Archive | June 2022

Fake newsy o ukraińskiej historii to spadek po PRL

Żołnierze Wojska Polskiego w czasie wysiedleń Ukraińców z Bieszczad podczas akcji ‘Wisła’ w 1947 r. W PRL niezgodnie z prawdą zdjęcie było podpisywane jako przedstawiające żołnierzy, którzy wkraczali do wsi, by ocalić ją z rąk UPA (FOT. FOTOGRAFIA JANA GERHARDA Z KOLEKCJI JERZEGO TOMASZEWSKIEGO)


Fake newsy o ukraińskiej historii to spadek po PRL

Paweł Smoleński


W sieci, w wypowiedziach publicznych, w oświadczeniach wpływowych polityków, wzmożonych działaczy oraz pospolitych oszołomów powielane są antyukraińskie kalki, pomówienia i brednie.

.

Marianna Dolińska nawet nie mieszkała w Ukrainie, lecz na Mazowszu, a mimo to jej czyn wszedł do kanonu mitów o domniemanym ukraińskim okrucieństwie.

Jak Mazowsze stało się Katyniem

Chorowała psychicznie i zmarła w 1928 r. w Tworkach. Zimą 1923 r. głodna i zziębnięta błąkała się po wsiach w okolicach Radomia. Mąż siedział w więzieniu za kradzieże. Wedle policyjnych raportów nieszczęsna Marianna zamordowała około godz. 20 czworo swoich dzieci, wieszając je na drzewie. Potem zgłosiła się na komisariat, zaś zdjęcia zbrodni wykonał profesjonalny policyjny fotograf.

Mariannę umieszczono w zakładzie psychiatrycznym w Tworkach. Jego dyrektor, wybitny psychiatra Witold Łuniewski, zdiagnozował u niej – wedle dzisiejszej terminologii – chorobę afektywną dwubiegunową. Po śmierci Marianny opublikował w „Roczniku psychiatrycznym” artykuł o wynikach swoich badań dotyczących tej choroby. Opowieść o Dolińskiej zajęła kilka akapitów, ale jako ilustrację użyto zdjęć zamordowanych dzieci. Tak fotografie ze śledztwa znalazły się w obiegu publicznym. Wiele lat później zaczęła się ich nadzwyczajna, skłamana kariera.

Fotografia dzieci zamordowanych przez Mariannę Dolińską w 1923 r. bywa używana jako ilustracja zbrodni ukraińskich nacjonalistów na WołyniuFotografia dzieci zamordowanych przez Mariannę Dolińską w 1923 r. bywa używana jako ilustracja zbrodni ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu domena publiczna

Zdjęcie jest niewyraźne, dlatego wąskie cienie na twarzach zabitych dzieci uznano za drut kolczasty. A przecież wiadomo, że tak z polskimi dziećmi na Wołyniu postępowali ukraińscy nacjonaliści. Taką interpretację przedstawiono we wrocławskim periodyku „Na rubieży” w 1993 r., wydawanym przez Stowarzyszenie Upamiętnienia Zbrodni Nacjonalistów Ukraińskich. Fotografia – głosi podpis – pochodzi ze zbiorów Stanisława Krzaklewskiego, chirurga wykształconego w Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, a po wojnie mieszkającego w Kolbuszowej. Wszystko wskazuje, że dr Krzaklewski nigdy nie był na Wołyniu. Zmarł w 1974 r., więc z publikacją zdjęcia w 1993 r. nie miał nic wspólnego.

Po „Na rubieży” zdjęciem zajęli się inni specjaliści od zakłamywania historii, czasem ludzie nieszczęśni, bo doświadczeni wołyńską traumą. „Odkryto”, iż drzewo pochodzi nie z Mazowsza, lecz z Brzeżan w obwodzie tarnopolskim. Oraz że Ukraińcy – jak pisali domorośli historycy – specjalizowali się w takich dziecięcych wianuszkach.

Aleksander Korman, 'Ludobójstwo UPA na ludności polskiej'Aleksander Korman, ‘Ludobójstwo UPA na ludności polskiej’ Nortom

Wianuszek stał się inspiracją pomnika ustawionego na cmentarzu w Przemyślu w 2003 r. w rocznicę Wołynia ’43. Rozebrano go kilka lat później. Nie zraziło to Mariana Koniecznego, rzeźbiarza otaczanego opieką i wsparciem przez PZPR za pomniki Lenina oraz Episkopat za monumenty papieża Polaka. Konieczny postanowił upamiętnić wianuszkiem „ludobójstwo OUN-UPA”. Wizja artysty przepadła. Lecz ciągle można znaleźć publikacje, że to, co uczyniła Marianna Dolińska, jest dziełem ukraińskich rezunów.

Skłamane „Łuny w Bieszczadach”

Już nie da się wymazać z polskiej historii akcji „Wisła”, deportacji Ukraińców z południowego wschodu na poniemiecką północ i zachód, podobno sprowokowanej śmiercią gen. Karola Świerczewskiego pod Baligrodem, choć w rzeczywistości ułożonej w gabinetach polsko-komunistycznych planistów od zbrodni wiele miesięcy wcześniej. Nie da się wymazać też uprzedzających wywózki antyukraińskich akcji pacyfikacyjnych, tak sił patriotycznego podziemia, jak Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Wojsk Ochrony Pogranicza wspieranych przez oddziały naszej i sowieckiej bezpieki.

Wykonano dość wyroków śmierci, np. na 20-letniej Rozalce Minko, którą stracono za zbieranie ziół na lekarstwa dla rannych upowców, co uznano za próbę oderwania „południowo-wschodniej części Państwa Polskiego”. Zamknięto już przeznaczony dla Ukraińców obóz koncentracyjny w śląskim Jaworznie. Słowem – wszystko już było przykryte upływem czasu i zatkane kneblem cenzury. Kto miał się bać, bał się. Kto inny wypinał pierś po ordery.

Jan Gerhard, człowiek nikczemny, uczestniczył w akcji „Wisła”, a świadkowie z polskich jednostek pacyfikujących Ukraińców wspominali, iż osobiście zamordował ciężko rannego partyzanta UPA i zezwalał na egzekucje bez sądu ludzi, którzy zdali mu się podejrzani. Napisał potem „powieść dokumentalną” „Łuny w Bieszczadach”, wydaną w PRL-u w półmilionowym nakładzie i wskazaną przez MON jako lektura obowiązkowa dla młodzieży. Zarobił worek pieniędzy na tym niewiarygodnym kłamstwie i bezczelnej propagandzie. I z powodu tego majątku został zamordowany przez pospolitych rabusiów, choć milicja badała, czy aby za śmiercią Gerharda nie stali przyczajeni gdzieś ukraińscy nacjonaliści.

'Łuny w Bieszczadach' Jana Gerharda zostały wydrukowane w półmilionowym nakładzie‘Łuny w Bieszczadach’ Jana Gerharda zostały wydrukowane w półmilionowym nakładzie domena publiczna

Jako Tadeusz Narbutowicz pisał w „Przekroju” o Ukraińcach z Bieszczad i Beskidu Niskiego: „To są tchórze i do tego podli tchórze. Ten cały ich nacjonalizm to nędzny płaszczyk, płaszczyk do bandytyzmu. Właściwie jest to grupa byłych esesmanów, gestapowców i policjantów ukraińskich, poszukiwanych jako zbrodniarzy wojennych, która kryje się w górach i napada na niewinną ludność cywilną dla zdobycia żywności. Musimy ich wyszukiwać po górach i wygniatać jak pluskwy. Natłukliśmy tego ścierwa niemało”.

Od 1959 r. wymysły Gerharda były drukowane w odcinkach w „Nowinach Rzeszowskich”. Już wówczas zarzucano mu, że zmyśla. Bronił się, że to tylko opowieść bazująca na jego przeżyciach. Zaś w prywatnych rozmowach dostawał szału i groził konsekwencjami, co sprawiało – był w końcu posłem i redaktorem naczelnym „Forum” – że ludzie się go bali.

Kilka wydań bredni Gerharda ilustruje znamienna fotografia. Widać na niej żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego wychodzących ze wsi, pod którą chwilę wcześniej podłożono ogień. Nie silono się zbytnio z podpisem, a ten głosi, iż to żołnierze wkraczający do wsi, by ocalić ją z rąk UPA.

Gerhard łgał, ale jego „prawda” obowiązywała do końca PRL-u; jedenaste wydanie „Łun w Bieszczadach” ukazało się w 1980 r.

Co wydarzyło się we wsi Terka?

„Wśród dzikich wrzasków wepchnięto do stodoły mężczyzn, kobiety i dzieci, wierzeje zawarto, ludzie z karabinami obskoczyli stodołę ze wszystkich stron i (…) posypały się na nią płonące wiechcie. Najpierw strzecha stanęła w ogniu, potem zajął się cały budynek (…). I nie było już nic słychać prócz obłąkańczego wrzasku i huku wystrzałów” – to fragment powieści „Ślady rysich pazurów” Wandy Żółkiewskiej, wydanej w 1965 r. i przeznaczonej dla młodzieży.

'Ślady rysich pazurów' Wandy Żółkiewskiej były lekturą obowiązkową w PRL‘Ślady rysich pazurów’ Wandy Żółkiewskiej były lekturą obowiązkową w PRL domena publiczna

Bohaterem jest bowiem dwunastoletni Tomek Milewski, syn oficera politycznego LWP stacjonującego w Wołkowyi. Na oczach chłopca rozgrywają się bieszczadzkie polsko-ukraińskie dramaty, zaś wśród znajomych ma Stefana, małoletniego łącznika UPA, przekonanego, że jego matkę zamordowali Polacy. Osią akcji jest wieś Terka, skąd upowcy uprowadzili i zamordowali dwóch Polaków. Nasz dzielny Tomek ratuje Wołkowyję przed ukraińskim odwetem. No i ma jeszcze co najmniej jedną zasługę: przekonuje Stefana, że jego matkę zamordowali Ukraińcy przebrani za polskich żołnierzy. Nasz Tomek krzyczy: „Żołnierze nigdy nie zabili żadnej kobiety!”. Stefan ulega sile takiego argumentu.

Prof. Grzegorz Motyka pisze: „W Bieszczadach w 1946 r. faktycznie banderowcy napadli na Wołkowyję i powiesili w Terce dwóch ludzi, jednak »sądny dzień« w tej drugiej miejscowości wyglądał inaczej. WOP-iści z Wołkowyi w odwecie wyznaczyli bowiem 30 zakładników – zamknięto ich w chacie, którą ostrzelano i podpalono. Spłonęło 28 osób, niemal wyłącznie kobiety, dzieci i starcy. Kolejnych kilku staruszków żołnierze zastrzelili w opłotkach innych domów.

Zbrodnia w Terce na tyle wstrząsnęła bieszczadzką społecznością, że śledztwo w tej sprawie podjął już w XXI w. IPN. Potwierdziło ono niezbicie odpowiedzialność WOP za zbrodnię”.

Literatka Żółkiewska doskonale wiedziała, co naprawdę stało się w Terce. Mimo to jej książka służyła za lekturę obowiązkową w PRL-u, pod dostępnym w internecie streszczeniem „Śladów…” pojawia się notka: „Przerobiliśmy na lekcji języka polskiego lekturę »Ślady rysich pazurów« i postanowiliśmy podzielić się naszą wiedzą z innymi uczniami, których zachęcamy do przeczytania tej książki. Uczniowie klasy szóstej Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Zendku”.

To wieś na Śląsku. W czasach PRL-u szkoła miała za patrona Janka Krasickiego. Co znaczy, że antyukraińskie brednie wciskano uczniom już za polskiej demokracji.

Prowyd OUN znów nadaje

Podobno powstała 22 czerwca 1990 r. Dotyczyła polityki wobec odradzającej się niepodległej Polski, a uchwalił ją Krajowy Prowyd Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i utajnił. A jednak po pół roku z kawałkiem, po przetłumaczeniu przez agencję konsularną we Lwowie, trafiła do MZS i  opublikowała ją „Polska Zbrojna”, organ MON, spadkobierczyni niesławnej pamięci „Żołnierza Wolności”.

Ktoś – domniemania wskazują konkretne osoby – musiał się wysilić, by sporządzić aż 60 stron podobnych bredni. Otóż Prowyd OUN – ciało rozbite przez Sowietów w 1951 r., które nigdy nie wznowiło działalności – nakazuje działać tak, by Polska na wieki wieków wyrzekła się pretensji terytorialnych wobec Ukrainy. Za to Ukraina w stosownym czasie odzyska tzw. Zakerzonie (tereny na zachód od linii Curzona) i w Krakowie otworzy ukraiński uniwersytet jako odwet za działania II RP, która zabroniła ukraińskiej wyższej uczelni we Lwowie. Trzeba lansować na całym świecie, że UPA była prekursorką pierwszej „Solidarności” i tak naprawdę ukraińscy partyzanci utrzymali w Europie Wschodniej antysowieckie nastroje. Ponadto należy przygotować nowy sojusz z Niemcami, podporządkować Polskę ukraińskim interesom narodowym, a nawet sposobić się do jej kolejnego rozbioru z granicą ukraińsko-niemiecką na Wiśle. W uchwale stoi: „To wszystko ma służyć osłabieniu Polski, a w przyszłości ma doprowadzić do zupełnej dekompozycji państwa”. Naród polski miał zniknąć w ciągu góra 150 lat. I tak dalej.

Wielu historyków za autora tajnej uchwały uznało Edwarda Prusa, wykładowcę śląskiej Akademii Ekonomicznej, autora kilkudziesięciu antyukraińskich paszkwili pisanych również w oparciu o dokumenty, które w latach 80. były w dyspozycji sowieckiego KGB, co nie dziwi, skoro Prus był ekspertem polskiego SB do spraw ukraińskich.

Słynął Prus z dobrego mniemania o sobie. Najpewniej skrył się pod pseudonimem Stanisław M. Lamentowicz i wydał swoją biografię „Samotny orzeł podolski”, gdzie pisał: „Samotny orzeł podolski nad kurhanem krąży; dokąd zmierzasz orle dumny, dokąd druhu dążysz? Takie pytanie nieraz wielu zadawało naszemu bohaterowi bujającemu wysoko wśród burz i naporu, podziwianemu przez jednych, a znienawidzonemu i zwalczanemu wściekle przez drugich”.

Kto atakował Prusa, był „wrogiem polskości”. Sam był specjalistą od żonglowania własnym życiorysem. Za PRL-u pisał, iż służył w batalionach likwidacyjnych NKWD. Gdy zaś nastała demokracja, przeflancował się do Szarych Szeregów działających w dawnym województwie tarnopolskim, choć żadnych harcerzy tam nie było.

W 1990 r. Prus, który jakimś cudem został konsultantem Urzędu Ochrony Państwa do spraw ukraińskich, ogłosił w tygodniku „Tak i nie” tekst „Za San”: „Nacjonaliści ukraińscy przyjęli poglądy »etnograficzne« Stalina. Na Hitlerze się zawiedli, choć mu wiernie służyli… W świetle głoszonych zamiarów rewizjonistycznych i rewindykacyjnych, Polska nie może być zainteresowana istnieniem samoistnej Ukrainy, niezależnej od Moskwy i Związku Radzieckiego”. Niewiele później „Polska Zbrojna” publikuje fragmenty domniemanej uchwały. Szefem gazety jest wówczas Jerzy Ślaski, były żołnierz podziemia, a za PRL-u członek władz katolicko-nacjonalistycznego stowarzyszenia PAX (Światowy Związek Żołnierzy AK ustanowił nagrodę jego imienia). Samą uchwałę komentował Jacek Wilczur, podobno najmłodszy egzekutor AK w Świętokrzyskim i partyzant Batalionów Chłopskich, lecz w socjalistycznej Polsce przynależny do narodowego skrzydła PZPR Mieczysława Moczara, demaskator syjonistów i wyznawca teorii, iż Krajowy Prowyd OUN ciągle istnieje, więc dokument musi być prawdziwy.

Tezy rzekomej uchwały OUN cytowały gazety, podobnie jak tekst „Za San”. W pewnym momencie zdawało się, iż bełkot Prusa oraz Wilczura znajdzie miejsce w kuble na śmieci, ale w 2011 r. uchwałę przeanalizowali Maria i Leszek Jazownikowie, zatrudnieni w Uniwersytecie Zielonogórskim. Jej autentyczności dowiedli stwierdzeniem, iż działające w Kanadzie ukraińskie organizacje nie odpowiedziały na list polskich organizacji kresowych, stawiających pytanie: czy to prawda? Dopomógł im Wiktor Poliszczuk, etniczny Ukrainiec i obywatel RP, od 1981 r. zamieszkały w Toronto, historyk z równą wiarygodnością jak Edward Prus. Lecz w kręgach kresowiaków oraz między deputowanymi prorosyjskiej Partii Regionów kolaborującego z Kremlem byłego prezydenta Wiktora Janukowycza (to właśnie jego szykował Putin na zmiennika Wołodymyra Zełenskiego) Poliszczuk uchodzi za rzetelnego badacza. Między Ukraińcami nie cieszy się estymą, już z racji na dowodzenie konieczności akcji „Wisła”.

Dwa lata później sfałszowaną uchwałę cytował w Sejmie RP ośmiokrotny poseł PSL Franciszek Stefaniuk: „Chodzi natomiast o prawdę historyczną. Powiem, czego się obawiam. Przepraszam za mój emocjonalny głos, ale ja mam fragmenty uchwały krajowego prowidu OUN z 22 czerwca 1990 r. Przeczytam fragmencik tylko, w którym piszą: Eliminować wszelkie polskie próby zmierzające do potępienia UPA za rzekome znęcanie się nad Polakami, wykazywać, że UPA nie tylko nie znęcała się nad Polakami, ale przeciwnie, brała ich w obronę przed hitlerowcami i bolszewikami. Polacy też byli w UPA. Mordy, którym zaprzeczyć nie można, były dziełem sowieckiej partyzantki lub luźnych band, z którymi UPA nie miała nic wspólnego. Pomniejszanie roli wyzwoleńczej UPA w skali europejskiej jest niedopuszczalne – tak piszą”.

Działacze PSL nawet najwyższych rang i funkcji państwowych są bardzo przywiązani do prusowej wersji polsko-ukraińskich relacji.

Zagrywka Iwanem Groźnym

Jacek Wilczur jest bez wątpienia współautorem, co najmniej nieświadomym, jednej za największych prowokacji sowieckiego KGB przeciwko działającym na Zachodzie ukraińskim niepodległościowcom.

W 1975 r. Michael Hanusiak, amerykański Ukrainiec urodzony w USA, dziennikarz i aktywista, przywiózł z Moskwy listy ukraińskich zbrodniarzy wojennych ukrywających się w Stanach Zjednoczonych. Był wśród nich Iwan Demianiuk, mieszkaniec Cleveland, wieloletni pracownik tamtejszej fabryki samochodowej Forda, udzielający się w miejscowej prawosławnej parafii. Z ukraińskim ruchem niepodległościowym nie miał nic wspólnego, ale papiery są papierami, a procedury procedurami. Demianiuk, którego nie warto żałować, trafił w takie młyny.

Dokumenty Hanusiaka zawierały zeznania i zdjęcia. Nikt nie zwrócił uwagi, że był członkiem amerykańskiej partii komunistycznej i uzyskał dokumenty w czasach, gdy KGB nie pokazywało opinii publicznej najmarniejszego dokumentu. Z papierów Hanusiaka wynikało, iż Demianiuk z Cleveland był owianym grozą mordercą z Treblinki, Iwanem Groźnym. Papiery wysłano ze Stanów do Jerozolimy, Demianiuk został deportowany, postawiony przed sądem i skazany na karę śmierci, której w Izraelu nie wykonywano od powieszenia Adolfa Eichmanna. I nagle izraelski sąd najwyższy zdjął z niego oskarżenie za zbrodnie w Treblince. Może przyczynił się do tego Toivi Blatt, uczestnik powstania w obozie zagłady w Sobiborze, jeden z nielicznych, którzy przeżyli walkę i ucieczkę. Napisał do sądu w Jerozolimie, że Demianiuk nie był w Treblince, gdyż znęcał się nad Żydami właśnie w Sobiborze.

Uczciwy sąd nie może sądzić za bandytyzm, którego nie obejmuje akt oskarżenia. Demianiuk został uniewinniony i dopiero za parę lat aresztowany na powrót, właśnie za Sobibór. Skazali go Niemcy.

Wilczur, jako pracownik stosownych jednostek zajmujących się w PRL-u zbrodniami nazistów, zeznawał w Jerozolimie. Kłamał. A dziennikarzom, bardziej ciekawym niż wnikliwym, opowiedział o Demianiuku i ukraińskich zbrodniach. Miał za nic, że rozpadł się Związek Sowiecki i na kilka lat otworzyły się archiwa KGB. A stało w nich jak wół, iż akcja wobec zbrodniarza wojennego Iwana Demianiuka była od początku sowiecką prowokacją wymierzoną w ukraiński ruch niepodległościowy. No i że najęto do tego sprawdzonych przez sowieckie organa oraz swojską bezpiekę nader chętnych i zacietrzewionych Polaków.

Niedawno wysiłkiem Instytutu Pamięci Narodowej ukazała się książka Mieczysława Ryby o Kresach w międzywojniu. Ukraińcy robią w niej za szwarccharaktery. Dlaczego? Bo tak.

Ryba to nie płotka, lubi go i lansuje minister edukacji Przemysław Czarnek, któremu doradza. Promuje go IPN, gdzie zasiada w ciałach najwyższych. Andrzej Duda dał mu krzyż Polonia Restituta za zasługi dla opisywania najnowszej historii Polski. Gdyby żył Edward Prus, miałby szansę wygłosić w sprawie Ryby niejedną laudację. Bowiem Ryba ma Prusa za naukowy autorytet. W końcu Prus to „apostoł prawdy”, choć do końca swych dni nie wiedział, czy był harcerzem Szarych Szeregów czy striełkiem NKWD.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Conservatives who don’t conserve can’t inspire soldiers to soldier – comment

Conservatives who don’t conserve can’t inspire soldiers to soldier – comment

GIL TROY


The police hesitancy during the Uvalde school shooting highlights our young IDF soldiers’ larger-than-life, lifesaving heroism.

LT.-COL. DAVID SHAPIRA arrives at the Jaffa Military Court in 2016. Shapira testified that he doubted that Elor Azaria, a soldier under his command, was in danger when Azaria killed a terrorist in Hebron who was already shot and lying on the ground.  /  (photo credit: FLASH90)

While mourning Uvalde’s classroom carnage, Americans – let alone Israelis – cannot fathom the 78-minute police delay before neutralizing the gunman. Escalating the latest moral panic over America’s decline, CNN highlighted four devastating words from a Texas police officer, worrying “they” – the police – “could’ve been shot.”

In fairness, the lieutenant actually said: “If they proceeded any further not knowing where the suspect was at, they could’ve been shot, they could’ve been killed, and that gunman would have had an opportunity to kill other people inside that school.”

Sharp contrast with the IDF

Laptop warriors who never faced danger should not judge glibly. Still, such paralysis – in Texas! – highlights our young IDF soldiers’ larger-than-life, lifesaving heroism. Especially lately, many of our children keep bursting through doors, facing the unknown, working 24/7, risking their lives for us – knowing “they could’ve been shot,” too. Every day, these noble warriors join a star-studded list of Zionist heroes who overrode their individual survival instinct so we as a nation could thrive.

Beyond being awestruck once again by my own children, their peers, and their elders who did it, too, that Uvalde dawdling reminded me of the Mercaz Harav massacre in March 2008. An off-duty IDF officer, Capt. David Shapira, heard the shots while at home and charged into the yeshiva, defying police orders to wait for SWAT. He and a veteran Mercaz Harav student, Yitzhak Dadon, killed the terrorist 16 minutes after the murder spree began. Eight teens died, 10 were wounded, but many were saved.

Shockingly, crowds cheered the massacre – unlike after Uvalde. Hamas “blessed this Jerusalem operation,” as did 84% of the Palestinians surveyed. Who else could celebrate school shootings – and remain popular worldwide?

In 1943, John F. Kennedy tugged a downed sailor with his teeth while swimming to safety after the PT-109 disaster. Asked how he came to be a hero, Kennedy replied: “It was involuntary. They sank my boat.”

Like comets, heroes emerge instantly, but are nurtured forever. A particular ideology shaped Dadon and Shapira. Values inherited from their ancestors and instilled in their upbringing primed them to do what they needed to do.

Subsequent events proved that their actions were not flukes. A year after the massacre, Dadon celebrated his son’s birth at the same yeshiva. Tzemach Hirschfeld, the mohel Dadon chose to circumcise his newborn, lost his son Yonadav Haim in the attack. Living the Zionist Jewjitsu, seeking redemption, not revenge, Dadon said, “We sanctify life with the blood of the victims.”

Meanwhile, Shapira, who kept insisting, Kennedy-style, “I’m no hero,” showed how his courage and integrity meshed, eight years later in 2016. Now Lt.-Col. Shapira, he testified that he doubted his soldier Elor Azaria was in danger when Azaria killed a terrorist in Hebron who was already shot and lying on the ground.

Such truth-telling defied the loudest, shrillest voices in Shapira’s religious-Zionist community. Online bullies denounced this “traitor… piece of crap,” this “coward commander,” while wishing “Shapira should die in battle.” “Take the kippah off your head,” they sneered; “even God won’t forgive you.”

Shapira did not budge.

Liberal Zionism has its own recipe for turning kibbutzniks and city kids into heroes. Meanwhile, Shapira, Dadon and so many other heroes from the religious Right navigate their lives based on a different – if overlapping – formula from a constructively conservative world.

Conservatism gone awry

WHEN RIGHT-WING hooligans – and too many of their leaders – bully, stir bigotry, and sacrifice long-term values for short-term political gains, I fear for tomorrow. How can we raise new heroes to behave nobly, when their loudest leaders behave so poorly? How will tomorrow’s conservatives conserve the values and institutions we need, when today’s pyromaniac conservatives are so destructive?

A world with nihilistic nationalists, with conservatives who don’t conserve, risks stunting today’s hero-making process for tomorrow, failing to produce the resilient, altruistic citizens every healthy society needs from its Right.

Miri Regev embodied this unpatriotic behavior from the supposed patriots, when justifying the Likud’s (il)logic in opposing tuition subsidies for our young heroes “who could’ve been shot.” Showing that no principle will slow the Likud’s assault on this coalition, Regev boasted about being “a fighting opposition… to bring down this government. So there is no queasiness [when voting against] the disabled, and there is no queasiness with cases of rape, and no queasiness with battered women, and no queasiness with soldiers, because we all understand that this is the rationale.”

Such harshness makes me queasy. The bottom-line-obsessed, sharpened-elbows thinking with blinders that Regev articulated, combined with Benjamin Netanyahu’s ongoing assault on our justice system, hones all the wrong instincts. Who would want to live in such a cynical, selfish country – and who would bother sacrificing for it?

Idealism in the face of cynicism 

FORTUNATELY, OUR idealistic kids still define Israel more than these cynical adults do.

And, amid the noise, some constructive conservative voices are resonating, from Naftali Bennett in Jerusalem to Georgia’s Secretary of State Brad Raffensperger.

Last week, Raffensperger won his Republican primary for reelection, despite resisting Donald Trump’s assault on the 2020 election results. Raffensperger proclaimed: “Standing for you, standing for the rule of law and election integrity, standing for the truth and not buckling under the pressure, is what people want.”

Ethics of the Fathers wisely defines heroism as controlling your impulses. How can we expect anyone to control the natural impulse to flee, to avoid getting “shot,” if our leaders cannot control their urges to demonize fellow citizens and diminish the great institutions and ideals that are worth dying for because they make life worth living?

The writer is a distinguished scholar of North American history at McGill University, and the author of nine books on American history and three on Zionism. His book Never Alone: Prison, Politics and My People, coauthored with Natan Sharansky, was published by PublicAffairs of Hachette.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Famed Italian Tenor Andrea Bocelli Visits Western Wall Following Concert in Tel Aviv

Famed Italian Tenor Andrea Bocelli Visits Western Wall Following Concert in Tel Aviv

Shiryn Ghermezian


Italian operatic tenor Andrea Bocelli at the Western Wall in Jerusalem on June 9, 2022. Photo: Screenshot/TheKotel.org.

Legendary Italian tenor Andrea Bocelli made a stop at the Western Wall in Jerusalem on Thursday, a day after performing in front of more than 20,000 people at a concert in Tel Aviv.

The award-winning singer visited Jerusalem’s Old City with his family and friends, according to the Western Wall’s official website. He also met with the rabbi of the Western Wall and holy sites, Rabbi Shmuel Rabinowitz, as well as the director of the Western Wall Heritage Foundation, Mordechai Eliav, “who showed him findings from the Second Temple period that had been uncovered in the Western Wall Tunnels.” Bocelli additionally visited the Church of the Holy Sepulchre and other sites in Jerusalem.

The “Con Te Partirò” singer, who has been blind since the age of 12, uploaded onto his Facebook page two posts that include photos from his visit to Jerusalem as well as a video from his concert in Tel Aviv. In both posts, his staff wrote in the captions “We stand for PEACE. Any political comment will be deleted.”

Bocelli’s concert at Tel Aviv’s Bloomfield Stadium on Wednesday night alongside the Israel Philharmonic Orchestra and the Gary Bertini Israeli Choir was his first performance in Israel in 11 years. Israeli pop singer Shiri Maimon sang with Bocelli “The Prayer” duet he originally recorded with Celine Dion, and he also performed on stage alongside his son Matteo and his youngest daughter Virginia, who sang Leonard Cohen’s “Hallelujah.”

The audience included former Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu, film director Quentin Tarantino and former US Ambassador to Israel David Friedman, according to The Jerusalem Post. Bocelli reportedly told Netanyahu that while he currently resides in Tuscany, Italy, if he could move anywhere in the world, it would be Israel.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Dlaczego papież nie potępia Putina?

Dlaczego papież nie potępia Putina?

Krzysztof Serafiński


Fot. Jeffrey Bruno (CC BY-SA 2.0).

Dla wielu ludzi zaskoczeniem jest prorosyjska postawa Kościoła Katolickiego, który stara się bronić Putina. Dziwić się jednak będą tylko ci, którzy uwierzyli w naiwną narrację o Kościele, który broni życia i moralności. Zarówno historia, jak i współczesna praktyka pokazują, dlaczego Kościół jest prorosyjski i dlaczego ludobójstwo nie jest dla niego problemem.

.

Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę, papież unika nazwania Putina agresorem, zrównuje cierpienie rosyjskich żołnierzy z cierpieniami gwałconych i zabijanych cywilów, potępia zbrojenie się Ukrainy i państw Europy Środkowej, oskarża NATO o „szczekanie” pod drzwiami Rosji. Wielu ludzi dziwi się, dlaczego instytucja, która ciągle kogoś potępia za jakieś „grzechy” oraz która nieustannie mówi o potrzebie „obrony życia” – tak wyraźnie ignoruje to, co robią wojska rosyjskie na terenie Ukrainy. Ze strony Kościoła i katolickich mediów – także w Polsce – płyną usprawiedliwienia dla takiej postawy. Są one jednak sprzeczne z tym, co Kościół robi w innych podobnych przypadkach.

Obrońcy Kościoła Katolickiego mówią na przykład, że papież nie musi potępiać Putina, ani wydawać apeli, bo i tak by to nic nie dało. Ale nic nie da też potępianie zgwałconych kobiet, które chcą dokonać aborcji, albo apele do niekatolików – by ci nie wchodzili w związki, bo małżeństwo i rodzinna mają być zarezerwowane tylko dla katolików. Kościół jednak to ciągle robi.

Obrońcy Kościoła Katolickiego mówią, że potępienie Putina mogłoby skutkować jakimś rewanżem, w postaci uprzykrzania życia Kościołowi i katolikom w Rosji. Ale przecież katolicka mowa nienawiści wymierzona w ludzi o poglądach liberalnych, w ateistów, czy w osoby o innej orientacji seksualnej, tak samo, jak i chronienie księży pedofilów – również skutkuje coraz częstszymi i radykalniejszymi atakami na Kościół, jego symbole i jego przedstawicieli. Tutaj jednak Kościół nie boi się konsekwencji i od swoich działań nie odstępuje.

Takie pokrętne usprawiedliwienia to nic nowego. Można spotkać je również w bronieniu Kościoła przed zarzutami o współpracę z Trzecią Rzeszą. Tam też papież niby chciał potępić ludobójstwo, ale się bał. Ale skoro chciał przeciwstawić się nazizmowi, to dlaczego wszystkie państwa katolickie tamtego kresu (np. Chorwacja, Włochy, Słowacja) stały po stronie Trzeciej Rzeszy? Dlaczego po zakończeniu wojny – Kościół pomagał nazistowskim zbrodniarzom uciekać do Ameryki Południowej? Tego rodzaju niekonsekwencja pojawiająca przy obronie Kościoła w kontekście działań Rosji czy innych zbrodni dowodzi, że katolickie usprawiedliwienia są wygłaszane dla pozoru – tylko po to, by uspokoić nastroje i wyciszyć głos społecznej krytyki. Kościoła Katolickiego tak naprawdę nie obchodzi cierpienie i życie ludzkie. Watykan patrzy tylko na swoje interesy, a że Rosja ma tu dużo do zaoferowania, Kościół był i jest prorosyjski.

Widać to było dobrze w czasach zaborów Polski. Sytuację tę opisuje na przykład Norman Davies w książce Boże igrzysko. Historia Polski (Wydawnictwo Znak, Kraków 2008, strona 695).

Klemens XIV otwarcie wyraził zadowolenie z pierwszego rozbioru, twierdząc, że „apostolska cesarzowa” Maria Teresa będzie mogła od tego czasu skuteczniej bronić interesów Kościoła. W 1792 r. Pius VI pobłogosławił wysiłki konfederacji targowickiej w kierunku „zapewnienia spokoju i szczęścia Rzeczypospolitej”. W 1793 r. odrzucił apele polskiego ambasadora o pomoc przeciwko Rosji, w r. 1795 zaś, przerażony konfiskatą kościelnych sreber i samosądem, jakiego wobec prałatów dopuścił się warszawski tłum, wydał hierarchii kościelnej polecenie pełnej współpracy z mocarstwami rozbiorowymi. W 1832 r. papież Grzegorz XVI potępił powstanie listopadowe słowami, które potem trudno było mu odwołać. „Te straszliwe nieszczęścia”, pisał w encyklice do biskupów polskich, „znajdują swe jedyne źródło w machinacjach siewców fałszu i kłamstwa, którzy używają religii jako pretekstu, aby podnosić głowę przeciwko uświęconej prawem władzy książąt”.

Korzyści z układania się Kościoła z Kremlem są obustronne. Rosyjskie władze lubią posługiwać się radykalnymi ideologiami, do siania zamętu w innych krajach. Katolicyzm tymczasem nie przewiduje pokojowej koegzystencji z innymi ludźmi. Zakłada, że państwo ma być katolickie – a więc nie może być w nim miejsca dla tych, którzy katolikami nie są. Odmawia więc im wolności słowa, wolności wyznania, prawa do pracy, domu, zawierania małżeństw i posiadania rodziny – a ostatecznie i prawa do życia. Z katolicyzmem nie da się pertraktować o wzajemnym poszanowaniu. Nie da się z katolikami podzielić pokojowo wspólną przestrzenią. Sprawa jest tu postawiona jasno – albo my, albo wy. Katolicyzm – jak pokazuje zresztą nowsza historia państw takich jak Hiszpania – zmusza tym samym obydwie strony do walki, prowadząc do wojen domowych. Państwo wewnętrznie skonfliktowane to zaś państwo słabe. Co więcej – to państwo, do którego można wkroczyć z „pokojową interwencją”.

Nie powinna wiec dziwić współpraca Kremla z różnymi katolickimi organizacjami – w tym formacjami politycznymi. Liczne przykłady takich powiązań wykazuje chociażby Tomasz Piątek – którego wystąpienia można zobaczyć za darmo na YouTube (np. wywiad z Tomaszem Sekielskim – Tajemnice Tadeusza Rydzyka). Współpraca polega nie tylko na transferach finansowych, czy wspólnych kontaktach biznesowych, ale i prowadzeniu spójnej co do efektów propagandy. Przykładem może być tu właśnie narracja na temat Ukraińców. Od lat strona katolicka forsuje retorykę, utożsamiającą wszystkich Ukraińców z komunistami lub obciążającą ich kolektywnie za zbrodnie UPA. Obydwie te narracje są nawzajem sprzeczne co do zawartości merytorycznej – bo UPA była antykomunistyczna. Są jednak spójne co celów – czyli negatywnego, kolektywnego napiętnowania. Regularnym nośnikiem takiej propagandy jest choćby kult „żołnierzy wyklętych” – czyli NSZ i NZW, w ramach którego m.in. zbrodnia na ludności ukraińskiego pochodzenia w Wierzchowinach, przedstawiana jest jako „walka z komunizmem”. Taką samą retoryką posługuje się Putin – kolektywnie utożsamiający wszystkich Ukraińców z nazistami.

Liczne podobieństwa w podejściu Watykanu i Kremla wynikają ze wspólnych podstaw kulturowych. Wbrew naukom Kościoła i teoriom ludzi takich jak Feliks Konieczny – nie wynikają one z cywilizacji łacińskiej, a bizantyjskiej. To w tym kręgu kulturowym powstał Kościół – co dokładnie miało miejsce w 325 roku w Nicei, na terenie dzisiejszej Turcji (dziś to miasto nazywa się Iznik). To cechy tej cywilizacji (wyszczególnione zresztą przez Koniecznego) ma katolicyzm – w którym przejawia się silny biurokratyzm, kolektywistyczne podejście do ludzi, czy zamiłowanie do przesadnego przepychu. To stąd również spójny głos Kościoła i Kremla, potępiający „zepsute” państwa zachodnie, czy postulujący podejście wymagające uwielbienia dla władz – niezależnie od tego, jak te władze traktują społeczeństwo.

Watykan więc nie potępi Rosji.

Dla Kościoła najważniejszy jest pieniądz – a Rosja ma do zaoferowania tego pieniądza więcej niż Polska, czy Ukraina. Manipulacją jest wskazywanie przy tym jakichś oddolnych akcji kościelnej „pomocy” dla Ukrainy. Są to akcje mające poprawić wizerunek Kościoła, a nie pomóc Ukrainie. Watykan mógłby zrobić tu znacznie więcej – ale nie chce. Akcje takie organizowane są przy tym za pieniądze zewnętrznych darczyńców, a nie pieniądze Kościoła.

Na dodatek część takich inicjatyw stanowi np. wysyłanie różańców, czy wizerunków katolickich świętych – co ludziom w żaden sposób nie pomaga, a jest wyłącznie promocją produktów kulturowych Kościoła Katolickiego.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


A Jewish-Ukrainian Marriage

A Jewish-Ukrainian Marriage

MAXIM D. SHRAYER


A group of ex-Soviets waits for visas and forms unexpected alliances on an Italian beach.
.

COURTESY THE AUTHOR

June 1987. A crowded public beach in the town of Ladispoli on the Tyrrhenian coast. Volcanic sand, black, like refugee’s melancholia; hot, like exile’s purgatory. This is the ex-Soviets’ stomping ground as they—we—wait in transit for visas to the United States, Canada, Australia, New Zealand …

A tall hefty woman with a double bun of russet hair came up to us and introduced herself. My parents and I had spread our towels by the water’s edge, right next to her family’s beach encampment with its multiple tote bags, assortment of beach toys and flippers, and piles of clothes anchoring the corners of a floral bedsheet. In her right hand the woman held a plastic bottle by the neck, as though preparing to strangle it.

“Soloveitchik’s our name,” she said to my mother, with a Ukrainian accent. “We’re from Lvov. And no, we are not related,” she added cryptically.

And the hefty woman kicked her head back, like a mare shaking a horsefly. She took a long swig of some carbonated nonsense from the plaintively squealing bottle. Her perceptive chocolate-brown eyes finished drilling holes in our foreheads and turned to the water, where three children frolicked together in a way that suggested they were siblings. The eldest, a girl of about 12, supervised the other two, boys of about 8 and 4. The girl and her younger brother looked very much alike, both with kinky black hair and pale skin, bearing a close resemblance to their angular, sluggish father who sat on the floral sheet reading a thick tome. The middle boy was different—bouncy and boisterous.

During that summer my parents and the Soloveitchiks became quite friendly, and I saw them almost daily. Alina did most of the talking in her family, leaving her husband, Leonid, or Lyonya, who had the furry smallish ears and tender protruding face of a giant anteater, to the tasks of carrying their belongings, supervising the children, and being a silent witness to what she called “telling it like it is.”

“I took after my Ukrainian papa,” Alina liked to repeat. “He always told people what he thought of them. Some didn’t like it. But they surely respected him. My Yiddishe moma, now that’s a different story for you …”

Before Alina’s larger-than-life personality entirely occupies the screen of my desktop, I should explain that each time she would introduce herself, Alina would mention that her husband’s family “were not related.” Related to whom? Of course very few understood what she was talking about. I had no idea until my father, at the time my principal source of Jewish spirituality, had explained that Alina was talking about none other than Joseph Soloveitchik, the great American rabbi and philosopher. The word “soloveitchik” means “little nightingale” in Russian, and it’s not an uncommon Jewish last name. “There’s more than one little bird by that name,” was Alina’s aphorism for the occasion. How did this woman from Lvov even know about Rav Soloveitchik, and why did she feel compelled to say this to strangers? There were many puzzles to Alina Soloveitchik.

Alina immediately designated my mother as her beach mate and confidante. It was her mission to rescue my mother from loneliness that fueled the friendship between the Soloveitchiks and our family. She sensed that my mother was out of sorts. Back in Russia, my mother tended to dominate over her female friends in an understated, trend-setting fashion. But she was so emotionally drained during the first few weeks after leaving Moscow that she let Alina take charge of her spirits.

Lyonya and my father would occasionally play a game of chess. A couple of times they went fishing off the jetty, but the bond was really between the women. The Soloveitchiks, Alina, and Lyonya (forgive the accidental dactyl—iambic feet can be too small) were each 40, significantly younger than my parents. They were headed for Cleveland, where Alina’s brother had immigrated eight years earlier with his wife, children, and Alina’s Jewish mother.

“You know, this is how G-d likes to tease us,” Alina explained on the second day of our acquaintance. She was holding a clear plastic bag half-filled with cherries, apricots, and plums, to which she helped herself while also smoking a cigarette out of the left corner of her succulent mouth.

“Now my darling brother practically sleeps at the synagogue, and he had himself circumcised and all that nutty business, but he used to be the greatest assimilationist in all of our beautiful city of Lvov. That’s my mother’s thin blood, her Jewish influence. My Ukrainian father—would you believe it—he used to yell at my brother when he tried to tell nasty Jewish jokes he’d pick up from his street pals. Ah, I tell you, nothing’s fair in this world. My brother didn’t even want to go—and he got out in three months. We got stuck for almost 10 years. And my papa’s lying in the grave outside Lvov.”

Alina spoke with pride and tenderness of her Ukrainian father, a former ace pilot and air force colonel.

“He would have been made a one-star general—he was already in charge of an airbase. But we got it into our stupid heads to leave, and the bastards forced him to retire. You can imagine what they told him upstairs. And through the whole brouhaha he never said so much as one word of reproach to us. Just suffered silently. Didn’t last one year in retirement—a stroke. Not even 65 he was, my papa.”

I wondered about Alina’s friendship with my mother, considering she didn’t have one good thing to say about her own mother, with whom she was to be “reunited” in America. One got the feeling that Alina blamed her Jewish mother for all their family troubles. Was Alina borderline antisemitic, in the domesticated way Jews sometimes allow themselves to be among other Jews? Today I might say she was self-hating, but back in Ladispoli my vocabulary lacked such terms. I simply sensed Alina’s unease about being Jewish. Yet Jewishness, and particularly Yiddish words and phrases and also those jackdaw intonations, were as much a part of Alina as a lining is part of a dress.

Having had a Ukrainian, non-Jewish father gave Alina a feeling of superiority. Torn between Ukrainians and Jews, she was of two minds about emigration, even after 10 years as a refusenik.

“Oh, I tell you, my papa, may he rest in peace instead of flying those crazy loops at their shitty Victory Day parades, my papa did this imitation of my mother’s Aunt Golda who lived in Czernowitz after the war—most of that side of the family were killed in the camps in Transnistria, but Aunt Golda had escaped to the hinterland in ‘41—O my Lord, so you could lose your stomach laughing. My papa was generally very nice to my mother’s meshpocha, but there were times he also couldn’t bear it.”

“You Muscovites wouldn’t understand,” she once told us as we joined with the Soloveitchiks for a picnic of tomatoes and cucumbers and scallions and melting cheeses at the beach. “I love Ukraine. I love the folk songs, their bittersweetness. ‘Nich yakamisyachna, zoryana, yasnaya / Vidno, khoch golki zbiray. / Viydi, kokhanaya, pratseyu zmorena, khoch na khvilinochky v gay’—‘Come out, kokhanaya, but for a minute, but for a minute to the grove,’” she sang out. Kokhanaya in Ukrainian means “beloved,” the feminine form.

Alina was also the first Jew from Ukraine I’d met who was so ardently pro-Ukrainian and so anti-Russian. “Ukrainians and Russians are so different,” she liked to repeat. “You know what my late papa used to say? ‘The Russians are all drunks. Only Ukrainians and Jews can get along.’”

And at times she seemed lukewarm toward her own adoring Jewish husband, who, at first glance, walked the dotted line separating a true mensch from a fictional stereotype of the gentle Jewish husband that Slavic mothers sometimes wish for their daughters to marry, in spite of congenital biases against Jews.

“My Lyonya may seem like a wimp compared to your darling boxer of a husband,” she said to my mother on one occasion, so loudly that not only father and me but half the beach could hear. “But don’t you assume he cannot stand up for me. You should’ve seen him when the KGB came with a search warrant in ‘83. I felt he would’ve ripped their throats out if they’d so much as touched the children or me.” And Alina shouted, “Careful, Lyonya, don’t drop them,” and waved to her husband as he carried both of their boys on straight arms out of the cresting waves.

Ours was, for the most part, a by-day beach friendship. Alina followed ironclad rules of childrearing, according to which children had to be in bed by 8. On rare occasions Alina and Lyonya would go out and join the other sunset flâneurs on the seaside boulevard. Their own home, two tiny rooms in a cottage they shared with two other refugee families, was much too cramped to receive visitors.

Of the two or three times the Soloveitchiks came over for tea on our balcony, I was home only once, and a long evening it turned out to be. At first my father read a new story he’d just written in Ladispoli. It was set in a refugee hostel outside Vienna, and Alina loved it. Afterwards I read a story of my own, called “Long Nose,” about an Austrian innkeeperess and her Jewish lover, a refugee from the western part of Ukraine. Alina didn’t like it at all.

“Young man, you’ve got a long way to go. In your father’s story I could feel those words, those colors, it was exactly how I would have described it,” she said without a shade of embarrassment. Lyonya kept silent, munching on an almond cookie.

“Well,” Alina said, lighting a cigarette, “I’m no writer, but I also have a story to tell you people. It’s about love. And about me. Here you go.” She uncrossed her legs and continued.

“You know how these things start. Lyonya and I went to university together. He became a research chemist at a classified facility, and I—a chemistry teacher. Then came the late 1970s, the wave, my father was still living, Ninochka, our eldest, was only 4. Which means I was almost 30—I didn’t want to have more kids right away, you know, kept thinking I’d go back to school for an advanced degree. So we applied, Lyonya was fired and also told at the Visa Office he would never leave. We became refuseniks. Two years later my brother Senya got out. Papa was already dead, and mother went to America with my brother. Like a wagon in autumnal mud, we got stuck. The year was now ’82, Lyonya worked at a fertilizer factory as foreman, I was still teaching chemistry—they couldn’t get rid of me. Students adored me, and I had the best test scores in the school district.”

“I was about half my present size, and not so bad looking—wasn’t I, Lyonya, wasn’t I?”

“You’re still gorgeous, Alinochka,” Lyonya answered placidly.

“Sure I was, before I had Sashka. I just haven’t dropped all this weight,” Alina said and dashingly slapped herself on the hip.

“In any case, I’m talking about paradoxes of love. I’d known a man for many years … since high school actually. He was my first. Later we got seriously involved at the university. He became a Komsomol leader, quickly rose through the ranks. He had everything going for him: origins, looks, smarts. Your classic Brezhnevite golden boy from the provinces. He’s now sort of trapped as second secretary of the regional party committee … He would’ve gone much, much higher if he weren’t such a dirty dog about women. I’d always known what he was all about, but I was drawn to this man, first in high school, then at the university. And especially drawn to him when we hooked up again, already after Lyonya and I became refuseniks. This man has a wife, also Jewish—he has a thing for Jewish chicks. Some fixation. We used to rendezvous in this Olympic gym, where his buddy was the head gymnastics coach—all three of us had gone to high school together. So he let us use his private locker room with a shower. This poison continued, lingering, until we finally got permission in March. I told Lyonya. He got down on his knees and begged me, begged me for hours, to stay with him. For the children’s sake, he said. And so here we are, going to Cleveland.”

As the wife and husband Soloveitchik were getting up from faded canvas chaise lounges, I looked at Alina as discreetly as I could, out of the corner of my eye. Large ropy veins, like aquamarine lizards, climbed up her heavy legs, bared beneath her hiked-up bright green skirt. But her face, still young and glowing, was startling in its dark, brooding Ukrainian beauty. “How can this be possible?” I remember thinking, “that I feel attracted to this overweight and loud 40-year-old woman from Lvov?”

The Soloveitchiks left Italy before us, and it wasn’t for two years that I saw them again. In 1989 I stopped for the night in Cleveland on my way to Bloomington, Indiana, to teach summer school. Alina was working as a lab tech. Lyonya already had two advanced Soviet degrees but went back to school to get an “American Ph.D.” On the inside, their ranch house in Cleveland Heights had the look of a Soviet apartment, and the wife and husband Soloveitchik both looked very Soviet, especially in contrast to their own Americanized children. The oldest, Ninochka, was already in junior high, and the two boys, Sasha and Vovochka, were going to a Jewish middle school.

Now, over three decades have gone by. Immigrant lives toss people about the country, and they lose touch—for no specific reason. But I also think certain memories and certain persons are most alive and vibrant when left in the past, exactly as we parted with them. I cannot imagine the Ladispoli beach without the Soloveitchiks in the center of the shot. Standing in the middle of a floral sheet under the sand-melting midday sun, Alina is changing out of her black bikini with gold buckles.

“Lyonya, get the bebeches and the children and let’s be going,” she commands, referring in Yiddish to their beach accoutrements.

“Alinochka, hold the towel, they’re staring!” the usually phlegmatic Lyonya loses his nerve.

“What’s the big deal, let them stare all they want. You should be glad your fat wife still has something to offer to the world.”

She turns to my mother, winks, and guffaws so contagiously that my mother cannot help but laugh with Alina Soloveitchik as the rest of us languish on the black sand of Ladispoli. There we’re still waiting for America.


Adapted from Maxim D. Shrayer’s book Waiting for America: A Story of Emigration

Maxim D. Shrayer is an author and a professor at Boston College. His recent books include Voices of Jewish-Russian Literature and A Russian Immigrant: Three Novellas. Shrayer’s newest book is Of Politics and Pandemics. Follow him on Twitter @MaximDShrayer.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com