Archive | March 2021

Marzec 68

Brama główna Uniwersytetu Warszawskiego. Marzec 1968. Fot. PAP/T. Zagoździński


Marzec 68
AKTUALIZACJA: 07.03.2018, PUBLIKACJA: 16.06.2009

(arch.) Mariusz Jarosiński / mjs/ ls/ skp /


8 marca 1968 r. na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego odbył się wiec protestacyjny w związku ze zdjęciem przez władze komunistyczne wystawianych w Teatrze Narodowym „Dziadów” oraz relegowaniem z uczelni Adama Michnika i Henryka Szlajfera. Został on brutalnie zaatakowany przez oddziały milicji oraz „aktyw robotniczy”. Stało się to początkiem tzw. wydarzeń marcowych, czyli kryzysu politycznego związanego z falą studenckich protestów oraz walką polityczną wewnątrz PZPR,  rozgrywaną w atmosferze antysemickiej i antyinteligenckiej propagandy.

“Dziady” w Teatrze Narodowym

Wydarzeniem, które stało się impulsem dla studenckich protestów w marcu 1968 r. była tzw. sprawa „Dziadów”. Spektakl ten, reżyserowany przez Kazimierza Dejmka, z Gustawem Holoubkiem w roli Gustawa, miał swoją premierę pod koniec listopada 1967 r. w Teatrze Narodowym w Warszawie.

Zdaniem prof. Wojciecha Roszkowskiego do dziś nie wiadomo dokładnie, jakie czynniki partyjne zadecydowały o zdjęciu “Dziadów”- „ gomułkowskie dla wykazania, że panują nad sytuacją, czy moczarowskie dla wzburzenia nastrojów”.

Przedstawienie spotkało się z ostrą krytyką kierownictwa PZPR. Wezwany 21 grudnia w trybie nagłym do KC Kazimierz Dejmek usłyszał od Wincentego Kraśko, kierownika Wydziału Kultury, że jego inscenizacja „Dziadów” jest antyrosyjska, antyradziecka i religiancka.

16 stycznia 1968 r. Ministerstwo Kultury i Sztuki powiadomiło dyrekcję Teatru Narodowego,
iż z dniem 1 lutego przedstawienie „Dziadów” będzie zawieszone.

Prof. Wojciech Roszkowski opisując okoliczności podjęcia tej decyzji pisze, iż do dziś nie wiadomo dokładnie jakie czynniki partyjne zadecydowały o zdjęciu “Dziadów”- „ gomułkowskie dla wykazania, że panują nad sytuacją, czy moczarowskie dla wzburzenia nastrojów”.

Manifestacja pod pomnikiem Mickiewicza

Ostatni spektakl, który odbył się 30 stycznia zgromadził tłumy. W trakcie przedstawienia publiczność reagowała bardzo spontanicznie, wznoszono okrzyki: „Niepodległość bez cenzury!”, „Chcemy +Dziadów+!”, „Dejmek!, Dejmek!”.

Po zakończeniu spektaklu uformował się pochód, który skandując „Wolna sztuka! Wolny teatr!” przeszedł pod pomnik Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu. W wyniku interwencji milicji zatrzymano 35 osób pod zarzutem „zakłócania porządku publicznego”.

Po demonstracji dwaj studenci – Adam Michnik i Henryk Szlajfer – poinformowali o jej przebiegu korespondenta francuskiego dziennika „Le Monde”. Wiadomości te zostały następnie rozpowszechnione przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa.

“Dyktatura ciemniaków”

Od 1 lutego 1968 r. grupa studentów rozpoczęła zbieranie podpisów pod petycją do Sejmu, wyrażającą protest przeciwko decyzji zakazującej wystawiania w Teatrze Narodowym „Dziadów” oraz „polityce odcinania się od postępowych tradycji narodu polskiego”. W ciągu dwóch tygodni w Warszawie zebrano ponad 3 tys. podpisów, a we Wrocławiu ponad tysiąc.

Zdjęcie z afisza „Dziadów” wywołało oburzenie części środowisk intelektualnych. 29 lutego na Nadzwyczajnym Walnym Zebraniu Warszawskiego Oddziału Związku Literatów Polskich uchwalono przedstawioną przez Andrzeja Kijowskiego rezolucję potępiającą  politykę kulturalną prowadzoną przez ekipę Władysława Gomułki. W dyskusji bardzo ostro wypowiadali się m.in. Jerzy Andrzejewski, Paweł Jasienica, Leszek Kołakowski, Antoni Słonimski i Stefan Kisielewski, który mówił o  „skandalicznej dyktaturze ciemniaków w polskim życiu kulturalnym”.

Wiec na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego

4 marca 1968 r. decyzją ministra oświaty i szkolnictwa wyższego Henryka Jabłońskiego Adam Michnik oraz Henryk Szlajfer zostali bezprawnie skreśleni z listy studentów Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego za udział w demonstracji 30 stycznia i przekazywanie informacji zagranicznym dziennikarzom.

Obaj należeli do tzw. komandosów, czyli grupy zbuntowanej młodzieży, opowiadającej się za rozszerzeniem swobód obywatelskich, przede wszystkim zniesienia lub przynajmniej ograniczenia cenzury oraz większej autonomii nauki i szkół wyższych.

“Represjonowanie studentów, którzy protestowali przeciwko haniebnej decyzji zakazującej wystawienia +Dziadów+ w Teatrze Narodowym, stanowi jawne pogwałcenie art. 71 Konstytucji. Nie pozwolimy odebrać sobie prawa do obrony demokratycznych i niepodległościowych tradycji Narodu Polskiego. Nie umilkniemy wobec represji” – stwierdzali studenci w przyjętej 8 marca 1968 r. rezolucji .

8 marca 1968 r. na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego odbył się protestacyjny wiec, na którym zebrało się kilka tysięcy studentów.  Zgromadzeni przez aklamację przyjęli rezolucję, w której stwierdzali m.in.: „My studenci uczelni warszawskich, (…) oświadczamy: Nie pozwolimy nikomu deptać Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Represjonowanie studentów, którzy protestowali przeciwko haniebnej decyzji zakazującej wystawienia „Dziadów” w Teatrze Narodowym, stanowi jawne pogwałcenie art. 71 Konstytucji. Nie pozwolimy odebrać sobie prawa do obrony demokratycznych i niepodległościowych tradycji Narodu Polskiego. Nie umilkniemy wobec represji”.

W rezolucji żądano również przywrócenia praw studenckich Michnikowi i Szlajferowi oraz umorzenia postępowań przeciwko innym uczestnikom demonstracji pod pomnikiem Adama Mickiewicza.

Studenci, także poprzez aklamację, wyrazili pełne poparcie dla rezolucji przyjętej przez pisarzy 29 lutego, solidaryzując się z nimi „w obronie kultury i swobód obywatelskich”.

Pod koniec wiecu, już po przyjęciu rezolucji, na teren Uniwersytetu wjechało kilka autokarów wypełnionych „aktywem robotniczym”, milicją i ORMO. Rozpoczęło się rozpędzanie zebranych. W obronie studentów interweniowali dwaj dziekani – prof. Czesław Bobrowski i prof. Stanisław Herbst.

Z kolei prorektor Zygmunt Rybicki zwracając się do studentów oświadczył, iż wiec jest nielegalny i mają kwadrans na opuszczenie Uniwersytetu.

Rozchodzący się demonstranci  zaatakowani zostali niezwykle brutalnie przez oddziały ZOMO. Tłum zgromadzony na Krakowskim Przedmieściu i obserwujący bicie młodzieży krzyczał w stronę milicji – „Gestapo!”.

Jeszcze tego samego dnia przeprowadzono aresztowania w środowisku studenckim, zatrzymując m.in. Jacka Kuronia, Karola Modzelewskiego i Adama Michnika.

Protesty studentów

Wydarzenia, które miały miejsce 8 marca na Uniwersytecie Warszawskim, oburzyły środowisko akademickie i stały się powodem wielu protestacyjnych wieców i ulicznych demonstracji, początkowo w samej Warszawie, a następnie także w innych miastach.

9 marca na Politechnice Warszawskiej odbył się wiec wyrażający poparcie dla studentów UW i potępiający brutalne działania milicji. W odpowiedzi na kłamliwe informacje prasy o zajściach na Uniwersytecie palono gazety i wznoszono okrzyki „Prasa kłamie!”.

Po zakończeniu wiecu część jego uczestników ruszyła w pochodzie idącym w stronę redakcji „Życia Warszawy”, która komentując wydarzenia z poprzedniego dnia pisała: „Na Uniwersytecie Warszawskim co pewien czas daje znać o sobie grupka awanturników, wywodząca się z kręgów bananowej młodzieży, której obce są troski materialne, prawdziwe warunki życia i potrzeby naszego społeczeństwa”. Demonstranci nie dotarli jednak do celu, gdyż zostali zaatakowani przez milicję i rozproszeni.

W kolejnych dniach studenci organizowali akcje protestacyjne i manifestacje w Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Poznaniu, Łodzi, Toruniu, Lublinie i Katowicach. Zgromadzenia te były najczęściej rozpędzane przez milicję. Warto dodać, że w wydarzeniach, które rozgrywały się w marcu 1968 r., aktywny udział brała również część młodzieży szkół średnich.

Interpelacja Koła Poselskiego Znak i memoriał biskupów

W obronie represjonowanych studentów 11 marca wystąpiło pięciu członków Koła Poselskiego Znak: Konstanty Łubieński, Tadeusz Mazowiecki, Stanisław Stomma, Janusz Zabłocki i Jerzy Zawieyski.

W interpelacji skierowanej do rządu zwracali oni uwagę na brutalność milicji i ORMO oraz pytali,  „co zamierza uczynić Rząd, aby merytorycznie odpowiedzieć młodzieży na postawione przez nią palące pytania, które nurtują także szeroką opinię społeczną, a dotyczą demokratycznych swobód obywatelskich i polityki kulturalnej Rządu?”.

21 marca 1968 r. biskupi uczestniczący w Konferencji Episkopatu Polski wystosowali memoriał do premiera, w którym pisali m.in. o tym, że „od dawna już poważne zastrzeżenia budzą w społeczeństwie metody stosowane przez władze bezpieczeństwa”, zwracali ponadto uwagę na fakt, iż „gwarantowane obywatelom przez Konstytucję PRL i Deklarację ONZ prawa do rzetelnej informacji domagają się wolności prasy, ograniczenia interwencji cenzury i obiektywizmu w informowaniu”.

28 marca odbył się ostatni wiec na Uniwersytecie Warszawskim. Przyjęto na nim „Deklarację Ruchu Studenckiego”, w której młodzież akademicka żądała wolności opinii, swobody zrzeszania się, zniesienia cenzury, wprowadzenia jawności życia publicznego, społecznej kontroli własności państwowej oraz przestrzegania konstytucyjnych praw obywatelskich.

„Studenci do nauki, literaci do pióra!”

W odpowiedzi władze rozwiązały sześć kierunków studiów, m.in. ekonomię, filozofię i socjologię. Z listy studentów skreślono 34 osoby. Po ponownym otwarciu tych kierunków 70 osób nie uzyskało zgody na kontynuowanie studiów.

Protesty środowisk akademickich zostały stłumione w całym kraju do końca marca 1968 r. Nie znalazły one większego poparcia w społeczeństwie. Komunistyczna propaganda, rozbudzając nastroje antyinteligenckie i antysemickie, przedstawiała je jako prowokację i syjonistyczny spisek.

W całym kraju w zakładach pracy organizowane były tzw. masówki popierające władze i potępiające wystąpienia młodzieży akademickiej. Odbywały się one pod hasłami: „Studenci do nauki, literaci do pióra!”, „Ukarać prowodyrów!”, „Syjoniści do Syjamu!” (sic!), czy „Mośki do Izraela!” .

Moczarowcy i walka o władzę w PZPR

Wydarzenia z marca 1968 r. stały się okazją do rozgrywki politycznej wewnątrz PZPR, w której na początku lat 60 powstała nieformalna grupa partyjnych i państwowych działaczy skupionych wokół ówczesnego wiceministra spraw wewnętrznych Mieczysława Moczara, nazywana „partyzantami” (Moczar i jego najbliżsi współpracownicy w czasie II wojny światowej działali w komunistycznej partyzantce).

„Moczarowcy” walcząc  o wpływy z ekipą Władysława Gomułki posługiwali się mieszaniną haseł antyinteligenckich, komunistycznych i nacjonalistycznych. Domagając się zmiany pokoleniowej w partii, żądali jednocześnie usunięcia z wysokich stanowisk ludzi pochodzenia żydowskiego.

„Moczarowcy” walcząc  o wpływy z ekipą Władysława Gomułki posługiwali się mieszaniną haseł antyinteligenckich, komunistycznych i nacjonalistycznych. Domagając się zmiany pokoleniowej w partii, żądali jednocześnie usunięcia z wysokich stanowisk ludzi pochodzenia żydowskiego.

Prawdopodobnie liczyli na to, że marcowe demonstracje osłabią pozycję Władysława Gomułki w partii, pozbawią go zaufania sowieckiego kierownictwa i w efekcie umożliwią przejęcie władzy przez Mieczysława Moczara. Istnieją przypuszczenia, że temu właśnie miały służyć brutalne działania milicji wobec młodzieży akademickiej, prowadzące do eskalacji konfliktu.

Prof. Jerzy Eisler opisując tzw. wydarzenia marcowe, stwierdza: „Niewiele wiemy na temat tego, jakie były rzeczywiste cele partyzantów i ich sojuszników w 1968 r. Wcale nie jest pewne, czy Moczar chciał wtedy obalić Gomułkę i zająć jego miejsce, czy tylko chciał być +pierwszym po I sekretarzu+ i stać się szarą eminencją systemu?”.

Bez wątpienia studenckie protesty stanowiły poważny problem dla ekipy Gomułki i świadczyły o jej słabości.

Duże znaczenie miało poparcie jakiego udzielił I sekretarzowi KC  Edward Gierek w imieniu śląskiej organizacji partyjnej 14 marca 1968 r. na wiecu w Katowicach.

Antysemicka nagonka

19 marca 1968 r. w Sali Kongresowej PKiN w Warszawie przemawiał Władysław Gomułka. Potępił antyradzieckie prowokacje w trakcie przedstawień „Dziadów” w Teatrze Narodowym i ostro skrytykował przebieg zebrania ZLP z 29 lutego. Przede wszystkim wystąpienia Stefana Kisielewskiego i Pawła Jasienicy, którego brutalnie zaatakował, oczerniając go i insynuując jego współpracę z UB.

Zwracając się do aktywu partyjnego Warszawy Władysław Gomułka mówił: „Niemała część młodzieży studenckiej w Warszawie, a także innych ośrodkach akademickich w kraju została oszukana i sprowadzona przez wrogie socjalizmowi siły na fałszywą drogę. Siły te zasiały wśród studentów ziarna awanturniczej anarchii, łamania prawa. Posługując się metodą prowokacji, wzburzyły umysły części młodzieży, parły do wywołania starć ulicznych, do przelewu krwi”.

Gomułka obłudnie zapewniał, że walka z „syjonizmem” nie ma nic wspólnego z antysemityzmem. Gdy mówił o sprawach żydowskich, sala skandowała „Śmielej! Śmielej!”. Przy zdaniu Gomułki o prawdopodobnym opuszczeniu Polski przez „syjonistów” wznoszono okrzyki „Prędzej! Prędzej!”.

I sekretarz KC podkreślił żydowskie pochodzenie „inspiratorów” zajść na Uniwersytecie Warszawskim, „znanych z rewizjonistycznych wystąpień i poglądów”. Gomułka obłudnie zapewniał, że walka z „syjonizmem” nie ma nic wspólnego z antysemityzmem. Gdy mówił o sprawach żydowskich, sala skandowała „Śmielej! Śmielej!”. Przy zdaniu Gomułki o prawdopodobnym opuszczeniu Polski przez „syjonistów” wznoszono okrzyki „Prędzej! Prędzej!”. Część „aktywu” w trakcie przemówienia krzyczała „Wiesław! Wiesław!”, ale inni wołali „Gierek! Gierek!”. Następnego dnia w całym kraju odbyły się wiece pod hasłem: „Jesteśmy z Wami, towarzyszu Wiesławie!”.

W samej partii rozpoczęła się antysemicka nagonka personalna. Do końca marca 1968 r. z PZPR wyrzucono ponad 8 tys. osób. 80 funkcjonariuszy wysokiej rangi utraciło swoje stanowiska, 14 z nich pełniło funkcje ministerialne.

Prof. Roszkowski podsumowując tzw. wydarzenia marcowe, pisał: „Choć pucz moczarowski z marca 1968 r. nie osiągnął ostatecznego celu i został zahamowany przez kierownictwo gomułkowskie, w kierownictwie tym dokonano sporych wyrw, co osłabiło znacznie pozycje samego Gomułki. Odbyło się to podczas dzikiej kampanii antydemokratycznej i antysemickiej, rozpętanej w trakcie pogromu liberalnego ruchu intelektualistów i studentów. Ruch ten przegrał, gdyż nie poparli go na większą skalę robotnicy. Komuniści próbowali zmobilizować w Polsce w marcu 1968 r. najciemniejsze siły drzemiące w każdym społeczeństwie – szowinizm, rasizm i ksenofobię – by rozegrać swoje porachunki oraz przesłonić istotne przyczyny permanentnego kryzysu społecznego w PRL, oduczyć Polaków racjonalnego myślenia i uczynić wspólnikami w walce z urojonym wrogiem”.

Komunistyczne represje i emigracja

Według informacji Generalnej Prokuratury z 6 czerwca 1968 r. w związku z wydarzeniami marcowymi zatrzymano ponad 2700 osób, w tym 359 studentów. Przed kolegiami postawiono blisko 700 osób, w tym 143 studentów. Śledztwa wszczęto wobec 540 osobom, w tym 207 studentom.

Prof. Roszkowski: “Komuniści próbowali zmobilizować w Polsce w marcu 1968 r. najciemniejsze siły drzemiące w każdym społeczeństwie – szowinizm, rasizm i ksenofobię – by rozegrać swoje porachunki oraz przesłonić istotne przyczyny permanentnego kryzysu społecznego w PRL, oduczyć Polaków racjonalnego myślenia i uczynić wspólnikami w walce z urojonym wrogiem”.

Do sądu skierowano akty oskarżenia przeciwko 262 osobom, w tym 98 studentom i pracownikom naukowym. Wśród nich znaleźli się Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, którzy dostali po 3,5 roku więzienia, a także Adam Michnik z wyrokiem 3 lat pozbawienia wolności. W pozostałych procesach wyroki były niższe i wahały się od 18 do 24 miesięcy. Osoby zgadzające się na emigrację były zwalniane.

Kilka tysięcy studentów zostało relegowanych z uczelni, zawieszonych w prawach studentów lub też musiało starać się o ponowne przyjęcie. Wielu spośród relegowanych otrzymało karty powołania do służby wojskowej.

W latach 1968-1969 z Polski wyemigrowało około 15 tys. Żydów bądź osób pochodzenia żydowskiego. Wśród nich było m.in. ok. 500 pracowników naukowych, ok. 1000 studentów, a także dziennikarze, filmowcy, pisarze i aktorzy.

W tym czasie wyjechało również ok. 200 byłych pracowników bezpieczeństwa i informacji wojskowej, odpowiedzialnych za zbrodnie stalinowskie.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


New TV Series Announced About Judo World Champions Saeid Mollaei From Iran and Israel’s Sagi Muki

New TV Series Announced About Judo World Champions Saeid Mollaei From Iran and Israel’s Sagi Muki

Shiryn Ghermezian


Israeli Sagi Muki, winner of the 2019 World Judo Championship. Photo: Naoki Nishimura / Aflo Sports / Reuters.

A scripted television series is being developed based on the lives of judo world champions Saeid Mollaei from Iran and his Israeli counterpart Sagi Muki, Deadline announced on Monday.

MGM/UA Television and Israel’s Tadmor Entertainment have acquired the life rights to the judokas and are collaborating with the International Judo Federation to develop the series.

According to the show’s logline, the series will tell “the incredible true story of Iranian Saeid Mollaei, one of history’s bravest athletes, who despite threats from his handlers, refused to give in and chose to compete against his friend Sagi Muki from Israel. As a result, Mollaei was forced to flee from his country and live as a refugee in Germany. Soon these two incredible judokas will meet on the mat for the first time during the 2021 Tokyo Olympics. This is a story of bravery, friendship against all odds, and the true spirit of sport.”

“It’s my privilege to take part in this unusual project,” Muki told The Algemeiner Monday. “We want to send the message that sport is outside of politics, and we are all one family. When Sayed and I meet in the final, the first victory will be the friendship between us. I truly believe that with the help of this project, the second victory will be the understanding between our peoples. I want to say thank you to MGM and Tadmor Entertainment.”

The TV series will feature exclusive footage of the athletes and a documentary about the two judokas is also in production, Deadline reported.

Mollaei fled to Germany after exposing that Iranian authorities instructed him to intentionally lose the semi-final of the 2019 World Judo Championships in Tokyo to avoid potentially competing against Muki in the finals. Two months later, the International Judo Federation banned the Iran Judo Federation from all activities held by the international organization until it had lifted its ban on Iranian athletes competing against Israelis. But on Monday, that ban was lifted by a court of arbitration.

Muki and Mollaei have been public about their close friendship, despite tensions between Iran and Israel. Muki called the Iranian judoka a “friend of life” on Instagram when he shared a photo of them posing together at the Paris Grand Slam 2020, and Mollaei previously called the Israeli “my best friend.” The two friends recently reunited at the International Judo Federation’s Tel Aviv Grand Slam in Israel in February. Mollaei, now a citizen of and competing for Mongolia, won a silver medal in the competition’s 81kg category on Feb. 19.

MGM/UA Television President Steve Stark said, “Sagi Muki and Saeid Mollaei are both inspiring and groundbreaking athletes whose rivalry and impossible friendship has transcended the world of judo to captivate sports fans and hearts across the globe.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Gorliwy pracownik firmy SS [LEKCJE Z EICHMANNA]

Adolf Eichmann w więzieniu w mieście Ramla w pobliżu Tel Awiwu,15 kwietnia 1961 r. Cztery dni wcześniej w Jerozolimie zaczął się jego proces (Fot. AP)


Gorliwy pracownik firmy SS [LEKCJE Z EICHMANNA]

Johann Chapoutot


Wyrzucanie katów poza nawias ludzkości zwalnia nas z zastanowienia się nad warunkami umożliwiającymi zbrodnię. Nad tym, co ułatwia produkcję Eichmannów. Z cyklu “Adam Michnik poleca”

.

Wielki ptak, nastroszony i wyblakły, w szklanej klatce. Pozornie nieśmiały, z łysiejącą czaszką i w zbyt dużych okularach, wygląda jak karykatura urzędnika, który zjawił się w budynku sądu w Jerozolimie 11 kwietnia 1961 r. Adolf Eichmann wstaje i siada na każde polecenie, zwraca się „Herr Präsident” do sędziego Landaua i uważnie przysłuchuje dyskusjom, o ile nie układa starannie swych papierów, spiętych w grube akta i leżących równo na stole.

Obraz jest rzeczywiście szokujący, tak w roku 1961, jak i pół wieku później: podczas gdy izraelska i światowa opinia publiczna spodziewa się potwora, modelowego „Herrenmenscha” z trupią czaszką, staje przed nią niepozorny gryzipiórek, szary, nieporadny człowiek, typowy urzędnik średniego stopnia bez charyzmy i bez wyrazu.

Wśród publiczności pewna filozofka jest pod szczególnym wrażeniem tego zjawiska: Hannah Arendt uczestniczy w kilku czerwcowych przesłuchaniach, po czym wraca do Stanów Zjednoczonych, by na podstawie zapisków z procesu zredagować artykuły dla „New Yorkera”, zebrane następnie w dziele, które na dziesięciolecia utrwali obraz Eichmanna.

Jej „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła” przedstawia człowieka, który czyni zło, ponieważ nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co robi. Arendt dostrzegła w Eichmannie – lub w tym, co pokazywał – potwierdzenie swego odczytania współczesnego świata. Podobnie jak Heidegger, jej dawny profesor i przyjaciel, interpretuje aktualne zjawiska społeczne (rozwój publicznych i prywatnych biurokracji, niszczącego świat i ludzi kapitalizmu, techniki) jako dzieło ludzkości, która nie myśli, wprawdzie kalkuluje środki do osiągnięcia swoich celów (jak robić?), lecz nigdy nie zastanawia się nad samymi celami (po co robić?) – zatem ludzkości, która robi, nie wiedząc tak naprawdę, co robi.

***

Eichmann staje się niespodziewanym empirycznym potwierdzeniem tej tezy: największa zbrodnia w historii ludzkości, która wymagała zastosowania znacznych środków logistycznych i przemysłowych, przeznaczanych zazwyczaj na produkcję i wymianę handlową, która wymagała racjonalnego i bezbłędnego planowania i koordynacji, została popełniona przez ludzi takich jak Eichmann, naczelny zawiadowca Shoah.

Nie byli źli – byli obojętni. Formaliści i służbiści, którym obca była wszelka myśl, procedują, decydują, organizują, nie pytając o ostateczny cel ich działań, czyli zabójstwo milionów osób: któż nie rozpoznaje w nich dyrektora HR czy pracownika prefektury rozstrzygających o losie jednostki z kalkulatorem czy pieczątką w ręce i przeprowadzających programy społeczne lub zwolnienia z doskonałym chłodem, owym całkowitym „brakiem wyobraźni” wytykanym przez filozofkę?

Sposób myślenia Arendt bierze się ze szlachetnych pobudek: wbrew tendencji do demonizowania nazistowskich zbrodniarzy Arendt zachęca, by zobaczyć w nich ludzi. Zacofani barbarzyńcy, krwiożerczy, dzicy, wściekli szaleńcy lub śmiercionośni antychryści, anioły absolutnego zła, potwory, w każdym razie całkiem inni niż zwykli ludzie – takie obrazy wyrzucają katów poza nawias ludzkości, by ich potępić lub wysławiać. Nie służy to historycznemu zrozumieniu zjawiska, gdyż przyznanie ich zbrodniom nieludzkiego charakteru radykalnie oddziela ich od nas i zwalnia nas z zastanowienia się nad warunkami umożliwiającymi zbrodnię – nazistowscy oprawcy nie obchodzą nas, gdyż nie należą do naszej ludzkości.

Arendt chce na powrót włączyć Eichmanna i jemu podobnych do wspólnoty ludzi po to właśnie, by zmusić ich do myślenia i zastanowienia się nad tym, co robi z normalnych, przeciętnych ludzi masowych zbrodniarzy. Hipoteza, jaką stawia, jest niezbyt pochlebna dla jej współczesnych: procesy edukacji i socjalizacji właściwe współczesnemu światu (przewaga kalkulacji nad myślą, nauk ścisłych i techniki nad wiedzą literacką, podział pracy i nadrzędność zysku…) produkują potencjalnych Eichmannów i skłaniają do zbrodni: oto Eichmann umieszczony w samym sercu nowoczesności urasta do symptomu, a nawet paradygmatu swojej (naszej) epoki i jej możliwości.

Ta paradoksalna teza stała się niemal obiegową prawdą, podtrzymywaną przez prace naukowe, np. Zygmunta Baumana („Nowoczesność i zagłada”), ilustrowaną przez filmy fabularne, jak „La Question humaine” Nicolasa Klotza (2007, w rolach głównych Mathieu Amalric i Michael Lonsdale), gdzie przeprowadza się analogię pomiędzy przemysłową zbrodnią nazistowską a zbrodniczym kapitalizmem programów społecznych, zwolnień i urzeczowienia człowieka, sprowadzonego do „zasobu” i podporządkowanego imperatywom zysku.

Wszystkie te refleksje są uprawnione i inspirujące, lecz w małym, zbyt małym stopniu dotyczą Eichmanna, którego obraz utrwalił się za sprawą sugestywnego tekstu Arendt: dokumenty telewizyjne i filmy takie jak „Specialista” Rony’ego Braumana i Eyala Sivana z 1999 r. posługują się nagraniami z procesu w Jerozolimie, montują je, pokazują i interpretują tak, by zobaczyć w nich to, co zobaczyła Arendt, powielając w nieskończoność, dla kolejnych pokoleń, obraz zbrodniarza z aktami. Ale jest to właśnie tylko obraz.

Adolf Eichmann wydaje się sprytnym reżyserem własnej przeciętności, dobrym aktorem, który potrafił odegrać wyświechtane stereotypy i wykorzystać we własnej obronie przerysowany obraz siebie jako ciężko pracującego, niegroźnego biedaka.

Niewykluczone, że szok spowodowany porwaniem go przez Mosad, więzieniem, przesłuchaniem, a następnie procesem, a także strach przed możliwym fatalnym końcem zmieniły charakter Eichmanna w momencie, kiedy zostaje postawiony przed sądem. Jednakże skromny, wycofany i uniżony człowiek stojący przed sędziami i kamerami w niczym nie przypomina – zakładając, że jego zmiana jest autentyczna – dosyć pewnego siebie, czasami porywczego mężczyzny, jakiego opisują świadkowie i dawni „Kameraden”.

Eichmann nie jest żałosnym introwertykiem, lecz dumnym oficerem, który w czasach świetności czerpał przyjemność ze sprawowania władzy: w poświęconej mu doskonałej biografii „Eichmann. Jego życie i zbrodnia” (wydanie polskie Replika, przeł. Jacek Lang) jej autor David Cesarani przypomina liczne epizody, w których Eichmann to wyniosły, pogardliwy, wybuchowy, z natury próżny karierowicz, gotowy piąć się po szczeblach hierarchii i służyć nazistowskiej sprawie, w którą wierzy. Jako emigrant w Argentynie zachowuje swój władczy ton i przy każdej okazji chwali się przeszłą działalnością i stanowiskami, chcąc prawdopodobnie zrekompensować sobie nieudany nowy start i deklasację społeczną, jakiej nie zaznała większość jego dawnych kolegów.

Dosłowne rozumienie tego, co mówi i pokazuje Eichmann w czasie przesłuchań i procesu, jest więc błędną perspektywą i metodą, gdyż w Jerozolimie oskarżony walczy o życie i broni się, jak może. Wobec oskarżeń najprościej przedstawić siebie jako trybik, podwładnego, pomocnika, w żadnym razie nie jako mózg; jako posłusznego urzędnika, w żadnym razie nie jako inicjatora; jako naśladowcę raczej biernego aniżeli czynnego. Nie może być mowy o przekonaniu czy motywacji – Eichmann był posłuszny.

***

Oskarżony wspaniale odgrywa wygodne dla siebie stereotypy. Poczynając od wyglądu wielkiego, nieporadnego intelektualisty, który nie ma w sobie nic z fanatycznego i okrutnego zbrodniarza, a w tym pierwszym w historii transmitowanym przez telewizję procesie wygląd się liczy. Poza tym Eichmann uparcie wykorzystuje obiegowe żarty na temat Niemców, wszystkie te komunały o pruskim militaryzmie, ślepym posłuszeństwie, „Jawohl!” wykrzykiwanym ze stuknięciem obcasów. Eichmann wie, że te przesądy wpisują się w oczekiwania publiczności, i chce być ich archetypicznym potwierdzeniem, by otworzyć sobie drogę do innego niż kara śmierci końca.

Eichmann utrzymuje, że niegdyś był maszyną do przyjmowania i wykonywania rozkazów, lecz wyciągnął z tego wnioski i w przyszłości nie popełni już podobnego błędu. Zeznaje więc we wstępnym przesłuchaniu prowadzonym przez izraelskiego policjanta,Awnera Lessa, do którego zawsze zwraca się „Herr Hauptmann”, jakby podkreślał swój habitus wiecznego podwładnego:

„Byłem posłuszny, to wszystko. Byłbym posłuszny każdemu rozkazowi. Byłem posłuszny, to prawda, no tak, byłem posłuszny (…). Przysięga to przysięga. [Eichmann mówi tutaj o przysiędze bezwarunkowego posłuszeństwa wymaganej od każdego, kto wstępował do SS]. Wtedy byłem ślepo posłuszny przysiędze. Dzisiaj to skończone, nie złożyłbym już przysięgi (…). Odmówiłbym z powodów moralnych. Bo już wiem, co to przysięga” (Jochen von Lang, „Das Eichmann-Protokoll. Tonbandaufzeichnungen der israelischen Verhöre”, Berlin 1982).

Podczas procesu Eichmann trzyma się, bez odstępstw, tej linii, schlebiając przesądom publiczności i starając się jak najlepiej wcielić w model niemieckiego „Unteroffiziera”: „Przez całe życie byłem przyzwyczajony do posłuszeństwa, od kolebki do 8 maja 1945 r.”. Odmawia przyznania się do jakiejkolwiek aktywnej motywacji ideologicznej – to wyłącznie autorytarna kultura, w której był zanurzony, uczyniła z niego bierny przedmiot czegoś, co go przerastało. Sugeruje więc, że jego ideologia nie była motywem, wręcz przeciwnie, to alibi, a przynajmniej okoliczność łagodząca. Podczas procesu odpowiada zatem sędziemu Halewiemu:

„To kwestia ludzkiego postępowania… Jest to też związane z epoką, jak mi się wydaje, z epoką, z edukacją, to znaczy z edukacją ideologiczną, z autorytarnym wychowaniem i z tym wszystkim”.

Eichmann nie wyjaśnia „tego wszystkiego”, a szkoda, bo gdy izraelski policjant Awner Less we wstępnym przesłuchaniu przypomina mu jego wypowiedź z 1945 r., która padła w momencie klęski, że „pójdzie do grobu ze śmiechem, bo myśl, że ma na sumieniu 5 milionów zabitych, niezmiernie go cieszy”, Eichmann wpada w panikę i udziela urywanej, nieskładnej i mało przekonującej odpowiedzi: „Ależ nie, nie, ależ nie, Herr Hauptmann”.

(Awner zacytował wypowiedź przytoczoną przez Dietera Wisliceny’ego, Hauptsturmführera SS, asystenta Eichmanna i świadka w procesach norymberskich, do jego egzekucji w 1948 r.).

To fakt: Eichmann zaprzecza wszelkiemu ideowemu zaangażowaniu, wszelkiemu udziałowi z przekonania w zadaniu, jakim była realizacja Shoah, wszelkiej aprobacie dla projektu. Czy czytał „Mein Kampf”? – pyta go Less. „Nie w całości i niezbyt uważnie”. W każdym razie nie jest antysemitą, a w nazizmie interesowały go „praca i chleb, i koniec niewolnictwa” Niemiec. Jednak mówiąc o „niewolnictwie”, Eichmann posługuje się bezkrytycznie nazistowskim terminem („Knechtschaft”,), który określa międzynarodową sytuację Niemiec zniewolonych przez „Diktat” wersalski, przygniecionych reparacjami i pozbawionych równych praw („Gleichberechtigung”) z powodu statusu wiecznego pokonanego. Pomimo samokontroli, którą sobie narzuca, nazistowski język jest wciąż jeszcze żywy w dawnym esesmanie, jak np. wtedy, gdy mówi o „Reichsführerze-SS, to znaczy, chciałem powiedzieć, Himmlerze – ciągle używam starej formuły »Reichsführer«, chociaż od dawna jej nie uznaję”.

Awner Less, niemiecki Żyd świetnie obeznany z nazizmem, nie daje się nabrać. Wiedząc, czym była nazistowska kultura żywiona lękiem i eschatologiczną nadzieją, rzuca brutalnie Eichmannowi:

„Less: A więc musiał pan uważać, że uratowanie narodu niemieckiego wymagało eksterminacji Żydów.

Eichmann: Herr Hauptmann, nigdy nie mieliśmy tego rodzaju myśli, naprawdę nigdy. Wydawano nam rozkazy, a my te rozkazy wykonywaliśmy. Kiedy dostaję rozkaz, nie mogę go interpretować, a kiedy wydaję rozkaz, mam zakaz uzasadniania go. Dostaję rozkaz i jestem mu posłuszny”.

Eichmann zasłania się swoją ulubioną wymówką i rozwodzi nad ideą rozkazu i zasadą podporządkowania. Nie wychodząc do końca ze swej roli, posuwa się nawet do stwierdzenia, że gdyby rozkazano mu zabić własnego ojca, zrobiłby to. Horyzont umysłowy Eichmanna jest wyznaczony, jeśli mu wierzyć, przez daszek jego czapki: „Jedyne, co znaliśmy, to posłuszeństwo rozkazom; byliśmy związani przysięgą”. Nieposłuszeństwo było nie do pomyślenia: jedynym możliwym wyborem byłoby „wyciągnięcie pistoletu i samobójstwo”.

Oto jak przedstawia się Eichmann sędziom, którzy go przesłuchują, i publiczności: grając stereotypami, stara się dostosować do wyobrażeń odmiennych od nazistowskiego potwora, twierdząc, że był tylko ograniczonym oficerem o zmyśle krytycznym stępionym przez autorytarne wychowanie i przymus dotrzymania przysięgi posłuszeństwa. Cliché posłusznego Niemca, mieszanki ograniczonego adiutanta ze sztywnym pruskim urzędnikiem, czyni tę obronę wiarygodną i pozwala mu wykreować swój image.

***

Niemniej Eichmann wypowiada się w ten sposób i zachowuje w niesprzyjających okolicznościach, gdy musi grać o życie. W innych kontekstach jawi się jako zupełnie inna osoba. David Cesarani interesuje się np. notatkami na marginesach książek czytanych przez Eichmanna na argentyńskim wygnaniu, z których dowiadujemy się, że „pozostał nieprzejednanym faszystą”. Zaatakował niemieckiego antyfaszystę, grzmiąc, że „przez takie świnie przegrana w wojnie była nieuchronna”.

Cesarani wspomina o innym źródle, z którego jednak nie korzysta i którego nie komentuje: o rozmowach Eichmanna z Willemem Sassenem, byłym holenderskim wolontariuszem Waffen-SS, przedstawionym mu przez przyjaciela Ottona Skorzeny’ego. Sassen zamierzał zebrać świadectwa odpowiedzialnych za Shoah, by opublikować je w książce o „ostatecznym rozwiązaniu”, która, jak liczył, przyniosłaby mu mnóstwo pieniędzy. Stąd w Buenos Aires między 1956 a 1957 r. przeprowadzone zostały wielogodzinne rozmowy zarejestrowane na 67 taśmach magnetofonowych, przepisanych na 695 stronach.

Historycy, oprócz nielicznych wyjątków, nie interesowali się tymi taśmami, tymczasem dają one doskonały wgląd w umysłowe uniwersum SS Eichmanna. Niemiecka telewizja ARD poświęciła im wybitny film „Eichmanns Ende”, z Ulrichem Tukurem w roli Sassena i zdumiewającym Herbertem Knaupem jako Eichmannem (2010, w reżyserii Raymonda Leya).

Słuchając tych taśm, dochodzimy do wniosku, że krzepiąca, przyjacielska zażyłość pozwala odkryć zupełnie innego Eichmanna niż ten, który gra o życie w Jerozolimie: w towarzystwie dawnego „Kamerad”, przy dobrym winie, najczęściej w domu Willema Sassena, Eichmann rozluźnia się i otwiera, nie siląc się na jakąkolwiek rolę. Są pewne punkty wspólne między tym, co mówi w Jerozolimie i w Buenos Aires: w obu przypadkach wyznaje, że konfrontacja z fizyczną rzeczywistością zbrodni była dla niego wstrząsem.

Awnerowi Lessowi zwierza się ze swojego uwrażliwienia na widok krwi i niedobrego samopoczucia zawsze, gdy przyglądał się mordowaniu: „Zwalało [mnie] to z nóg”. Swoim kompanom w Argentynie mówi podobnie: nadzorując masakrę w terenie, wzrusza się zabiciem dziecka, którego mózg zaplamił mu płaszcz. Ucieka do samochodu, żeby się upić: „Piłem. Musiałem się upić. Myślałem o moich własnych dzieciach. Wtedy miałem dwójkę. I myślałem o absurdalności życia”.

Bezpośrednie doświadczenie morderstwa, lecz na pewno także zmęczenie akcją budzą w nim empatię: żydowskie dziecko zabite na jego oczach przypomina mu własne dzieci. Eichmann powie Awnerowi Lessowi, że nie ma nic przeciwko Żydom jako osobom i że jest w stanie poczuć się wzruszony ich indywidualnym losem. O ile w mikroskali jednostki może okazać empatię i pozwolić sobie na współczucie wypływające z identyfikacji, o tyle w makroskali narodu i wielkich liczb z przekonaniem wykonuje swoje ludobójcze zadanie: w istocie, wywiady Sassena odkrywają ni mniej, ni więcej tylko masowego zabójcę z przekonania, który w pełni uwewnętrznił nazistowskie cele i ich uzasadnienie.

Powtarzając to, co według Dietera Wisliceny’ego powiedział swoim podwładnym w 1945 r., Eichmann oświadcza w 1957: „Umrę z radością, zabierając ze sobą 5 milionów wrogów Rzeszy”. Sassenowi, który pyta go, dlaczego mówi o „wrogach Rzeszy”, Eichmann odpowiada, nie odpowiadając; do tego stopnia słowa „Żyd” i „wróg” wydają mu się tożsame: „Tak, powiedziałem »wrogów Rzeszy«. Słowa »wrogowie Rzeszy« były dla mnie tym, czym słowo »diabeł” dla księdza lub pastora”.

Interesujące, wręcz przerażające w tym, co odsłania z podwalin czy wzorców kulturowych nazizmu, porównanie między Żydem a diabłem i między esesmanem a księdzem powinno stać się przedmiotem pogłębionego komentarza, ale zostańmy przy terminie „wróg”, który wskazuje, że Eichmann nie MORDUJE, lecz ZWALCZA, że SS nie jest związkiem MORDERCÓW, lecz armią złożoną z ŻOŁNIERZY. Esesman zabijający dziecko byłby więc regularnym bojownikiem? Obiektywnie – zewnętrzny obserwator protestuje, lecz subiektywnie – Eichmann nalega i dowodzi dalej: 5 milionów zabitych to zbyt mało, bo wciąż są Żydzi. Misja nie została wypełniona:

„Gdyby na 10 milionów 300 tysięcy Żydów policzonych przez Korherra [Richard, statystyk SS] udało nam się zabić 10 milionów 300 tysięcy, byłbym zadowolony i dzisiaj powiedziałbym: »Brawo, zniszczyliśmy wroga«„ (wywiady Sassena, 1957).

Tylko zabicie wszystkich Żydów ujętych w statystykach SS zadowoliłoby Eichmanna, dałoby mu satysfakcję z wypełnionej „misji” („Aufgabe”): „Spełnilibyśmy misję wobec naszej krwi i naszego narodu”. To, co gnębi go w 1957 r., to żal, że nie doprowadził do końca tego zadania: „Mogłem zrobić więcej, powinienem był zrobić więcej”. Jak nie wierzyć Eichmannowi, kiedy mówi: „Byłem sumiennym biurokratą, z pewnością (…). Lecz tego sumiennego biurokraty nie da się oddzielić od fanatycznego bojownika za wolność swojej krwi i rasy”?

Zatem żołnierz, i to żołnierz „fanatyczny”, jak precyzuje, posługując się przymiotnikiem drogim nazistom i w ich ustach pozytywnym, gdyż oznacza niczym niezachwiane przekonanie ideologiczne, żarliwą wiarę w zasady i cele Rzeszy, która od 1941 r. utrzymuje, że prowadzi ostatnią z wojen, wojnę eksterminacyjną mającą na zawsze uwolnić rasę nordycko-germańską od zagrożenia, jakie od tysięcy lat stwarza dla niej żydowski wróg.

Eichmann bez reszty przynależy do psychotycznej, pełnej lęku kultury, którą naziści propagują, by nadać sens swym ludobójczym działaniom: wojna eksterminacyjna prowadzona przez nazistów jest wojną eschatologiczną, która położy kres „6 tysiącom lat wojny rasowej”, jak można przeczytać w ideologicznych broszurach SS.

***

W nazistowskim dyskursie zarówno tocząca się, jak i poprzednia wojna są dziełem Żydów, rasy kłótliwej, nomadycznej, destrukcyjnej, która dąży do zniszczenia Niemiec i unicestwienia rasy nordyckiej. W przemówieniu wygłoszonym w Reichstagu 30 stycznia 1939 r., w rocznicę swojego dojścia do władzy, Hitler publicznie podaje obowiązującą interpretację przyszłych wydarzeń:

„Gdyby międzynarodowe żydostwo z całego świata zdołało raz jeszcze pogrążyć nasze narody w wojnie światowej, skutkiem nie byłaby bolszewizacja globu i zwycięstwo Żydów, lecz eksterminacja rasy żydowskiej w Europie”.

Eichmann w latach 1956-57 nie odstępuje od tego przekonania i nie odwraca się od tej kultury: jest żołnierzem, który walczył za zbawienie Niemiec. Konieczność całkowitego fizycznego wyeliminowania Żydów uzmysłowił sobie dopiero wtedy, gdy wypowiedziano Niemcom wojnę. Czego dowodem, mówi Sassenowi, jest to, że przedtem zajmował się wyłącznie wysyłaniem Żydów na emigrację poza Europę: „W 1937 r. nasz naród i nasze Państwo nie znajdowały się jeszcze w stanie klęski”, zagrożenia życia, jakie niesie otwarta wojna. Potem wszystko się zmieniło, przyszła wojna, a wojna ta była dziełem Żydów.

Niektóre pytania o zasadność całkowitej eksterminacji wprawiają go w złość: „Walczyłeś pan kiedyś na froncie, sukinsynu?”, jak gdyby on sam był zasłużonym weteranem – chyba żeby uznać za czyn wojenny jego własną działalność, cokolwiek robił. Kiedy pyta się go, co np. mieli z tym wszystkim wspólnego greccy Żydzi, deportowani i zamordowani co do jednego, Eichmann w rozmowie nalega:

„Oni [Żydzi] wypowiedzieli nam wojnę. Wypowiedzieli nam wojnę totalną (…). Każdy wróg, który wypowiedział wojnę mnie, mojemu narodowi, musiał być zniszczony. Niech pan spyta starożytnego Germanina, niech pan spyta Fryderyka Wielkiego. To w ten sposób Niemcy osiągnęły wielkość”.

Można by pomyśleć, że są to teksty z ideologicznych materiałów szkoleniowych („Weltanschauliche Schulung”) SS: od zarania dziejów Niemcy prowadzą śmiertelną walkę z wrogiem rasowym, który nie zmienił się od germańskiej prehistorii, poprzez Prusy Fryderyka II, aż do Hitlera. Najwyższy czas, by skończyć z tym zagrożeniem ciążącym nad życiem rasy, zwłaszcza że, jak dowiodła Wielka Wojna, Żydzi przeszli do „wojny totalnej”, wojny eksterminacyjnej przeciwko narodowi niemieckiemu. Dowodem na to, mówi Eichmann, są bombardowania niewinnych cywilów, jakich dokonują w niemieckich miastach alianci, instrumentalizowani przez Żydów:

„Po bombardowaniach Berlina powiedziałem sobie: »Führer miał rację, zabijając te psy«. Gdyby widział pan ten koszmar! [Mordowano] naszą krew, nasze dzieci, mnie samego!” (wywiady Sassena).

Można by pomyśleć, że te wypowiedzi to próba uzasadnienia a posteriori, ale nie: nazistowska kultura to kultura wojny rasowej i alianckie bombardowania niemieckich miast potwierdzają, w nazistowskiej optyce, ideologiczne uprzedzenia, które dyktują odczytanie historii w dłuższej perspektywie i wywody Eichmanna o „wojnie żydowskiej”.

Doskonale zgadza się on z jednym ze swych kolegów z SS, komendantem Auschwitz-Birkenau Rudolfem Hössem. W tekście napisanym w więzieniu, w którym w pełni potwierdza swoją wierność narodowemu socjalizmowi, Höss relacjonuje takie samo traumatyczne przeżycie ze schronu przeciwlotniczego, to nagromadzenie ciał i twarzy zniekształconych strachem, ten lęk ludzi skulonych, przerażonych śmiercią, trzęsących się wraz ze ścianami w rytmie bomb: Höss „obserwował twarze i zachowanie się w publicznych schronach przeciwlotniczych, w indywidualnych schronach domowych”, widział, jak kobiety „cisnęły się do siebie, szukały pomocy u mężczyzn, gdy cały budynek się chwiał” od bomb.

Te stłoczone ciała, to poddanie się przerażeniu przypominają coś innego: coś, co Lagerkommandant Höss i sam Eichmann mogli zobaczyć przez wizjer komór gazowych w Birkenau.

(„Autobiografia Rudolfa Hössa, komendanta obozu oświęcimskiego”, przeł. Wiesław Grzymski, Wydawnictwo Prawnicze, Warszawa 1990).

Porównanie jednego traumatycznego przeżycia z drugim, strachu niemieckich cywilów z przerażeniem ofiar mordowanych gazem, jest oczywiste. W obu przypadkach, jak przekonuje się Höss, chodzi o wojnę: nie, SS nie jest zwykłą „bojówką”, lecz „takimi samymi żołnierzami jak trzy pozostałe części składowe Wehrmachtu”.

Zrównanie pilota zrzucającego bomby na niemiecką ludność cywilną i esesmana uczestniczącego w masowym mordzie jest całkowite: czy „dowódca eskadry”, który ma zbombardować miasto, mógłby nie wykonać rozkazu, argumentując, że „bomby będą zabijać głównie kobiety i dzieci? Z pewnością postawiono by go przed sądem wojennym (…). Jestem jednak zdania, że obie sytuacje można ze sobą porównać. Byłem tak samo żołnierzem, oficerem jak ów lotnik” („Autobiografia…”).

***

Po jerozolimskim procesie z 1961 r. pozostała kategoria, której Eichmann wydawał się skończonym ucieleśnieniem: „Schreibtischtäter”, biurowy przestępca, odgrodzony od konsekwencji swych decyzji, a zatem nieświadomy zbrodni, którą popełnia. Sam Eichmann starał się tak przedstawiać, myśląc przez jakiś czas, że uda mu się uniknąć kary śmierci.

Jednak źródła inne niż procesowe odkrywają Eichmanna jako „Weltanschaungstäter” lub „Überzeugungstäter”, przestępcę z przekonania ideologicznego, bojownika w wojnie ras, z której Niemcy muszą wyjść zwycięskie. To, co mówi jako wolny człowiek w Buenos Aires, jest bardziej wiarygodne niż to, co stara się wmówić jako więzień w Jerozolimie: „skrupulatny biurokrata” był po prostu, jak sam twierdzi, „fanatycznym bojownikiem”, „walczącym za wolność swojej krwi i rasy”.


Johann Chapoutot – ur. w 1978 r., historyk francuski. Zajmuje się przede wszystkim najnowszą historią Niemiec i historią narodowego socjalizmu. Tekst to rozdział jego książki „Nazistowska rewolucja kulturalna”, wyd. polskie w przekładzie Urszuli Kropiwiec: Universitas, seria „Poleca Adam Michnik”, Kraków 2020. Tytuł – „Wyborcza”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Latest IHRA Antisemitism Scandal Is a Warning to UK Jews

The Latest IHRA Antisemitism Scandal Is a Warning to UK Jews

Joseph Mintz


University College London School of Slavonic and East European Studies. Photo: Ethan Doyle White via Wikimedia Commons.

British Jews are not traditionally known for their activism. They usually keep their heads down, and avoid making too much of a fuss in public on issues of concern to the community.

But there was a marked and well-known departure from that approach, when it became clear that Jeremy Corbyn’s election as leader of the Labour Party had led to that great party being infected by the antisemitism so long associated with the hard left.

One of the high points in the community raising its head “above the parapet” was an unprecedented mass demonstration in parliament square in 2018, which was attended by over 1,500 people. This activism was associated with real fear, particularly as we approached the 2019 general election and the possibility that Corbyn would lead the country. I remember feeling this visceral dread myself — that a country that had always been a safe haven for Jewish life might change to one where antisemitism would be ensconced in the heart of government.

But Corbyn was defeated, and the mainstream Jewish community breathed a sigh of relief.

Then, in late 2020, came the publication of the report by the Equality and Human Rights Commission (EHRC) about antisemitism in the Labour Party. It set out for everyone, in black and white, how Labour had permitted anti-Jewish racism to run rife, including the left’s hatred of Israel as a representation of Jews in general.

So when Keir Starmer, the new Labour leader, started putting his party back on the road to respectability (although, of course, we never forgot how he campaigned to help make Corbyn leader), the hard left started leaving.

Where did they go? Well, many went back to where they came from: academia.

Universities in the UK and the US have for many decades been one of the strongholds of the far left, featuring a regular exchange of ideas, theories, and activists with hard left politics. In particular, the University and College Union (UCU), the dominant trade union in UK academia, has had a long history of deep and ingrained anti-Zionism.

Of course, when it had become clear how Labour was tolerating anti-Jewish prejudice, there were no voices of concern from the academy (and certainly none from the union). No one started a campaign or added pithy expressions of anti-racist concern about Jews to their email signature. There was just silence — followed by more silence when the EHRC report was published.

It’s not difficult to see why this happened. It goes like this: Jews are rich and look white, and as such, in a worldview predicated on a hierarchy of identity, Jews can’t really be the object of persecution and instead must be oppressors themselves. The state of Israel, which has the impudence to have a strong army and to protect itself, must be a force of white colonialism, rather than the result of a downtrodden people’s reaching for national self-determination.

It is through this warped prism of a hierarchy of oppression, that it becomes so easy for the elision of the hard left’s anti-Zionism with anti-Jewish racism to occur.

This is the background to the call by my university’s academic board at University College London (UCL) — which consists mostly of the professoriate across UCL, and whose role is to advise the UCL Council, the key decision-making body, on academic affairs — in February 2021 to retract the original adoption, in 2019, of the IHRA definition of antisemitism.

This reversal occurred after extensive lobbying by the UCL UCU, and by some academics in the UCL Department of Hebrew and Jewish Studies with strongly anti-Zionist perspectives. I looked at those documents from the UCU, marveled at the hours and hours of work they must have taken, and pondered why no other issue, say the persecution of Uighur Muslims by the Chinese Communist Party, provoked their wrath to the same vast extent.

Reading it, I also shuddered with an echo of the fear I had felt when Corbyn came close to power. He too had Jews on the hard left cheerleading for him. But their minority posturing did not assuage the fears of the mainstream Jewish community. Of course, many of those same Jews were and are to be found in the academy, and they are entitled to their views as they continue to join with their hard left brethren in presenting us with their claims of pristine anti-racist credentials.

They claim that this controversy is all just a plot to silence criticism of Israel. But tell that to the Jewish students on campus who wonder why their university might become the first UK institution to retract the IHRA definition. And then ask them if they feel the fear, within the four walls of UCL, that we all felt when the hard left came within shouting distance of taking over the country.


Joseph Mintz is an Associate Professor (and not a member of the academic board, but currently a member of UCU) at UCL Institute of Education.  


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Report: Security Officials Expect More Iranian Attacks on Israeli Ships, Believe IRGC Wants to Avenge Soleimani

Report: Security Officials Expect More Iranian Attacks on Israeli Ships, Believe IRGC Wants to Avenge Soleimani

Benjamin Kerstein


A computer animated reconstruction of the attack on the Israeli-owned vessel Helios Ray. Photo: Reuters Marketplace – StockANI Video.

Israel’s security establishment believes Iran will attempt more attacks like Friday’s explosion on an Israeli-owned ship in the Gulf of Oman, and that Israel will have to retaliate.

Israeli news site Walla reported Sunday that security officials have concluded that Friday’s attack was intended as a warning. The attackers “did not intend to sink” the ship, one said, “but rather to tell Israel about their future intentions.” Further attacks are expected to be attempted in the Red Sea and Persian Gulf.

The security establishment now believes that Iran’s Islamic Revolutionary Guards Corps (IRGC)’s naval force attacked the ship in order to avenge the US assassination of the late IRGC head Qassem Soleimani, as well as the killing of top nuclear scientist Mohsen Fakhrizadeh, in what is believed to have been an Israeli operation. The ranks of the IRGC are apparently in a state of ferment due to Soleimani’s assassination.

The security establishment is apparently determined to respond if its assessment proves correct.

“Israel cannot be restrained over the incident,” a senior official said. “This is a very serious operation.”

Also on Sunday, IDF Chief of Staff Aviv Kochavi addressed the attack, saying it demonstrated the extent of the Iranian threat.

“Just this past weekend,” he said, “we received a reminder … of one of the biggest threats in the region, Iran.”

“We received a reminder that Iran not only poses a nuclear threat, but spreads terrorism and conducts terrorist attacks against civilian targets,” Kochavi asserted.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com