Archive | October 2020

Israel, Lebanon agree to hold maritime border negotiations

Israel, Lebanon agree to hold maritime border negotiations

LAHAV HARKOV


A senior American representative, likely Assistant Secretary of State for Near East Affairs David Schenker, will be present, along with a UN rapporteur.

An Israeli naval vessel sails in the Mediterranean sea near the border with Lebanon, as Mount Carmel and the Israeli city of Haifa are seen in the background December 16, 2013 / (photo credit: REUTERS/AMIR COHEN)

Israel and Lebanon reached an agreement to hold negotiations on their maritime border, after a years-long impasse, a spokesman for Energy Minister Yuval Steinitz confirmed on Friday.

Talks are expected to begin in mid-October, after the Sukkot holiday, in Naquora, a city in southern Lebanon near Rosh Hanikra, where headquarters for the UN Interim Force in Lebanon (UNIFIL) are located.

A senior American representative, likely Assistant Secretary of State for Near East Affairs David Schenker, will be present, along with a UN rapporteur.

Schenker, who visited Israel last week, has been involved in getting Jerusalem and Beirut to the table, with Energy Minister Yuval Steinitz representing Israel, as the dispute has been over who has the rights to drill for natural gas. On the Lebanese side, Parliament Speaker Nabih Berri and officials in President Michel Aoun’s office were involved.

Schenker updated Steinitz and Foreign Minister Gabi Ashkenazi with an updated agreement to launch a new round of talks last week. Rather than have both the US and the UN mediate, as Lebanon originally sought, the current agreement is for the US to mediate and the UN observe.

The dispute between Lebanon and Israel, which began over a decade ago, involves 860 square km in the Mediterranean Sea. Israel has agreed to split the area 58:42 in favor of Lebanon, which would like to start drilling for gas as soon as possible to help dig itself out of its ongoing economic crisis. Hezbollah, which is part of the Lebanese government, repeatedly got in the way of starting talks with Israel. Jerusalem also opposed UN mediation for the negotiations.

After last month’s massive explosion in Beirut and growing public criticism of Hezbollah’s role in Lebanon, the country showed greater readiness to negotiate with Israel.

The Trump administration will likely seek to present the talks as a further step towards making peace and normalization in the Middle East.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Sukot 2020 – piątek, 2 października – piątek, 9 października.

Sukot 2020 – piątek, 2 października – piątek, 9 października.

Paweł Jędrzejewski


Święto Szałasów – SUKOT

Sukot (Święto Szałasów [Namiotów]) zaczyna się pięć dni po Jom Kipur, czyli 15 dnia miesiąca tiszrej. W roku 2020 jest to piątek, 2 października, po zachodzie słońca. Święto kończy się w następny piątek, 9 października, wieczorem.

Sukot było pierwotnie świętem rolniczym: po zwiezieniu ostatnich zbiorów z pól (Szemot 23, 16). Budowa szałasu, w którym trzeba mieszkać przez te dni, nie upamiętnia żadnego pojedynczego, historycznego wydarzenia, ale całe czterdzieści lat, podczas których wędrujący po pustyni mieszkali w prowizorycznych domostwach. „Mieszkać” – halachicznie oznacza „jeść i spać, i uczyć się Tory”.

Z czego powinien być zrobiony szałas na święto Sukot?

Zgodnie z żydowskim prawem religijnym, ściany szałasu (suki) mogą być zrobione z jakiegokolwiek materiału trwałego. Jeżeli jest to płótno, to musi być ono naciągnięte na pręty, pomiędzy którymi odległość nie powinna przekraczać trzech tefachim (ok. 24-27 cm). Natomiast schach (dach) suki musi być sporządzony z materiałów, które wyrastają z ziemi. Muszą być one trwale odłączone od swojego podłoża. Jednocześnie nie mogą być to te przedmioty „wyrastające z ziemi”, które mogą stać się rytualnie nieczyste. Do budowy dachu nie wolno stosować narzędzi drewnianych lub ich fragmentów, a także elementów mebli, skrzyń, drabin. Podobnie dach nie może być wykonany z owoców lub warzyw. Dach można sporządzić po prostu z gałęzi. Każdy gatunek drzewa lub krzewu jest dopuszczalny, podobnie jak trzcina lub sitowie.

Szałas musi znajdować się pod gołym niebem. Musi mieć co najmniej trzy ściany, ale zalecane jest zbudowanie szałasu o czterech ścianach. Szałas musi mieć wymiary co najmniej siedem na siedem tefachim, a wysokość jego ścian nie może być mniejsza niż 10 tefachim. Dach musi być umieszczony także na co najmniej tej wysokości.

Dach musi pokrywać większość powierzchni szałasu tak, aby rzucany przez niego cień był zawsze większy od części oświetlonej słońcem.

Fizyczność tego święta rzuca się w oczy: przez dziesięć dni pomiędzy Rosz Haszana a Jom Kipur człowiek analizował siebie, swoje duchowe wnętrze, a teraz ma własnymi rękoma zbudować szałas pod gołym niebem. Wielki kontrast! Już nie zastanawianie się nad swoimi grzechami, ale nad tym, jakie gałęzie będą najbardziej użyteczne na dach (schach) suki i gdzie je zdobyć. Widać w tym wyraźnie cel: powrót od skrajnej duchowości do pełnego – a więc realizującego się w praktycznym działaniu – człowieczeństwa i osiągnięcie wewnętrznej równowagi, bo przecież budowanie suki (szałasu) to tylko niezbędne zabiegi, aby wypełnić micwę: mieszkać w szałasie przez siedem dni. A mieszkając widzieć nad sobą świat: gwiazdy i planety, i księżyc (przez dach szałasu musi dać się zobaczyć niebo!).

O ile Jom Kipur jest dniem, podczas którego następuje zakończenie okresu duchowego zgłębienia swojego postępowania i dokonywania teszuwy (skruchy), o tyle Sukot jest świętem powrotu ze świata wewnętrznego do świata fizycznego, a jednocześnie świętem radosnym. Jest to bowiem jedyne święto nazywane zman simchatenu – czyli „czasem naszej radości”. Jest to jedno z trzech świąt pielgrzymich (szalosz regalim), więc w czasach przed zburzeniem Świątyni odbywały się w Jerozolimie wielkie uroczystości, na które przybywali Żydzi z całego Izraela. Obchody te nazywane były simchat bejt haszoewa („radością wydobywania wody”), ponieważ każdego dnia wyciągano wodę ze studni Sziloach i polewano nią ołtarz. Przed Świątynią trwały tańce i zbiorowe śpiewy tysięcy pielgrzymów. W talmudycznym traktacie Suka (51b) czytamy: „kto nie widział simchat bejt haszoewa, nie widział w swoim życiu prawdziwej radości”.

Mieszkanie w suce to jednak nie tylko przeżycie fizyczne. To także doświadczenie duchowe. Przebywanie przez siedem dni w zbudowanym własnymi rękoma prowizorycznym szałasie wprowadza istotną poprawkę do naturalnej, ludzkiej tendencji przywiązywania się do miejsca, w którym się żyje. Święto Sukot zdaje się mówić Żydom od tysięcy lat: „nie zapuszczajcie nadmiernych korzeni, szczególnie na wygnaniu”. Przez tysiące lat Żydzi budowali w diasporze swoje domy i niezwykle wspaniałe cywilizacje i bogate kultury wyrastały z nich i wokół nich. Jednak, poza Izraelem, zarówno te żydowskie domy jak i cywilizacje okazywały się niezwykle nietrwałe, przemijające – zdmuchiwały je z powierzchni ziemi nowe siły dochodzące do władzy. Często naiwna wiara w stabilność żydowskich domów prowadziła Żydów do samooszukiwania się i zaprzeczania rzeczywistości aż do momentu, gdy było już za późno na ucieczkę.

Przesłanie to ma także ogólnoludzki wymiar: „nie przywiązujcie się do murów, podłóg, ścian i sufitów. One wszystkie nie są warte ani godne naszego zaufania. Niezależnie, jak zadomowieni, bezpieczni i ustabilizowani jesteśmy w naszym codziennym życiu, powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, jak krucha jest ta stabilizacja i jak złudne jest dawane przez nią bezpieczeństwo.”

Jesteśmy wędrowcami na Ziemi. Pielgrzymami. Gdy lud Jisraela wędrował przez pustynię, Bóg otaczał go Obłokiem Chwały. Mieszkanie przez siedem dni w suce – prowizorycznym szałasie – ma postawić ważne pytanie: czy niezależnie od tego, jak zadomowieni, bezpieczni i ustabilizowani jesteśmy w naszym codziennym życiu, nie powinniśmy postrzegać tych wszystkich jego aspektów jako również czegoś prowizorycznego, a tylko opiekę Boga i otrzymane od Niego prawo – jako rzeczy naprawdę istotne i trwałe?

Według tradycji, każdy szałas w święto Sukot odwiedza i siada w nim z nami siedmiu niezwykłych, niewidzialnych gości: Awraham, Jicchak, Jaakow, Mosze, Aharon, Josef i Dawid.

ARBA MINIM czyli „cztery gatunki”

Ważną micwą (przykazaniem) w święto Sukot jest tzw. „branie lulawu„. Lulaw jest to gałąź palmy, ale określenie „branie lulawu” dotyczy owocu etrogu (podobny do cytryny) i gałęzi palmowej (palma daktylowa) powiązanej w bukiet z trzema gałązkami mirtu (hadasim) i dwiema gałązkami wierzby (arawot) (w sumie są to tzw. cztery gatunki – arba minim). Micwa „brania lulawu” polega na wzięciu w prawą dłoń wiązanki gałązek, a w lewą – etrogu. Należy je trzymać tak, aby stykały się ze sobą i odmówić błogosławieństwo, które poza stałą formułą, zawiera słowa na tę okoliczność: „Aszer kideszanu bemicwotaw weciwanual netilat lulaw” (Ten, który uświęcił nas Swoimi przykazaniami i który nakazał nam brać lulaw). Następnie trzeba w specjalny, rytualny sposób potrząsnąć wszystkimi roślinami.

Symbolika czterech gatunków roślin jest wyjaśniana na wiele sposobów. Jedna z interpretacji widzi w nich symbol jedności narodu żydowskiego i indywidualnej jedności każdego człowieka: etrog reprezentuje serce, lulaw – kręgosłup, hadasim – oczy, arawot – usta. Inna koncepcja mówi o etrogu jako symbolu mędrców dokonujących dobrych czynów, lulawie – mędrców, którzy nie wcielają swoich nauk etycznych w życie, hadasim – niewykształconych sprawiedliwych, a arawot – niewykształconych ludzi, którzy nie czynią dobra. Te cztery symbole stanowią razem metaforę społeczności Izraela.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Modern scans may show traces of the original dimensions of the ‘tefach’

Modern scans may show traces of the original dimensions of the ‘tefach’

HANNAH BROWN


The tefach, an ancient unit of measurement, was used by ancient Israelites.

Ortal Harush with one of the Iron-Age jars found in Khirbet Qeiyafa / (photo credit: HEBREW UNIVERSITY)

Modern-day sukkah builders may find it interesting that recently created 3D scans of ancient pottery could reveal the original dimensions of the tefah, a unit of biblical measurement based on the dimensions of a male hand.

The tefah was used primarily by ancient Israelites. It appears frequently in the Bible and is the basis for many Jewish laws. It is an especially important measurement at this time of year, as it is used by observant Jews to calculate the precise dimensions according to Jewish law for building a sukkah, the outdoor structure where the holiday of Sukkot, which begins on Friday, is celebrated.

In a paper published recently, three Israeli archaeologists report that they found a surprising common denominator in a variety of storage jars from a period of over 350 years, from the Kingdom Judah and the Israelite Kingdom: the inner-rim diameter of the jars’ necks are consistent with measurements of the palm of a male hand and may reflect the original metrics for the biblical measurement of the tefah.

The three archaeologists – the Hebrew University of Jerusalem’s Ortal Harush, Antiquities Authority’s Avshalom Karasik and Weizmann Institute of Science’s Uzy Smilansky – published their findings in the Bulletin of the American Schools of Oriental Research, which is published by the University of Chicago Press Journals.

In the article, the researchers describe how they did 3D scans of 307 Iron Age jars found in Khirbet Qeiyafa from the Judean Kingdom in the early 10th century BCE; “hippo” jars from northern Israel from the Israelite Kingdom, ninth century BCE – nicknamed for their large size and loop handles which were thought to resemble hippopotamuses; and royal Judean Kingdom storage jars from the 8th-7th century BCE.

“It was natural for the ancient potters to adopt the handbreadth – tefah – standard. It was a unit of length that was widely used in ancient times, and is mentioned both in Assyrian and Egyptian sources and in the Old Testament, for instance: Numbers 25:25, Numbers 37:12,” the researchers wrote.

The team observed large variations among the jars – even those from the same time period and geographic region. Only one measurement remained constant: the average inner-rim diameter, which always measured, with a standard deviation, between 8.85 and 8.97 centimeters.

The distribution of this diameter is statistically identical to the average male hand’s breadth. To ascertain the standard measure of a modern man’s palm, the team examined measurements taken by the US Army when ordering gloves for its soldiers, which was consistent with the measurements taken from the ancient jars. Though human heights and weights have changed over time due to many factors, including improved diet and health, previous research has shown that palm dimensions have not changed much over the last 3,000 years.

The researchers have several theories as to why the inner rim has remained the same while the overall shape of the jars varies so much. They theorize that the inner rim stayed consistent because it was a natural choice for ancient potters to use their palms as the standard diameter for jar openings. And since storage jars were used for years, it was important to be able to fit hands into jars to clean them.

The researchers also theorized that the biblical purity laws also played a part in the uniform dimensions of the inner-rim diameter. The Book of Numbers deals with the question of whether jars left in the vicinity of a corpse were ritually pure or impure. Numbers 19:14-15 states, “This is the law, if a man dies in a tent, anyone entering the tent and anything in the tent shall be unclean for seven days. Any open vessel that has no seal fastened around it becomes unclean.”

According to these lines, the contents of a jar left near a corpse would become impure and unusable unless there was a special seal on its top. Over the centuries, Jewish authorities quantified these rules of impurity, stating that the minimal opening size through which impurity may enter is the square of a hand’s breadth by hand’s breadth, or tefah by tefah.
Over time, various rabbis attempted to provide conversions of the traditional biblical measurements to modern measurements. The conversions for the tefah vary, with competing theories from Avraham Chaim Naeh and the Chazon Ish, both 20th-century Orthodox rabbis who lived in pre-state Israel. According to Naeh, one tefah is equal to 8 cm., whereas according to the Chazon Ish one tefah is 9.6 cm. The uniform opening of the ancient storage jars, which is between 8.85-8.97 cm, falls squarely in between these two opinions and may shed light on the dimensions of the biblical tefah, dimensions that determine so much of religious law.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Dziewięćdziesiąt lat w poszukiwaniu ojczyzny

Dziewięćdziesiąt lat w poszukiwaniu ojczyzny

LESZEK KOŁAKOWSKI


Ćwierć wieku bez mała przeszło, od kiedym Miłosza Ziemię Ulro czytał,
ale teraz, przeczytawszy uważnie po raz drugi, pojąłem wagę tego tekstu, jednego z ważniejszych, jakie powojenna literatura polska wydała.

Czy, jak i przez ilu jest on czytany, tego nie wiem. Rzecz jest pisana językiem potocznym, chociaż kunsztownym, ale od czytelnika wymaga wysiłku, jest to bowiem tekst nadzwyczaj zgęszczony, by tak rzec, pozbawiony luzów
i przerw, a ponadto wyziera zeń wstrzemięźliwa, sucha i rozumna desperacja, nieustannie jednak zderzająca się z przeciwną siłą: niejasnym przeczuciem wielkiej Harmonii.

W pięknej przedmowie do pierwszego wydania tej książki ks. Józef Sadzik najważniejsze powiedział, pozostaje mi tylko niewiele dodać o tym najświetniejszym poecie polskim XX wieku (a to jest ocena z dobrego namysłu poczyniona, nie naprędce rzucona pochwała jubileuszowa).

Najoczywistsza autobiograficzna żyła tej prozy każdemu czytelnikowi
jest dostępna: szukanie ojczyzny. Ale to szukanie ma nie mniej niż trzy znaczenia, trzy tropy.

Jedno znaczenie jest każdemu dane. Ktokolwiek miał dzieciństwo, niekoniecznie szczęśliwe, ale w atmosferze czułości i miłości starszego pokolenia przeżyte, nie może się wyzbyć nostalgii za tym rajem utraconym, nawet jeśli był ubogi i bez żadnych luksusów. Do tej ojczyzny wrócić niepodobna i żal za nią każdego niemal dotyka, o czym przecież mało kto z poetów nie pisał. Jeśli nawet można do miejsc i krajobrazów dzieciństwa fizycznie wrócić, to już tej ojczyzny tam nie ma i być nie może, to jest kraina duchów zapamiętanych. Miłosz sam myślał ongi, że nigdy nie zobaczy tych stron ojczystych, okazało się jednak, w wyniku znanych nam historycznych zaburzeń, że to możliwe. Był tam, w swoich wileńskich murach czy podwileńskich wsiach, ale do dzieciństwa przecie nie wrócił.

Ale jest i druga ojczyzna, drugie miejsce poszukiwań: kraj własny
już po dzieciństwie znany, już jakoś w umyśle i uczuciu wchłonięty, wspólnota ludzi tamtejszych, przyjaciół, krewnych, współpodróżników w czasie, intelektualnie i uczuciowo razem dorastających, więc rozumiejących siebie bez trudności, te same ulice, te same kościoły znających, te same książki czytających, słowem, środowisko kulturalne własne, gdzie się u siebie czujemy. Człowiek przez różne przypadki losu w obce światy zapędzony rzadko potrafi w całkiem nowe środowisko się wtopić, jeśli już z młodości wyszedł. O tym też Miłosz mówi. Gdy Polskę w najgorszym politycznie okresie porzucił („uciekł”), wylała się nań, jak należało oczekiwać, lawina wściekłości władców PRL-u i zatrudnionych przez nich żołnierzy słowa pisanego; oprócz trzeciorzędnych literatów potępili go publicznie również niektórzy prawdziwi pisarze (jeden artykuł nosił tytuł: Nim będzie zapomniany. Dobry tytuł, nieprawdaż?).

Z wrogim potępieniem powitała go także niemal („niemal”, powiadam)
cała emigracja, zwłaszcza polityczna emigracja londyńska, jako że Miłosz przez czas jakiś w dyplomacji był zatrudniony (więc „komunistom służył”). Miłosz na kłamstwa i krzyki nienawistne nie odpowiadał i słusznie czynił.

Jest jedną z niezapomnianych zasług Jerzego Giedroycia, że otworzył przed Miłoszem pismo swoje i wydawnictwo, gdzie prawie wszystkie polskie dzieła jego się ukazały; wszystkie egzemplarze konfiskowali automatycznie, rzecz jasna, PRL-owscy celnicy, jeśli je u podróżnych z Zachodu wracających znaleźli. Został więc Miłosz profesorem na uniwersytecie w Kalifornii.

Z podwileńskich wsi los go strącił nad zatokę San Francisco, o której pisał.
Był, oczywiście, osadzony życiowo, wykładał i pisał, po świecie wojażował,
piękny dom na wzgórzu w Berkeley kupił, wielu ludzi miłych i życzliwych spotkał, ale ojczyzny w sensie „bycia u siebie” nie mógł już odnaleźć.
Ten nowy świat był nadzwyczaj ciekawy, czasem piękny, lecz z zewnątrz oglądany.

Ale jest jeszcze trzecia ojczyzna, najważniejsza chyba, do której Miłosz
drogi szuka; za nią głównie w Ziemi Ulro się rozgląda. A to jest ojczyzna Ducha, czyli świat tak doświadczany, tak widziany, że wszystko w ładzie tam stoi, że Rozum i Dobro nim rządzą, że, gdy w nim przebywamy, pogodzeni jesteśmy z życiem i śmiercią, z cierpieniem i przypadłościami losu, a nawet z utratą ojczyzny w pierwszym i drugim znaczeniu; jesteśmy prawdziwie „u siebie”, cokolwiek się zdarzy. W tym świecie przemieszkują ci, których wiara religijna, w dzieciństwie im wpojona, nie zaznała żadnych wstrząsów i ciosów, czy to ze strony losów nieprzyjaznych, czy refleksji krytycznej i intelektualnych wojen podjazdowych.

Miłosz jednakowoż nie przebywa w tym świecie, chociaż podgląda go
i chciałby chyba tam mieszkać. Jest przywiązany do chrześcijaństwa, lecz nie do każdej z jego odmian. Nie lubi Kościoła samochwalczo w siebie zapatrzonego, nie lubi też Kościoła, który, by przetrwać, stara się nowoczesnej cywilizacji przypodobać, na bok odsuwając to, co do tej cywilizacji nie przystaje, a co jest chrześcijaństwa rdzeniem. Myśli, że prawdziwych, czyli całkiem konsekwentnych ateistów jest niewielu, bo ci, co się do ateizmu przyznają, wierzą na ogół w różne rzeczy, w które wierzyć nie powinni: w jakąś dobroczynność ewolucji, w jakieś prawa postępu, w jakieś reguły moralne. Miłosz nie jest ateistą, ale dotkliwie doświadcza tego rozdarcia duchowego, w jakim cywilizacja nasza żyje, tego zderzenia między tradycją a światem nauki i techniki; zderzenie jest banalne i wszystkim znane, ale nie przestaje być dokuczliwe. Wraca często do Dostojewskiego i jego udręk (Szestow twierdzi, że Iwan Karamazow jest właściwym porte-parole autora; nie znam się na Dostojewskim na tyle, by mieć w tej sprawie wyraźne zdanie). Bezsilność rozumu w obliczu mądrości chrześcijańskiej: tajemnica Odkupienia, niepojęty mrok cierpień, boskość Jezusa, grzechy Kościoła – to też są Miłosza tematy.

Cytuję: „Ulro jest słowem zapożyczonym od Blake`a. Oznacza ono krainę duchowych cierpień, jakie znosi i musi znosić człowiek okaleczony.
Sam Blake nie mieszkał w Ulro, choć mieszkali tam już uczeni, zwolennicy fizyki Newtona i filozofowie, tudzież prawie wszyscy malarze i poeci.
Jak też ich następcy w dziewiętnastym i dwudziestym wieku, aż po dziś dzień”.

Gombrowicz, Blake, Mickiewicz, Swedenborg, Oskar Miłosz – oto główne osoby, jakie na kartach tej książki występują. O każdej z nich dowiadujemy się wiele, ale krewny Miłosza, o pokolenie starszy Oskar, poeta francuski, jest jego szczególnie ważnym mistrzem, w młodości wczesnej jeszcze z pism, a potem osobiście, znanym. Przyznaję, że mało o nim wiem, poza tym, czego się od Czesława Miłosza nauczyłem. Cytacje w omawianej książce są interesujące, ale trudne w interpretacji, hermetyczne, ezoteryczne, okultystycznymi wypadami najeżone, zaszyfrowane, kabalistyczne.

Nie ośmieliłbym się ich streszczać czy przekładać na język powszechnie zrozumiały. Są jednak denerwująco ciekawe; mówią o przestrzeni, z której wewnętrznych odniesień, jakoś przez nas, przez nasze percepcje współtworzonych, wszystko się w bycie wywodzi, i o tym, jak życie przestrzeni tworzy rytm i jak przez znajomość rytmu uzyskujemy dostęp do wyższych form bytu, do innych światów. Oskar Miłosz należał do wybitnych krytyków cywilizacji nowożytnej i bezreligijnego humanizmu, który, jak Czesław Miłosz mówi, w gruzach już leży. Jednak spodziewał się przyjścia jakiegoś świata nowego i lepszego.

Czy Czesław Miłosz też się tego spodziewa? Nie jest to jasne. Kilkakrot-
nie przyznaje się do swoich sympatii do wierzeń manichejskich, które wyrażają jakby jego własną odrazę do życia. Otóż narzekanie na teraźniejszość jest nader pospolite w naszych europejskich dziejach. Równie pospolite jest jednak wyczekiwanie na nowy świat, który nie tylko lepszy będzie, ale doskonały, na czas pełnego uleczenia nieszczęść naszych, jakkolwiek się ten świat nazywa: trzecia epoka, epoka Ducha Świętego, Harmonia, Socjalizm, Komunizm, Omnarchia. Prorocy nowego świata, jak dotąd, mylili się niezmiennie, ale może dobrze jest, by istnieli obok bohaterów Becketta. Manichejska religia jednak jest inna.

Możemy wyjść z Ziemi Ulro, każdy na własny rachunek, przez wyzwolenie duchowe, ale ostateczne wyjście możliwe jest tylko przez porzucenie tego szatańskiego wynalazku – materii. Nie będzie szczęśliwej Ziemi Nowej, ziemia jest przeklęta. Czy tak daleko Miłosz chciałby pójść w swoim manicheizmie? Nie wiem tego. Manicheizm, oczywiście, jest nie do pogodzenia z tradycją chrześcijańską, dla której cały byt materialny jest dobry, skoro z ręki Stwórcy dobrego się zjawił. Miłosz jednak do tradycji chrześcijańskiej także się przyznaje. Kiedy religia obumiera, nie przychodzi zwykle na jej miejsce dobroczynny humanizm oświecony, ale raczej różne złowrogie karykatury religii.

W książce Miłosza rzeczy nie są dopowiedziane i tak jest dobrze.
Nie ma to być bowiem żadna doktryna metafizyczna, lecz ujawnienie dokuczliwych aporii, których na Ziemi Ulro nie uleczymy.

Kiedym czytał teraz ponownie książkę Miłosza, wyjąłem z półki bardzo gruby tom pism teologicznych Swedenborga. Czytałem o jego peregrynacjach w zaświaty, o rozmowach z anielskimi duchami, o architekturze nieba i piekła, o końcu świata. Ale również on, wielki wtajemniczony, nie uważa, by zło mogło być wyniszczone ostatecznie.

Pomyślałem sobie przy tej okazji, jak się czuje młoda dziewczyna lub chłopak, nastolatki, jeśli dowiadują się nagle, że są dziećmi adoptowanymi, że nie są ich prawdziwymi rodzicami ci, co ich wychowali. Przypuszczam, że jest to doświadczenie przerażające, jakieś okropne poczucie bezdomności, wydziedziczenia, odrzucenia – choćby ci przybrani rodzice byli najlepsi.
I pewnie jest to poczucie podobne do tego, które ma człowiek na Ziemi Ulro.

LESZEK KOŁAKOWSKI


Tekst ukazał się po raz pierwszy w 75. numerze kwartalnika
„Zeszyty Literackie” (ZL 2001 nr 3/75)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Denmark’s proposed circumcision ban will make Jewish life ‘untenable’

Denmark’s proposed circumcision ban will make Jewish life ‘untenable’

Rasmus Lybech


Image by Getty Images

The ancient tradition of circumcising infant boys is still legal in Denmark — but perhaps not for long.

The vast majority of Danes finds that ritual circumcision on infant boys should be banned, according to a recent TV2/Megafon poll. Yet while 86 % of those polled are in favor of implementing a proposed ban, a sizable portion of Denmark’s Parliament is at odds with the public. In this small Scandinavian country known for its tolerance, the debate has bent the rules of civic debate and even created unlikely alliances.

Circumcision has been a controversial subject in Denmark for years, but the current debate dates back just two years. In 2018, a so-called citizen’s initiative signed by more than 50,000 Danish citizens proposed a ban on the circumcision of boys below the age of 18. The initiative was sponsored by the anti-circumcision organization Intact Denmark.

The traditional religion of Denmark is a moderate and unceremonious Lutheranism, and while most Danes will claim that they are secular and tolerant people, a Lutheran intolerance of rituals, still holds sway here.

After some debate, Parliament set up a committee of representatives of the medical establishment and the Danish Patient Safety Authority. Mandated to create new “medically sound” guidelines for circumcision, the committee is now facing the potential problem of losing its legitimacy, with a slew of doctors leaving the committee, citing a lack of regard for their medical expertise.

From the far-left Red-Green Alliance to the two nationalist parties on the opposite end of the spectrum, most parties in Parliament express support for a ban. Slicing right down the middle of Danish parliamentary politics however, the three major centrist parties are against it.

Prime Minister Mette Frederiksen, leader of the Social Democrats, cited a historic promise made to the Scandinavian country’s small Jewish minority to shield them from harm. In Frederiksen’s view, the European legacy of antisemitism, persecution, and the Holocaust demand a leniency toward Jews not afforded others, even if she herself finds the ancient custom “difficult to fathom.”

Opponents of circumcision have accused the PM of “playing the Nazi card.” Meanwhile, Dr. Henri Goldstein, head of the Jewish Community of Denmark, called the proposed ban, “the greatest crisis for Danish Jews since the Second World War.” He warns that making circumcision illegal would make Jewish life in Denmark “untenable.”

One source of unlikely support has come from Denmark’s 300,0000-strong Muslim community. For years, Muslim customs and institutions have been subject to less than subtle regulation by Danish legislation, with 2018’s masking ban, aptly nicknamed “The Burqa Law,” the obvious example. But both Muslims and Jews share the practice of circumcision, which might work in the Muslims’ favor. In an interview with the newspaper Politiken, one Copenhagen imam made no secret of this.

“We have deliberately stayed in the background on this and let the Jewish] society speak on our behalf,” imam Naveed Baig said . Had the issue been presented as solely a Muslim issue, circumcision would already have been banned, he added.

The nationalist Danish People’s Party, which for years has spearheaded anti-Muslim legislation, is finding itself divided on the issue. A high-ranking member of Parliament promised to give up her seat come next election in protest of the party’s decision to back the ban. The nationalists, staunch supporters of Israel and the interests of the Jewish community in Denmark, in this case are choosing to support what some call the beginning of the end of Jewish life in Denmark.

The shifting political alliances and the debate continue. In a recent article renowned professor of philosophy Dan Zahavi challenged the main contention of circumcision opponents that the practice causes irreparable and long-term harm to the ‘bodily integrity’ of the child. What about the cultural or mental integrity, Zahavi asked? Growing up is a series of irreversible cultural and mental alterations, Zahavi argued, and no one leaves childhood unchanged from when they entered it. The irreversibility argument simply does not hold ground, the professor claimed.

So the debate goes on. While the public opinion is massively in favor of a ban, political protection of special interests still keeps Denmark from being the first country in the world to make circumcision of infant boys illegal.

And with overt antisemitism on the rise, from 2019’s Neo-nazi desecration of a Jutland Jewish cemetery to the frequently smashed windows of Copenhagen’s one kosher butcher shop, it might be hard for some not to connect the dots and see the popular opposition to circumcision in the context of antisemitism.


Rasmus Lybech is a Danish cultural historian and translator.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com