Archive | October 2020

AMBASADOR NIEMIEC MÓWI TRUDNĄ PRAWDĘ O HISTORII. POLSKA NADAL KŁAMIE

AMBASADOR NIEMIEC MÓWI TRUDNĄ PRAWDĘ O HISTORII. POLSKA NADAL KŁAMIE

KATARZYNA MARKUSZ


Ambasador Niemiec Arndt Freytag von Loringhoven i Andrzej Duda. Fot. G. Jakubowski, KPRP

Czy doczekamy dnia, w którym polska władza również przyzna, że niechęć do Żydów była wśród Polaków nagminna, a polski współudział w Zagładzie jest faktem historycznym?

.

Nowy ambasador Niemiec w Polsce Arndt Freytag von Loringhoven został wreszcie zaprzysiężony przez polski rząd. Udzielił kilku wywiadów prasowych. Zamiast bawić się w pełną obłudy i pokrętną politykę historyczną, powiedział otwarcie, że „Polska i Polacy doświadczyli niewyobrażalnych cierpień, a wielu Polaków stało się ofiarami zbrodni naszych przodków”. Wielka szkoda, że już na przykład taki ambasador Polski w Izraelu nie jest w stanie równie rzeczowo spojrzeć na fakty i szczerze opowiedzieć historię własnego narodu.

NAJSPRAWIEDLIWSZY WŚRÓD NARODÓW ŚWIATA

„Rany, które pozostawili tu nasi przodkowie, są do dziś żywe” – mówi ambasador Arndt Freytag von Loringhoven. Tak samo żywe są te, które Żydom zadali Polacy. Jednak równie śmiałych refleksji na ten temat od polskich dyplomatów nie usłyszymy.

Choć trudno od reprezentantów nacjonalistycznego rządu oczekiwać pochylenia się nad prawdą historyczną (albo w ogóle jakąkolwiek inną prawdą), to pewien żal pozostaje. Oprócz rozwiniętego państwa, silnej gospodarki i sprawnej opieki społecznej powinniśmy też zacząć Niemcom zazdrościć nieustającej skruchy i otwartości w mówieniu o własnej przeszłości.



Polscy politycy, a już zwłaszcza ambasadorowie i dyplomaci, od mówienia prawdy wolą jednak wygodne życie w wyimaginowanym świecie wartości i przymiotów przypisywanych własnemu narodowi. Niezłomność, gościnność, męstwo i szlachetność Polaków oraz oczywiście rzekomo ogromna pomoc udzielana Żydom w czasie wojny i tuż po niej to jedna z tych fikcji, którymi karmią nas polscy politycy od wielu dekad.

Tymczasem ambasador Freytag von Loringhoven mówi w Warszawie: „Chciałbym angażować się na rzecz tego, aby w Niemczech wiedza o tych czynach także pozostała żywa”. Te słowa zapewne zyskają poklask na polskiej scenie politycznej: od prawej do lewej strony. I słusznie!

Ale gdy identycznie ważne i potrzebne z punktu widzenia prawdy historycznej deklaracje składają polscy badacze, ujawniający trudne fakty o polsko-żydowskich relacjach, spotyka ich nie poklask, lecz – i to w najlepszym wypadku – pozew sądowy od obrońców dobrego imienia państwa polskiego. Z reguły w pakiecie z nim dostają też pogardliwe komentarze w mediach społecznościowych, pogróżki, czekają ich szykany w instytucjach publicznych albo kolejny paszkwil wydrukowany w prorządowych mediach.

[OKŁADKA] „Do Rzeczy” nr 34: Kariera na antypolonizmie

Obsesja walki z historykami doprowadziła do tego, że cztery lata temu pojawiła się propozycja, by jednemu z najbardziej znanych na Zachodzie polskich historyków, prof. Janowi Tomaszowi Grossowi, odebrać Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP. Kancelaria Prezydenta zwróciła się nawet do MSZ o zajęcia stanowiska.

Petycję w tej sprawie wystosowała Reduta Dobrego Imienia, która prowadziła też inne niezwykle doniosłe kampanie społeczne, takie jak „Nie dla sprzedaży aborcyjnych pigułek”, „Dziękujemy Ministrowi Piotrowi Glińskiemu za walkę z pornografią w Teatrze”, „Petycja do rządu PiS o inicjatywę ustawodawczą w sprawie ochrony życia od poczęcia” czy „Stop finansowaniu in vitro z naszych pieniędzy”.

POLSKA: CHCEMY NIEMIECKICH ODSZKODOWAŃ ZA ŻYDOWSKIE DOMY!

Dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej pyta ambasadora Niemiec o sprawę reparacji wojennych, „która niewątpliwie wróci po opublikowaniu przez Polskę raportu w sprawie odszkodowania od Niemiec”. Raport posła Arkadiusza Mularczyka dotyczący reparacji obiecywany jest nam od tak dawna, że już tylko najwytrwalsi wierzą w jego powstanie.

Von Loringhoven odpowiada: „Polska i Polacy doświadczyli niewyobrażalnych cierpień. Po wojnie Niemcy wypłaciły w ramach umów międzynarodowych reparacje, a także odszkodowania dla ofiar. Świadczenia te – także dla Polski – wypłacane były aż po minioną dekadę. Tym barbarzyńskim zbrodniom nie można zadośćuczynić. Dlatego mój kraj poczuwa się do swojej moralnej odpowiedzialności. Chcemy dołożyć wszelkich starań, aby umacniać i chronić pokój na świecie, tolerancję, demokrację i prawa człowieka”.

Wróćmy do Polski. Ci, co nie mogą doczekać się raportu Mularczyka, który wreszcie zadośćuczyni polskim krzywdom, to także ci, którzy za żadne skarby nie chcą przyznać, że Polska również nie wyszła z tej wojny bez winy własnej.

Kto, jeśli nie Polki i Polacy, przejął żydowskie mieszkania, kamienice, sklepy, domy, działki, ubrania, a nawet złote koronki zębów wykopywane często z popiołów poobozowych?

Przez kilka pierwszych powojennych lat niewielka część społeczności polskich Żydów mogła odzyskać zajęte przez Polaków majątki. Udręczone kilkuletnią walką o życie ofiary stawały przed sądami, gdzie musiały udowadniać pokrewieństwo z własnymi rodzicami lub dziadkami, po których mogli otrzymać spadek. Nawet jeśli się to udawało, spadek często sprzedawali potem za bezcen tuż po wyjściu z sądu, bo nie byli w swoich rodzinnych miejscowościach mile widziani. Nie zawsze zresztą sąd przyznawał im prawo do dziedziczenia.

To dlatego mówienie dziś o „mieniu bezdziedzicznym”, które mieli pozostawić zamordowani Żydzi, jest makabrycznym fałszem. To często było mienie, którego polskie sądy odziedziczyć Żydom zwyczajnie nie pozwoliły.

W maju 1945 roku, kilka dni po oficjalnym zakończeniu II wojny światowej, Pinkus Rafałowicz – członek Komitetu Wykonawczego Naczelnej Rady Religijnej Żydów Polskich – wnioskował do sądu o przyznanie mu domu, w którym mieszkała jego siostra. Jako że nieruchomość należała oficjalnie do jej teścia (po którym i tak dziedziczyłyby dzieci tejże siostry, a z nimi Rafałowicz był przecież spokrewniony), mężczyzna majątku tego nie uzyskał. Cała mieszkająca w tamtym domu rodzina została zamordowana. Czy gdyby ktoś z nich przeżył wojnę, broniłby Rafałowiczowi mieszkania pod wspólnym dachem? Raczej nie. Ale i w tym przypadku jego majątek przeszedł na rzecz skarbu państwa.

Jak wiele było takich przypadków? Trzeba będzie przeanalizować podobne archiwa sądowe we wszystkich miejscowościach w Polsce. Ale już dziś nie można twierdzić, że całe mienie, które przeszło po wojnie w ręce polskiego państwa i polskich obywateli, trafiło do nich uczciwie.

PROPAGANDA, KTÓRA ZASTĄPIŁA HISTORIĘ

Dziennikarz PAP do ambasadora Freytaga von Loringhovena: „Nie boi się pan mówić o Niemcach jako państwie odpowiedzialnym za zbrodnie II wojny światowej. To rzadkość. Bo wielu Niemców i polityków RFN wybiela odpowiedzialność narodu niemieckiego za zbrodnie wojenne, zastępując je słowem naziści. Czy nie uważa pan, że tego typu sformułowania mogą być szkodliwe dla obiektywnej prawdy historycznej?”.

To pytanie pokazuje słabość intelektualną agencji prasowej, której pracownicy nie wiedzą wiele o świecie, który opisują, za to wierzą w jego skrzywioną wersję sprzedawaną im przez polską prawicę. Otóż nie. Poza ekstremistycznym marginesem niemieccy historycy, politycy czy osoby publiczne jednogłośnie przypisują swojemu narodowi wszelkie wojenne winy.

Często aż do przesady. Niemiecki historyk, który napisałby esej o litewskim lub polskim współsprawstwie, zostałby ostro skrytykowany przez kolegów i koleżanki po fachu, a mówienie o współodpowiedzialnych za wojnę z innych krajów bez podkreślenia roli Niemiec nie jest powszechne.

Niemcy przechylają chwilami mówienie o historii w stronę przeciwną do tej, w jaką wychyla się polska historiografia. Niezależnie od tego, nikt poważny w Niemczech ani nie wypiera się odpowiedzialności za wojenne zbrodnie, ani nie udaje, że „naziści” przyjechali do Berlina z kosmosu. Przytomny dziennikarz nie mógł czegoś takiego usłyszeć ani przeczytać w niemieckiej prasie czy nauce. To wymysł – znowu – polskiej propagandy, będącej częścią polityki historycznej, która zastąpiła nad Wisłą historię.

Marzy mi się polski ambasador albo w ogóle polityk wysokiego szczebla, który będzie miał odwagę powiedzieć prawdę o polskiej historii. Przyznać się także do jej ciemnych kart. Budować dzięki temu porozumienie. Ale to się prędko nie wydarzy, bo takich polityków nie ma ani w obecnej partii rządzącej, ani w największym ugrupowaniu opozycyjnym. Zdecydowana większość woli dalej tkwić w wyobrażeniu o najsprawiedliwszym narodzie na świecie.

Tracimy na tym wszyscy wiele, choć niewielu zdaje sobie z tego sprawę.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Europe, Finally, Tells the Palestinians That Enough’s Enough

Europe, Finally, Tells the Palestinians That Enough’s Enough

Elder of Ziyon


Palestinian Authority (PA) President Mahmoud Abbas takes part in a virtual meeting with Palestinian faction heads, in the West Bank city of Ramallah, Sept. 3, 2020. Photo: Alaa Badarneh / Pool via Reuters.

For six months, the Palestinian Authority (PA) has refused to accept tax revenues that Israel owes them under existing agreements, ever since Israel said it would extend sovereignty over areas of Judea and Samaria. The amount being held by Israel is now up to $750 million.

Since then, the PA has been under severe financial pressure, paying workers a percentage of their salaries. But Mahmoud Abbas has been insisting that he doesn’t want to cooperate with Israel — even to accept money owed.

In order to make ends meet, Abbas has been asking the EU for loans to fund his budget.

Finally, after doing everything the PA has demanded of them for years, the EU has had enough.

From Axios:

The EU, France, Germany, the U.K. and Norway made clear that they consider annexation to now be off the table, and thus the Palestinians should accept the $750 million in revenues now held by the Israeli Ministry of Finance.

After lower-level pressure on the Palestinians didn’t bear fruit, EU foreign policy chief Josep Borrell called Abbas last Wednesday.

He repeated the same message in the call, European diplomats say: Until the Palestinians resume the acceptance of tax revenues from Israel, the EU will not provide new loans or other financial assistance.

Borrell also urged Abbas to relaunch security and civilian coordination with Israel, but Abbas was noncommittal, the diplomats say.

Some Palestinian officials around Abbas think his decision to suspend all ties with Israel and the U.S. is self-defeating.

But Abbas has so far fended off that pressure. He’s betting that Joe Biden will win in November and bring with him a much different set of policies toward the Israeli-Palestinian issue.

This is another game changer. After the Arab world has shown willingness to criticize the Palestinian leadership publicly, the EU is starting to move in the same direction.

Mahmoud Abbas is acting like he always has. He’s demanding money he doesn’t deserve, and he is waiting for a more palatable political environment to help him out.

Meanwhile, the PLO is getting chummy with terrorists from Hamas and Islamic Jihad in the interests of “unity.” Abbas, missing the way the wind is blowing, remains tone deaf and making the wrong decisions.

For the first time, Europe is telling the Palestinians that they have to take responsibility for their decisions.

This is absolutely amazing to see.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Film about Jews ‘being everywhere’ mocks French anti-Semitism

Film about Jews ‘being everywhere’ mocks French anti-Semitism

AFP


Israel-born actor and director Yvan Attal says his new work is based on personal experience facing deep-rooted prejudice

French actor and director Yvan Attal in the film ‘They are everywhere,’ which deals with anti-Semitism in France (YouTube screenshot)

CANNES, France — Actress Charlotte Gainsbourg is to star in a provocative new comedy that parodies deep-rooted anti-Semitism in France, its director said Thursday.

“The Jews” — titled “They are everywhere” in French — is being shot by Gainsbourg’s partner, the actor and director Yvan Attal, who starred in Steven Spielberg’s film “Munich” about the massacre of Israeli athletes at the Olympics in 1972.

The satire follows a Jewish man, played by Attal, forced into therapy by growing anti-Jewish feeling around him in France, a spokeswoman for Wild Bunch films told AFP.

His time on the couch is cut with tragicomic episodes showing what the producers called “anti-Semitic stereotypes” that endure in France.

“The film is not about Jews — it is about anti-Semitism,” said Israeli-born Attal.

He said he himself had frequently encountered anti-Semitism in France. “I was called a ‘dirty Jew’ at school and later I have come up against different kinds of anti-Semitism which marked me out as Jewish,” he added.

“Most of all it is because of the Israel-Palestinian conflict. People say, ‘You give us such trouble.’ And I say to them, ‘Who is the ‘you’?’

“But it is the use of the ‘we’ that worries me most,” he said, because it sets Jews apart.

The film — which will premiere in the autumn — also features a roll call of major French stars including Dany Boon, Denis Podalydes and Gilles Lellouche, as well as Belgium’s Benoit Poelvoorde.

French Jewish groups and the Israeli government have repeatedly sounded the alarm in recent years about growing anti-Semitism in France, home to Europe’s biggest Jewish community.
recomended by: Leon Rozenbaum
A French-born jihadist who had pledged loyalty to the Islamic State group killed four Jewish hostages during a siege of a kosher supermarket in Paris two days after the Charlie Hebdo attacks in the city last year.

More than 850 complaints of attacks of an anti-Semitic nature were logged by French police in 2014, with that number dropping back only slightly to 806 last year.

Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu has frequently denounced what he called “poisonous” anti-Israeli propaganda in France and elsewhere in the West, singling out the country again earlier this month for criticism in a speech at the Yad Vashem Holocaust Remembrance Center in Jerusalem.

France’s Jewish community is estimated at between 500,000 and 600,000 people, one of the largest in the world.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Patrz Kościuszko na nas z nieba

Patrz Kościuszko na nas z nieba

Andrzej Koraszewski



Czy Polska staje się państwem coraz bardziej wyznaniowym? Powracało już to pytanie wielokrotnie, zastanawiano się, czy nasz kraj staje się w coraz większym stopniu własnością katolickiego Kościoła, czy może populistyczni politycy traktują Kościół i religię instrumentalnie i wykorzystują religijny fanatyzm dla zdobycia i umocnienia swojej władzy?

Obawiam się, że pytanie jest źle postawione. Instrumentalne traktowanie nie budzi oporu hierarchów, zgoła przeciwnie. Raz jeszcze widzimy radosną współpracę najbardziej wstecznych sił namaszczonych i świeckich. Czy mogą nam w rozważaniach nad tym problemem pomóc uwagi sprzed dwustu lat? 

Zaprzyjaźniony historyk przesłał mi link do mało znanych uwag o religii i państwie, które w roku 1814, na trzy lata przed śmiercią, Kościuszko przekazał w Paryżu księciu Adamowi Czartoryskiemu.

Uwagi napisane były po francusku i w latach 60. natrafiono na nie w zbiorach lwowskiej biblioteki naukowej. We francuskim oryginale były opublikowane po raz pierwszy w „Kwartalniku Historycznym” w 1965 roku, potem w tłumaczeniu na język polski Niny Sankari opublikował je w 2007 roku portal „Racjonalista”, a w 2014 tekst ukazał się ponownie w „Tygodniku Przegląd”.

Publikacji w „Racjonaliście” towarzyszą uwagi lwowskiego badacza, Eugeniusza Humeniuka, który pisze między innymi, że notatka Kościuszki jest dokumentem cennym, nie dlatego, iż był zwyczajnie zagubiony, lecz rozmyślnie przemilczany.

Nie jestem pewien. Wiele razy tak w historii bywało, że różne dokumenty rozmyślnie niszczono, tak by wszelki ślad po nich zaginął.

Humeniuk w latach 60. pisał:

Jakkolwiek dzieje tego dokumentu nie całkiem są jeszcze zbadane, nie ulega wątpliwości, że los jego nie był przypadkowy, że na równi z innymi dokumentami Kościuszki winien był i mógł stać się własnością nauki historycznej od chwili swego powstania przed stu pięćdziesięciu laty.”

Nie wiem, w czasach rozbiorów tekst Kościuszki na sursum corda nie bardzo się nadawał, a wielu przymykało oczy na wcześniejsze łajdactwa Kościoła, ponieważ pod zaborami Kościół był rzekomo ostoją polskości. Przynajmniej od 1965 roku był dostępny dla historyków i uznali go za mało interesujący. Prawdopodobnie dla jednych za mało przydatny dla komunistycznej propagandy, dla innych nieco kłopotliwy ze względu na ówczesne prześladowania Kościoła przez państwo. Czemu jednak ten tekst zwrócił tak małą uwagę po publikacjach w XXI wieku?

Nie był przecież przekazywany z rąk do rąk z cichym szeptem „tylko nie mów nikomu”. Po prostu nie podniecał. W Internecie krąży mem z jednym zdaniem z tych uwag. Reszta wpadła w studnię, więc nie zdziwiłem się, kiedy dostałem link do artykułu profesora Mariana Skrzypka sprzed sześciu lat. Autor przypomina, że Kościuszko pisał o sprawach religii wielokrotnie. W maju 1789 roku w liście do Michała Zaleskiego,  posła Sejmu Czteroletniego, który w komisji sejmowej zajmował się sprawą buntów chłopskich, pisał nie tyle o religii, ile o fanatyzmie, który swoje  źródło ma w niewiedzy i prześladowaniach, a skutki ma nieodmiennie okropne. Pisał, że oświata wymaga długiej drogi, że trzeba wieków na oświecenie ludzi, a trudno tego dokonać, kiedy chłopi nie mają żadnych praw, a prawo pozwala wszędzie  ścigać poddanego. (W tym miejscu Kościuszko pisze w nawiasie: „Poddanego – słowo przeklęte być powinno w oświeconych narodach”.) Proponuje tymczasem łagodzić fanatyzm, zacierając różnice między religiami, łącząc święta, wprowadzając liturgię w języku polskim. Nie ulega wątpliwości, że jego zdaniem źródłem ludowego fanatyzmu jest ciemnota wspierana religijną wiarą.      

W uwagach odnalezionych w lwowskiej bibliotece Tadeusz Kościuszko nie ukrywa, co myśli o robocie księży. Zaczyna jednak na nutę nadmiernie optymistyczną:

Trzeba przyznać, że wszyscy ludzie są obdarzeni wystarczająco zdrowym rozsądkiem, aby odróżnić dobro od zła, aby odpowiednio się zachowywać, przeprowadzać rozumowania, ujmować i porównywać stosunki [zachodzące między rzeczami i zjawiskami – M.S.], jak również rozszerzać swe idee drogą refleksji i studiów (wyłączam spośród nich tych, którzy rodzą się szaleńcami, ale istnieją szpitale, aby im uniemożliwić czynienie szkody).

Ten optymizm w kwestii powszechnej zdolności odróżniania dobra i zła oraz racjonalnego rozpoznawania własnych interesów  przenosi się poniekąd na drugi akapit. Poniekąd, ponieważ ta zdolność jest tu już w trybie warunkowym, wymaga to bowiem i wychowania, i dobrego przykładu.

Czy nie lepiej byłoby zacząć od rozumowania razem z ludźmi, aby dać im poznać, że w prawdziwym ich interesie leży działanie uczciwe i sprawiedliwe, żeby byli raczej dobrymi ojcami i synami przywiązanymi do swej ojczyzny i posłuszni prawom, niż żeby sobie szkodzili i oszukiwali się nawzajem pozbawieni wszelkiej spokojności umysłu i miotający się, by się przeciwstawić zasadzkom i podstępom innych; jeśli do takiego wychowania dodacie dobre prawa, które karząc zbrodnie, utrudniają jednocześnie pomnożenie się występków; jeśli do tego dodacie jeszcze swoją własną osobą przykład cnót we wszelkich okolicznościach, niewątpliwie cały lud pójdzie za wami, gdyż ludzie są z natury naśladowcami podobnie jak małpy.

Kościuszko ostrzega, że nie chodzi tu o oświecenie i przykład ze strony księży, bo z ich strony nie możemy się spodziewać żadnej dobrej woli:

Ale – przeciwnie – jeśli zaczniecie od oświecania księży, dostarczycie im więcej środków do zniewolenia ludu i do trzymania go silniej pod ich wpływem; albowiem wszelkie ciało udzielne w narodzie będzie działało przeciw poczynaniom rządu, przy którym będą istniały utajone rewolty, konspiracje, w które niestety obfituje historia; nie można spodziewać się, że zmienią postępowanie, gdyż w ich interesie leży istotnie fascynowanie oczu ludu kłamstwem, strachem przed piekłem, dziwacznymi dogmatami i abstrakcyjnymi czy też niezrozumiałymi ideami teologii.

Księża zawsze wykorzystają ciemnotę i przesądy ludu, posłużą się religią – w co nie możecie wątpić – jako maską, by przykryć swą hipokryzję i niegodziwość swych przedsięwzięć. Lecz w końcu cóż z tego wynika? Lud nie wierzy więcej w nic, jak na przykład we Francji, gdzie chłopi nie mając obyczajów ani religii, są bardzo ciemni, przebiegli i występni.

Instrumentalne traktowanie religii przez populistycznych polityków ma długą historię i trudno oczekiwać jego końca.

Widziano rządy despotyczne posługujące się tą zasłoną religii w przekonaniu, że była ona najmocniejszą podporą ich władzy; wówczas to wyposażono w sposób możliwie najbogatszy księży kosztem nędzy ludów. Przyznano im najbardziej oburzające przywileje łącznie z zasiadaniem przy tronie. Słowem, do tego stopnia rozmnożono łaski, dobra i bogactwa duchowieństwa, że połowa narodu z tego powodu cierpi i jęczy w nędzy, podczas gdy oni nic nie robiąc, opływają we wszystko.

Obecnie, kiedy znamy złowrogie skutki tego błędu, wydaje mi się, że nie ma lepszego środka, jak pozwolić im, by popadli w upodlenie i ustanowić na koszt rządu szkoły dla chłopów, gdzie będą mogli uczyć się moralności, rolnictwa, zawodów i rzemiosł.

W tamtych czasach stanowcze oddzielenie oświaty szkolnej od ludzi w sutannach wydawało się i było elementarnym warunkiem jakiejkolwiek rzeczywistej oświaty. Kościuszko zwraca się do księcia Adama Czartoryskiego, który mimo zaborów miał wpływ tak na polskie elity, jak i na cara.

Przemawiam do filozofa i do zręcznego polityka; rząd niezależnie od jego charakteru nie powinien mieć innej religii poza religią Natury. Ten niezmierny glob [sic! – chodzi o wszechświat – M.S.] zapełniony nieskończoną ilością gwiazd, jak również nasze serca szukające bezwiednie ucieczki od wszystkich naszych nieszczęść, świadczą w sposób oczywisty o istnieniu Istoty Najwyższej; my jej wcale nie rozumiemy, ale czujemy ją wewnętrznie i musimy ją wszyscy wielbić. Zostawmy więc wszystkim sektom i wszystkim religiom wolność uprawiania kultu, pod warunkiem, że będą one posłuszne prawom ustanowionym przez naród.

Dla profesora Skrzypka najciekawszy wydaje się deizm Kościuszki, dla mnie sekularyzm, staranne oddzielenie religii i państwa przy zachowaniu swobody wyznania. 

Czy słuszne było stanowisko Kościuszki, że instytucje religijne są obcym ciałem w państwie, a interesy warstwy kapłańskiej są sprzeczne z interesami obywateli? Znał wiele krajów i długą historię katolickiego Kościoła we własnej ojczyźnie. Jego twierdzenie, że księża wykorzystają ciemnotę i przesądy ludu, pozostało po dwustu latach w mocy, podobnie jak obserwacja na temat rządów despotycznych posługujących się zasłoną religii.   

Pytając dziś, czy Polska staje się państwem wyznaniowym, zastanówmy się raczej nad tym, w jakim sensie już nim jest. Od wielu lat obserwuję różne dyskusje na temat rozdziału religii i państwa i coraz częściej ze zdumieniem zauważam, że w krajach islamu jest więcej zrozumienia i tęsknoty do oświeceniowej koncepcji tego rozdziału aniżeli w krajach zachodnich, a szczególnie w Polsce. Być może powodem jest znacznie bardziej wyrazisty wyznaniowy charakter państwa w Islamskiej Republice Iranu, w Turcji, Arabii Saudyjskiej, a nawet w Egipcie, niż pełne frazesów o demokracji pozory respektu dla zasady rozdziału państwa i Kościoła populistycznych polityków w rodzaju Jarosława Kaczyńskiego i hierarchów z naszego episkopatu.

Ciekawym przykładem jest tu opublikowany przed rokiem artykuł związanego z „Więzią” i „Tygodnikiem Powszechnym” socjologa – Jaremy Piekutowskiego. Główna teza przedstawiona jest już w samym tytule: „Rozdział Kościoła od państwa nie jest idealny. Ale też nie jest fikcją”. Autor nie podaje jednoznacznej definicji tego rozdziału, co niewątpliwie ułatwia mu dowodzenie przedstawionej w tytule tezy.

Rozpoczyna Jarema Piekutowski od stwierdzenia, że:

PiS nie jest aż tak blisko Kościoła, jak chcieliby niektórzy jego przeciwnicy. Wbrew pozorom nie wprowadza też znaczących przywilejów dla tej instytucji.

Zdziwiłem się troszkę, zastanawiając się nad pytaniem, jak socjolog tę instytucję Kościoła definiuje, uświadamiając sobie w pierwszym odruchu miliony dotacji płynące do Torunia, miliardowe koszty nauczania religii w szkołach, finansowanie katolickich uczelni przez państwo, zwolnienia z podatków oraz nieodpłatne bądź za symboliczną cenę ziemie przekazywane instytucjom Kościoła.  

Autor oczywiście zdaje sobie sprawę z tego strumienia pieniędzy i nawet sam o tym pisze, ale zaznacza, że nie PiS to zaczął, a poza tym, nie ma tu nic szczególnego, bo Kościół to tylko jedna z organizacji pozarządowych (chociaż przyznaje, że dość wyjątkowa).

Co do tego, że nie PiS to zaczął, zapewne nie tylko Tadeusz Kościuszko by się zgodził, ale i piszący o tym problemie pięćset lat temu Jan Ostroróg, który protestował przeciwko karawanom wozów ze srebrem ciągnących z Polski do Rzymu i grabieniu narodu przez Kościół w kraju.

Manewruje uczony socjolog, ciekawie dowodząc, że konkordat jest świetny, że wymaga tylko właściwego przestrzegania, że rozdział nie jest fikcją, a sytuacja nie jest alarmująca. Polemizując, z tekstem Ignacego Dudkiewicza podkreśla, że „Kościół nie jest tożsamy z partią”:

Czytając artykuł Dudkiewicza, można odnieść wrażenie, że to lata rządów PiS przyniosły szczególny sojusz tronu z ołtarzem. Czy tak jest w istocie? Na pewno mamy do czynienia z silnym akcentowaniem przywiązania do Kościoła po stronie polityków Prawa i Sprawiedliwości. Pokazują się oni chętnie w Telewizji Trwam czy w Radiu Maryja. Słychać wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego o tym, że „Kościoła trzeba bronić” i „kto podnosi rękę na Kościół, podnosi rękę na Polskę”. I faktycznie część Kościoła (i część Episkopatu, reprezentowana przez takich biskupów jak Wiesław Mering czy Marek Jędraszewski) jest zadowolona z takiego obrotu spraw. Jednak, jeśli chodzi o rozwiązania prawne, praktycznie nic się nie zmieniło: Prawo i Sprawiedliwość nie dokonało w tym zakresie zmian mających na celu większe uprzywilejowanie Kościoła.

Głównym narzędziem zmiany kraju w państwo wyznaniowe nie są jednak dekrety ani ustawy, ale polityka kadrowa, której autor nie zauważa. Podobnie jak w Turcji, w Polsce dobra zmiana oznacza dziesiątki tysięcy powołań urzędniczych uświęconych przez ducha świętego i gwarantujących lojalność wobec Kościoła i jego oczekiwań. Mamy tu ministrów, generałów wojska i policji, kuratorów oświaty, sędziów, dyrektorów państwowych przedsiębiorstw, prezesów mediów publicznych i innych, nadzorujących, by ta polityka kadrowa schodziła do najniższych szczebli.

Niezauważenie tego zjawiska przez socjologa wydaje się co najmniej dziwne. Państwo, w którym lojalność wobec Kościoła jest w polityce kadrowej rządu ważniejsza niż kompetencje zawodowe, jest już państwem wyznaniowym.      

Autor zdaje sobie sprawę z instrumentalnego traktowania religii i Kościoła przez polityków pisząc:

Nie jest też dziwne – choć jest to smutne – że politycy próbują wykorzystywać Kościół do swoich celów i układać się z nim (podobnie mogą wykorzystywać inne szeroko pojęte organizacje pozarządowe, zwłaszcza te, które mają masową siłę oddziaływania). Lekarstwem na te bolączki powinno być egzekwowanie prawa (i społeczny nacisk, by było ono egzekwowane), a także dążenie do maksymalnej jawności, na czym zależy także Polakom (vide reakcje na film Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”).

Nie dowiadujemy się, jak niby to prawo ma być egzekwowane w sytuacji, w której w imię dobrej zmiany w kierunku państwa wyznaniowego systematycznie niszczony jest cały porządek konstytucyjny. Nawet zatroskani wydają się obawiać jednoznacznej definicji rozdziału państwa i Kościoła, gdzie państwo gwarantuje wolność sumienia i wymaga posłuszeństwa prawom ustanowionym przez naród. Egzekwowanie prawa możliwe jest w kraju, w którym prawo stanowione jest ponad prawem boskim (religijnym). W państwie wyznaniowym jest odwrotnie.

Tekst Tadeusza Kościuszki o państwie i księżach to nie tylko ciekawostka historyczna, to okazja do przypomnienia, że dążąc do rozdziału państwa i Kościoła i przeciwstawiając się przekształcaniu kraju w państwo wyznaniowe, powinniśmy najpierw porządnie zdefiniować, o czym rozmawiamy.   


Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny

Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Evidence of most ancient cremation in Near East found in Israel

Evidence of most ancient cremation in Near East found in Israel

ROSSELLA TERCATIN


“Cremation could have allowed those ancient inhabitants of the site to have more space for the living, instead of devoting it to the dead.”

Human skull covered with plaster from Beisamoun in Hula Valley. / (photo credit: Wikimedia Commons)

Several millennia ago in the region of the Hula Valley, a young person, possibly a male leader of his community living amid the transition between a hunter-gathering lifestyle and an agricultural society, passed away. The person’s remains were uncovered 9,000 years later by a group of international and Israeli researchers working at the Neolithic site of Beisamoun.

They represent an extraordinary testimony to how people lived and cared for the dead in prehistoric Israel, as well as the most ancient discovery of intentional cremation in the Near East.

As explained in a paper published in the online journal PLOS ONE last week, the bones were found in a U-shaped pit about 80 cm. at its widest and 60 cm. deep. The body was probably placed in the pit with its legs flexed, resembling a seated position.

The discovery might lead to a new understanding of burial practices during the Neolithic period at this site and beyond, Israel Antiquities Authority archaeologist Dr. Hamoudi Khalaily, one of the authors of the study, told The Jerusalem Post.

“Since the early 1980s, researchers have been wondering why they were able to find many burials dating back to the Early Neolithic but not from the Pottery Neolithic, in spite of the fact that the site was still clearly in use,” he said. “If people lived there, they must have also died there. The choice to cremate the bodies might represent the answer to this mystery.”

In the Re-pottery Neolithic, a very common practice was to bury the dead under the floor of the houses where people lived, Khalaily said, adding that cremation could have presented several advantages for the community.

“Cremation could have allowed those ancient inhabitants of the site to have more space for the living instead of devoting it to the dead,” he said. “Moreover, since this was an area close to water sources, burning the bodies of those who passed away from diseases could have helped to avoid further contamination.”

The site is close to where Hula Lake used to be, an area where malaria and other diseases were very common before the major draining of the 1950s.
The pyre-pit was uncovered right outside the village, which could support those theories.

While the scientists could not determine the gender of the deceased, they identified a wound that was caused by a projectile point, indicating it was caused by another human. While the wound appeared to have completely healed by the time the victim died, they were able to extract a fragment embedded in the base of the left scapular spine.

In the pyre, besides material used for fuel, the researchers identified grasses and flowers that might have been employed as ornaments or for the purpose of creating a scent as the body burned. Wheat remains were also detected, a possible sign that foodstuff was placed inside the pit together with the corpse as a form of offering.

The unique characteristics of the burial might also be interpreted as a sign that the deceased represented an important person within a community, a leader or a member of a leader’s family, Khalaily said.

In the past, some plastered skulls were uncovered at the site, probably treated in this way with the purpose of creating “masks” using the remains of former rulers or priests to be presented to those who replaced them, the article said.

“The pyre-pit structure found at Beisamoun, together with the secondary cremains deposits, show a complex operational chain of funerary gesture with strong technical constraints and several steps of handling,” the researchers wrote.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com