Archive | June 2020

Raport o wirusie nienawiści

Raport o wirusie nienawiści

Stowarzyszenie „NIGDY WIĘCEJ”


Stowarzyszenie „NIGDY WIĘCEJ” opublikowało swój najnowszy raport pt. „Wirus nienawiści: Brunatna Księga czasu epidemii”. Dokumentuje on akty rasizmu, ksenofobii i dyskryminacji, do jakich doszło w kontekście koronawirusa w Polsce w ostatnich tygodniach i miesiącach.

Autorzy raportu zarejestrowali przypadki napaści na przedstawicieli mniejszości, bezpodstawnie obwinianych o roznoszenie wirusa, a także liczne przejawy mowy nienawiści i teorie spiskowe na temat epidemii szerzone przez skrajną prawicę.

Wśród zebranych na ponad 30 stronach opisów znalazły się m. in. następujące zdarzenia:

– 1 marca podczas mszy w kościele pw. św. Michała Archanioła we Wrocławiu ksiądz salezjanin Leonard Wilczyński stwierdził w kazaniu, że epidemia koronawirusa „to kara boska za życie w grzechu: za homoseksualizm”. Dodał, że Chińczycy „są brudni, jedzą nietoperze i martwe płody”.

– 25 marca w Sosnowcu trzech mężczyzn obrzuciło ksenofobicznymi wyzwiskami pochodzącą z Chin pracowniczkę naukową Uniwersytetu Śląskiego. Poszkodowana relacjonowała: „Otoczyli mnie, tak bardzo się bałam, ciągle się trzęsę. Krzyczeli «wirus» i «China»”.

– 8 kwietnia w Szprotawie lokalne media poinformowały, że ochroniarz sklepu Biedronka nie wpuścił do sklepu Ukraińca z powodu jego pochodzenia. Jeden ze świadków tego zdarzenia relacjonował: „Gdy młody człowiek chciał wejść do sklepu, ochroniarz zapytał go, czy jest Polakiem, czy Ukraińcem. Gdy odparł, że Ukraińcem, usłyszał, że nie wejdzie do środka”. Jak się okazało, zachowanie pracownika wynikało z przeświadczenia, że osoby pochodzenia ukraińskiego są nosicielami koronawirusa.

– 8 kwietnia na falach warszawskiego Radia Wnet zaprezentowano teorię spiskową autorstwa brytyjskiego antysemity Davida Icke’a. Zdaniem Icke’a odpowiedzialna za pandemię koronawirusa jest globalna grupa określana jako „kult”, z którą związani są „szaleńcy z Doliny Krzemowej”, Światowa Organizacja Zdrowia, brytyjski następca tronu książę Karol i Bill Gates. Prowadzący audycję z powagą referował poglądy Icke’a, stwierdził też, że stanowią one „ciekawy głos w dyskusji”.

– 19 kwietnia (w rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim) Kazimierz Płotkowski, były przewodniczący Regionu Śląskiego partii Polska Razem Zjednoczona Prawica, zamieścił na Twitterze komentarz: „Żydki na wszystkim umieją zrobić interes… może ten covid19 to nowy holoszwindel [określenie to stanowi nawiązanie do antysemickiego stereotypu dotyczącego rzekomego czerpania korzyści z Holokaustu – dop. red. Nigdy Więcej]”.

– W drugiej połowie kwietnia w Poznaniu „nieznani sprawcy” w środku nocy wybili kamieniami szyby w oknach mieszkania Filipińczyka, który od dziesięciu lat mieszka w Polsce. Reportaż na temat tego zdarzenia ukazał się 23 kwietnia w stacji TVN24. Kilka godzin po emisji materiału, znów w nocy, doszło do drugiego ataku na mieszkanie Filipińczyka. Ktoś ponownie obrzucił je kamieniami. Według poszkodowanego obie napaści były związane z epidemią koronawirusa i przejawami wrogości wobec osób pochodzących z Azji.

„Niektórzy Filipińczycy mają takie doświadczenie, że ludzie krzyczą za nimi na ulicy «Korona!». Jednemu z Filipińczyków splunięto w twarz i ktoś krzyknął za nim «Chińczyk!». Bardzo się boimy” – powiedział.

– 25 kwietnia poseł Konfederacji Grzegorz Braun w rozmowie z Tomaszem Sommerem (redaktorem naczelnym pisma „Najwyższy Czas”) na portalu YouTube snuł spiskowe teorie na temat koronawirusa, za dowód jego wcześniejszego przygotowywania uznając… filmy hollywoodzkie o katastrofach. Dalej Braun przemawiał: „Siła projektów kosmopolitycznych się urealnia. […] Amerykańska – użyjmy tego terminu fachowego, klasycznego – żydokomuna próbuje wykorzystać walkę z koronawirusem, aby się pozbyć Trumpa”.

– Grzegorz Braun (którego własna partia polityczna nosi nazwę… „Korona”) to działacz skrajnej prawicy, który szczególnie zaangażował się w głoszenie nienawistnych teorii spiskowych związanych z koronawirusem. 6 maja podczas debaty sejmowej poseł Braun groził śmiercią przez powieszenie ministrowi zdrowia Łukaszowi Szumowskiemu. 8 maja Braun oraz znany antysemita (skazany za publiczne spalenie kuły Żyda) Piotr Rybak brali aktywny udział w konfrontacji z policją podczas warszawskiego ulicznego protestu przeciwko restrykcjom sanitarnym.„Wirus nienawiści: Brunatna Księga czasu epidemii” (pełny tekst raportu w pliku PDF)

Według badań Zespołu Centrum Studiów nad Demokracją Uniwersytetu SWPS przeprowadzonych w kwietniu 2020 r. aż 45 procent Polaków wierzy w teorie spiskowe twierdzące, że „jakieś obce siły lub państwa celowo przyczyniają się do rozprzestrzeniania koronawirusa” (jedynie 42 procent uznaje jego pochodzenie naturalne zgodnie z wiedzą naukową).

Współautor raportu Stowarzyszenia „NIGDY WIĘCEJ”, prof. Collegium Civitas dr hab. Rafał Pankowski stwierdza:

„Globalna pandemia to także globalny kryzys społecznego zaufania i wartości, dezorientacja, niepokój. W przestrzeni tej niebezpiecznie rozwija się ksenofobia i teorie spiskowe. Po raz pierwszy w naszej historii mamy do czynienia z taką falą nienawiści wobec osób pochodzenia azjatyckiego, ale obecne są też stereotypy antysemickie, a także wrogość i pogarda wobec rozmaitych innych grup – na przykład Romów, Afrykanów, Ukraińców, Amerykanów, Rosjan, a także muzułmanów, uchodźców, osób LGBT czy ekologów, wegan i masonów”.

„Niestety, w promowanie teorii spiskowych na temat koronawirusa zaangażowane są także media, do których nierzadko jako eksperci zapraszani są ludzie o skrajnych poglądach. Takie osoby zdobywają też popularność w sieci, np. dzięki telewizji internetowej wRealu24, która szczególnie intensywnie rozpowszechnia treści antysemickie i ksenofobiczne. Wbrew zapowiedziom firmy, YouTube nadal toleruje takie treści na swojej platformie” – dodaje dr Anna Tatar, współautorka „Brunatnej Księgi”.

„Przykłady nienawiści idą niestety z góry. W czasach pandemii szczególny niepokój budzą teorie spiskowe wygłaszane przez osoby publiczne: celebrytów, artystów, polityków, dziennikarzy, duchownych” – mówi Jacek Dzięgielewski, współautor raportu Stowarzyszenia „NIGDY WIĘCEJ”.


Stowarzyszenie „NIGDY WIĘCEJ” jest założoną w 1996 roku niezależną, apolityczną organizacją ekspercką, która monitoruje zdarzenia na tle ksenofobicznym. Jest m.in. członkiem sieci International Network Against Cyber Hate (INACH). Wraz z partnerami z Estonii, Słowacji, Rumunii i Hiszpanii prowadzi badania mowy nienawiści w ramach projektu Opcode: Open Code for Hate-Free Communication.

„Wirus nienawiści: Brunatna Księga czasu epide


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Letters to the Editor June 3, 2020: George Floyd and Iyad al-Halak

Letters to the Editor June 3, 2020: George Floyd and Iyad al-Halak

LETTERS TO THE EDITOR


Readers of The Jerusalem Post have their say.

Letters / (photo credit: PIXABAY)

Two recent incidents in the United States and Israel show disturbing similarities.

YIGAL HOROWITZ
Beersheba

It’s a steal?
Regarding “Mandatory social distancing: The greatest theft of all time” (June 2), I am greatly disturbed by your decision to give a platform to the three economics/ business professors who labeled social distancing a “theft.” Wasn’t their ad hominem attack on public health scientists (“supercilious and myopic infectious disease experts”) a clue that this was a non-science based, disinformation article from an extremist political viewpoint?
The price of coronavirus disinformation is high. To spread this politically motivated, non-scientific propaganda during a serious public health crisis is beyond the pale of fair comment and free speech; it is the height of irresponsibility.

BURTON FRANCIS
Jerusalem

It takes the combined wisdom of three senior professors to conclude that social distancing, which saved millions of lives during the current pandemic, is “the greatest theft of all time.” Their next study will probably show that since a person’s medical costs are disproportionately higher during the last year of his life, we must do something to prevent this theft of kupat holim funds.

For genuine theft, we should look at the working conditions of these professors, who receive a full salary for a maximum of eight hours of lecturing per week.

DR. SAMUEL DERSHOWITZ
Jerusalem

It is unfortunate that the three economists describe mandatory social distancing as “theft.” A thief steals for personal gain. This is not the case with the government’s policy concerning corona. It would have been sufficient to castigate the government as “negligent” or even “grossly negligent.” I do not believe there was criminal intent, as the word “theft” implies. I also feel that they are unnecessarily rude about infectious disease experts. One should also recognize that the government’s massive program has been effective in managing the epidemic from an epidemiological standpoint.

The government’s approach to the pandemic has been restricted to strategic planning, with a complete absence of tactical planning. Effective tactical planning might have permitted phased closures and avoided a universal shutdown. Tactical planning depends on information – and I believe that information is contained in the records of general practitioners (family physicians), every one of whom has the information on her/his desktop. However, to use this information one needs continuous monitoring. This is possible and can be done automatically while at the same time preserving our patients’ privacy.

Bearing in mind that large sums are spent on relatively uncommon causes of illness, it would be worthwhile to find the money to develop an ongoing program to anticipate and contain future major public health problems.

DR. ALBERT JACOB
Beersheba

Clear as mud
I agree with much of the opinion expressed in “For annexation to work, it needs clarity and preparedness” (May 31), but I am a bit confused about its characterization of Samaria Council chairman Yossi Dagan and of Mahmoud Abbas’s Palestinian Authority.

Dagan is portrayed as a person adamantly opposed to any attempt to solve the ongoing conflict between Israel and the Palestinians. Yet, three weeks ago, he hosted a group of Muslims at a combined Iftar/Lag BaOmer dinner. The guests included Israeli Arabs and Palestinians who said they welcomed the plan for extending Israeli sovereignty to parts of Area C and also looked forward to reaping the economic benefits proposed by the Trump peace plan.

Conversely, the article’s writer feels that the Palestinian Authority has shown itself to be against violence. Yet another article in the same issue details the pay-for-slay program and the PA’s encouragement of seeking “martyrdom” by murdering Jews.

Preparation for applying Israeli civilian governance to parts of Area C requires clarification of who is seeking peace and who is not. It would also help to inform those who advise against Israel’s taking “unilateral” action that the PA leaders’ automatic rejection of any and all movements toward peace is a prime example of “unilateralism.”

TOBY F. BLOCK
Atlanta, GA

Is the “two-state solution” really a solution for the Israeli-Palestinian conflict?

In the last Palestinian elections held 14 years ago, Hamas won 74 of the 132 seats available. By a clear majority, the Palestinian people rejected Fatah in favor of Hamas. Today the West is largely in agreement that Hamas is a terrorist organization, and both Israel and the US refuse to deal directly with Hamas.

If a Palestinian state is declared, there will need to be elections. The reason that no Palestinian elections have been held for 14 years is clear: Hamas will win and take over the state. So the “two-state solution” that the West is promoting will lead to a state controlled by an organization that the West considers a terrorist organization and will not talk to. What could be more absurd? Is this really a solution? Strike One.

Any agreement that the Palestinian state will be demilitarized is laughable. Not only will the Palestinians arm themselves, they will also enter into agreements with other countries. Iran will jump at the opportunity. Israel will have Iranian troops looking directly at Ben-Gurion Airport and stationed outside Jerusalem. Is this really a solution? Strike two.
There are approximately two million Palestinian “refugees” and descendants living in Syria, Lebanon and Jordan. Once a Palestinian state is declared, it seems likely that they will be ordered to go to it. Unemployment will skyrocket and chaos will result. Imagine the consequences of a million unemployed people marching to the Israeli security fence on the West Bank and demanding a “right of return.” Strike three – you’re out.

Only when countries genuinely abandon their intention to destroy their neighbors is peace possible. The Palestinians need to end their maximalist demands and abandon their so-called “inalienable right of return.” They have to abandon terrorism. Without this, the “two-state solution” is really an oxymoron.

When Abbas holds up four maps indicating smaller and smaller areas for a Palestinian state, he is showing the world the legacy of Palestinian rejection of all past “two-state” solutions. The consequences of another rejection are clear. The Palestinian State in the next map will be even smaller. It’s time for the Palestinians to face reality and abandon the failed policies of the past. Until then, the West to stop supporting an unworkable “two-state solution.”

NEVILLE BERMAN
Ra’anana

Under the heading “Annexation vexation” (June 1), five letters support annexing parts of Judea and Samaria. While the letters make some good points, it is important to consider the potential negative effects of such an annexation.

These include making a resolution of the Israeli/Palestinian conflict even harder, if not impossible; ending the long-running successful cooperation between PA security forces and the IDF to curtail Hamas and other terrorist groups; making terrorism and another Intifada more likely; weakening relations between Israel and many other nations, including the European Union, which has threatened a very negative reaction to annexation; undermining current peace agreements with Jordan and Egypt; lessening support for Israel among American Jews; and widening divisions between Israel and US Democratic politicians.

There is widespread opposition to annexation, including from Commanders for Israel’s Security’ (CIS), which includes “the overwhelming majority of retired IDF generals and their Mossad, Shin Bet (Security Agency) and police equivalents;” most American Jews; almost all US Democratic politicians, including Joe Biden; and a strong majority of world leaders.
This is an especially bad time for annexation, as it is urgent that nations work together to combat the coronavirus pandemic and the potential climate catastrophe that climate experts are increasingly warning about.
Annexation is a terrible option for Israel.

RICHARD H. SCHWARTZ, PH.D.
Professor Emeritus, College of Staten Island

Regarding “Imam jailed for smuggling charity funds to Hamas” (June 1), the imam received a one-year jail sentence for smuggling $3,000 to the Hamas terrorists who control Gaza.

I’m not questioning the justice of the punishment, since assisting the enemy is a severe crime that must be punished. I just figure that if the punishment for smuggling $3,000 of charity funds is one year in jail, the sentence for those facilitating the transfer of $480 million of Qatar charity funds to Gaza would be 160,000 years.
Not to worry – I’m sure whoever was responsible for the transfer of the funds will have one third of his sentence commuted for good behavior!

SAMMY HIRSCHMAN
Karnei Shomron

Masked intentions
Regarding “PM: Lockdown will return if coronavirus guidelines ignored” (May 31), it was disheartening to read about the spike in coronavirus cases and especially closing down a school.

The Health Ministry is concerned about “disregard for the rules” (wear a mask, good hygiene, and maintain two meters apart, yet in supermarkets and stores, many people wear masks as chin straps and some cashiers don’t have masks at all. Many students and teachers aren’t wearing masks.
If the Health Ministry is serious about enforcing the rules, I suggest that they make the storeowners responsible for ensuring that their staff and customers wear masks covering both their mouth and nose. Anyone violating the rules should be required to leave the store. Health inspectors should visit the stores. If they notice people not wearing their masks properly, they should photograph them and then issue a citation to the store. A first citation is a warning. A second citation will require the store to close for 10 days, with a notice posted on the entry door to inform the public that “This store did not comply with the coronavirus rules.”

After the first store in the neighborhood is shut down for 10 days, the other storeowners will insist that their staff and customers comply. This policy will also impress upon the public the seriousness of the situation.
With no enforcement and such complacency, it’s no surprise that so many tested positive. The public needs to realize the pandemic isn’t over!

BARBARA FEINBERG
Jerusalem

Missionary TV position
I was taken aback by Ellen W. Horowitz’s article, “How did missionary TV come to Israel,” (May 31), just by the sheer lack of trust it affords Israeli people to make their own choices and come to their own conclusions.
There is little room in this article for Jews who may think differently, choose to adopt an alternative viewpoint or not fall in lock step with what is deemed to be the only way Jews can and should think. Quotes which prove my point: “this new-old challenge to our faith,” “we Jews march to a different drummer and have different values,” “Jewish people living here are certainly entitled to ensure religious continuity,” “this is an ‘every Jew’ moment,” and finally, “spiritual distancing from our very zealous Christian friends is in order at this time.”

As an independent Jewish Israeli thinker, I’d like to believe that I have the ability to discern a threat to my existence and the existence of my people and my country. I’d also like to think that I have the right and privilege to turn on a TV channel or, likewise, turn it off. I do not relinquish my right to view content of any kind, allowing someone else to make the determination for me of what is dangerous or immoral. So my message to Horowitz is – thanks, but no thanks. I am old enough, smart enough and aware of Jewish history enough to know how to make my own decisions and not feel intimidated by evangelicals who may have a different viewpoint.

I highly suggest that you respect the Israeli people enough to let them make their own choices and not need you as a filter of what is sanctioned worthy for Jews.

CHAVA STEIN
Jerusalem

Regarding “God TV says threat of closure of Shelanu ‘religious discrimination” (June 2), the history of modern Christian missionary activities in Israel goes back to the early 19th century, when under the aegis of the British consulate in then-Ottoman-governed Jerusalem, numerous missionary activities directed at the Jews were incorporated into educational and charitable institutions. Their success in converting Jews is attested to by the records of parents and rabbis in trying to extricate their children from conversion.

Missionary activities became so rampant that they were repudiated by no less a personage than Queen Victoria herself, who rebuked those seeking to bring Christianity on the inhabitants of the land.
It is therefore appropriate to examine the motives and methodology of this new TV channel.

MARION REISS
Beit Shemesh

Here comes the bribe
I read with interest the letters under the subheading “Innocent until proven guilty?” (June 1). I agree with that sentiment.
However, I was perplexed by the assumption that “media bribery” could not possibly be a crime.

If it is shown that Bezeq, in particular its owner, monetarily benefited by a change in regulations in exchange for and control over news coverage, is this not bribery?

BARRY LYNN
Efrat


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Outrage over the murder of George Floyd doesn’t justify intersectional myths

Outrage over the murder of George Floyd doesn’t justify intersectional myths

By JONATHAN S. TOBIN


A mural of George Floyd, 46, who died as a result of police brutality in Minneapolis on May 25, 2020, by Eme Street Art in Mauerpark in Berlin, Germany. Image courtesy of Wikimedia Commons.

 The outrageous murder in Minneapolis of George Floyd, a 46-year-old African-American man, by local police is a crime that cannot be tolerated or excused. Efforts by extremist agitators to hijack peaceful demonstrations and turn them into violent riots should also be condemned and not falsely rationalized as a form of legitimate protest or part of a necessary path to progress.

Sensible people know both those things can be equally true, and that concerns about the anarchy in the streets of major cities shouldn’t diminish our anger about Floyd’s death or any other crime that appears rooted in racism.

This perilous moment in American history should have created a consensus about the need to address both injustice and nihilist violence that ought to transcend partisanship. That is why Jewish organizations and religious groups have joined with people of faith throughout the denominational spectrum to express their dismay about what happened to Floyd, as well as their desire to combat prejudice.

Attacks On Jews

But not everyone is prepared to observe the political ceasefire most Americans would prefer to observe in the wake of these traumas. As always, some of those looking to exploit tragedy are attacking Jews.

That was made clear when a synagogue and Jewish-owned businesses were vandalized in Los Angeles with pro-Palestinian propaganda. In and of itself, that would be terrible, but those buildings were just a few out of the innumerable places around the country that suffered the same indignity or worse.

The context for that incident—and the spate of anti-Jewish and anti-Israel hate that has flourished in recent days on the Internet—is not random anger that could have been directed at any target, no matter how removed it might be from the incident that set off this crisis. Such incitement is the direct product of an intersectional movement that has continued to attempt to link crimes committed on American streets against African-Americans with the conflict between Israel and the Palestinians. Just like other forms of prejudice for which there should be no tolerance, the effort to blame Israel or Jews for what rogue American cops might do needs to be clearly labeled as a form of hate speech.

Manufactured Connections

The effort to manufacture a connection between slayings of African-Americans with Israel isn’t new. The notion that the struggle for civil rights in the United States is connected to the Palestinian war on Israel has become a staple of the BDS movement. It is rooted in intersectionality, an idea that has gained popularity in certain sectors of academia. It asserts an affinity between the struggles of people of color or indigenous populations against imperialist and racist hierarchies. So if you think all Jews in Israel are the moral equivalent of white European settlers in Africa, the notion that blacks who oppose systemic racism in America are fighting the same good fight as Palestinians resisting Zionism makes sense.

That is what is behind the cartoon that has circulated on social media showing an Israeli soldier sitting on the neck of an oppressed Arab next to the image of rogue Minneapolis cop Derek Chauvin suffocating a dying George Floyd under the caption “black lives matter.” The same disingenuous analogy was behind the tweet by a group calling itself the U.S. Campaign for Palestinian Rights, which attempted to claim that U.S. police departments are sending personnel to Israel to be trained to attack unarmed blacks.

This false meme further argued that Israel is helping to “militarize” American law enforcement.

Blood Libel!

The Black Lives Matter movement has made these arguments before, but the anti-Zionist Jewish Voice for Peace group has particularly embraced this canard. JVP’s “Deadly Exchange” program fits into its efforts to promote boycotts of Israel. Asserting that Jewish groups that have facilitated trips to Israel by American first responders and police are somehow responsible for killings of unarmed blacks by U.S. cops is not only untrue, it’s a classic example of an anti-Semitic blood libel since it seeks to blame Jews for gruesome crimes for which they bear no responsibility.

Big Lies

The training Americans get in Israel has little to do with the attacks that JVP and other BDS groups claim to oppose. It actually focuses on the antithesis of stereotypical police brutality by seeking to promote community engagement and nonviolent policing that would make confrontations less likely.

The willingness to buy into the big lie about Israelis teaching Americans to kill minorities is based in ignorance of the true nature of the conflict between Israel and Palestinian terror groups. Contrary to the intersectional myth, Jews are not colonial oppressors in Israel. Jews are not only indigenous to the country that is their ancient homeland. A majority of Israelis also fall into the category that left-wing ideologues would term “people of color” since their families came to the country from homes in Arab and Muslim lands from which they fled or were expelled after 1948.

The mission of the Israel Defense Forces is not racial oppression. It’s to defend the people of Israel against foes, which have not given them a day of peace in the 72-year history of the country. Its record in protecting civilian lives, including Palestinians who are used as human shields by terrorists, is unmatched.

Fueling Hate

Stripped of its mendacious rhetoric, intersectionalism is a thinly disguised form of anti-Semitism. So it comes as little surprise that anti-Israel groups are breathing new life into these falsehoods whose purpose is fueling hate against Jews, rather than seeking justice for George Floyd and African-Americans.

We can embrace a crusade against racism and police misconduct without endorsing the notion that all police are equally guilty of such crimes, or that the American nation is irredeemably guilty of intolerance. Similarly, it is vital that all decent people should reject the attempts to smear Israel and its American friends by associating them with incidents like the Floyd murder. Though some wrongly associate it with anti-fascism, intersectionality is hate masquerading as advocacy for the oppressed.


Jonathan S. Tobin is editor in chief of JNS—Jewish News Syndicate.  He may be followed on Twitter at: @jonathans_tobin.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Najbardziej bałem się, że pani zapyta: “Na tym kirkucie to pan naprawdę siusiał?”

Najbardziej bałem się, że pani zapyta: “Na tym kirkucie to pan naprawdę siusiał?”

Dorota Wodecka


Jacek Podsiadło (Fot. Beata Zawrzel/REPORTER)

We mnie po każdym imieniu i nazwisku, za którym stoi wyłącznie pustka, coś się drze: tylko nie Szmul! O Boże, dlaczego właśnie Dawid?!

Jacek Podsiadło – ur. w 1964 roku w Szewnej koło Ostrowca Świętokrzyskiego. Poeta. Jest laureatem nagród literackich: „Brulionu Poetyckiego” (1992), Nagrody im. Georga Trakla (1994), Nagrody Kościelskich (1998), Nagrody Miłosza (2000), Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius” (2015, za całokształt twórczości, i 2017, za tomik „Włos Bregueta”) oraz Nagrody im. Wisławy Szymborskiej (wspólnie z Romanem Honetem, 2015)

Pięciokrotnie nominowany do Nagrody Nike. Jego wiersze tłumaczono na większość języków europejskich. Jest twórcą i redaktorem internetowego Domowego Radia „Studnia”. Mieszka w Opolu.

Dorota Wodecka: W pana wierszu „Słup ze słów”, który ukazał się w ostatnich „Książkach”, pojawiają się nazwiska badaczy Zagłady, tytuły ich prac. Prof. Joanna Tokarska-Bakir po lekturze wiersza poczuła ulgę, że listy, które ona i inni wysyłali w butelce, dotarły do kogoś i zostały odczytane.

Jacek Podsiadło: Mam to samo z poezją. Kiedy dowiaduję się, że pani chce ze mną porozmawiać o konkretnym wierszu, to jest trochę tak, jakbym usłyszał, jak u pani pod Wrocławiem strzela korek z butelki, którą osobiście wrzuciłem do Odry w Opolu. I to jest właśnie ulga, że nie mówiło się w pustkę, do nikogo.

Zanim pan go napisał, musiał pan dużo przeczytać, bo jego frazy odnoszą się do wydarzeń, które znamy z opracowań historyków. Czytał pan lektury traktujące o Zagładzie z obowiązku inteligenta, który powinien znać historię swojego kraju, czy z powodu dociekań nad kondycją moralną człowieka?

– Człowiek chce wiedzieć, na jakim świecie żyje, nawet jeśli lepiej by było dla niego, gdyby nie wiedział. Ale obowiązków lekturowych nie mam żadnych, już w podstawówce nie czytałem lektur obowiązkowych i zostało mi to na zawsze. Kiedy jako nastolatek przeczytałem książkę o obozach koncentracyjnych, a zaraz potem zobaczyłem w jakimś tygodniku, chyba to był „Radar”, zdjęcie z wojny iracko-irańskiej, na którym żołnierzowi urywają rękę dżipem, mój pęd do wiedzy na temat wszelkiej Zagłady osłabł, przez lata tak to czułem. I nie byłem w Oświęcimiu, nie sięgałem po książki Hanny Krall czy później Jana Grossa. Nie bardzo też wierzyłem, że mogą być dobrą literaturą. A jeśli nawet, to wyobrażałem sobie, że tworzenie jej jest jakimś, nie wiem… nadużyciem, a ja na takie lektury jestem za miękki.

Co się wydarzyło, że do książek o Zagładzie zaczął pan jednak częściej zaglądać?

– Patriotą się stałem, ojczyznę pokochałem na starość. Na razie zostałem patriotą lokalnym, a ojczyznę pokochałem małą.

Zacząłem skromnie, od czytania wszystkiego, co w jakikolwiek sposób jest związane z moim rodzinnym Ostrowcem Świętokrzyskim. Poznałem Monikę Pastuszko i Wojtka Mazana, młodych pasjonatów historii Ostrowca, i chodzimy sobie po śladach tej historii, każde swoim tropem, ale inspirując się wzajemnie. A kiedy się trafi na ślady Zagłady, to trudno tak po prostu przejść nad nimi do porządku.

Sam wyszperałem wspomnienia, których autor uparcie pragnie pozostać anonimowy, ale opisuje w nich np., jak będąc nastolatkiem, wchodził na teren getta w Ostrowcu albo jak zobaczył pierwszą Żydówkę zastrzeloną za brak gwiazdy Dawida. I inaczej mi się dziś idzie z mieszkania mojej siostry do pizzerii naszego powinowatego, odkąd wiem, w którym miejscu po drodze leżało kiedyś to ciało.

Kiedy Bożena Keff zaprowadziła mnie do ŻIH-u, żebym mógł poszperać w relacjach ocalałych z Zagłady, w których pojawia się Ostrowiec, zobaczyłem znajome nazwy i nazwiska i poczułem, że jestem bardzo blisko tamtych wydarzeń. Trafiłem na przykład na relację ośmioletniej dziewczynki o spaleniu w szopie czy stodole przez gajowego o nazwisku, jakie nosiła moja koleżanka z klasy, rodziców i dziadka tej dziewczynki, po uprzednim ich ograbieniu.

To mnie przekonuje, że bardzo mgliste wspomnienie o jakichś napomknieniach mojej matki, że gdzieś pod Ostrowcem spalono Żydów żywcem, jednak nie było urojeniem. A za każdą taką historią wlecze się sięgający dzisiejszych czasów ogon. Bo w wydanej niedawno oficjalnej księdze z historią Ostrowca tamten gajowy figuruje jako bohater ukrywający Żydów w stodole, którą podpalili „żandarmi”. I coś z tym wszystkim trzeba zrobić, ze sobą trzeba coś zrobić, a nie wiadomo co.

Ale też nie czuję potrzeby, żeby „dużo przeczytać” o Zagładzie. Ktoś mnie spytał niedawno, czy przeczytałem „I była miłość w getcie”. Odpowiedziałem, że tak, przeczytałem z lubością, nawet wiele razy, ale tylko tytuł.

„Pod klątwą” Joanny Tokarskiej-Bakir, „Biografie ulic” Jacka Leociaka i „Oskarżam Auschwitz” Mikołaja Grynberga przeczytał pan uważnie.

– I zdziwiłem się, że to książki aż tak niezwykłe i wybitne, a ich autorzy wychodzą obronną ręką z sytuacji bez wyjścia.

Na czym polegałaby bezwyjściowość?

– Jeżeli Jacek Leociak zbiera do kupy i opisuje cztery przypadki spowodowanego szaleństwem głodowym kanibalizmu w getcie warszawskim, z których połowa to próby jedzenia przez matki ciał własnych dzieci, to wchodzi na bardzo cienką, bardzo napiętą i bardzo wysoko zawieszoną linę. Nie wolno mu pisać o tym zimnym językiem statystyka, nie wolno mu popaść w patos, w tkliwość, w ckliwość, nie wolno mu urazić moich czytelniczych uczuć, nie wolno mu potępić tych matek, nie wolno mu ich usprawiedliwić, nie wolno mu stosować sztuczek literackich, nic mu nie wolno. A on to robi i nie tylko nie spada z tej liny, ale jeszcze mnie za sobą prowadzi.

Po księdze Joanny Tokarskiej-Bakir spodziewałem się, że okaże się mrówczą i monumentalną pracą historyczną, to nie było zaskoczeniem, ale nie sądziłem, że będzie zarazem mistrzowskim reportażem z przeszłości i dziełem antropologicznym i socjologicznym, które mi ułatwi wgląd w duszę ludu kieleckiego, z którego sam się wywodzę.

Mikołajowi w oczy powiedziałem, że jego książka z zapisami rozmów jest podejrzana, bo jest za dobra, nawet najmądrzejsi ludzie tak nie rozmawiają. I tak dalej. Aż musiałem sobie znaleźć jakieś wytłumaczenie tej reguły.

Reguły wybitności?

– Tak. Najwyraźniej o Zagładzie piszą tylko ci, którzy ją mocno przeżyli, którzy do dziś się z nią zmagają, choć jej bezpośrednio nie doświadczyli, którzy muszą znaleźć swój własny język, żeby o niej mówić, co akurat zbliża ich do pracy poetów. A że stężenie geniuszu jest tu jaskrawo większe niż u biografów papieża i „żołnierzy wyklętych”, to już jakieś zrządzenie boskie, na które nic nie poradzimy.

Zdarzyło się panu płakać, czytając te książki?

– Tak ze łzami i szlochami to nie, ale płakałem „w środku”, słuchając po nocach audiobooka z „Biografiami ulic” Leociaka. I wcale nie przy tym, jak matki próbowały zjeść kawałek trupa swojego dziecka. Jak się w wieku 16 lat zobaczy urywanie ręki dżipem, to po 40 latach jest się gotowym prawie na wszystko.

Ale w pewnym momencie Leociak mówi, że wpadła mu w ręce podczas kwerendy w archiwach lista mieszkańców getta, którzy zalegali z opłatami za gaz. I on się pyta, co ma z tą listą zrobić. No bo to jest jedyny ślad, jaki pozostał po życiu kilkuset osób, nie można tego po prostu zostawić, nie zrobić nic. No i wobec braku odpowiedzi ze strony czytelników Leociak mówi: no to może przeczytam kawałek tej listy. Całej nie, bo jest bardzo długa, ale kawałek. I zaczynają płynąć do mnie te wszystkie Chany, Szmule, Lejby, Dawidy…

Zwykle poruszają nas słowa, za którymi stoi dużo treści. A we mnie po każdym imieniu i nazwisku, za którym stoi wyłącznie pustka, coś się drze: tylko nie Szmul! O Boże, dlaczego właśnie Dawid?! I po każdym nazwisku mam sekundę czasu na pomyślenie o życiu tego kogoś. Nie są to biografie skomplikowane, ale jednak wymagają pewnego wysiłku… O każdym mogę pomyśleć tylko jedno: w maju 1941 r. nie miał z czego zapłacić rachunku za gaz. O niektórych mogę jeszcze zdążyć pomyśleć: o, nosił takie samo imię jak mój wspaniały syn. Albo: nosił imię, które za mojego dzieciństwa było używane jako obelga, bo „lejbuś” czy „śmul” w Ostrowcu mojej młodości to nie były komplementy.

Hanka Grupińska napisała, że nie potrafimy uwolnić się od zapisywania o Zagładzie. Pan też to ma?

– Nie, przeciwnie, na razie mam wrażenie, że swoim wierszem uwolniłem się od tematu, pozałatwiałem przynajmniej na jakiś czas swoje sprawy z Żydami, z antysemitami, nawet z własną mamusią. Mam za to coś innego. Nawyk pisania o tym, co mnie najmocniej dotyka. To jest bliskie znanego każdemu uczucia, kiedy nie może się przestać o czymś myśleć. Nie da się napisać wiersza o czymś innym niż to, o czym się właśnie myśli.

Ten nawyk, może i szlachetny, okazywał się żenujący, kiedy próbowałem opisać cierpienie nie do opisania i nie do uzasadnienia. Ostatni taki przypadek mam w tomiku „Pod światło”, wiersz o kilkuletniej Khyrze zakatowanej na śmierć, a za życia tak głodzonej, że wyjadała u sąsiadów okruchy z karmnika dla ptaków. Pisałem go i wstydziłem się, że go piszę, nałóg to jednak potężna siła. Ale miałem świadomość, że nie mam do mówienia o tym języka lepszego niż gazetowa mamałyga.

Kiedy pan znów poczuł potrzebę napisania takiego wiersza?

– Kiedy się dowiedziałem, że Baila Gertner, znana mi jako ofiara pogromu kieleckiego, składała wiersze, i kiedy poznałem dzięki dziełu Joanny Tokarskiej-Bakir koleje jej męczeństwa. Zapisałem jakieś dwa zdania, które się zaraz okazały żenujące i które sobie leżały na twardym dysku, czekając dnia, gdy zostaną zakwalifikowane do śmieci i trwale usunięte.

Potem przyszedł czas, że przeczytałem „Odczytanie listy” Hanki Grupińskiej, z notami o wszystkich uczestnikach powstania w getcie, a więc i o Abusiu, bracie Baili. I tu mi się ułożyły jakieś takie słówka, że chłopcy z ŻOB-u szukają sposobu, żeby do grobu zabrać ze sobą maksimum szwabów.

Jak się człowiekowi wiersz układa, to on nie ma tej świadomości, ale teraz się już domyślam, odtwarzam sobie, dlaczego do tego wiersza wybrała mi się forma gęstej rymowanki, którą stosowałem wcześniej tylko w wierszykach dla dzieci, forma zasadniczo wesołkowata i komiczna.

Opowie pan, dlaczego?

– Bo kiedy Niemcy zaskakują ŻOB-owców Anielewicza i prowadzą ich na Umschlagplatz, chłopcy już wiedzą, że idą na śmierć, i postanawiają podjąć walkę. Nie mają czasu na narady i plany, więc ich myśli i ukradkowo wymieniane zdania są konkretne, szybkie, śmiertelnie zwięzłe, takie właśnie na pięć sylab najwięcej. Jednocześnie maglowały mi się w głowie podobnie zwięzłe i konkretne, bardzo związane z życiem słowa przytoczone przez Grupińską: „Bony wycięte, miód zapłacony”. No i chyba jednocześnie zawarłem ze sobą taki dość uczciwy układ: skoro nie potrafię zwalczyć potrzeby napisania niemożliwego do napisania wiersza, to dobrym rozwiązaniem będzie wybrać sobie niemożliwą do realizacji formę. Spróbuję opowiedzieć o Zagładzie językiem, jakim dotąd opowiadałem tylko o kocie Trzpiocie i gorylu Mikim, wykoleję się gdzieś koło dziesiątego wersu, utknę na dobre, ale skompromitowany będę tylko przed sobą i może to mi pozwoli dać sobie spokój. Jakoś tak to musiało być.

Ale jak się robi taki wiersz? Miał pan wypisy z lektur, patrzył w notatki i układał z nich opowieść czy te wszystkie zdarzenia, postaci i zdania miał w głowie?

– Właśnie notatek to mi się nie chce robić, czego potem często żałuję. To, co teraz powiem, zabrzmi głupio, bo trzeba się będzie chwalić, jaki cudny wierszyk napisałem na marginesie Holokaustu. Ale co będę kłamał. No więc najlepiej pisze mi się wiersze w transie, na haju – kiedyś to się natchnieniem nazywało. Nie wierzę w Boga, ale wierzę w palec boży. Nie tylko przy pisaniu zdarza się, że niespodziewanie coś za mnie układa moje puzzle, podsuwa gotowe rozwiązania. I tak było tym razem, napisałem ten wiersz „na jeden raz”, co mi się w ostatnich latach rzadko zdarza. Chyba jednego dnia, ale mogły być dwa, jeśli się przespałem, a potem obudziłem w tym samym transie.

Potem z dziesięć dni coś tam jeszcze mogłem poprawiać, coś dodawać albo ujmować, ale to było takie poprawianie puzzli już położonych na swoich miejscach, tylko krzywo.

Wciąż nie bardzo rozumiem działanie wspomnianego palca…

– Opowiem na przykładzie. Piszę ten wiersz, ciasno zrymowany pięciozgłoskowiec, i już wiem, że dojdę do miejsca, w którym będę chciał napomknąć o chustce. Pamiętam ten epizod wzmiankowany przez Barbarę Engelking i zdanie kobiety „proszącej” o chustkę Żydówkę idącą na śmierć, szczególnie uzasadnienie tej „prośby”.

Ale ponieważ nie robię notatek, nie pamiętam dokładnie kształtu tego zdania. No to przeszukuję pod kątem chustki cyfrową wersję książki i znajduję: „I tak przecież na śmierć idziecie”. Nawet nie byłem zdziwiony, bo już się zdążyłem przyzwyczaić do takich cudów. Dodam sobie słówko „wy” po „i tak” i mam dwa gotowe wersy po pięć sylab, już zrymowane, żebym się nie musiał męczyć. O, i jeszcze je sobie ten rym udoskonalę. Bo to jest to miejsce w wierszu, gdzie mówię o gwarze kieleckiej, a ta chustka to była w Sandomierzu, niby ta sama diecezja co mój Ostrowiec, ale województwo inne i ostrowieckie babsko powiedziałoby raczej „przecie”, nie „przecież”. Bardzo dobrze, rym jeszcze lepszy, dokładniejszy. Ale tu sobie uświadomiłem, że skoro poprawiłem „przecież”, to powinienem też przerobić „idziecie” na „idzieta”, bo tak się mówiło w kieleckiej gwarze.

To spowodowało całą serię podwyższeń poprzeczki mojemu palcowi bożemu. „Kochany palcu boży, jeśli na pewno chcesz, żebym ja ten wiersz napisał, to spraw, żeby idzieta rymowało się z przecie”. „Kochany Jacusiu, idzieta rymuje się z getta”. „Ale przecie, kochany palcu boży, po lekturze Kamienia granicznego Piotra Matywieckiego wiem, że getto to słowo niewypowiadalne i przynajmniej w tym wierszu nie chcę go używać”. „To ja już nie wiem, może baby ci trzeba, bo idzieta rymuje się jeszcze z kobieta”. No, takie by to były wewnętrzne monologi, gdyby były, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że od strony formalnej to łatwo mi się ten wiersz pisało.

Polacy mordowali Żydów, grabili ich majątki, a pan rozpamiętuje chustkę zdjętą z głowy idącej na śmierć kobiety. Dlaczego ta relacja tak pana emocjonalnie poruszyła?

– Przy całej potworności tej próby wysępienia żydowskiej chustki od początku widziałem w niej coś, co wydawało mi się swojskie.

Podobne wrażenie swojskości miałem przy lekturze prac Tokarskiej-Bakir dotyczących np. partyzantów kieleckich albo jakichś zjawisk społecznych, dla których egzemplifikacje znajdowała wśród ludu świętokrzyskiego. A pierwszą reprezentacją tego ludu jest dla mnie moja matka. I tak jeśli w artykule o istocie zmowy milczenia Joanna nazywa sposobem kontroli dostępu do informacji dobre rady w rodzaju „pilnuj swojego nosa” albo „nie zadawaj zbyt wielu pytań”, to otwiera mi oczy na moje próby poważnej rozmowy z mamusią w dzieciństwie czy młodości. I rozumiem po latach, że jeśli na pytania w rodzaju, skąd się biorą dzieci albo gdzie się podziali Żydzi, miała zawsze odpowiedź w rodzaju: „Ty lepiej pokaż, czy lekcje już odrobiłeś”, to nie dlatego, że temat był błahy, a lekcje rzeczywiście nieodrobione, tylko dlatego, że temat był wstydliwy, trudny.

W sytuacji z chustką również bardzo łatwo mi wyobrazić sobie matkę, bo u niej widziałem z bliska i wielokrotnie – na szczęście w okolicznościach milion razy mniej dramatycznych – tę samą mentalność, która małostkową chciwość i interesowność ukrywa pod „zdroworozsądkowym” myśleniem ludzi żyjących w rzeczywistej biedzie. Nie można zaprzeczyć, że to na swój sposób logiczne: idzie kobieta na śmierć, ma ładną chustkę, a ja mam brzydką chustkę, to po co ta chustka ma się z nią spalić w piecu albo wpaść w ręce Niemców, skoro widzę, że ona mi będzie bardzo pasowała do jesionki?

Zwraca się pan w swoim wierszu do mamy, co czyni z niego osobiste wyznanie. Czy wstyd, o którym pan wcześniej mówił, wynikał z tego, że wiedziała o tych Żydach spalonych w stodole?

– Wszystkie moje wiersze to osobiste wyznania, ale teraz mniejsza o to. Nie wiem, skąd ten wstyd i czy na pewno był to on. Ale raczej odnosił się do całokształtu niż pojedynczych faktów, i przecież występował powszechnie, nie tylko u moich rodziców. Niech pani patrzy: 30 lat temu zmietliśmy z powierzchni ziemi komuchów. Rozmawiamy o tym przy dzieciach, jeśli w Opolu przechodzimy obok cmentarza żołnierzy radzieckich, mówimy: „Tu leżą polegli bohaterowie” albo „To groby sowieckich sołdatów”, no coś tam zawsze mówimy.

W Ostrowcu 30 lat po tym, gdy w sposób nieskończenie okrutniejszy zmietliśmy z powierzchni ziemi Żydów, nigdy nie słyszałem o Żydach. Ani „Szkoda, że nie ma już Żydów”, ani „Jak dobrze, że nie ma Żydów”, nic. Tylko kiedy szło się po wódkę na melinę, to szło się „do żyda”. Jakie inne uczucie, jeśli nie zbiorowy wstyd, mogło to spowodować?

Trzeba pani wiedzieć, że moja rodzicielka nie lubiła Żydów chyba od dziecka, a wyleczył ją z antysemityzmu dopiero niedawno doktor Alzheimer. Z tym że z początku to był zapewne taki antysemityzm „ludowy”, odziedziczony po przodkach – w 1945 miała dopiero 11 lat – którego prawdopodobnie sama nie była świadoma. On się objawiał głównie w zamiłowaniu do powiedzonek w rodzaju: „Pchosz się jak Żyd między fury” albo „jak Żyd czopek”, kiedy ktoś miał czegoś dużo.

A potem, kiedy już byłem dorosły i w domu rodzinnym tylko bywałem, matka stała się antysemitką świadomą. Zaczęła się zamykać w pokoju z księdzem Rydzykiem i tylko przez drzwi było słychać, jak on ją tam napierdala po głowie zdrowaśkami i żydokomunami. Więc kiedy na starość odkryła, że Żydy powyłaziły ze swoich dziur, to łuski z oczu zrzucał jej osobiście ksiądz Rydzyk.

Gra w szmaciankę czy pici-polo, czymkolwiek jest, na cmentarzu żydowskim, przekleństwa i sikanie pośród macew, to doświadczenie setek Polaków. Czy pan, dorosły mężczyzna, czuje się winny, że był tamtym chłopcem profanującym kirkut?

– Nie, nie czuję się winny, ale czuję wstyd. Być może matka się wstydziła, bo coś wiedziała, ja się wstydzę, że nic nie wiedziałem. Wiedziałem wszystko o amerykańskich Apaczach i nic o ostrowieckich Żydach. Wie pani, czego się najbardziej obawiałem przed tym wywiadem? Że pani spyta: „A na tym kirkucie to pan naprawdę siusiał?”. Bo odpowiedź jest najgorsza z możliwych.

Otóż ja, pani Doroto, nie pamiętam. Jako nastolatek wiele razy przechodziłem przez kirkut, jak każdy zapuszczony zakątek było to miejsce libacji, zawsze tam leżało dużo charakterystycznych plastikowych korków od jaboli. Więc jeśli mi się nie chciało, to nie siusiałem, a jeśli mi się zachciało, to mogłem siusiać. Ale nie pamiętam, bo nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. A winny się nie czuję, bo wiem, że gdybym wiedział, że jestem na cmentarzu, a nie w dzikim parku, tobym nie profanował.

Pięć lat temu dostałem parę nagród poetyckich i kupiłem prawa do przekładu i wydania wspomnień Rubina Katza, który spędził dzieciństwo w wojennym Ostrowcu, „Gone to Pitchipoi”. Jako piętnastolatek był tuż po wojnie zauroczony Bailą. Najpierw trzeba było przełożyć tytuł. „Odeszli do Pitchipoi”, czyli dokąd? Katz opowiada, że był jednym z dzieci ukrytych w ostrowieckim getcie przed wywózką. Kiedy większość dzieci wywieziono do obozów śmierci, tym nielicznym, które pozostały i dopytywały się o kolegów, rodzice wyjaśniali, że koledzy „pojechali do Pitchipoi”.

Nazwa została zaczerpnięta z jakichś żydowskich legend, ale oznaczała miejsce, którego nie ma. Od wyobraźni dzieci zależało, co zobaczą pod tą nazwą. A zawsze mnie frapowało, dlaczego tak wiele słów z jidysz przetrwało w tzw. socjolekcie przestępczym, z którego chętnie przechodziły do gwar młodzieżowych, nawet uczniowskich, niejednokrotnie zmieniając po drodze znaczenie. Te wszystkie „kitrać”, „szamać”, „szlugi”, „chawiry”, „siksy”. I nagle mnie olśniło, że to od tego słowa może pochodzić dobrze mi znane pici-polo. Pici-polo to nieistniejąca gra, tak to zapamiętałem, ale na wszelki wypadek jeszcze zbadałem, na sto procent nie było takiej gry, jeśli ktoś dziś w internecie opisuje jej reguły, to jest to fejk. Pici-polo istniało tylko w języku i było określeniem deprecjonującym. Jeśli ktoś mówił, że jest w czymś dobry, można było wyrazić powątpiewanie, mówiąc: „Chyba w pici-polo”. Kiedy jakiś chłopiec pytał starszych, czy może dołączyć do gry w nogę, często słyszał „Idź se pograj w pici-polo”. Jeśli chcieli mu szczególnie dopiec, to była jeszcze wersja „w pici-polo na małe bramki”, bo przy szkołach zwykle były dwa boiska, z dużymi bramkami i z małymi do piłki ręcznej, i jeśli za mało było chętnych, to grało się w uboższą wersję futbolu, „na małe bramki” właśnie. I tego nie zbadałem na sto procent, bo nie mam narzędzi, ale mam przeczucie, że gra, której nie ma, wzięła się od miejsca, którego nie ma, i stała się jedynym w moim Ostrowcu śladem po Żydach, których nie ma.

Ma pan przeczucie, że napisał wiersz narodowy, taki jak „Campo di Fiori” na przykład? Wiersz, w którym Poeta rozlicza nas z naszej winy i pamięci, a właściwie niepamięci.

– Nie. Ja nawet „Campo di Fiori” pamiętam jako wiersz osobisty, nie o narodzie na karuzeli, tylko o samotnym poecie pod tą karuzelą. Ale bardzo bym się cieszył, gdyby mój wiersz komuś się na coś przydał, naprawdę. Natomiast z narodem mam oczywiście problem. W latach 90. zdarzało mi się łazić po Opolu za grupkami narodowców, wtedy zwanych skinami, z mikrofonem, żeby nagrywać, jak na mnie plują i przeklinają. Najczęściej byłem dla nich „brudasem” i „jebanym Żydem”, jednak kiedy zdali sobie sprawę, że zawsze mam ten mikrofon, z Żyda stałem się „nie-Polakiem”. Okrutnie mi się ta kategoria spodobała. Bardzo bym chciał móc sobie wpisywać „niepolska” w rubryce „narodowość”. W końcu narodowość to więzy krwi, tak? To dlaczego czuję więź z Bailą Gertner, która pisała wiersze, a nie czuję więzi z kobietą, z której łona miałem kiedyś przyjemność się wyczołgać? Piosenka Janusza Reichela mi się przypomina, o niemożności należenia do partii. „Należę do partii bezdomnych, należę do partii bezbronnych, poniżanych, kopanych i bitych”. Może ja należę do narodu układających wiersze?

Dlaczego nie był pan pewien, czy chce napisać ten wiersz. I co pana ośmieliło?

– Byłem pewien, że chcę, nie wiedziałem, czy mi wolno, i tu potrzebowałem różnych ośmieleń. Jacek Leociak był świetnym pośrednikiem dzięki swojej zdolności porządkowania faktów, od których najchętniej by się odwracało oczy.

Oczywiście wiedziałem już wcześniej, że nawet w piekle zdarzało się, że ludzie czytali książki albo pisali wiersze. Ale zawsze wydawało mi się to wyjątkiem od reguły, że ktoś miał chwilkę oddechu i łapał się za wiersz. A Leociak poświęca czytelnictwu cały rozdział i pokazuje, że to było regułą: ludzie pragnęli czytać! Czasem ryzykowali życie dla jakiejś książki. Czasem opłakiwali ukochaną książkę, którą wymieniali na kawałek chleba. W stosunkowo krótkim czasie wpadło mi w oczy sporo takich informacji, już nie pamiętam wszystkich źródeł. Że poparzone dziecko znieczulano, deklamując mu ulubione wiersze – to chyba u Joanny Olczak-Ronikier wyczytałem. Że w bunkrze na Miłej młodzi ludzie czas oczekiwania na śmierć w walce skracali sobie opowiadaniem snów, śpiewem i recytacją poezji. I jakoś tak na nowo uwierzyłem, że słowa są potrzebne.

W „Co czytałem umarłym” Władysława Szlengla jest zdanie, że dla historii zostaną tylko statystyki. Czy tylko poezja może się tym statystykom wymknąć?

– Jeśli wierzyć językowi, to statystykom powinno się wymykać wszystko to, co niepoliczalne. Np. piękno. Język jest mądry, więc piękno nie występuje w liczbie mnogiej, żeby nie dało się policzyć „piękien”. Wiersze podlegają statystyce, poezja nie. Można policzyć trupy i ocalałych, nie można policzyć śmierci i życia.

Na pewno statystykom umknęła Bela – lat 17, wzrost 154, tatuaż A-16910, córka Daniela i Rywki, zamordowana w kieleckim pogromie i zapisana w pańskim wierszu.

– Nie wiem, czy umknęła, i nie wiem, czy to nie jest moje złudzenie, ale chcę się podzielić takim odczuciem, że język sam w sobie stoi po stronie życia. Język zawsze coś o kimś mówi. Język jako taki, także te podlejsze jego rodzaje, łącznie ze słynnym suchym językiem statystyk. Szczególnie kiedy się z czułością w taki język wsłuchać lub wczytać. Apele poległych są chyba właśnie po to, żeby nie było triumfu ciszy, kiedy się nie ma nic do powiedzenia. Nawet ten numer, który wypisali jej na ramieniu, mówi. Po pierwsze, mówi, że była w piekle Auschwitz. Po drugie, literka A mówi, że trafiła tam po maju, bo wtedy zaczęto tam dodawać A przed liczbą więźniarkom narodowości żydowskiej.

Bela pisała, że góry słów to rzecz zbyt błaha, by mogła zaświadczyć o zamordowanych dzieciach.

– To jest ta sama myśl, co w słynnym zdaniu Adorno, że pisanie wierszy po Holokauście jest barbarzyństwem. Ja się z nim zgadzam, tak samo to czuję, ale przez Belę pochyliłem się nad nim jeszcze raz i uzupełniłem sobie. Że także chodzenie do kina po Holokauście jest barbarzyństwem. Że jedzenie truskawek po Holokauście jest barbarzyństwem. Bo wszystko jest barbarzyństwem. Ale jeśli barbarzyństwem jest wszystko, to jest nim też niepisanie wierszy; i to nie jest tylko taki sobie sprytny sofizmacik.

Te pierwsze dwa koślawe zdania, jakie sobie zanotowałem kiedyś, miały tytuł właśnie „Góry słów”. Żeby móc zrobić z nich wiersz, musiałem zwały ciężkich, w zasadzie zbędnych, bezradnych słów, przerobić na coś lekkiego, strzelistego, jakby przeciwstawiającego się ciążeniu ku ziemi. Słup. Gra pani w jengę? Tam się buduje wzwyż wieżę z klocków ostrożnie wyjmowanych z jej podstawy. Bierze się nazwisko Szlengel, ostrożnie wyciąga z dna piekieł i próbuje się je położyć na górze, bliżej nieba, niech zatańczy na równoważni. Ale to ryzykowna gra. Im wyższa wieża, tym bardziej chwiejna. Jak się trzęsą ręce, to źle.

A może ten wiersz, prócz tego, że jest zadośćuczynieniem dla pomordowanych, jest pańskim „sprawdzam”? Sprawdzam, rodacy, czegoście przez te wszystkie lata dowiedzieli się o Zagładzie.

– Wiersze piszę przede wszystkim dla siebie, to ja ich potrzebuję, to ja sobie nie radzę z Zagładą i antysemityzmem. Wiem, że nie ma już Baili Gertner ani żadnej jej rodziny, która by mogła powiedzieć: o, jak miło, że pan o niej pamięta.

Ale pamięta pan. Był pan na Plantach pod tym oknem, z którego zrzucili ją żołdacy, po czym lud kielecki zatłukł na śmierć?

– Byłem, całkiem niedawno. Nie wybierałem się, a byłem. Tam teraz działa Stowarzyszenie im. Karskiego. Niedawno wydało „Wspomnienia kieleckie” tego Blumenfelda, który jest jedynym źródłem moich wyobrażeń o wierszach Baili. Próbowałem zamówić tę książkę przez internet, ale coś nie działało. Zadzwoniłem i po paru dniach pani ze Stowarzyszenia oddzwoniła, że mają jakąś dziwną awarię i wszystkie inne książki można zamówić online, a tej akurat nie.

rekomendował: Leon Rozenbaum
Ale jest jeszcze spory zapas i jak przyjadę osobiście, to na pewno będę mógł kupić na miejscu. A ja często jeżdżę samochodem z Opola do Ostrowca przez Kielce właśnie, więc mówię pani, że nie ma problemu. Rozłączam się i od razu czuję, że jest problem, bo przecież ja tam nie chcę przyjechać. Do Oświęcimia nie chcę i na Planty nie chcę. Ale zauważyłem na stronie Stowarzyszenia, że niedługo ma tam być spotkanie z Bronkiem Majem, poetą, przyjacielem moim. I zadzwoniłem do Bronka i on kupił tę książkę dla mnie i trzyma ją do dziś, bo pandemia.

A ja bardzo lubię uciekać z domu na święta i teraz Wielkanoc postanowiłem spędzić na rowerze, z Opola do Ostrowca rowerem jedzie się dwa dni i święta wielkanocne akurat tyle trwają. Wszyscy moi znajomi potwierdzą, że ja nie lubię odwiedzać ludzi, ale rowerem to bardzo chętnie, bo jak do kogoś jadę, to muszę poczuć, że jadę do niego, że mi naprawdę zależy na tym spotkaniu, że muszę trochę pocierpieć, żeby się spotkać. Taki wewnętrzny nakaz pedałowania czuję. I jadę wyjątkowo rowerem, nie samochodem, i przez Kielce musi mnie przeprowadzić palec boży, dla zatwardziałych ateistów nawigacja. No i zaraz jestem na miejscu.

Palec boży bardzo pięknie to wszystko zaplanował i mnie przygotował, a musiał się naprawdę postarać. Wkurzało mnie na przykład, że właśnie wtedy minister zamknął lasy. Wydawało mi się to bez sensu, a teraz widzę, że było mi to bardzo potrzebne, żebym ostatniej nocy spędzonej w lesie miał lekkiego pietra, że dopadnie mnie sanepid albo myśliwi. Bardzo dobrze, że gwałtownie się ochłodziło i trząsłem się z zimna, bo nie było potrzeby długo tam siedzieć. I super, że byłem smutny i zmęczony. Smutek to dobre i bardzo potrzebne uczucie, tylko niestety bardzo łatwo przechodzi w rozpacz, która jest niszczycielska.

Bardzo ładnie tam jest wszystko zrobione. Są tablice upamiętniające i powiększenia starych zdjęć. Jak się idzie, to trzeba uważać, bo w chodnik są wmurowane tabliczki z nazwiskami zamordowanych. Miło mi się rozmyślało, na takie tematy bardziej ogólne. Ale też ucieszyłem się, że tak niewiele jest wspomnień o Baili, a występuje w nich pod tak wieloma imionami: Bałka, Belka, Bela…

Musiało w niej być dużo życia. Nakręciłem sobie filmik, jak kaczki pływają po rzeczce, w której wtedy kamienowali ludzi. Wszystko było jak trzeba, nawet kobieta łypiąca na mnie zza firanki w oknie na piętrze, może nawet w tym oknie, nie wiem, myślałem, że Stowarzyszenie zajmuje cały budynek, ale najwyraźniej tylko dół. I było bardzo mało ludzi, bo święta, zimno i zakaz wychodzenia z domów. Krótko mówiąc, ulżyło mi. A zaraz za Kielcami zrobiło się ciemno, złapałem gumę i mogłem zadzwonić do szwagra, żeby po mnie przyjechał.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Paragraph

Najbardziej bałem się, że pani zapyta: “Na tym kirkucie to pan naprawdę siusiał?”

Israel negotiates with Saudi Arabia control over Jerusalem’s Temple Mount

Israel negotiates with Saudi Arabia control over Jerusalem’s Temple Mount

TV7 Israel News


1) An apparent exponential rise of newly confirmed coronavirus cases throughout the state of Israel is consequently boosting prospects of a change in Jerusalem’s policy vis-à-vis its efforts to combat the spread of the contagion.

2) A report reveals that since December of 2019, secret meetings have been held between Israel and Saudi Arabia over the latter’s potential engagement in Administrative control of Jerusalem’s Temple Mount.

3) After months in which the Temple Mount was closed to worshippers and visitors, the antient compound – where both biblical Temples were once situated – has been reopened for Muslim worshipers, under strict corona-related guidelines of social distancing and protective gear.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com