Archive | September 2021

“Czas wilka” to krytyka powojennych Niemców, ale autor mocniej przykłada Polakom

4 sierpnia 1945 r., Garmisch-Partenkirchen. Amerykańscy żołnierze obserwują bawiących się Niemców ubranych w bawarskie stroje ludowe (Fot. / AP Photo)


“Czas wilka” to krytyka powojennych Niemców, ale autor mocniej przykłada Polakom

Joanna Banaś


Bezlitosne pióro niemieckiego publicysty pokazuje sytych i zamożnych Bawarczyków, którzy swoich rodaków wypędzonych po wojnie z ich ojczyzn traktują jak darmową siłę roboczą. Polaków opisuje wyłącznie jako bandytów, antysemitów i leni.

.

Dookoła morze ruin. Ludzie szabrują na potęgę. Walutą są papierosy, a kobiety bezskutecznie szukają mężczyzn, bo ci albo zginęli na froncie, albo wrócili z wojny kompletnie złamani. Mimo to Niemcy nie przestają się bawić.

Berliński dziennikarz Harald Jähner w książce „Czas wilka. Powojenne losy Niemców” opisuje życie codzienne w Niemczech w trudnym czasie powojennego chaosu i niedoboru. Opowiada o odgruzowywaniu zrujnowanych miast, głodzie, czarnym rynku, problemach demograficznych i reformie walutowej dającej impuls do przyspieszonego rozwoju gospodarczego. Ale także o powszechnym pędzie do zabawy i powojennym designie – tłumaczy na przykład, dlaczego stolik w kształcie nerki stał się wnętrzarskim symbolem denazyfikacji: „Z rozstawionymi nogami i wyzywającym optymizmem, stał patykowato na drodze; asymetryczny, delikatny i łobuzowaty, był ucieleśnionym przeciwieństwem przygniatającego stylu Kancelarii Rzeszy”.

Denazyfikacja nazwy ulicy z 'Adolf Hitler-Straße' na 'Bahnhof-Straße'Denazyfikacja nazwy ulicy z ‘Adolf Hitler-Straße’ na ‘Bahnhof-Straße’ AP

Jednak przede wszystkim omawia i ocenia konflikty społeczne oraz zmiany w mentalności. Zastanawia się nad składowymi nowego niemieckiego społeczeństwa. Tytułowy „wilk” nawiązuje do częstej po wojnie figury stylistycznej ukazującej Niemca jako wilka w ludzkiej skórze, gotowego na wszystko w obronie siebie i swojego stada, ale niezaangażowanego w szerszą społeczność.

Gdzie ci mężczyźni, gdzie te chłopy

Na wojnie poległo ponad 5 mln niemieckich żołnierzy. Jesienią 1945 r. 8,5 mln jeńców wojennych przebywało w niewoli – alianckiej lub sowieckiej. Pięć lat później w Niemczech na 1000 mężczyzn przypadały 1362 kobiety. Brak równowagi pomiędzy płciami był szczególnie dotkliwy w wielkich miastach, najbardziej – w Berlinie. Kobiece pismo „Constanze” zachęcało kobiety do szukania męża pośród półtora miliona inwalidów wojennych.

Minął czas, kiedy kobiety tańczyły odbijanego w lokalach i dzieliły się na parkiecie nielicznymi partnerami. Zwłaszcza młode, samodzielnie wychowujące dzieci wdowy wojenne podejrzewane były teraz o chęć odebrania innym mężów – pisze Jähner.

Po 1945 r. odsetek rozwodów wzrósł dwukrotnie w stosunku do okresu sprzed wojny. Jednak po fali rozwodów nadszedł nieznany wcześniej boom weselny, który doprowadził w 1950 r. do stanu, w którym niemal wszyscy mężczyźni urodzeni w latach 1922-26 byli żonaci.

Alternatywnymi kandydatami na mężów stali się żołnierze alianccy. Latem 1945 r. nad berlińskim jeziorem Wannsee plażowało mnóstwo umundurowanych Amerykanów w towarzystwie Niemek. Panienki nawiązujące znajomości z żołnierzami powszechnie nazywano Veronikami Dankeschön (skrót VD oznaczał Venereal Disease, choroby weneryczne). Wielu Niemców traktowało je z pogardą. A jednak do 1949 r. pomiędzy „panienkami” i jankeskimi żołnierzami zawarto 1400 małżeństw.

Równolegle malały szanse kobiet na rynku pracy – mężczyzna znów obejmował funkcję głowy rodziny. W wielu landach zwalniano z pracy zamężne urzędniczki, tłumacząc to ich rzekomo dobrą sytuacją ekonomiczną i dobrem dzieci.

Niemcy w ruchu, walizki w cenie

Ponad połowa z 75 mln ludzi przebywających w Niemczech latem 1945 r. znajdowała się nie tam, gdzie chciała być. Swojego nowego miejsca w życiu szukało 9 mln osób pozbawionych domu w wyniku bombardowań i ewakuowanych, 14 mln uchodźców i wypędzonych, 10 mln uwolnionych przymusowych robotników i więźniów, którzy nie chcieli lub nie mogli wrócić do swoich krajów, oraz kolejne miliony powracających z niewoli jeńców wojennych.

Do najbardziej pożądanych przedmiotów należały walizki. Niepodobna było je kupić, szczególnie że już pod koniec wojny, gdy nieustannie znoszono dobytek do schronów przeciwlotniczych, stały się towarem deficytowym.

Główną część przemierzających kraj kolumn tworzyły dwie grupy: dipisi (displaced persons, czyli obywatele innych państw przymusowo przywiezieni do Trzeciej Rzeszy) oraz Niemcy wypędzeni z krajów Europy Wschodniej. O ile alianci i Sowieci władze robili wiele, by dipisi jak najszybciej opuścili teren Niemiec, to wypędzonymi musieli się zaopiekować. Szło to różnie.

„Polaczkowie” niech harują za darmo

Miasta były zrujnowane, dramatycznie brakowało w nich mieszkań, panował głód, którego w czasie wojny Niemcy właściwie nie odczuwali. Około 10 milionów przesiedleńców ze wschodu ulokowano więc na terenach wiejskich, w większości sytych i nieznających wojennej grozy.

Jähner ostro ocenia negatywne zjawiska, do których dochodziło podczas mieszania się ludności Niemiec – opisuje „targi niewolników”, podczas których bogaci chłopi wybierali najsilniejszych mężczyzn i najładniejsze kobiety spośród wysiedlonych, którzy mieli u nich zamieszkać. Pisze o sekowaniu przyjezdnych Niemców, bo mówili innym dialektem i inaczej obchodzili święta, o piętnowaniu „miastowych”, szczególnie swobodniejszych obyczajowo kobiet, o nazywaniu wysiedlonych pogardliwie „Polaczkami” lub „Cyganami” (bo lubili czosnek i paprykę).

Wspomina też o obrzydliwej postawie bogatych bawarskich chłopów, którzy potraktowali zakwaterowanych u nich Niemców wypędzonych z Pomorza czy Śląska za rodzaj żywej rekompensaty za utratę robotników przymusowych i byli oburzeni koniecznością płacenia im za pracę.

Wypędzeni z zachodniej Polski niemieccy przesiedleńcyWypędzeni z zachodniej Polski niemieccy przesiedleńcy O.ANG. / domena publiczna

Katolicy nie znosili protestantów i vice versa – piętnowano małżeństwa mieszane, katolikom groziła za nie nawet ekskomunika. Młodzi rolnicy nie żenili się z przyjezdnymi, bo bardziej opłacało się poślubić jedną z miejscowych chłopskich córek i wziąć jej posag. Męskim wysiedleńcom, o ile byli silni i zdrowi, na rynku matrymonialnym powodziło się lepiej, bo byli dodatkową siłą roboczą w gospodarstwie. Woleli wżeniać się w lokalne gospodarstwa, niż łączyć losy z ubogimi przyjezdnymi. „Wysiedlone kobiety były na rynku matrymonialnym absolutnymi przegranymi, to rzecz wyraźnie potwierdzona w statystykach”, odnotowuje autor.

Jähner stwierdza też, że to wypędzeni byli motorem intensywnego ożywienia kraju, zacierania regionalnych różnic (na przykład językowych) i pierwszego kulturowego poluźnienia – zauważa. Po utracie Heimatu i dobytku przesiedleńcy byli bardziej elastyczni i ambitni – dwie trzecie zmieniło zawód po przesiedleniu.

Nowe Niemcy zbudowane na niepamięci

„Wina, jaka obciążała Niemców, rzadko była powodem odczucia, że jakakolwiek zabawa byłaby nie na miejscu; humor psuło najczęściej własne nieszczęście, myśl o mężu w niewoli albo żałoba po zmarłych bliskich. Kto mógł, ten tańczył” – pisze Jähner.

Zabaw był tak dużo, że interweniowały urzędy powiatowe, zakazując imprez, na które zezwoliła administracja wojskowa. „Próbowano też skrupulatnie pilnować, żeby na zabawę nie weszła młodzież poniżej 18 lat. Dla tych, którzy zaledwie kilka miesięcy wcześniej byli dostatecznie dorośli, żeby jako volkssturmiści zostali posłani na śmierć, musiało być niezwykłe, że teraz są za młodzi na kieliszek wina”, pisze berliński dziennikarz.

Jähner sporo miejsca poświęca kwestii wyparcia przez Niemców wojennych win. Pisze, że chociaż narodowy socjalizm miał masowy charakter i przez Hitler mógł być pewien lojalności szerokich kręgów społeczeństwa, powojenni Niemcy potraktowali nazizm jak odurzający narkotyk, który uczynił ich posłusznymi narzędziami.

Autor stwierdza wprawdzie, że wobec milionów pomordowanych taka postawa była „trudną do przyjęcia bezczelnością”, oburzającą z punktu widzenia sprawiedliwości historycznej, jednak uznaje, że stanowiła ona mentalną podstawę nowego początku i kształtowania się społeczeństwa, bo dzięki niej Niemcy mogli pozbyć się wszelkiej lojalności wobec dawnego reżimu. Tużpowojenne wyparcie zła, którego byli sprawcami, i uznanie się za ofiary reżimu, pomogło im z dnia na dzień zmienić postawę życiową – jakby ktoś nagle ich odczarował.

Wdowa po gen. Erichu Ludendorffie Mathilde podczas procesu denazyfikacyjnego w 1949 r. Za produkcję wydawnictw antysemickich została skazana na rok prac przy odbudowie po zniszczeniach wojennych, konfiskatę 50 proc. majątku i otrzymała siedmioletni zakaz wykonywania zawodu wydawcyWdowa po gen. Erichu Ludendorffie Mathilde podczas procesu denazyfikacyjnego w 1949 r. Za produkcję wydawnictw antysemickich została skazana na rok prac przy odbudowie po zniszczeniach wojennych, konfiskatę 50 proc. majątku i otrzymała siedmioletni zakaz wykonywania zawodu wydawcy Fot. AP

„Bo gdyby ci, którzy pozostali przy życiu – i zachowali minimum przyzwoitości – w pełnym wymiarze dopuścili do siebie, jaki systematyczny mord popełniono w ich imieniu, przy ich braku protestu i dzięki ich odwracaniu wzroku, nie zdołaliby chyba wykrzesać ochoty do życia i energii, które były konieczne, aby przetrzymać lata powojenne” – pisze autor „Czasu wilka”.

Bez przesady z tą winą

Ku zdumieniu aliantów Niemcy wybaczyli sobie nawzajem nazistowskie zbrodnie i nie było w nich chęci do wewnętrznych rozliczeń. Nikomu nie przeszkadzało, że tuż po wojnie urzędnicy państwowi, a nawet byli członkowie SS, przeforsowali, żeby lata ich pracy na rzecz reżimu Hitlera były normalnie wliczane do emerytury.

Procedury denazyfikacyjne prowadzone po wojnie przez aliantów także nie oczyściły niemieckiego społeczeństwa. Teoretycznie winni wspierania nazizmu byli wszyscy członkowie NSDAP (których w 1944 r. było 8,5 mln), jednak kto mógł, załatwiał sobie świadectwo niewinności, tzw. Persilschein, w którym poświadczano, że wprawdzie do partii należał, ale tak naprawdę był przeciw.

W 1945 r. zarówno Kościół ewangelicki, jak i Konferencja Episkopatu Niemiec wydały tzw. wyznania winy. Oba kościoły mówiąc o niemieckich zbrodniach przeciw wolności i godności, nie wspomniały o eksterminacji Żydów, Romów i Sinti. Nic dziwnego, że zwykli Niemcy tym bardziej o Zagładzie nie wspominali.

„Holocaust odgrywał w świadomości większości Niemców w okresie powojennym szokująco niewielką rolę. Niemało osób zdawało sobie sprawę ze zbrodni na froncie wschodnim, uznawano także fundamentalną winę wywołania wojny, jednak w myśleniu i odczuwaniu nie było miejsca na wymordowanie milionów niemieckich i europejskich Żydów. Publicznie mówili o tym jedynie bardzo nieliczni, na przykład filozof Karl Jaspers” – pisze Jähner.

W listopadzie 1949 r. Wolfgang Hedler, poseł do Bundestagu z ramienia prawicowej Deutsche Partei, podczas publicznego wykładu nie tylko zelżył członków niemieckiego ruchu oporu, ale i stwierdził: „Można się spierać, czy akurat gazowanie Żydów było odpowiednim rozwiązaniem. Pewnie znalazłyby się też inne sposoby, żeby się od nich uwolnić”. Hedler stanął przed sądem. W pierwszej instancji wygrał. Trzej sędziowie, byli członkowie NSDAP, uznali, że nie było dowodów jego winy. Dodajmy (Jähner tego nie dopowiada), że w drugiej instancji Hedler został skazany na dziewięć miesięcy więzienia, a ostatecznie odsiedział pół roku.

„Nie miało nic wspólnego z historyczną sprawiedliwością to, że w ciągu niewielu lat Niemcy na wschodzie i na zachodzie osiągnęli czołową pozycję gospodarczą w swoich blokach państw” – przyznaje Jähner i dodaje, że przez całe dekady brakowało rozliczenia się ze zbrodniami.

Rozpoczęło się ono dopiero z procesami oświęcimskimi trwającymi od 1963 do 1968 r., gdy przed niemieckimi sądami stanęli byli naziści, którzy dotąd świetnie funkcjonowali w zachodnioniemieckim społeczeństwie – urzędnicy, lekarze, prawnicy. Wojenna generacja musiała stawić czoła zarzutom o zbiorowej winie kolejny raz podczas rewolty ’68 – tym razem dzieci atakowały własnych rodziców.

Polacy: bandyci i antysemici

O ile można by zrozumieć obronną postawę Niemców wobec własnych zbrodni tuż po wojnie, to w przypadku samego Jähnera (ur. 1953) sprawa nie jest już tak oczywista.

Autor zauważa, że dopiero pod koniec XX w. w Niemczech zaakceptowano szeroką współodpowiedzialność „zupełnie zwyczajnych Niemców ” za narodowy socjalizm. Jednak w jego książce wydanej w 2019 r. niepokoi pokazywanie niektórych prawdziwych zjawisk bez nakreślenia ich prawdziwej przyczyny. To też rodzaj wypierania.

Polscy robotnicy przymusowi w czasie wojny w Salzigitter w Dolnej Saksonii.Polscy robotnicy przymusowi w czasie wojny w Salzigitter w Dolnej Saksonii. Fot. Schultz Karl/NAC

Na przykład Polacy w „Czasie wilka” występują jako:

  • 1. robotnicy przymusowi, którzy działając w ruchu oporu, pod koniec wojny zaczęli wytwarzać broń białą;
  • 2. sprawcy licznych napadów na niemieckie domostwa – szczerze przekonani, że Niemcy są po wojnie wyjęci spod prawa, tak jak ich wcześniej wyjęto. Autor wyjaśnia niezorientowanym: „Wielu z nich aresztowano przypadkiem podczas łapanek na ulicach europejskich miast, a później wywieziono w nieznane. Niemieccy okupanci często nie uznawali nawet za konieczne podawania jakiegokolwiek powodu aresztowania, nie mówiąc już o poinformowaniu rodzin o miejscu pobytu wywiezionych osób”;
  • 3. mordercy trzynaściorga mieszkańców (w tym dzieci) gospodarstwa pod Bremą 20 listopada 1945 r.;
  • 4. sprawcy okrutnych prześladowań Żydów, których 100 tys. uciekło po wojnie do Niemiec. „Powracający [do Polski] Żydzi spotykali się z agresywnym nastawieniem wielu Polaków, wzmożonym jeszcze dodatkowo przez upokorzoną polską dumę narodową” – wyjaśnia Jähner. I komentuje: „Ucieczka polskich Żydów do Niemiec należy do najbardziej wstrząsających migracji owego czasu, naznaczonego przez wypędzenia i deportacje”;
  • 5. sprawcy pogromu kieleckiego (lipiec 1946);
  • 6. dipisi, których „300 tys. z uporem odmawiało opuszczenia obozów”. „Zasadnicza część mieszkańców nieskłonnych do opuszczenia obozu obstawała przy swoim, po części z obawy przed komunizmem, po części z apatii”, tłumaczy Jähner.
  • 7. jako ci, którzy pośród szykan wsadzali w 1946 r. wypędzonych Niemców do wagonów bydlęcych.

Pewnie są dowody na to, że powojenni Niemcy tylko tak postrzegali Polaków. Jeśli jednak odnotowuje się ówczesne nastroje społeczne, to pisząc o nich po 75 latach, nie powinno się pozostawiać ich bez przedstawienia szerszego tła. Na tym właśnie polega rola publicysty. Tymczasem fakt wkroczenia wojsk niemieckich do Polski w 1939 r. autor wiąże jedynie z końcem niemieckich marzeń o aucie dla mas, natomiast powojenne przesunięcie na zachód granic Polski opisuje jako skutek konferencji w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Ale czemu mocarstwa dzieliły na nowo Europę, nie wiadomo.

Jedno bezosobowe zdanie w pierwszym rozdziale: „W Polsce zamordowano nawet jedną szóstą mieszkańców, sześć milionów ludzi” – stanowczo nie wystarczy.


Harald Jähner, „Czas wilka. Powojenne losy Niemców”

Tłum. Arkadiusz Żychliński

Wydawnictwo Poznańskie

Harald Jähner, 'Czas wilka. Powojenne losy Niemców'Harald Jähner, ‘Czas wilka. Powojenne losy Niemców’ / Wydawnictwo Poznańskie


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Belarus Floods EU with Migrants from Middle East

Belarus Floods EU with Migrants from Middle East

Soeren Kern


  • Thousands of migrants from Africa, Asia and the Middle East are pouring into the European Union from Belarus, a landlocked country in Eastern Europe. The surge in illegal immigration is being orchestrated by Belarusian President Alexander Lukashenko, who is accused of trying to blackmail the EU into reversing the sanctions it imposed over his disputed reelection and a crackdown on dissent.
  • While the EU — hampered by its ideological commitment to open borders — appears at a loss as to what to do next, Poland, Latvia and Lithuania are being forced to spend millions of euros to build fences along their borders with Belarus. An EU spokesman explained that Brussels “does not finance fences or barriers.”
  • Lithuanian Foreign Minister Gabrielius Landsbergis said that Belarus should be a concern not only for the Baltic countries or the EU, but for the “whole democratic world” which, he advised, “needs to wake up.”
  • “We firmly believe that the protection of European external border is not just the duty of individual Member States but also the common responsibility of the EU. Hence, proper political attention should be paid to it on the EU level and sufficient funding allocated.” — Joint statement issued by the prime ministers of Poland, Estonia, Latvia and Lithuania.
  • “Only a very clear and unified EU policy on returning irregular migrants can effectively prevent criminal groups and regimes from exploiting illegal migration for their own purposes. Europe’s message must be short and precise — those illegally entering the EU cannot be granted a refugee status and will be returned to their countries of origin.” — Lithuanian Foreign Minister Gabrielius Landsbergis.

A surge in illegal immigration into the European Union is being orchestrated by Belarusian President Alexander Lukashenko. Dozens of Afghan migrants remain trapped in a stand-off along the border between Poland and Belarus. They have been camping out in a forest near the village of Usnarz Górny for almost a month after being taken there at gunpoint by Belarusian authorities. Pictured: Belarusian border guards stand behind the group of Afghan migrants on the border with Poland near Usnarz Górny, on August 20, 2021. (Photo by Wojtek Radwanski/AFP via Getty Images)

Thousands of migrants from Africa, Asia and the Middle East are pouring into the European Union from Belarus, a landlocked country in Eastern Europe. The surge in illegal immigration is being orchestrated by Belarusian President Alexander Lukashenko, who is accused of trying to blackmail the EU into reversing the sanctions it imposed over his disputed reelection and a crackdown on dissent.

Many of the migrants are being flown to Belarus from the Middle East and then bussed to EU borders by Belarusian authorities. The trips are being organized by Belarus’s state-owned tourism agency, which charges migrants between $1,800 to $12,000.

The number of people illegally entering the EU from Belarus increased sharply after Lukashenko signed a decree on July 1 that allows citizens of more than 70 countries to travel to Belarus without visas and stay for up to five days, ostensibly to get Covid-19 vaccine shots.

The EU’s notoriously fraught relations with Belarus deteriorated in August 2020 after fraudulent presidential elections which Lukashenko claimed he won with 80% of the vote. He subsequently launched a brutal nationwide crackdown against pro-democracy protesters. The EU responded by sanctioning 40 officials suspected of election misconduct — but not Lukashenko himself.

Relations deteriorated further on May 23, when Belarusian authorities forced a Ryanair flight from Greece to Lithuania to land in Minsk, the Belarusian capital, and arrested a 26-year-old Belarusian opposition journalist on board.

The EU responded a month later by expanding sanctions against Belarus, which retaliated by suspending an agreement with the EU to stem illegal immigration. “Before, we stopped drugs and migrants,” Lukashenko said. “Now you will eat this and catch them yourself.”

While the EU — hampered by its ideological commitment to open borders — appears at a loss as to what to do next, Poland, Latvia and Lithuania are being forced to spend millions of euros to build fences along their borders with Belarus. An EU spokesman explained that Brussels “does not finance fences or barriers.”

In Poland, more than 3,000 migrants — mostly from Afghanistan, Iraq and Syria, but also from Iran, Somalia and Tajikistan — tried to cross the border from Belarus in August alone. By comparison, 122 people crossed the border illegally during all of 2020.

“These are not refugees, they are economic migrants brought in by the Belarusian government,” Deputy Foreign Minister Marcin Przydacz said at a news conference. Poland accuses Belarus of retaliating against Warsaw’s recent decision to grant asylum to Krystsina Tsimanouskaya, a Belarusian athlete who refused to return home from the Tokyo Olympics.

On September 2, the Polish government declared a 30-day state of emergency along parts of its 400-kilometer (250-mile) border with Belarus. The move would limit people, including Polish pro-immigration activists, from approaching the border.

On August 23, Polish Defense Minister Mariusz Blaszczak announced the construction of a 2.5- meter-high (8.2-foot) “solid fence” along his country’s border with Belarus. Since then, Poland has deployed more than a thousand troops to secure the border.

“The situation on the border with Belarus is difficult and dangerous,” presidential spokesman Blazej Spychalski told a news conference. “Today, Poland, being responsible for our own borders, but also for the borders of the European Union, must take measures to ensure the security of Poland and the EU.”

Meanwhile, dozens of Afghan migrants remain trapped in a stand-off along the border between Poland and Belarus. They have been camping out in a forest near the village of Usnarz Górny for almost a month after being taken there at gunpoint by Belarusian authorities.

Polish Prime Minister Mateusz Morawiecki said that although he sympathized with the migrants, they would not be allowed to enter Poland. He described them as “a tool in the hands of Mr. Lukashenko” and vowed that Poland would not succumb to “this type of blackmail.” Deputy Foreign Minister Marcin Przydacz added: “If we accept this group, the next moment we will have not 10 or 20, but 1,000, 2,000 and 10,000 people trying to enter.”

In Lithuania, more than 4,100 migrants — mostly from Iraq, but also from Cameroon and Congo — have entered illegally from Belarus so far this year. By comparison, just 74 migrants crossed the border illegally during all of 2020.

The Lithuanian parliament recently voted to build a 508-km (310-mile) fence along its border with Belarus. The 4m-high (13-ft) metal fence topped with razor wire will cost €150 million ($180 million) and be completed by September 2022.

“Without this physical barrier, it is impossible to protect our borders, it is very clear,” Interior Minister Agnė Bilotaitė told the Reuters news agency. She also announced a plan to purchase plane tickets and offer cash payments of €300 ($355) for migrants who agree to return to their country of origin.

Lithuanian officials have accused Belarus and Russia of operating human smuggling networks with the help of Iran to transport people from Iran, Iraq and Turkey to the Lithuanian border. A video filmed by Lithuanian border guards shows Belarusian troops forcibly pushing migrants into EU territory.

Lithuanian Foreign Minister Gabrielius Landsbergis said that Belarus should be a concern not only for the Baltic countries or the EU, but for the “whole democratic world” which, he advised, “needs to wake up.”

In Latvia, approximately 500 migrants have tried illegally to enter the country in recent months along its 175-kilometer (109-mile) border with Belarus. The government has declared a state of emergency, which allows the military and police to support border guards. They have been ordered to instruct illegal immigrants to return to the country they came from, and authorized to use physical force if they refuse. The state of emergency is effective until November 10.

Latvian Interior Minister Marija Golubeva said:

“Belarus is weaponizing international migration and making a special path for irregular migration to the border of the two Baltic states, Lithuania and Latvia. This is not any sort of spontaneous emergence of a migration trail to our countries; this is a specifically directed action by the government of Belarus as perhaps a way to have revenge on the European Union for the sanctions that were imposed after the plane was hijacked.”

joint statement issued by the prime ministers of Poland, Estonia, Latvia and Lithuania on August 23 accused Lukashenko of engaging in “hybrid” warfare:

“It is clear to us that the ongoing crisis has been planned and systemically organized by the regime of Alexander Lukashenka. Using immigrants to destabilize neighboring countries constitutes a clear breach of the international law and qualifies as a hybrid attack against the Latvia, Lithuania, Poland and thus against the entire European Union….

“In the EU we need to use this momentum to rethink our approach towards the protection of our borders. We firmly believe that the protection of European external border is not just the duty of individual Member States but also the common responsibility of the EU. Hence, proper political attention should be paid to it on the EU level and sufficient funding allocated….

“Belarus must assume its full responsibility for people whose arrival to its territory it has organized itself. It is unacceptable that people who have arrived in Belarus are being unlawfully directed to the EU external border, to be later prevented from returning to their countries of residence. Weaponizing refugees and immigrants threatens the regional security of the European Union and constitutes a grave breach of human rights. Such behavior should be condemned in strongest terms by the whole democratic community.”

joint statement of the presidents of Poland, Estonia, Latvia and Lithuania added:

“Since June, we have been facing hybrid attacks on the European Union’s and NATO’s eastern border. Vulnerable citizens from third countries are being used to fuel illegal border crossings from Belarus. This is not a migrant crisis but a politically orchestrated hybrid operation by Alyaksandr Lukashenka’s regime to divert attention from the regime’s growing human and civil rights abuses. We condemn this unacceptable behavior. Futile pressure and reckless actions will not change our agreed policy on the crisis in Belarus.”

The European Union’s bureaucracy, which famously operates at a glacial pace, has issued a flurry of empty statements but has failed to implement effective steps to stop the migration inflow. European Commissioner for Home Affairs Ylva Johansson said:

“What we see from Lukashenko is an extreme act of aggression towards the European Union. He’s using human beings in an instrumentalized way. This is totally unacceptable. This is really, really a dangerous way to act. So, I think it’s important that we stand together against Lukashenko and what he’s doing.”

Lukashenko, undeterred, has mocked the EU, saying that Belarus will not become a “holding site” for migrants from Africa, Asia and the Middle East that he himself has welcomed into his country:

“If some think that we will close our borders with Poland, Lithuania, Latvia and Ukraine and become a camp for people fleeing Afghanistan, Iran, Iraq, Syria, Libya and Tunisia, they are mistaken. We won’t hold anyone. They are coming not to us but to enlightened, warm and cozy Europe.”

Lithuanian Foreign Minister Gabrielius Landsbergis concluded:

“Only a very clear and unified EU policy on returning irregular migrants can effectively prevent criminal groups and regimes from exploiting illegal migration for their own purposes. Europe’s message must be short and precise — those illegally entering the EU cannot be granted a refugee status and will be returned to their countries of origin.”


Soeren Kern is a Senior Fellow at the New York-based Gatestone Institute.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Roman tower was turned into Nazi fortress – archaeologists

Roman tower was turned into Nazi fortress – archaeologists

JERUSALEM POST STAFF


A team of archaeologists has found that an ancient Roman fort in the UK was converted into a Nazi bunker during Germany’s occupation of the Channel Islands in World War II.

.
As part of the Atlantic Wall, between 1940 and 1945 the occupying German forces and the Organisation Todt constructed fortifications around the coasts of the Channel Islands such as this observation tower at Battery Moltke, Jersey / (photo credit: WIKIMEDIA COMMONS/MAN VYI)

A team of archaeologists volunteering for England’s Dig Alderney charity found that the German military fortified an Ancient Roman tower known as the Alderney Nunnery during the Nazi occupation of the Channel Islands.

The BBC reported that the Nunnery contains archeological remains from the medieval period as well as the Tudor and Napoleonic eras and has been occupied for nearly two millennia. It was also the site of the only two concentration camps in occupied British territory.

“This is a complex site to understand given that it has been almost continuously occupied for 1,700 years and remodeled by successive occupiers,” Dr. Jason Monaghan, one of the archaeologists leading the dig said, according to the Bailiwick Express. “We do not know if it was ever, in fact, a Nunnery.”

The Roman fort walls were damaged during the late Middle Ages, he pointed out, and that new structures were built during the Tudors’ reign and in the 18th century. The interior of the fortress was demolished by the British Army around 1793, he said, and “around 1906, the buildings were converted for use by military families and the earlier ramparts buried,” according to the Channel Island newspaper.

THE WRITER’S son and family visited the city of Terezin, at one of the security gates in the fortification walls the Nazis used as a ready-made concentration camp. (credit: COURTESY CHARLES TICHO)

During the German occupation, the Nazis fortified the structure with bunkers and artillery-resistant walls and tunnels, according to the BBC.

Smithsonian magazine noted that the Channel Islands was the only British land successfully captured by the Nazis during World War II.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Antysemityzm jest naszym nieszczęściem


Antysemityzm jest naszym nieszczęściem


Andrzej Koraszewski


Antysemityzm jest również nieszczęściem Żydów. Można powiedzieć, że dla nich jest większym nieszczęściem, bardziej groźnym, nieustannym śmiertelnym zagrożeniem, ze strony chrześcijan, muzułmanów, nazistów, komunistów i innych ludzi przekonanych o swojej wspaniałej moralnej wyższości. Antysemityzm jest naszym nieszczęściem. Wiele razy czytałem takie stwierdzenie, ale zawsze pisane przez byłych muzułmanów bądź muzułmańskich heretyków, nigdy przez Europejczyków, a już po niemiecku to takie stwierdzenie byłoby ogromnym nietaktem. Antisemitismus sind unser Unglück.

Wspaniała Bari Weiss raz jeszcze podjęła próbę zrozumienia, dlaczego właściwie świat nienawidzi Żydów. Zaczyna od piosenki Toma Lehrera National Brotherhood Week z lat 60. (ale popularnej w jej domu, kiedy dorastała) i pisze, że słowa “a wszyscy nienawidzą Żydów” nie brzmią dziś jak zabawna pointa satyrycznej piosenki, ale jak diagnoza postaw społecznych w XXI wieku.

Bari Weiss jest autorką napisanej dwa lata temu książki How to Fight Antisemitism i pisze, że te dwa lata bardzo wiele zmieniły. Żydzi w Ameryce przez długi czas po raz pierwszy w historii nie czuli się w zachodnim społeczeństwie dyskryminowani. Jej zdaniem amerykańskie żydowskie wakacje skończyły się 27 października 2018 roku, kiedy uzbrojony bandyta otworzył ogień do ludzi, którzy zebrali się na modlitwę w synagodze w Pittsburghu. Jak pisze od tamtego dnia amerykański antysemityzm przesiadł się z bryczki ciągniętej przez konia do szybkobieżnej kolei.

Nienawiść jest już wszędzie obecna, antysemickie wypowiedzi zostały zaakceptowane w Kongresie, na politycznych salonach, w redakcjach i na uniwersytetach, fizyczne napaści nie są już niczym nadzwyczajnym. To bardzo zła wiadomość nie tylko dla amerykańskich Żydów, ale i dla Ameryki.

Bari Weiss jest amerykańską Żydówką, ja jestem aryjskim Europejczykiem, więc chociaż mamy wspólny system wartości, widzimy to zjawisko z odmiennych perspektyw. Weiss przywołuje cytat z artykułu  Dary Horn:

“Od starożytnych czasów w każdym miejscu gdziekolwiek żyli, Żydzi reprezentowali walkę o wolność. Jak długo mogli funkcjonować w jakimś społeczeństwie, byli dowodem, że nie ma konieczności wierzenia w to, w co wierzą wszyscy inni, że ci, którzy nie zgadzają się ze swoimi sąsiadami mogą żyć, a nawet kwitnąć mimo wszystkich przeciwieństw losu.”

Bari Weis pisze dalej, że tam gdzie jest wolność, gdzie ceni się różnorodność, Żydzi są tolerowani. Swoboda myśli, wiary i słowa jest chroniona. Kiedy jednak te wolności postrzegane są jako zagrożenie, również Żydzi natychmiast postrzegani są jako zagrożenie. Dzisiejsze żądanie konformizmu w Ameryce pojawia się jej zdaniem z obu stron politycznego spektrum. I nie jest to nowe zjawisko.

Lewica uważa, że walczy o równość i sprawiedliwość, że lepiej, żeby wszyscy mieli gorzej, niż żeby ktokolwiek miał mieć lepiej. (Od pół wieku prezentuję tę ideologię inaczej – lepiej być bez chleba, niż codziennie patrzeć jak się piekarz bogaci.)

Ta wzniosła potrzeba równości i sprawiedliwości prowadzi do silnej potrzeby demonizowania Żydów. Dla nich, pisze Weiss:

„syjonizm to nic innego jak osadniczy kolonializm; przedstawiciele rządu usprawiedliwiali mordowanie Żydów w Jersey City; żydowskie przedsiębiorstwa mogą być rabowane, bo są żydowskie i są twarzą kapitalizmu. Żydów wciska się w białą rasę, nasza historia jest unieważniana, tak, że każdy może z poważną miną twierdzić, że Holokaust to zaledwie porachunki między białymi albo że Anna Frank była  kolonizatorką.

Teza o korelacji między swobodą wyznania i słowa, a rozkwitem społeczności żydowskich w danym społeczeństwie ma dość silne poparcie w historycznych faktach, niektórzy dowodzą, że istnieje również korelacja między rozwojem gospodarczym a tolerancją i akceptacją żydowskiej mniejszości, pojawia się tu jednak pytanie, dlaczego wzrost nacisków na konformizm religijny czy ideologiczny niemal zawsze prowadzi do gwałtownego wzrostu antysemityzmu?

Możemy tu winić tradycję, ostatecznie wiadomo, że jeszcze przed wygnaniem z Izraela (niektórzy będą się upierali, że Żydów Rzymianie wygnali z Palestyny), Żydzi wzięli 30 srebrników za wydanie rzymskim żołnierzom Jezusa-Palestyńczyka, a na domiar złego, zamiast rozdać te pieniądze między ubogich, to zainwestowali je w piekarnię. (Nawiasem mówiąc  pomysł, żeby pieniądze raczej rozdawać niż inwestować, nawet jeśli nie był tak całkiem żydowski, to został przez Żydów spopularyzowany i to jeszcze zanim Palestyńczycy wymyślili chrześcijaństwo. Mnie się ten pomysł zdecydowanie nie podoba i proszę zatem nie mówić, że nigdy nie jestem krytyczny wobec Żydów).

Podejrzewam jednak, że atrakcyjność antysemityzmu nie jest wyłącznie związana z chrześcijańską tradycją i wygodą sięgania po dobrze ugruntowany wzorzec Superinnego. Antysemityzm jest odwiecznym marzeniem łańcuchowego psa, żeby zagryźć listonosza.

Pamiętam przeczytane kiedyś zdanie, że „tłumacz jest listonoszem między cywilizacjami” (kojarzy mi się z Puszkinem, ale Google tego nie potwierdza). Wygnanych ze swoich ziem ludów było wiele. Ich pozostałości rozpływały się w innych kulturach i zostały po nich zaledwie trudne do zidentyfikowania ślady. Dlaczego Żydzi rozrzuceni po całym świecie zachowali swoją wiarę i język liturgii, dlaczego ich resztki nie rozpłynęły się w innych narodach? Siła religii czy raczej efekt odrzucenia? Co było główną przyczyną tego odrzucenia? Czy powodem mogła być pierwotna geopolityka?

Izrael był korytarzem między cywilizacjami zrodzonymi w żyznym półksiężycu, gdzie narodziło się rolnictwo i pierwsze miasta, a doliną Nilu. Byli źródłem niewolników, ale często sojusznikami i pośrednikami. Czerpali z kultury babilońskiej i perskiej, z egipskiej, a potem greckiej. Ich religia pokazuje, do jakiego stopnia znali i czerpali z kultur sąsiadów.

Siłą tej religii wydaje mi się żydowska kłótliwość, wieczne spory z Bogiem, ale również, a może przede wszystkim zapożyczenie od Egipcjan powszechnej nauki chłopców, no i handel, czyli ciągłe liczenie, ważenie i nieustanne kalkulacje. Słabe ziemie, bez wielkich szans na plantacje i gospodarkę opartą na niewolnictwie. Silny handel i rzemiosło. Rzymianie wygnali mały naród indywidualistów, w którym było silne przywiązanie do własnego Boga, do  książek, liczenia i wiecznych sporów.

Żydzi byli (i nadal są) listonoszami między cywilizacjami. Wypędzano ich i zabierali ze sobą znajomość innych kultur, znajomość języków, związki z innymi żydowskimi centrami. Byli najlepszym kandydatem na listonosza między cywilizacjami. To właśnie czasem czyniło ich zarówno atrakcyjnymi dla władców, jak i zagrożeniem dla strażników niezmienności zaścianka. Antysemityzm jest wrodzoną nienawiścią łańcuchowego psa do listonosza.

Ludzie trzymani na łańcuchu religii i tradycji nie mogli znieść inności zaglądającej na ich podwórko. Tę istotę antysemityzmu opisywało wielu ale bodaj najlepiej uchwyciła ją Joannne Greenberg w The King’s Persons, a dla świata muzułmańskiego Leo Uris w The Haj.

Akcja tej pierwszej książki opisuje pogrom Żydów w Yorku w XII wieku, a tej drugiej reakcje palestyńskich Arabów na przybycie żydowskich osadników w XX wieku. Czytane obok siebie doskonale pokazują do jakiego stopnia pojawienie się listonosza na podwórku doprowadza do rozpaczy psa uwiązanego na łańcuchu. (I w dwunastym wieku, i w dwudziestym pies był spuszczany z łańcucha i szczuty na listonosza, żeby uchronić własny światek przed zmianami, pozbyć się długów i odwrócić uwagę od tego, kto go źle karmi i bije kijem.)

Ciekawe, że tylko muzułmańscy dysydenci mówią dziś często, głośno i wyraźnie, że antysemityzm jest ich nieszczęściem, że pozbycie się tej ciężkiej choroby jest warunkiem siły pozwalającej na rozwój.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Is U.S. Aid a Threat to Israel?

Is U.S. Aid a Threat to Israel?


MICHAEL OREN


An Iron Dome anti-rocket system, at right, and a U.S. Patriot missile defense system, left, during a joint Israel-U.S. military exercise in 2018JACK GUEZ/AFP VIA GETTY IMAGES

The IDF is addicted to credits for shiny new American weapons. But the strategic price may be too high.

Notwithstanding the continued support for Israel among most Democratic legislators, and despite the efforts of both countries’ leaders to play down its seriousness, the recent blocking of $1 billion of U.S. military aid to Israel is a turning point. For the first time in memory, Congress failed to approve a large-scale defense package for the Jewish state. And though progressive senators such as Vermont’s Patrick Leahy have challenged the sale of offensive weaponry to Israel, this is the first time Congress has withheld aid from a purely defensive system. By harmlessly shooting down Hamas rockets that would otherwise have to be silenced by massive air and ground action, Iron Dome saves thousands of Israeli and Palestinian lives.

Those lives, apparently, are less important to Congress’ anti-Israel progressives than denying assistance to Israel. The success of the “squad”—House Reps. Alexandria Ocasio-Cortez, Ilhan Omar, Ayanna Pressley, and Rashida Tlaib—in preventing their own party from backing Iron Dome is unprecedented and a harbinger of more brazen efforts come. Although the funds are widely expected to be approved at a later date (the leader of the House Appropriations Committee introduced legislation with Iron Dome funding the day after progressive Democrats had it removed from a government spending bill), for Israelis, the event must serve as an overdue wakeup call to begin rethinking the nature of American aid, one of the mainstays of our alliance with the United States.

Though now taken for granted, American defense aid for Israel began belatedly and grew in fits and starts. Throughout its first two decades, while assisting Israel economically, the United States refused to sell Israel any arms, much less aid it militarily. A breakthrough occurred during the Kennedy administration, which sold Hawk anti-aircraft missiles to Israel, followed by President Lyndon Johnson, who allowed it to purchase Patton tanks and Skyhawk aircraft. Even then, Israel fought the 1967 Six-Day War with French weaponry—AMX tanks and Dassault Mystère fighters, plus some American army surplus—but in the process proved its worth as a potent Cold War ally. The result was an inchoate U.S.-Israel strategic alliance that burgeoned during Israel’s War of Attrition (1967-1970) with Soviet-backed Egypt and then in the Yom Kippur War of 1973. In Operation Nickel Grass, the United States replenished Israel’s battlefield losses with some 55,000 tons of military equipment.

The material was paid for, not donated. Outright military aid to Israel would only be offered in 1979, after the Camp David Accords with Egypt, when President Carter earmarked roughly $3 billion for Israel. The grant, though, was spread out over several years and used to reimburse Israel for the airbases it evacuated in Sinai. Not until the mid-1980s, in the Reagan years, did Israel receive an average of $1.8 billion per year, increased by the Clinton administration to $2.4 billion. In large measure, the money offset the phasing-out of American economic grants to Israel as well as the massive sale of American arms to Arab countries. Still, the amount grew to just over $3 billion in 2008 with the start of President George W. Bush’s 10-year memorandum of understanding (MOU) with Israeli Prime Minister Ehud Olmert. In addition to the MOU annuity, Israel also sought “plus ups”—congressional grants for missile defense and other one-time expenditures, amounting to hundreds of millions of dollars. In time, this would make Israel the largest single recipient of American military aid since World War II, a total of more than $150 billion.

But that number is also misleading. The aid comes in the form of foreign military funding (FMF) designed to facilitate the foreign military sales (FMS) of American military equipment. This means that nearly three-quarters of the aid is spent in the United States, as a subsidy for the domestic arms industry, creating tens of thousands of jobs. Thanks to that money, the Israel Defense Forces have become the world’s most American-equipped army, with the largest fleets of F-16 and F-35 jets outside of the United States. For companies such as General Dynamics and Lockheed-Martin, there can be no better advertisement for their fighters than their use by Israel’s famed air force. And while Israel’s critics in the United States often claim that it receives the greatest amount of American aid, in fact Germany, Japan, and South Korea get many times more. Their allotments, though, are not characterized as aid but as items in the U.S. defense budget.

Though generous, U.S. aid to Israel is hardly free. Under its terms, Israel cannot buy whatever it wants from the United States. Requests to buy Tomahawk missiles and strategic bombers have been routinely denied. Israel can buy the F-35 but cannot have access to its operating system. Israel cannot, moreover, sell what it wants to whomever it desires, most expressly to China. President Clinton vetoed Israel’s sale, worth $1 billion, of Phalcon reconnaissance planes to China, and President Bush nixed a $700 million deal of Harpy missiles.

Yet the value of U.S. defense aid to Israel could never be calculated merely in monetary terms. To Israel’s enemies, it sent an unequivocal message of superpower support. That message proved crucial during the Cold War and, later, in Israel’s conflicts with terrorist groups. It gave concrete expression to Congress’ 2008 commitment to ensure Israel’s qualitative military edge (QME), guaranteeing its “ability to counter and defeat any credible conventional military threat from any individual state or possible coalition of states or from non-state actors.” The message of American backing remained vital as Israel began to confront a new type of danger—not of tanks and planes but of boycotts and sanctions, of those who denied Israel not only the right to defend itself but also the right to exist.

For years, the arrangement proved so comfortable for both Americans and Israelis that few rose to challenge it. By 2015, though, the situation began to change. The Iran nuclear deal, negotiated behind Israel’s back and regarded by Israeli leaders as strategically threatening, greatly diluted the message of American support for Israel’s security. So, too, did America’s retreat from the Middle East, which began with President Barack Obama and accelerated under President Donald Trump. The progressive wing of the Democratic Party, meanwhile, expanding in size and influence, demanded a more pro-Palestinian American policy, and a much tougher stand on Israel. Asked during the 2020 presidential race whether they would use American aid as leverage to pry diplomatic concessions from Israel, Democratic candidates Elizabeth Warren, Bernie Sanders, Beto O’Rouke, and Pete Buttigieg all replied “yes.” Asked by Israeli journalist Zvika Klein why young American Jews protest against Israel rather than Iran or Syria, Peter Beinart explained, “As Americans, we don’t provide $3 billion in military aid to Iran or Syria … without us, Israel couldn’t do everything it does.”

In fact, Israel today receives $3.8 billion annually, according to the MOU signed by Obama and then-Prime Minister Benjamin Netanyahu in 2016. But even with that increase, the aid no longer influences Israeli decision-making to the extent it once did. Back in 1985, American aid represented nearly one-half of Israel’s defense budget. Today, it accounts for only 19%. Moreover, under the Bush MOU, Israel was able to keep 26.3% of the aid—off-shore procurement (OSP)—to develop military capabilities specific to its needs. But the Obama MOU phases out the OSP, further reducing its importance to Israel’s security.

Why should Israel, still a vulnerable country in the world’s toughest region, allow itself to be seen as open to progressive arm-twisting?

Behind closed doors, Israelis are questioning why a country as militarily and economically robust as theirs should continue to appear dependent on any foreign power. Why, they wonder, should Israel bear the opportunity costs of many billions of dollars by not selling its defense technologies to certain countries? And why should Israel, still a vulnerable country in the world’s toughest region, allow itself to be seen as open to progressive arm-twisting? Isn’t it time—with the Obama MOU set to expire in 2027—to begin asking whether Israel can continue to depend on U.S. military aid, whether its downsides outweigh its benefits, and whether or not more secure and mutually advantageous alternatives exist?

The answers to these questions may well lie in moving from the current donor-to-recipient model to a collaborative relationship based on both countries’ interests and strengths. Such an arrangement would provide for investment in joint research in artificial intelligence, directed energy (lasers), and cyber—all fields in which Israel excels. Such cooperation would bring immediate benefits to American and Israeli security and strengthen their abilities to counter common threats. “The U.S. and like-minded allies must lead in the development of emerging critical technologies,” I was told by Enia Krivine, senior director of the Israel Program and the National Security Network at the Foundation for Defense of Democracies. “The U.S. must invest in Israel and other techno democracies who share our values to secure the future.”

And nothing, it might be added, would be a better response to those legislators who are willing to cause harm to the Palestinians—and perhaps even to America—in order to attack Israel. Nothing could more effectively stimulate economic growth while contributing to Middle East security, and nothing could be more befitting for two sovereign, democratic states. In this way, perhaps, the blocking of aid for Iron Dome would not only be a wakeup call but also an opportunity for Israel and the United States to place their relationship on a more equitable and durable foundation.


Michael Oren, formerly Israel’s Ambassador to the United States, a Member of the Knesset, and Deputy Minister in the Prime Minister’s Office, is the author of To All Who Call in Truth (Wicked Son, 2021).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com