Archive | August 2020

„Lato w mieście” z Jung Warsze

„Lato w mieście” z Jung Warsze


Z radością informujemy, że już w najbliższy poniedziałek, 13 lipca rozpoczynamy program „Lato w Mieście ” z JUNG WARSZE! Uczestnicy naszych cotygodniowych warsztatów wezmą udział w pełnym atrakcji i zajęć, bezpłatnym programie, który potrwa aż do niedzieli 19.07!

W programie: warsztaty filmowe, aktorskie, wokalne, scenograficzne i plastyczne, zajęcia edukacyjne poświęcone kulturze żydowskiej, wyjście do kina, zwiadzanie muzeum POLIN oraz Synagogi im. Nożyków, spacer varsavianistyczny, gra miejska i wiele innych atrakcji…

Zwieńczeniem projektu będzie wspólna wycieczka do Śródborowa, gdzie odbędzie się pokaz wyjątkowych etiud filmowych nagranych podczas warsztatów.

Program poprowadzą instruktorzy cotygodniowych zajęć Jung Warsze:

–Aleksandra Sołtysiak (studentka Sztuki Nowych Mediów na ASP w Warszawie)
–Michalina Lewandowska (studentka Wydziału Zarządzania Kulturą Wizualną na ASP w Warszawie)
–Damian Mirga (student V roku aktorstwa na Akademii Teatralnej w Warszawie)
–Ida Zając (studentka Hebraistyki na UW)  oraz
–Nina Nowakowska (studentka Hebraistyki na  UW)

W związku z aktualną sytuacją epidemiczną spotkania w ramach „Lata w mieście” będą się odbywać z zachowaniem wszelkich zasad higieny i bezpieczeństwa.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Europa: ofiary gwałtu oskarżone o rasizm

Europa: ofiary gwałtu oskarżone o rasizm

Raymond Ibrahim
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Według Sarah Champion, posłanki do parlamentu Wielkiej Brytanii z ramienia Labor z Rotherham (epicentrum gangów sex grooming”), “Musimy zrozumieć rasowo i religijnie podbudowane przestępstwa, jeśli mamy im zapobiec i bronić ludzi przed nimi i jeśli mamy poprawnie prowadzić sprawy przeciwko ich sprawcom”. (Zdjęcie: Christopher Furlong/Getty Images)

Teza, że kiedy następuje starcie ras, tylko mniejszości mogą być ofiarami, jest coraz popularniejsza. Nie ogranicza się ona do ostatnich rozruchów w Ameryce. Elementy takiego myślenia często pojawiają się w innych kontekstach.

Na przykład, brytyjskie kobiety, włącznie z ofiarami gwałtów, który przyciągnęły uwagę do “azjatyckich” (pakistańskich i południowoazjatyckich) gangów sex grooming, także są atakowane przez “przebudzony” establishment.

Na początku miesiąca, Sarah Champion, posłanka do parlamentu z ramienia Labor z Rotherham (epicentrum sex grooming), została oskarżona o “podsycanie płomieni rasowej nienawiści” i “działanie jak neofaszystowski morderca”. Jej zbrodnia? Ośmieliła się stwierdzić, że “Wielka Brytania ma problem z brytyjsko-pakistańskimi mężczyznami, którzy gwałcą i wykorzystują białe dziewczynki”.

Ci sami, którzy oskarżają Champion o to, że jest “morderczynią”, określili także antyekstremistyczny program brytyjski, Prevent, jako “zbudowany na bazie islamofobii i rasizmu”.

Kilka tygodni wcześniej ukazał się artykuł zatytułowany, “Gwałcił mnie grooming gang z Rotherham – teraz dostaję rasistowskie obelgi online”. W artykule Brytyjka (podpisująca się “Ella”) ujawniła, że muzułmańscy gwałciciele nazywali ją “białą prostytutką”, “białą suką” kiedy ponad 100 razy była gwałcona we wczesnej młodości przez pakistański grooming gang.

“Musimy zrozumieć rasowo i religijnie podbudowane przestępstwa, jeśli mamy im zapobiec i bronić ludzi przed nimi i jeśli mamy poprawnie prowadzić sprawy przeciwko ich sprawcom” – powiedziała Champion w niedawnym wywiadzie.

“Prewencja, ochrona i ściganie – wszystko to jest hamowane, ponieważ zaniedbujemy porządne zajęcie się religijnymi i rasistowskimi aspektami przestępstw grooming gangów…. Mówi im to, że nienawiść do białych ludzi jest w porządku”.

Próby Elli, by naświetlić “religijne i rasistowskie aspekty wykorzystywania jej i wielu innych dziewczynek, doprowadziły jedynie do “obelg ze strony skrajnie lewicowych ekstremistów i radykalnych feministek uniwersyteckich” – powiedziała. Takie grupy “działają online i próbują przeciwstawiać się każdemu, kogo uważają za nazistę, rasistę, faszystę lub białego suprematystę”.

“Nie obchodzi ich rasizm wobec białych, bo wydają się nie wierzyć, że istnieje. Próbują zamknąć mi usta i bez przerwy mnie krytykują, a to już trwa od paru miesięcy. Próbowali zamknąć moje konto i zamknąć mi usta… Nigdy w życiu nie doświadczyłam takiej nienawiści online. Oskarżyli mnie o ‘orędowanie na rzecz białych pedofilów’ i o to, że jestem ‘złowrogim, demonicznym bytem'”.

Obwinianie ofiary – lub przynajmniej obarczanie jej odpowiedzialnością – nie ogranicza się do Wielkiej Brytanii. Według raportu z 9 sierpnia 2019 roku “w szwedzkim mieście Uppsala… cztery kobiety zostały zgwałcone w ciągu czterech dni”. Chociaż policja nie opublikowała rysopisu gwałcicieli – zazwyczaj jest to pewna oznaka tego, jakiego są pochodzenia – wydała ostrzeżenie dla kobiet, by “myślały o tym, jak się zachowują” i nie “wychodziły same”.

Porady ostrzegające przeciw piciu alkoholu, narkotykom i lekkomyślnemu zachowaniu byłyby bardziej przekonujące, gdyby nie były wymuszone.

Po napaściach seksualnych muzułmańskich migrantów na około tysiąc kobiet w Nowy Rok 2016 w Kolonii, burmistrz miasta, Henriette Reker, wezwała kobiety, by “były lepiej przygotowane, szczególnie dlatego, że nadchodzi karnawał w Kolonii. Dlatego opublikujemy online wskazówki, które młode kobiety mogą przeczytać i przygotować się”.

W Austrii, kiedy 20-letnią kobietę, czekającą na przystanku autobusowym w Wiedniu, zaatakowało, pobiło i obrabowało czterech muzułmańskich mężczyzn – włącznie z jednym, który “zaczął od przesuwania rąk przez moje włosy i wyjaśniania, że w jego kulturze niemal nie ma blondynek” – policja poradziła ofierze, by przefarbowała włosy.

“Na początku byłam przerażona, ale teraz jestem bardziej zła niż cokolwiek innego. Po ataku powiedzieli mi, że kobiety nie powinny być same na ulicy po godzinie 20. I dali mi inne rady, mówiąc mi, że powinnam przefarbować włosy na ciemny kolor, a także nie ubierać się tak prowokacyjnie. Pośrednio znaczy to, że jestem częściowo winna za to, co mi się zdarzyło. Jest to potworna obraza”.

W Norwegii, Unni Wikan, profesorka antropologii społecznej na uniwersytecie w Oslo, twierdzi, że “norweskie kobiety muszą przyjąć swoją część odpowiedzialności za te gwałty”, ponieważ muzułmańscy mężczyźni uważają ich sposób ubierania się za prowokacyjny. I tyle warte jest feministyczne twierdzenie, że kobiety mają wolność ubierania się tak, jak chcą – i biada mężczyźnie, który to źle zinterpretuje, chyba że jest z rasowo lub religijnie mniejszościowej grupy.

Wnioskiem profesorki Wikan nie było to, że muzułmańscy mężczyźni, żyjący na Zachodzie, muszą dostosować się do zachodnich norm, ale całkowita odwrotność: “Norweskie kobiety muszą zrozumieć, że żyjemy w wielokulturowym społeczeństwie i przystosować się do niego”.

Nawet więc, kiedy chodzi o gwałt, jeśli ofiara jest biała, a gwałciciel nie jest biały, wcale nie jest ona ofiarą; co gorsza, jest “rasistką” i sieje nienawiść oraz pewnie należało jej się to, co ją spotkało. Formuła “obwiniaj ofiarę” powróciła z impetem i zdobywa coraz większą popularność na całym Zachodzie.


Raymond Ibrahim: Urodzony w Stanach Zjednoczonych w rodzinie koptyjskiej, jest amerykańskim badaczem, tłumaczem z arabskiego, pisarzem i publicystą. Autor książek Crucified Again: Exposing Islam’s New War on Christians (Regnery, 2013) oraz The Al Qaeda Reader (Doubleday, 2007).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel and India: Partners Against COVID-19

Israel and India: Partners Against COVID-19

Yaakov Lappin


The Israeli delegation preparing to fly to India to develop breakthroughs in coronavirus testing. Photo: Israeli Defense Ministry.

An Israeli delegation organized by the Defense Ministry, consisting of 20 specialists, is in India working with counterparts to further develop four potentially groundbreaking Israeli innovations for the rapid detection of the coronavirus.

Faster detection enables governments and health authorities to enable a greater degree of economic activity, and testing kits found to be ready for use could be placed at the entrances of sites such as airports and shopping centers.

Among the technologies being tested is a test that uses artificial intelligence to analyze the voice, and identify changes and deteriorations in the condition of one’s respiratory system. A second technology brought to India is a breathalyzer test based on the use of terahertz waves. The patient must breathe into a sterile sampling kit, after which the sample is analyzed using artificial intelligence for rapid virus detection.

A third innovation is an isothermal testing kit — a biochemical test that detects the detection of the virus in a saliva sample. A chemical reaction that takes place once the content is heated at about 60 degrees Celsius enables detection within 30 minutes.

Lastly, a test kit was brought to India that uses polyamino acids. It detects coronavirus proteins collected in a saliva sample within several minutes.

The delegation, led by Israeli Ambassador to India Ron Malka, includes representatives from the Defense Ministry, the Israel Defense Forces, the Ministry of Health, and various industries. It includes Israel’s defense attaché to India, Col. Assaf Meller, and the medical personnel are being led by professor Nati Keller, an infectious diseases specialist from Sheba Medical Center at Tel Hashomer.

“All four of the innovations have been chosen for further testing because they’re considered to be more mature technology,” a defense source told JNS in recent days. “They’ve already undergone testing here in Israel. In India, a massive scale of testing can be done. The delegation will work with our partners in the Indian Office of the Principle Scientific Advisor.”

Last Sunday, the delegation took off from Ben‐Gurion International Airport on two separate Israir flights, and landed in Delhi on Monday morning.

In a statement, the Israeli Defense Ministry said “the cooperation between Israel and India will enable the delegation and its Indian counterparts, to collect tens of thousands of samples in a short period of time, and to analyze them using computer systems based on artificial intelligence. This massive sampling will shorten processes and advance the approval of effective technology. It should be noted that all of the necessary Israeli and Indian approvals were acquired ahead of this joint activity.

Foreign Minister Gabi Ashkenazi said in a statement that “since the start of the global pandemic, the Ministry of Foreign Affairs is working to advance international cooperation and mutual assistance. I see great importance in the cooperation with India in the fight against the COVID-19 pandemic. This operation conveys a message of friendship and solidarity with India. It also provides a unique opportunity for scientific and technological cooperation that can assist Israel, India and the world in coping both with the pandemic and with the economic crisis that came with it.”

Earlier this week, Dani Gold, head of the Directorate of Defense Research and Development, told reporters on a conference call that Israel and India are working together to gain control of the pandemic, and that one of the ways to achieve this is through a new generation of rapid testing. “PCR tests take too long to control the disease. We want to open economies in certain area. We are trying to use new technology for fast testing that will take between seconds to minute. We aim for less than a minute.”

The cooperation between Israel and India will enable the delegation, and its Indian counterparts, to collect tens of thousands of samples in just 10 days and analyze them using computer systems based on artificial intelligence. This massive sampling will shorten processes and advance the approval of effective technology. All tests will be validated using PCR tests, added the Defense Ministry.

“In recent years, Israel-India relations have developed into a strategic partnership and since the beginning of the corona crisis, the two countries have agreed to provide mutual assistance and to cooperate in areas of research,” the ministry noted. “For the purpose of this specific activity, the government of India has designated a local team of around 100 professionals, as well as a team dedicated to the construction of testing sites that will be operated jointly by the Israeli and Indian delegations.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel bombs Gaza over terror; Turkey to confront Egypt-Greece accord

Israel bombs Gaza over terror; Turkey to confront Egypt-Greece accord

  TV7 Israel News


  • Palestinian Islamists in the Gaza Strip unleashed several clusters of balloons attached to both incendiary and explosive devices causing blazes in southern Israel – consequently prompting a retaliatory bombardment against a Hamas subterranean installation.
  • A political crisis in Jerusalem over the state budget is seemingly threatening the Israeli unity government’s stability.
  • Egypt and Greece sign a maritime exclusive economic zone in the Eastern Mediterranean – drawing Turkish vows to contest the accord by all means at its disposal.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Rudi Herrnstadt: „Pamiętniki z Breslau” (cz. II)

Rudi Herrnstadt: „Pamiętniki z Breslau” (cz. II)

RUDI HERRNSTADT
Tłumaczenie: Joanna Paul-Freundlich


Fragment okładki „Chiduszu” 5/2019 będącej ilustracją do wspomnień Rudiego Herrnstadta. Autorka: Edyta Marciniak

DRUGA CZĘŚĆ PAMIĘTNIKÓW Z BRESLAU RUDIEGO HERRNSTADTA OBEJMUJE OKRES OD KOŃCA PIERWSZEJ WOJNY ŚWIATOWEJ DO 1932 ROKU. KLIKNIJ TUTAJ, ABY PRZEJŚĆ DO PIERWSZEJ CZĘŚCI PAMIĘTNIKÓW.


CZĘŚĆ II

Wojna dobiegła końca. Teraz należało zmierzyć się z jej następstwami. Przegraliśmy i wyglądało na to, że cała wściekłość aliantów skupi się na nas. Negocjacjom w Wersalu nie było końca. Krążyły plotki o długoletnim zniewoleniu i finansowej ruinie Niemiec. Ojciec wreszcie wrócił do domu i do pracy w Baerwald & Herrnstadt. Udało mu się otworzyć śląską filię firmy tekstylnej NWK (Norddeutsche Wollkämmerei & Kammgarnspinnerei), której główna siedziba mieściła się w Delmenhorst nieopodal Hamburga. Filia szybko okazała się najbardziej opłacalną częścią interesu ojca. Sprzedaż hurtowa stanowiła dobre zabezpieczenie przed inflacją, która krótko po zakończeniu wojny zaczęła odsłaniać przed nami swoje mało urokliwe oblicze.

Niemcy przestały być monarchią. Zatwierdzono konstytucję, która młodszym członkom naszego kręgu przyjaciół (Erwinowi Cohnowi, Walterowi Fabischowi i mnie) jawiła się jako cud demokracji. Nie zadowalała ona jednak sporej grupy Niemców – skrajnie konserwatywnych, reakcyjnych militarystów. Wkrótce dało się to wyczuć także w szkole. W 1919 roku Günter i ja uważaliśmy się już za całkiem dorosłych. On miał szesnaście lat, a ja piętnaście. Trzy lata wcześniej obchodziliśmy bar micwę Güntera, rok później moją. Nie były to szczególnie huczne wydarzenia.

Większość naszych młodych i sympatycznych nauczycieli, za którymi przepadaliśmy we wczesnych latach szkolnych, została zabita lub poważnie okaleczona podczas wojny. Początkowo zastępowały ich nauczycielki, do których żywiliśmy sporą niechęć. Później ich miejsce zajęli – jak nam się wtedy wydawało – starsi panowie. Większość z nich była pewnie po pięćdziesiątce. Byli to osobnicy niezwykłego rodzaju – ludzie należący do gatunku, którego nigdy później w swoim życiu nie spotkałem. Trudno jest mi teraz opisać ich cechy, które zapewniały nam tak wiele możliwości do żartów. Niektórzy z nich jasno dawali nam do zrozumienia, że w rzeczywistości nie przegraliśmy wojny, że konstytucja weimarska była dziełem komunistów i że nadejdzie w końcu dzień, kiedy niemiecki duch znowu zatriumfuje. Nie traktowaliśmy ich poważnie. Jednym z niewielu lubianych przez nas nauczycieli był dyrektor szkoły, dr Gabriel. Jedynym pozytywem był powrót do budynku Johannesgymnasium przy „ulicy raj” [Stanisława Worcella]. Wciąż żywo pamiętam aulę z wypisaną wielkimi literami inskrypcją Non scholae, sed vitae discimus („Nie dla szkoły, ale dla życia się uczymy”). Zaczynałem właśnie drugi rok Secundy. […]

Moje grono znajomych powiększyło się, choć najlepszym przyjacielem wciąż pozostawał Walter Fabisch. Do naszej paczki należał też Ernst Cohn, zawsze najlepszy w klasie. W późniejszych latach, po krótkim epizodzie pracy jako wykładowca na uniwersytecie w Breslau, wyjechał do Londynu, gdzie został znanym adwokatem. W 1952 roku odwiedziliśmy go z waszą mamą w tak zwanej Inner Temple, jednej z izb londyńskiego towarzystwa prawniczego. Nie wiem, co stało się z Franzem Hirschmannem, zupełnie przestałem śledzić jego losy. Był zabawnym facetem. Za to Günter otoczył się gronem podobnych sobie – „obytych w świecie” i cieszących się życiem chłopców z bogatych rodzin (był wśród nich Erich Alford, który później zmienił nazwisko na Aufrecht). Chodzili na randki, grali w karty, z obowiązków szkolnych nie robili sobie nic. A kiedy przyszło co do czego, wszyscy zdali egzaminy celująco.

Ja i moi przyjaciele – wśród nich oczywiście Erwin – podchodziliśmy do życia bardziej, jak by to powiedzieć, filozoficznie. Urządzaliśmy długie dyskusje na różne tematy, graliśmy w wyszukane gry, dużo czytaliśmy i sami pisaliśmy poezję. Dziewczynom daliśmy spokój, choć przyznaję, że próbowałem zaprzyjaźnić się z kilkoma, które podobały się znajomym Güntera. Nigdy jednak specjalnie mi nie zależało. Od czasu do czasu spotykałem się z Theą Heymann i jej siostrą Ruth, która bardzo przypadła do gustu Walterowi. Nie było to jednak – przynajmniej wtedy – nic poważnego.

Mijały lata. Atmosfera w domu ciągle była wspaniała. Moi rodzice mieli liczne grono znajomych i prowadzili bardzo aktywne życie towarzyskie. Muzyka była dla nas wciąż bardzo ważna. Opery, koncerty, muzyka… I oczywiście literatura! Czytaliśmy nie tylko niemieckich klasyków – zachwycaliśmy się Tołstojem, Mannem, Rollandem, Dostojewskim, Zweigiem, Waßermannem, Werfelem i wieloma innymi. Pogrążony w lekturze spędzałem długie godziny w naszym Herrenzimmer. Prawdziwy Leseratte [mól książkowy], jak zwykliśmy mówić.

Często dyskutowaliśmy o polityce, choć nikt nie był nią szczególnie zainteresowany. Nawet rewolucja w Rosji, która działa się tak blisko, nie zrobiła na nas aż takiego wrażenia. Jedynym wydarzeniem, które na chwilę wyrwało nas z amoku, był Kapp-Putsch [pucz Kappa-Lüttwitza] w 1920 roku – zwiastun późniejszej próby obalenia demokratycznej Republiki Weimarskiej. Podczas rewolty, w samym centrum Breslau, zbłąkana kula trafiła śmiertelnie matkę naszego znajomego, Heinza Kretschmera – bliskiego przyjaciela Hansa. Niezwykle smutny wypadek. Hans był w tym czasie wyjątkowo przystojnym młodzieńcem. Zbliżył się z Erwinem Cohnem i przyjaźnił ze znacznie od siebie starszym Maxem Walterem Mamrothem, synem bardzo znanego w Breslau adwokata. […]

W roku 1922 wszystko odżyło. Na Wielkanoc ukończyłem z wyróżnieniem szkołę. Nie musiałem nawet przystępować do egzaminów ustnych, bo pisemne zdałem na najwyższe oceny. Walter Fabisch był chyba w podobnej sytuacji. Aby uczcić to wydarzenie, wybraliśmy się z Erwinem i Walterem na krótką wycieczkę do Dresden, naówczas przepięknej stolicy Saksonii. Tam obejrzeliśmy przedstawienie na podstawie najnowszego dramatu Gerharda Hauptmana, Indipodhi. Później udaliśmy się do Weimaru – miasta, w którym tworzył Goethe – aby złożyć hołd poecie. W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze Wartburg.

Tego samego lata ciocia Liese zabrała mnie, Hansa, Theę i Ruth Heymann oraz swoje dwie córki nad Morze Bałtyckie. Tam ja i Thea po uszy się w sobie zakochaliśmy. Na ślub musieliśmy jednak czekać kolejnych dziesięć lat. Tymczasem na scenie politycznej miało miejsce kolejne niepokojące wydarzenie. Minister spraw zagranicznych Walter Rathenau został zamordowany przez Freikorps. Wielu z należących do tej formacji żołnierzy zasiliło później szeregi SS. […]

W listopadzie 1922 roku Gerhard Hauptmann obchodził sześćdziesiąte urodziny. Breslau stało się centrum wydarzeń kulturalnych organizowanych w związku z tą rocznicą. Breslauer Stadttheater wystawiał większość jego sztuk, które obsadzono najwybitniejszymi aktorami i aktorkami. Widzieliśmy z Theą chyba wszystkie przedstawienia, w tym Floriana Geyera, którego wystawiano w Jahrhunderthalle.

W lipcu 1922 roku w wielkim stylu świętowaliśmy bar micwę Hansa. Cała nasza liczna rodzina zjechała się do Breslau. Była tam ciocia Liese i wujek Max, Henny i Harry Hammerschlag, Georg Michaelsohn, Edith Herrnstadt-Oettingen (jak lubiła sama siebie nazywać), wujek Harry i ciocia Herta, Thea i Ruth Heymann (być może również Werner Heymann) oraz ich rodzice Kaete i Karl Heymannowie i wielu, wielu innych. Tego wieczoru po raz pierwszy odegraliśmy jedno z naszych przedstawień. Była to sztuka Hanneles Himmelfahrt Hauptmanna. Günter zagrał Ojca chrzestnego, ja byłem Szatanem, Thea Aniołem, Walter Fabisch wcielił się w rolę Czarownicy, a Erwin Cohn – Sekretarza Boga. Moim inspicjentem był Max Walter Mamroth. Przedstawienie okazało się wielkim sukcesem i obiecującą zapowiedzią kolejnych przedsięwzięć w przyszłości. Scenariusz sztuki napisany jest oczywiście po niemiecku, więc nie będzie miał dla was większej wartości, ale waszej matce bardzo się spodobał.

Pomimo wszystkich ekscytacji, podróży, celebrowania twórczości najwybitniejszego wtedy w Niemczech poety i dramaturga, a także zakochiwaniu się w dziewczynie, która dziś jest waszą babcią, zdołałem rozpocząć studia prawnicze na Schlesische Friedrich-Wilhelms-Universität w Breslau. Zacząłem krótko po moich zaliczeniach w 1922 roku, a niedługo potem miałem już zaliczone dwa semestry (trwające trzy miesiące każdy) i razem z Walterem Fabischem byliśmy zdecydowani zacząć trzeci semestr już w Monachium (idąc jak zwykle w ślady Güntera). Zanim jednak opowiem o czasie tam spędzonym, muszę powiedzieć kilka słów o tym, jak „studiowanie prawa” wyglądało w naszym wykonaniu.

Na początku semestru każdy otrzymywał mały dzienniczek, w którym wykładowcy potwierdzali podpisem obecność studenta na zajęciach. Wiedzieliśmy, kiedy odbywały się obowiązkowe wykłady, przychodziliśmy więc pod koniec każdego z nich, na tyle wcześnie, aby złapać wykładowcę i zdobyć podpis. Poczciwy profesor nie miał oczywiście pojęcia, czy rzeczywiście braliśmy udział w wykładzie, składał więc podpis w wyznaczonym miejscu i na tym sprawa się kończyła. Na nudne wykłady prowadzone przez poważnie posuniętych w wieku wykładowców szedł tylko jeden z nas, zabierając ze sobą pół tuzina dzienniczków, które potem dyskretnie przedkładał wykładowcy w odpowiednich odstępach czasowych. Nie oznacza to oczywiście, że cały czas się obijaliśmy. Po prostu chodziliśmy na zupełnie inne wykłady prowadzone przez młodych i znanych profesorów, których zarówno w Breslau, jak i w Monachium nie brakowało. Regularnie uczęszczałem na wykłady z filozofii, muzyki i historii sztuki, wychodząc zawsze z założenia, że „prawo może poczekać”. […]

Tak skończył się rok 1922, a po nim nastąpił – jeszcze bardziej dramatyczny – rok 1923. Wymykająca się spod kontroli inflacja osiągnęła poziom, w którym jeden dolar amerykański wart był dwadzieścia miliardów marek. Nawet to nie ostudziło jednak naszego młodzieńczego temperamentu. Przeżyliśmy ten rok niesamowicie, mimo że wielu ludzi w Niemczech z trudem wiązało wtedy koniec z końcem. Jak już wspomniałem, zaczęliśmy z Walterem Fabischem (który studiował medycynę) trzeci semestr w Monachium, stolicy Bawarii. Wynajęliśmy umeblowany pokój w kamienicy na Ainmillerstraße, znajdującej się na monachijskich przedmieściach zwanych Schwabing. Właścicielami mieszkania była zubożała para emerytów. Oboje byli bardzo sympatyczni, choć problemy finansowe, z którymi się zmagali, najpierw sprawiły, że stali się największymi wrogami Republiki Weimarskiej, a później – jestem tego pewien – wepchnęły ich w szpony Hitlera. Nad nami mieszkała pani Bosetti, słynna sopranistka opery monachijskiej. Ku naszej rozpaczy od rana do wieczora udzielała lekcji śpiewu, co było absolutnie nie do zniesienia i doprowadzało nas do szaleństwa. Portret Bosetti (właściwie Kammersängerin Bosetti) do dziś wisi między portretami innych osobistości w holu opery, gdzie jadło się i piło albo po prostu spacerowało w trakcie przerw. Była tak samo sławną śpiewaczką, jak okropną nauczycielką. A była naprawdę sławną śpiewaczką.

Mimo to nasz pobyt w Monachium był wspaniały. Podczas gdy Walter podchodził do swojego studiowania bardzo poważnie, ja nadal uczęszczałem głównie na wykłady o sztuce, prowadzone przez znanego profesora Wölfflina, z którym regularnie odwiedzaliśmy znane na całym świecie monachijskie muzea – Pinakotekę, Schackgalerie i wiele innych. Udało nam się zobaczyć wielkie jeziora wokół miasta. Byliśmy nad Starnberger See, w którym tragicznie utonął (albo został utopiony) Ludwik II (wielki miłośnik mojego ukochanego kompozytora Richarda Wagnera), i nad Ammer See, gdzie Walter Fabisch nieomal dostał udaru. Nabawił się takich oparzeń słonecznych, że spędził w łóżku kilka dni – ze mną w roli pielęgniarza, jako że nie stać nas było na lekarza… […]

Nie da się opisać słowami, jak piękne są okolice Monachium. Odkrywaliśmy je podczas wycieczek rowerowych, spacerów, a także podróżując pociągami. Weszliśmy na Zugspitze, co zajęło nam całkiem sporo czasu i nie było wcale łatwe (w każdym razie trudniejsze niż wjechanie kolejką). Wspięliśmy się też całkiem wysoko, w górę płynącej przez miasto Izary, a później spłynęliśmy w dół tratwą. Świetna zabawa! W Monachium można było też znaleźć pełną gamę innych rozrywek. Jedną z nich były znakomite kabarety. W 1923 roku sensacją była sławna piosenkarka kabaretowa Blandine Ebinger, gwiazda monachijskiego Bonbonnière. Być może słyszeliście o Joachimie Ringelnatzu – barowym poecie, zawsze pijanym albo udającym pijanego, recytującym swoje bezcenne wiersze w „Simplicissimus”. Komedia na najwyższym poziomie. Zazwyczaj odwiedzałem te wszystkie miejsca samotnie, tylko czasami towarzyszył mi Walter Fabisch, który wolał pracować i uczyć się w domu. Odwiedzałem też operę – później, w trakcie wojny, całkowicie zniszczoną. Można było tam usłyszeć najsłynniejsze głosy: Yvonne Ivoguen, Karla Erba, Paula Bendera, Friedricha Brodersena i wielu innych, których nazwiska nic wam pewnie nie powiedzą. Byli to muzycy najwyższej klasy. Taki był też każdy z ich występów. Szczególnie zapadło mi w pamięć wybitne przedstawienie Tristana i Izoldy. Popełniłem ogromny błąd, zapraszając na nie Waltera. Wiedziałem, że nie przepada za Wagnerem, czym zepsuł całe moje hipnotyczne uniesienie. Nie odzywaliśmy się do siebie przez następnych kilka dni.

Ciekawa była nasza znajomość z pewną starszą parą – baronem i baronową von Thuemenx. Ona – nieco ordynarna, ale bardzo miła. On – mierny malarz. Günter kupił nawet kilka jego martwych natur z kwiatami, bo te wychodziły mu najlepiej. […] Baronowa za wszelką cenę próbowała zapewnić mi i Walterowi towarzystwo „odpowiednich” dziewcząt, ale nie miała w tej kwestii zbyt wiele szczęścia. Ku swojemu wielkiemu rozczarowaniu chyba ostatecznie uznała, że byliśmy parą. […]

Wróciliśmy do domu na Kaiser-Wilhelm-Straße 171 [Powstańców Śląskich] jakoś pod koniec sierpnia czy na początku września. Niedługo potem, 8 listopada, w Monachium miał miejsce nieudany Bierputsch pod dowództwem Hitlera i generała Ludendorffa. Na szczęście w porę stamtąd wyjechaliśmy.

Wszystko to działo się latem 1923 roku. Wtedy to kolosalna, prawie nierealna inflacja w Niemczech osiągnęła swój szczyt. Nic nie wskazywało na to, żeby parlament był w stanie sobie z tym problemem poradzić. Niespodziewanie jeden z członków Niemieckiej Narodowej Partii Ludowej zaproponował plan umocnienia niemieckiej marki. Polegał on na wprowadzeniu zupełnie nowej waluty zabezpieczonej produkcją żyta. Koncepcja nie została zaakceptowana przez parlament, głównie za sprawą skrajnej lewicy. Zalety takiego rozwiązania dostrzegły jednak partie centrowe i politycy partii ludowej. Zamiast Roggenmark [marka żytnia] wprowadzono Rentenmark [marka rentowa], której emisję zabezpieczono hipoteką na całą powierzchnię gruntów rolnych. Jednym magicznym posunięciem liczby zostały zaktualizowane i dolar wart był już nie miliardy, ale cztery i dwie dziesiąte rentmarki, którą powszechnie uznano za walutę, również przez aliantów. Później, dzięki polityce pieniężnej prezesa Banku Rzeszy Hjalmara Schachta, rentmarkę przeliczano – głównie z pomocą Banku Anglii – w oparciu o wartość złota zamiast ziemi. Tak powstała nowa waluta Niemiec, Reichsmark, która funkcjonowała aż do końca drugiej wojny światowej. Później zastąpiła ją Deutschmark, która dzisiaj (cóż za ironia) jest najsilniejszą europejską walutą.

Do dziś zastanawiam się, jak mój ojciec zdołał nie tylko utrzymać, ale też wzmocnić pozycję Baerwald & Herrnstadt na rynku do takiego stopnia, że prócz planowania budowy dwupiętrowego domu w najlepszej części Breslau, przy Schenkendorfstraße 20 [Orla], mogliśmy pozwolić sobie wiosną 1924 roku na podróż do Włoch. […]

Do budowy naszego wymarzonego domu zatrudniliśmy słynnego architekta Wilhelma Ludwiga Schlesingera (wujka naszego kolegi, Kurta Schlesingera) i dekoratora wnętrz Oscara Hechta, męża siostry Erwina Cohna. Efekt był fantastyczny. Dom miał duży przedpokój, do którego wchodziło się przez przestronne Garderoben Ablage. Po lewej stronie znajdował się specjalny pokój do nauki, przeznaczony dla mnie i Güntera. Stało w nim duże podwójne biurko, wygodna sofa i kilka głębokich foteli. Z przedpokoju na piętro prowadziły szerokie schody, a sam przedpokój otaczała jadalnia z dużą werandą, z której można było wyjść do ogrodu. Mieliśmy piękny salon ze słynnym fortepianem stojącym na podwyższeniu, Herrenzimmer z biblioteką i stolikiem karcianym. Na piętrze było kilka sypialni z łazienkami, duży pokój gościnny i małe schody prowadzące na strych, w którym znajdowała się ciemnia, dzięki której mogliśmy realizować nasze fotograficzne ambicje. Dach był płaski, rozpościerał się z niego doskonały widok i można było się tam opalać, jeśli tylko pozwalała na to pogoda. Piękny ogród został zaprojektowany przez ekspertów. Ogromne stare drzewo, w cieniu którego stał stół i krzesła, dawało doskonałe schronienie przed słońcem. Ogród był na tyle duży, że można było w nim uprawiać truskawki i warzywa. Wszędzie było bardzo przyjemne. Kuchnia znajdowała się w piwnicy razem z pokojami dla służby i pralnią. Do ogrodu wychodziło się z niej przez elektrycznie otwierane drzwi. Jedzenie transportowano do małego pomieszczenia przy jadalni za pomocą windy kuchennej. Co za dom – naprawdę szczyt luksusu! Kupiliśmy też pierwszego psa. Był to pies pasterski o imieniu Lux, ulubieniec całej rodziny. Z Kaiser-Wilhelm-Straße 171 (której nazwę po przegranej wojnie i upadku monarchii zmieniono na Hindenburgstraße) przenieśliśmy się na Schenkendorfstraße 20 w lutym 1923 roku, kiedy Günter wrócił z Monachium, a ja kończyłem drugi semestr studiów. Harry i Herta Müller dali nam księgę gości, która leży teraz przede mną. Po każdej wizycie odwiedzający proszeni byli o pozostawienie w niej swojego wpisu. Pierwszy wiersz z datą 21 lutego 1923 roku jest oczywiście mojego autorstwa. Zacytuję go tutaj, chociaż wiem, że mój niemiecki może być trudny do rozszyfrowania:

Przeprowadzka stała się faktem… wreszcie…
A wszystko spieszy, wszystko pędzi,
By światu się odwdzięczyć
Za ciepło domowego ogniska.
Nie przyłożyłem do tego ręki,
Stroniąc od domu, jak tylko mogłem.
Nie rozpaliłem tego światła,
W którego blasku zażywam kąpieli.
Będzie tu stał po wsze czasy.
Dobrze znam ciężar zarzutów.
To jedno winno dać mi ukojenie –
Byłem tu pierwszym z gości.

Günter ukończył studia w 1923 roku. Spędzał całe dnie na nauce w naszym nowym pokoju i jesienią zdał końcowe egzaminy, zdobywając tytuł Iuris Utriusque Doctor [doktor obojga praw]. Był to sygnał do tego, aby wcielić w życie drugą część naszego planu, nad którym pracowaliśmy jeszcze w poprzednim roku. Moi rodzice z Harrym i Hertą Müller oraz jej przyrodnią siostrą Elsą Salinger chcieli zabrać Güntera na wycieczkę do Włoch. Oczywiście oświadczyłem z oburzeniem, że taka podróż nie może się odbyć beze mnie. Byłem tak uparty, że w końcu postawiłem na swoim i zostałem uwzględniony w planach wyprawy. W marcu 1924 roku ruszyliśmy przez Monachium do Florencji. Stamtąd pojechaliśmy do Neapolu i na Capri, następnie do Rzymu i Wenecji, a do domu wróciliśmy przez Wiedeń. Aby poznać szczegóły tej niezapomnianej podróży, proponuję wam zajrzeć do Die Knorkiade, o której wspominałem już wcześniej. […]

Czytając to, co do tej pory napisałem, zauważyłem, że prawie w ogóle nie opowiedziałem o Hansie, najmłodszym w rodzinie. Przypomniała mi o nim dopiero opowieść o podróży do Włoch. Miał wtedy zaledwie czternaście lat, musiał więc zostać w domu pod opieką Erwina Cohna, który wprowadził się do nas na czas wakacji. Hans był wyjątkowo atrakcyjnym chłopcem, a jeśli mnie pamięć nie myli, miał już wtedy swój pierwszy Gspusi z Marianne Cohn (później Marianne Alford). Marianne i jej siostra Susi były jednymi z najładniejszych dziewcząt w całym Breslau. Hans miał motocykl, na którym jeździli razem z Marianne. Nie można było powstrzymać uśmiechu, patrząc na tych dwoje. Ich romans trwał do 1933 roku, kiedy Hans musiał opuścić Niemcy. Do tego czasu byli nierozłączni. Nieszczęście spadło na Susi wraz z dojściem Hitlera do władzy. Marianne była natomiast załamana, kiedy dowiedziała się o naszych planach emigracji do RPA. Przed wyjazdem pojechała ze mną na narty do Riesengebirge [Karkonosze], gdzie zakochała się w Erichu Alfordzie, który pojawił się nie wiadomo skąd. I tak stała się Marianne Alford. Szczególnie przeżyła to moja matka. Strasznie lubiła Marianne i chciała mieć ją za synową. Z kolei do mojego romansu z Theą podchodziła zawsze podejrzliwie i z niepokojem. Lubiła ją, ale nie chciała, żeby była moją żoną. Niestety w życiu nie zawsze dostaje się to, czego się chce. […]

Na przełomie lat 1922-1923 byłem przewodniczącym jednego z Student Vereine [klub studencki] w Breslau (Akademisch-Rechtswißenschaftliche Verein, ARV). Takie kluby były wówczas w akademickim światku bardzo popularne. Jego członkiem był też Günter, a później również i Hans. […] Przynależność do klubów owocowała bliskimi przyjaźniami. Regularnie odbywały się spotkania, kongresy, konferencje i libacje (piliśmy głównie piwo, którego nie byłem fanem). Organizowaliśmy lekcje tańca, na które przychodziły specjalnie wyselekcjonowane dziewczęta z elit Breslau. Zajęcia prowadziło w swoim mieszkaniu na Gartenstraße [Józefa Piłsudskiego] starsze małżeństwo, państwo Behr. Zawsze akompaniował nam fortepian. W dużej sali wydzielona była część zwana „smoczym kącikiem”, przeznaczona dla matek dziewcząt.

W zimowe miesiące odbywały się niezliczone imprezy, które nierzadko przeradzały się w prawdziwe orgie. Pamiętam, że jako przewodniczący nie byłem zbyt lubiany podczas tych przyjęć, bo zawsze włączałem światło, które ktoś gasił z oczywistych powodów.

W końcu musiałem jednak zająć się prawdziwym studiowaniem, zbliżał się bowiem mój pierwszy poważny egzamin – Referendar Examen [egzamin stażysty]. Ponieważ, jak wiecie, rzadko uczęszczałem na wykłady z prawa, podobnie jak wcześniej Günter skorzystałem z usług znanego korepetytora o nazwisku Wendriner. Był przedziwnym człowiekiem o niezwykle osobliwych zwyczajach, ale też doskonałym nauczycielem obdarzonym pięknym umysłem. Spędziłem w jego mieszkaniu długie godziny i w 1925 roku zdałem egzamin. Nie z najlepszym wynikiem, ale wystarczającym, aby jesienią rozpocząć staż w sądzie. […]

Był to dość interesujący okres w moim życiu. Cały ten czas spędziłem w Breslau, między Amtsgericht [Sąd Rejonowy] i Oberlandesgericht [Wyższy Sąd Krajowy]. Ukończenie aplikacji zajęło mi trzy lata. Jako stażyści nie tylko przyglądaliśmy się przebiegowi spraw w sądzie, ale po każdej mowie obrońcy (szczególnie w Sądzie Krajowym) musieliśmy też przedstawić sędziom własną ocenę sprawy i powiedzieć, jak sami byśmy ją rozstrzygnęli. W większości były to sprawy cywilne, często bardzo trudne. W sprawach karnych zajmowaliśmy się przede wszystkim obroną oskarżonych. Najczęściej spotykaliśmy się z nimi w ich celach, co nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń. Przez pewien czas pracowaliśmy też w biurze prokuratora, gdzie nie tylko przygotowywaliśmy sprawy, ale musieliśmy również pisać mowy końcowe i wnosić o kary. Naszym obowiązkiem było też uczestnictwo w egzekucjach, jako że wciąż funkcjonowała wtedy w Niemczech kara śmierci. Tego typu spraw nie było jednak wiele. W trakcie mojego stażu w biurze prokuratora w Brieg [Brzeg] (oddalonym godzinę drogi pociągiem od Breslau) skazano na śmierć jedną osobę. Nie pamiętam już dzięki jakim wymówkom, ale na szczęście udało mi się nie uczestniczyć w egzekucji. […] Jako stażyści często zastępowaliśmy adwokatów, którzy byli chorzy lub wyjechali. […] Tak poznałem Felixa Lösera. Po zdaniu egzaminu na asesora sądowego zostałem młodszym partnerem w jego firmie. Ale o tym później. […]

Oprócz ARV należeliśmy z Günterem do tak zwanego Réunion Française (RF). Była to grupa zrzeszająca głównie bogatych, młodych intelektualistów, którzy zajmowali się literaturą francuską (a raczej kontynentalną). Podczas naszych spotkań – co najmniej trzy razy w miesiącu – jeden z członków czytał wybrane fragmenty z książek popularnych wtedy autorów: Edgara Allana Poe, Selmy Lagerlöf, Annette von Droste-Hülshoff, Thomasa Manna, Stefana i Arnolda Zweigów, Arthura Schnitzlera, Jakoba Waßermanna, Karla Krausa i wielu innych. Pojawiały się też cytaty z Whitmana, Wordswortha, O’Neila, Hauptmanna, Wilde’a, G.B. Shawa, Shelly’ego czy Byrona… Można by tak wymieniać bez końca. Podawano herbatę i ciastka, ale żadnego alkoholu. Spotykaliśmy się w domach naszych rodziców. Szczególnie zapadł mi w pamięć jeden z wieczorów na Kaiser-Wilhelm-Straße 171. Było to na początku lat dwudziestych, kiedy właśnie wymieniliśmy meble w całym domu. […] Günter aż zbladł i prawie zemdlał, gdy jeden z chłopców, recytując wiersz Annette von Droste-Hülshoff, rytmicznie tupał w blat nowiutkiego stołu, prawie kompletnie go niszcząc. Były to doprawdy pamiętne wieczory…

Lata dwudzieste trwały w najlepsze, a wraz z nimi mój romans z Theą. Spotykaliśmy się tak często, jak to tylko było możliwe. Jeździliśmy na krótkie wycieczki, choć zdarzały się też dalsze podróże. Chodziliśmy na przyjęcia i zdobywaliśmy nagrody za najlepszy taniec. Uważano nas za atrakcyjną i dobraną parę. Rodzinie Heymann nie powodziło się najlepiej. Ojciec Thei zachorował wkrótce po swoich pięćdziesiątych urodzinach, z okazji których napisałem kolejną sztukę. Odegraliśmy ją z Theą, Ruth, Wernerem i Hansem. Przedstawienie kończyło się słowami:

A gdy tłum zgodnie klaszcze,
Nie opuścisz nas…
Przypomnij sobie:
„Kiedy cała Hiszpania wielbi swą królowę,
Ty jeden miałbyś dla niej swe oko surowe
Zaprawiać nienawiścią?”[1] 

Ojciec Thei zmarł wkrótce po naszym ślubie w sierpniu 1932 roku. Kaete (twoja prababka), Thea i Ruth musiały znaleźć pracę. Werner też pracował. Był sprzedawcą w największym domu towarowym w Breslau, Warenhaus Gebrüder Barasch [„Feniks”]. Jak zapewne wiecie, prababcia Kaete przyjechała z nami w 1936 roku do RPA. To głównie ona odpowiadała za edukację waszej mamy. Sami nie mogliśmy się tym zająć, bo musieliśmy pracować. Prababcia Kaete zmarła w Johannesburgu w 1948 roku. […]

Ale po raz kolejny wybiegam w przyszłość. Wróćmy lepiej do Niemiec czasów międzywojnia. Podczas tych politycznych i ekonomicznych transformacji Berlin przeżywał okres kulturowej świetności. Teatry, kina, kabarety, opera – wszystko osiągnęło nieznany wcześniej poziom. Na berlińską scenę kulturową wkroczyli najlepsi producenci, dyrygenci, śpiewacy i aktorzy. Wystarczy, że wymienię nazwiska takie jak: Furtwängler, Reinhard, Moissi, Bergner, Dietrich, Veidt, Basserman, Wagner, Pallenberg, Massari, Tauber czy Kraus… Ta lista nie ma końca. Na szczęście i nieszczęście większość z nich była Żydami. Chociażby artyści kabaretowi, jak Werner Fink. Przyczyniło się to ostatecznie do sukcesu nazistów, którzy uznali Berlin za „miasto Żydów” niemające nic wspólnego z prawdziwą niemiecką kulturą. O Berlinie więcej opowiem wam później – w 1929 roku przeniosłem się do tego wspaniałego miasta, by przygotować się do egzaminu na asesora sądowego.

[…]

Oprócz spotkań towarzyskich, między 1924 a 1929 rokiem odbyliśmy kilka podróży. Pamiętam jedną cudowną wyprawę do Paryża, na którą wybrałem się z Erwinem Cohnem. Później zostawiłem go tam, a sam wyruszyłem do Genui, a stamtąd do Rapallo, Santa Margherita i Portofino. Byliśmy też z Walterem Fabischem na nartach w Bad Reinerz [Duszniki Zdrój]. W trakcie tego wyjazdu niefortunnie upadłem i złamałem lewy nadgarstek. Nieszczęśliwy i bardzo bolesny wypadek. […] W grudniu 1926 roku w wielkim stylu świętowaliśmy srebrne wesele rodziców. Zima była mroźna i śnieżna. Mimo to całą rodziną (i z zatrudnionym niedawno szoferem o nazwisku Fitzek) pojechaliśmy do Bad Reinerz, gdzie odbył się wielki rodzinny zjazd. Kupiliśmy też nowy samochód. Jeśli dobrze pamiętam, był to najnowszy model Plymouth. Silnik uruchamiało się nie automatycznie, siedząc w środku, ale od zewnątrz, przy pomocy korby znajdującej się przy silniku. Była to żmudna i skomplikowana procedura. Nic dziwnego, że potrzebowaliśmy wtedy szoferów.

Przyjęcie w Reinerz było kapitalne. Harry Müller podarował rodzicom parę srebrnych czteroramiennych świeczników, prawdziwe dzieła sztuki. Nikt nie pamięta, co się z nimi stało, najpewniej wpadły w ręce nazistów. […] Przyszło wielu przyjaciół rodziny, wśród nich nasz dentysta doktor Brill z żoną i dwiema niezwykle pięknymi córkami. Po dojściu Hitlera do władzy Brillowie uciekli do Belgii i tam popełnili samobójstwo, podobnie zresztą jak Georg i Grete Ollendorf i wielu innych. […] Nie licząc pięćdziesiątych urodzin ojca, było to ostatnie rodzinne święto, jakie pamiętam. Impreza urodzinowa odbyła się w hotelu Goldene Gans. Tam również zjechała się cała rodzina, Heymannowie, Edith Herrnstadt-Oettingen, Georg Michaelsohn i Helmut Glücksmann. Helmut, nasz kuzyn w drugiej linii, często nas odwiedzał. Bardzo miły człowiek i wyjątkowy nudziarz. Siedział przy stole obok Thei i cały czas mówił do niej cytatami z klasycznych dzieł. Było to jego ulubione zajęcie. […]

Pod koniec 1928 roku udałem się do Berlina, by rozpocząć przygotowania do najważniejszego egzaminu na asesora sądowego. Był to ostatni etap w mojej akademickiej karierze, która trwała już ponad sześć lat. Ze zdanym egzaminem (należącym do jednych z najtrudniejszych na studiach prawniczych) można było ubiegać się o stołek sędziego albo porzucić służbę sądową i zostać adwokatem. […]

Egzamin, przeprowadzany przez pięciu sędziów Sądu Najwyższego, zdałem z wyróżnieniem. Wtedy była to prawdziwa rzadkość, ale i prosta droga do sukcesu. Kiedy po powrocie do Breslau zgodnie ze zwyczajem poszedłem przedstawić się prezesowi Sądu Najwyższego, ten wstał zza biurka, uścisnął mi dłoń i wyraził wielkie nadzieje związane z moją dalszą karierą prawniczą. Nikt wtedy nie przypuszczał, że za trzy czy cztery lata naziści z dnia na dzień pozbawią nas wszystkiego.

A kto czekał już na mnie z gratulacjami przed sądem, z którego wychodziłem z uśmiechem od ucha do ucha? Oczywiście babcia Thea! Możecie sobie wyobrazić, jak świętowaliśmy przez wiele dni (i nocy) bez przerwy. Chyba właśnie wtedy podjęliśmy decyzję o ślubie. Musieliśmy tylko znaleźć sposób, żeby pokonać sprzeciw mojej matki, co – jak się okazało – zajęło nam kolejne trzy lata.

Tymczasem upajaliśmy się wszystkim, co Berlin miał do zaoferowania, a było tego niemało. Chodziliśmy na wspaniałe przedstawienia, jak Faust z Ernstem Deutschem w roli tytułowej i Gustavem Gründgensem w roli Mefistofelesa. Widzieliśmy Edypa z Alexandrem Moissim, wysłuchaliśmy Zemsty nietoperza w berlińskiej Staatsoper i Requiem Verdiego w wykonaniu Berliner Philharmoniker pod batutą Furtwänglera. Kabarety, kluby nocne, najlepsze restauracje – nic nam nie umknęło. […].

Nie zapominajmy, że to wszystko działo się w cieniu wielkiego niebezpieczeństwa, jakie miał przynieść hitleryzm. W naszych kręgach nikt jednak nie brał tego na poważnie. Nikomu nawet nie przeszło przez myśl, aby przeczytać książkę, którą Hitler napisał w więzieniu Landsberg po swoim nieudanym zamachu stanu w 1923 roku. Nikt nie wierzył, że plan, który ze szczegółami przedstawił w Mein Kampf, może być kiedykolwiek wprowadzony w życie. A zaledwie trzy lata później Paul von Hindenburg mianował Hitlera kanclerzem Rzeszy.

Atmosfera w Breslau po moim powrocie była zupełnie inna niż w Berlinie. Wszyscy oczywiście cieszyli się z mojego sukcesu, ale jednocześnie czuć było, że to koniec „złotego wieku” niemieckiej gospodarki. Harry Müller ogłosił bankructwo. On i Herta stracili wszystko i zmuszeni byli przenieść się do bardzo biednej dzielnicy. Nikt nie mógł im pomóc. Mojemu ojcu interes również nie szedł najlepiej. Między nim a jego wspólnikiem wciąż dochodziło do kłótni. Chodziły słuchy, że będziemy musieli wyprowadzić się z naszego domu marzeń, do czego doszło, jeśli mnie pamięć nie myli, w 1931 roku. Firma ojca została zlikwidowana za obopólną zgodą wspólników.

PRENUMERATA
Musiałem szybko znaleźć pracę i zacząć zarabiać, przyjąłem więc ofertę Felixa Lösera, dla którego pracowałem w czasie stażu. Zostałem młodszym wspólnikiem i zapewniało mi to przyzwoite zarobki. Była to też szansa na zdobycie pełnego partnerstwa w przyszłości. Firma doktora Lösera dobrze prosperowała, a z moją pomocą miała szansę na dalszy rozwój.

Wciąż miałem jednak w pamięci obietnicę złożoną Thei, by ze wszystkich sił próbować pokonać sprzeciw mojej matki wobec naszych ślubnych planów. Przysiągłem mojej ukochanej, że jak tylko załatwię sprawy z Löserem, wybierzemy się na wakacje do Włoch. Chciałem pokazać jej Portofino, w którym zakochałem się podczas mojej poprzedniej podróży. Ku przerażeniu Thei zmieniłem jednak plany. Aby ubłagać matkę, przekonałem ją, by to ona się ze mną wybrała. Udaliśmy się do Bozen, a stamtąd do Mendoli w Dolomitach. Następnie pojechaliśmy do Torbole nad jeziorem Garda, a w drodze powrotnej odwiedziliśmy Wiedeń. Thea była tak zmartwiona moją „niewiernością”, że prawie wyskoczyła z okna. Uratowała ją Thea Silbermann (później Danziger), jej kuzynka, z którą mieszkała w Berlinie. Wasza mama była bardzo zaskoczona, kiedy po raz pierwszy usłyszała tę historię w trakcie naszej podróży po Dolomitach w 1984 roku. Z powagą oznajmiła, że gdyby to ją spotkało coś takiego, nigdy nie zdecydowałaby się mnie poślubić. Cóż, Thea uważała inaczej i choć wspólna podróż nie sprawiła, że matka zmieniła zdanie, w końcu, w 1932 roku, otrzymaliśmy błogosławieństwo moich rodziców. Ślub nie był duży, ale za to bardzo szykowny. Na znakomity lunch w jednej z najlepszych restauracji zaprosiłem tylko swoich braci, rodziców, waszą cioteczną babkę Kaethe, Ruth i Wernera. Potem pojechaliśmy nowym Mercedesem Güntera na bardzo krótki miesiąc miodowy do Salzbrunn [Szczawno Zdrój]. Rodzina Aufrecht, a właściwie rodzice Ericha Aufrechta, posiadali duży kawałek ziemi w pobliżu miasteczka. Erich zaprosił nas na weekend do miejsca nazywanego Schloß Adelsbach [Pałac w Strudze]. Pamiętam, że był wtedy zakochany po uszy w jednej z najpiękniejszych i najbardziej ubóstwianych aktorek w Breslau, Anni Ahlers. […]

Moja matka bardzo źle zniosła sprzedaż domu i nie była w stanie nadzorować przeprowadzki. Wysłaliśmy ją do Trebnitz, aby odpoczęła, a przeprowadzką zająłem się sam. […] Dołączyliśmy do niej z Theą, kiedy już udało nam się zmienić nasze mieszkanie przy Schenkendorfstraße 10 w absolutny raj. […]

Jeszcze przed ślubem zobowiązałem się zrekompensować Thei nieodbytą podróż do Portofino. Pojechaliśmy do Kampen na wyspie Sylt na Morzu Północnym. Wspaniale spędziliśmy tam czas. Spotkaliśmy doktora Georga Tarnowskiego, prawnika z Breslau, który bardzo nas polubił. Zaprzyjaźniliśmy się blisko mimo różnicy wieku. Wieść o naszej emigracji złamała mu serce. Na pożegnanie podarował nam mały egzemplarz Fausta, który na pewno pamięta wasza matka, bo robiła w nim mnóstwo notatek, kiedy studiowała niemiecki w Johannesburgu. On i jego żona zostali zamordowani przez nazistów. O ich smutnym losie dowiedzieliśmy się 10 lutego 1946 roku z krótkiego listu od ich syna. List nadano z Edynburga. Brzmiał następująco:

„Drogi panie Herrnstadt,

Nie mogę już mieć nadziei, że kiedykolwiek zobaczę jeszcze rodziców. Przedwczoraj otrzymałem wiadomość od naocznego świadka, że 5 marca 1945 roku moja droga matka została zagazowana w Auschwitz. Mój ojciec zginął w komorze tego samego dnia.

Z poważaniem”.

Oto przykład prawdziwej „niemieckiej kultury”. […]

Tak kończył się kolejny etap mojego życia. Przeżyłem go dość przyjemnie i beztrosko. Wkrótce jednak miał nadejść czas pełen obaw i chaosu. Kończył się bowiem rok 1932 i zaczynał 1933 – rok, w którym naziści doszli do władzy…


Wybór fragmentów i redakcja: Jolanta Różyło


PRZYPISY:

[1] Friedrich Schiller, Don Carlos, tłum. Konstanty Goniewski, wolnelektury.pl.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com