Archive | June 2020

ICC president: We’re undeterred by threats

ICC president: We’re undeterred by threats

Elad Benari


International Criminal Court: US sanctions “undermine our common endeavor to fight impunity”.

International Criminal Court at The Hague

The International Criminal Court (ICC) on Thursday rejected US President Donald Trump’s authorization of sanctions against any official investigating American troops over alleged war crimes in Afghanistan.

In a statement, ICC president O-Gon Kwon said the US measures “are unprecedented. They undermine our common endeavor to fight impunity and to ensure accountability for mass atrocities. I deeply regret measures targeting Court officials, staff and their families.”

“The Court is independent and impartial. The ICC is a court of law. It operates in strict adherence to the provisions of the Rome Statute,” said Kwon.

“The Rome Statute system recognizes the primary jurisdiction of States to investigate and prosecute atrocity crimes. As a court of last resort, the ICC is complementary to national jurisdictions. This is a cornerstone of the Statute,” the statement continued.

Kwon noted he would “convene an extraordinary meeting of the Bureau of the Assembly next week to consider how to renew our unwavering commitment to the Court.”

“I call upon the States Parties and all the stakeholders in the Rome Statute system to reiterate once more our relentless commitment to uphold and defend the principles and values enshrined in the Statute and to preserve its integrity undeterred by any measures and threats against the Court and its officials, staff and their families,” he concluded.

Trump earlier on Thursday signed an executive order imposing sanctions on individuals involved in the ICC investigation into alleged US war crimes in Afghanistan.

The order authorizes Secretary of State Mike Pompeo to freeze assets of ICC officials involved in the investigation. In addition, Pompeo will be authorized to block these officials from entering the US.

President Trump also cited the ICC’s war crimes investigations against Israel when signing the order.

The ICC’s chief prosecutor, Fatou Bensouda, announced this past December that she intends to open a full investigation into alleged Israeli “war crimes”, but before opening a full probe, asked the ICC to rule on the territory over which it has jurisdiction because of the “unique and highly contested legal and factual issues attaching to this situation.”

She recently ruled that “Palestine” is a state and the ICC has jurisdiction involving its cases.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Irena Lasota o sytuacji w USA: poprawność polityczna doprowadziła do wielu absurdów

Irena Lasota o sytuacji w USA: poprawność polityczna doprowadziła do wielu absurdów

Anna Nartowska


Flickr

O sytuacji w USA, poprawności politycznej i planach Donalda Trumpa red. Anna Nartowska rozmawia z Ireną Lasotą, publicystką, założycielką i prezes fundacji IDEE w Waszyngtonie. – W Stanach dochodzi do takich absurdów, że jakieś organizacje muzyczne wzywają do bojkotu Metropolitan Opera, bo biały tenor zaśpiewał rolę Otella. To, co najbardziej przeraża to, że są to reakcje niewymuszone. W ZSRR czy Chinach były wynikiem nacisku, a teraz różne szkoły czy instytucje deklarują, że popierają protesty, są przeciwni policji i będą robić demonstracje. Jednym z daleko idących absurdów jest postulat, by w telewizji nie pokazywać programów o policjantach – mówi Lasota w rozmowie z naszym portalem

Świat obserwuje wydarzenia w Stanach. Sytuacja jest bardzo dynamiczna. Jak obecnie wygląda rzeczywistość w USA?

– Od dłuższego czasu, co najmniej od początku pandemii, wierzę tylko w to, co sama zobaczę lub przeczytam i sprawdzę. Podobnie jest z protestami, które przeszły przez Stany. Mieszkam w Waszyngtonie więc kilkakrotnie brałam swój samochód, żeby zobaczyć, co naprawdę się dzieje. Dynamika była podobna w różnych miastach i stanach. Reakcja na śmierć Georga Floyda, najpierw demonstracje, potem rabunki, przerażenie ludzi i nagle jakby ręką odjął — atmosfera złagodniała. Waszyngton jest miastem nietypowym, bo jest stolicą federalną, ale poza tym, że 50 procent mieszkańców jest czarnoskórych, to w policji jest ich jeszcze więcej. Teraz, kiedy atmosfera się zmieniła, na ulicach widać bardzo wielu czarnych policjantów a dominują biali demonstranci. Myślę, że częściowo jest tak dlatego, że Waszyngton, tak jak wszystkie duże miasta jest miastem uniwersyteckim, a ponieważ przez kilka miesięcy nie było zajęć, to młodzi ludzie chcą swoją energię jakoś wyładować. Czego dotyczą główne spory? Tego, czy rzeczywiście istnieje systematyczny rasizm w USA. O ile rasizm może występować wszędzie, to czy jest usystematyzowany to już jest sprawa polityczna, a nie psychologiczna. W tej chwili ludzie, którzy są w polityce czy mediach mają trudności w wyrażaniu wprost tego, że nie jest to systematyczny rasizm. Poprawność polityczna doszła do tego, że podkreśla się, że rasizm jest systematyczny, a zabójstwo Georga Floyda jest jego wynikiem. W Minneapolis ludzie rzeczywiście klękali, kładli się na te symboliczne dziewięć minut, ale potem w niektórych miastach zaczęli robić to policjanci. Trudno powiedzieć czy ta solidarność wynika ze strachu, czy potrzeby uspokojenia demonstrantów. W poniedziałek w Kongresie klękali także Demokraci. Dodatkowo nałożyli na siebie jakieś afrykańskie szale z Kenii. To wszystko było oczywiście wyreżyserowane dla telewizji.

W trakcie manifestacji dochodziło do wielu aktów wandalizmu, przemocy i rabunków. Jak na akty dewastacji reagują Amerykanie i jak je odbiera bogata amerykańska klasa średnia, która chyba najbardziej ucierpiała?

– Na pewno nie widać z ich strony żadnego entuzjazmu, wobec tego, co się dzieje. Objeżdżałam te części Waszyngtonu, które zostały zdewastowane. Ludzie, których tradycyjnie można uznać za klasę średnią w USA i którzy żyją z prowadzenia mniejszych lub większych przedsiębiorstw, płaczą, bo przez pięćdziesiąt lat budowali swój biznes i w ciągu jednej nocy bardzo dużo, a niektórzy wszystko, stracili. Do tego dokłada się wynik gospodarczy pandemii koronawirusa. W promieniu jednej mili od Białego Domu te sklepy, które się otworzyły po pandemii, znowu są zamknięte. Od kilku dni słychać też hasło, by obciąć fundusze policji. Na początku to się stało bardzo popularne, zwłaszcza w Minneapolis, gdzie rada miejska postanowiła rozwiązać policję. Skrytykował to zarówno Donald Trump, jak i Joe Biden. To doprowadziłby do zupełnego absurdu i nastąpiłby kolejny etap wprowadzania kompletnego chaosu. Teraz, ci, którzy głosili te hasła, zaczęli się z nich wycofywać i zmiękczać przekaz, mówiąc, że nie chodzi o to, by odebrać fundusze policji, ale że ma ona za dużo obowiązków. Pomysł radykałów, żeby zlikwidować policję, stał się najbardziej niepopularnym w społeczeństwie hasłem tych demonstracji.

Czy obecnie w Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia z rewolucją?

Czy można to nazwać rewolucją, patrząc na rewolucje, które widzieliśmy w Europie? Nie wiem. Rewolucja, w której użyto by broni  wydaje mi się niemożliwe. W Stanach nikt nie kieruje demonstracjami i hasłami. To jest ruch masowy, ale niezorganizowany. Black Lives Matter jest ogólnoamerykańską organizacją, ale niescentralizowaną. Nie jest w stanie wydawać poleceń. Daje tylko kierunek. Jeśli chodzi o rewolucję mentalną jest inaczej. W tej chwili po tej modzie, że w życiu publicznym np. na uczelniach trzeba być politycznie poprawnym zarówno w sprawach rasowych, jak i kobiet, a potem ruchów z LGBT, teraz W Stanach dochodzi do takich absurdów, że jakieś organizacje muzyczne wzywają do bojkotu Metropolitan Opera, bo biały tenor zaśpiewał rolę Otella. To, co najbardziej przeraża to, że są to reakcje niewymuszone. W ZSRR czy Chinach były wynikiem nacisku, a teraz różne szkoły czy instytucje deklarują, że popierają protesty, są przeciwni policji i będą robić demonstracje. Jednym z daleko idących absurdów jest postulat, by w telewizji nie pokazywać programów o policjantach.

Mówi Pani o absurdach. Obecnie także w niektórych krajach europejskich mają miejsce manifestacje pod hasłem „Black Lives Matter”. Czy to już tylko poprawność polityczna, czy coś więcej?

– To po pierwsze znudzenie po izolacji. Manifestacje pozwalają się ludziom spotkać. Udział w takiej demonstracji jest nawet lepszy niż lajkowanie postów na fejsbuku, bo pomaga poczuć się porządnym człowiekiem, który jest przeciwny rasizmowi. W Europie, nawet jeśli nie jest to dosyć silnie wyrażone, to część tych demonstracji jest antyamerykańska. O ile się orientuję, w niektórych krajach prym w tych demonstracjach wiedzie lewica, która zawsze była antyamerykańska. Chodzi o pokazanie, że Ameryka jest krajem, gdzie się bije i zabija Murzynów. To przedłużenie starego już konfliktu, który w XX wieku był główną bronią Związku Sowieckiego, że Ameryka nie może być przykładem. Ameryka jest jednak krajem, który dużo bardziej niż kraje europejskie pokazał, jak z ewolucyjną ingerencją rządu, można doprowadzić do olbrzymich zmian społecznych. O ile np. czterdzieści lat temu w Nowym Jorku prawie nie było czarnych policjantów, to teraz stanowią oni większość. Podobnie jest w Waszyngtonie. Kiedyś było tak, że czarni mieszkańcy Waszyngtonu żyli w biedzie i nie byli wciągnięci w ten amerykański sen a teraz tak samo, a nawet czasami szybciej w ten sen wchodzą. Przez ostatnie dziesięciolecia otworzyły się dla czarnych zawody, które poprzednio były praktycznie zamknięte.

Najgłośniej mówi się o aktywności podczas manifestacji skrajnie lewicowej Antify, ale do głosu dochodzą także radykałowie z prawej strony.

– Antifa była bardzo czynna na początku i to było widać, ale szybko zniknęła, albo liberalne media przestały ja pokazywać. Trudno powiedzieć, czy się przeszeregowują. Podobno istnieje bardzo dużo intryg między Antifą a Boogaloo, który jest odpowiednikiem Antify po prawej stronie. Nie byłabym zdziwiona, gdyby i jednym, i drugim zależało na wprowadzeniu chaosu. Ich główną ideologią jest, by rozbić USA. Na pewno nie chodzi im o to, by jakiś kandydat gdzieś wygrał, a raczej by wszyscy byli przeciwko sobie.

Spada poparcie dla Donalda Trumpa. Na kryzys wywołany epidemią nakłada się kryzys polityczny. Czy obecny prezydent USA może z tego wyjść obronną ręką?

– Trump na pewno ma w sobie coś z klasycznego wańki-wstańki. Nawet jeśli coś zadeklaruje czy coś postanowi, może się z tego wycofać, jeśli zobaczy, że mu się to nie opłaca politycznie. Trump stracił sporo poparcia na pandemii, bo najpierw ją lekceważył. Te niekonsekwencje teraz wykorzystuje się przeciwko niemu w kampanii wyborczej, Przypomina się, że jednej strony jego rząd nakazywał gubernatorom robienie pewnych rzeczy, a potem z nimi walczył. Jeśli chodzi o demonstracje, to jeżeli znowu się zradykalizują, Trump może na nich zyskać. Sytuacja jest też taka, że Trump nie ma konkurenta. Ludzie nastawieni przeciwko niemu zagłosują na Bidena, jeżeli będzie oficjalnym kandydatem. Z drugiej strony mało jest entuzjazmu, żeby głosować na Bidena. Ciągle widać silną podskórną akcję polityczna zwolenników Berniego Sandersa i różnych ludzi, którzy go popierali. Moim zdaniem o ile Partia Republikańska stoi jak na razie prawie całkiem murem za Trumpem, choć pojawiają się pierwsze odpryski, to Demokraci tylko na pozór zgodnie popierają Bidena.

Czy obecna sytuacja związana kryzysem może doprowadzić do eskalacji napięcia na linii USA-Chiny?

– Konflikt trwa. Z Chinami to nie jest konflikt militarny tylko ekonomiczny. Odkąd Chiny stały się potęgą USA w różnym stopniu przeciwstawiała się Chinom. Prezydent Trump wykorzystuje to, że wirus pochodzi z Chin do polityki zwiększania ekonomicznej potęgi Stanów Zjednoczonych. Chiny powinny ponosić odpowiedzialność za wirusa, zwłaszcza że w ostatnich dniach pojawiają się informacje, z których wynika, że koronawirus był znany już w październiku. Satelity pokazywały, że liczba samochodów podjeżdżających do szpitala w Wuhan była kilkukrotnie większa niż w tym samym okresie rok wcześniej, a Chiny podzieliły się tą informacją dopiero w grudniu. To bardzo poważna sprawa. Chiny są takim krajem, o którego planach mało wiemy. Pytanie, czy ten wirus jest dla nich narzędziem pierwotnym, czy wtórnym – czy kiedy wirus się pojawił, to zaczęli tym grać, czy od początku został wprowadzony, by coś osiągnąć. Myślę, że to niedobrze, że Donald Trump lubi patrzeć na swoją politykę jako na politykę spersonalizowaną i przez to nie patrzy na to państwo jak na zagrożenie, ale myślę, że w sprawach gospodarczych może sobie nieźle poradzić.

Od kiedy kilka dni temu w amerykańskiej prasie pojawiły się doniesienia, że prezydent Donald Trump planuje wycofanie części żołnierzy z Niemiec i skierowanie ich do Polski pojawiają się różne teorie, co do ewentualnego znaczenia takiego posunięcia.

– Deklaracji jeszcze nie było. Nie wiem co, kiedy, jak i które jednostki miałyby zostać przeniesione. Moim zdaniem wynik tego będzie zależał od sposobu, w jaki to będzie to przygotowane i zapakowane. Może to być przedstawione jako wzmocnienie sił NATO i te najbardziej tradycyjne wojska byłyby wycofane a te nowoczesne rakietowe i inne byłyby przeniesione do Polski i krajów bałtyckich czyli wschodniej flanki. Natomiast jeśli to zostanie ukazane tak, jak Trump miewa w zwyczaju, czyli że Niemcy nie płacą dostatecznie na obronność i dlatego zabiera stamtąd amerykańskich żołnierzy, to będzie to sygnał dla Rosji, że może iść do przodu zarówno w sprawach polityki energetycznej, ale także w sprawie kontynuowania wojny w Donbasie oraz dalszej aneksji Krymu. Niestety nie widać żadnych negocjacji między Rosją i Ameryką ws. agresji rosyjskiej i myślę, że będzie trzeba sprawdzić, czy rzeczywiście mowa o wycofaniu tych 9 tys. żołnierzy z Niemiec nie jest wynikiem rozmowy Trumpa z Putinem, o której nie chcą mówić. Bardzo się tych rozmów obawiam. Obawiam się wdzięku Putina, który tak przemawia do Trumpa. Pamiętajmy jednak, że jest rok wyborczy i Trump będzie raczej wykonywać kroki, które nie będą wzbudzały oburzenia publicznego.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


AIPAC gives lawmakers a green light to criticize Israel over annexation

AIPAC gives lawmakers a green light to criticize Israel over annexation

RON KAMPEAS / JTA


Does AIPAC support Israel’s leadership at all costs, or does it draw a line on actions it believes endangers the Jewish state’s future?

PRIME MINISTER Benjamin Netanyahu addresses the American Israel Public Affairs Committee (AIPAC) policy conference in Washington in 2015. / (photo credit: REUTERS)

WASHINGTON — The leading pro-Israel lobby in the United States is telling lawmakers that they are free to criticize Israel’s looming annexation plans — just as long as the criticism stops there.

Two sources — a congressional aide and a donor — say the American Israel Public Affairs Committee, or AIPAC, is delivering that guidance in Zoom meetings and phone calls with lawmakers. The message is unusual because the group assiduously discourages public criticism of Israel.

But these are unusual times: Prime Minister Benjamin Netanyahu has set a July 1 deadline to annex parts of the West Bank, over the criticism of people at home and abroad who say the move would set back any efforts to bring peace to the region.

With anxiety pervading the US Jewish community ahead of that deadline, AIPAC faces a thorny question: Does it support Israel’s leadership at all costs, or does it draw a line on actions it believes endangers the Jewish state’s future?

So far, the group has remained publicly silent. But in private, AIPAC is telling lawmakers that as long as they don’t push to limit the United States’ aid to Israel, they can criticize the annexation plan without risking future support from the lobby group.

How far AIPAC is urging lawmakers to go is unclear. A spokesman would not comment except to point to a May 11 statement warning against proposals to reduce ties with Israel should annexation take place. “Doing anything to weaken this vital relationship would be a mistake,” AIPAC said then.

Buried in the same statement, however, is explicit support for a two-state solution, which annexation would inhibit, and a suggestion that criticizing Israel is valid. “It is inevitable that there will be areas of political or policy disagreement between leaders on both sides — as there are between America and all our allies,” the statement said.

But AIPAC’s lobbyists are famously fastidious: No conversations would be taking place without express approval from the group, which recently called off its 2021 conference because of the ongoing coronavirus pandemic.
The donor, who is deeply involved in lobbying Congress, said AIPAC was making it clear that it would not object should lawmakers choose to criticize annexation. “We are telling the senators ‘feel free to criticize annexation, but don’t cut off aid to Israel,’” said the donor, who spoke on the condition of anonymity.

The congressional staffer, a Democrat who is the target of AIPAC’s lobbying, described the message from AIPAC as tacit encouragement. “They want to make sure members of Congress understand this is the time to warn Israel but not to threaten the Memorandum of Understanding,” the deal signed in 2016 between the Netanyahu and Barack Obama governments guaranteeing Israel $3.8 billion annually in defense aid for a decade, the staffer said, “not to threaten assistance.”

What was clear, the donor said, was that AIPAC had shifted its tactics in part because the Netanyahu government had long ceased to take seriously behind-closed-doors warnings from AIPAC and other American Jewish groups, once the preferred means of conveying differences.

“They listen,” the donor said. “But they do what they want.”

The revelation of AIPAC’s greenlight comes after weeks of public pleas to Israel by US Jewish leaders, some on the left but others with deep roots in AIPAC and the centrist pro-Israel community, and warnings by senators of both parties that annexation would endanger Israel’s international standing.

Groups on the pro-Israel right, preeminently the Zionist Organization of America, have embraced the annexation proposal, and have the backing of some Republican senators. (That group is currently under fire for its leader’s response to the Black Lives Matter movement.) The Trump administration, which created the space for annexation by releasing in January a peace plan that allows for it, has been sending mixed messages.
The White House and the State Department have said that annexation should, at least within the next four years, come only as part of a deal with the Palestinians. But the U\s embassy in Jerusalem has signaled that annexation could precede a deal.

Mike Pompeo, the US secretary of state, is invested in regional stability in the Middle East, especially as the United States intensifies its pressure on Iran and appears to be concerned about the broader destabilizing effects of annexation. Jared Kushner, President Trump’s son in law who authored the peace vision is preoccupied with Trump’s reelection and does not need a foreign policy distraction.

On the other hand, David Friedman, the US ambassador who has a long relationship with the settler movement’s right wing, appears to be invested in annexation; he has scheduled a meeting next week with Netanyahu and Benny Gantz, the leader of the Blue and White Party and deputy prime minister who has indicated he wants to go slow on annexation. According to o Israeli media reports, Friedman wants the men to resolve their differences on annexation.

Gantz, a former army chief of staff and a former military attache in Washington, is attuned to the sensitivities of the American political establishment, said David Makovsky, a senior fellow at the Washington Institute for Near East Policy who worked on Israeli-Palestinian peacemaking for the Obama administration.

“Anyone who has been chief of staff of the Israeli army understands Israeli dependence on American weaponry, even with Israel with all of its indigenous capability,” Makovsky said, “if you ever want to identify what part of Israeli system is most sensitive to the US Israel relationship, it’s security people — it’s not just $3.8 billion, it’s the technology, it’s the personal relationships, they feel it.”

Annexation could in the long term threaten those very fundaments of the US-Israel relationship, including the military assistance, said the Democratic congressional aid. Lawmakers have read with interest a report by the Commanders for Israel’s Security, a grouping of retired security leaders, and distributed here by the pro-two states Israel Policy Forum, and were taken aback by the estimated cost of annexation. Separating Palestinians from the newly annexed areas will require moving the security barrier, the report says, at a cost of $7.6 billion.

“The current leadership is not interested in discussing changes to the Memorandum of Understanding, but that is not an enduring prospect,” said the congressional aide. “But if annexation goes ahead and there’s differences in the leadership in Congress then we’re looking at possible changes in in the Memorandum of Understanding package, not in cutting assistance, but members of Congress want to make sure the money does not go to the massive budget to pay for annexation.”

The aide was referring to the leftward drift among Democrats, which could manifest in more leadership roles for left-wingers should Democrats keep the US House of Representatives and win back the Senate in November.
Jeremy Ben-Ami, the president of J Street, the liberal Middle East lobbying group that is sometimes seen as AIPAC’s rival, said that if Democrats sweep the November elections, his group would not advocate for cuts in aid, but for tougher oversight to make sure that the assistance not go to upholding the annexation. He would also expect a Democratic administration to join others in the international community pressuring Israel to roll back annexation.

Ben-Ami said that annexing the West Bank would be inherently destabilizing and threaten Israel. “The aid that the United States provides Israel is intended to help Israel deal with meaningful security threats, weapons systems, missile defense systems, to deal with the serious threats they face,” he said. “Why would you provide money to enhance threats?”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Contention among Israel’s political leadership hampers annexation plans

Contention among Israel’s political leadership hampers annexation plans

TV7 Israel News


1) The Israeli leadership announced stepping-up enforcement of restrictive-regulations in the public-sphere, in light of an apparent resurgence of the corona contagion throughout the Jewish State.

2) Reported division among Jerusalem’s top political leadership is seemingly a cause for delays in Israel’s anticipated bid to annex parts of the West Bank.

3) A United Arab Emirates Etihad Airways aircraft landed in Tel Aviv’s Ben Gurion international Airport last night, transporting medical supplies earmarked to help the Palestinians combat the coronavirus.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Lwów, Lwiw, Lemberg. “Rosjanie chcieli nam zabrać tylko ciało, a Polacy duszę”

Lwów, Lwiw, Lemberg. “Rosjanie chcieli nam zabrać tylko ciało, a Polacy duszę”

Rozmawiała Beata Janowska


Widok na Wały Hetmańskie na początku XX w. (dziś aleja Wolności), jedną z najważniejszych promenad Lwowa (Fot. Domena publiczna)

Istnieje niezbyt przyjemny dla Ukrainy nurt w historiografii polskiej, według którego cywilizacja w Galicji zaczyna się wraz z Polakami i katolicyzmem. Wokół tego regionu narastają wzajemnie wykluczające się mity narodowe. Zawsze jest polska i ukraińska wersja wydarzeń i pytanie, co z tym zrobić.


Opowieść o Lwowie z 1868 r. prof. Jarosława Hrycaka to fragment książki Beaty Janowskiej „Wędrówki przez czas. Nieoczywiste rozmowy o dziejach Europy”  (wyd. Editio) .

‘Wędrówki przez czas. Nieoczywiste rozmowy o dziejach Europy’, Beata Janowska, wyd. Editio Fot. Materiały wydawnictwa

‘Wędrówki przez czas. Nieoczywiste rozmowy o dziejach Europy’, Beata Janowska, wyd. Editio Fot. Materiały wydawnictwa

Rozmowa z Jarosławem Hrycakiem

BEATA JANOWSKA: W wyniku I rozbioru w 1772 r. południowo-wschodnie ziemie Rzeczypospolitej stały się częścią Austrii. Zaczęto je nazywać Królestwem Galicji i Lodomerii, a za stolicę uznano Lwów, kupieckie miasto zamieszkane przez Polaków, Żydów, Ukraińców, Niemców, Ormian. Zazwyczaj słyszymy tylko polską wersję historii Lwowa i Galicji, spójrzmy więc na nią oczami ukraińskiego historyka.

.

JAROSŁAW HRYCAK: Galicja miała największe terytorium spośród wszystkich ziem imperium habsburskiego, obejmowała dawne starostwo ruskie – które było właśnie tym Królestwem Galicji i Lodomerii, to znaczy rusińskim Księstwem Galicyjsko-Wołyńskim – i część Małopolski. Ten olbrzymi obszar podczas I rozbioru miał być zajęty przez Rosję. We Lwowie stała już nawet załoga rosyjska gotowa przejąć władzę nad miastem i gdyby nie presja króla Prus Fryderyka Wielkiego, obawiającego się zbytniego wzmocnienia Katarzyny II, Habsburgowie mogliby nie dostać tych ziem. Aby uprawomocnić przynależność nowych zdobyczy terytorialnych do swego cesarstwa, wykorzystali fakt, że przez kilkanaście lat w XIV w. Lwów należał do Korony Świętego Stefana.

Jeden z brytyjskich historyków napisał, że przynależność do imperium Habsburgów nie była czymś najlepszym, co mogło się zachodniej Ukrainie przytrafić, ale wszystko, co nastało po tym, było o wiele gorsze.

Do tej pory we Lwowie i w Galicji unosi się mit Habsburgów, a nie mit Rzeczypospolitej. W pamięci mieszkańców dominują wspomnienia o czasach międzywojennych i nie są one najlepsze.

Dlaczego?

– Bo taki obraz II Rzeczypospolitej przekazali bardzo nieliczni już dziś Ukraińcy, którzy żyli w tamtych czasach. Pamiętam słowa pewnej pani pochodzącej ze słynnej w okresie międzywojennym lwowskiej inteligenckiej rodziny ukraińskiej: „Rosjanie chcieli nam zabrać tylko ciało, a Polacy duszę”. Chodziło jej o bardzo silnie odczuwane przez Ukraińców poczucie poniżenia, odbierania godności. Poczucie, że Polacy traktują ukraińskich współmieszkańców Lwowa z wyższością, było silne i powszechne i to ono najbardziej utkwiło w pamięci tamtych pokoleń. Nikt nie odnosił się do planów federacyjnych Józefa Piłsudskiego mających związać niepodległą Ukrainę z Polską ani do wspierającego go w tym przedsięwzięciu prezydenta Ukraińskiej Republiki Ludowej Symona Petlury. Nawiasem mówiąc, Petlura nigdy nie był popularny w Galicji, zdaniem tamtejszych Ukraińców zdradził i oddał tę dzielnicę Piłsudskiemu.

We Lwowie nic nie jest proste. Profesor Christoph Mick w swojej doskonałej książce „Lemberg, Lwów, L’viv, 1914-1947. Violence and Ethnicity in a Contested City” pokazuje, jak różne w latach 1914-47 były nastroje wśród Polaków, Żydów i Ukraińców. Napisał, że do II wojny światowej głównym punktem odniesienia dla każdej z tych nacji była wojna o Lwów z 1918 r.

Dla Polaków to było zwycięstwo, dla Ukrainy klęska, Żydzi zaś pamiętali pogrom po wkroczeniu polskiej armii do miasta w listopadzie owego roku i bali się, że może się on powtórzyć.

Obawiali się zarówno polskiego, jak i ukraińskiego antysemityzmu – ale polskiego o wiele bardziej.

Bo istniało polskie państwo, a Polacy stanowili większość wśród lwowian. Według statystyk z 1932 r. około 60 proc. mieszkańców stolicy Galicji to byli Polacy i tylko 8 proc. Ukraińcy, reszta to Niemcy, Żydzi, Ormianie i inne społeczności.

– Rzeczywiście we Lwowie Ukraińcy byli mniejszością, ale stanowili większość na prowincji, która w czasach dwudziestolecia nazywała się oficjalnie Małopolską Wschodnią. Nic dziwnego, że wielu zastanawiało się, co z tego wyniknie. Franciszek Bujak, jeden z najlepszych polskich historyków gospodarczych, w swoim opus magnum pod tytułem „Galicya” wydanym przed I wojną światową napisał, że Polaków czeka to samo co Brytyjczyków w Irlandii czy Niemców w Czechach, że jest tylko kwestią czasu, kiedy ukraińska większość wywodząca się ze wsi zdominuje Lwów.

Mam wrażenie, że cała międzywojenna polityka polska była nakierowana na to, by ten proces zahamować i utrzymać polskość Lwowa nawet wtedy, jeśli nie uda się zachować polskości Galicji. Polacy mieli poczucie, że są zagrożeni przez Ukraińców i Żydów i że muszą coś z tym zrobić: albo ich zasymilować, albo wypędzić.

W 1935 r. na Politechnice Lwowskiej wprowadzono pierwsze w Polsce getto ławkowe, zmuszając studentów żydowskiego pochodzenia do siedzenia na specjalnie dla nich wyznaczonych miejscach.

– Bywam na konferencjach naukowych poświęconych Galicji, które od lat 90. XX w. profesor Jacek Purchla organizuje w Krakowie w Międzynarodowym Centrum Kultury. Pewnego razu miał tam wspomnieniowe wystąpienie pewien krakowski profesor urodzony we Lwowie. Pod koniec nie mógł ze wzruszenia mówić, rozpaczał, że to piękne miasto zostało zniszczone przez barbarzyńców, ale nie wyjaśnił, czy ma na myśli Sowietów, czy też Ukraińców. Potem głos zabrał Leopold Unger, znany dziennikarz francuski żydowskiego pochodzenia [zm. w 2011, wieloletni autor „Wyborczej”], urodzony we Lwowie w tym samym roku co ów profesor, i powiedział: „Pan ma czego żałować i nad czym płakać, ale kiedy ja jako młody Żyd pojawiłbym się na Wałach Hetmańskich w piątek czy w sobotę, to zostałbym pobity przez takich jak pan”.

Lwowianie mają bardzo różną pamięć. Dla Polaków Lwów międzywojenny był wspaniałym polskim miastem, dla Ukraińców i Żydów ten obraz nie jest już tak piękny. W latach 20. w Związku Radzieckim następowała ukrainizacja, liczono, że to tam powstanie prawdziwa Ukraina. Jednak już na początku lat 30., kiedy Stalin rozpętał na radzieckiej Ukrainie Wielki Głód, galicyjscy Ukraińcy zaczęli mieć poczucie ogromnego zagrożenia z obu stron: i polskiej, i sowieckiej. Narastała w nich bezsilność, desperacja i dlatego ukraińscy nacjonaliści zdobywali wśród swoich rodaków coraz silniejszą pozycję. Wydawało się, że tylko oni wiedzą, jak przeciwdziałać tej fatalnej sytuacji.

Nie zapominajmy, że różne formy ruchów narodowych mają swoje korzenie w XIX w. Czy także lwowskie?

– Już wtedy, w XIX w., Ukraińcy uważali miasto za swoją kulturalną stolicę i „Piemont ukraiński”, tak samo jak Polacy widzieli w nim swój „polski Piemont”. To były bezpośrednie odwołania do zjednoczenia Włoch. Piemont, niewielki i peryferyjny kraj, był tak ważny intelektualnie i politycznie, że od niego rozpoczęło się budowanie zjednoczonego państwa włoskiego, przez co stał się w Europie symbolem walki o niepodległość.

To, że w Galicji dwa narody uznały jedno miasto za centrum swojego ruchu narodowego, skomplikowało sprawę i ostatecznie doprowadziło do wojny.

Lwów w XX w. nie miał znaczenia strategicznego ani dla Polaków, ani dla Ukraińców. Zaraz po I wojnie światowej Ukraińcy mieli problemy z bolszewikami i białą Rosją, Polacy zmagali się z niemal wszystkimi sąsiadami, ale żaden z tych dwóch narodów nie mógł sobie pozwolić na utratę Lwowa. Wojna o Lwów z 1918 r. to nie były pragmatyczne, lecz symboliczne działania, ale tak już jest w historii, że ludzie częściej walczą o rzeczy symboliczne niż pragmatyczne.

Dla Polaków w XIX i na początku XX w. był to drugi po Warszawie najważniejszy ośrodek w kraju, większy od Krakowa, na trwałe wpisany w historię Rzeczypospolitej. Lwów został założony w 1256 r. przez księcia halickiego Daniła Romanowicza (po polsku Daniela Halickiego), w 1356 r. król Kazimierz Wielki dokonał lokacji miasta na prawie magdeburskim, do 1704 r. nigdy nie zostało ono zdobyte. Do 1945 r. pozostawało bardzo ważnym miejscem w dziejach Polski.

– Taka jest polska wersja historii. Ukraińcy uważają, że Daniło był księciem rusko-ukraińskim i że przed lokacją Kazimierza Lwów musiał już być lokowany na prawie niemieckim. Kiedy patrzymy na najstarszą część, położoną po drugiej stronie Pełtwi, bliżej zamku, to widać, że struktura miejska jest tam taka jak w lokacjach na prawie niemieckim. W centrum znajduje się prostokątny rynek, od którego prostopadle odchodzą ulice. Niemieccy osadnicy i kupcy wszędzie, gdzie się pojawiali, przynosili swoje prawa i zwyczaje, a do Lwowa dotarli przed Kazimierzem Wielkim. Istnieje niezbyt przyjemny dla Ukrainy nurt w historiografii polskiej, według którego cywilizacja w Galicji zaczyna się wraz z Polakami i katolicyzmem. Wokół tego regionu cały czas narastają wzajemnie wykluczające się mity narodowe. Zawsze jest polska i ukraińska wersja wydarzeń i pytanie, co z tym zrobić.

Kiedyś robiłam mapkę Europy w X w. z zaznaczonym zasięgiem oddziaływania Cesarstwa Rzymskiego i Bizancjum. Ziemie piastowskie to biała plama – prawie nie było na nich śladów kontaktów z kulturą i cywilizacją ani Zachodu, ani Bizancjum. W przeciwieństwie do okolic Kijowa, gdzie wpływy kultury bizantyjskiej zaowocowały powstaniem kilkunastu murowanych cerkwi wzorowanych na konstantynopolskich. Jeśli porównamy zabytki Kijowa i Krakowa z X i XI w., przewaga tego pierwszego będzie ogromna. Tylko że u nas ani na lekcjach historii, ani w publicznym dyskursie się o tym prawie w ogóle nie mówi. Być może stąd wziął się pogląd, że na Ukrainie kultura pojawia się z Polakami i katolicyzmem.

– To jest współczesna narracja, która wykorzystuje pojęcie „nowoczesność” i polega na przemilczaniu faktów i manipulacji. Bardzo długo główna oś cywilizacji w Europie to Południe – Północ, a nie Zachód – Wschód. W tym podziale i Ruś Kijowska, i Polska zaliczają się do barbarzyńców. Pytanie brzmiało: skąd na te ziemie ma napłynąć cywilizacja?

Kiedy w 988 r. Ruś przyjmowała chrzest ze Wschodu, to Bizancjum było największą cywilizacją tej części świata i jeszcze pięć stuleci dzieliło je od upadku.

Kijów, znajdujący się pod wpływem Konstantynopola, był bardziej rozwinięty kulturowo niż Polska, bo był bliżej wschodniego cesarstwa. Jest takie angielskie powiedzenie, że przeszłość to inny kraj, w którym wszystko wygląda inaczej. W tym wypadku różnica polega na tym, że wówczas dominowała oś Południe – Północ, a nie tak jak teraz Zachód – Wschód.

Pamiętajmy o jeszcze jednej bardzo ważnej rzeczy: ten dyskurs o wyższości Zachodu był wprowadzony nie przez Polaków, lecz przez Habsburgów. To oni tworzyli mentalną oś Zachód – Wschód. Z ich punktu widzenia cywilizacja kończyła się na zachodnim brzegu Dunaju. Przywołam tu słynne słowa Klemensa von Metternicha, że Azja zaczyna się od Landstrasse (dzielnica na wschód od centrum Wiednia).

Kiedy się patrzy na niemieckie wyobrażenia na temat Wschodu z XVIII w., to jednym z nich jest polnische Wirtschaft. Panowała opinia, że Polacy – a dokładniej: polska szlachta, bo tylko ją dostrzegano – to jacyś barbarzyńcy, dziwni Sarmaci. Habsburgowie uważali, że ich dziejowa misja polega na tym, żeby z owych dziwadeł zrobić normalnych ludzi.

W jednym ze słynnych przed wojną przewodników Mieczysława Orłowicza (…) czytamy o Lwowie: Wygląd miasta na pierwszy rzut oka nowoczesny, międzynarodowy, kamienice nowe w stylu koszarowym, gmachy publiczne bez stylu, ulice nieregularne, budynków starszych niż wiek XVII bardzo mało, położenie ładne w kotlinie Pełtwi zamknięte od północy wzgórzem Wysokiego Zamku i Kopcem Unii Lubelskiej. Po raz pierwszy byłam we Lwowie w latach 90. Uderzył mnie wielkomiejski charakter stolicy Galicji pomimo zaniedbania i brudu. To jest XIX-wieczna metropolia, ze wspaniałymi gmachami publicznymi na wzór wiedeńskich, z pięknie wyeksponowaną miejską operą, z parkami. Za oknem tramwaju długo migały mi secesyjne i eklektyczne drzwi kamienic, niektóre na wysokim artystycznym poziomie. W Warszawie tego nie ma, nie tylko z powodu II wojny, ale też dlatego, że w XIX w. nie była stolicą, tylko peryferyjnym miastem carskiego imperium.

– Linie tramwajowe we Lwowie zostały wyznaczone wzdłuż tamtejszego Ringu, zgodnie z koncepcją Ringstrasse. Mało kto zdaje sobie sprawę, że ta koncepcja zaczęła się we Lwowie jakieś 40 lat przed jej realizacją w Wiedniu czy Pradze. Destrukcja starych fortyfikacji i powstałych dzięki temu przestrzeni przypada już na początek XIX w. Są różne próby wytłumaczenia, dlaczego najpierw do tej wielkiej przebudowy doszło właśnie we Lwowie. Jedną z nich jest połączenie modernizacji Lwowa z poczuciem misji cywilizacyjnej Habsburgów. Początkowo nie dopuszczano Polaków do władzy, urzędnicy przyjeżdżali z Austrii, z Czech. Nie byli to najwybitniejsi fachowcy, ale większość z nich cechowało poczucie wyższości wobec Polaków, którymi przyszło im zarządzać. O Rusinach nawet nie myśleli, bo nikt nie wiedział, kim byli.

W Galicji czuli się jak w Azji i chcieli jakiejś rekompensaty za swoje wygnanie na rubieże cywilizacji.

Znaleźli się w obcym sobie mieście, z którym nie czuli się kulturowo związani, i uznali, że mogą sobie pozwolić na architektoniczne i urbanistyczne eksperymenty. Dlatego zaczęto snuć koncepcje małego Wiednia.

Słynny polski urbanista Krzysztof Pawłowski w latach 80. XX w. postawił pytanie: „Jak możemy zdefiniować nowoczesne miasto?”. Odpowiedź brzmiała, że powinna być w nim dostępna przestrzeń publiczna, określona liczba miejsc w kawiarniach, teatrach, bibliotekach. Jeśli zastosujemy jego kryteria do miast dawnej Rzeczypospolitej, to od Gdyni do Kijowa było tylko jedno nowoczesne miasto: Lwów. Pewien podróżnik z Niemiec, który w XIX wieku bywał i w Petersburgu, i w Moskwie, i w Kijowie, o Lwowie pisał z pewnym zdumieniem, że jest w nim czysto, pija się dobrą kawę, a miasto wygląda tak, jakby było całkowicie niemieckie. Do tak wielkiej przebudowy jak we Lwowie nie doszło w Krakowie.

We Lwowie przed 1867 r., czyli przed uzyskaniem autonomii, w pierwszej habsburskiej fazie rozbudowy miasta nie wahano się wyburzać starych budynków, ale przecież nie naruszono żadnych zabytków. Wszystko to, co najpiękniejsze, stoi: cerkiew Wołoska i wieża Korniakta, katedry katolicka i ormiańska, dominikanie, Święty Jur.

– Nigdy nie burzono kościołów i cerkwi. Habsburgowie to przecież katolicy. Uwolniono Stare Miasto z fortyfikacji i zbudowano nowe miasto poza starą częścią. To wszystko, co widać, gdy jedzie się lwowskim tramwajem, powstało w czasach przynależności Lwowa do cesarsko-królewskiej monarchii. (…)

Austriacy byli we Lwowie od 1772 do 1918 r. – to prawie 150 lat kluczowych dla formowania się zasad działania nowoczesnego państwa i społeczeństwa. Nic dziwnego, że te galicyjsko-habsburskie tradycje są tak silne.

– I tu mamy do czynienia z wielkim paradoksem: od końca I wojny do upadku komunizmu idea Galicji jako pewnej wspólnoty terytorialnej i kulturowej była zakazana we wszystkich politycznych dyskursach przez każdą władzę. Ani międzywojennej Polsce, ani ZSRR nie zależało na podtrzymywaniu wspólnej tradycji tych ziem. W okresie międzywojennym zamiast Galicja mówiono: Małopolska, a po II wojnie: zachodnia Ukraina. Czy Warszawa albo Moskwa w pierwszej połowie XX w. mogłyby tolerować idee parlamentarnej autonomii jakiegoś kraju? Jedynymi, którzy odwoływali się do mitu Galicji i świadomie z niego korzystali, były Niemcy hitlerowskie.

Galizien wpisywała się w tradycję niemieckiego państwa, federacji dzielnic ze znaczną samodzielnością takich jak Bawaria czy Saksonia.

– Galicję przedstawiano jako część Wielkiej Rzeszy, dlatego że kiedyś należała do niemieckiej dynastii. Przez większość XX w. nie mówiło się o niej, tak jakby w ogóle nie istniała. Połowę życia przeżyłem przecież w ZSRR i nigdy nie czułem się Galicjaninem. Mówiłem, że pochodzę z zachodniej Ukrainy. Galicja zaczyna na nowo funkcjonować w świadomości społecznej dopiero po upadku komunizmu i okazuje się, że ze wszystkich politycznych konstruktów jest najtrwalsza. Tak jakby pomiędzy utratą władzy przez Habsburgów a upadkiem komunizmu nic się nie stało.

Nadal istnieje tożsamość galicyjska, Kraków i Lwów mają podobną świadomość kulturową, mieszkańcy czują przynależność do Europy.

Socjolog Tomasz Zarycki napisał pracę o tym, jak mieszkańcy dawnej monarchii habsburskiej uczestniczą w wyborach po upadku komunizmu. Wziął pod uwagę Węgry, Ukrainę, Słowację, Litwę i doszedł do wniosku, że Galicja to jedyny region, w którym wyraźnie widać oddziaływanie granic z XIX i początków XX w. Ludzie w niej są tradycyjnie nastawieni, w związku z czym istnieje wysoki poziom uznania dla prawa, są zdecydowanymi antykomunistami, są religijni oraz wykazują wyższy poziom aktywności społecznej niż rodacy z innych części ich krajów. To są cechy galicyjsko-habsburskie. Pytanie, jak to umieścić w narodowej tradycji ukraińskiej.

Jeżeli projekt pod tytułem „Zjednoczona Europa” będzie trwał dalej, to może pogodzą się w nim różne sposoby opowiadania narodowej historii?

– Bardzo bym tego chciał, co więcej: my musimy nad tym pracować. Mam takie marzenie, że jeśli pożyję jeszcze jakieś 10-15 lat, to może napiszę historię Lwowa, ale nie z punktu widzenia zamieszkujących go narodowości. Kiedy czytam historie pisane przez pryzmat ukraiński, polski, żydowski, to mam wrażenie, że każda z nich mówi o innym mieście, że to były trzy różne miasta. Te opowieści nie zbiegają się w jedną. Lwów jako miasto był w XIX i XX w. symbolem nowoczesności i każda z tych nacji nawet teraz chce go zawłaszczyć wyłącznie dla siebie.


Jarosław Hrycak, profesor Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie, wieloletni wykładowca Central European University w Budapeszcie, jeden z najwybitniejszych współczesnych historyków ukraińskich. Zajmuje się historią Ukrainy XIX i XX w. w szerokim kontekście europejskim

W książce „Wędrówki przez czas. Nieoczywiste rozmowy o dziejach Europy” (wyd. Editio) rzeczywiście podróżujemy w czasie – do różnych miast i wydarzeń, które je kształtowały. Beata Janowska do tej podróży namówiła 12 wybitnych naukowców i znakomitych gawędziarzy. To podróże pełne zwrotów akcji, niespodziewanych spotkań, smutnych refleksji, ale i radosnych uniesień. Przede wszystkim jednak ogromna dawka wiedzy historycznej. Autorce o Paryżu z 250 r. opowiada prof. Roman Michałowski, o Wenecji z 811 r. – prof. Halina Manikowska, o Oksfordzie w 1214 r. – prof. Marek Gensler, o Olsztynie w 1334 r. – prof. Igor Kąkolewski, o Gandawie w 1432 r. – prof. Antoni Ziemba, o Vicenzie z 1549 r. – prof. Barbara Arciszewska, o Wilnie w 1639 r. – prof. Urszula Augustyniak, o Poznaniu w 1656 r. – prof. Krzysztof Kossarzecki, o Dreźnie w 1838 r. – prof. Philipp Ther, o Warszawie w 1864 r. – prof. Magdalena Micińska, o mazurskim Pasymiu z lat 50. XX w. – prof. Andrzej Janowski.

Autorka zadedykowała książkę Piotrowi Nehringowi, zmarłemu w zeszłym roku pierwszemu szefowi tygodnika „Ale Historia”, który ją do jej napisania zainspirował.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com