Archive | February 2021

Samuel i Klasa 1926

Samuel Ponczak pokazuje zeskanowane karty Deklaracji o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych /fot. archiwum prywatne


Samuel i Klasa 1926

KATARZYNA ANDERSZ


W 1926 ROKU, JAK POLSKA DŁUGA I SZEROKA, PO SZKOŁACH KRĄŻĄ ALBUMY, W KTÓRYCH SWOJE PODPISY SKŁADAJĄ UCZNIOWIE I NAUCZYCIELE. „NIECH ŻYJĄ ZJEDNOCZONE STANY, NIECH ŻYJE LUD Z POLSKIM ZBRATANY!” – PISZĄ, TWORZĄC WYJĄTKOWY PODARUNEK DLA AMERYKAŃSKIEGO PREZYDENTA. W STU JEDENASTU ALBUMACH PODPISUJE SIĘ W SUMIE PIĘĆ I PÓŁ MILIONA POLAKÓW.

Samuel Ponczak rodzi się w 1937 roku w Warszawie. Jego rodzina od Zagłady ratuje się ucieczką na Wschód. Po wojnie wracają do Polski, ale tylko na dziesięć lat. W 1964, po kilku latach spędzonych we Francji i Argentynie, udaje im się wyemigrować do USA.

W 2017 roku w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie Samuel trafia na księgi Deklaracji o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych. Oblicza, że spośród wszystkich podpisów jakieś pół miliona należy do żydowskich dzieci, a Deklaracja jest być może jedynym śladem ich istnienia. Chcąc je upamiętnić, tworzy polsko-amerykański projekt Klasa 1926.

POLSKA

Jestem starym Żydem z Polski.

*

Urodziłem się w Warszawie w 1937 roku na terenie przyszłego getta. Moi rodzice: ojciec krawiec, matka krawcowa. Oboje ze wschodu: ona z Międzyrzecza, on z Wohynia. Ukończyli cztery, może pięć klas szkoły podstawowej.

*

Gdy wybuchła wojna, postanowili, że ojciec przedostanie się za Bug i zorientuje się, jaka tam jest sytuacja. Jeśli byłoby bezpieczniej, mieliśmy do niego dojechać. W przeciwnym razie obiecał zawrócić. Rodzice w jakiś sposób skontaktowali się ze sobą i zdecydowali, że dołączymy do ojca. Mimo że Żydom nie wolno już było wtedy jeździć pociągami, poszliśmy na dworzec.

*

W pociągu skinieniem palca matkę przywołał do siebie jakiś ksiądz. Kazał jej zdjąć opaskę i stanąć za nim. Kiedy przechodziła obok nich granatowa policja, powiedział, że jedzie z kobitą ze swojej parafii i jej dzieciakiem. Wiele lat później zapytałem ją, czy go znała, czy dała mu pieniądze. Nie. Ten ksiądz uratował nam życie.

*

Mama urodziła się w tamtych rejonach, wiedziała więc, że Bug zimą zamarza i można po nim przejść. Weszliśmy na lód, poślizgnęła się, upadła. Wstała, znów się poślizgnęła i znów upadła. I tak co chwilę. Dla mnie to było okropnie śmieszne, a ona umierała ze strachu, że Niemcy albo Rosjanie zobaczą nas i zabiją.

ROSJA

Nie wiem dokładnie, w jaki sposób połączono nas z ojcem. Doświadczenie podpowiada, że NKWD wie wszystko, więc w naszym przypadku też tak pewnie było. Jechaliśmy pociągiem, to było latem 1940 roku. Tej podróży nie pamiętam, ale znalazłem w archiwach nasze nazwiska i numer pociągu. Podróżowaliśmy z tysiącami innych Żydów, Polaków, Ukraińców. Dotarliśmy do Republiki Komi, do miejscowości Kotłas. To był dawny carski gułag. Od tego momentu pamiętam już całkiem sporo.

*

Mieszkaliśmy w jurcie u starszej pani. Pukszi do wakszi, mówiła. To znaczyło: siadaj i jedz – jedyne wyrażenie, jakie dziś pamiętam, chociaż komi to był pierwszy język, w jakim nauczyłem się mówić. Spałem na piecu. Latem słońce nie zachodziło, było jasno przez całą noc. Pamiętam też ojca stojącego w wodzie po pas. Pracował jako drwal, a za pracę dostawał kupon na jedzenie. W Kotłasie byliśmy chyba przez pół roku. Potem wysłali nas do Syktywkaru, stolicy Komi.

*

W Syktywkarze rodzice pracowali jako krawcy, szyli szynele w olbrzymim warsztacie. Dostaliśmy jakieś mieszkanko. Przez pewien czas chodziłem z rodzicami do tej fabryki, bo nie było wiadomo, co z nami, tymi maluchami, począć. W końcu zorganizowano jakieś przedszkole i tam mnie posadzili. Wtedy już się zorientowałem, że dzieje się rzecz zwana wojną. Nie wiedziałem, co to znaczy, ale w tym przedszkolu był głośnik i pewnego dnia usłyszałem, jak poważny głos mówił, że żołnierze wycofują się z frontu, ale wszystko jest w porządku. Po jakimś czasie nastąpiła zmiana w przekazie, to musiało być już po Stalingradzie.

*

W Komi mama urodziła moich braci, bliźniaków. Pokazano mi ich. A zaraz potem zmarli. Nie rozumiałem tego, ale pamiętam dwa ciała ułożone w jakiejś kołysce.

*

Wyrosłem trochę za późno, żeby zapytać rodziców, dlaczego zmarli. Matka niechętnie o tym mówiła, to było zbyt bolesne. A kiedy już naprawdę dojrzałem, nie żyła. Ludzie tacy jak moi rodzice nigdy nie oferowali swoim dzieciom wyjaśnień. Nawet pytani, wykręcali się od odpowiedzi. Trzymali to w brzuchu. I dopiero teraz widzę, jak ludzie o wiele starsi ode mnie zaczynają mówić o swojej przeszłości. To jest jedna z przyczyn, dla których chcę napisać pamiętnik dla moich dzieci i wnuków. Są historie, których oni nie znają. Dla nich jestem starszym panem, nie wiedzą, że wcześniej też miałem jakieś życie.

*

W Komi mieszkaliśmy przez cztery albo pięć lat. Gdy rząd sowiecki zaoferował nam obywatelstwo, ojciec go nie przyjął. Bał się, że wtedy już nigdy nie wypuściliby nas z powrotem do Polski. Dla niego było najważniejsze, żeby wrócić do kraju i dowiedzieć się, co stało się z bliskimi. Wysłali nas więc do Chersonia na Ukrainie. Tam urodziła się moja siostra i tam dowiedziałem się, że jestem Żydem.

*

Odbyło się to w ten sposób, że poszliśmy na targ i tam facet bez nóg, poruszający się na jakiejś desce, zaczął rzucać w naszą stronę obelgi. Spytałem ojca, co to znaczy, że jesteśmy parszywymi Żydami i że szkoda, że nas Hitler nie wykończył. On mi to wyjaśnił i później już nie wracaliśmy do tego tematu. Inne wydarzenie, jakie zapamiętałem, to żołnierze w mundurach, którzy stali w jakimś dużym pokoju, kiwali się i śpiewali. I bardzo płakali. Wydawało mi się to wtedy bardzo dziwne, dopiero później ojciec wyjaśnił, że był Jom Kipur i ci żołnierze płakali, bo dopiero co wrócili z Niemiec. Wyzwalali tam obozy koncentracyjne.

POLSKA

Wróciliśmy do Polski zimą 1946 roku. Pociąg, cholernie długa podróż, bydlęce wagony. Ojciec próbował odnaleźć rodzinę, ale bezskutecznie. Oprócz nas przeżyła tylko jedna moja kuzynka, również w Rosji. Gdy wybuchła wojna, jej rodzice odbyli taką samą rozmowę jak moi, z tym że jej ojciec z jakiegoś powodu wrócił do Polski. Podobno ktoś widział go w getcie.

*

W 1948 roku, w piątą rocznicę powstania, pojechałem z ojcem do Warszawy na odsłonięcie pomnika Bohaterów Getta. Ojciec powiedział wtedy do mnie: „Chodź, zobaczymy, czy znajdziemy kamienicę, w której się urodziłeś”. Gdzieś mnie zaprowadził, ale wszystko było zrównane z ziemią. Wdrapałem się na gruzy. Dopiero w oddali zauważyłem jakieś mury – tam musiało kończyć się getto.

*

Zamieszkaliśmy w Dzierżoniowie, pamiętam jeszcze szyld z niemieckim „Reichenbach” na stacji. Przez pierwszych kilka tygodni, a może nawet miesięcy mieszkała z nami starsza Niemka, potem wyjechała. Ojciec wysłał mnie do chederu czy jakiejś innej tego typu szkoły, ale nie chciałem tam być z dwóch powodów. Po pierwsze nie znałem polskiego. Rodzice mówili w jidysz, a ja głównie po rosyjsku, bo na Ukrainie rozpocząłem pierwszą klasę szkoły podstawowej. Po drugie w chederze podawali nam tran. Zbuntowałem się więc i jesienią 1946 roku zacząłem chodzić do polskiej szkoły.

*

Ta szkoła była katolicka, więc w czasie katechezy wypraszano nas, kilku Żydów, na boisko. Wciąż miałem spore curesy. Gdy mówiłem, że ja ni panimaju, nauczycielka ciągnęła mnie za uszy. Tam więc też nie chciałem chodzić. Rodzice przepisali mnie do szkoły TPD przy Rynku. A w 1948 roku, we wrześniu, przeprowadziliśmy się do Wrocławia. To były moje najlepsze lata.

*

Ojciec był jednym z założycieli spółdzielni krawieckiej Zgoda, która znajdowała się niedaleko Rynku. Poszedłem do piątej albo szóstej klasy szkoły TPD przy Trzebnickiej. Miałem niedaleko, bo mieszkaliśmy przy Jagiellończyka. Ojciec chciał, żebym uczył się w postępowej szkole bez religii, dlatego nie wysłał mnie do żydowskiej, do której chodziło wielu moich kolegów.

*

Moja klasa B była z angielskim, a w klasie A uczono łaciny. Rosyjski nie był traktowany jako język obcy. Widocznie angielskiego nauczyłem się nieźle, bo gdy w 1957 roku wyjeżdżaliśmy z Polski, dałem sobie radę.

*

Mama zajmowała się domem, a w wolnym czasie szyła sukienki dla kogoś, kto potem sprzedawał je na placu Nankiera. Ojciec po pracy w spółdzielni też doszywał jeszcze różne rzeczy. Tak jak każdy, chciał się czegoś dorobić.

*

Zaczęła się nagonka. Od ojca dowiedziałem się, że polscy robotnicy nie życzą sobie żydowskich kierowników. Opowiadał mi, że niektórych wywozili dosłownie na taczkach. Mojego ojca raczej lubili, ale nastrój był na wyjazd.

*

Co do 1956 roku, to uważam, że był też jeszcze inny powód, o którym się nie mówi. W tamtych czasach w Polsce brakowało mieszkań. Było za dużo ludzi, Warszawa wciąż znajdowała się w ruinie, z całego kraju zwożono do niej budulec. I nagle pięćdziesiąt tysięcy osób wyjeżdża – to przecież kilkanaście tysięcy wolnych mieszkań.

*

Obiecaliśmy przyjaciołom, którzy wyjechali do Izraela przed nami, że niedługo do nich dołączymy. Ale któregoś dnia przyszedł list od jakiejś bliskiej osoby: „Nie przyjeżdżajcie, Sala nie wytrzyma klimatu” – bo mama była już wtedy chora. Rodzice zmienili wtedy plany. Wieść rozeszła się po spółdzielni ojca. Jeden z jego kolegów wymyślił, żeby zadeklarować, że jedziemy do Izraela przez Francję, i tam po prostu zostać. On miał we Francji brata, który obiecał nam pomóc.

*

Byliśmy już spakowani, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem, przede mną młoda para. „Przyszliśmy obejrzeć mieszkanie”, mówią. Ja już wtedy nie byłem małym chłopczykiem, miałem maturę, więc bardzo mnie to dotknęło. Jeden z naszych sąsiadów z kolei ciągle powtarzał: „Pani Salo, niech się pani nie martwi, ja w razie czego będę panią bronił”. Skoro chciał bronić, to oznaczało, że już było niedobrze.

*

Znam ludzi, którzy wyjechali na przykład po pogromie kieleckim, i dziś mówią: „Moja noga już nigdy nie postanie w Polsce”. I ja to rozumiem. Ktoś przeżył Zagładę, został sierotą, widział, co się w Polsce działo, to po co mu to wszystko jeszcze potrzebne? Nie mogę takim uczuciom zaprzeczyć, choć sam ich nie podzielam.

FRANCJA

Pojechaliśmy do Warszawy, a stamtąd przez Czechosłowację i Niemcy mieliśmy dostać się do Paryża. I tu przydał się mój angielski. Mieliśmy przesiadkę, portier pomagał nam przenieść walizki z jednego pociągu do drugiego. Nie chcieliśmy wydawać waluty, więc dałem mu w prezencie puszkę kawy, a nawet nie kawy, tylko cykorii. Mnie się wydawało, że to była duża mecyja, a on odburknął tylko „Scheisse!” i poszedł. Nagle pociąg odjeżdża, my na peronie, a ojciec w środku, bez paszportu. Myślałem, że łatwiej dogadam się po niemiecku, bo znałem w końcu jidysz, ale okazało się, że bardziej przydatny był angielski. Załatwiłem, że ojca zatrzymają w Baden-Baden, a my do niego dojedziemy.

*

Do Paryża dotarliśmy dobę później, niż planowaliśmy, więc nikt na nas nie czekał. Mama miała tam na szczęście kuzynkę, która wyjechała z Polski jeszcze przed wojną. Pracowała u niej kobieta z tego samego miasteczka, z którego pochodziła moja mama, i chociaż nie znały się wcześniej, to ona też nam bardzo pomogła.

*

We Francji mieliśmy tylko wizę tranzytową, a gdy nasze tymczasowe paszporty straciły ważność, staliśmy się bezpaństwowi. Nie mieliśmy prawa do azylu.

*

Zdarzyła się nieprzyjemna rzecz, bo gdy w końcu skontaktowaliśmy się z tym bratem kolegi ojca ze Zgody, to miała nam pomóc jego znajoma. Przeżyła Oświęcim, pamiętam jej numer na przedramieniu. Wzięła od nas pięćset dolarów – wszystko, co ojciec zaoszczędził – i miała nam za to załatwić papiery. Nigdy więcej już jej nie zobaczyliśmy.

*

Szybko nauczyłem się szyć rękawy i kieszenie, pracowałem w męskiej pracowni krawieckiej, dopóki ktoś mnie nie wsypał. Po tej wpadce przeniesiono mnie do innej fabryki, gdzie pomagałem wozić towar – to było u kuzynów znajomego z Wałbrzycha. Tak minęły dwa lata. Chodziłem też do Alliance Française, bo do nauki na uniwersytecie nie miałem prawa. W końcu nas aresztowali i powiedzieli, że musimy się wynosić. Spytałem, co mógłbym zrobić, żeby zostać. Powiedzieli, że albo podpisać kontrakt i jechać do kopalni na północy Francji, albo wstąpić do Legii Cudzoziemskiej. Ani jedno, ani drugie mi nie odpowiadało. Był 1959 rok.

*

Zacząłem chodzić po ambasadach i udało mi się zdobyć dla nas wizy do Australii i do Argentyny, a ponieważ ojciec miał w Argentynie brata, wybraliśmy tę drugą opcję.

ARGENTYNA

Wujek przysłał nam pieniądze na statek. Nie wiem, co by było bez niego. Może więzienie?

*

Dalej pracowałem jako krawiec, ale tym razem jako kierownik warsztatu, w którym zatrudniony był także ojciec, matka i jakaś dziewczyna z Paragwaju. Tak przeżyliśmy pięć albo sześć lat. W końcu powiedziałem ojcu, że nie chcę do końca życia pracować w warsztacie. Marzyło mi się zostać inżynierem.

*

Poszedłem na rozmowę z rektorem uczelni. Powiedział, że nie może mnie przyjąć, bo po pierwsze nie znam historii Argentyny, a po drugie polska matura jest według nich na niskim poziomie i oni jej nie uznają. Zapytałem, co w takim razie powinienem zrobić. Powiedział, żebym poszedł do ósmej klasy, potem do liceum na kolejne trzy lata, a dalej zobaczymy. Nie chcę nawet mówić, co o nim pomyślałem.

*

Udało mi się załatwić zgodę na wyjazd rodziców i siostry do Stanów na kontrakt. W Baltimore znajomy hurtownik miał przyjaciela, który wysłał prośbę o wizę do władz amerykańskich. Ja musiałem wyjechać na wizie turystycznej. I tak życie jakoś się ułożyło.

STANY ZJEDNOCZONE

Na University of Maryland polska matura najwyraźniej była wystarczająca. Zostałem przyjęty. Co prawda zawaliłem angielski, ale mają tam dobry system nauki języka – nie masz za to żadnych punktów, ale jak zaliczysz, to zostajesz studentem. Inżynierię elektroniczną ukończyłem w trzy lata. Zależało mi na czasie.

*

Ojciec miał dobrą pracę w sklepie z męską odzieżą jako krawiec, mama z kolei była ekspedientką w butiku z ekskluzywnymi ubraniami, do którego przychodziły bogate Żydówki. Na tyle, na ile potrzebowali, nauczyli się angielskiego. Mieszkali z moją siostrą i szwagrem pod Baltimore. A ja miałem swoje życie.

*

Ożeniłem się z Żydówką, jeszcze w czasie moich studiów urodziła nam się córka, a kolejne dzieci, już kiedy mieszkaliśmy w New Jersey. Najpierw pracowałem w Westinghouse – to była jedna z trzech wielkich przedwojennych firm zajmujących się elektroniką. W międzyczasie zrobiłem też magisterium i MBA. Potem przeniosłem się z powrotem do Marylandu, do Northrup-Grumman, firmy, która produkuje radary. I tam pracowałem aż do emerytury.

POLSKA

Rodzice po wyjeździe mieli do Polski raczej obojętny stosunek. To byli prości ludzie, ich jedynym celem było przeżyć: przed wojną, w czasie wojny i po wojnie. A ja? Powtarzałem sobie, że życie składa się i z rzeczy przykrych, i dobrych.

*

Kilkanaście lat temu trafiłem w gazecie na artykuł o tym, że w Polsce potrzebna jest edukacja o Zagładzie. Kraj, który znałem z czasów PRL-u, w którym mówiło się tylko o tym, jak cierpiał naród polski, chce uczyć o Zagładzie?! Postanowiłem, że pomogę. Jolancie, nauczycielce, która była autorką artykułu, a teraz jest moją serdeczną przyjaciółką, wysłałem różne książki na ten temat. I tak zacząłem przyjeżdżać do Polski.

*

Kilka lat temu zorganizowałem we Wrocławiu rocznicę matury, przyszło dwadzieścia osób. Mój wnuk z kolei miał bar micwę w Krakowie, tak sobie zażyczył.

*

Jest mi przykro, gdy patrzę, w jaki sposób przedstawia się dziś młodzieży historię. Polacy nie są jedynym narodem bez grzechów. Historii nie trzeba ani upiększać, ani obrzydzać, wystarczy fakty pozostawić faktami.

*

Nie mam do Polski żadnej nienawiści. Na nic nie patrzę stereotypowo – nie ma przeciętnego Polaka ani przeciętnego Żyda. Mam takie powiedzonko: przeciętna osoba ma jeden cycek i jedno jajko.

STANY ZJEDNOCZONE 

Przeszedłem na emeryturę i zastanawiałem się, co ze sobą począć. Golf mnie nie interesował, brydża miałem po dziurki w nosie. Zdecydowałam, że zacznę pomagać w Muzeum Holokaustu. W Waszyngtonie nie ma za dużo ludzi, którzy się grzebią w języku polskim.

*

Przetłumaczyłem około pięćdziesięciu wywiadów, które w latach osiemdziesiątych młodzi Żydzi z ramienia muzeum przeprowadzali z Polakami, świadkami Zagłady. Pamiętam na przykład opowieść chłopa, który widział, jak grupa Niemców czy Ukraińców pędziła kolumnę Żydów w stronę lasu na rozstrzelanie. Krzyczeli do niego: „Módl się do Jezusa!”. Albo pastuch spod Chełmna, wtedy młody chłopak. Mówił, że widział, jak Żydów Niemcy pakowali na ciężarówki, a potem słyszał krzyki. To nie była najprzyjemniejsza lektura.

*

Ostatnio pracowałem nad polsko-amerykańskim projektem Klasa 1926.

STANY ZJEDNOCZONE I POLSKA

W 1918 roku Stany Zjednoczone pomogły odtworzyć niepodległą Polskę, także finansowo. Dlatego z okazji sto pięćdziesiątej rocznicy uchwalenia amerykańskiej Deklaracji Niepodległości Polacy postanowili im za ten gest podziękować. Do Ameryki wysłano sto jedenaście ksiąg z podpisami polskiego prezydenta, najważniejszych osób w państwie, ale przede wszystkim dzieci szkolnych. Deklarację o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych wręczono prezydentowi Calvinowi Coolidge’owi, a potem prezent znalazł się w Bibliotece Kongresu.

*

Trafiłem na tę kolekcję przypadkiem, była w zasadzie nieznana. Krzysztof Willmann, mój znajomy, który jest badaczem Kresów, chciał, żebym zrobił dla niego zdjęcie podpisu Brunona Schulza. Gdy zobaczyłem ten zbiór, zdałem sobie sprawę, że muszą tam być podpisy około pół miliona żydowskich dzieci. Wojna przyszła trzynaście lat później, większość z nich jej nie przeżyła. Jedyne, co po nich zostało, to te podpisy. A i one zaczynały powoli blaknąć.

*

Niewielka część kolekcji, trzynaście ze stu jedenastu tomów, była już wówczas zdigitalizowana, ale pozostawało jeszcze ponad trzydzieści tysięcy stron, które w zapomnieniu leżały w Bibliotece Kongresu. Nie mogłem tam po prostu przyjść i powiedzieć, że chcę zająć się tym projektem, nie wyglądałoby to poważnie. Potrzebowałem organizacji, która by mnie reprezentowała. I tak moim partnerem została Biblioteka Polska w Waszyngtonie.

*

Wynajęta firma skanowała księgi z podpisami przez cztery miesiące. W przybliżeniu projekt kosztował prawie pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Włączył się do niego polski rząd, rotarianie, Żydzi i Polacy z Ameryki, Kanady, Francji, Izraela, moja rodzina oraz ludzie, którzy mi od początku pomagali.

*

Dziś wszystko znajduje się na serwerach Biblioteki Kongresu i na stworzonym przez Ośrodek KARTA portalu polska1926.pl. Obie instytucje zastosowały jednak odmienne metody wyszukiwania. Na amerykańskiej stronie szuka się tylko miejscowości i przegląda wszystkie podpisy w danym zbiorze. Polacy tworzą bardziej szczegółową bazę, w której można znaleźć podpis po wpisaniu nazwiska. Wolontariusze odczytują te podpisy i wrzucają je do systemu. To jednak proces, który zajmie jeszcze kilka lat, poza tym istnieje możliwość błędu przy odczytywaniu, lepiej więc znać nazwę miejscowości, z której pochodzi podpis.

*

Można by zapytać, kogo te księgi w ogóle obchodzą? Okazuje się, że wielu. Otrzymałem bardzo dużo wzruszających wiadomości od ludzi, którzy odnaleźli w tych zbiorach swoich przodków, często jedyny po nich ślad. Ale to też świetny materiał edukacyjny. Jeśli ktoś mieszka w małym, kilkutysięcznym mieście, może w ten sposób poznać historie jego mieszkańców. Niektórzy prowadzą projekty edukacyjne, wykorzystując ten zbiór do pracy z dziećmi. Sprawdzają na przykład, co stało się z ludźmi, którzy złożyli swoje podpisy – ktoś został strażakiem, ktoś kapitanem w wojsku.

*

Po obu stronach Atlantyku ludzie nie mają pojęcia, że Ameryka sto lat temu przyszła Polsce z pomocą, uratowała miliony ludzi od głodu i choroby. I to jest teraz moja misja, o tym chcę opowiadać.

Podpisów można szukać na dwóch wspomnianych w artykule stronach internetowcyh. Najmłodsze spośród pięciu i pół miliona osób podpisanych na Deklaracji są rówieśnikami niepodległej Polski. Na stronach stu jedenastu tomów podpisali się między innymi pięćdziesięcioletni wówczas profesor ASP w Krakowie Xawery Dunikowski, jedenastoletni uczeń z Tarnowa Tadeusz Kantor i piętnastoletni gimnazjalista z Wilna Czesław Miłosz. Księgę zdobią ilustracje m.in. Zofii Stryjeńskiej, Leona Wyczółkowskiego i Władysława Skoczylasa.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


IHRA definition is useful – antisemitism must be fought on all forms

IHRA definition is useful – antisemitism must be fought on all forms

JPOST EDITORIAL


BDS is, by definition, discriminating against Israelis due to their national origin, and antisemitism is discrimination based on religion.

An anti-Israeli protest inspired by BDS / (photo credit: REUTERS)

“Antisemitism is a certain perception of Jews, which may be expressed as hatred toward Jews. Rhetorical and physical manifestations of antisemitism are directed toward Jewish or non-Jewish individuals and/or their property, toward Jewish community institutions and religious facilities.”

That is the International Holocaust Remembrance Alliance’s definition of antisemitism.

To date, 31 countries have adopted the definition, along with academic institutions, local governments and the English Premier League.
The definition allows those countries and institutions to identify antisemitism and to work to eradicate it, whether through the justice system, penalties, or through education.

Yet in the US a coalition of Jewish groups, which claims to be progressive but is exhibiting shockingly regressive behavior, has come out against that definition.

The Progressive Israel Network, which includes left-wing Jewish organizations such as J Street, the New Israel Fund and T’ruah (formerly Rabbis for Human Rights), came out against the adoption of the IHRA definition on Tuesday.

The PIN said it opposes “the effort to enshrine [the definition] in domestic law and institutional policy.” The network of liberal NGOs further specified that it is concerned about the examples the IHRA gave with the definition, such as saying “the existence of a State of Israel is a racist endeavor” and “requiring of [Israel] a behavior not expected or demanded of any other democratic nation.”

The Jewish groups’ reasoning is a concern that the IHRA definition would be used to “suppress legitimate free speech, criticism of Israeli government actions, and advocacy for Palestinian rights.” They cite as “a harmful overreach” US Secretary of State Mike Pompeo’s declaration that “anti-Zionism is antisemitism” and that the Boycott, Divestment and Sanctions campaign against Israel and Israelis is a form of antisemitism that the State Department will make sure not to support.

The groups also claimed that this use of the IHRA definition is “primarily aimed at shielding the present Israeli government and its occupation from all criticism.”

An examination of the above definition and of the examples provided by IHRA – which are too many to present here, but are accessible online – finds that it in no way calls to limit criticism of Israel’s government or any others.

Unless, that is, these organizations mean to say comparing Israelis to Nazis is legitimate criticism of government policies – comparisons which are a way of denying the abject horrors of the Holocaust; or, in their zeal to advocate for Palestinian self-determination, they’ve decided that Jews are uniquely unworthy of the same rights.

As journalists, we share in these organizations’ vigilance about free speech and believe open debate is important.

Yet, the full IHRA text states that it is not a legally binding document, which means that it is not codifying limits to free expression.
The US Constitution has broad protections for free speech, perhaps the broadest in the world. Hate speech is not illegal in the US, for example. But even in America, one cannot discriminate based on race, color, national origin, religion, gender, disability, age, or citizenship status in hiring practices.

BDS is, by definition, discriminating against Israelis due to their national origin, and antisemitism is discrimination based on religion. For Pompeo to ensure funds do not go to BDS-supporting groups is a reflection of existing protected categories in US law.

No one is taking away these Jewish groups’ or their Palestinian allies’ right to criticize Israel as sharply or as harshly as they wish. What governments around the world have sought to do is to combat antisemitic speech, discrimination and other behaviors by identifying them.
As such, the PIN is throwing the baby out with the bathwater by opposing a widely recognized definition of antisemitism.

The PIN statement is, as the Foreign Ministry said, a “tailwind” for “antisemitic movements that are fighting for their right to continue spreading hate speech and racism towards Jews.” It is providing “an opening for the legitimization of kinds of antisemitism.”

Organizations that rightly call out right-wing extremist antisemitism should realize that such a definition is important and useful, and should get woke to the fact that antisemitism should be fought in all its forms, on both sides of the political map.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Spielberg Jewish Film Archive – Morocco Music

The Spielberg Jewish Film Archive – Morocco Music

   Hebrew University of Jerusalem



Abstract: Part of the Israel Music Heritage Project. A look at the mixture of Arab melodies with Hebrew text that forms the basis of Moroccan Jewish music.

The Spielberg Jewish Film Archive –
The 500 films, selected for the virtual cinema, reflect the vast scope of documentary material collected in the Spielberg Archive. The films range from 1911 to the present and include home movies, short films and full length features.

שם: מרוקו: המוסיקה של יהודי צפון אפריקה
שנה: 1994
אורך: 00:29:04
שפה: אנגלית

תקציר: חלק מפרויקט המוסיקה של ישראל, “עם וצליליו”. המזיגה שבין מנגינות ערביות וטקסטים עבריים העומדת בבסיס המוסיקה היהודית המרוקנית.

ארכיון הסרטים היהודיים על שם סטיבן שפילברג –
חמש מאות הסרטים שנבחרו עבור הקולנוע הווירטואלי משקפים את ההיקף הנרחב של החומר התיעודי בארכיון שפילברג. באתר ישנם סרטים משנת 1911 ועד ימינו אלה ביתיים, קצרים ובאורך מלא.

כל הזכויות שמורות לארכיון הסרטים היהודיים על שם סטיבן שפילברג ולאוניברסיטה העברית בירושלים 2010; דף הבית; www.spielbergfilmarchive.org.il

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Naukowcy z całego świata protestują przeciw sądzeniu Barbary Engelking i Jana Grabowskiego

Barbara Engelking, Jan Grabowski (Fot. Łukasz Falkowski / Agencja Gazeta, auschwitz.org)


Naukowcy z całego świata protestują przeciw sądzeniu Barbary Engelking i Jana Grabowskiego

Mirosław Maciorowski


“Uznajemy prawo do krytycznych analiz i angażowania się w naukowe debaty. Ale postawienie prof. Grabowskiego i prof. Engelking przed sądem za ich pracę naukową uderza w istotę wolności akademickiej i intelektualnej” – napisali badacze zrzeszeni w trzech uznanych stowarzyszeniach badawczych.

.

„Fakt, że proces jest prowadzony jako sprawa cywilna, a nie karna, jest nieistotny i nie ochroni Polski przed ciosem w jej reputację, jeśli ta skandaliczna procedura zakończy się orzeczeniem winy pozwanych. Doprowadziłoby to nie tylko do tego, że polscy badacze zaczęliby pracować w atmosferze strachu, ale bardzo ucierpiałaby też międzynarodowa reputacja Polski wśród uczonych ze wszystkich dziedzin” – podkreślają autorzy opublikowanej w sobotę uchwały.

Sygnują ją trzy renomowane stowarzyszenia naukowe: zrzeszająca ponad 12 tys. historyków z całego świata American Historical Association oraz Association of Slavic i East European, and Eurasian Studies oraz Polish Studies Association, których członkami jest ponad 3 tys. naukowców.

Proces za „Dalej jest noc”

Chodzi o proces wytoczony prof. Barbarze Engelking z Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Polskiej Akademii Nauk (CBnZŻ) oraz prof. Janowi Grabowskiemu z Uniwersytetu w Ottawie za wydaną w 2018 r. dwutomową monografię „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”. Oboje naukowcy byli jej redaktorami i współautorami, a oprócz nich w badaniach uczestniczyło siedmioro innych naukowców z CBnZŻ. Zbadali losy Żydów podczas II wojny światowej w dziewięciu powiatach w różnych regionach Polski. Z drobiazgowych studiów nad źródłami i na podstawie relacji świadków ponad wszelką wątpliwość wynika, że nieliczni Żydzi, którym udało się przetrwać tam Zagładę, zawdzięczają to w największym stopniu polskim sąsiadom. Jednak autorzy monografii udokumentowali też mnóstwo przypadków udziału Polaków w mordowaniu Żydów. Niektórzy dokonywali zbrodni osobiście, inni pomagali Niemcom, a jeszcze denuncjowali Żydów, ogołacając ich uprzednio z całego majątku.

Proces cywilny formalnie wytoczyła Engelking i Grabowskiemu 80-letnia kobieta, która twierdzi, że w książce zniesławili pamięć jej stryja. Żąda przeprosin i 100 tys. zł odszkodowania.

Ale naprawdę za pozwem stoi tzw. Reduta Dobrego Imienia, fundacja wspierająca PiS-owską wizję „polityki historycznej” i finansowana głównie przez państwo. Jej prezes Maciej Świrski jest na każdej rozprawie. To on namówił 80-letnią kobietę do wniesienia pozwu. Procesowi towarzyszy nagonka na naukowców w wykonaniu dziennikarzy PiS-owskich mediów i telewizji rządowej.

W obronie Barbary Engelking i Jana Grabowskiego

Rozsyłając uchwałę do mediów, przedstawiciele trzech międzynarodowych stowarzyszeń naukowych podkreślają, że postanowili współdziałać „ze względu ma powagę sytuacji”. „Uznajemy prawo do krytycznych analiz i angażowania się w naukowe debaty. Ale postawienie prof. Grabowskiego i prof. Engelking przed sądem za ich pracę naukową uderza w istotę wolności akademickiej i intelektualnej” – czytamy w uchwale.

To nie pierwszy protest przeciwko postawieniu przed sądem redaktorów książki „Dalej jest noc”. 31 stycznia głos w tej sprawie zabrał jerozolimski instytut Yad Vashem. W specjalnym oświadczeniu stwierdził, że próby „wyznaczenia granic dyskursu akademickiego i publicznego” przez naciski polityków „są niedopuszczalne” i stanowią „poważny atak na wolne i otwarte badania”. A także – że proces Engelking i Grabowskiego jest niezgodny „z przyjętymi normami badawczymi i stanowi atak na dążenie do pełnego i wyważonego obrazu historii Holokaustu oraz na prawdziwość i wiarygodność źródeł historycznych”.

1 lutego oświadczenie wydało International Holocaust Remembrance Alliance – międzynarodowa organizacja, zrzeszająca 33 kraje, w tym Polskę. Jej władze napisały m.in., że polski rząd zobowiązał się do wspierania badania Zagłady i do odważnego mierzenia się z własną przeszłością. Zaapelował też, by „zapewnił możliwość prowadzenia wolnych i niezależnych badań”.

Przeciwko sądzeniu badaczy zaprotestowało również Towarzystwa Przyjaźni Izrael – Polska. “To nie badacze i naukowcy powinni być postawieni przed sądem, lecz wszyscy sprawcy naszej tragedii. My, przedstawiciele Żydów Polskich jesteśmy wdzięczni badaczom tej tragicznej historii” – czytamy w uchwale zarządu organizacji.

Oświadczenie wydało też Żydowskie Stowarzyszenie B’nai B’rith w Polsce. Nie tylko zaprotestowało w nim przeciw postawieniu autorów książki przed sądem, ale odniosło się również do propagandy lansowanej przez media będące na usługach władzy oraz instytucje opłacane z budżetu państwa. „Zgodnie z obowiązującą polityką historyczną i bohaterskim mitem Polacy ratowali Żydów. Wierzą w to nie tylko wyborcy PiS-u. Prawda o tym, że podczas nazistowskiej okupacji Polacy byli jak inne narody – jedni ratowali Żydów, a drudzy, o wiele liczniejsi, wydawali – nie dotarła jeszcze do polskich umysłów i polskich dusz” – czytamy w oświadczeniu.

Ostatnia rozprawa Barbary Engelking i Jana Grabowskiego odbyła się 12 stycznia. Wyrok ma zapaść 9 lutego.

Oświadczenie

5 lutego, 2021 r.
Jako uczeni i badacze jesteśmy wstrząśnięci i głęboko zaniepokojeni próbami uciszenia Profesora Jana Grabowskiego i Profesor Barbary Engelking, dwojga wysoko cenionych historyków Zagłady we wschodniej Europie okupowanej przez nazistów. Toczy się w tej chwili przeciwko nim proces o zniesławienie, którego powodem jest wydana w 2018 roku książka, „Dalej jest noc: losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”, przy której współpracowali. To wyczerpujące, dwutomowe opracowanie przygotowane przez dziewięcioro uczonych przedstawia szczegółowy obraz sytuacji Żydów usiłujących się ukrywać przed nazistami w czasie drugiej wojny światowej. Za skrupulatne pokazanie złożoności i niuansów tego tragicznego rozdziału w historii świata książka doczekała się wielu pochwał, które napłynęły z całego świata. Jak to ma miejsce ze wszystkimi pracami historycznymi, także i ta wywołała dyskusje; pojawiły się też słowa krytyki wobec opisów konkretnych wydarzeń prezentowanych w opracowaniu. Uznajemy bez zastrzeżeń prawo do tego typu krytycznych analiz, a nawet obowiązek angażowania się w naukowe debaty. Ale postawienie Profesora Grabowskiego i Profesor Engelking przed sądem za ich pracę uderza w samą istotę wolności akademickiej i intelektualnej. Fakt, że proces jest prowadzony jako sprawa cywilna, a nie karna, jest nieistotny i nie ochroni Polski przed ciosem w jej reputację, jeśli ta skandaliczna procedura zakończy się orzeczeniem winy pozwanych. Doprowadziłoby to nie tylko do tego, że polscy badacze zaczęliby pracować w atmosferze strachu, ale bardzo ucierpiałaby też międzynarodowa reputacja Polski wśród uczonych ze wszystkich dziedzin. Wzywamy do natychmiastowego zaprzestania prześladowań Profesorów Grabowskiego i Engelking oraz do jednoznacznego odrzucenia prawniczej i politycznej strategii umożliwiającej prowadzenie tego typu procesów.
The Association for Slavic, East European, and Eurasian Studies
The American Historical Association
The Polish Studies Association

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Hand grenade from World War I unearthed in Jerusalem

Hand grenade from World War I unearthed in Jerusalem

ROSSELLA TERCATIN


The cistern where the grenade was discovered in Jerusalem. / (photo credit: OSCAR BECHERNO/ISRAEL ANTIQUITIES AUTHORITY)

Located in the heart of the city, Sacher Park is one of Jerusalemites’ most beloved locations, offering them the opportunity to stroll, jog, barbecue and play. However, a different kind of experience was awaiting the archaeologists working on a salvage excavation during renovations in the area: an encounter with a British hand grenade dating back to World War I.

The grenade was uncovered in an ancient cistern by Oscar Becherno, director of the archaeological excavation on behalf of the Israel Antiquities Authority.

“This is a Mills 23 hand grenade, which was used by the British army in World War I,” said Assaf Peretz, an IAA weapons expert. “It seems that the grenade had already been found in the past and was thrown by a passerby into a cistern to bury it and remove the danger from the area.”

On the eve of World War I, Jerusalem was part of the Ottoman Empire. Jerusalem and the Land of Israel were conquered by the British in 1917-1918 and placed under British rule at the end of the conflict.

According to the law in Israel, a salvage excavation must be conducted prior to any construction project. The IAA, which is the body tasked with conducting these excavations, has worked in the area of Sacher Park in the past, uncovering agricultural installations, ancient burial caves and other remains.

The grenade was found during the work to improve Sacher Park, which is being carried out by the Jerusalem Development Authority and Moriah Company.

Over the past year, new playgrounds, sports fields, some 120 light poles, fountains, benches, picnic tables and trash cans were installed. Gardening and irrigation processes were improved, and 800 new trees were planted


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com