz kupił samochód dostawczy. Płyta wchodzi tylko do volkswagena, auta marki wymyślonej za Hitlera.
– Są płyty typu szwajcarskiego, czyli birkenau, i typu końskiego, czyli pod stajnię. Przez lata zbierania trochę się nauczyłem i rozpoznaję je już z daleka. Samych końskich było jeszcze osiem podtypów, różniły się oknami, kształtem.
Popatrzę, popytam, czegoś się dowiem
Dołącza do nas kominiarz, znajomy Dagmara. Dagmar już nie pracuje w swoim wyuczonym fachu, ale chłopaki mu pomagają.
W Oświęcimiu nadal jest pięciu kominiarzy, z dwoma współpracuje. Zaprzyjaźnieni złomiarze też podrzucają poobozowe artefakty.
Idziemy do samochodu, zaglądamy na pakę. Drewniane skrzynki z metalowymi wykończeniami i napisami „MBP”.
– Co to jest? – pyta Dagmar.
– Nie wiem. Na strychu ktoś miał, wyglądają na tranzytowe, może ze statku?
– Ile chcesz?
– Pięć dych za wszystkie.
– Dobra, ale zapisz mi na zeszyt.
– Znowu?
– Skąd ci wezmę?
– Wszystko chce na zeszyt, he, he, jakbym miał to podliczyć…
– Było coś barakowego?
– Kobieta mówiła, żeby jeszcze przyjechać, będzie porządek robiła. A na Monowicach jest taka, która pomagała więźniom. Miała wtedy dziesięć lat, jedzenie im nosiła, esesman jej z kolby przywalił.
– Też zbierasz? – pytam kominiarza.
– Ale dla Dagmara… A u jednej babci widziałem łóżko, wygląda na obozowe… Mam jeszcze dziadka, ponad dziewięćdziesiąt lat, na Zaborzu… Jak chodzę po ludziach, czyszczę kominy, to zawsze popatrzę, popytam, czegoś się dowiem. Dla Dagmara. Znamy się piętnaście lat, jeszcze z czasów, jak był kominiarzem. Ostatnio jedna babka, której komin przepychałem, mówi: „Klapa się panu nie domyka w samochodzie”. Mówię jej, że to przez taboret obozowy, że się nie mieści. Nie chciało mi się u niej siedzieć, ale powiedziała, że ma papiery dziadka z Mauthausen. Przyniosła kartę zwolnienia, były tam też listy z obozu, znaczki z wronami, na oryginalnych drukach, zdjęcia po wyzwoleniu. A do tego jeszcze opowieść, że dziadek miał przez całe powojenne życie jeden widelec i jedną łyżkę, tylko dla siebie, i nie pozwalał ich nikomu dotykać.
– Redaktor, patrz! – woła Kopijasz. – Ta płyta pokryta jest cienką warstwą azbestu, nieprzemakalna. Znaczy, że służyła w obozowej umywalni albo łaźni. Trzeba z niej ściągnąć kable, gwoździe i rurki. Piękna płyta! Oryginalna malatura, szlaczek dwukolorowy, czyli z baraku esesmanów lub kapo. Jest też przełącznik prądu, bakelitowy.
– Ostatnio w Libiążu trafiłem do chałupy, wchodzę do kotłowni, a przed piecem stoi taboret obozowy – mówi kominiarz. – Gość ma dwa, ale nie odda… Bo taborety obozowe są bardzo trwałe, stabilne.
Wystarczy poczekać, ziemia odsłoni
Dziadek Dagmara pochodził z pobliskich Brzeszcz, babcia urodziła się na Śląsku. Matka Kopijasza była sprzedawczynią w sklepie jego dziadka, ojciec dowoził tam oranżadę – tak się poznali. Dziadek, jak wielu mieszkańców Brzeszcz, dokarmiał więźniów, gdy wychodzili z obozu do przymusowej pracy.
– Jak miałem sześć lat – mówi mi Dagmar, gdy jedziemy przez miasto jego volkswagenem – to klocki Lego wymieniałem na stare monety, słodycze na karabinowe łuski. Skończyłem tu zawodówkę prowadzoną przez salezjanów, odlewnictwo artystyczno-precyzyjne. Po pierwszym półroczu zostałem sam, bo rodzice wyjechali do pracy do Niemiec. Mówiłem im, że ni chuja, nie ruszam się nigdzie, bo jestem Polakiem. Były to lata dziewięćdziesiąte, rodzice przysłali mi dokumenty, dzięki którym miałem do nich pojechać, ale zrobiłem ognisko, wjebałem tam te papiery i świętowałem. Dlaczego? Nie wiem. Może przez książki o partyzantce, o wojnie, które wypożyczałem z biblioteki. Bo byłem odludkiem. Zamykałem się w domu i czytałem.
Pytam o pierwsze rzeczy z obozu, które zgromadził.
– Dwie szafki, oficerska ze znaczkiem SS, a druga zwykła, w wersji pracowniczej. Miałem wtedy ze dwadzieścia lat. Pierwszy barak? Raz kumpel przychodzi i mówi, że rozbiera jakiś dom, no to proponuję, że pomogę, za darmo. A potem pomyślałem, że ten barak jakoś na mnie działa, że może coś z tym zrobię. I tak się zaczęło. Potem trafił się wakat kominiarza, więc poszedłem, a jak już się ludziom wchodzi na dachy, przez strychy, to te strychy nęcą, żeby po nich poszperać. Czasami kilka lat się kręcę koło jakiegoś domu, nim ludzie zdecydują się mnie wpuścić. Gdy już przychodzę i widzę, że jest tam coś z obozu, to nie mówię, że wiem, bo podaliby wtedy większą cenę albo wciskaliby, że wszystko jest z obozu. Po prostu patrzę, biorę i nie mówię. Kiedyś ludzie niechętnie przyznawali, że coś mają. Teraz zaczyna ich to boleć, czują, że warto te rzeczy oddać. Pamiętam pewien dom zbudowany z baraków obozowych. Idę na strych, a tam lalka, ciuchy, buty. Gospodarz mówi: „Głupio, panie, było ubrać w to dzieci, lepiej, jak biegały boso”. Wiedział, że to z obozu.
Nie stać go na renowację każdego przedmiotu, choć są wśród nich historyczne skarby. Nie miał pryczy obozowej, ale pewnego dnia dostał stolik kawowy, który dziwnie wyglądał. Okazało się, że jest zrobiony właśnie z pryczy. Zostawił go tak, by pokazać, jak ludzie po wojnie wykorzystywali obozowe artefakty. Ma taboret z willi Hössa, biurko z jego piwnicy i walizeczkę.
– Taboret jest ergonomiczny, wygodny, bardzo przydatny, ludzie niechętnie takie sprzedają. Kupiłem ich już kilkadziesiąt i o każdym krąży legenda, że Höss stał na nim, gdy go wieszali.
Zawsze chciał mieć drewniaki więźniów, szukał ich latami. Pewnego dnia wchodzi na czyjś strych, a tam cała sterta drewniaków, bo dziadek z tego domu za wódkę od ruskich je kupował. Po co? Nie wiadomo.
Ma różne metalowe części z krematorium, ale długo szukał drzwiczek od pieca. Gdy pytam, co to znaczy „szukać”, bo przecież to eksponaty zabytkowe, odpowiada, że wszystkie gdzieś leżą, pochowane, wystarczy poczekać, aż odsłoni je ziemia albo czyjaś pamięć.
Pojechał do znajomego, który burzył starą stodołę. Fundamenty betonowe, wzmocnione jeszcze jakimiś szamotowymi kształtkami, by stodoła mocniej stała.
– Załadowałem szamoty do auta, by sprawdzić później, czy to nie z obozu. Ujechałem pięć kilometrów, zaczyna potwornie śmierdzieć. Zatrzymuję się, wietrzę. Dowiozłem do siebie, pytam znajomego z muzeum, a on mówi: „Dostały powietrza, ciepła i parują ludzkim spalonym tłuszczem, bo to ruszty z Birkenau, z krematoriów”.
Ma też pogrzebacz z krematorium, który znalazł przy dole z popiołami.
– Mam przedmioty, z którymi sobie nie radzę, nie wiem, jak pokazać je ludziom. Na pewnym strychu znalazłem stare materace, dziurawe. Wkładam rękę i wyciągam pukle włosów: blond, czarne, siwe, długie i krótkie. Dałem do zbadania: jedna trzecia ludzka, tyle samo zwierzęcych i sztuczne. Albo kołyska. Zrobiona przez więźniów na zamówienie esesmanów w prezencie dla ich kolegi, na urodzenie dziecka. Młody ojciec pracował na rampie przy transportach, został zastrzelony przez więźniarkę, która zabrała drugiemu esesmanowi pistolet. Odkupiłem kołyskę od gościa, w którego domu mieszkał ten esesman. Stała na strychu.
Kołyska należała do Wilhelma Emmericha, który w październiku 1943 roku został postrzelony przez Żydówkę, tancerkę Franciszkę Mann, w rozbieralni, przed wejściem do komory gazowej.
Gdzie Dagmar to wszystko trzyma? Najpierw prowizoryczny magazyn urządził w domu.
– Zastawę stołową z Waffen SS przez pewien czas trzymaliśmy z Agnieszką w skrzyni łóżka, by nikt jej nie stłukł. Co tak dziwnie patrzysz? Okej, to wariactwo, ale bardziej boli, że nie mam na rachunki. Partnerka mnie wspiera, jest urzędniczką, poznaliśmy się na kursie dla nurków. To ona trzyma to wszystko na swoich barkach, bo z jej pensyjki żyjemy. Mówi, że jestem marzycielem, ale mnie wspiera.
Dzisiaj większość artefaktów trafia do jednego z pięciu magazynów, które Dagmar wynajmuje. Ale część z nich mogą zobaczyć turyści.
Powojenne drugie życie
Jest w Brzeszczach budynek, który przed wojną był szkołą, a hitlerowcy zamienili go na budynek karnej kompanii. Trzymali w nim Żydówki z Francji. Gdy blisko sto się zbuntowało, do pacyfikacji wezwano niemieckie więźniarki, kryminalistki. Francuzki zostały zaszlachtowane jednej nocy. Krew kobiet przeciekała przez sufity, wsiąkała w podłogę na dole. Po wojnie w tym budynku powstała szkoła, po niej było w nim przedszkole.
Przedszkole zamknięto, bo w Brzeszczach rodziło się za mało dzieci, a Kopijasz urządził w nim muzeum, gdzie mógł wreszcie wystawić zbierane latami eksponaty. Dzisiaj to jasny budynek z wysokim strychem. Kopijasz wstawił gabloty, a do nich – obozowe artefakty. Oglądam pastę do butów, spinki do włosów, staniki robione z pasiaków. Jest mała zabawka, Myszka Miki, o której pisano na całym świecie, bo została wyciągnięta z dołów z popiołami. Gdy ktoś ją przyniósł Kopijaszowi, on myślał, że to żart, ale okazało się, że to przedwojenna Myszka Miki z porcelany, wyprodukowana w Niemczech. Przyjechała z jakimś dzieckiem i z nim trafiła do dołu. Jest tu też puszka po francuskim mleku w proszku, są lekarstwa, buciki dziecięce, drewniany konik wykonany przez więźnia, okrwawione bandaże, buty zrobione z gumy wyjętej z taśmociągu – bo więźniowie chodzili we wszystkim, nawet w sukniach balowych, które przyjechały w walizkach arystokracji. Jest pasiak z dziurą, którą wygryzł pies, a numer na pasiaku pozwolił określić, że należał do Willy’ego Berlera. Jest nawet kawałek wyschniętej kiełbasy, pociętej cienko jak papier. Znajdą się tu taborety obozowe, fotel ginekologiczny. Jedno pomieszczenie zajmuje skrzydło samolotu zestrzelonego w 1945 roku.
Ale najciekawsze eksponaty Dagmara to te, które dostały po wojnie drugie życie.
Są grabie z obozu, które po wojnie służyły mieszkańcom przy sianokosach.
Umywalka więźniów przerobiona na poidło dla krów, które jęzorami wyżarły porcelit.
Beczka obozowa, w której stała woda z lizolem. Więźniowie wchodzili do niej, by się odwszawić. Po wojnie miejscowi używali jej w gospodarstwie.
Jest wózek, którym członek Leichenträgerkommando transportował zwłoki do krematorium. Po wojnie ten sam mężczyzna wrócił do obozu i zabrał wózek, by przewozić nim siano.
Na placu za muzeum Dagmara stoi walec z betonu, którym w Birkenau więźniowie utwardzali drogi. Jeśli któryś osłabł i upadł, walec go miażdżył. Po wojnie służył lokalnemu klubowi sportowemu do walcowania trawy na boisku.
Turystów brak
Kopijasz ma jeszcze jedno muzeum, malutkie. To ledwie pokoik na tyłach parkingu autobusowego przed Bramą Śmierci w Brzezince.
Trudno do niego trafić, żadnych oznaczeń, trzeba iść na tyły nowego budynku, w którym jest restauracja dla turystów, i schodami do góry. W tym muzeum znaleźć można między innymi szafę obozową jeńców brytyjskich, kurtkę amerykańskiego pilota, słownik angielsko-niemiecki, dokumenty pracowników zakładów IG Farben, lekarstwa, starą strzykawkę, worek na kauczuk, kurtkę roboczą, blaty stołów ze stołówki IG Farben, drewniaki pokryte skórą, kartoteki osobowe pracowników przymusowych (turystka z Niemiec znalazła w kartotece nazwisko swojego przodka).
– Czego ci jeszcze brakuje?
– Rozejrzyj się.
Patrzę wokół, wszystkiego jest tyle, że nie mam pojęcia, o co może chodzić.
– Turystów. Musiałem wziąć kredyt, by zapłacić ludziom, nim ich zwolniłem. Wynajmuję to pomieszczenie od gminy. Miałem pracowników, roznosili ulotki, ale touroperatorzy niechętnie prowadzą do mnie. Boją się, że nie będą mieli dobrych układów z muzeum Auschwitz.
Nie rozumiem.
– Założyłem fundację, ale muzeum niechętnie o nas mówi. Nie lubi konkurencji. Pięćdziesiąt złotych kosztuje wejściówka do muzeum z przewodnikiem, bo samemu nie ma sensu, ktoś to musi opowiedzieć. Preferują grupowe wycieczki, mają ponad dwustu przewodników. Indywidualnie wejdziesz tylko wcześnie rano albo po południu. Nie wiem, może te moje miejsca są nieciekawe, może ja nie potrafię tego sprzedać? W czym tkwi problem? Muzeum zarabia na krematoriach, na jedzeniu, spaniu, sikaniu. Co my źle robimy?
Na tyłach muzeum Auschwitz stoi wielka drewniana kantyna z czasów obozowych. Była dla strażników dyskoteką, barem, knajpą, działała całą dobę, by ukoić nerwy między snem a gazowaniem ludzi. Obok stoją zbudowane jeszcze przez Austriaków pralnia i koszary, z których zrobiono obozową piekarnię, drukarnię, a potem magazyny.
Kopijasz w 2016 roku wpadł na pomysł, by zrujnowany, ledwie stojący, olbrzymi drewniany budynek kantyny wskrzesić i przypomnieć jego historię.
Muzeum Auschwitz nie było zainteresowane, więc Kopijasz wystąpił o państwowe dotacje na renowację i wziął prywatnie kredyt. Stoimy przed budynkiem, który wygląda jak gigantyczna stodoła. Jest zimno, chucham w ręce.
– Był już dyrygent, oglądał to miejsce przed próbą – mówi Kopijasz.
– Próbą czego?
– Zbieram środki, chcę zaprosić polityków i zagrać w kantynie z orkiestrą oryginalne marsze obozowe. Zaadaptujemy nuty, które znalazłem, wiesz, typowo niemiecki folklor, muzyka, która była grana w obozie dla strażników. Mi nie podchodzi, trzeba to lubić.
Obozowa kantyna należąca do Fundacji Pobliskie Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau. Oświęcim, 25 maja 2017 Fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta
W kantynie znajdują się oryginalne deski, oryginalne są też malatura, stolarka drzwi i okien. Po wojnie budynek przejął zakład tytoniowy, używano go, podobnie jak w czasach obozu, jako stołówki zakładowej. Potem był tu magazyn zboża. Po upadku PRL kantyna niszczała, ale to solidna konstrukcja. Kopijasz ma nadzieję, że skoro do jego trzech malutkich muzeów trudno przyciągnąć turystów, to chociaż kantynę będą chcieli zobaczyć.
– O, zobacz. – Dagmar pokazuje na lewe skrzydło kantyny. W środku wydaje się jeszcze większa, jak hangar dla samolotów pasażerskich. – Tam był bar, lali piwo, a tam, na scenie, koncerty, teatr, walki bokserskie, na niej przemawiał Himmler. Nad wejściem, w środku, były malowidła: na jednym rodzina esesmana, żona, dziecko z Hitlerjugend. Trafiły do muzeum Auschwitz.
Zostało kilka przedmiotów. Jako że stołówka miała obsłużyć tysiąc osób, są stołki, zastawa, filiżanki, sztućce… Wszystko sygnowane znakami SS. Jest lampa w bawarskim stylu – boczne ramiona, kute kwiaty.
Nad sceną metalowy wałek – to zwijany ekran. Bo było tu też kino. Na scenie budka suflera, a nad nią sufit niebieski jak niebo. Na zewnątrz widać metalowe klamry, które spinają deski. Ręczna kowalska robota. Być może zrobił je w 1941 roku Jan Liwacz, który wykuł też napis „Arbeit macht frei”.
Mam takich dużo
Wracamy dalej rozbierać barak. Chcę wsiąść do auta, otwieram drzwi, na nogę spada mi biała osmalona gałka.
– Coś ci w drzwiach zepsułem – mówię.
– Nie, to izolator z drutów obozowych.
– Z drutów, na które ludzie…?
– Taaa, z Birkenau, dużo mam takich… Uśmiecha się, wrzuca bieg. Za szybą leżą jakieś poskręcane kawałki metalu, szkiełka laboratoryjne. Nie pytam już, skąd to.
Tytuł, śródtytuły i skróty od redakcji
Książka Marcina Kąckiego „Oświęcim. Czarna zima” ukaże się wkrótce w wyd. Znak
Okładka książki Marcina Kąckiego ‘Oświęcim. Czarna zima’, wyd. Znak
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
Islamic state fighters and their families walk as they surrendered in the village of Baghouz, Deir Al Zor province, Syria March 12, 2019. Photo: REUTERS/Rodi Said.
Coronavirus isn’t the only threat Europe is now facing. On Friday, police in Spain arrested a Moroccan man on suspicion he was planning a terrorist attack in Barcelona. According to local police, the suspect has links to the Islamic State, but became even further radicalized after the lockdowns began in response to the coronavirus pandemic.
He was the second Islamist terrorist apprehended by Spanish police in two weeks.
This latest arrest also comes only days after extremists in the Netherlands threatened to assassinate popular Moroccan-Dutch DJ Morad El Ouakili over his radio program, “Ramadan Late Night.” El Ouakili’s crime: playing music, which extremist Muslims consider haram, or forbidden, during the holy month of Ramadan.
Such threats and plots are precisely what authorities for the Netherlands’ two intelligence and counter-terrorism agencies, the Algemene Inlichting-en Veiligheids Dienst (AIVD) and the National Coordinator Terrorismebestrijding en Veiligheid (NCTV), warned of in recently-released reports on the terror threat in 2019.
Both reports note the ongoing dangers ISIS and Al-Qaeda continue to pose to Western targets, and the threats the spread of their ideologies present to Western enlightenment values such as free speech and appreciation of the arts.
Jihadist terrorism remains the greatest menace to Western security, even in the face of rising far-right and white supremacist movements, both the AIVD and NCTV determined. While the number of Islamist attacks in Europe has continued to decrease significantly from its record 2017 high, this has largely been thanks to the sharp work of investigators and counter-terrorism agents, who interrupted numerous plots throughout 2019. But the threat of extremism continues, observes the AIVD, including from those whose behaviors “may not be criminal, but remain at odds with our democratic order and ideals, and threaten to undermine them.”
The NCTV report similarly notes that Salafists, whose numbers are increasing in Europe through heavy recruitment efforts online as well as in mosques and even schools, “spread an anti-democratic and intolerant ideology and attempt to force their views in compelling and intimidating ways on Muslims who adhere to a less strict interpretation of Islam — thereby also limiting other Muslims in their enjoyment and practice of democratic freedoms.” Many of these Salafists were born and raised in the West, part of the second generation of Muslim immigrants, both the AIVD and NCTV report.
“They practically dominate the market on internet and social media,” the NCTV contends. Indeed, adds the AIVD, “although radical Salafists form an absolute minority, they have a disproportionately large influence within the Islamic communities of the Netherlands.” This is true as well in other countries such as Belgium and Germany.
Yet combating the influence of Salafist groups, the agency says, is difficult. In part, according to the AVID, this is because “the extremist character of their message isn’t always immediately clear.” Rather, Salafist recruiters work gradually, slowly convincing their followers to reject more moderate Islamic beliefs and to divorce themselves from the society of “infidels” in which they live.
Of particular concern in this regard are Islamic schools, many of which are financed by foreign governments, the AIVD says. The education children receive there gives them “a black-and-white vision of Islam and an anti-democratic perspective that estranges them from [Western] culture. In the long term, this can stress social cohesion, thereby undercutting democratic order.”
Over the past few years, hundreds of these Western Salafist youth traveled to the Islamic State in the hopes of building a society in keeping with their extremist ideologies. Now as many return home, intelligence agencies globally struggle to combat their influence on others. For the most part, returnees have been imprisoned, but their sentences tend to be relatively brief, and not without their own dangers. In March 2019, for instance, a man serving time in France on charges that include “condoning terrorism” attacked prison guards with knives. A similar attack took place January in the UK. Both cases, as well as another 2018 prison attack in France, have been designated as terrorism.
Further, some former ISIS sympathizers — even those who did not travel to the former caliphate — have staged attacks after their release from prison. In January, for instance, British authorities released Sudesh Amman, who had been jailed in 2018 for distributing terrorist propaganda. On February 2, Amman went on a rampage with a stolen machete, killing two people on the streets of South London before being fatally shot by police.
Others may not engage in violence themselves, the NCTV says, but instead take an active role mentoring others and forming international networks with fellow returnees they met in the Islamic State.
With the death of the late ISIS leader Abu Bakr al-Baghdadi, who killed himself during a raid by US forces last October, those networks may soon turn their attention away from Western targets in general, focusing more on Israel and the Jews. Abu Ibraham al-Hashimi al Quraishi, who replaced al-Baghdadi as ISIS leader, has expressed specific interest in attacks on Israel and on Jews worldwide. Quraishi, also known as Amir Mohammed Abdul Rahman al-Mawli al-Salbi, is described in The Guardian as “one of the most influential ideologues among the now depleted ranks of ISIS.”
In a 37-minute statement that circulated on social media, the new ISIS leader directed his followers to “incite their brothers everywhere to attack the Jews and slaughter them, inside Palestine and outside Palestine, and kill them wherever they can find them.”
This does not mean non-Jews are safe. According to the Middle East Media Research Institute (MEMRI), Al Quraishi also instructed his followers to “double the activity and increase the strikes. Write down the targets, draw up plans and booby-trap the roads, lay down IEDs, and spread out snipers and kill with silencers. Turn the infidels’ joy into funerals, and lie in wait for them everywhere.”
It seems the man just arrested in Barcelona heard that message. And the counter-terrorism experts of the Netherlands are sending a warning to the rest of us: others are listening — and plotting — too.
Abigail R. Esman is a freelance writer based in New York and the Netherlands. She is the author of Radical State: How Jihad Is Winning Over Democracy in the West (Praeger, 2010). Her next book, Rage: Narcissism, Patriarchy, and the Culture of Terrorism, will be published by Potomac Books in October 2020. Follow her at @radicalstates.
A version of this article was originally commissioned by the Investigative Project on Terrorism.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
Miłosz, Gomułka, Giedroyć i wielu innych… Wybitni pisarze i politycy, sławni kompozytorzy i policjanci, tym razem – jako żywi ludzie. Widziani bystrym okiem Stefana Kisielewskiego, ze wszystkimi ich śmiesznostkami, przywarami ale i wielkością, w jego błyskotliwych dykteryjkach. Niekonwencjonalnie oceniani przez Kisiela, który ich znał i pamiętał.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
Fragment okładki przedstawiającej kładkę w getcie warszawskim /autorka: Edyta Marciniak CHIDUSZ 2018
„KSIĄŻECZKĘ TĘ, KTÓREJ MASZYNOPIS PRZYNIÓSŁ MI NIEZNAJOMY, MŁODY AUTOR, JEDEN Z PRZYWÓDCÓW ŻYDOWSKIEGO POWSTANIA, PRZECZYTAŁAM JEDNYM TCHEM, NIE ODRYWAJĄC SIĘ OD NIEJ ANI NA CHWILĘ.
– JA NIE JESTEM PISARZEM – POWIEDZIAŁ. – TO NIE MA ŻADNEJ WARTOŚCI LITERACKIEJ.
JEDNAK JEGO NIELITERACKIE OPOWIADANIE OSIĄGA TO, CO UDAJE SIĘ NIE WSZYSTKIM ARCYDZIEŁOM. DAJE W SŁOWIE POWAŻNYM, CELNYM, POWŚCIĄGLIWYM, WOLNY OD FRAZESU PROTOKÓŁ ZBIOROWEGO MĘCZEŃSTWA, UTRWALA MECHANIZM JEGO PRZEBIEGU. JEST TAKŻE AUTENTYCZNYM DOKUMENTEM ZBIOROWEJ MOCY DUCHA, OCALONEJ Z NAJWIĘKSZEJ KLĘSKI, JAKĄ ZNAJĄ DZIEJE NARODÓW”.
Te słowa napisała Zofia Nałkowska w 1945 roku jako wstęp do Getto walczy Marka Edelmana. Dziś wydaje się, że mało kto pamięta o tej „książeczce”. Szkoda, bo Nałkowska nie pomyliła się w swojej ocenie, a Edelman przez całe życie powtarzał, że to, co miał do powiedzenia, powiedział właśnie tam.
GETTO WALCZY
Już sam tytuł tej książki wydaje się bardzo znamienny. Czy getto walczy? Z kim? W jaki sposób? W pierwszym momencie można pomyśleć, że chodzi o powstanie, ale jego opis pojawia się dopiero pod koniec opowieści Edelmana. Podtytuł brzmi Udział Bundu w obronie getta warszawskiego. A przecież wydaje się, że nikt getta ani nie bronił, ani nie obronił. Nawet powstanie ostatecznie nie z tego powodu wybuchło – w kwietniu 1943 roku na Muranowie na śmierć czekało zaledwie kilka procent jego dawnych mieszkańców.
A jednak Edelman nazywa swój tekst raportem z obrony getta i opisuje w nim działalność Bundu, robotniczej partii, w którą mocno był zaangażowany. Ciekawe, czy gdyby nazwał go wspomnieniami, zająłby inne miejsce w historii literatury? Osiąga w nim przecież to, jak pisała Nałkowska, co udaje się nie wszystkim arcydziełom. Uznana pisarka stawia go zatem w pewnym sensie ponad częścią najwybitniejszej literatury. Mimo to Getto walczy chyba w ogóle się tam nie zadomowiło.
BAŚŃ I PUENTA
Trzeba było Hanny Krall, żeby po trzech dekadach od wydania Getto walczy rozsławić Edelmana. Może to już czas, aby zapytać, czy Zdążyć przed Panem Bogiem również jest literackim arcydziełem? Lepiej, autentyczniej opowiada tę historię?
W rozmowie z Joanną Szczęsną na łamach „Gazety Wyborczej” Edelman powiedział: „To, co tam mówię, jest w porządku. Tylko że Hania lubi puentować od siebie zdanie, anegdotę, sytuację. A ja byłem zbyt skrępowany, żeby jej coś próbować poprawiać czy narzucać. I tak zostało”. To nie jedyny raz, gdy wspomina o puentowaniu, widocznie naprawdę go to uwierało. Puentyzm zdaje się być ważnym elementem baśniowego, patetycznego widzenia świata Hanny Krall. Uważna lektura jej tekstu prowadzi do wniosku, że pisarka szuka sensów tam, gdzie ich nie ma, usilnie uspójnia to, co przypadkowe.
Tymczasem Edelman pisze prosto, autentycznie, a przy tym nie boi się oceniania. Tej ocenie poddaje nie tyle ludzi, co sytuację. Obrazuje, jak się sprawy miały i dlaczego się wydarzały.
Gdy Joanna Szczęsna zapytała go o Getto walczy, odpowiedział, że książka „powstała nazajutrz po zakończeniu wojny, jeszcze różne rzeczy nie zatarły się w pamięci, jeszcze nie było żadnych politycznych korekt czy nacisków”.
WALKA
Getto walczy można czytać na wiele sposobów, ale dziś może warto skupić się na – wyeksponowanej w tytule – walce i obronie getta.
Poniżej znajduje się chronologiczny wybór cytatów z „książeczki” Edelmana, który ma ukazać tę walkę i obronę getta, główne wątki opowieści do momentu wybuchu powstania. Cytaty mają zachęcić do sięgnięcia po Getto walczy, ale też odpowiedzieć na pytanie, o co walczył Marek Edelman i jego towarzysze.
א
„7 września opuścił Warszawę prawie cały aktyw społeczny. Przywódcy polityczni, działacze społeczni, inteligencja pozostawili Stolicę własnemu losowi. Trzystutysięczna masa żydowska poczuła się bardziej niż inni bezradna i samotna. Wobec takiej sytuacji nietrudno jest Niemcom w krótkim czasie nad tą masą zapanować, gnębić ją represjami i doprowadzić do stanu biernej rezygnacji”.
Ukoronowaniem zakazów, ograniczeń i terroru pierwszych miesięcy okupacji jest niepisane prawo zbiorowej odpowiedzialności. „Tak więc w pierwszych dniach listopada 1939 roku rozstrzelanych zostaje 50 mężczyzn z domu Nalewki 9 za rzekome pobicie przez jednego z mieszkańców policjanta polskiego. Ten pierwszy wypadek zbiorowego morderstwa pogłębia jeszcze nastroje paniczne wśród Żydów. Strach przed Niemcami wzrasta do nieopisanych granic”.
ב
„W takiej atmosferze i w takich zmienionych kardynalnie warunkach Bund rozpoczyna, a właściwie kontynuuje swą społeczną i polityczną działalność. (…) Gigantycznym wysiłkiem jest dla nas już samo przezwyciężenie własnej rozpaczliwej apatii, wykrzesanie z siebie jakiejkolwiek aktywności, samo przeciwstawienie się ogólnej panice”. Partia pod przewodnictwem Abraszy Bluma dołącza do obrony Warszawy, tworząc żydowskie oddziały. Choć na początku września wraz z jej szefostwem wyjeżdża i redakcja dziennika „Folkscajtung”, pismo ukazuje się regularnie. Redaguje je między innymi Blum, który szybko wyznacza też nowe Centralne Kierownictwo Partii. „Uruchomione w czasie oblężenia jadłodajnie i kuchnie społeczne funkcjonują nadal”.
ג
„W czasie świąt wielkanocnych 1940 roku zostaje zorganizowany kilkudniowy pogrom. Niemieccy lotnicy werbują polskie męty, płacąc im po 4 zł za każdy dzień roboczy. Przez pierwsze trzy dni hulają bezkarnie. Czwartego dnia bundowska milicja przeprowadza akcję odwetową”.
„O tym, jak bardzo zdezorientowane było w tym czasie społeczeństwo żydowskie, świadczy fakt, że żadna z działających wówczas partii w akcji tej nie brała udziału. (…) Akcja nasza wstrzymuje jednak wówczas działalność Niemców i staje się pierwszym czynnym wystąpieniem społeczeństwa żydowskiego”.
ד
„Trzeba było, żeby ogół to zrozumiał. Trzeba było tym wszystkim zbitym, zgnębionym ludziom powiedzieć, trzeba było im pokazać, że przecież mimo wszystko i wbrew wszystkiemu jesteśmy jeszcze zdolni do tego, żeby podnieść głowę. Wtedy to, na dzień 1 Maja, ukazuje się wydany na starym powielaczu (…) pierwszy numer «Biuletynu» (…). Numer poświęcony jest wypadkom wielkanocnym. Ale ogół pozostaje głuchy”.
ה
„Z dnia na dzień rosną teraz mury i druty okalające getto, aż 15 listopada odcinają całkowicie społeczeństwo żydowskie od świata i ludzi z zewnątrz. (…) To, co się dzieje poza murami, staje się coraz dalsze, coraz bardziej mgliste, obce. Ważny jest już tylko dzień dzisiejszy, sprawy najbliższe (…). Ważne jest tylko, żeby żyć. (…) Tego «życia» każdy czepia się kurczowo na swój sposób. Ci, którzy mają pieniądze, widzą cel w dostatku (…). Ci, którzy nie mają nic, nędzarze – szukają «szczęścia» ukrytego w wygrzebanym ze śmietnika spleśniałym kartoflu. (…) Stąd ta kontrastowość ulicy getta, tyle razy wykorzystywana przez Niemców, fotografowana dla celów propagandy i złośliwie przekazywana opinii świata: «Oto w getcie warszawskim pod wspaniałymi wystawami, pełnymi przemyconej z dzielnicy aryjskiej żywności, mrą nędzarze spuchnięci z głodu»”.
ו
„A głód rośnie z dnia na dzień, wydostaje się z ciemnych, natłoczonych mieszkań na ulice, wciska się w oczy widokiem karykaturalnie obrzękniętych ciał-kloców, owiniętych brudnymi szmatami zaropiałych nóg, pokrytych wrzodami, ranami z odmrożenia i niedożywienia. Głód przemawia przez usta żebrzących po podwórkach starców, młodych i dzieci. (…)
Nędza jest tak wielka, że ludzie umierają z głodu na ulicach. (…) Jedni padają na ulicy, inni umierają w domu, lecz rodzina, rozbierając ich do naga (by spieniężyć ubranie), wyrzuca ciała przed dom, by pogrzeb odbył się na koszt Gminy Żydowskiej. (…) Jednocześnie szaleje tyfus plamisty. (…) Jest wszędzie, grozi zewsząd, staje się wraz z głodem wszechmocnym panem getta”.
ז
„W takiej atmosferze w lutym 1941 roku nadchodzą do Warszawy pierwsze wiadomości o gazowaniu Żydów w Chełmnie na Pomorzu. (…) Getto w te wiadomości nie uwierzyło. Nie mogli uwierzyć ci wszyscy czepiający się życia ludzie, że to życie może być im w taki sposób zabrane. Jedynie zorganizowana młodzież, obserwując uważnie stopniowy wzrost terroru niemieckiego, uznała wypadki te za prawdopodobne i prawdziwe i postanowiła przeprowadzić szeroką akcję propagandową dla uświadomienia społeczeństwa. (…) W kilkudziesięciu egzemplarzach kolportowany jest w getcie opis zbrodni chełmińskich. Za granicę przesyłamy raport z żądaniem zastosowania kroków represyjnych wobec ludności cywilnej niemieckiej. Ale zagranica także nie wierzy” – pomimo wystąpienia Szmula Zygielbojma w BBC. „Nazajutrz przemówienie to w specjalnie wydanym numerze naszego organu «Der Weker» oraz w gazetkach wszystkich innych stronnictw politycznych kolportowane jest na całe getto”.
ח
„Wybuch wojny rosyjsko-niemieckiej (lato 1941) daje początek masowym akcjom eksterminacyjnym na terenach zachodniej Białorusi i Ukrainy. (…) I znów podejście nieświadomego społeczeństwa jest krótkowzroczne. Większość uważa, że nie jest to zorganizowana, uporządkowana akcja tępienia narodu żydowskiego, ale wybryki żołdactwa upojonego zwycięstwem. Natomiast stronnictwa polityczne i ugrupowania społeczne są innego zdania”.
ט
Na początku 1942 roku wszystkie stronnictwa polityczne w getcie podejmują nieudaną próbę utworzenia organizacji bojowej. „My tworzymy w porozumieniu z Polskimi Socjalistami (skrajna lewica PPS) pierwszą organizację bojową”.
י
„W ogólnej tragicznej sytuacji całej ludności żydowskiej najtragiczniejsza jest sytuacja młodzieży, która najbardziej jest prześladowana przez Niemców. Łapana bezustannie na roboty, nie tylko nie może myśleć o zajęciu się pracą zarobkową, ale nie może nawet swobodnie poruszać się po ulicach”. Troszczy się o nią młodzież bundowska.
כ
„Wydajemy 6 pism: 1. «Der Weker» (tygodnik), 2. «Biuletyn» (miesięcznik), 3. «Cajt-Frang» (organ teoretyczny), 4. «Za naszą i waszą Wolność» (miesięcznik), 5. «Jungt Sztime» (miesięcznik), 6. «Nowa Młodzież» (miesięcznik). Nakład pism waha się od 300 do 500 egzemplarzy. (…) Udało nam się przeprowadzić pewnego rodzaju statystykę, z której wynikało, żę przeciętnie każdy egzemplarz czyta 20 osób”.
ל
„Wydawanie prasy odbywa się w bardzo ciężkich warunkach. Na jednym starym powielaczu Skifu odbija się przez całą noc. Przeważnie nie ma światła elektrycznego. Praca przy lampach karbidowych jest szalenie męcząca. Około godziny 2 w nocy personel drukarni (…) zawsze tak narzeka na ból oczu, że dalsza praca staje się prawie niemożliwa. Nie wolno jednak tracić ani chwili. O siódmej nad ranem numer, niezależnie od ilości stron, musi być gotów do kolportażu. Ludzie pracują naprawdę ponad siły. Takie bezsenne noce wypadają 2–3 razy w tygodniu. W dzień odespać nie można. Trzeba wszak zachować pozory, że się z drukarnią nie ma nic wspólnego. (…) Po nieprzespanej nocy – cały dzień w napięciu – czy wszystko doszło, czy wszystko załatwione, czy nie ma jakiej «wsypy»”.
מ
„Tymczasem terror w getcie wzrasta. Izolacja od świata zewnętrznego staje się coraz ściślejsza. Aresztowania za przejście na aryjską stronę mnożą się z dnia na dzień, aż w końcu zostają wprowadzone «sądy specjalne»”. Wiele osób ginie za bezprawną próbę przedostania się na aryjską stronę, wielu osadzonych czeka na ostateczny wyrok. „Getto czuje wyraźnie oddech śmierci”. Bund chce reagować na te zabójstwa, wydając ulotki z hasłem „A szande di merder!” („Hańba mordercom!”), ale propozycja nie przechodzi. Ludzie z kierownictwa partii (poza Abraszą), „tak samo jak całe getto, przytłoczeni są grozą wypadków i obawą przed nowymi zbiorowymi konsekwencjami”.
נ
„Teraz wypadki zaczynają toczyć się w zawrotnym tempie. Ulice getta stają się krwawą rzeźnią. Niemcy bezustannie bez jakichkolwiek przyczyn strzelają do przechodniów. (…) Przy pomocy żydowskiej policji łapią na ulicach, wyciągają z mieszkań i wysyłają ludzi do obozów pracy rozrzuconych w Guberni. Zyskują na tym podwójnie – zdobywają siłę roboczą i pokazują namacalnie wszystkim, którzy może nie ufają, że wszelkie wysiedlenie ma na celu «produktywizację», że w niemieckim obozie pracy, co prawda w ciężkich warunkach, ale można przeżyć wojnę. Niemcy są wspaniałomyślni. Pozwalają pisać listy do rodziny. Te listy nadchodzą masowo do getta i sprawiają, że docierające wraz z nimi wiadomości o niszczeniu ludności żydowskiej w żaden sposób nie mogą znaleźć wiary. Ciągłe wysiedlenia na prowincję, rzekomo do Besarabii, przechodzą prawie bez wrażenia, gdyż getto uparcie ufa plotce, że i stamtąd przychodzą listy”.
ס
„Stracenie w lasach lubelskich całego prawie transportu jeńców żydowskich (…) również nie znajduje wiary. Wieści o mordowaniach pod Lublinem są za okrutne, żeby mogły być prawdziwe. Getto nie wierzy”.
ע
„My jednak czynimy wszelkie starania otrzymania broni ze strony aryjskiej. (…) Jest to łańcuch nieprzerwanych rozczarowań i niepowodzeń. Ciągle zawiedzione nadzieje otrzymania broni, brak zrozumienia dla sprawy ze strony polskich towarzyszy – to atmosfera, w której rośnie i działa nasza organizacja”.
פ
„Przychodzi wiadomość o likwidacji getta w Lublinie. (…) Getto warszawskie wobec braku bezpośredniego kontaktu z prowincją przyjmuje te wiadomości z niedowierzaniem, wysuwa tysiąc argumentów, zbijających całkowicie najlżejszy nawet cień prawdopodobieństwa tych relacji, nie dopuszcza do siebie myśli, że podobna zbrodnia powtórzyć się może w stolicy Polski (…). Trudno jest normalnemu człowiekowi o normalnej psychice zrozumieć, jak można ludzi mordować za to, że mają taki, a nie inny kolor włosów i oczu, za to, że są innego pochodzenia”.
צ
„Jednakże bezpośrednio po tych wiadomościach, jakby jaskrawa zapowiedź tego, co się stanie, następuje tragiczna, krwawa noc z 17 na 18 kwietnia 1942 roku. Niemieccy oficerowie wyciągają z domów przeszło 50 działaczy społecznych i rozstrzeliwują ich na ulicach getta. (…) Nazajutrz całe getto przerażone, oszołomione, zdenerwowane gubi się w domysłach, jaki był powód tych egzekucji. Większość uważa, że stracono redaktorów gazetek nielegalnych, że cała ta akcja skierowana jest tylko przeciwko działaczom politycznym, że należy przestać działać, by niepotrzebnie nie zwiększać i tak dużej liczby ofiar”.
ק
„19 kwietnia ukazuje się specjalny numer naszego tygodnika «Der Weker», który wskazuje na to, że jest to jeszcze jedno ogniwo w akcji wyniszczenia Żydów, że Niemcy chcą wymordować aktywniejsze elementy żydowskie, by potem cała masa poszła biernie na śmierć (…).
Pogląd nasz pozostaje jednak nadal zupełnie odosobniony, tylko niektóre młodzieżowe ugrupowania («Szomer», «Hechaluc») są tego samego zdania”.
ר
„Od tego momentu następuje w pracy naszej reorganizacja. Cała praca nielegalna zostaje nastawiona tylko i wyłącznie na organizowanie ruchu oporu. (…) Oczekujemy nadejścia transportu broni (…), zapowiedzianego przez PS”.
Niemcy zabijają coraz więcej osób zaangażowanych w podziemie, szukają ofiar we wszystkich warstwach społecznych. „Jest to robione zupełnie celowo, by tak zastraszyć ludność, żeby była niezdolna do żadnych samodzielnych porywów, żeby obawa przed śmiercią z rąk niemieckich paraliżowała jej najmniejsze odruchy sprzeciwu i kierowała ją na drogę bezwzględnego, biernego posłuszeństwa. Ale to rozumie tylko mała garstka. Ogół daremnie głowi się, o kogo właściwie chodzi i co ma na celu ta akcja”.
ש
„Troje dzieci siedziało rzędem przed szpitalem im. Bersonów i Baumanów. Przechodzący ulicą żandarm jednym nabojem zabił całą trójkę.
Ciężarna kobieta potknęła się i upadła, przechodząc przez jezdnię. Obecny przy tym Niemiec nie pozwolił jej wstać i zastrzelił leżącą”.
ת
„W tym czasie następuje jedna z większych naszych «wsyp». Zostaje «zasypane» mieszkanie, w którym mieści się nasza drukarnia. Niemcom nie udaje się jednak nakryć nikogo, gdyż nasz wywiad wie o tym 24 godziny wcześniej i zdąża w porę przenieść cały skład papieru, powielacz i maszyny w inne bezpieczne miejsce”.
א
„Z dnia na dzień zmienia się teraz nastrój getta. Dzień 18 kwietnia był dla getta dniem przełomowym. Do tego dnia, jakkolwiek źle było, czuli mieszkańcy getta, że byt ich i ich codzienność opiera się na czymś ustabilizowanym i trwałym. Że można układać budżet miesięczny i robić zapasy na zimę. Tego dnia nagle poczuli, że grunt usuwa się im spod nóg. Każda noc następna, pełna głuchych strzałów, mówi im wyraźnie, że getto nie ma podstaw, że żyje z łaski Niemców, że jest kruche i słabe, jak domek z kart. Wszyscy rozumieją, że zostanie zlikwidowane, ale nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że getto pójdzie na śmierć”.
ב
„W połowie lipca 1942 roku zagęszcza się czarna chmura. Na pozór wszystko wygląda normalnie, krążą tylko «nieprawdopodobne» pogłoski (…) o tym, że zostanie z getta przesiedlonych 20, 40 lub 60 tysięcy mieszkańców, o tym, że w Warszawie pozostaną tylko pracujący. Pogłoski te, chociaż ciągle jeszcze «niewiarygodne», wywołują już zaniepokojenie, a nawet panikę. Ludzie masowo garną się do pracy: do fabryk, do instytucji społecznych, do urzędów. Przesiadujące dotąd w kawiarniach panie na gwałt przeobrażają się w spracowane szwaczki, cerowaczki, urzędniczki. Niektóre fabryki przyjmują do pracy tylko z własną maszyną krawiecką. Cena maszyn do szycia momentalnie skacze w górę”.
ג
„20 lipca rozpoczynają się aresztowania. Zostają osadzeni na Pawiaku prawie wszyscy lekarze szpitala «Czyste», część zarządu Żydowskiej Samopomocy Społecznej (ŻSS), pewna liczba radnych Gminy (m.in. J. Jaszuński).
Rozumiemy, że getto jest w przededniu likwidacji”.
ד
Dnia 22 lipca 1942 roku o godzinie 10 rano zajeżdżają przed dom Rady Żydowskiej niemieckie samochody. (…) Krótkie posiedzenie i przedstawiciele Judenratu wiedzą już, czego chcą Niemcy. Sprawa jest prosta. Wszyscy «nieproduktywni» Żydzi zostaną przesiedleni na wschód. Po wyjściu Niemców drugie wewnętrzne tajne posiedzenie. Żaden z radnych nie zastanawia się nad tym, czy zarządzenie to ma wykonać Rada Żydowska, żaden z radnych nie znajduje odpowiedzi na rzuconą przez obecnego na posiedzeniu sekretarza Rady Żydowskiej uwagę: «Panowie, nim przejdziecie do technicznego wykonania zarządzenia, zastanówcie się, czy w ogóle należy je wykonać». Nad tym, czy wykonać zarządzenie, nie ma dyskusji. Omawia się stronę techniczną, układa plan pracy. (…)
W ten sposób Niemcy doprowadzili do tego, że Rada Żydowska sama wydała wyrok śmierci na przeszło 300 000 mieszkańców getta”.
ה
„Drugiego dnia akcji, 23 lipca, odbywa się posiedzenie tzw. Komitetu Robotniczego, gdzie reprezentowane są wszystkie stronnictwa polityczne, i na którym my, popierani jedynie przez «chaluców» i «szomrów», zajmujemy stanowisko czynnego oporu. Niestety cała opinia publiczna była przeciwko nam. Ogół uważa wystąpienie takie za prowokacyjne, przekonuje, że jeżeli Żydzi spokojnie dostarczą wymaganego kontyngentu, reszta getta pozostanie na miejscu. Instynkt samozachowawczy kieruje powoli psychikę ludzi na drogę ratowania siebie, choćby za cenę innych. Nikt z nich nie wierzy jeszcze wprawdzie, że wysiedlenie to śmierć. Ale Niemcom udało się już podzielić ludność żydowską na dwie części – jedną skazaną na śmierć, drugą – mającą nadzieję utrzymania się przy życiu”.
ו
„Przez pierwszych kilka dni «akcji» bez przerwy obraduje Rada Partyjna (…). Z godziny na godzinę oczekujemy przybycia broni, cała młodzież jest zmobilizowana. Przez trzy dni, dopóki nie znikły ostatnie nadzieje otrzymania broni, trwa stan ostrego pogotowia”.
ז
„Drugiego dnia akcji popełnia samobójstwo prezes Rady Żydowskiej inż. Adam Czerniakow. Wiedział on dokładnie, że rzekome przesiedlenie na wschód to śmierć setek tysięcy ludzi w komorach gazowych, i nie chciał być za to odpowiedzialny. Nie mając możności przeciwstawienia się temu, co się stało – wolał odejść. Uważaliśmy wówczas, że tak postąpić nie było mu wolno, że obowiązkiem jego, jako jedynej autorytatywnej osoby w getcie, było zawiadomić całą ludność żydowską o faktycznym stanie rzeczy i rozwiązać instytucje, a w szczególności policję żydowską, która oficjalnie podlegała Radzie Żydowskiej i przez nią została stworzona”.
ח
„Tego samego dnia ukazuje się pierwszy numer naszego wydawnictwa «Ojf der Wach» („Na straży”), który przestrzega ludność przed dobrowolnym zgłaszaniem się do wyjazdu i nawołuje do stawiania oporu. «W wielkiej naszej bezsilności – pisze towarzysz Orzech w artykule wstępnym – nie dajcie się złapać – brońcie się rękami i nogami». Numer ten, wydany w potrójnym nakładzie (…)”.
ט
„Dla ostatecznego i konkretnego sprawdzenia, co się dzieje z transportami ludzi odchodzącymi z getta, wysłany zostaje na aryjską stronę w ślad za transportem Załmen Frydrych (Zygmunt). Podróż jego na «wschód» trwa bardzo krótko, gdyż zaledwie trzy dni. Od razu po wyjściu z murów getta wszedł w kontakt z kolejarzem z Dworca Gdańskiego, pracującym na linii Warszawa–Małkinia i z nim odbył podróż w ślad za transportem. Dojechał do Sokołowa, gdzie, jak informowali miejscowi kolejarze, linia kolejowa rozdwaja się i jedna bocznica idzie w kierunku Treblinki. Jeździ tą linią codziennie jeden warszawski pociąg towarowy napełniony ludźmi i wraca pusty. Żadnego dowozu żywności nie ma. Dostęp do stacji Treblinka jest dla cywilów wzbroniony. Był to niezbity dowód, że ludzie zwożeni tam zostają straceni. Następnego dnia wysłannik spotkał w Sokołowie na rynku dwóch nagich Żydów, uciekinierów z Treblinki. Ci już dokładnie opisali kaźń. Nie były to więc teraz żadne domysły (…)”.
י
„Po powrocie Zygmunta zostaje wydany drugi numer «Ojf der Wach», w którym podany jest dokładny opis Treblinki. Ale i teraz Żydzi uparcie nie wierzą. Przed twardą prawdą zaciskają oczy, zatykają uszy, bronią się rękami i nogami.
A Niemcy, nie przebierając w środkach, stosują nowy chwyt propagandowy. Przyrzekają i dają każdemu ochotniczo zgłaszającemu się do wyjazdu 3 kg chleba i 1 kg marmolady. To wystarcza. (…)
Ludzie są na zapas. Po 4-5 dni czekają na załadowanie do wagonów. Ludzie wypełniają każdą wolną przestrzeń, cisną się do gmachów, biwakują w pustych salach, korytarzach, na schodach. Brudne, lepkie błoto zalewa podłogi. Wody w kranach nie ma, ubikacje są zatkane. Co krok noga grzęźnie w kale. Zapach potu i moczu dławi w gardle”.
כ
„W tym okresie straciliśmy prawie wszystkich naszych towarzyszy. Z przeszło 500 naszych członków pozostało zaledwie kilkudziesięciu. (…) Pozostaje nas mała garstka. Robimy, co można, ale można bardzo mało. Chcemy za wszelką cenę ratować jeszcze to, co się da. (…) Jest to najtragiczniejszy nasz okres. Widzimy, że zostajemy bez organizacji. Że wszystko, cośmy pielęgnowali przez długie i ciężkie lata wojny – ginie w ogólnym kataklizmie. Że cały nasz trud i wysiłek idzie na marne. Jedynym człowiekiem, który potrafił w tym okresie ująć siebie w karby, był Abrasza Blum. To, że przetrwaliśmy te koszmarne chwile, zawdzięczamy właściwie jemu”.
ל
„Każdej firmie niemieckiej oraz Radzie Żydowskiej Niemcy przyznają określoną liczbę pracowników, którzy mogą pozostać. Tym wybrańcom rozdawane są numerki. Numerki oznaczają życie. Szanse są małe, ale to, że są, wystarcza, by znów całkowicie splątała się myśl ludzka, żeby znów cała uwaga skoncentrowała się wyłącznie na jednym, żeby wszystko, poza otrzymaniem numerka, przestało być ważne”.
מ
„To, co się dzieje na Umschlagu teraz, gdy ratunku już nie ma żadnego i znikąd, nie daje się ująć w najmocniejsze ludzkie słowa. Sprowadzeni już wcześniej chorzy, dorośli i dzieci ze szpitala, leżą opuszczeni w ciemnych salach. Robią pod siebie i pozostają już tak w cuchnącej mazi moczu i kału. Pielęgniarki wyszukują w tym tłumie swoich ojców i matki i z dzikim jakimś błyskiem w oczach wstrzykują im dobrą śmierć, dając morfinę. Czyjaś litościwa lekarska ręka wlewa po kolei w rozpalone buzie obcych chorych dzieci wodę z rozpuszczonym cyjankiem. Należy jej się cześć – oddaje swój cyjanek. Bo cyjanek teraz to skarb najdroższy, nieodkupiony. Cyjanek oznacza cichą śmierć, ratuje przed wagonami”.
נ
„Dnia 12 września akcja jest oficjalnie skończona. Nominalnie pozostało w Warszawie 33 400 Żydów. (…) Nowe mury dzielą getto, między poszczególnymi blokami ciągną się długie, opuszczone, bezludne tereny, strasząc martwą ciszą ulic, stukającymi na wietrze pustymi ramami pootwieranych okien i mdłym zapachem niepochowanych trupów”.
ס
„Około 20 października zostaje utworzona tzw. Komisja Koordynacyjna (KK), do której wchodzą przedstawiciele wszystkich istniejących żydowskich partii politycznych, a z naszego ramienia – Abrasza Blum i Berek. Na tym samym posiedzeniu wyłoniona [zostaje] komenda Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB). (…) Znów wybudowaliśmy, już nie sami, lecz wspólnym wysiłkiem, wielką organizację (…)”. ŻOB wykonuje pierwsze zamachy – ginie komendant policji żydowskiej i przedstawiciel Rady Żydowskiej. „ŻOB zyskuje sobie pierwszą popularność”.
ע
„Dla dokładniejszej orientacji w warunkach, w jakich wówczas pracujemy, chcę dodać, że gdzieś w połowie listopada (w okresie «spokoju») nastąpiła wywózka kilkuset Żydów (…). Wtedy to właśnie tow. W. Rozowski wyłamał zakratowane okno wagonu towarowego, wyrzucił przez nie w biegu pociągu siedem dziewcząt (…) i ostatni sam wyskoczył. Podobne czyny w czasie pierwszej akcji były jeszcze nie do pomyślenia. Jeśliby nawet w wagonie znalazł się śmiałek chcący uciekać, współtowarzysze nie pozwoliliby mu na to z obawy przed konsekwencjami dla pozostałych. Teraz Żydzi zaczynają wreszcie rozumieć, że wysiedlenie to śmierć. Że nie ma innej rady, jak ginąć z honorem. Tylko że wciąż jeszcze (jak to już jest w naturze ludzkiej) wolą tę chwilę ginięcia i honoru odwlec jak najdalej”.
פ
„Tymczasem niemiecka propaganda działa, stara się znów otumanić Żydów, tworząc legendę o rezerwatach żydowskich w Trawnikach i Poniatowej (…)”.
צ
„ŻOB prowadzi szeroko zakrojoną akcję propagandową. Wydaje kilka odezw, które plakatuje na domach i murach getta. Többens w odpowiedzi na to szykuje odezwę do ludności żydowskiej, lecz obydwa jej nakłady zostają przez ŻOB skonfiskowane jeszcze w drukarni”.
ק
„W tym okresie ŻOB panuje już niepodzielnie w getcie. Jest jedyną siłą i władzą, która ma autorytet i z którą liczy się społeczeństwo”. Niedługo Edelman zacznie pisać o powstaniu, ale tę historię wszyscy mniej więcej znają.
ר
Wiele lat później w jednym z wywiadów wróci do tematu. Znów opowie, że nikt im w getcie nie wierzył: „Także potem, jak się pisało w «Biuletynie», to było ciekawe, że przychodzili do nas ludzie i mówili: «Nie piszcie tych bujd, nie róbcie tej propagandy, bo wam przestają wierzyć we wszystko inne, co piszecie»”. Taka była sytuacja. Ciekawe jakby się «Gazeta Wyborcza» dziś w tej sytuacji zachowała – tak sobie myślę – dalej by pisała? Ciekawe. Jak ty myślisz? Ja się tak pytam – psychologiczna sprawa. Bo to trzeba trafić do ludzi. A jakbyś nie trafiała i byś mówiła, że idą na śmierć, a oni mówią, że nieprawda. To nie chodzi o to, żeby mieć duży nakład, to chodzi o ten stosunek… Bo tych gazetek podziemnych przecież nie wydawali zawodowi dziennikarze. To wydawali działacze polityczni. Rozumiesz? Może tam byli jacyś dziennikarze… Felietonów się nie pisało. Rozumiesz? I reportaży się nie pisało, że ciocia klocia wczoraj zrobiła siusiu pod płotem. To były polityczne artykuły i wiadomości. I przychodzi wiadomość, że w Nowym Dworze wywieźli dwa tysiące ludzi i zginęli oni tu i tu. Nikt nie wierzy w to. Co by zrobiła taka «Gazeta Wyborcza», która ma mir wśród czytelników? By straciła ten mir czy nie?”.
WALKA O PRAWDĘ
Najbardziej uderza w Getto walczy – miejmy nadzieję, że widać to w powyższych cytatach – opis ciągłych wysiłków, by Żydzi zamknięci w getcie uwierzyli, w jakiej znaleźli się sytuacji i co ich czeka. Grupa młodych aktywistów walczy na początku wojny z własną apatią, by już po chwili rzucić się w wir tragicznej, bo w końcu przegranej, wojny medialnej. Próbują wielokrotnie przekonywać do swoich racji społeczeństwo żydowskie, ale zupełnie im się to nie udaje. „Getto nie wierzy” – pisze Edelman. Kilkukrotnie odnotowuje, co wydaje się być bardzo znamienne, że sytuację rozumieją jedynie osoby politycznie zaangażowane, a cała reszta (z Czerniakowem na czele) nie daje wiary. Ludzie walczą o życie, chwytają się, czego tylko mogą, a bundowcy walczą o ich uwagę. To była walka o prawdę, czyli o wolność – o to, co do końca życia pozostawało Edelmanowi najdroższe.
Getto walczy to lektura wyjątkowa, tak jak wyjątkowa jest perspektywa i postawa Edelmana, który pomimo kolejnych porażek uparcie wierzy, że może w końcu uda się ludzi przekonać. Dlatego ten „autentyczny dokument zbiorowej mocy ducha” można postawić wyżej niż jakąkolwiek narrację zbudowaną wokół Marka Edelmana.
NIEZNANE ZAPISKI O GETCIE WARSZAWSKIM
Drugim i ostatnim tekstem, który Edelman sam napisał, są wydane w 2018 roku Nieznane zapiski o getcie warszawskim. Tworzył je w latach sześćdziesiątych jako „dawno przyrzeczony prezent” dla żony, ale w pewnym momencie przerwał, „by zrobić Jej inną przyjemność”. Na koniec przyrzekł, że dokończy, ale już tego nie zrobił (lub kontynuacja zaginęła).
PRENUMERATA Warto jednak przed lekturą Nieznanych zapisków przeczytać Getto walczy, ponieważ już po kilku stronach tej późniejszej publikacji Edelman pisze: „Jasnym było, że Bund zacznie wydawać gazetkę nielegalną. Za wszelką cenę chciałem się wkręcić do drukarni. Strasznie mi to imponowało. I zresztą zależało mi bardzo na tym, by robić coś konkretnego, coś takiego, po czym zostaje jakiś ślad”. Począwszy od tego fragmentu sporo będzie Bundu i opowieści o podziemnych gazetach, ale ich wydźwięk będzie już nieco inny – a przy tym i mniej zrozumiały – niż w Getto walczy.
Edelman nie tylko zaangażował się w pracę wydawniczą, ale – jak pisał – „tak się jakoś złożyło, że w drukarni byłem pierwszą ręką, jakby to powiedzieć – kierownikiem”. Dlatego też „dla mnie nic innego przez te trzy lata nie istniało jak praca organizacyjna. Przecież pracowałem w szpitalu – mogłem sobie i inaczej zarobić na życie – ale naprawdę «wszystko było nieważne». Z każdej załatwionej drobnostki miałem dziką satysfakcję”.
I BYŁA MIŁOŚĆ W GETCIE
Swoje Nieznane zapiskipisze dla żony, nie szuka jakiejś właściwej formy językowej, przytacza wiele anegdot i obfitujących w szczegóły opowieści o wychodzeniu z opresji albo o stosunkach między konspiratorami. Na przykład tę o drukowaniu „Der Wekera”, gdzieś „zimą albo na wiosnę 1942”:
„Berek się zdecydował pójść ze mną na noc do drukarni. Do dziesiątej zrobiliśmy ostatnią stronę. A potem zaczęliśmy drukować. Berek położył się na tapczanie, przymknął oczy i leżał, widziałem, że nie śpi. U nas przy stole było jakoś cicho. Blumka, co się nigdy prawie nie zdarzało, się rozśpiewała, jakieś smętne piosenki, zdaje się, że z piątego roku, w pokoju półmrok, pali się tylko karbidówka tuż przy maszynie, Zyferman od czasu do czasu dobasowuje. Piecyk jak zwykle czerwony. Numer poszedł bardzo szybko, o trzeciej zaczęliśmy kompletować. Berek wstał – ja wam pomogę – było przy stole bardzo ciasno, ale że Blumka czuła, jak każda cukunftystka, do niego słabość i była do głębi wzruszona, że ten niby bezduszny człowiek zwrócił na nią uwagę, daliśmy mu robotę. Niewprawione jego ręce ubijały powoli, z trudem, mokre jeszcze prawie strony. Blumka miała uciechę, w ciągu dwudziestu minut zrobiła cztery razy tyle ile On. Tej nocy ani jednego guzika nie odpięła, nie dlatego, że było zimno”.
FILM O GETCIE
„Andrzej Wajda chciałby zrobić film o getcie. Mówi, że wykorzystałby archiwalne zdjęcia, a Edelman powinien sam opowiedzieć o wszystkim do kamery” – Hanna Krall w Zdążyć przed Panem Bogiem roztacza wizję przyszłego filmu, w którym Edelman miałby stać w miejscach, gdzie to się wszystko działo i opowiadać. Dużo w tej wizji, jak to u Krall, znaków, snów, przypadku i przeznaczenia. I na koniec puenta: „Edelman oświadcza, że nie będzie mówił niczego do kamery. Mógł to wszystko opowiedzieć jeden raz. I już opowiedział”.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com