Archive | June 2020

Palestyńczycy: Burzenie domów, o których nikt nie mówi

Palestyńczycy: Burzenie domów, o których nikt nie mówi

Khaled Abu Toameh
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


15 maja Hamas buldożerami zburzył częściowo zbudowany dom, który należy do rodziny Sza’ath w mieście Chan Junis. Hamas twierdził, że dom był budowany bez właściwego pozwolenia. Według naocznych świadków, podczas burzenia dziesiątki członków Hamasu uzbrojonych w pałki i paralizatory bili kobiety i dzieci, i obrzucali obelgami innych członków rodziny Sza’ath. Na zdjęciu: Chan Junis. (Zdjęcie: Dans/Wikimedia Commons)

Hamas, wspierany przez Iran ruch terrorystyczny panujący w Strefie Gazy, jest często pierwszy w potępianiu Izraela za burzenie domów terrorystów lub domów Palestyńczyków, nielegalnie zbudowanych na Zachodnim Brzegu i w Jerozolimie.

Choć międzynarodowe grupy praw człowieka i Unia Europejska także potępiają Izrael, ignorują burzenie domów przez Hamas w Strefie Gazy.

W ciągu ostatnich 10 lat Hamas burzył nie tylko domy, ale także meczet – co nie ściągnęło niemal żadnej uwagi międzynarodowych mediów ani organizacji praw człowieka lub UE.

11 maja rzecznik Hamasu, Hazem Kassem potępił jako „zbrodnię wojenną” zburzenie przez izraelską armię domu należącego do Kassama Barghoutiego we wsi Kubar, na północ od Ramallah na Zachodnim Brzegu.

Barghouti był członkiem komórki terrorystycznej odpowiedzialnej za zamordowanie 17-letniej Izraelki, Riny Shnerb w sierpniu 2019 roku. Zabiła ją podłożona bomba, kiedy była na wycieczce razem z ojcem, rabinem Eitanem Sznerbem, i bratem Dvirem w pobliżu miejscowości Dolev. Jej ojciec i brat zostali ranni w ataku.

Matka Barghoutiego, Widad, oznajmiła, że jej największym osiągnięciem było urodzenie bohatera. „Mówię [mojemu synowi] i im wszystkim [więźniom], że jesteśmy z nich dumni – powiedziała. – Jeśli chcemy mówić o osiągnięciach jako matki, to najważniejszym osiągnięciem, jakiego dokonałyśmy w życiu, jest to że urodziłyśmy tak wielkich jak oni bohaterów”.

Cztery dni po zburzeniu domu Barghoutiego buldożery Hamasu zburzyły częściowo zbudowany dom, który należy do rodziny Sza’ath w mieście Chan Junis w południowej części Strefy Gazy. Hamas uzasadniał zburzenie twierdząc, że dom był budowany bez właściwego pozwolenia.

Według naocznych świadków dziesiątki hamasowców uzbrojonych w pałki i paralizatory towarzyszyło buldożerom podczas burzenia domu należącego do rodziny Sza’ath.

Świadkowie oskarżyli członków Hamasu o bicie kobiet i dzieci i obrzucanie obelgami innych członków rodziny podczas burzenia.

W wydanym oświadczeniu rodzina Sza’ath potępiła napad Hamasu na dom jednego z jej synów. „Setki członków Hamasu zaatakowało dzielnicę Szout w Chan Junis” – napisano w oświadczeniu.

“W wyniku ataku dziesiątki członków rodziny odniosły rany. Uznajemy Hamas za odpowiedzialnego za tę niebezpieczną eskalację. Nie będziemy patrzeć bezczynnie na to, co się zdarzyło. Hamas używa najbardziej brutalnych metod represji i prześladowania wobec ludzi ze Strefy Gazy, którzy krytykują jego zachowanie”.

W lutym Hamas poinformował 50 rodzin na przedmieściu Chan Junis, Al-Amal, że ich domy zostaną zburzone, pod zarzutem, że zbudowano je bez pozwolenia. Rodzinom nakazano opuścić domy w przeciągu dwóch tygodni. „Zamiast budować nowe domy, Hamas niszczy domy Palestyńczyków – powiedzieli mieszkańcy. – Nie mamy dokąd pójść. Wolimy umrzeć pod ruinami razem z naszymi dziećmi”.  

To było czwarte zburzenie domów przez Hamas od początku roku.

Dwa tygodnie po zburzeniu domu Sza’atha, Hamas zburzył dom należący do starszej wiekiem wdowy z rodziny al-Szinawwi w Strefie Gazy. Palestyńczycy podkreślili, że zburzenie miało miejsce podczas świętego miesiąca postu – ramadanu.

“Niechaj was Bóg pokarze – powiedziała płacząca stara kobieta na wideo zamieszczonym na Facebooku. – Hamas to synowie psów; nawet Żydzi nie robią nam takich rzeczy. Nadal nie zapłaciłam długów za budowę domu”.

W kwietniu buldożery Hamasu zburzyły dom należący do Sultana al-Astala, także w Chan Junis, twierdząc, że został zbudowany bez pozwolenia.

Al-Astal powiedział palestyńskiej gazecie „Al-Hayat Al-Jadida”, że on i jego rodzina „żyją na tej ziemi od 150 lat i że odziedziczył ją po ojcu i dziadku”. Ponadto powiedział:

“Mimo obaw o szerzenie się koronawirusa członkowie Hamasu przybyli do mojego domu przed świtem. Zburzyli mój dom i pobili moją żonę i córkę. Zachowywali się, jakby wyzwalali ziemię okupowaną przez Żydów. Hamas niszczy domy niewinnych i uciskanych ludzi”.

Chamis al-Astal, przedsiębiorca, który zbudował ten dom, powiedział: “Buldożery Hamasu zniszczyły ten dom, nie bacząc na żadne względy moralne lub religijne”.

W marcu Hamas zburzył trzy domy w Chan Junis pod zarzutem, że zostały zbudowane na „państwowej ziemi”.

W zeszłym roku Hamas zburzył dom w Chan Junis należący do Bassama Duhana, także pod zarzutem, że został zbudowany bez pozwolenia. Duhan, ojciec ośmiorga dzieci, ustawił namiot przed zburzonym domem. Skarżył się, że krewni wysokich rangą funkcjonariuszy Hamasu także zbudowali domy w tej samej okolicy, ale nikt nie zburzył ich domów.

W 2017 roku buldożery Hamasu zburzyły kilka domów w północnej części Strefy Gazy. Naoczni świadkowie mówili, że protestujący podpalili jeden z buldozerów.

W 2015 roku buldożery Hamasu zburzyły sześć domów w dzielnicy Namsawi w Chan Junis pod zarzutem, że zostały zbudowane na „państwowej ziemi”.

W tym samym roku Hamas zburzył także meczet należący do islamistycznej grupy przeciwników rządów Hamasu w Strefie Gazy. Trzy buldożery burzyły meczet w mieście  Der al-Balah. Mieszkańcy powiedzieli, że Hamas nie dał im nawet czasu na zabranie egzemplarzy Koranu z meczetu Al-Mutahbin.

W 2010 roku Hamas zburzył 20 domów w dzielnicy Tal al-Sultan w Rafah w południowej części Strefy Gazy. Mieszkańcy powiedzieli, że dostali informację o zburzeniu zaledwie na 48 godzin wcześniej i nie mieli czasu na zabranie swojego dobytku zanim zostali usunięci siłą.

Palestyńczycy wyraźnie boją się potępiać Hamas za trwającą politykę burzenia domów. W zeszłym roku grupa młodzieży w Strefie Gazy wezwała Ligę Arabską i arabskie oraz islamskie partie, by rozpoczęły dochodzenie w sprawie zbrodni Hamasu wobec innych Palestyńczyków. Nie trzeba mówić, że grupa ta nigdy nie otrzymała odpowiedzi od Ligi Arabskiej ani od żadnej innej organizacji w krajach arabskich i islamskich. Apel wystosowano po tym, jak bojówkarze Hamasu użyli nadmiernej siły, by powstrzymać palestyńskie protesty w sprawie ciężkiej sytuacji ekonomicznej i korupcji Hamasu.

Jak dotąd wydaje się, że Palestyńczyków w Strefie Gazy zdradzili nie tylko ich arabscy i muzułmańscy bracia, których ich los zupełnie nie obchodzi, ale zdradziła ich także społeczność międzynarodowa, która wydaje się mieć zasadę ignorowania represyjnych i brutalnych posunięć Hamasu przeciwko własnej ludności. Przy braku międzynarodowych reakcji Hamas nadal bezkarnie burzy domy w Strefie Gazy – i popełnia inne przestępstwa przeciwko własnej ludności – pozostawiając setki rodzin bez schronienia.


Khaled Abu Toameh – urodzony w 1963 r. w Tulkarem na Zachodnim Brzegu, palestyński dziennikarz, któremu wielokrotnie grożono śmiercią. Publikował między innymi w “The Jerusalem Post”, “Wall Street Journal”, “Sunday Times”, “U.S. News”, “World Report”, “World Tribune”, “Daily Express” i palestyńskim dzienniku “Al-Fajr”. Od 1989 roku jest współpracownikiem i konsultantem NBC News.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Fighting Trump plan, hilltop youth may go where no settler has before: Area A

Fighting Trump plan, hilltop youth may go where no settler has before: Area A

JACOB MAGID


Far-right activists launch ‘It’s all ours’ campaign, plotting outposts in Palestinian parts of West Bank that other settlers have shied from

(From L-R) “It’s all ours” campaign organziers Elisha Yered, Yedidya Shapira and Yonatan Levi on June 3, 2020. (It’s all ours campaign)

Dozens of far-right Israeli activists have launched a campaign aimed at foiling the Trump peace plan that they say will include establishing outposts in parts of the West Bank that are earmarked for the Palestinian state envisioned by the proposal.

Organizers of the “It’s all ours” campaign say their efforts will progress in three stages during the coming weeks leading up to the July 1 date on which Prime Minister Benjamin Netanyahu has vowed to begin advancing annexation of parts of the West Bank with US backing.

The campaign marks the latest effort to oppose the Trump plan, which despite its envisioning of Israel annexing all West Bank settlements in addition to the Jordan Valley, has faced significant opposition from settler leaders, senior figures in the national religious camp, and now younger, ultra-nationalist activists as well.

The first stage of the “It’s all ours” campaign was launched late Thursday night and saw over 100 hilltop youth and students from national religious yeshivas around the country plastering over 5,500 fliers along roads and bus stops throughout the West Bank, warning against “the danger of the division of the land that is on the horizon.”

An IDF soldier stands at a guard post in the West Bank plastered with signs against the Trump peace plan. (Dror Etkes)

The “It’s all ours” organizers say the next stage will include rallies and marches  throughout the West Bank as early as later this week.

The campaign will then climax with the establishment of illegal outposts in “strategic areas” beyond the Green Line, regardless of whether they are located in Areas A, B, or C.

Until now, Israeli settlers have focused almost exclusively on settling in Area C — the 60% of the West Bank, which according to the 1995 Oslo Accords falls under Israeli security and civilian control. A handful of outposts have gone up in Area B where Israel has security control, but the Palestinian Authority is in charge of civilian matters, but Israeli security forces have worked to swiftly demolish such illegal building. Area A, on the other hand, is under full PA control and has rarely experienced any attempts by Israelis to settle there.

“Our mission is to break through the current boundaries of settlement. If we settle with existing communities, we will lose most of Judea and Samaria and establish a Palestinian state will be established there,” the campaign organizers wrote on the thousands of fliers distributed throughout the West Bank.

“It’s all ours” campaign activists hang up fliers against the Trump plan in the West Bank on June 3, 2020. (It’s all ours campaign)

“We can only demand where we settle,” Shapira said, echoing a major tenant of the Trump peace plan, which states that no Israelis or Palestinians will be uprooted from their homes as a part of its “realistic two state solution.”

He revealed that before the pandemic, the campaign leadership had already started scoping out hilltops for the establishment of new wildcat communities.

Shapira said he was not concerned about the risks establishing remote outposts in areas that are under PA control. “The IDF is responsible for the security of Israelis no matter where they are and they’ll protect us.”

Posters against the Trump peace plan in the West Bank. (It’s All Ours campaign)

Asked whether there was any strategic value in accepting the Trump plan in order to receive US backing for annexation of at least part of the West Bank, when the PA is almost certain to reject an offer for statehood on what remains, another member of the campaign, Sarah Miriam Malt emphatically rejected the idea.

“Opposing the division of the land is a fundamental belief based on the Bible. I have no moral right to give that of because the moment I do so, we lose the legitimacy of our claims,” said the 27-year-old mother of four from the Geulat Zion outpost in the central West Bank.

Despite the rather homogeneous makeup of the “it’s all ours” supporters, Malt insisted that a majority of Jewish Israelis support their goals and recognize that “we have a right to be here and that no other people has such a right.” The goal of the campaign, she argued, is to “awaken the public” in the hopes that more will join them in acting upon that prerogative.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel – June 7, 2020

News From Israel – June 7, 2020

ILTV Israel News


An exclusive security cabinet is established ahead of Israel’s plans to expand sovereignty over parts of Judea and Samaria – with a divided public ahead of the move.

The numbers of #covid-19 infections and fatalities are climbing – now extending beyond schools.

The gloves are off, Israel takes on plastic waste ahead of world ocean day.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Fałszywy mit „Łupaszki”

Fałszywy mit „Łupaszki”

Paweł Dybicz


Zygmunt Szendzielarz odpowiada za zbrodnie wojenne

Staraniem prezydenta Dudy, Instytutu Pamięci Narodowej i biskupów do panteonu zasłużonych Polaków wpisywany jest bezrefleksyjnie Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. Odbywające się w tych dniach uroczystości związane z jego pochówkiem mają wzmacniać przesłanie, że oddajemy hołd wielkiemu polskiemu żołnierzowi, bohaterowi narodowemu. Tymczasem huczne obchody maskują prawdę o tym „niezłomnym”, który odpowiada za zbrodnię ludobójstwa, mord na cywilach dokonany w czerwcu 1944 r. przez jego podkomendnych. Wyznawcy heroizmu Szendzielarza wolą tego nie wiedzieć. Obecnie bowiem liczy się tylko jedno – „Łupaszka” walczył z Sowietami i komuną. Za walkę o wolną Polskę został skazany na karę śmierci i stracony. Stąd taka celebracja. Kiedy organizowano pogrzeb, trudno było się dowiedzieć, że nie kto inny, ale pracownik centrali IPN dr Paweł Rokicki wykazał, że „Łupaszka” był zbrodniarzem. Jego monografia „Glinciszki i Dubinki. Zbrodnie wojenne na Wileńszczyźnie w połowie 1944 roku i ich konsekwencje we współczesnych relacjach polsko-litewskich”, napisana zgodnie z wszelkimi kanonami naukowymi (powstała w PAN), mimo że generalnie przemilczana, powinna położyć kres chwalbie. Niestety, gdy uczestnicy i świadkowie tamtych wydarzeń już nie żyją, można łatwo i bezkarnie fałszować historię, ogłaszając bohaterami tych, którzy mają na rękach krew niewinnych ludzi.
„Łupaszka” został skazany za działania na obszarze dzisiejszej Polski w latach 1944-1948. Za to, co robił jego oddział na Podlasiu, Białostocczyźnie, Warmii i Mazurach oraz Pomorzu. Na tych terenach w wielu miejscowościach, choćby w podlaskiej Narewce, pamięta się go do dziś. Aresztowany w 1948 r., odpowiadał przed sądem za zbrodnie na cywilach, którzy tworzyli nową Polskę, za śmierć co najmniej 70 funkcjonariuszy MO, a także 60 żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego oraz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Nigdy jednak nie odpowiedział za zbrodnię wojenną w Dubinkach. A powinien!

Historia mordu

Kiedy zbliżał się front wschodni, na Wileńszczyźnie doszło do wydarzeń, które były konsekwencją polsko-litewskiego konfliktu narodowościowego, narastającego od co najmniej półwiecza. W czasie II wojny światowej przybrał on charakter krwawych zbrojnych starć i dotknął również Kościół katolicki, szczególnie na pograniczu polsko-litewskim.
Zbrodnia w Dubinkach to ciąg następujących po sobie zdarzeń. Do Glinciszek skierowano sześcioosobowy patrol 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, którego celem było zwabienie w zasadzkę stacjonujących w pobliskim Podbrzeziu litewskich policjantów z 3. kompanii 258. rezerwowego batalionu policji. W wyniku starcia zginęło czterech policjantów. W odwecie za śmierć kolegów członkowie tego batalionu dowodzonego przez por. Petrasa Polekauskasa zamordowali 20 czerwca 1944 r. 38 Polaków, mieszkańców Glinciszek. „Mord w Glinciszkach był szczególnie drastyczny ze względu na bezlitosne potraktowanie ludności cywilnej – bezbronnych kobiet, dzieci i starców. Sprawcy znajdowali się zapewne w stanie silnego wzburzenia, spowodowanego widokiem zabitych i rannych towarzyszy broni”, pisze Paweł Rokicki.

Trzy dni później dowodzona przez rtm. Zygmunta Szendzielarza 5. Wileńska Brygada AK zabiła 21 cywilów w zamieszkanych głównie przez Litwinów Dubinkach. Partyzanci „Łupaszki” nie ograniczyli się do tej wsi, zabijali też w okolicy. Szacuje się, że łącznie zabili nie mniej niż 66 osób. Czyn polskich partyzantów był nie mniej okrutny niż mord dokonany przez litewskich policjantów.

Akcja odwetowa 5. brygady była zbrodnią wojenną, a ta nie podlega przedawnieniu. Podkomendni „Łupaszki” nie podjęli walki z litewskimi policjantami, nie zaatakowali bezpośrednich sprawców zbrodni w Glinciszkach ani ich siedziby w Podbrzeziu, ale dokonali mordu na ludności cywilnej, i to na tej, która nie miała nic wspólnego z mordercami z Glinciszek. Atak polskich partyzantów miał uderzyć w litewskich osadników wojskowych, ale nie oni byli głównymi ofiarami, lecz kobiety i dzieci.

Za te zabójstwa bezpośrednio odpowiada „Łupaszka”. Paweł Rokicki (który konsekwentnie pisze „Łupaszko”) nie ma co do tego wątpliwości: „Z praktyki dowodzenia oddziałami partyzanckimi AK wynikałoby, że decyzję o sposobie przeprowadzenia akcji odwetowej podjął dowódca 5. Brygady AK rtm. Zygmunt Szendzielarz »Łupaszko«. Jak można wnioskować ze skutków akcji, za cel uznał on najwyraźniej zniszczenie w całości rodzin wybranych”.

Słowa Rokickiego korespondują z oceną „Łupaszki” dokonaną przez wielkiego znawcę Armii Krajowej na Wileńszczyźnie, Romana Koraba-Żebryka, który stwierdził, że dowódca 5. brygady nie informował przełożonych o planowanym odwecie. Mało tego, wiedział, że po mordzie w Glinciszkach zakazali oni jakichkolwiek akcji odwetowych na własną rękę. Wiadomo też, że „Łupaszka” w czasie akcji nie kontaktował się bezpośrednio z przełożonymi, sam podejmował decyzje. I to on zdecydował się zastosować niedopuszczalną odpowiedzialność zbiorową.
W tym miejscu warto przypomnieć rozkaz komendanta okręgu wileńskiego AK ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”, który wręcz nakazywał traktowanie ludności cywilnej „bez różnicy narodowości i wyznania (Polak, Litwin, Białorusin, Żyd, katolik, prawosławny). Żadne nadużycia w stosunku do ludności cywilnej nie mogą mieć miejsca. Ich życie i mienie musi być ochraniane przez AK”.

Świadomi mordercy

Rtm. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” podobnie jak dowódca litewskich policjantów por. Petras Polekauskas doskonale wiedzieli, co robią. Byli świadomi, że to, czego dopuszczają się ich podkomendni, jest zbrodnią wojenną. Zarówno Szendzielarz, jak i Polekauskas byli przedwojennymi zawodowymi oficerami. Mieli za sobą długoletnią służbę wojskową. Wiedzieli zatem, że takie czyny podlegają karze, są złamaniem prawa, pogwałceniem konwencji międzynarodowych.

Większość partyzantów „Łupaszki” również wiedziała, że wydarzenia z czerwca 1944 r. chwały im nie przynoszą. W relacjach i wspomnieniach przemilczali albo bagatelizowali mord w Dubinkach. Pisali, że wieś była ufortyfikowana, że stoczyli bój z litewskim oddziałem, a zamordowani cywile to przypadkowe ofiary wymiany ognia. Można jednak znaleźć i takie dokumenty jak prezentowany obok wniosek o awans dla weterana 5. brygady Władysława Bujki „Lotnika”. W podpisanym przez byłego dowódcę Zygmunta Grunt-Mejera „Zygę” wniosku z 15 sierpnia 1996 r. udział w tej akcji odwetowej jest potraktowany jako zasługa uzasadniająca awans.
I tu dotykamy sprawy odpowiedzialności za wydarzenia w Glinciszkach i Dubinkach. Dlaczego „Łupaszka” i jego podkomendni nie zostali uznani za sprawców i uczestników zbrodni wojennej? Przypomnijmy: zbrodni, która nie podlega przedawnieniu i powinna być ścigana z mocy prawa polskiego i międzynarodowego.

Przyczyn tej bezkarności jest wiele, ale dwie są najważniejsze. Po pierwsze, zabójcy niewinnej ludności cywilnej, zwłaszcza kobiet i dzieci, są mało znani. „Łupaszka” za swoje czyny powinien stanąć przed sądem polowym AK już w czerwcu 1944 r. To, że uniknął osądzenia, było głównie wynikiem rozproszenia oddziałów i licznych aresztowań wśród dowództwa i żołnierzy AK dokonanych przez NKWD. Przed sądem AK powinien też stanąć jego zastępca por. Wiktor Wiącek „Rakoczy”, który miał dowodzić grupą wypadową w czasie akcji odwetowej. Wiadomo również, że mordów dokonywali żandarmi polowi i kawalerzyści 5. brygady. Trudno dziś jednak precyzyjnie wskazać bezpośrednich uczestników akcji odwetowej i sprawców mordów.

Po drugie, ważna jest postawa polskich i litewskich organów ścigania. Ich zachowanie to pochodna polityki historycznej uprawianej przez te dwa państwa. Zarówno na Litwie, jak i w Polsce do rangi bohaterów walk o niepodległość podniesiono tych, którzy walczyli z Armią Czerwoną. W III RP dodatkowo nazwano ich „żołnierzami wyklętymi”.
Żadnemu z morderców ludności cywilnej nie postawiono zarzutu sprawstwa i udziału w mordzie. „Łupaszka” nie został oskarżony o zbrodnię w Dubinkach nawet w czasie procesu w 1950 r. Po 1989 r. wymiar sprawiedliwości zaczął się zajmować sprawą zabójstwa w Glinciszkach (podobnie jak na Litwie zajęto się mordem w Dubinkach), jednak – jak słusznie stwierdza Paweł Rokicki – „współpraca organów ścigania Polski i Litwy niby istnieje, ale z uwagi na polityczny kontekst sprawy idzie, jak idzie. Środowisko litewskiego AK jest czułe na punkcie swoich czynów niepodległościowych. Polska prokuratura też niespiesznie działa, korzystając z pomocy litewskiej prokuratury. Poszukiwania sprawców są ograniczone. Większość sprawców obu zbrodni już nie żyje, a ci, którzy żyją, to dziewięćdziesięciolatkowie”.

Rokicki dochodzi do zasmucającego wniosku, że „biorąc pod uwagę dotychczasowe wyniki ścigania sprawców zbrodni glinciskiej i dubińskiej, można sformułować paradoksalne spostrzeżenie, że ostatnie osiągnięcie na tym polu zanotował hitlerowski aparat policyjny, który nazajutrz po zbrodni w Glinciszkach aresztował 12 podejrzanych o jej popełnienie policjantów litewskich”.

To, że dochodzenie do prawdy trwa tak długo, że nie ma procesów, wyroków, jest skutkiem zapętlenia się samego IPN. Bo jak można przedstawiać „Łupaszkę” i innych jako bohaterów, a jednocześnie uznawać ich czyny za zbrodnię wojenną? Gdyby IPN to zrobił, zaprzeczyłby dokonywanej przez tę instytucję heroizacji Szendzielarza. Więcej, zaprzeczyłby sensowi swojego istnienia w obecnym kształcie. Załóżmy jednak, że znalazłby jeszcze żyjących winnych zbrodni dubińskiej – zaraz pojawi się problem, jaką miarą sądzić „wyklętych” i jak ich karać. Jeżeli komendant wojewódzki MO w Szczecinie tylko za podpisanie listy osób wskazanych do internowania dostał dwa lata bezwzględnego więzienia, to jaką karę powinny wymierzyć sądy zabójcom z Dubinek? Stąd opór przed napiętnowaniem tego mordu, odnalezieniem i osądzeniem jego sprawców.

Kult „Łupaszki”

W III RP zrodził się niesamowity wręcz kult „Łupaszki”. Choć IPN jest największym jego propagatorem i najgorliwszym realizatorem polityki historycznej prawicy, gloryfikującej takie postacie jak Zygmunt Szendzielarz, to w heroizacji „Łupaszki” nie był i nie jest sam. Zawsze może liczyć na wsparcie radykalnych zwolenników prawicy, również zasiadających w parlamencie. W 2006 r. Sejm, któremu marszałkował Marek Jurek, podjął uchwałę uznającą Zygmunta Szendzielarza za symbol walki „żołnierzy wyklętych”. 11 listopada 2007 r. Lech Kaczyński pośmiertnie odznaczył „Łupaszkę” Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla niepodległości kraju. Smaczku dodaje temu fakt, że tego samego dnia z oficjalną wizytą przebywał w Warszawie prezydent Litwy Valdas Adamkus. Głowa państwa, w którym „Łupaszkę” uznaje się za zbrodniarza, a wileńską AK za formację, która głównie zajmowała się mordowaniem cywilów. (W tym miejscu przypomina się polski protest przeciwko uhonorowaniu UPA przez ukraiński parlament w czasie wizyty Bronisława Komorowskiego w Kijowie).

Legendę „Łupaszki” tworzy nie tylko IPN, organizujący okolicznościowe wystawy i wydający liczne publikacje na temat Szendzielarza i 5. Brygady AK. Do szerzenia jego chwały przyczyniają się także grupy rekonstrukcyjne rozmiłowane w „żołnierzach wyklętych”. Może więc w ramach przybliżania prawdy historycznej rekonstruktorzy odtworzą zbrodnię w Dubinkach, pokażą sceny mordu, zabijania z zimną krwią kobiet i dzieci? Z pewnością będzie to niezwykła forma popularyzacji „Łupaszki” i polityki historycznej uprawianej przez prawicę związaną z PiS i IPN.

Demoralizacja „wyklętych”

Chęć odwetu była jedną z przyczyn mordu w Dubinkach, ale nie mniejszy wpływ na przebieg wydarzeń miała demoralizacja partyzantów. Rokicki pisze wprost: „Wojenna demoralizacja miała niewątpliwie szeroki zasięg. Jej skutki można odnaleźć w zachowaniach zarówno partyzantów, jak i litewskich policjantów. O przerażającej głębokości tej demoralizacji najdobitniej świadczy brak zahamowań sprawców obu zbrodni przed mordowaniem małych dzieci oraz kobiet w ciąży. Wyraźnym przejawem deprawacji niektórych partyzantów 5. Brygady AK było zgwałcenie przed śmiercią jednej z kobiet w Dubinkach. Sytuacja odgórnego przyzwolenia dała wówczas niektórym osobom możliwość bezkarnego uprawiania bestialstwa. (…) Przejawem rozprężenia moralnego niektórych sprawców były również rabunki mienia ofiar, których dopuszczali się sprawcy obu zbrodni. (…) Demoralizacja sprawców szła w parze ze wzajemną nienawiścią na tle narodowościowym”.

Paweł Rokicki ową demoralizację tłumaczy zatruciem „brutalnością wojny, a zwłaszcza okrucieństwem stosowanym przez sowieckich i niemieckich okupantów”. Trudno się zgodzić z takim postawieniem sprawy, bo wychodzi na to, że mordercy z Dubinek niczym się nie różnią od zbrodniarzy okupantów. A przecież niemal wszędzie wmawia się nam, że Zygmunt Szendzielarz i inni byli pełni rycerskich cnót, zachowywali się, jak przystało na polskich oficerów i żołnierzy.

Widząc wojenną demoralizację partyzantów AK, trzeba inaczej spojrzeć na „żołnierzy wyklętych” i na wojnę domową. Lata 1944-1948 wzmagały ich demoralizację. Po takich wydarzeniach jak te w Dubinkach „Łupaszce” i innym „wyklętym” zabijanie rodaków – mundurowych lub cywilów – musiało przychodzić bardzo łatwo. Stawiali się w roli sędziów i katów. Nie mieli poczucia winy. Czuli się bezkarni, bo nieukarane pozostały ich wcześniejsze zbrodnie wojenne. I dziś mogą uchodzić za podręcznikowych bohaterów, bo wybielanie ich zbrodni uświęcane jest kropidłem biskupów.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Pawła Rokickiego „Glinciszki i Dubinki. Zbrodnie wojenne na Wileńszczyźnie w połowie 1944 roku i ich konsekwencje we współczesnych relacjach polsko-litewskich”, Instytut Studiów Politycznych PAN i IPN, Warszawa 2015.


Zamordowani cywile – bilans odwetu

Dokładna liczba osób, które straciły życie w wyniku akcji odwetowych AK, nie została dotąd ustalona. Paweł Rokicki podaje, że w akcjach odwetowych przeprowadzanych przez AK w końcu czerwca 1944 r. zamordowano co najmniej 119 cywilów zamieszkujących pogranicze polsko-litewskie.
Ofiarami partyzantów 5. Wileńskiej Brygady AK dowodzonej przez „Łupaszkę” było co najmniej 66 osób cywilnych oraz kilku policjantów litewskich zabitych w czasie walk (wraz z przypadkowym, cywilnym woźnicą). Do największych mordów doszło w Dubinkach i Ołkunach, gdzie ogółem zabito 44 osoby.

W trakcie ekspedycji karnej 2. Zgrupowania AK, zorganizowanej na rozkaz komendanta okręgu wileńskiego ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”, zabito przypuszczalnie nie mniej niż 13 cywilów.
Partyzanci AK przeprowadzali brutalne kontrole ludności w poszukiwaniu podejrzanych, dopuszczając się niekiedy pobić. Egzekucjom towarzyszyły też rekwizycje dobytku.

Ofiarami były często osoby z rodzin mieszanych, polsko-litewskich, a nawet rdzenni Polacy. „Przerażająca jest statystyka obydwu zbrodni pod względem płci i wieku zamordowanych. Wśród ofiar najwięcej bowiem było kobiet oraz nieletnich (dzieci i młodzieży). W Glinciszkach 56% ofiar należało do tej kategorii, a w Dubinkach ok. 75%. (…) Zupełnie odmiennie przedstawiają się wyniki akcji odwetowej 2. Zgrupowania AK, w czasie której zabijano niemal wyłącznie dorosłych mężczyzn”.

„Najtragiczniejszy pod względem liczby ofiar był najazd grupy kawalerzystów 5. Brygady AK na zagrodę Gylisów. Partyzanci wyprowadzili z domu żonę nieobecnego gospodarza Konstanciję Gylieně z sześciorgiem dzieci oraz mieszkającego z nimi dzierżawcę części ziem Bolesława Strumiłłę (Balys Strumila)”. Ten ostatni próbował się wstawić za gospodynią, ale go zastrzelili. „Konstanciję Gylieně zastrzelono przy studni wraz z najmłodszą, kilkumiesięczną córką Genovaitě. Pozostałą piątkę zaprowadzono na rozstrzelanie do stodoły. Najstarsza z córek Gylisów, dziewiętnastoletnia Jadvyga, została tam przed śmiercią zgwałcona. Z egzekucji ocalała jedynie ranna w szyję Terese, którą partyzanci uznali za martwą”. Nieopodal domu Gylisów „znajdowało się gospodarstwo kolejnego szaulisa (członka paramilitarnej organizacji, Związku Strzelców Litewskich – przyp. red.) Alfonsasa Stašelisa. (…) Pod nieobecność gospodarza polscy partyzanci rozstrzelali jego żonę Emiliję i kilkuletnią córkę Onute”.


Patrol 5.
Wileńskiej Brygady AK dotarł do wsi Vymančiai. „W domu pozostał Petras Vinslovans z żoną Salomėją i pięcioma córkami (w wieku od 5 do 20 lat): Liudviną, Zofiją, Oną, Leonorą i Eleną. Wszyscy oni zostali rozstrzelani”. Kilometr dalej był folwark Reputany, w którym „mieszkała rodzina Dzimidasów. W domu znajdował się w tym czasie gospodarz Povilas z pięciorgiem dzieci: jego żona przebywała w szpitalu w Malatach. W czasie najścia partyzantów (…) gospodarz ukrył się pod kanapą, a dzieci przekonały partyzantów, że ojciec wyjechał odwiedzić matkę do szpitala. W tej sytuacji rozstrzelanych zostało czworo dzieci, w wieku od 2 do 16 lat: Benediktas, Antanas, Stepanija i Bronislava. (…) Łącznie w Vymančiai i Reputanach zabito tego ranka dwanaście osób: dwóch starszych mężczyzn (w wieku 52 i 60 lat) oraz dziesięcioro kobiet i dzieci”.

W Ołkunach zastrzelono Mariannę Ramejkową, która trzymała „na rękach sześcioletnią córkę Aldonę Weronikę. Matka została śmiertelnie trafiona w głowę, córka zaś otrzymała dwa śmiertelne postrzały w klatkę piersiową”.

Relacja Jonasa Žvinysa, plebana kościoła w Dubinkach (fragmenty)

„Idę na plebanię. Dowiaduję się, że Polacy wyszli w kierunku majątku. Mama lamentuje, mówi: rozstrzelali gajowego z rodziną i jeszcze kogoś.
Przychodzę, straszny widok. W kątach – mąż zastrzelony, żona zastrzelona i dwoje dzieciątek w kołysce zakrwawionych, nieżywych. Zamordowani też inni, którzy byli w tym domu: młynarka Šimenskieně (Rozalia Szymiańcowa), krawiec Kerulis, szwagier gajowego.

Wziąłem z kościoła stułę, olejki święte i idę do majątku. A tam słychać strzały. Przede wszystkim przychodzę do Vaidukevičiusa: wszyscy wyprowadzeni na ganek i rozstrzelani. Ojciec trzyma krzyż w ręku, matka z modlitewnikiem, chłopczyk dwunastoletni, dziewczynka dziesięcioletnia, z różańcami. I w kołysce trzymiesięczne dziecko, zalane krwią.
Idę do Gurkisa. Wchodzę – jego żona i syn rozstrzelani. (…)
Idę do Stašelisa. (…) Polacy w jego domu zastrzelili żonę i może trzyletnią córeczkę, dopiero przebudzone.

Idę do Grytě. Tam byli dwaj bracia, dwie siostry i babcia. Jednego z braci nie było w domu, drugi schował się za drzwiami, a dziewczyny w życie. Polacy przestrzelili babci głowę przez skroń. Ona jeszcze żyła. Przewiązałem ranę, dałem ostatnie namaszczenie, rozgrzeszenie”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Będzie skarga do NSA ws. ulicy im. Szendzielarza „Łupaszki” w Białymstoku

Będzie skarga do NSA ws. ulicy im. Szendzielarza „Łupaszki” w Białymstoku

Robert Fiłończuk, Sylwia Wieczeryńska


Białystok. Banery z ‘Łupaszką’ na blokach przy Bema (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)
[“Wyborcza Białystok: – Ogromne banery upamiętniające wywołującego szereg kontrowersji mjr. Zygmunta Szendzielarza “Łupaszkę” zawisły na szczytach niektórych budynków mieszkalnych Białegostoku. Za ich pojawieniem się ma stać podlaski urząd marszałkowski i IPN.
]


Będzie skarga do NSA od wyroku ws. zmiany nazwy ulicy w Białymstoku, noszącej imię majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” – poinformował przewodniczący rady miasta Łukasz Prokorym. Sąd pierwszej instancji oddalił skargę samorządu na rozstrzygnięcie nadzorcze wojewody, który unieważnił zmianę tej nazwy na ulicę Podlaską.

Wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Białymstoku zapadł w miniony wtorek. Sąd ocenił, że w procedurze podjęcia uchwały o nadaniu nowej nazwy doszło do istotnego naruszenia prawa i zgodził się w tej kwestii z oceną prawników wojewody, ujętą w rozstrzygnięciu nadzorczym.

Chodziło o uzasadnienie uchwały, z którego miało wynikać, dlaczego została podjęta. “Tymczasem uzasadnienie projektu uchwały, które jest prawnie wymagane, nie odpowiada stanowi faktycznemu” – mówił po wyroku sędzia Marek Leszczyński.

Argumentował, że uchwała dotyczyła nadania nazwy ulicy, gdy w rzeczywistości chodziło o jej zmianę (z im. Szendzielarza na Podlaską). “Ponadto w uzasadnieniu projektu uchwały brak jest wskazania jakichkolwiek przyczyn, dla których następuje zmiana dotychczasowej nazwy na nową” – dodał. Sąd ocenił też, że doszło do naruszenia zasad tzw. techniki prawodawczej, bo treść uchwały nie jest jednoznaczna.

Sąd podkreślał, że rada ma uprawnienia do nadawania czy zmiany nazw ulic, ale są to dwie różne sytuacje. W tym drugim przypadku uzasadnienie projektu takiej uchwały musi – w ocenie sądu – “przekonywać, dlaczego dotychczasowa nazwa nie może pozostawać w obrocie prawnym”. Sędzia Leszczyński zwracał uwagę, że gdyby takich zmian można było dokonywać bez stosownego wyjaśnienia zasadności, mogłoby to doprowadzić do chaosu.

Wyrok jest nieprawomocny, można go zaskarżyć do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Przewodniczący rady miasta Łukasz Prokorym poinformował w środę, że zostanie złożona skarga do NSA. “Nie widzę żadnego argumentu, żebyśmy mieli takiej skargi nie wysyłać. W naszej ocenie mieliśmy podstawę prawną, by taką uchwałę podjąć” – powiedział PAP. Ocenił też, że uchwała została uzasadniona, a do tego w żadnych przepisach nie jest zapisane, jak owo uzasadnienie ma w praktyce wyglądać.

“Te elementy, które w swoim rozstrzygnięciu (…) podniosłem, te prawne elementy dotyczące procesu uchwalania tej zmiany, którą rada miejska podjęła, zostały w wyroku sądu podzielone w dużej ich części” – tak skomentował w środę rozstrzygnięcie WSA wojewoda podlaski Bohdan Paszkowski. W jego ocenie, potwierdziły się argumenty, że cały proces odbywał się “w sposób niezgodny z prawem, z uwarunkowaniami dotyczącymi sposobu procedowania takich uchwał, określonych w regulaminie rady miejskiej czy w przepisach powszechnie obowiązujących”.

Paszkowski zaapelował do białostockiej rady, by – jak to ujął – “korzystając z tych okoliczności, że jest ten wyrok WSA” rozważyła korektę swoich decyzji i zrezygnowała z zabiegów o zmianę nazwy ulicy im. Szendzielarza “Łupaszki”, którego określił mianem “pewnej ikony środowiska Armii Krajowej, środowiska żołnierzy walczących o niepodległość naszego kraju”.

“Taki jest mój apel z uwagi na to, że dla naszego województwa, dla atmosfery, dla nie generowania kolejnych podziałów, myślę, że w tym zakresie zgoda i utrzymanie stanu obecnego jest wskazane” – mówił wojewoda.

“Postać majora +Łupaszki+ – wybitnego dowódcy polskiego podziemia – nie powinna stanowić elementu różnego rodzaju przetargów w zakresie takiej polityki bieżącej. Powinniśmy uszanować – z jednej strony – tę wybitną postać polskiego podziemia, z drugiej strony – nie podchodzić ahistorycznie do tych zjawisk, których Polska doświadczała w latach 40. i 50. i w kolejnych latach zniewolenia komunistycznego” – mówił Paszkowski.

“Za dużo już emocji wokół tej sprawy było, za dużo złych słów zostało wypowiedzianych, które majorowi Szendzielarzowi nie powinny być przypisywane” – dodał.

Ulica na białostockim osiedlu Skorupy imię “Łupaszki” nosi od dwóch lat. Inicjatorami byli radni PiS, którzy mieli wtedy większość w radzie. Radni nadali ulicy imię Zygmunta Szendzielarza, mimo że prezydent miasta proponował nazwę Podlaska.

Patron jednak od początku wzbudza w Białymstoku emocje. Praktycznie tuż po nadaniu ulicy imienia “Łupaszki” pojawiły się tam napisy i wlepki “zbrodniarz”, tablice oblewane są czerwoną farbą, były też napisy “Łupaszko – morderca!!!” i “Miejsce zbrodniarzy jest na śmietniku historii. Łupaszko to ludobójca!!!”.

Jesienią ub. roku rada nowej kadencji nazwę ulicy zmieniła na Podlaską, czyli pierwotnie planowaną przez magistrat. Autorzy tego projektu wskazywali, że na szlaku oddziałów majora Szendzielarza “były spalone wsie i ludność cywilna”. W listopadzie wojewoda wydał jednak rozstrzygnięcie nadzorcze i stwierdził nieważność tej uchwały. To skargę radnych na to rozstrzygnięcie oddalił WSA w Białymstoku.(PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com