Archive | March 2021

TV7 Israel News

TV7 Israel News

TV7 Israel News


1) French President Emmanuel Macron scolds Iran amid slow progress on nuclear talks.
2) Hezbollah urged its domestic rivals to avoid foreign actors from driving Lebanon into civil war.
3) The Iranian-backed Houthis in Yemen conduct yet another cross-border attack against Saudi Arabia


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Rosja musi istnieć jako imperium. Tylko tak ochroni świat przed “zachodnim Antychrystem”

S. V. Iwanow ‘Wielki suweren, car i samowładca całej Rosji’. Fragment publikacji I. N. Knebela ‘Obrazy o historii Rosji’ (1908 r.) (Fot. Wikimedia Commons)


Rosja musi istnieć jako imperium. Tylko tak ochroni świat przed “zachodnim Antychrystem”

Marian Broda


W Rosji do połowy XVI w. nie używano pojęcia “imperator”. Nową fazę zapoczątkował Iwan IV, który w akcie koronacyjnym został nazwany “Panem wszystkich chrześcijan od Wschodu do Zachodu i do oceanów”. Misja zbawienia ludzkości przez Rosję trwa już kilkaset lat. Fragment książki Mariana Brody “Pytać o Putina – pytać o Rosję”.

.

Jak diagnozowali i objaśniali w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku rosyjscy badacze (…) podstawowym procesem dziejotwórczym Rosji ostatnich stuleci pozostaje wewnętrzna i zewnętrzna ekspansja władzy, a jego podstawowym rytmem – następujące po sobie przejawy jej kolejnych wzlotów i upadków. Zdaniem Jurija Afanasjewa dzieje się tak już od początku ukształtowania się charakteru rosyjskiej państwowości (…):

„Od czasu, gdy Moskwa w XV w. wybrała drogę budowania prawosławnego imperium, priorytetem kraju na następne 500 lat stała się zewnętrzna ekspansja terytorialna, nie zaś porządkowanie przestrzeni wewnętrznej. A ponieważ imperium dźwigano od zawsze, opierając się na ubogiej gospodarce, kierunek ogólnego rozwoju ustalił się jako ruch od wolności do zniewolenia”.

W następstwie powyższego, wskazywał już kilkadziesiąt lat wcześniej Georgij Fiedotow: „Cały proces historycznego rozwoju na Rusi stał się odwrotnym do zachodnioeuropejskiego:

był to rozwój od wolności do niewoli, [która] była podyktowana nie przez kaprys władców, a przez nowe zadanie narodowe: stworzenie imperium na ubogiej bazie ekonomicznej.

Tylko poprzez krańcową i powszechną koncentrację sił, żelazną dyscyplinę, straszliwe ofiary mogło istnieć to biedne, barbarzyńskie, bez końca rozrastające się państwo”.

Święte granice Rosji

W przekonaniu podobnie myślących osób nie działo się tak przypadkiem – rozpatrywany sposób istnienia-funkcjonowania systemu i prowadzona w jego duchu polityka zagraniczna powodowały bowiem – nadal powodują – ustawiczną niemal konfrontację kremlowskiej władzy i państwa rosyjskiego w ogóle, w ich różnych, kolejnych wcieleniach-metamorfozach, z innymi podmiotami i siłami politycznymi. W sytuacji spotęgowanych konfliktów z owymi innymi i generowanych przez nie zagrożeń nasila się potrzeba wewnętrznej mobilizacji i kontroli, obejmującej możliwie wszystkie aspekty zbiorowego życia. Jak objaśniał sprawę Igor Jakowienko: „ekstensywna dominanta jest zawsze związana z przemocą – nad przyrodą, nad ludźmi, nad sąsiadami, albowiem wciąganie wciąż nowych i nowych zasobów jest bez przemocy niemożliwe”.

Niezmienność owego kierunku i charakteru rozwoju, pojmowanego jednocześnie jako najważniejsze zadanie narodowe, określa wciąż – diagnozował Jurij Afanasjew – podstawowe cechy specyfiki rosyjskiej, a w szczególności prymat państwa i zniewolenie osoby ludzkiej. Zastąpienie carskiego imperium przez imperium sowieckie nie zmieniło, a przeciwnie radykalnie zaostrzyło charakter dotychczasowej sytuacji, w ramach której – konstatował rosyjski historyk Wasilij Kluczewski – „Państwo puchło, a ludzie maleli”. Diagnozując, że „Historia Rosji to historia kraju kolonizowanego”, uzasadniał on zarazem rosyjską ekspansję od Bałtyku do Oceanu Spokojnego dążeniem do „granic naturalnych”. (…)

Mapa Imperium Rosyjskiego (1914 r.) Fot. Wikimedia Commons

Im rozleglejsze były granice, tym bardziej pilna i aktualna stawała się konieczność ich obrony, środek do niej widziano w podboju następnych sąsiadów, co generowało eskalację prób kolejnych podbojów i ich legitymizacji. Dla przykładu, uzasadniając konieczność sowieckiej interwencji w Afganistanie, ówczesny sekretarz generalny KPZR, Jurij Andropow oświadczył po prostu: „Granice naszej Ojczyzny są święte i nienaruszalne”.

Święta ziemia, czyli Rosja zbawi ludzkość

Archetypową, ulegającą później rozmaitym ideologicznym metamorfozom, wersją legitymizacji moskiewskiej-rosyjskiej ekspansji stała się „idea religijnego zbawienia siebie i całej ludzkości”, zjednoczonej w formie chrześcijańskiego królestwa-cesarstwa, wymagającego od swych nosicieli ofiar, wyrzeczeń i poświęceń dla uchronienia-zachowania świętej wiary. Określała ona „z góry szczególny status i ducha rosyjskiego imperium”, który charakteryzowały „opieka i paternalizm, a nie podbój i panowanie” nad innymi narodami. W następstwie powyższego:

„Nawet tak prozaiczna rzecz jak przyrastanie terytorialnych posiadłości Rosji pojmowane było jako rozszerzanie się «świętej ziemi» […]. Główna misja państwa polegała na tym, żeby «osłonić», obronić zebrane narody od wpływu Antychrysta […]. I dlatego samo państwo rosyjskie występowało w roli zbawcy [spasitiela], a nie zaborcy, nierzadko poświęcając swoje bogactwo, skłonne raczej oddawać niż zabierać”. (…)

W postsowieckiej Rosji podobne podejście w karykaturalnie zdeformowanej wersji pojawiło się explicite w głoszonej przez Władimira Żyrinowskiego koncepcji „ochrony białej rasy”. Nie brakowało również innych, bardziej tradycyjnie rosyjskich, uzasadnień sprawy.

Zwolennicy imperium chętnie podkreślali – podkreślają – że jest ono potrzebne wielu narodom nierosyjskim, niezdolnym do utrzymania własnego państwa i bezbronnym wobec działań amerykańskiego „kolonializmu”;

wskazywali – wskazują – na uzasadniającą rosyjską ingerencję konieczność obrony swoich interesów i rosyjskiej ludności na obszarze „bliskiej zagranicy”, obejmującej dawne republiki związkowe. W podobnym duchu, zauważmy, aneksję Krymu i rosyjską ingerencję na Ukrainie Władimir Putin uzasadniał m.in. obroną praw zamieszkującej tam ludności rosyjskiej i rosyjskojęzycznej. W wypowiedziach prezydenta pojawił się inny jeszcze symptomatyczny argument – gdy dla podkreślenia szczególnego, sakralnego znaczenia Krymu dla Rosji i, w konsekwencji, racji jego włączenia w granice Federacji Rosyjskiej, wskazał, że właśnie tam ochrzczony został w roku 988 książę Włodzimierz.

Należy pamiętać, że cały szereg podstawowych wyznaczników rosyjskiej tożsamości przetrwał panowanie nie tylko Piotra I, ale również – mimo wszystkich metamorfoz i modyfikacji – upadek przedrewolucyjnego państwa w roku 1917 i rozkład sowieckiego imperium w roku 1991. (…) Przez całe stulecia, posłużymy się tu słowami amerykańskiego rosjoznawcy, Jamesa Billingtona, „Rosja była jednoczona i prowadzona przez samodzierżawnych władców, opierających się na wielkich siłach wojskowo-policyjnych i ogromnym aparacie biurokratycznym. Scentralizowana i w praktyce nieograniczona władza legitymizowała się za pomocą instytucji ideologicznych (prawosławna cerkiew, komunistyczna partia), roszczenia których wychodziły poza tradycyjne granice etniczne i językowe; władcę obdarzały one atrybutami boskości. Wszystko to czyniło Rosję na przestrzeni wielkiej części jej historii podobną prędzej do imperium starożytnego świata niż do współczesnego państwa narodowego”. (…)

Pierwszy imperator Rosji

W słownikowym znaczeniu imperium to „wielkie państwo, podporządkowujące sobie inne kraje dzięki swej sile militarnej i gospodarczej”. Historycznie rzecz ujmując, pojęcie „imperium” wiąże się z pojęciem „imperatora”. „W starożytnym Rzymie tytuł imperatora otrzymywał zwycięski wódz”, później tytuł ten był używany przez cesarzy rzymskich i miał znaczenie prawno-ustrojowe”. Niektórzy z nich „otrzymywali dodatkowy tytuł «pomnożyciela państwa» lub «Ojca Ojczyzny», a jego nosicielowi oddawano boską cześć. W średniowieczu tytuł imperatora nosili świeccy władcy utożsamiani z cesarzami rzymskimi i dążący do stworzenia wielkiego państwa (imperium) drogą podbojów”.

‘Iwan Groźny pokazując swoje skarby Jerome Horsey’ obraz namalowany przez przez Aleksandra Litowczenkę (1875) Fot. Wikimedia Commons

W Rosji do połowy XVI w. nie używano pojęcia „imperator”. Nową fazę zapoczątkował Iwan IV, „car Wszechrusi”, który w akcie koronacyjnym nazwany został „Panem wszystkich chrześcijan od Wschodu do Zachodu i do oceanów”. Nie bez pomocy genealogicznych manipulacji wskazywano na pochodzenia cara od cesarza Augusta i na historyczną więź państwa moskiewskiego z rzymskim imperium, widząc w carze imperatora – władcę już nie jedynie prawosławnego Wschodu, ale i całego świata. „Wprawdzie symboliczna koronacja dokona się dopiero w XVIII w., jednak duch absolutystyczny – typowy dla polityki imperialnej, polityki podporządkowywania obcych ziem – ukształtował się w XVI w.”.

Po okresie smuty i prawie dwustuletniej przerwie, podczas której władcy rosyjscy nie posługiwali się tytułem imperatora, Piotr I przyjął go w roku 1721; później tytułem tym posługiwali się wszyscy kolejni władcy, aż do przejęcia władzy przez bolszewików w 1917 r. W proimperialnym duchu prowadzono w Rosji, instrumentalnie i ideologicznie de facto traktowane, badania etymologiczne, zmierzające do uzasadnienia istotowej tożsamości słów „car” i „Cesarz-Imperator”, a rosyjscy prawnicy wywodzili, że pochodzenie władzy cara-imperatora od Boga wynosi ją ponad wszelką inną, ziemską władzę. Samo zaś: „Słowo «car» (choć wprowadzane jako odpowiednik bizantyjskiego «basileus») miało szczególną tradycję w języku cerkiewno-słowiańskim i rosyjskim: traktowano je jako słowo pochodzące od Boga i używano je jako imienia Boga […]. Początkowo przyjmowane przez wielu z nich nie bez oporów, stopniowo się utrwaliło, przenosząc na panującego monarchę swe konotacje sakralne”.

Car – tylko bóg na tronie pokona Antychrysta

Z czasem zaczęto go nazywać używając określeń odnoszonych wcześniej wyłącznie do Chrystusa: „prawiednoje sołnce”, „Christos”, „Spas” (Zbawiciel), co odpowiadało nie tylko sposobowi pojmowania władców przez naród, ale i charakterowi autoidentyfikacji niektórych spośród nich;

dla przykładu Piotr I – wjeżdżający do Moskwy po zwycięstwie pod Połtawą, witany przez lud palmami i Hosanną – miał na głowie koronę cierniową.

Z przejawami podobnych postaw i sposobów myślenia można spotkać się również w czasach współczesnych, by wymienić pojawiające się w okresie pokomunistycznej smuty, identyfikacje Michaiła Gorbaczowa jako Antychrysta, fałszywego cara-Boga, łączone z oczekiwaniem na „prawdziwego” cara (nowego, w swym wymiarze istotowym wiecznie jednak żywego, Lenina czy cudownie ocalonego syna Mikołaja II).

Car Piotr I Wielki (1672-1725), władca, który uczynił z państwa moskiewskiego potęgę, w 1721 r. przybrał tytuł imperatora Wszechrosji Fot. Wikimedia

W przekonaniu metropolity petersburskiego Joanna, „sens religijny rosyjskiej historii zdecydowanie wykracza poza granice narodowe”, [a] „wszechświatowym, kosmicznym” posłannictwem Rosji jest zniszczenie zachodniego Antychrysta i stworzenie Nowej Rusi jako „zjednoczonego kościoła”, jako ostatniego schronienia dla prawdziwej wiary.

W rozpatrywanej perspektywie prawosławna Rosja oraz jej religijna i polityczna władza „zyskują rangę niepodważalnej Bożej fundacji, świętej instytucji politycznej i eklezjalnej, dysponującej jedyną, bo Bożą, Prawdą i Racją, [uosabiającą] doczesny odpowiednik «Państwa Bożego» z całokształtem plenipotencji władzy. Wszystko, co poza nimi, należy do civitas diaboli (…)”.

Czym jest państwo dla Rosjan?

Dążenie do bycia mocarstwem i podejmowanie wysiłków na rzecz wzmacniania potęgi przeżywane i pojmowane były – są – w świadomości zbiorowej milionów Rosjan jako zobowiązujący ich, a centralną władzę państwową w szczególności, priorytetowy imperatyw polityczny, ideologiczny, moralny, religijny czy guasi-religijny. Należy pamiętać, że już etymologiczny rodowód i religijno-ideologiczny sens rosyjskiego pojęcia „mocarstwowości” – dierżawnosti, nie sprowadza się po prostu do konstatacji, i podkreślenia, politycznego i militarnego potencjału państwa. W sferze myśli i ideologii prawosławnej, wpływającej od wieków na mentalność i świadomość społeczno-polityczną Rosjan, dierżawnost’ to „państwowa samoświadomość” narodu rosyjskiego, który przyjął na siebie zadanie od Boga – powstrzymać (u-dierż-at’) nadejście Antychrysta; świadomość odpowiedzialności każdego za wszystkich i za państwo-mocarstwo. (…)

W podobnej perspektywie czymś samozrozumiałym stawały się zarówno tendencje do odwzorowywania Boskiej wszechwładzy na sferę uprawnień cara – „obrazu Bożego” – w stosunku do jego poddanych, jak i to, że podstawowym zadaniem carów stawało się urzeczywistnianie Bożej prawdy na ziemi. (…)

W następstwie powyższego, poddani byli nadal winni bezwarunkowe posłuszeństwo władcy, ale nie tyle już w celu zbawienia własnych dusz, ile przede wszystkim w imię dobra i potęgi imperium, a rosyjska prawda nabierała w coraz większym stopniu charakteru mocarstwowej Prawdy.

(…)

Idea imperium po rewolucji bolszewickiej

W okresie bolszewickim idea imperium zyskała kolejne, nowe-stare, motywacje ideologiczne wyznaczające, i uzasadniające, „cele globalne (marksistowska teoria zaniku patriotyzmów i granic państwowych, idea międzynarodowej solidarności proletariatu oraz rewolucji światowej)”. Od końca lat trzydziestych internacjonalizm komunistyczny coraz słabiej skrywał, a coraz bardziej otwarcie – nie tylko bezwiednie, ale również programowo – wyrażał wielkorosyjski nacjonalizm. Rehabilitacji podlegał dorobek imperialnej przeszłości kraju; jak głoszono-dekretowano, włączane narody nierosyjskie zawsze „same chciały” znaleźć się przy Rosji bądź były przez nią „wyzwalane” z obcej niewoli czy politycznej opresji, a obecnie miały szczęście wejść w skład „nowej wspólnoty historycznej narodu radzieckiego”.

Po drugiej wojnie światowej „fundamentem rosyjskiego światowego supermocarstwa staje się imperium »wewnętrzne« i »zewnętrzne« (tworzone przez zwasalizowane państwa Europy Środkowej oraz przyczółki w Azji, Afryce i Ameryce)”, przy czym spoistość drugiego z nich – w szczególności prawo do sowieckiej interwencji – uzasadniała od końca lat sześćdziesiątych breżniewowska doktryna „ograniczonej suwerenności” państw „wspólnoty socjalistycznej”.

Niektórzy z rosyjskich myślicieli dostrzegali jednak, że forsowne wysiłki związane z tworzeniem, utrzymywaniem istnienia i rozszerzaniem imperium wyczerpują potencjał ekonomiczno-społeczno-polityczny i zdolności rozwojowe Rosji. Jak konstatował przed rozpadem Związku Sowieckiego Aleksander Sołżenicyn, imperium „przygniata i wysysa, przyśpiesza naszą zgubę”, a pozostając w sferze swego imperialnego mitu Rosjanie nie są zdolni uwolnić się od „przestrzennomocarstwowego myślenia, od imperialnego odurzenia”. Pisarz odcinał się nie tylko od sowieckiej formy imperialnego mitu, dystansował się on również od ideologii panslawistycznej – gdyż, w jego przekonaniu „zawsze była to dla Rosji koncepcja przekraczająca jej siły”. (…)

Humorystyczna mapa pogrążonej w wojnie Europy autorstwa Waltera Triera, 1915 r. Fot. Archiv Gerstenberg / BE&W

Rosja może istnieć tylko jako imperium

Utożsamianie sensu rosyjskiego istnienia wspólnotowego z byciem imperium – rozszerzającym swe terytorium i rozprzestrzeniającym swoje wpływy w świecie – przesądziło w wielkim stopniu o nieprzypadkowości przeżywania przez większość Rosjan rozpadu – a nie powstania i istnienia, które pociągnęły za sobą dziesiątki milionów ofiar – Związku Sowieckiego w kategoriach dramatu-katastrofy. Zgodnie z oceną-proklamacją prezydenta Władimira Putina: „Rozpad ZSRR był nie tylko największą katastrofą XX wieku, ale również prawdziwym dramatem dla Rosjan”. W pokrewnym duchu czołowy rosyjski pisarz, badacz i myśliciel Władimir Kantor wyznał, z kolei: „Obecnie wszyscy żałują rozpadu ZSRR, rozumieją, że w istocie rozpadła się cała Rosja”. (…)

W znalezieniu odpowiedzi, dlaczego tak właśnie przeżywa i pojmuje się podniesioną sprawę, pomaga – symptomatyczna dla rozpowszechnionych wśród jego rodaków postaw i przekonań – konstatacja Aleksandra Sołżenicyna:

„Czyż najwięksi nawet pesymiści spośród naszych przodków mogli przewidywać tak katastrofalny upadek Rosji?

W ciągu kilku krótkich dni 1991 roku straciło sens kilka wieków rosyjskiej historii.

W ciągu dwóch-trzech sierpniowych dni wymazano i spłukano dwa stulecia rosyjskich ofiar i wysiłków […]”.

Sprowadza ona, zauważmy, de facto sens narodowego istnienia Rosjan do sprawy powiększania terytorium państwa, ujawniając symptomatycznie jak ważny „element kultury politycznej, leżący u podstaw wielu zachowań i ocen, dotyczących zarówno samej Rosji, jak i świata zewnętrznego” stanowi „mitologizacja czynnika przestrzennego”.

Władza w Rosji wymaga bezwarunkowego posłuszeństwa

Spotęgowany kult personifikowanej, sakralizowanej władzy centralnej nie był w Rosji przypadkowy – stanowił od początku jeden z podstawowych elementów systemu społeczno-politycznego, pełniąc w jego ramach określone funkcje ideologiczno-polityczne: uzasadniał nieograniczoność władzy cara-imperatora, pojmowanej jako jedyne samodzielne, państwowe, duchowe i kulturowe, centrum społeczeństwa – na niej właśnie oparty został cały system polityczno-społeczny, gdzie instytucje państwowe i regulacje prawne stawały się de facto fasadą rządów imperatora-jedynowładcy. (…)

W tradycji i świadomości rosyjskiej władza pozostaje, przypomnijmy, jednocześnie – powinna pozostawać – nosicielką i narzędziem wyższej, religijnej bądź ideologicznej, Mądrości, Racji i Prawdy. Powiązanie Prawdy z centralną władzą państwową nadaje owej władzy, istotowo odmienne od pozostałych uczestników życia społecznego, status i uprawnienia, co prowadzi do faktycznego podważenia możliwości równorzędnego dialogu między nią a innymi grupami i instytucjami społecznymi, którym odmawia się statusu i uprawnień, zawierających moment rzeczywistej podmiotowości społecznej. Z tak rozumianą i traktowaną władzą nie zawiera się „umowy” określającej prawa i obowiązki każdej ze stron, lecz w sposób typowy dla religijnego czy quasi-religijnego aktu po prostu bezwarunkowo oddaje się władzy we władanie, powierza się jej siebie.


Tytuł, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji.

W książce „Pytać o Putina – pytać o Rosję” prof. Marian Broda z Uniwersytetu Łódzkiego przedstawił obecnego prezydenta Rosji na szerszym tle rosyjskich idei i wartości fundujących władzę w państwie rozciągającym się od Morza Bałtyckiego do Oceanu Spokojnego. Autor kreśli historię długiego trwania rosyjskiej władzy od początków caratu, przez rządy bolszewików, po współczesną Rosję. I dopiero w tym kontekście analiza rządów Władimira Putina ujawnia źródła i uwarunkowaniach sposobu postrzegania przez Rosjan świata, władzy i samych siebie.

Marian Broda, ‘Pytać o Putina – pytać o Rosję’ Fot. Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego / projekt okładki: Sebastian Buzar


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Biblical ‘fertility amulet’ found by 11-year-old in the Negev

Biblical ‘fertility amulet’ found by 11-year-old in the Negev

ROSSELLA TERCATIN


The artifact depicts a stylized bare-breasted woman wearing a scarf with her hands folded under her chest and dates back to some 2,500 years ago.

Female figuirine, probably a fertility amulet, discovered in the Negev Desert / (photo credit: YEVGENY OSTROVSKY/ISRAEL ANTIQUITIES AUTHORITY.)

A child on a family hike in the Negev found a figurine dating back to the biblical period, the Antiquities Authority announced Tuesday.

The artifact depicts a stylized bare-breasted woman wearing a scarf with her hands folded under her chest. It is about 2,500 years old and is from the late First Temple period or the beginning of the Persian period, also known as the “Return to Zion,” the IAA said in a press release. It probably served as an amulet for fertility and protection for infants, it said.

2,500 year old pottery figurine found in the northern Negev (Yevgeny Ostrovsky/Israel Antiquities Authority)

“Pottery figurines of bare-breasted women are known from various periods in Israel, including the First Temple era,” according to Oren Shmueli and Debbie Ben Ami, IAA curators of the Iron Age and Persian periods. “They were common in the home and in everyday life, like the hamsa [hand design] today, and apparently served as amulets to ensure protection, good luck and prosperity.

“We must bear in mind that in antiquity, medical understanding was rudimentary. Infant mortality was very high, and about a third of those born did not survive. There was little understanding of hygiene, and fertility treatment was naturally nonexistent. In the absence of advanced medicine, amulets provided hope and an important way of appealing for aid.”
Fertility gods were very common in ancient cultures. The Bible offers many testimonies to the influence that neighboring populations had on the Israelites.

The pottery figurine, about seven centimeters high and six cm. wide, was spotted by 11-year-old Zvi Ben-David from Beersheba while on a family trip to Nahal Habesor, a trail in the South that follows the Besor River riverbed.

The boy’s mother, a professional tour guide, understood the importance of the find and alerted the IAA.
Only one other similar figurine, also found in the northern Negev, is kept at the National Treasures collection.

“The exemplary citizenship of young Zvi Ben-David will enable us to improve our understanding of cultic practices in biblical times and man’s inherent need for material human personifications,” Shmueli and Ben-Ami were quoted as saying.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Nie mój jest zamek

Nie mój jest zamek

muzyka:Aleksander Rotner
słowa: Anna Frajlich-Zajac



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Co dobre, a co złe dla Żydów i reszty świata


Co dobre, a co złe dla Żydów i reszty świata

Andrzej Koraszewski


Próba odpowiedzi na pytanie Ernesta Skalskiego

Szanowny Panie Erneście,

Przede wszystkim dziękuję za wysoką ocenę moich kompetencji. Uczciwie mówiąc, mam raczej poczucie wątłego rozeznania, tym bardziej że jeśli idzie o Bliski Wschód, to nie ma mądrych. To grząski grunt, gdzie łatwo się utopić. (Na wielu innych terenach też nie jest łatwo). Czy w związku z Abrahamowymi Porozumieniami obserwujemy jakąś nową jakość, a jeśli tak, to co z tego oraz „czy łagodząca względem Iranu polityka Bidena osłabi powstającą siłę połączonych przeciwników państwa ajatollahów i zwiększy zagrożenie z ich strony?”

Po dziesięcioleciach bezowocnych prób doprowadzenia do pokoju, których efektem było niezmienne i rosnące pragnienie wymazania Izraela z mapy świata i pogłębiająca się tragedia Palestyńczyków, istotnie byliśmy w ostatnich latach świadkami czegoś zdumiewającego – usłyszeliśmy arabskie głosy wołające dość, możemy żyć obok siebie, możemy ze sobą handlować, możemy ze sobą współpracować i możemy się razem bronić.

Co będzie dalej? Nie mam pojęcia. Zbyt wiele zmiennych. Ile w tym przełomie zasługi prezydenta Trumpa? To ciekawe pytanie. Sekretne kontakty trwały od dłuższego czasu, zdobycie się na otwartą zmianę kursu w żadnym kraju arabskim nie jest łatwe. Jeśli się przez stulecia uczyło dzieci, że „Żydzi są naszym nieszczęściem”, jeśli od powstania Izraela powtarzało się swoim społeczeństwom, że zniszczenie tego „tworu” jest religijnym i narodowym priorytetem, trzeba wielkiej odwagi, żeby nagle powiedzieć, że była to głupia i samobójcza polityka. Wyzwolenie tej odwagi wymagało impulsu.

Od wielu lat rosnące zagrożenie ze strony Iranu zachęcało do zmiany, groza własnego (sunnickiego) ekstremizmu zarówno zachęcała, jak i zniechęcała arabskich władców do zmiany kursu, ponieważ nienawiść do Żydów jest zwornikiem tego ekstremizmu i próba zbliżenia z Izraelem stwarza ekstremistom okazję do podgrzania atmosfery.

Polityka bliskowschodnia administracji Trumpa zasługuje na spokojną analizę. Pierwsze spotkania z Abbasem były przyjazne, ale kiedy prezydent Abbas mimo swoich zapewnień o pragnieniu pokoju z Izraelem nadal podżegał do terroru, Trump jak to Trump, po chamsku otwarcie i podniesionym głosem powiedział Abbasowi w Betlejem: „Pan mnie oszukał”.

Przełomowym krokiem było powiedzenie, że pora zakończyć watykańską ruletkę i uznać, że Jerozolima jest od 1948 roku stolicą Izraela. Fakt, że Izrael jest jedynym krajem na świecie, który nie ma prawa mieć stolicy w dowolnym swoim mieście jest robotą papieży i kurii watykańskiej, a nie Arabów, i to jest raczej bezsporne. Po rewolucyjnym ogłoszeniu przez Jana Pawła II, że Żydzi nie są zabójcami Boga i po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych z Izraelem, nie starczyło mu już odwagi, żeby przedstawicielstwo Watykanu umieścić w Jerozolimie. Jednak od tego momentu zaczęto półgębkiem mówić w Ameryce, że trzeba przestać udawać, że stolicą Izraela jest Tel Awiw i przenieść ambasadę. Trump w grudniu 2017 roku zapowiedział, że to zrobi.

Odpowiedź Abbasa była konwencjonalna: będzie morze krwi. Trump go zignorował, przeniósł amerykańską ambasadę do stolicy Izraela. To był nieprawdopodobnie interesujący test. Nie tylko Abbasowi nie udało się namówić Palestyńczyków do masowych aktów przemocy, ale w wielu krajach arabskich obok głosów oburzenia było sporo głosów aprobaty, a jeszcze więcej głosów wyśmiewających oburzenie. Potem Waszyngton zapowiedział tajemniczą Umowę Stulecia, zaprosił do rozmów Palestyńczyków, ale ci odmówili nie wiedząc jeszcze, co będzie na stole. Na konferencję do Warszawy (w lutym 2019) przyjechali ludzie, którzy chcieli się dowiedzieć czegoś więcej oraz ci, którzy chcieli zademonstrować swoje ¡No pasarán! (Z tymi, z którymi warto było rozmawiać, rozmawiano na uboczu).

Nie wiemy, kto był głównym autorem zapisów Umowy Stulecia, ale studiując uważnie te zapisy mamy nieodparte wrażenie, że jest to konkretyzacja planu premiera Icchaka Rabina. Korekta granicy, wymiana terytoriów, autonomia uwarunkowana demilitaryzacją, wsparcie rozwoju uwarunkowane wyrzeczeniem się terroru i autentycznym uznaniem prawa Izraela do istnienia i pożegnanie absurdalnego prawa powrotu. Administracja prezydenta Trumpa była pierwszą amerykańską administracją mówiącą głośno i wyraźnie o żydowskich uchodźcach z krajów arabskich i o konieczności zmiany stosunku państw arabskich do Palestyńczyków mieszkających w tych państwach od pokoleń.

Reakcja państw arabskich na Umowę Stulecia była niezwykle interesująca. Nie powiedziały tak, ale ani Arabia Saudyjska, ani kilka innych krajów arabskich nie powiedziało nie. Wyraźnie i jednoznaczne NIE przyszło ze strony „Palestyńczyków”, czyli kierownictwa Autonomii Palestyńskiej i Hamasu.

To ostatnie nikogo nie zaskoczyło i Waszyngton odpowiedział – trudno, będziemy to realizować z waszą akceptacją lub bez niej, jesteśmy świadomi, że nie jest to żaden konflikt izraelsko-palestyński, a zabagniony konflikt arabsko-żydowski i rozwiązania trzeba szukać w stolicach państw arabskich, a nie w Ramallah i w Gazie.

Sprawę tego planu Trumpa niezwykle skomplikowało zamieszanie na izraelskiej scenie politycznej, kolejne wybory prowadziły do pata. Brak partnera do działania blokował prezentację Umowy Stulecia. W tej sytuacji Trump zdecydował się na kolejny test. Uznanie Waszyngtonu dla izraelskiej jurysdykcji nad Wzgórzami Golanu. Ponownie mamy zaledwie zatwierdzenie stanu faktycznego. Jerozolima, Dolina Jordanu i Wzgórza Golanu są dla możliwości przetrwania Izraela więcej niż tylko istotne. Syria od dziesięcioleci odmawiała rozmów pokojowych, Wzgórza Golanu straciła w wyniku agresji. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego sprawa jest jasna –- Syria przegrała wojnę najeźdźczą, utracone terytoria mogą być kartą przetargową w negocjacjach pokojowych, ale nie muszą. Waszyngton uznał stan faktyczny, a równocześnie był to kolejny test. Reakcje świata arabskiego były znowu mieszane, niezbyt silne rytualne oburzenie, a z drugiej strony wzruszenie ramionami.

Ogłoszenie szczegółów Umowy Stulecia wywołało jednak burzę. Palestyńskie demonstracje nie były tak wielkie, jak zapowiadał Abbas; o tym, że są jacyś Palestyńczycy zainteresowani tą umową, zwykły odbiorca wiadomości nie miał szans się dowiedzieć. O wielkości tego zainteresowania nie wiemy, ponieważ Autonomia Palestyńska jest dyktaturą, a pozytywne uwagi o tej umowie groziły w Autonomii utratą wolności, a w Gazie prawdopodobnie czymś gorszym.

Kolejny test Waszyngtonu to zapowiedź uznania izraelskiej jurysdykcji nad Doliną Jordanu. Przypomnijmy kilka faktów. Liga Narodów przeznaczyła na Narodowy Dom Żydów obszar od rzeki Jordan do Morza Śródziemnego, 78 procent Mandatu Palestyńskiego (Palestyny), zgodnie z decyzją brytyjską oddano Arabom Palestyńskim (powstała Transjordania, czyli dzisiejsza Jordania), w wyniku napaści pięciu armii arabskich na jednodniowy Izrael armia jordańska zajęła Judeę i Samarię (w tym wschodnią Jerozolimę) okupując te tereny do 1967 roku. Aneksja Zachodniego Brzegu przez Jordanię była uznana tylko przez Brytyjczyków i Pakistan.

Krótko mówiąc Judea i Samaria to izraelskie Ziemie Odzyskane w wyniku kolejnej wojny obronnej. Izrael nie jest żadnym okupantem na tych terenach. Nie okupuje ani ziemi jordańskiej, ani tureckiej, ani brytyjskiej. Jest to jednak sytuacja kłopotliwa, ponieważ odzyskał tereny zamieszkałe przez ludność arabską, której nigdy nie zamierzał ani przesiedlać, ani wchłonąć. Od 1967 roku stanowisko wszystkich rządów izraelskich było jasne – nie ma mowy o aneksji tych terenów, nie ma również mowy o powrocie do linii zawieszenia broni z 1949 roku. Umowy z Oslo to uwzględniały, stąd podział Judei i Samarii na obszary ABC, z założeniem, że obszar C jest nie tylko obszarem spornym, ale roszczenia izraelskie są respektowane i umowy przyznawały Izraelowi pełną kontrolę nad tym obszarem (czyli faktyczną jurysdykcję), ale postanowiono, że ostateczna linia graniczna zostanie ustalona w negocjacjach zakończonych traktatem. Ani Arafat, ani Abbas nie mieli najmniejszego zamiaru doprowadzenia negocjacji do pokojowego traktatu z prostego powodu: uwaga świata, poparcie finansowe świata, pobłażliwość świata dla terroru i korupcji możliwe było tylko jak długo „Palestyńczycy” są ofiarami, którym odmawia się własnego państwa.

Amerykańska, europejska i arabska polityka wobec Izraela była polityką dreptania w miejscu i tańca pod melodie nadawane z Ramallah, tymczasem rosła radykalizacja Iranu, Hezbollahu, Hamasu (Turcji i Kataru). Tzw. umowa nuklearna z Iranem (JCPOA, której Iran nigdy nie podpisał) nie tylko nie zatrzymała ani na chwilę irańskiego programu nuklearnego, ale niebywale wzmocniła regionalną agresję Iranu na Bliskim Wschodzie.

Arabia Saudyjska i inne kraje Zatoki stanęły w obliczu nie tylko potencjalnego zagrożenia, ale i bezpośrednich ataków terrorystycznych. Świadomość, że Izrael jest raczej sojusznikiem niż wrogiem rosła z miesiąca na miesiąc.

Można powiedzieć, że Trump (czy też może Kushner i inni z błogosławieństwem Trumpa) reagowali na bieżąco na zmieniające się nastroje w krajach arabskich.

Zapowiedź uznania izraelskiej jurysdykcji nad Doliną Jordanu wywołała silniejsze reakcje niż przeniesienie do Jerozolimy amerykańskiej ambasady niż Umowa Stulecia i niż uznanie izraelskiej jurysdykcji nad Wzgórzami Golanu. Rząd izraelski nie zareagował natychmiastową deklaracją o aneksji (prawdopodobnie nie mógł, nawet gdyby chciał, ze względu na wewnętrzne konflikty i prawdopodobieństwo oporu ze strony Sądu Najwyższego). I wtedy pojawiła się propozycja ze strony Zjednoczonych Emiratów Arabskich normalizacji stosunków w zamian za rezygnację z natychmiastowego rozciągnięcia izraelskiej jurysdykcji.

Wątpię, żeby to było z góry umówione zagranie. W Izraelu wielu ludzi było wściekłych, ale stało się coś, czego nikt nie przewidywał. Nie tylko Emiraty ogłosiły to jako swoje zwycięstwo, niemal natychmiast Bahrajn zapowiedział, że oni też chcą znormalizować swoje stosunki z Izraelem, Abbas zażądał od Ligi Arabskiej, żeby tę normalizację potępić i dowiedział się, że ma się wypchać, zaś jego demonstracyjna wrogość wobec państw Zatoki wywołała lawinę niechęci do „Palestyńczyków”, czyli zapewnień o solidarności z palestyńską ludnością i otwartej wrogości wobec palestyńskiego kierownictwa.

Sympatie i antypatie arabskiej inteligencji to jedna sprawa, a drugą sprawą był (i nadal jest) dylemat arabskich polityków, którzy próbują się uporać z koniecznością głośnego powiedzenia, że przez dziesięciolecia prowadzili błędną politykę.

Tak czy inaczej, ci, którzy obserwowali arabski świat, zobaczyli trzęsienie ziemi. Do głównego nurtu mediów arabskich wlał się szeroki strumień herezji. Hasło „Żydzi są naszym nieszczęściem” zostało zastąpione hasłem „Izrael i Żydzi nie są naszym wrogiem”. Co więcej, już w kilka dni po podpisaniu tych porozumień wolno było bezkarnie powiedzieć, że Palestyńczycy nie tylko są niewdzięczni, ale kolaborują z wrogiem, że dawno mogli mieć pokój, że żerowali na dobroci i współczuciu krajów arabskich. (Mało kto wspominał, że to głównie kraje arabskie wepchnęły Palestyńczyków w rolę psów wojny, że palestyński terroryzm był dzieckiem panarabizmu konkurującego o lepsze z panislamizmem). W Libanie kilkakrotnie przypomniano, że to Organizacja Wyzwolenia Palestyny pod wodzą Arafata, zniszczyła kraj nazywany Szwajcarią Bliskiego Wschodu.

W Europie cieszono się, że zaledwie dwa małe państwa podpisały te nieszczęsne Porozumienia Abrahamowe, ale po kilku miesiącach doszlusowały Sudan i Maroko. A bardzo uważni obserwatorzy mogli dostrzec, że w Arabii Saudyjskiej wymieniono podręczniki, usuwając z nich religijne i niereligijne wezwania do nienawiści wobec Izraela i Żydów. Abbas coraz częściej dawał do zrozumienia, że jego całą nadzieją jest Unia Europejska. (Nazbyt wyraźne umizgi do Iranu uznał jednak za zbyt niebezpieczne.) I tak dotarliśmy do amerykańskiej kampanii prezydenckiej, w której Bliski Wschód z konieczności musiał być obecny.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że Joe Biden dość wcześnie dał do zrozumienia, że nie planuje ponownego przeniesienia amerykańskiej ambasady do Tel Awiwu, że sprawa Golanu była praktycznie w tej kampanii nieobecna, że Porozumienia Abrahamowe były jakoś kłopotliwe i Biden nie tylko powstrzymał się od ich jednoznacznej krytyki, ale nawet dał do zrozumienia, że on by to zrobił szybciej i lepiej. Wyraźnie zapowiadał natomiast zmianę stosunku do Arabii Saudyjskiej oraz wznowienie pomocy dla „Palestyńczyków”, czyli dla dyktatora i jego świty, zapowiadał powrót do projektu dwóch państw w starej szacie, czyli całkowitego porzucenia Umowy Stulecia oraz powrót do umowy nuklearnej z Iranem.

Waszyngtońskie awanse nie wywołały entuzjazmu teherańskiej panny młodej. Minister Zarif chłodno obwieścił, że jak Stany Zjednoczone zniosą sankcje, to Iran zacznie myśleć, czy pozwoli zaprosić się do stołu.

Najwyższy Przywódca informował za pośrednictwem Twittera:

https://pbs.twimg.com/profile_images/1302228092354736129/wnYxXfpl_x96.jpg

22. 02. 21 Iran is not after nuclear weapons, but its nuclear enrichment will not be limited to 20% either. It will enrich uranium to any extent that is necessary for the country. Iran’s enrichment level may reach 60% to meet the country’s needs.

[Iran nie dąży do broni nuklearnej, ale jego wzbogacanie uranu nie zostanie ograniczone do 20 procent. Będzie wzbogacać uran do takiej ilości jaka jest konieczna dla kraju. Irańskie wzbogacanie uranu może dojść do 60%, by zaspokoić potrzeby kraju]

Over the past few days, the U.S. and the 3 European countries have used arrogant, unjust rhetoric regarding Iran. They keep asking why Iran has stopped carrying out its #JCPOA commitments, but they don’t mention that they never carried out their own commitments.

[W ciągu ostatnich kilku dni USA i kilka krajów europejskich używały w sprawie Iranu aroganckiej i niesprawiedliwej retoryki. Powtarzają pytania, dlaczego przestaliśmy przestrzegać zobowiązania JCPOA, ale nie wspominają, że nigdy nie przestrzegali własnych zobowiązań.]

That international Zionist clown has said they won’t allow Iran to produce nuclear weapons. First of all, if we had any such intention, even those more powerful than him wouldn’t be able to stop us.

[Międzynarodowy syjonistyczny błazen powiedział, że nie pozwoli Iranowi na produkcję broni nuklearnej. Przede wszystkim, gdybyśmy mieli takie intencje, nawet ci bardziej potężni od niego nie mogliby nas powstrzymać.]

Nie możemy przewidzieć jak się ta sytuacja rozwinie. Jedną z pierwszych decyzji Bidena była zapowiedź zdjęcia milicji Huti z listy organizacji terrorystycznych i wstrzymanie sprzedaży broni dla Arabii Saudyjskiej. W Teheranie musiało to być odczytane jako: „Macie wolną rękę dla dalszych podbojów w regionie”.

26 lutego prezydent Biden wydał rozkaz zaatakowania szyickiej milicji w Syrii w ramach odwetu za atak na amerykańską bazę w Iraku, podobno były co najmniej 22 ofiary. Czyli mamy tu sygnał odwrotny. Nadal nie daje to żadnych podstaw do oceny tego, jak sytuacja może się rozwinąć. Demonstrowana wrogość USA wobec Arabii Saudyjskiej albo popchnie ją do dalszego zbliżenia z Izraelem, albo zmusi do ostrożności. Działania Iranu w Libanie w Syrii i w Gazie mogą przekroczyć czerwoną linię i skłonić Izrael do bardziej zdecydowanej akcji. Chociaż zapewne byłaby to ostateczność, ze względu na brak pewności jak zareaguje Waszyngton. Co będzie, jeśli Iran będzie rzeczywiście o krok od wejścia w posiadanie bomby atomowej? Izrael grozi uderzeniem, ale ma wiele powodów, żeby zrobić to tylko w ostateczności.

Tymczasem sojusz (a może i pokój) między Izraelem i Arabami jest dziś bardziej realny niż kiedykolwiek. Najwyraźniej dla krajów arabskich sprawa palestyńska spadła z wokandy, groza irańskiej agresji jest zbyt przerażająca. Równocześnie Joe Biden nie ma tak zupełnie wolnych rąk i niezależnie od tego, co by chciał zrobić, jest zależny od swoich najbliższych współpracowników, ale ci dla odmiany prawdopodobnie nie zdołają namówić ani Islamskiej Republiki Iranu, ani prezydenta Mahmouda Abbasa, żeby zechcieli zatańczyć, jak im do tańca w Ameryce zagrają.

Tymczasem w tym kotle mieszać będą również inni. Czy jeśli przypadkiem Biden zacznie stawiać twarde warunki, Unia Europejska się przyłączy? Nie wiem, prawdopodobnie nie. Unijne stanowisko wydaje się bardzo usztywnione, proirańskie i „propalestyńskie” (co niektórzy analitycy uważają za stanowisko antypalestyńskie, bowiem to antyizraelskość wydaje się stałą i niezmienną cechą unijnej polityki).

Szanowny Panie Erneście,

Zastanawia się Pan nad pytaniem, jaką rolę odegra w tym wszystkim ropa naftowa, jakie będą zachowania Rosji i Chin?

Oczywiście nie mam pojęcia.

Rosja Iranu miłością nie darzy (daje ciche przyzwolenie na częste izraelskie ataki na cele irańskie w Syrii), ale jeśli gdzieś będzie widziała możliwość osłabienia Ameryki, to prawdopodobnie z tego skorzysta. Chiny mają jeszcze większe powody do podkładania nóg Ameryce. Polityka Trumpa zmieniła Stany Zjednoczone z importera w eksportera ropy i gazu, ale obecna administracja wydaje się to odwracać. Jeszcze przed zaprzysiężeniem Bidena Iran zażądał 70 miliardów dolarów rekompensaty z powodu strat wpływów za sprzedaż ropy naftowej i oznajmił, że jest to warunek wstępny przystąpienia do negocjacji (jak informowała Al-Dżazira, irański minister Spraw Zagranicznych Zarif w niedzielę 21 lutego powiedział, że Iran w wyniku sankcji poniósł szkody w wysokości biliona dolarów i najpierw muszą być negocjacje w sprawie amerykańskich odszkodowań za te szkody).

Iran jest w bardzo złej kondycji gospodarczej, ale łatwiej sobie wyobrazić ustępstwa Waszyngtonu wobec tyranii, niż rozważenie apelu irańskich dysydentów, żeby utrzymać sankcje, które mogą albo obalić dyktaturę, albo zmusić ją do złagodzenia kursu. Prawdę mówiąc, największym zagrożeniem wydaje mi się islamski fanatyzm, który przekreśla jakikolwiek racjonalizm. A tu pytanie nie tylko o Iran i jego islamską rewolucję, ale i o Pakistan (są spekulacje, że niektórzy pakistańscy politycy flirtują z myślą o sojuszu pakistańsko-irańskim). Nie wolno również zapominać o czającej się Turcji, która od lat konkuruje z Iranem o to, kto piękniej i mocniej nienawidzi Żydów. Ta konkurencja już pochłonęła na Bliskim Wschodzie miliony istnień muzułmańskich, grozi Izraelowi i światu, a swoje ataki kieruje nie tylko na Izrael. Zniszczenie Izraela jest dla nich absolutnym priorytetem, Ale jak Pan wie, zaczyna się zawsze od Żydów, ale nigdy się na nich nie kończy.

Jaką rolę odegrają w tym wszystkim uczucia, tu w Europie i za oceanem? Tak trudno kochać i być mądrym, a chwilami odnosi się wrażenie, że osobliwa miłość do „Palestyńczyków” może nie mieć granic. Barbara Plett Usher, dziś już była korespondentka BBC w Izraelu, w październiku 2004 donosiła o transporcie Jasera Arafata helikopterem z Ramallah na lotnisko, skąd miał być przewieziony do szpitala w Paryżu. Ponieważ nie było tłumów, Plett zastanawiała się w swoim doniesieniu:

…gdzie są ludzie, gdzie masowa demonstracja solidarności, gdzie gorączkowe wyrazy zaniepokojenia? Czy to jeszcze jedna historia, którą my, zachodni dziennikarze źle rozumiemy, bombardując świat wiadomościami, o których sądzimy że są historycznymi wydarzeniami, podczas gdy ludzie miejscowi żyją dalej swoim życiem?

A jednak kiedy helikopter uniósł się nad ruinami unosząc osłabione ciało starego człowieka niespodziewanie wybuchłam płaczem.

W kolejnym zdaniu dodała z namaszczeniem, „życie Arafata było pasmem poświęceń i uporczywej walki”. Przypominający dziś to doniesienie autor zauważa, że faktycznie trzeba było wielkiego poświęcenia ze strony tego słabego, starego człowieka, żeby zgromadzić fortunę ocenianą na miliard do trzech miliardów dolarów.

Kto wie, nie można wykluczyć, że zachodnia trudność rozstania się ze starą miłością okaże się barierą do pokoju między Arabami i Żydami, mimo iż pokój wydaje się dziś w zasięgu ręki.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com