Archive | November 2020

Proces Matejki przeciwko Żydom. “Idźcie tam, gdzie nie ma żadnej ojczyzny”

Jan Matejko (1838-93) w swojej pracowni w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych (Fot. domena publiczna)


Proces Matejki przeciwko Żydom. “Idźcie tam, gdzie nie ma żadnej ojczyzny”

Helena Kowalik


– Sztuka nie jest spekulacyjną robotą, lecz pracą w wyższych celach. Jeśli chcecie się uczyć w naszej szkole dla spekulacji, to znaczy, że nie chcecie być Polakami. A skoro tak, wynoście się – tymi słowami zwrócił się w 1882 r. do żydowskich studentów krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych jej dyrektor Jan Matejko.

„Te dwa lata (1880-1882) były dla Mistrza bardzo ciężkie” – notuje w pamiętniku Marian Gorzkowski, sekretarz Jana Matejki.

Wpatrzony w swego chlebodawcę szczegółowo opisuje te uciążliwości. Przede wszystkim – zła atmosfera wśród wykładowców założonej przez Mistrza krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Tyle starań, nawet za granicą, m.in. we Francji, o wyposażenie uczelni w cenne dzieła sztuki, tyle fatygi przy zapraszaniu notabli na akademickie uroczystości, aby podnieść prestiż placówki, i niewdzięczność skorych do intryg profesorów.

Straszna kobieta i mistrz

A do tego nie ma spokoju w domu.

Los zrządził – pisze Gorzkowski – że Mistrz „połączył się ze złą kobietą (chodzi o Teodorę Giebułtowską), która nie była w stanie go zrozumieć”. Nawet w pracowni nie miał spokoju.

Namalował portret siostrzenicy żony. Pani Teodora, która żądała, aby mąż uwieczniał jej twarz na wszystkich obrazach, rozerwała malowidło na kawałki. Siostrzenica musiała się wynieść z Krakowa. Następnego dnia pani Teodora zniszczyła w salonie swój portret. Mistrz odchorował ten wandalizm. Zwłaszcza że skandal rozniósł się po mieście.

Wydatki na dom są przerażające, Matejko ma długi – stwierdza w pamiętniku sekretarz artysty, który zajmuje się też jego finansami. Około 2 tys. rubli miesięcznie idzie na głupstwa. Pani przez pół roku siedzi na wsi i ciągle przesyła jakieś rachunki. Nie opisuje, co kupiła, a Mistrz nie chce pytać, na co poszły pieniądze.

Boi się żony. Kiedy hrabia Dzieduszycki napisał z Paryża, że „Bitwa pod Grunwaldem” nie będzie przyjęta na wystawę paryską, Matejko prosi przyjaciół, aby nie mówili o tym przy jego małżonce; będzie zła, że nic nie zarobią na ekspozycji.

Gorzkowski: „Przekonanie moje o pani jest coraz gorsze. Dotychczas myślałem, że ona rządzi się tylko fantazją, ale teraz widzę – to straszna kobieta. Ani mąż, ani dzieci zgoła jej nie obchodzą, ona marzy o aktorstwie. Mistrz, gdy mówi o swym małżeństwie, ma twarz grobową i łzy w oczach. Kiedyś powiedział z goryczą: »Ja pierwszy z malarzy będę świętym, wszystko znoszę w mym sercu, już się ono przepaliło cierpieniem i smutkiem. Nikt o tym nie wie«”.

Geniusz i patriota

W opinii publicznej Matejko zasługuje, aby go nosić na rękach. Nie tylko z powodu jego talentu, ale też patriotycznych gestów. Jak podaje „Kurier Warszawski” z 9 października 1882 r., Mistrz postanowił ofiarować narodowi „Hołd pruski”, który malował przez dwa lata. Obwieścił to na posiedzeniu sejmu galicyjskiego. Obraz ma przyozdobić zamek wawelski. „Artysta pragnie – można przeczytać w gazecie – aby wspaniale namalowany król Zygmunt po wieczne czasy przyjmował hołdy lenne na zamku krakowskim, a potomność podziwiała nie tylko pędzel artysty, ale i jego obywatelską ofiarność. To świadectwo publicznej cnoty będzie częściowym odkupieniem za rozterki, grzechy płochości i błędy dzisiejszej społeczności. Na prośbę artysty Wysoki Sejm raczył uchwalić jedno stypendium im. Jana Matejki dla szczególnie uzdolnionego ucznia Szkoły Sztuk Pięknych w Krakowie”.

W podzięce za królewski dar mistrza Rada Krakowa na posiedzeniu nadzwyczajnym 18 października 1882 r. powzięła uchwałę o nadaniu artyście honorowego obywatelstwa Krakowa. Jedna z ulic będzie nazwana imieniem Jana Matejki.

Kilka dni później „Czas” publikuje wiersz dedykowany mistrzowi. A wychodzący w zaborze rosyjskim „Kurier Warszawski” komentuje dar mistrza: „Jak ten Wierzynek starożytny ugaszczając króla, złoto i srebro składał u jego nóg, tak dziś inny mieszczanin krakowski obdarza braci złotem i srebrem swego geniuszu artystycznego. Tam była fantazja bogacza, tu ofiara magnata duchowego. Dlatego Matejko darem swym zaliczył się do największych testatorów 19 wieku”.

Artystę odwiedza sam cesarz Franciszek Józef. Tego dnia Gorzkowski notuje: „Pieniądze za »Grunwald« wyczerpały się, a pani zasmakowana w balach. Wydatki na jej strój tak bardzo wzrosły, że najzamożniejsze rodziny nie byłyby w stanie temu podołać. Mistrz musi wziąć kredyt”.

Szaleństwo Teodory Matejko

Jesienią 1882 r. Matejkowa przychodzi na posterunek policji i informuje, że jej mąż ma tysiące kochanek i niemoralnie prowadzi się również na oczach dzieci. Ona je wychowuje, choć są podrzucone. Policja odwozi kobietę do szpitala psychiatrycznego.

Teodora z Giebułtowskich Matejkowa (1846-96) Fot. domena publiczna

Wieść szybko roznosi się w Krakowie. Przyjaciele i znajomi unikają spotkań z Matejką. Pozostał mu tylko Gorzkowski. Na prośbę mistrza sekretarz zamawia mszę za powrót żony do zdrowia, z Lourdes sprowadza wodę święconą.

Matejkowa używa różnych sposobów, aby wydobyć się ze szpitala. Przekupuje personel, próbuje ucieczki. Malarz ulega jej prośbom i na swoje nieszczęście zabiera pacjentkę do domu, gdzie wkrótce następuje kolejny atak. Zagrożone jest życie dzieci. Teodora mówi, że je pozabija. Wraca na szpitalne łóżko w kaftanie.

Malarz tak jest tym wszystkim przybity, że tylko w pracowni znajduje ukojenie. Od rana do późnej nocy tworzy obraz „Sobieski pod Wiedniem”. „Nigdy dotąd nie malował z takim zawzięciem” – zauważa Gorzkowski.

Na uczelni, w której Matejko jest dyrektorem, wkrótce wakacje. Pozostało tylko jeszcze rozstrzygnięcie prac konkursowych studentów i przyznanie nagrody pieniężnej.

Do mistrza dociera bulwersująca informacja: jeden ze studentów – Saul Wahl – wysłał na konkurs nie swój obraz. Matejko jest oburzony: szachrajstwa, jak to określa, dopuścił się jego uczeń!

Sprzeniewierzenie się etyce artysty nie daje mistrzowi spokoju przez całe wakacje. Często wraca do tej sprawy.

Wybuch dyrektora

16 października 1883 r., podczas uroczystego rozpoczęcia nowego roku akademickiego w Szkole Sztuk Pięknych, profesura i studenci słuchają wykładu inauguracyjnego dyrektora.

„My, twórcy – rozpoczyna Matejko – mamy dwie ojczyzny: sztukę i kraj. Dziś nie wolno nam tego oddzielać. Więc wy, uczniowie hebrajczycy, pamiętajcie, że sztuka nie jest handlową, spekulacyjną robotą, lecz pracą w wyższych celach ducha ludzkiego, w miłości Boga z miłością kraju złączoną. Jeśli wy chcecie uczyć się w naszej szkole dla spekulacji, nie odczuwać dla kraju, w którym żyjecie od wieków, potrzeby szlachetniejszych uczynków, to znaczy, że nie chcecie być Polakami. A skoro tak, wynoście się, idźcie od nas tam, gdzie nie ma żadnej ojczyzny ni wyższych cnót ludzkich w miłości do rodzimej ziemi poczętych”.

Jeszcze tego dnia krakowscy Żydzi spotykają się na kahalnych zborach, aby zaprotestować przeciwko przemówieniu Matejki. Seniorzy gminy upoważniają rabina do wysłania ich protestu do gazet. Pełny tekst ukazuje się w krakowskim „Czasie” i lwowskim „Dzienniku Polskim”.

„Pan dyrektor Szkoły Sztuk Pięknych w Krakowie, zwracając się do uczniów, wyróżnił niektórych z nich upośledzającym mianem plemienia hebrajczyków. (…) Słowa powyższe powiedziane przez mistrza, dla którego geniuszu wszyscy jesteśmy przejęci czcią i uwielbieniem, zrobiły na nas nieodparcie przykre i bolesne wrażenie i zmuszają do publicznego odparcia – stwierdzono”.

Autorzy protestu, wśród których jest znany w Krakowie adwokat Leon Eibenschütz, nie wyjaśniają, co było przyczyną irytacji artysty. Nie pada nazwisko nieuczciwego studenta Saula Wahla. Piszą o krzywdzie wyrządzonej niewinnej żydowskiej młodzieży, która zapisała się do Szkoły Sztuk Pięknych wiedziona jedynie chęcią kształcenia się w szlachetnej sztuce. W tekście jest wiele o sianiu ziarna nienawiści i pogardy. „Pan dyrektor zapomniał, że izraelici, od kilkuset lat mieszkając na tej ziemi, nie są już hebrajczykami, lecz synami tego kraju, w którym ich przodkowie żyli i umarli”.

Oliwą w ogień

Awantura przenosi się do mediów. Bankier Rosenblum publikuje w gazetach warszawskich protest potępiający Matejkę. Padają słowa, jakie zwykle się wykropkowuje. Red. Jan Jeleński, wydawca antysemickiej „Roli”, broni mistrza. Podbudowany Matejko odpowiada listem do redakcji, w którym wini już nie tylko swoich uczniów hebrajczyków, ale i całą społeczność żydowską.

„Dowiedziałem się o otwartym liście p. Rosenbluma, który podobnie jak inni wyznawcy talmudu z wielkim zuchwalstwem i arogancją odzywają się o wszystkim i o wszystkich. Ustępstwa nasze są na każdym kroku i na każdym miejscu, to wielki upadek ducha. Brak energii, ospałość w sprawach społecznych oraz bierne, powiedziałbym nawet służalcze poddanie się wpływom hebrajskim, spowodowały, że żydzi mają nas już dzisiaj za trupów chodzących, nad którymi wolno się znęcać. Oto przerażające następstwa naszego bezwładu i ospałości”.

To jak dolanie oliwy do ognia. Kiedy następnego dnia Gorzkowski natyka się w kantorze Arona Eibenschütza na jego kuzyna, doktora prawa, ten krzyczy:

„Co ten łajdak Matejko myśli sobie wygadywać na Żydów, my go nauczymy, my mu pokażemy, my go pod Siemiradzkiego podkopiemy”.

Awantura dociera do ratusza. Prezydent Krakowa dr Ferdynand Weigel zaprasza do siebie Gorzkowskiego. Ma prośbę – niech nakłoni swego chlebodawcę, aby publicznie zażegnał konflikt z Żydami. Najlepiej byłoby, aby odwołał swoją mowę inauguracyjną.

– Nie ulegniemy żydowskiej arogancji – odpowiada sekretarz Matejki. Mistrz wniesie do sądu pozew o obrazę czci przeciwko panu Leonowi Eibenschützowi. Jego pełnomocnikiem jest mec. Józef Mochnacki.

Siemiradzki nad Matejkę

Grudzień 1882 r. Pierwszy dzień procesu, który toczy się w największej sali sądu wyższego.

Leon Eibenschütz nie przyznaje się do winy. Nie użył w stosunku do Matejki epitetu „łajdak”: – Protestuję najmocniej, jakobym wyraz ten stosował do mistrza naszego, nigdy nawet na myśli nie miałem zamiaru go obrazić.

Twierdzi, że sekretarz malarza przekręcił jego słowa. Prawda, krzyczał w kantorze w wielkich emocjach, poruszony w mowie inauguracyjnej pana Matejki ustępem o uczniach hebrajczykach. Bo okazało się, że na uczelni jest segregacja studentów. Ci gorsi, wyznania hebrajskiego, są posądzeni o merkantylny stosunek do dzieł sztuki. Odmawia im się poczucia polskości.

– Świetny sądzie – zwraca się pozwany do zespołu orzekającego – od wieków mieszkamy na tej ziemi, kochali ją ojcowie nasi, my ją kochamy, dzieci nasze w miłości ojczyzny wychowujemy. Teraz się okazuje, że zamknięta dla nich brama przybytku sztuki. Kiedy w kantorze mojego kuzyna Aarona zastałem pana Gorzkowskiego, prawdopodobnie inspiratora inauguracyjnej mowy, powiedziałem mu w rozgoryczeniu, że potomność postawi Siemiradzkiego nad Matejkę, bo tamten nikogo nie obrażał. A pan sekretarz na to, że mistrz nie mówił do żydów takich jak ja, tylko do chałaciarzy. Wtedy to wykrętne tłumaczenie nazwałem łajdactwem.

Świadek Marian Gorzkowski zaprzecza tym wyjaśnieniom. Wyraźnie usłyszał w kantorze, jak Eibenschütz nazwał Matejkę łajdakiem. A zza lady przytakiwali mu żona właściciela kantoru i ich syn. Gorzkowski wyjaśnia sądowi, co tak zirytowało mistrza, że otwierając nowy rok szkolny, udzielił grupie studentów ojcowskiej reprymendy. Opowiada o oszustwie starozakonnego ucznia i rozwodzi się nad cierpieniem oburzonego Matejki.

Świadkowie Aron Eibenschütz i jego żona zeznają, że rozmowy ich kuzyna z sekretarzem Matejki nie słyszeli, bo byli zajęci swoimi powinnościami.

Czy “hebrajczycy” to obelga

Mecenas Mochnacki dowodzi, że określenie „łajdak” dotyczyło Matejki. Wyszło z ust znanego doktora prawa, którego dotąd pełnomocnik malarza uważał za człowieka kulturalnego i nieskorego do awantur. – Zrazu pomyślałem – wyznaje – że doszło do nieporozumienia. Dr Eibenschütz przeczytał w gazecie mowę mistrza li tylko pobieżnie, może nawet z pewnym uprzedzeniem, i wypatrzył w tekście coś, czego tam nie było. Oburzył się, powiedział złe słowo, a potem żałował.

Mochnacki postanowił więc prywatnie zwrócić uwagę koledze po fachu na grubą niewłaściwość jego postępowania. A z drugiej strony nakłonić mistrza, aby sprawę puścił w niepamięć. Ale awantura przeniosła się do gazet i ogarnęła kraj.

– A ja jestem jej kozłem ofiarnym! – krzyczy Leon Eibenschütz.

Ale Mochnacki nie reaguje i peroruje dalej. Za cóż to oskarżony i żydostwo rzucili się na mistrza? Że mając w pamięci niechlubny postępek studenta, który chciał dostać pieniężną nagrodę drogą oszustwa, upomniał wychowanków, aby się oddawali sztukom pięknym dla wyższych celów?

– Skoro został wszczęty taki tumult, to powiedzmy sobie całą prawdę – adwokat zapowiada rozprawę z problemem polskich Żydów na przestrzeni wieków, przemawia kilka godzin.

Najpierw Mochnacki wylicza: na 800 tysięcy Żydów zamieszkujących Galicję pracuje zaledwie 50 tysięcy. Reszta żyje ze spekulacji i cudzej pracy.

Student szkoły Matejki, który przedstawił cudzą pracę jako własną, na co dzień widzi takie właśnie postępowanie w swoim plemiennym środowisku.

Adwokat przypomina, że Matejko upomniał żydowskich uczniów bardzo delikatnie. Ani słowem nie wspomniał o powodach, które go do takiej reakcji skłoniły.

– Czy określenie hebrajczycy można uznać za obelgę? – zastanawia się. – Jak was inaczej nazywać? – pyta oskarżonego. – Jeśli spodziewacie się Mesjasza, to chyba jako hebrajczycy, nie zaś jako Polacy.

Adwokat oskarża

Gdyby adwokat na tym skończył, prawdopodobnie wyrok nie byłby inny od tego, który zapadł. Ale Józefa Mochnackiego poniósł temperament.

Rzuca gromy na wszystkich galicyjskich Żydów. – W proteście twierdzicie – krzyczy tak, że musi interweniować sędzia – że Matejko dotknął waszą społeczność, a sami się od nas oddzielacie. Wasze talmudy, chajdery, wasza solidarność dla nas zgubna, czyni was odrębnymi, wielu z was nawet podpisanych pod protestem nie umie po polsku. Przed kilkuset laty, gdy w całej Europie mordowano was, w łachmanach uciekaliście tysiącami do Polski. Znaleźliście tu schronienie pewnie i przyjęto was z gościnnością prawdziwie słowiańską, pozostawiano wam wszelką wolność, nie ciągano do żadnych ciężarów krajowych.

Używaliście tego z całą swobodą jak pasożyty, nie pracując ani na roli, ani w rzemiośle, wyzyskując wszystko, niszcząc nas ekonomicznie na wszelkie sposoby. Zawsze umieliście obejść każdą ustawę”.

Następnie dostaje się polskiej inteligencji, która na publiczne spostponowanie Matejki w większości zareagowała wzruszeniem ramion. A byli też przeciwnicy wytaczania procesu, bo to „nie jest na czasie, nie trzeba drażnić żydów itd.”.

– Skąd taka postawa? – adwokat zna odpowiedź: „Niejeden z tych inteligentów liczy na zyski materialne w interesach z Żydami albo siedzi u nich kieszeni”.

Napaść na Matejkę Mochnacki nazywa czarną niewdzięcznością. Wszak malarz, twórca historycznych obrazów mógł obrać sobie za temat jedno z tych prawdziwych wydarzeń, gdzie z powodu Żyda cała polska rodzina została pogrążona w największym nieszczęściu. Ale wiedział, że odmalowanie takiej sceny mogłoby wzniecić falę antysemityzmu. Nigdy się do tego nie posunął, gdyż jest człowiekiem szlachetnym, chrześcijaninem, który nawet we wrogach kraju zawsze widzi swoich bliźnich.

Mochnacki na koniec zwraca się do wszystkich Żydów: „Przyjęliśmy was jak braci własnych, ale obywateli nie potrafiliśmy z was uczynić. Wyzyskujecie, niszczycie wszystkich. Zaklinam was na waszego Jehowę – nie tykajcie świętości narodowych, nie obrażajcie mężów, którymi my się chlubimy, nie przyspieszajcie tym sposobem godziny obrachunku z wami. I nie łudźcie się, że unikniecie kary, bo wszędzie macie swoje wpływy”.

Jeszcze tylko ekspozycja wielkości mistrza:

„Gdy my pogrążeni jesteśmy w śnie narodowym, to Jan Matejko maluje nam naszą świetną przeszłość, kołysze fantazję, abyśmy śnili mile i pięknie aż do zbudzenia narodowego”.

Zwraca się do Eibenschütza: „I tego to czcigodnego męża nazwano łajdakiem? Wstyd wam hańba po wsze czasy”.

Jan Matejko – obroniona świętość

Sąd pozwala oskarżonemu na ripostę.

Dr Eibenschütz z trudem powstrzymuje oburzenie. „W taki sposób – zauważa – nikt jeszcze w Polsce nie wyrażał poglądów antysemickich. Jestem tak przejęty, że nie mogę mówić. Nie ja tu jestem oskarżony, to jest sprawa dr Mochnacki kontra Żydzi w ogóle, której ja jestem kozłem ofiarnym. Mimo wszelakich niesłusznych posądzeń zarzucanych mojej nacji nadal pozostaniemy wiernymi synami ojczyzny”.

Tekst wystąpienia Mochnackiego wydrukowano w Lipsku. Cały nakład broszury został natychmiast wykupiony i zniszczony, co dla Gorzkowskiego było dowodem, że „wpływy lobby żydowskiego swobodnie przekraczały granice państw”.

Sąd ukarał Eibenschütza grzywną 150 zł z zamianą na 10 dni aresztu.

Nazajutrz do mieszkania mec. Mochnackiego udali się uczniowie Matejki. Student Jan Styka podziękował w ich imieniu za obronę mistrza, a tym samym obronę narodowej świętości.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel Launches Airstrikes in Syria in Response to Explosive Devices Found on Border

Israel Launches Airstrikes in Syria in Response to Explosive Devices Found on Border

Reuters
and Algemeiner Staff


Israeli Air Force F-15 planes. Photo: Reuters / Amir Cohen.

Israel launched air raids against what it called a wide range of Syrian and Iranian targets in Syria on Wednesday, sending a signal that it will pursue its policy of striking across the border despite US President Donald Trump’s election defeat.

Israel said it was retaliating for what it called an Iran-sponsored operation in which Syrians planted explosives near an Israeli military base in the Golan Heights.

Israel has frequently attacked what it says are Iran-linked targets in Syria in recent years, and stepped up such attacks over the past year in what Western intelligence sources describe as a shadow war to reduce Iran’s influence.

But Wednesday’s attacks struck a far wider range of targets than usual, and the Israeli military was more forthcoming about the details than it has been in the past, suggesting a clear intention to send a public message.

Trump, who lost his re-election bid on Nov. 3, has been a strong backer of Israeli military intervention against Iranian forces in Syria. President-elect Joe Biden has said he will try to revive a nuclear agreement with Iran that Trump abandoned.

The Syrian state news agency reported that three military personnel were killed and one wounded in “Israeli aggression.”

Lt-Col. Jonathan Conricus, an Israeli military spokesman, said eight targets were hit, belonging to the Syrian army or Iran’s Quds Force, in areas stretching from the Syrian part of the Golan Heights to the Damascus periphery.

They included an Iranian headquarters at Damascus International Airport, a “secret military site” that hosted Iranian military delegations, and the 7th Division of the Syrian armed forces, he said. Syrian surface-to-air defenses were hit after firing at Israeli planes and missiles, Conricus noted.

Western countries say the Quds Force of Iran’s Revolutionary Guards is responsible for supporting Tehran’s allies in proxy conflicts across the Middle East.

A former Syrian military commander told Reuters the attacks also targeted a base of the Iran-backed Lebanese Shi’ite group Hezbollah in Syria close to the Lebanese border, alongside bases in the southern Damascus area and outposts in the Syrian side of the Golan Heights where Hezbollah has a presence.

Conricus made no mention of Hezbollah targets.

The Syrian Observatory for Human Rights, a war monitor, said at least ten people were killed including five Iranians from the Quds Force, as well as at least two Shi’ite militiamen who may have been Lebanese or Iraqi. A commander in an alliance of regional forces backing Damascus denied there were Iranians or Lebanese among the casualties.

Syrian President Bashar al-Assad’s government has never publicly acknowledged that there are Iranian forces operating on his behalf in Syria’s civil war, saying Tehran only has military advisers on the ground.

Western intelligence sources say Israeli strikes this year have undermined Iran’s extensive military power in Syria without triggering a major increase in hostilities.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


EU Envoy dubs E.Jerusalem ‘Palestinian Land’

EU Envoy dubs E.Jerusalem ‘Palestinian Land’

TV7 Israel News


1) IDF forces located and safely defused a number of improvised explosive devices near the Israeli security barrier of the so-called ‘Alpha Line’ with Syria – on the southern part of the Golan Heights.

2) Israeli Alternate Premier and Defense Minister Benny Gantz signaled to Hezbollah that Israel is closely monitoring its activities throughout Israel’s northern front.

3) Qatari Foreign Minister Mohammed Bin Abdul-Rahman Al-Thani reiterates Qatar’s position on normalization of relations with Israel – claiming ‘it undermines efforts to achieve Palestinian statehood.’


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Noc kryształowa w Breslau. Relacja Chany Ben Yehudy

Nowa Synagoga w Breslau, fragment okładki „Chiduszu” 4/2016 autorstwa Edyty Marciniak


Noc kryształowa w Breslau. Relacja Chany Ben Yehudy

Redakcja


Chana Ben Yehuda urodziła się w Breslau, w rodzinie, jak sama ją określiła, mieszczańskiej i dobrze sytuowanej. Jej ojciec był właścicielem firmy produkującej damskie płaszcze. W latach trzydziestych jeden z jej wujków dowiedział się o korzystnej okazji kupna wielopiętrowego budynku w centrum miasta. – Kupił ten dom, kiedy urodził się mój brat, z myślą, że podaruje mu go jako prezent z okazji brit mila – wspomina Chana. Początkowo ojciec nie chciał przyjąć prezentu, oburzał się na jego olbrzymią wartość. – Co w takim razie podarujesz mu, kiedy będzie się żenił? – miał pytać. W końcu jednak w nim zamieszkali. Z okien widzieli siedzibę niemieckiej policji, a z balkonu monumentalną Nową Synagogę.

Ten sam wuj, który kupił dom, w 1936 roku zasugerował, żeby przeprowadziła się do niego cała rodzina, i z Niemiec, i z Polski. – W ten sposób Niemcy nic nie będą mogli nam zrobić. Dom należy do obywatela Polski, a nie Niemiec, więc jest to jakby obcy grunt – mówił.
Właściwie od momentu dojścia Hitlera do władzy w rodzinie toczyły się dyskusje o tym, co robić. Ktoś sugerował, żeby zacząć uczyć się hebrajskiego i przygotowywać do wyjazdu do Palestyny. W 1937 roku ktoś inny pojechał sprawdzić, jakie warunki panują w Kenii, bo zaczęło się mówić o możliwości emigracji do tego kraju. Na rodzinnej naradzie zapadła jednak decyzja, że jeśli mają wyjeżdżać, to wszyscy. – Mimo że mieli pieniądze i mogli zapłacić za certyfikaty umożliwiające wyjazd, opcji nie było wiele – twierdzi Chana.

Ona sama musiała zmienić szkołę – nie mogła już więcej chodzić do zwykłego niemieckiego gimnazjum. W żydowskiej szkole odstawała od rówieśników z powodu braków w wiedzy religijnej, ale ojciec szybko wynajął korepetytorów. Zaangażowała się w działalność syjonistycznych ruchów młodzieżowych, którym przewodzili nauczyciele. Popołudniami zwracała się do nich po imieniu, rano, kiedy siadała w szkolnej ławce, z wymaganym szacunkiem. Uważała, że szkoła i jej młoda, pełna energii kadra nauczycielska wywarły wielki wpływ na dalsze życie jej i kolegów z klasy. – Nie było w szkole nikogo, kto by jej nie kochał – mówi.

Wspomnienia nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku Chana nagrała dla swoich dzieci i wnuków tuż po swoich siedemdziesiątych urodzinach. Poniżej publikujemy ich fragment.

***

Okna naszego mieszkania wychodziły bezpośrednio na siedzibę Gestapo.

Mieszkaliśmy na trzecim piętrze (…). Po prawej stronie z balkonu widać było Nową Synagogę.

W noc kryształową pierwsza obudziła się moja mama. Niebo nagle się zaczerwieniło. Płonęła synagoga. Natychmiast obudziła mnie i siostrę. Uznała, że nasz brat jest za mały i powinien spać dalej. Każdej z nas kazała spakować się do małej walizki, bo nie było wiadomo, co przyniesie poranek.

Wszyscy usiedliśmy i czekaliśmy.

Z charakterystyczną niemiecką precyzją, dokładnie o ósmej rano, usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Przyszli aresztować wszystkich żydowskich mężczyzn, w tym także mojego ojca.

Nie wiedzieliśmy, co się działo. Nie wiedzieliśmy, co będzie dalej.

W ostatniej chwili mój tata powiedział: – Zostańcie w domu, wszystko będzie dobrze, mam nadzieję, że niedługo wrócę.

Mieszkając naprzeciwko policji, widziałyśmy, jak podjeżdża ciężarówka za ciężarówką, wszystkie wypełnione aresztowanymi mężczyznami. Był tam ogromny, pusty plac i to na nim chyba gromadzili wszystkich Żydów.

Mojego ojca nie było w domu przez prawie dwa miesiące. Był w Buchenwaldzie, ale o tym dowiedziałyśmy się dopiero później. 

Synagoga płonęła, o ósmej zabrano mężczyzn, a w południe znów zadzwonił dzwonek do drzwi. Tym razem przyszli nam powiedzieć, że całe wnętrze synagogi doszczętnie spłonęło i boją się, że jej olbrzymi dach może się zawalić.

Oznajmili, że nie mają wyboru i muszą ją wysadzić za pomocą ładunków wybuchowych. Podali nam godzinę i powiedzieli, żeby iść do pokoju bez okien, a wszystkie pozostałe otworzyć, żeby nie poraniły nas odłamki szkła.

Zrobiliśmy, jak kazali. Pierwsza eksplozja nie poskutkowała. Dach synagogi zwieńczony był olbrzymią kopułą, tak solidnie zbudowaną, że dopiero za trzecim razem udało się ją wysadzić. W ten sposób Niemcy nie bali się już, że się na nich zawali.

Kawałki gruzu wpadły do naszego mieszkania, bo okna były przecież otwarte, a kiedy powiadomiono nas, że wyburzanie dobiegło końca, okazało się, że w zasadzie całe mieszkanie było nimi wypełnione.

Nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Zostaliśmy w domu, telefon wciąż działał, w międzyczasie powiadomiono nas, że lekcje zostały zawieszone do odwołania.

Spędziliśmy w domu dwa dni. Trzeciego dnia mama zadecydowała, że to ja wyjdę pierwsza, żeby zobaczyć, co stało się z interesem ojca.

Od fabryki taty dzielił mnie co najmniej półgodzinny spacer. Cała okolica była wciąż zamknięta przez policję. Chyba nie miałam aż tak żydowskiego wyglądu, bo nikt mnie nie zatrzymał i mogłam swobodnie się przemieszczać.

Podeszłam blisko budynku, którego trzy piętra należały do fabryki ojca. Na podwórzu zobaczyłam maszyny do szycia. Wszystko było zniszczone – cała zimowa kolekcja, którą przygotowywał na ten rok na zamówienie sklepów z Breslau i spoza miasta. Wszystkie płaszcze były przecięte przez środek. Nic po nich nie zostało. Zniszczyli wszystkie biura. Zabrali wszystko, co mogli, nawet książki.

Fabryka właściwie przestała istnieć. Wyglądało to tak, jakby próbowali ją spalić, ale im nie wyszło. I tak wszystko było już bezwartościowe, zniszczone. Ludzie oszaleli i próbowali kraść stamtąd jakieś rzeczy.

Poszłam do domu, ale droga była już zamknięta. Nie miałam wyboru, musiałam przejść przez punkt kontrolny, żeby się tam dostać. Miałam jeden dom i był on, owszem, w Niemczech, a ja musiałam się do niego dostać. W końcu dali mi pozwolenie

Przez kolejnych siedem dni nikt z nas nie opuścił mieszkania.

Po jakichś trzech tygodniach otrzymaliśmy wydrukowaną ulotkę i po raz pierwszy usłyszeliśmy, gdzie zabrano mojego tatę i pozostałych mężczyzn.

Po mieście krążyły plotki, że jeśli pójdziemy do Gestapo, to może uwolnią ojca. Ja też stałam w kolejce, próbowałam go uwolnić.

Zabrałam ze sobą Krzyż [Żelazny], najwyższe odznaczenie, jakie niemiecka armia mogła przyznać rodzinom żołnierzy poległych w trakcie pierwszej wojny światowej. Krzyż był w rodzinie, ponieważ dwóch braci mojego ojca zginęło na froncie. Nie zrobiło to na nich wrażenia. Tak szybko, jak do nich przyszliśmy, odesłali nas z powrotem.

Mój ojciec miał szczęście, bo udało mu się wrócić. Po siedmiu tygodniach Niemcy uwolnili kolejną grupę, tym razem mężczyzn powyżej pięćdziesiątego roku życia. Kiedy wrócił, z trudem go rozpoznaliśmy, ciężko to nawet wyjaśnić.

Był niedożywiony, w koszmarnym stanie psychicznym, ale duch walki go nie opuszczał. W domu przywitał nas słowami: – Jest tylko jedna rzecz, jaką mogę wam powiedzieć: spróbujemy wyjechać z Niemiec najszybciej, jak tylko się da.

***

Jeszcze przed nocą kryształową Chana zapisała się do ruchu Alijat ha-Noar. W sierpniu 1938 roku była na obozie treningowym. Certyfikat dający jej pozwolenie na wyjazd do Palestyny otrzymała, kiedy ojciec przebywał w Buchenwaldzie. Nie chciała zostawiać matki i rodzeństwa w niepewnej sytuacji, więc pierwsza szansa przepadła, ale Chana była już przekonana, że kolejną musi wykorzystać. Rodzice początkowo przeciwstawiali się jej pomysłowi, ale kiedy ojciec wrócił z obozu, przyznał jej rację. W styczniowy piątek 1939 roku poszła jeszcze do szkoły, a w sobotę wieczorem, pożegnawszy się wcześniej z matką i rodzeństwem, pojechała z ojcem do Berlina. W poniedziałek, w dniu wyjazdu, pojawili się na dworcu przed czasem. Mieli wejść do kawiarni, kiedy z głośników puszczono pełne nienawiści wobec Żydów przemówienie Hitlera. – Teraz pozwalam ci odjechać ze spokojnym sercem – powiedział jej ojciec. Dwa miesiące po przyjeździe do kibucu Chana poznała swojego przyszłego męża Zeeva.

Rodzinie Chany udało się wyjechać z Breslau dwa miesiące przed wybuchem wojny. Celem podróży była Kenia. Jako Niemców traktowano ich tam podejrzliwie, codziennie musieli się meldować na policji, nazywano ich wrogami. Społeczność żydowska, która w tym czasie mieszkała już w Kenii, nie wykazywała zainteresowania nowymi imigrantami. Śmiała się tylko, że budują domy jak muzea, bo większość zabrała ze swoich pięknych niemieckich mieszkań, co tylko mogła. Rodzice Chany kupili ziemię, zajęli się uprawą kawy. Nie mieli o niej pojęcia, ale z czasem wszystkiego się nauczyli. Ojciec zmarł dwa lata po przyjeździe, nigdy nie doszedł do siebie po pobycie w Buchenwaldzie. Matka pierwszy raz odwiedziła córkę w Izraelu w latach pięćdziesiątych. Uwielbiała życie w kibucu, ale za swój dom zawsze uważała Kenię.

***

Zeznanie Chany Ben Yehudy dotyczące przebiegu nocy kryształowej jest częścią wystawy Nieukończone Życia, prezentowanej w odrestaurowanej piwnicy wrocławskiej synagogi Pod Białym Bocianem. Tłumaczenie treści świadectwa: Malwina Tuchendler. 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


At the University of Connecticut, Acts of Antisemitism Are Also Acts of Hate

At the University of Connecticut, Acts of Antisemitism Are Also Acts of Hate

Matan S. Doron


The University of Connecticut campus. Photo: Wiki Commons.

Hate, like many illnesses, often goes undetected until it becomes too severe to counter effectively. From a contemporary vantage point, hate is all too familiar. It is the baseless instinct that has created spaces for intolerance and violence in our communities. It is the racist ideology that continues to consciously and subconsciously inform the actions of all too many Americans. It is the loss of our humanity; the inability to appreciate and accept each other’s differences; and the moral paralysis that has struck our nation. From this vantage point, we can vividly understand why hate must be denounced in all its forms, and why we — at the University of Connecticut (UConn) — have a unique role to play in addressing hate and intolerance.

On October 7, the words “The Third Reich” were found written on a white board outside a student’s door in South Campus. Not two weeks passed before a swastika was found in the hallway of yet another residence hall in South Campus. To add insult to injury, on October 14 an anonymous post appeared on the @JewishOnCampus Instagram page alleging a UConn professor equated the atrocities of Nazi Germany with the Israeli-Palestinian conflict.

On October 25, yet another act of vandalism inspired by hate was found on South Campus, this time in Wilson Hall. And this time, in tearing down images of a kinara and menorah, the perpetrator targeted both the African-American and Jewish communities. While each one of these incidents may be isolated, they demonstrate a rising tide of hate and antisemitism on college campuses that is finally making landfall at the University of Connecticut.

The current reaction by UConn President Tom Katsouleas and his administration has been wholly inadequate. To date, the South Campus incidents have been addressed through a town hall for students of these residence halls, and a public statement released on October 30. Most of the individuals who attended the town hall were either staff, members of the Jewish community, or resident assistants on South Campus. While this virtual gathering provided a productive outlet to discuss hatred and antisemitism, it was not enough. Not to mention that the university has not responded to the allegations of the @JewishOnCampus post. The tacit acceptance of such ignorance at the faculty level represents an affront to the Jewish community. To compare the systematic, targeted murder of millions of European Jews with the bloody Israeli-Palestinian conflict is a false equivalency.

Although the university administration denounced these antisemitic actions, they did too little too late. Unfortunately, this delayed reaction follows a striking pattern of hesitation in responding to acts of hate on our campus. Simply put, our administration needs to respond to these incidences sooner. In order to do so, the university should bolster its existing response protocol to hate incidents that target other minority communities. Furthermore, the university should make public the outcome of their ongoing investigation into the South Campus incidents. Lastly, the university should muster its power as an institution of higher education, and address the dangerous misconceptions that produce hate and antisemitism. Put plainly, UConn needs to be much more transparent in its response to incidents of hate across campus.

UConn’s mission statement claims that the university seeks for each student to “grow intellectually and become a contributing member of the state, national, and world communities.” If this is to be accomplished, UConn must be outspoken in denouncing hate in all forms including antisemitism, anti-Black racism, xenophobia, and homophobia. It must educate its student body to understand and appreciate the stories of historically oppressed communities. Most importantly, UConn must ensure that course material is taught in a factually nuanced way, which addresses the full scope of perspectives.

In a July 23 message addressing UConn’s response to anti-Black racism, President Katsouleas and Chief Diversity Officer Tuitt eloquently stated that teaching and learning are what we do best as a university: “Through education and scholarship, we address the needs of our students to understand and contextualize the world around us, empower them with that knowledge, and address the misperceptions that underlie bias and bigotry.” As a member of the Jewish community, I agree; and I intend to hold the UConn administration responsible for the values it espouses. An act of hate against one faith, culture, or identity is an affront to us all. It is time for our university to be an outspoken voice for change: to educate, speak up, and speak out against antisemitism, anti-Black racism, and all forms of hate on our campus.


Matan S. Doron is a student at the University of Connecticut and on the board of Hillel. An earlier version of this article was published here.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com