Archive | December 2020

INTERNOWANIE W JABŁONNIE I SYTUACJA ŻYDÓW W OKRESIE BITWY WARSZAWSKIEJ

Kazimierz Sosnkowski_Leopold Gottlieb_1915 Muzeum Narodowe w Krakowie.jpgKazimierz Sosnkowski, rysunek Leopolda Gottlieba z czasów wspólnej służby w Legionach Polskich, 1915 r. (fragment) / Muzuem Narodowe w Krakowie


INTERNOWANIE W JABŁONNIE I SYTUACJA ŻYDÓW W OKRESIE BITWY WARSZAWSKIEJ

Przemysław Batorski


Podczas wojny polsko-bolszewickiej stosunki polsko-żydowskie jeszcze raz stały się napięte. Mało znanym epizodem bitwy warszawskiej jest internowanie żołnierzy i oficerów pochodzenia żydowskiego w Jabłonnie, do którego doszło po 16 sierpnia 1920 roku z rozkazu generała Kazimierza Sosnkowskiego.

Po zakończeniu I wojny światowej, wraz z upadkiem imperium rosyjskiego, niemieckiego i austro-węgierskiego, w Europie Środkowej i Wschodniej powstawały nowe państwa, które prowadziły walki o niepodległość i zmianę granic. Towarzyszyły temu pogromy i ekscesy antyżydowskie. W Rosji Żydów prześladowali zarówno bolszewicy, jak oddziały białych, do aktów terroru dochodziło też na Węgrzech, w Czechach, na Słowacji. Podczas rosyjskiej wojny domowej, wojny polsko-bolszewickiej i innych konfliktów od 1917 roku do początku lat 20. na obszarze od Wisły do Donu trwały walki formacji rosyjskich (bolszewickich i białych), ukraińskich, polskich, kozackich, rumuńskich, anarchistycznych i innych. Wiele z tych formacji prowadziło aktywne prześladowania Żydów. Podczas fali pogromów w latach 1918–1921, stanowiącej część wojny domowej w Rosji, zamordowano ok. 180–200 tysięcy Żydów[1].

W okresie nieustannych walk i zmian granic towarzyszących wojnie domowej w Rosji właściwie jedyną stroną, która nie prowadziła zorganizowanych prześladowań Żydów ze względu na ich przynależność etniczną, byli bolszewicy. „Nawet jeśli nowe władze bolszewickie odbierały własność, nacjonalizowały fabryki, warsztaty, sklepy, zamykały synagogi, likwidowały religijne instytucje, delegalizowały żydowskie partie, to mimo wszystko gwarantowały minimalny poziom bezpieczeństwa fizycznego. To było już, jak na te czasy, dużo”[2] – pisze Paweł Śpiewak. W oczach Żydów bolszewicy byli przeciwnikami caratu, który przez dziesięciolecia prześladował ich antysemickim prawodawstwem i pogromami[3]. Rosjanie z armii białych, dążący do przywrócenia caratu, byli w dużej części nastawieni antysemicko – także z tego względu część Żydów odnosiła się z sympatią do bolszewików.

Podczas wojny polsko-bolszewickiej nie wszyscy Żydzi opowiadali się za władzą polską, przy czym należy pamiętać, że w okresie bitwy warszawskiej odrodzone państwo polskie istniało dopiero niecałe dwa lata. Ze strony wojsk polskich Żydzi doświadczyli pogromu we Lwowie w listopadzie 1918 r., który przyniósł kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych, oraz wielu innych antysemickich ekscesów[4].

Stosunek władz Polski i Wojska Polskiego do Żydów, jak twierdzi Christhardt Henschel, „ilustruje kruchy stosunek samych Polaków do własnej zbiorowości, państwowości i lojalności”[5]. Jak podkreśla Henschel, sprawy dotyczące Polaków są zrozumiałe tylko w kontekście polskiego doświadczenia historycznego, a „również w innych europejskich krajach w XIX i XX wieku stosunki władz wojskowych do ludności żydowskiej były polem minowym. Nie tylko w Polsce Żydów uważano za ludność nieprzydatną do służby wojskowej”[6]. Nad lojalnością Żydów zastanawiali się przywódcy wcześniejszych polskich powstań. Pytanie o nią powróciło podczas wojny polsko-bolszewickiej.

Postawy ludności żydowskiej wobec bolszewików

Od początku 1919 roku do maja 1920 r. wojska polskie prowadziły kolejne ofensywy w wojnie z radziecką Rosją, zbliżając się do dawnych, przedrozbiorowych granic Rzeczypospolitej. Polacy doszli nad Dniepr i zdobyli Kijów. W maju 1920 r. Armia Czerwona rozpoczęła własną ofensywę na Ukrainie, w rejonie Kijowa. Bolszewicy przełamali front wojsk polskich i zmusili Polaków do odwrotu. Kolejna ofensywa pod dowództwem generała Tuchaczewskiego na przełomie lipca i sierpnia odepchnęła wojska polskie z terytorium środkowej Białorusi. W sierpniu Armia Czerwona doszła nad Wisłę w rejonie Warszawy oraz Płocka. Wobec błyskawicznych postępów wojsk bolszewickich wydawało się, że wkrótce upadnie Warszawa, a Armia Czerwona dotrze do Niemiec.

Polacy przystąpili do gorączkowego organizowania obrony (i własnej kontrofensywy). Jednym z tych działań było powołanie Rady Ochrony Państwa, która kierowała tworzeniem Armii Ochotniczej, złożonej głównie z „młodych niepodlegających obowiązkowej służbie wojskowej, ale zdolnych do noszenia broni (szeregowych w wieku 17–42 lata oraz oficerów do lat 50)”[7]. Do wstępowania w szeregi wojska zachęcały władze państwowe, a także przedstawiciele kościoła katolickiego, ewangelickiego i gmin żydowskich[8]. „Do armii napływała młodzież akademicka pochodzenia żydowskiego, którą do poparcia działań Rady Obrony Państwa wzywała Rada Naczelna Zjednoczenia Polaków Wyznania Mojżeszowego Wszystkich Ziem Polskich”[9]. 15 lipca syjonistyczni posłowie na Sejm wzywali Żydów do udziału w walce przeciw bolszewikom[10]. W lipcu i sierpniu w szeregi Wojska Polskiego wstąpiło kilka tysięcy żydowskich ochotników, jednak ich zaciąg zmniejszył się po internowaniu w Jabłonnie[11].

„Stosunek ludności żydowskiej do wojny polsko-bolszewickiej latem 1920 r., podobnie jak do Polaków, był dość zróżnicowany”[12] – pisze Janusz Szczepański. „Duże nadzieje z wkroczeniem wojsk sowieckich wiązało środowisko żydowskie skupione wokół Bundu i Poalej-Syjon. Po stronie polskiej było bogate kupiectwo żydowskie obawiające się utraty majątku oraz grupy ortodoksyjne, dla których rządy bolszewickie oznaczały ateizację życia religijnego” – pisze Jolanta Załęczny[13]. Również raport Wojska Polskiego z lipca 1920 r. dzielił ludność żydowską na „wielką masę ortodoksyjną i częściowo zasymilowane mieszczaństwo”, ze strony których „zauważyć można wysiłek w kierunku przełamania lodów dzielących społeczeństwo polskie od Żydów”[14] oraz „warstwę robotniczą i drobnomieszczańską”, związane z partiami Bund i Poalej Syjon, sympatyzujące z bolszewikami[15]. Z kolei żydowscy komuniści, należący do Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, uczestniczyli w agitacji przeciw rządowi Piłsudskiego i przeciw rozbudowie armii polskiej[16].

Niejednoznaczne były także postawy społeczeństwa polskiego wobec Żydów, zwłaszcza w sytuacji, gdy rozpowszechniony był „stereotyp Żyda popierającego idee rewolucyjne”[17]. Wizerunek Żyda-komunisty rozpowszechniała w swojej propagandzie szczególnie narodowa demokracja, oskarżając Żydów o rozszerzanie wpływów komunistycznych w Polsce[18]. Obawy wojska o nielojalność Żydów były tak duże, że 10 lipca rząd rozwiązał Bund w Polsce i internował jego przywódców[19].

Internowanie w Jabłonnie

Na początku sierpnia 1920 r. wojsko rozpoczęło wysiedlanie Żydów z terenów wokół twierdzy Modlin i Nowego Dworu Mazowieckiego, miejscowości o znaczeniu strategicznym, do których zbliżył się front – opuszczone przez Żydów domy były nierzadko grabione. Podczas odwrotu armii polskiej nasilały się przypadki napaści polskich żołnierzy na Żydów[20], po których 30 lipca minister spraw wojskowych generał Kazimierz Sosnkowski „wydał rozkaz wszystkim Dowództwom Okręgów Generalnych, nakazując surowe karanie antyżydowskich ekscesów”[21].

Dwa tygodnie później – data wydania rozkazu nie jest pewna; źródła podają 16 lub 17 sierpnia 1920 r.[22] – czyli niemal w chwili rozpoczęcia polskiej kontrofensywy w bitwie warszawskiej, pod presją żądań organizacji nacjonalistycznych, Sosnkowski „wydał rozkaz o aresztowaniu we wszystkich Okręgach Generalnych około tysiąca wojskowych, wśród których większość stanowili Żydzi. Wielu znanych oficerów wyznania mojżeszowego, zasłużonych w okresie walk o niepodległość Polski, zostało usuniętych z wojska. Aresztowanych osadzano w obozie dla internowanych w Jabłonnie pod Warszawą. Żydowską młodzież akademicką z oddziałów ochotniczych skierowano do kompanii karnych”[23].

Żydowscy żołnierze zostali internowani w dawnych carskich koszarach przy stacji kolejowej Jabłonna na terenie dzisiejszego Legionowa, w barakach za drutem kolczastym[24]. Umieszczono tam od kilku do kilkunastu tysięcy żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego mających żydowskie pochodzenie[25], w tym byłych żołnierzy Legionów Polskich z I wojny światowej, walczących w Wojsku Polskim, oraz świeżych ochotników: uczniów i studentów[26]. Byli oni przetrzymywani pod strażą żołnierzy pochodzących z okolic Poznania, uważanych za nastawionych antyżydowsko. Obóz nie był jednak przeznaczony wyłącznie dla Żydów – jeszcze w czasie I wojny światowej z terenu tego korzystało wojsko niemieckie[27]. Źródła podają liczbę od ok. 5 do 17 tysięcy osadzonych żołnierzy i oficerów pochodzenia żydowskiego, jednak dokładne dane nie są znane[28].

Po pierwszych doniesieniach prasowych decyzję Sosnkowskiego oprotestowali posłowie żydowscy i środowiska żydowskie, a także przedstawiciele społeczeństwa polskiego (m.in. Stefan Żeromski). „Antyżydowskie represje w Polsce szeroko komentowała żydowska prasa na całym świecie, która m.in. domagała się likwidacji obozu dla internowanych Żydów w Jabłonnie” – pisze Szczepański[29]. Zagraniczne media wyolbrzymiały zresztą obraz Jabłonny jako niemal obozu koncentracyjnego – jeszcze 24 września 1920 r. londyński The Jewish Chronicle donosił, że Żydzi osadzeni w Jabłonnie byli „niedożywiani, wyśmiewani i bici”[30]. W innych doniesieniach powiązano internowanie w Jabłonnie z katastrofą kolejową pod Lublinem, w której 11 września, już po rozwiązaniu obozu, poniosło śmierć sześciu Żydów – jechali oni drugim pociągiem, odwożącym internowanych[31]. Pisano też o tysiącach Żydów rzekomo zmarłych na tyfus, który faktycznie pojawiał się podczas wojny z bolszewikami w polskich obozach jenieckich. Wzmianki takie miały świadczyć o umyślnym zabijaniu żołnierzy pochodzenia żydowskiego przez władze polskie.

Do Jabłonny trafili m.in. Józef Lejtes, późniejszy reżyser filmowy, pracujący w Polsce i USA, oraz Alfred Teitelbaum, później Alfred Tarski, wybitny logik i profesor uniwersytetu w Berkeley. Maurice Adus (wcześniej Ejdus), ochotnik w wojnie 1920 r., tak wspominał internowanie w Jabłonnie w „Zeszytach Historycznych” Instytutu Literackiego w Paryżu 50 lat po bitwie warszawskiej:

„Po pierwsze, nikt tam z głodu nie umarł, wątpię nawet czy tam grasowała jakaś epidemia. Co prawda odżywiano nas źle, bardzo źle nawet, ale był tam jakiś Komitet Pomocy. Po drugie, większość żołnierzy pochodziła z Warszawy. Porucznik Słowik, komendant obozu i człowiek zacny, by dowieść że my wszyscy żyjemy i nic złego nam się jeszcze nie stało, zezwolił abyśmy mogli dwa razy na tydzień wyjść na polanę na jaką godzinkę. Nasze matki i siostry przyjeżdżały wówczas hurmem do Jabłonny, aby nas odwiedzić, a jednocześnie przynosiły nam żywność. A więc dzięki matkom naszym nikt z nas z głodu nie umarł. (…)

Traktowano nas w obozie jako więźniów, a pilnowali nas poznańczycy; wiadomo, co to byli za antysemici. Strach był wielki. Gdy przybyłem do Jabłonny krążyły wówczas pogłoski, że mają oni zamiar podpalić baraki, oczywiście w nocy. Aby się nie dać zaskoczyć postanowiono nocne warty”[32].

Po interwencji wicepremiera Ignacego Daszyńskiego, 25 dni po uruchomieniu, 9 września 1920 r. (według innych źródeł – 10 września), nakazano likwidację obozu. Jednak część Żydów w nim osadzonych przeniesiono do kompanii karnej o zaostrzonym rygorze, stacjonującej w Piotrkowie[33].

Mimo krótkotrwałego funkcjonowania, sprawa obozu w Jabłonnie wciąż rezonowała. Poseł Izaak Grünbaum powiedział w Sejmie 14 października 1920 r.: „całe społeczeństwo żydowskie, prawie wszystkie gminy żydowskie, najpoważniejsze organizacje żydowskie w chwili groźnego niebezpieczeństwa wystąpiły z odezwami nawołującymi do niesienia ofiar z krwi i mienia na ołtarzu Państwa (…) po tych odezwach cała akademicka młodzież żydowska poszła do wojska. (Głos: Zadekowała się). Panowie zadekowaliście tę młodzież w Jabłonnie, a następnie w rozmaitych innych miejscowościach w karnych kompaniach. Panował wówczas w społeczeństwie żydowskim taki nastrój, jakiego do tej pory nie było i gotowość taka, jakiej nigdy do tej pory nie było. I trzeba było tylko jednego słowa, trzeba było tylko odpowiedzi rządu i społeczeństwa ażeby to w tej chwili załatwić, załagodzić i może usunąć na wiele, wiele lat przeciwieństwa i konflikty polsko-żydowskie. Ale na naszą gotowość otrzymaliśmy inną zgoła odpowiedź (…) odepchnięto nas (…) odpowiedziano nam… Jabłonną, w której skoncentrowano, jak więźniów, jak zdrajców, naszych ochotników”[34]. Grünbaum krytykował też utożsamienie bolszewików z Żydami w antybolszewickiej propagandzie.

„Nadużycia” i pogromy

Po zwycięstwie Polaków w bitwie warszawskiej i rozpoczęciu nowej ofensywy wojsk polskich komuniści narodowości żydowskiej, związani z KPRP, uciekali wraz z Armią Czerwoną na wschód. W odbitych miejscowościach Wojsko Polskie represjonowało osoby oskarżone o współpracę z bolszewikami, w tym Żydów. Oskarżenia takie wysunięto między innymi pod adresem Żydów płockich, jednak zostały wycofane po posiedzeniu Rady Miejskiej, która zaświadczyła o udziale Żydów w obronie miasta. Za kolaborację z bolszewikami sądzono m.in. Żydów z Wyszkowa, Pułtuska, Przasnysza i innych miejscowości północnego Mazowsza. Niekiedy tym sądom – jak w miejscowości Chorzele – towarzyszyły „takie ekscesy antyżydowskie, jak zgwałcenia kobiet, obcinanie bród i bicie”[35]. Społeczności żydowskie starały się o uwolnienie aresztowanych Żydów czy złagodzenie wyroków[36].

Podejrzenia Żydów o współpracę z bolszewikami prowadziły niekiedy do wyroków śmierci w sądach doraźnych i samosądów. Były to jednak względnie rzadkie przypadki w skali całej wojny. „Łączna liczba Żydów skazanych przez sądy doraźne wyniosła jednak tylko 66 osób, przy czym głównie byli to dezerterzy” – pisze Jacek Walicki[37]. Samosądy doprowadziły do śmierci „kilkunastu, najwyżej dwudziestu zabitych”, jak oceniał w przemówieniu sejmowym Grünbaum[38]. 17 żołnierzy Wojska Polskiego zostało skazanych na śmierć za rabunki i morderstwa na ludności żydowskiej[39]. Zdarzały się także pogromy Żydów, dokonywane podczas powrotu armii polskiej na tereny krótkotrwale okupowane przez Armię Czerwoną. Podczas pogromu w Łukowie po 17 sierpnia 1920 r. zamordowano kilkunastu Żydów, czemu towarzyszył rabunek żydowskiego mienia na dużą skalę, prowadzony zarówno przez „żołdactwo”, jak i miejscową ludność polską[40]. Dodać należy, że wszystko to działo się w wojennym chaosie, kiedy obie armie dopuszczały się rekwizycji żywności od chłopstwa, pobić i gwałtów[41], a zwłaszcza grabieże i zbrodnie Armii Czerwonej wzbudzały chęć odwetu na zwycięskich wojskach polskich. Nie wiadomo dokładnie, jakie formacje Wojska Polskiego dopuściły się pogromu w Łukowie[42].

„Nadużycia”, a także zbrodnie popełniane były częściej przez oddziały białogwardyjskie, białoruskie i ukraińskie współpracujące z armią polską, zwłaszcza jednostki dowodzone przez generała Stanisława Bułak-Bałachowicza, pochodzącego z Kresów byłego oficera armii carskiej, których „nie były w stanie opanować wojskowe władze polskie”[43]. Formacje te, jak również oddziały kozackie Salnikowa i Jakowlewa, utworzone z dezerterów walczących wcześniej po stronie Armii Czerwonej, dopuszczały się mordów, rabunków i gwałtów na ludności żydowskiej na Lubelszczyźnie, zachodnim Wołyniu i Polesiu. Wojska polskie niejednokrotnie starały się chronić Żydów przed pogromami wspólnie z miejscową ludnością oraz ścigać winnych „bałachowców”, których ofiarą padło w sumie kilkuset Żydów[44].


Źródła:

Maurice Adus, Na marginesie „Pamiętników” Witosa (W pięćdziesiątą rocznicę Jabłonny), „Zeszyty Historyczne”, z. 20, Paryż 1971, s. 173–177.

Adam Ciołkosz, „Dzielnica żydowska” obozu w Jabłonnie, „Zeszyty Historyczne”, z. 20, Paryż 1971, s. 178–200.

Alicja Gontarek, Pogrom w Łukowie podczas wojny 1920 r. – przyczyny, przebieg i skutki, w: Pogromy Żydów na ziemiach polskich w XIX i XX wieku, T. 2: Studia przypadków (do 1939 roku), redakcja naukowa Kamil Kijek¸ Artur Markowski, Konrad Zieliński, Warszawa 2019, s. 301–326.

Christhardt Henschel, wykład Lojalność. Żydzi i wojsko między integracją i wykluczeniem, wygłoszony w Muzeum Żydów Polskich POLIN 7.03.2019 r., nagranie dostępne na stronie https://www.polin.pl/pl/wydarzenie/lojalnosc-zydzi-i-wojsko-miedzy-integracja-i-wykluczeniem, dostęp 11.08.2020.

Legionowo. Historia społeczności, Wirtualny Sztetl, https://sztetl.org.pl/pl/miejscowosci/l/1364-legionowo/99-historia-spolecznosci/138355-historia-spolecznosci, dostęp 11.08.2020.

Obóz dla internowanych w Jabłonnie, Polski Słownik Judaistyczny, https://www.jhi.pl/psj/oboz_dla_internowanych_w_Jablonnie, dostęp 11.08.2020.

Stenogram Sejmu z dnia 14 października 1920 roku, https://bs.sejm.gov.pl/F?func=direct&doc_number=000020969, dostęp 11.08.2020.

Janusz Szczepański, Społeczność żydowska Mazowsza w XIX–XX wieku, Pułtusk 2005.

Paweł Śpiewak, Żydokomuna. Interpretacje historyczne, Warszawa 2012.

Jacek Walicki, Położenie Żydów polskich podczas kampanii 1920 r., w: Acta Universitatis Lodziensis. Folia Historica 52, 1995, s. 113–125.

Jolanta Załęczny, Wydarzenia wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku na terenie ówczesnego powiatu warszawskiego, „Niepodległość i Pamięć” Nr 32, 2010, s. 23–38.

Przypisy:

[1] Paweł Śpiewak, Żydokomuna. Interpretacje historyczne, Warszawa 2012, s. 79.

[2] Tamże, s. 83.

[3] Janusz Szczepański, Społeczność żydowska Mazowsza w XIX–XX wieku, Pułtusk 2005, s. 237.

[4] Christhardt Henschel, wykład Lojalność. Żydzi i wojsko między integracją i wykluczeniem, wygłoszony w Muzeum Żydów Polskich POLIN 7.03.2019 r., nagranie dostępne na stronie https://www.polin.pl/pl/wydarzenie/lojalnosc-zydzi-i-wojsko-miedzy-integracja-i-wykluczeniem, dostęp 11.08.2020.

[5] Tamże.

[6] Tamże.

[7] Jolanta Załęczny, Wydarzenia wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku na terenie ówczesnego powiatu warszawskiego, „Niepodległość i Pamięć” Nr 32, 2010, s. 24. Por. J. Szczepański, dz. cyt., s. 235.

[8] J. Załęczny, dz. cyt., s. 24–26.

[9] Tamże, s. 26.

[10] Tamże, s. 26, przypis 22.

[11] Chociaż w obozie akademickim w Rembertowie Żydzi stanowili 35% ochotników (JSZ 236), ich łączna liczba wśród ochotników była stosunkowo niewielka – 2050 na 63 726 osób do 31 lipca 1920 r. (3,2%), 708 na 26 818 w dniach 1–21 sierpnia 1920 r. (2,6%). J. Szczepański, dz. cyt., s. 237, przypis 28.

[12] Tamże, s. 235.

[13] J. Załęczny, dz. cyt., s. 27.

[14] J. Szczepański, dz. cyt., s. 235.

[15] Tamże, s. 236.

[16] Tamże, s. 233–234.

[17] J. Załęczny, dz. cyt., s. 27.

[18] J. Szczepański, dz. cyt., s. 233–234.

[19] Tamże, s. 238.

[20] Tamże, s. 239.

[21] Tamże. Por. J. Załęczny, dz. cyt., s. 27.

[22] J. Załęczny, dz. cyt., s. 28.

[23] J. Szczepański, dz. cyt., s. 238.

[24] Ch. Henschel, dz. cyt.

[25] Legionowo. Historia społeczności, Wirtualny Sztetl, https://sztetl.org.pl/pl/miejscowosci/l/1364-legionowo/99-historia-spolecznosci/138355-historia-spolecznosci, dostęp 11.08.2020.

[26] J. Załęczny, dz. cyt., s. 28.

[27] Tamże; Adam Ciołkosz, „Dzielnica żydowska” obozu w Jabłonnie, „Zeszyty Historyczne”, z. 20, Paryż 1971, s. 180, 183.

[28] Obóz dla internowanych w Jabłonnie, Polski Słownik Judaistyczny, https://www.jhi.pl/psj/oboz_dla_internowanych_w_Jablonnie, dostęp 11.08.2020; Ch. Henschel, dz. cyt.

[29] J. Szczepański, dz. cyt., s. 246.

[30] Za: A. Ciołkosz, dz. cyt., s. 184.

[31] Maurice Adus, Na marginesie „Pamiętników” Witosa (W pięćdziesiątą rocznicę Jabłonny), „Zeszyty Historyczne”, z. 20, Paryż 1971, s. 177. Jak się wydaje, Adus sugeruje, że katastrofa mogła być umyślnie spowodowana przez wojsko polskie. Takiej hipotezie sprzeciwia się Ciołkosz. A. Ciołkosz, dz. cyt., s. 184–185.

[32] M. Adus, dz. cyt., s. 175.

[33] Jacek Walicki, Położenie Żydów polskich podczas kampanii 1920 r., w: Acta Universitatis Lodziensis. Folia Historica 52, 1995, s. 121.

[34] Stenogram Sejmu z dnia 14 października 1920 roku, https://bs.sejm.gov.pl/F?func=direct&doc_number=000020969, dostęp 11.08.2020. Por. J. Walicki, dz. cyt., s. 121. Pisownia została uwspółcześniona.

[35] J. Szczepański, dz. cyt., s. 245.

[36] Tamże, s. 246.

[37] J. Walicki, dz. cyt., s. 122.

[38] Za: tamże.

[39] Tamże.

[40] Alicja Gontarek, Pogrom w Łukowie podczas wojny 1920 r. – przyczyny, przebieg i skutki, w: Pogromy Żydów na ziemiach polskich w XIX i XX wieku, T. 2: Studia przypadków (do 1939 roku), redakcja naukowa Kamil Kijek¸ Artur Markowski, Konrad Zieliński, Warszawa 2019, s. 301–326.

[41] Tamże, s. 323.

[42] Tamże, s. 312.

[43] J. Walicki, dz. cyt., s. 122–123. Por. P. Śpiewak, dz. cyt., s. 79.

[44] J. Walicki, dz. cyt., s. 124.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Islamic-era candle molds found near Tiberias

Islamic-era candle molds found near Tiberias

HANNAH BROWN


Findings could add to historians’ understanding of those who lived near the Sea of Galilee in the early Islamic period.

The Islamic-era candle mold found in Tiberias. / (photo credit: TAL ROGOVSKY)

A trove of artifacts, including well-preserved molds for candles dating from over one thousand years ago, were found in Tiberias, the Hebrew University of Jerusalem and the Israel Museum announced on Monday.

The find was rare in terms of both size and quality and could add to historians’ understanding of those who lived near the Sea of Galilee in the early Islamic period between the 7th and 11th centuries CE, researchers said.

The artifacts, which include 10 candle molds that survived intact and are decorated with geometric and floral designs, could confirm that a candle-making industry existed there.

The excavation was directed by Dr. Oren Gutfeld, alongside Michal Haber and Tal Rogovenski, all from The Hebrew University’s Institute of Archaeology, with the assistance of the Israel Antiquities Authority. Following preservation work in the Israel Museum’s laboratory, the candles and holders will be exhibited for the very first time over the Hanukkah holiday.

The items unearthed include building remains, but the majority of findings were home utensils and light manufacturing apparatuses dated to that period, including clay tools used in oil candle production. Just 500 meters south of this excavation, another Hebrew University team (also led by Dr. Gutfeld) discovered the largest hidden trove of steel tools from the Islamic period found anywhere, which is on display today in the Israel Museum.

In addition to the 10 fully preserved candleholders, fashioned from clay, the site also held numerous oil candles, including some unused ones, suggesting the site had served as a production facility.
Remarkably, one candleholder was etched with the word “Allah” and another had a five-pointed star etching – not unlike a Star of David (although no connection is known to the traditional Jewish Hanukkiah or menorah).

An extensive earthquake occurred in the region in the 11th century, causing considerable damage and casualties and evidence of the destruction it caused can be seen at this site.

“We excavated the landslide area and this provided remarkable evidence of an earthquake that struck the area in the year 1033 and destroyed the city of Tiberias,” said Gutfeld. Based on the nature of the site and the way in which the ruins were laid out upon their discovery, the research team believes that the area’s residents fled in the wake of the earthquake and the region remained largely unpopulated for many years.

Liza Luria, curator of the Islamic Art and Archaeology Exhibit at the Israel Museum, explained, “The exhibit of these clay utensils enables visitors to follow the course of their creation, understand how they were fashioned and designed, then hardened to achieve their final form. Such discoveries offer an exceptional glimpse of the traditional forms of industry used by the local residents in ancient times, which continue to be relevant and inspire design even today.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel- Dec 20, 2020

News From Israel- Dec 20, 2020

ILTV Israel News


srael officially sets off on its campaign to vaccinate the nation
–
New virus restrictions imposed on travel as a new, more infectious strain of the virus is discovered
–
Breaking borders with a new song of peace– artists from across the region join together for an incredible ensemble


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Elon Musk: Sprzedaję wszystko i lecę na Marsa

Podczas wizyty w Berlinie Elon Musk zapowiedział, że produkowane tam auta Tesli będą w Niemczech zaprojektowane lepiej niż w USA. (Patrick Pleul / AP)


Elon Musk: Sprzedaję wszystko i lecę na Marsa

Mathias Döpfner


“Lubię czuć, że żyję” – mówi szef Tesli. To prawdopodobnie największy wizjoner współczesnego świata. Dzięki SpaceX chce polecieć na Marsa, a za pomocą Neuralinku ulepszyć ludzki mózg. Już pozbywa się majątku i sypia w swoich fabrykach

W wizji Muska w niedalekiej przyszłości flotylla statków Starship firmy SpaceX będzie odlatywała na Marsa co 26 miesięcy, kiedy Ziemia i Czerwona Planeta znajdą się w sprzyjającym wzajemnym położeniu. To ma pozwolić na stworzenie milionowej kolonii na Marsie.

Ale na początku Starship i Super Heavy zarabiałyby, wynosząc komercyjne satelity na ziemską orbitę. Niedawno też agencja NASA przyznała SpaceX 135 mln dol. na rozwój projektu Starship w ramach przygotowań do lądowania na Księżycu (kontrakty od NASA dostały też konkurencyjne projekty firm Blue Origin oraz Dynetics).

Pochodzący z RPA 49-letni przedsiębiorca wzbogacił się na internetowym boomie, tworząc i sprzedając za 1,5 mld dol. system płatności online PayPal. Z tych pieniędzy finansował kolejne swoje pomysły, m.in. Teslę produkującą auta elektryczne, a także konstelację satelitów Starlink, które mają dostarczyć szybki internet w każdy zakątek kuli ziemskiej.

Starship i mająca go wynosić w kosmos rakieta Super Heavy mają być wielokrotnego użytku, tj. po zakończeniu swoich misji będą powracać na Ziemię. Docelowo rakieta i statek mają wynosić w kosmos ładunek aż 100 ton. Ma mierzyć 50 metrów, będzie miał fotele dla 100 pasażerów i własne silniki, dzięki którym wyląduje na Księżycu czy na Marsie, a potem z nich powróci.

Ósmy prototyp w środę zamienił się w kulę ognia po zakończeniu testowego lotu w południowym Teksasie. Statek udanie wystartował, wzniósł się na 12,5 km, przekręcił się, przez pewien czas leciał poziomo niczym wielkie cygaro, a potem zaczął pionowo opadać. Precyzyjnie zbliżył się do miejsca lądowania, ale zbyt niskie ciśnienie w zbiornikach zasilających silniki spowodowało to, że obniżał się za szybko. Założyciel SpaceX uznał środowy siedmiominutowy lot testowy za sukces. “Marsie, nadchodzimy!” – napisał na Twitterze.

***

Wolfgang Schäuble, sprytny niemiecki polityk, powiedział: „Jeśli w naszej ustawie zasadniczej znajduje się w ogóle jakaś bezwzględna wartość, to jest to godność człowieka. Ale ona nie wyklucza konieczności śmierci”.

– Każdy musi umrzeć, nie zaprzeczam.

Każdy, ale niekoniecznie z powodu koronawirusa. Jak będzie wyglądała sytuacja latem przyszłego roku? Czy szczepionka jest rozwiązaniem?

– Będziemy mieć tyle szczepionek, że nie będziemy wiedzieć, co z nimi począć. Rozwój technologii szczepionek ma teraz turbodoładowanie, zaś szczególnie interesujące są te oparte na mRNA, ponieważ mogą być także potencjalnym lekarstwem na raka. Myślę przy tym o pracy BioNTechu, CureVacu, Moderny. mRNA to przyszłość medycyny. Za pomocą mRNA można w zasadzie wyleczyć wszystko. Jest jak program komputerowy, niemal jak syntetyczny wirus. I można je tak zaprogramować, żeby robiło wszystko, co chcemy. Można by się nawet przemienić w motyla.

Ta technologia będzie bodźcem dla gospodarki?

– Tak, te firmy dostaną masę pieniędzy. Słusznie – niesamowicie poprawiły technologię.

Sześć lat temu zapytałem szefa dużej niemieckiej firmy z branży motoryzacyjnej: „Czy Musk pana nie niepokoi?”. Odparł: „Nie, ten zwariowany pomysł z autami na baterie to nie jest na masowy rynek. A poza tym ci ludzie i tak nie wiedzą, jak buduje się piękne auta”.

Gigafabryka Tesli w NiemczechGigafabryka Tesli w Niemczech Patrick Pleul / AP

– Interesująca uwaga. Z pewnością musimy się poprawić.

Dziś Tesla jest warta 536 mld dol., dwa razy więcej niż Volkswagen, Daimler i BMW łącznie. Herbert Diess powiedział półżartem, że Tesla mogłaby właściwie przejąć Volkswagena…

– Prawdopodobnie pozostaniemy raczej przy naszym podejściu robienia wszystkiego samodzielnie, ale moglibyśmy zlecić produkcję niektórych naszych technologii takim firmom jak BMW. Jesteśmy tak pragmatyczni, jak to tylko możliwe – naszym celem jest przyspieszenie rozpowszechniania zrównoważonej energii. Nie chodzi nam o izolowanie się od innych. Udostępnimy innym sieć Supercharger, zaoferujemy licencjonowanie autopilotów. Moglibyśmy porozmawiać o technice autonomicznej jazdy czy o bateriach. Tak, chcemy licencjonować technologię, żeby pomagać innym firmom postępować dobrze.

Tradycyjne przejęcia nie są strategią Tesli?

– Są trudne, bo każde przedsiębiorstwo ma swoją kulturę. Jeśli jakaś firma powie nam: „Jesteśmy zainteresowani fuzją z Teslą” – można by to wziąć pod uwagę. Ale nie chcemy wrogich przejęć.

Czy sześć lat temu spotykał się pan z arogancją w branży?

– Owszem. Nie wzięliśmy tego osobiście. To rutynowa reakcja, kiedy w branży pojawia się nowa technologia. Próbowaliśmy współpracować z Daimlerem i Toyotą, ale na końcu ich entuzjazm nie był wystarczająco duży, zakończyliśmy to partnerstwo i zostaliśmy przy budowaniu własnych aut. Myślę jednak, że ogólnie coś się zmieniło: dziś ludzie już chcą zrównoważonego transportu i aut elektrycznych. Życzą sobie czystej energii i to nastawienie ma także coś wspólnego z wiekiem. Im młodsi są ludzie, tym chętniej troszczą się o środowisko. A potem się starzeją i podejmują decyzje konsumenckie być może inne niż ich rodzice. To normalna kolej rzeczy.

Na świecie jeździ ok. 2 mld aut osobowych i ciężarówek i ta liczba rośnie. Chcielibyśmy wymieniać co roku 1 proc. globalnej floty, czyli 20 mln pojazdów rocznie.

To oznacza, że aktualna wartość rynkowa Tesli jest uzasadniona, ale kiedyś sam pan powiedział, że jest za wysoka. Dlaczego?

– To było nawet w momencie, w którym wycena była o wiele niższa niż dziś, wynosiła 800 dol. Rynek akcji jest jak osoba maniakalno-depresyjna, która wciąż mówi, ile jest warta twoja firma. Jej wartość nie zmienia się zaś z dnia na dzień. Czy uważam, że Tesla ma spore szanse być w przyszłości tyle warta? Być może więcej. Ale to zależy od tego, czy ludzie wierzą, że faktycznie dojdziemy do 20 mln pojazdów rocznie. Ważną częścią przyszłości Tesli są baterie słoneczne i stacjonarne.

Czy konkurenci mają jeszcze w ogóle szansę, czy jest dla nich za późno?

– Za późno? Skądże. Sądzę jednak, że głównym rywalem Tesli będzie firma, która już została założona gdzieś w Chinach. Tamtejszy rynek jest ekstremalny, Chińczycy mają know-how i ciężko pracują. Oraz: dziś już 90 proc. dużych firm z branży samochodowej mówi, że przeprowadzi przestawienie się na technologię elektryczną możliwie jak najszybciej.

A co z autonomiczną jazdą? Kilka lat temu mówił pan: „Nie interesuje mnie termin, kiedy autonomiczne auta zostaną dopuszczone do ruchu. Interesuje mnie moment, w którym zabroni się ludziom prowadzić auta”. Ktoś stwierdził, że to się nigdy nie wydarzy, bo nikt nie ma ochoty na bierne siedzenie w aucie. Pana odpowiedź brzmiała: „Sto lat temu nikt też nie mógł sobie wyobrazić jazdy windą bez windziarza”.

– Chciałbym wyrazić się jasno: nie usiłuję nikomu odbierać kierownicy. Przepowiadałem tylko, co się wydarzy – a mianowicie, że autonomiczna jazda stanie się bezpieczniejsza niż kierowanie pojazdem przez człowieka.

Powiedziałbym: dziesięć razy bezpieczniejsza. To oznacza, że nie będzie już tak prosto prowadzić własnego auta. Będą wyższe standardy. Obecnie zdanie prawa jazdy jest stosunkowo proste, bo ludzie muszą po prostu przejechać z punktu A do punktu B. Ale z różnych przyczyn powodują wypadki: bo są pijani, coś ich rozproszy albo piszą SMS-y za kierownicą. Kiedy autonomiczna jazda będzie dziesięć razy pewniejsza, samodzielne prowadzenie stanie się znacznie surowiej regulowane.

Kiedy będzie możliwy piąty poziom, czyli całkowicie autonomiczna jazda? I jak to wygląda z poziomem czwartym, na którym kombinacja ludzkiej i autonomicznej jazdy mogłaby być nawet bardziej niebezpieczna, niż gdyby prowadziła tylko maszyna?

– Będzie niebezpieczna faza przejściowa, w której autonomiczna jazda będzie już się mieć całkiem nieźle, w której ludzie będą się czuli odrobinę zbyt komfortowo i nie będą już tak uważni. To działa dobrze w 99,9 proc. przypadków, ale raz na 1 tys. przypadków nie działa. Potrzebujemy sześciu dziewiątek, czyli niezawodności na poziomie 99,9999 proc. Jestem przekonany, że Tesla osiągnie piąty poziom w przyszłym roku.

SpaceX wystrzelił w kosmos rakietę Falcon Heavy. Elon Musk: To nasza najtrudniejsza misjaSpaceX wystrzelił w kosmos rakietę Falcon Heavy. Elon Musk: To nasza najtrudniejsza misja Fot. John Raoux / AP Photo

To nie oznacza, że to będzie dozwolone.

– Nie mam żadnego wpływu na procesy homologacji. Sam teraz jeżdżę wersją alfa nowego, całkowicie autonomicznego oprogramowania dla Tesli i najczęściej przejeżdżam ekstremalnie wymagający odcinek ze skrzyżowaniami i wąskimi ulicami bez dotykania ani jednego elementu sterującego. Całą drogę do pracy i z powrotem.

Jak wygląda porównanie warunków homologacji w USA, Europie i Chinach?

– W Stanach pójdzie dość szybko, np. w Kalifornii. Podobnie w takich krajach jak Norwegia. Największe trudności mamy w Unii Europejskiej. To wielkie wyzwanie. Odpowiedzialna za tę sprawę komisja zbiera się tylko raz na pół roku, a porządek obrad jest ustalany sześć miesięcy wcześniej. Można powiedzieć: gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.

Robicie duże postępy, jeśli chodzi o żywotność baterii, ale do tego potrzebne są surowce: lit, miedź i kobalt.

– Naszym największym wyzwaniem jest pozyskiwanie niklu.

Te pierwiastki są stosunkowo rzadkie, pochodzą z krajów, które najczęściej nie są demokratyczne. Niektóre są wydobywane przez dzieci w strasznych warunkach. Jak radzicie sobie z faktem, że z jednej strony przyczyniacie się do rozwiązań ratujących planetę, a z drugiej – do wzmacniania reżimów?

– Publikujemy raporty o zrównoważonym rozwoju. Na wszystkich dostawców nalegamy, aby surowce były pozyskiwane w sposób etyczny, i jest to ściśle kontrolowane przez odpowiedzialne za to organizacje. W żadnej z naszych firm wydobywczych nie dochodzi do pracy dzieci. A gdyby jednak tak się stało, natychmiast podejmiemy odpowiednie kroki. Abstrahując od tego, kobalt jest gospodarczo ważnym surowcem dla Kongo. Ludzie tam są zdani na to źródło dochodów.

Pomijając kwestię etyczną, martwi się pan, że pewnego dnia dojdzie do niedoboru, że nie będzie już wystarczającej ilości surowców do dyspozycji?

– Jestem pewien, że w skorupie ziemskiej znajduje się wystarczająca ilość surowców na elektropojazdy.

Odwiedziłem dziś rano fabrykę Tesli w Grünheide i byłem pod wrażeniem. Projekt zapowiedział pan w listopadzie ubiegłego roku, prace budowlane rozpoczęły się w czerwcu i mają się zakończyć w lipcu 2021 r. Najpierw 12 tys. pracowników, potencjalnie 40 tys., kiedy całość będzie gotowa. Budżet oscyluje wokół 1,1 mld euro.

– Ale niestety przekroczymy budżet…

Na pocieszenie: filharmonia nad Łabą w Hamburgu miała początkowo kosztować 77 mln euro. Została ukończona dziesięć lat później, niż zakładano, za 866 mln euro. Nowe berlińskie lotnisko powinno było być gotowe w 2011 r., zostało otwarte dopiero kilka tygodni temu. Początkowy budżet wynosił około 1,7 mld euro. Na końcu było to 7,3 mld euro.

– Wow! Mam jednak nadzieję, że to nam się nie przydarzy.

Można jednak już teraz postrzegać Grünheide jako prowokację dla najbardziej prestiżowych projektów budowlanych Niemiec. Na czym polega tajemnica waszego tempa?

– Osobiście inwestuję dużo czasu w przedzieranie się przez proces przyznawania zezwoleń. Myślę, że ktoś, kto ma coś do powiedzenia na wysokim szczeblu, powinien skontrolować regulacje w Niemczech. Z praktycznego i politycznego punktu widzenia byłoby ważne, aby istniał jakiś rodzaj komitetu do spraw wykreślania przepisów albo organizacja, która zajmowałaby się oceną regulacji i mogłaby określać, że niektóre nie powinny być dłużej stosowane lub zostać zmienione. To by się przydało w Europie.

Niektóre z tych przepisów powstały 30 albo 40 lat temu. Może wciąż są dobre, może nie są. A kiedy nikt nie zwraca na to uwagi, co roku mamy jeszcze więcej przepisów i ustaw. I kiedyś nie będzie wolno zrobić już niczego.

Wiedział pan to, ale mimo wszystko zdecydował się budować pod Berlinem. Czy jakąś rolę odegrała myśl: „Udaję się do kraju wielkich graczy przemysłu motoryzacyjnego”, czy chodziło tylko o dostęp do najlepszych specjalistów i atrakcyjną lokalizację?

– Dla Tesli ważna jest obecność w Europie z naszą produkcją i rozwojem. Produkowanie aut w Kalifornii, żeby potem wysyłać je przez pół świata, nie jest sensowne ani ekologiczne.

Monachium też byłoby dobrym wyborem, ale to jest terytorium BMW: Bawarskich Zakładów Silnikowych. A my jesteśmy w Prusach – to mi się podoba, jestem fanem historii. Cenię sobie Fryderyka Wielkiego.

100 lat temu Berlin był centrum kreatywnej gospodarki i przemysłu. I nocnego życia. Chce pan to przywrócić?

– Wciąż najlepsze kluby są w Berlinie.

Może pan sobie wyobrazić życie tutaj?

– Już przekształciłem się w częściowego włóczęgę. I na pewno będę spędzał w Berlinie dużo czasu. Na razie sypiam w fabryce, w jednej z sal konferencyjnych.

Powiedział pan, że własność tylko obciąża. I zaczął pan sprzedawać swoje nieruchomości.

– Dom w Los Angeles sprzedałem dwa miesiące temu jakiemuś facetowi z Chin. Sprzedałem też dom po drugiej stronie ulicy, który wcześniej należał do Gene’a Wildera i jest przez to na wskroś ukształtowany przez jego osobowość. Oddałem go znacznie poniżej wartości rynkowej jego siostrzeńcowi, który tam dorastał. A teraz jesteśmy w trakcie sprzedaży innych moich domów.

Dlaczego? Jest pan drugi, jeśli chodzi o najbogatsze osoby na świecie…

– Nie będę miał prawie żadnej własności o dużej wartości, nie licząc udziałów w firmie. Kiedy praca jest intensywna, nie opuszczam fabryki, laboratorium czy biura. Potrzebuję domu tylko wtedy, kiedy są ze mną moje dzieci, więc go wynajmuję.

A zatem bez aut, nieruchomości i żadnych innych rzeczy, które zwykle gromadzą zamożni ludzie. Myśli pan, że to czyni wolnym człowiekiem?

– Naprawdę tak uważam. Nie chcę posiadać niczego poza akcjami Tesli i SpaceX. To one są moim całym bogactwem. Jeśli Tesla i SpaceX zbankrutują, ja też zbankrutuję. Na 100 proc. Uważam za ważne, aby ludzkość przekształciła się w kosmiczną cywilizację, w gatunek żyjący na wielu planetach. Zbudowanie miasta na Marsie będzie wymagało dużych nakładów. Chciałbym być w stanie przyczynić się do tego tak bardzo, jak to tylko możliwe. A to oznacza po prostu duży kapitał.

To życiowy cel?

– Tak. Nie chodzi o osobistą konsumpcję. Ludzie mnie zaatakują i będą mówić: „Och tak, on i tak dysponuje tymi wszystkimi rzeczami”. Okej, prawda jest taka, że już ich nie mam.

Jest coś, co ogranicza wolność i mimo to wydaje się największym priorytetem: dzieci. Pan ma ich szóstkę.

– Siódme w drodze.

Dlaczego zachęca pan innych do posiadania dzieci?

– Moi przyjaciele wciąż mówią: „O Boże, znów ględzi o dzieciach i o tym, że wszyscy powinniśmy je mieć”. Wielu z nich nie ma żadnego lub ma tylko jedno. Zastanawiam się, jak mamy utrzymać przy życiu ludzkość, jeśli nie będziemy mieć dzieci. Jest tyle krajów, które mają ujemny wskaźnik urodzeń. Tego problemu nie da się rozwiązać tylko przez imigrację. Jeśli w ogóle wierzymy w ludzkość, musimy zadbać o to, żeby w przyszłości życie ludzkie istniało na Ziemi, ale to się samo nie zrobi.

Wielu argumentuje, że świat jest przeludniony. To nieprawda. Podpierają się przy tym własnymi wrażeniami, bo mieszkają w jakimś mieście o dużej gęstości zaludnienia. Prawie nic na Ziemi nie przypomina jednak przeludnionego miasta.

Był pan kiedyś na wsi albo obserwował z samolotu, jak wygląda Ziemia? Załóżmy, że upuścimy kulę armatnią. Jak duże jest prawdopodobieństwo, że kogoś trafi? Mniej więcej 0 proc.

Mój przyjaciel zdecydował się na bezdzietność, bo jego dzieciństwo było nieszczęśliwe – tak jak pańskie. Pan jednak dochodzi do zupełnie przeciwstawnego wniosku.

– Moje dzieciństwo było straszne. Mój dom i szkoła były prawdziwym piekłem. Ale ja po prostu lubię dzieci. I próbuję dawać dobry przykład.

Trzeba wiedzieć, że RPA to bardzo brutalne miejsce. Przemoc jest tam normalna. I nie mówię tylko o werbalnej. Kiedyś zostałem pobity prawie na śmierć. Byłem blisko. Odratowali mnie w szpitalu.

To dla pana motywacja, by zrobić ze świata lepsze miejsce?

– Już jako małe dziecko byłem zainteresowany światem. Czytałem dużo książek. Właściwie każdą, która wpadła mi w ręce, przede wszystkim science fiction i fantasy. Grałem w grę fabularną „Dungeons and Dragons”, byłem nerdem i czytałem podręcznik o potworach w tę i we w tę. Jeśli miało się trudne dzieciństwo, można na to zareagować na dwa sposoby. Pierwszy to rewanż na świecie i bycie tak samo podłym dla ludzi, jak oni byli dla ciebie. Wolę ten drugi.

Jacyś autorzy byli szczególnie ważni?

– Czytanie Nietzschego było właściwie trochę przygnębiające. I Schopenhauera. Z pewnością nie jest to warte polecenia 13-latkowi.

Ale potem przeczytałem „Autostopem przez galaktykę”, filozoficzną książkę w formie komedii. Unaoczniła mi, że wszechświat zna odpowiedź i że trudna część zadania polega na stawianiu odpowiednich pytań. Mój wniosek brzmiał: im bardziej poszerzamy zasięg i rozmiary naszej świadomości i uwagi, tym bardziej będziemy w stanie stawiać pytania do czekającej na nas odpowiedzi, którą jest wszechświat. To jest, myślę, właściwe podejście, aby zrozumieć, o co chodzi we wszechświecie, dlaczego tutaj jesteśmy. Poświęć jedną sekundę i zapytaj, jaki jest sens życia. W jaki sposób się tu znaleźliśmy? Dokąd to zmierza? Nie wszystkim wystarcza religia.

To mi przypomina, jak kiedyś siedzieliśmy późnym wieczorem w Poczdamie i zapytałem pana o sens życia. Odpowiedź brzmiała: „Prawdopodobnie to ten pyszny francuski ser”.

– Chodzi o to, żeby czuć życie. Zmysłowe doznania, które ma do zaoferowania. Nie wolno za bardzo zdać się na chłodną kalkulację kory mózgowej. Musimy odczuwać życie bezpośrednio w układzie limbicznym. A potem poświęcić chwilę, żeby docenić wiele dobrych rzeczy w życiu.

Śmiech jest znakiem, że cywilizacja znajduje się na dobrej drodze.

Kościół katolicki zabraniał śmiechu podczas mszy.

– Poważnie? To wcale nie jest śmieszne.

Dyktatorów i totalitarne, autorytarne postaci poznaje się po braku poczucia humoru.

– Napoleon miał poczucie humoru.

Nie jestem pewien, czy był miłym człowiekiem.

– Nikt nie jest doskonały. Ale tak szczerze: gdyby można było spotkać osobę z przeszłości, Napoleon byłby moim wyborem.

Powiedział pan kiedyś, że boi się przebywać sam w domu.

– Człowiek to istota społeczna. Kiedy jest się naprawdę samemu, nie można się z nikim komunikować i ma się tylko książki, wtedy łatwo o szaleństwo. To powód, dla którego izolacja w więzieniu uchodzi za szczególnie surową karę.

Który z pańskich dużych projektów – od SpaceX po Neuralink, The Boring Company i Teslę – jest dla pana najważniejszy?

– Priorytetem jest sztuczna inteligencja. Wraz z pojawieniem się sztucznej inteligencji musimy jednak być bardzo ostrożni. Chodzi o to, kto jej używa, kto ją kontroluje, czy jest używana w najlepszym interesie ludzi.

Na długą metę pytanie brzmi: czy maszyny będą służyć ludzkości, czy też zrobią z ludzi niewolników?

– Kiedy patrzę na ludzi ze smartfonami, pytam już teraz: kto jest tutaj czyim panem?

Ktoś już dawno temu powiedział: „Masz telefon komórkowy? Jesteś dostępny o każdej porze? A więc należysz do kasty poddanych”.

– Z każdą interakcją z technologią niejako szkolimy cyfrowego ducha grupowego. Czy sztuczna inteligencja służy ludzkości, czy jest odwrotnie? Raczej to symbioza. To znaczy, że można tylko mieć nadzieję, że to symbioza, na której korzystają obie strony, cyfrowa i biologiczna inteligencja.

Kiedy osiągniemy moment „technologicznej osobliwości”? Podchwytując ideę Raya Kurzweila: kiedy zostanie osiągnięty punkt krytyczny?

– To raczej nie potrwa już długo.

Wtedy pojawi się problem sterowania sztuczną inteligencją. Czy znajdzie się w rękach bardzo niewielu potężnych graczy? Czy pewnego dnia może wpaść w niepowołane ręce?

– Ważne, aby mieć pewien rodzaj nadzoru nad sterowaniem sztuczną inteligencją. Wszyscy się zgadzamy, że zawsze powinien istnieć organ nadzorczy, jeśli coś może się stać ryzykiem dla ogółu. Istnieją organy nadzorcze do spraw lotnictwa, żywności, leków itd. To w dużej mierze bezdyskusyjne. Tak samo powinniśmy stworzyć organy nadzorcze, które zapewnią działanie sztucznej inteligencji w służbie publicznego dobra.

Czy to prawda, że powołał pan do życia projekt Neuralink także po to, aby poszerzać możliwości ludzkiego mózgu?

– Pewnie! Powiedziałem kiedyś żartem, że motto firmy brzmi: „Jeśli nie możesz pokonać, dołącz się”. Jeśli jesteśmy realistami, wiemy, że nie będziemy w stanie dorównać sztucznej inteligencji. Ale satysfakcjonująca symbioza leży w zakresie możliwości. Na drodze do takiej symbiozy będziemy mogli leczyć liczne choroby, które biorą się z uszkodzeń mózgu, wrodzonych wad czy wieku. Udar, epilepsja, kliniczna depresja – te rzeczy dadzą się w końcu naprawić.

Czy teoretycznie możliwe jest czytanie myśli? Chciałby pan, żeby ktoś mógł czytać pańskie?

– Sfera prywatna będzie wciąż istnieć. Pierwsze możliwości zastosowania Neuralinku przez wiele lat będą służyły wyłącznie do rozwiązywania problemów medycznych. Pierwszym zastosowaniem, które rozważamy, jest pomoc całkowicie sparaliżowanym w sterowaniu i używaniu komputera czy telefonu.

A co z wyobrażeniem, że język może zniknąć albo przynajmniej stracić swoje znaczenie? Jak daleko może to zajść? I jak szybko mogłyby powstać maszyny, które zastąpią język?

– Musimy wyraźnie rozróżnić pomiędzy tym, co jest długofalowo możliwe, a tym, co jest prawdopodobne w najbliższej przyszłości. Krótkotrwałe zastosowania interfejsu pomiędzy maszyną a mózgiem najpierw rozwiązują tylko podstawowe problemy, które są wywoływane przez urazy mózgu i kręgosłupa, ale kiedy urządzenia są bardziej zaawansowane, teoretycznie można by na dłuższą metę umożliwić wzajemną wymianę myśli.

Czyli istnieją trzy priorytety: pierwszy, że musimy wzmacniać i poszerzać możliwości ludzkiej inteligencji; drugi, że potrzebujemy dobrego kierowania, aby zapewnić, by taka superinteligencja nie dostała się w ręce niewielu; trzeci, że potrzebujemy elastycznej, sprawnej, czyli szybszej formy regulacji?

– Pełna zgoda.

Jaką rolę w tym kontekście grają Chiny? Mają zupełnie inne wartości niż Zachód. Tylko to, co służy dobru partii, jest tak naprawdę wspierane. Wątpliwości natury etycznej, demokracja czy wolność i prawa człowieka nie grają przy tym żadnej roli. Czy ostatecznie regulacja nie jest narzędziem, które dyskryminuje Zachód i faworyzuje Chiny, bo te nie podzielają naszych standardów?

– Z mojego doświadczenia wynika, że chiński rząd jest otwarty na ludzi. W każdym razie kiedy spotykam się z chińskimi urzędnikami, okazują się bardzo uważni w sprawie dobra publicznego. System jednopartyjny, ale być może reaguje się tam na opinię publiczną w nawet bardziej wrażliwy sposób, niż znam to z USA.

Tu chciałbym mocno się sprzeciwić. Chiny nie troszczą się na poważnie o prawa człowieka, wolność i o jednostkę. Czy widzi pan szansę, że zachodnie demokracje mogą wygrać wyścig z Chinami?

– Google i jego DeepMind są na płaszczyźnie sztucznej inteligencji wiodącymi na świecie przedsiębiorstwami. Nie wiem nawet, kto jest tuż za nimi. Chińczycy bardzo się starają. Może robią postępy, ale nie zbliżają się do DeepMindu.

Zobaczymy. Czy nowy amerykański rząd zasadniczo zmieni politykę wobec Chin?

– Niektóre rzeczy, które zrobił Trump, na pewno były sensowne. Myślę np. o jego obstawaniu przy równowadze ceł. Niekoniecznie zgadzałem się ze wszystkimi metodami, ale z zamysłem się zgadzam: musimy walczyć o niskie i symetryczne cła. Tak powinniśmy robić na całym świecie.

Czy w wyścigu o sztuczną inteligencję demokracje zostaną osłabione, czy też sztuczna inteligencja mogłaby wzmocnić demokrację?

– Może sprawiać wrażenie, że wzmacnia demokrację. Ale musimy być ostrożni, demokracja nie jest doskonała.

Tylko reżimy totalitarne mogą być doskonałe w swojej formie, demokracje nigdy nie są.

– Churchill miał powiedzieć, że demokracja jest najgorszą formą rządów z wyjątkiem wszystkich innych. Nie polemizuję z Churchillem.

Inny piękny cytat pochodzi z „Czarodziejskiej góry” Manna. Mówi o tym, że czas jest darem od Boga, wręczonym człowiekowi, aby ten go wykorzystywał w imię postępu ludzkości.

– Ja próbuję wykorzystywać technologię, aby dobra przyszłość była tak prawdopodobna, jak to tylko możliwe. To znaczy, że najpierw musimy zagwarantować sobie, żebyśmy w ogóle mieli przyszłość. To także powód, dlaczego tak ważna jest zrównoważona energia. Ale cel nie powinien nam znikać z pola widzenia: mamy się stać kosmiczną cywilizacją i międzyplanetarnym gatunkiem. Chodzi o zabezpieczenie, żebyśmy w najgorszym scenariuszu, np. w przypadku globalnej wojny termojądrowej, podczas której być może cała cywilizacja na Ziemi zostałaby zniszczona, przynajmniej móc egzystować gdzieś indziej. Cywilizacja na Marsie mogłaby nawet mieć stabilizujący wpływ na życie na Ziemi. Że świadomość, jaką znamy, i życie, jakie znamy, ma szansę egzystować dłużej niż jedna planeta.

Określenie „inżynier” jest dla pana wyjątkowo ważne. Ważniejsze niż przedsiębiorca, założyciel czy CEO.

– Tak, bo najlepiej opisuje, czym się zajmuję. Nauka odkrywa rzeczy, które już istnieją we wszechświecie. Technologia natomiast oznacza tworzenie czegoś, czego do tej pory nie było. Tworzenie czegoś, czego nie było jeszcze nigdy we wszechświecie, to coś wspaniałego.

Wydaje się, że przez tego ducha i aspiracje jest ukształtowana Dolina Krzemowa.

– Ale, nawiasem mówiąc, chodzi nie tylko o to, aby tworzyć rozwiązania, których nie było do tej pory, ale też o to, żeby uczynić nasze życie lepszym i ciekawszym.

Niektórzy przedsiębiorcy opuszczają Dolinę Krzemową, twierdząc, że z biegiem czasu stała się zbyt konwencjonalna, stronnicza politycznie, a gromadzone przez nią dane ludzi są wykorzystywane w bezwzględny sposób. Na przykład Peter Thiel – dobrze go pan zna. Alex Karp sprowokował swoich kolegów krytycznym listem, który napisał z okazji wejścia Palantira na giełdę.

– Widzę to tak: kiedy jakaś drużyna sportowa zbyt długo wygrywa, staje się arogancka i z czasem wierzy, że ma wieczne prawo do tytułu. Dokładnie ta arogancja prowadzi do tego, że kiedyś w nieunikniony sposób seria zwycięstw się urywa. To zdarza się drużynom, miejscom, miastom i krajom.

W rodzinie trzyma się ze wszystkimi i wspiera także najsłabszych jej członków, w firmie trzeba się rozstawać z ludźmi, którzy nie mają wymaganych osiągnięć. Czy Dolina Krzemowa stała się rodziną?

– Nie. Spędziłem w Kalifornii więcej niż połowę życia. Obecnie większość czasu spędzam w Austin w Teksasie, bo to tam budowana jest właśnie nasza ogromna fabryka. Poza tym w południowym Teksasie trwa nasz program kosmiczny – wszystko to stało się mniej lub bardziej przypadkowo. Najpierw zapytałem jednak mój team: „Gdzie chcielibyście spędzać wasz czas? Gdzie mieszkalibyście najchętniej? Dokąd jesteście gotowi się przeprowadzić?”, bo ostatecznie mamy masę krytyczną pracowników, którzy muszą być gotowi przenieść się tam, gdzie budujemy nowe fabryki. Na szczycie listy znajdowało się Austin, więc jest Austin.

Co jest najważniejszym wynalazkiem ludzkości?

– Język. Plus pismo, bo wiedza i informacja mogą trwać niezależnie od ich ludzkich nośników.

Z tego wynikają kolejne kroki milowe: druk, Gutenberg, publikacja. Wiedza jest publicznie dostępna, co jest równoznaczne z demokratyzacją wiedzy. Czwartym krokiem jest digitalizacja, która przyspiesza przepływ wiedzy i informacji.

– Natychmiastowa komunikacja cyfrowa na całym świecie to tak, jakby ludzkość wykształciła globalny układ nerwowy.

Myślałem, że inżynier wspomniałby o kole.

– To nie koło jest interesujące, ale dwa koła z jedną osią. To wspaniały wynalazek, a wcale nie intuicyjny.

Uznaje się pana za jeden z najbardziej analitycznych i kreatywnych umysłów, jakie istnieją. Czego pan nie rozumie?

– Jest wiele rzeczy, o których naprawdę nie mam pojęcia. Może dobrze rozumiem technologię, ale dokąd zmierza cała ludzkość? Tu jestem niepewny. Czy poruszamy się we właściwym kierunku? Czy zajmujemy się tylko sami sobą?

Fakt, że doszliśmy do punktu, w którym to, co osiągnęliśmy, przekracza nasze możliwości pojmowania. Dysponujemy jednocześnie kapitalnymi technologiami, ale czy naprawdę umiemy się z nimi właściwie obchodzić? Tak, żebyśmy nie zniszczyli się sami? To będzie papierkiem lakmusowym dla cywilizacji.

Kiedy pierwszy człowiek stanie na Marsie?

– Prawdopodobnie za sześć lat, możliwe, że cztery.

Dlaczego chciałby pan być pochowany na Marsie?

– Myślę, że to fajna wizja: urodzić się na Ziemi i umrzeć na Marsie. Ale nie w trakcie lądowania.

Projekt SpaceX to tylko urzeczywistnienie marzenia z dzieciństwa? Czy chodzi przede wszystkim o plan B, po to, żeby umożliwić ludziom życie w innym miejscu?

– Planeta Mars nie jest planem B. Chodzi o życie, które wykracza poza Układ Słoneczny i sięga innych. Kiedyś Słońce stanie się większe, a oceany wyparują, dlatego lepiej zróbmy coś teraz. Że jesteśmy w ogóle do tego zdolni, jest wyjątkowe w liczącej 4,5 mld lat Ziemi.

Jednak prawdopodobnie okienko czasowe jest niewielkie. Mam tu na myśli nie koniec cywilizacji, ale bardziej to, że nasz postęp nie jest wyryty w kamieniu. Może się zdarzyć, że nasz poziom technologiczny się obniży. Że zginiemy nie z hukiem, ale raczej z cichym jękiem, w długim regresie. Tak długo, jak jest jeszcze możliwe, powinniśmy działać.

Mars nie będzie jednak – żeby było jasne – szczególnie luksusowym kurortem.

Na początku będzie trochę tak, jak Shackleton mógłby reklamować Antarktydę: to niebezpieczna, ryzykowna i długa podróż. Będzie nieswojo, jedzenie nie będzie dobre i będzie można umrzeć. Ale to będzie wielka przygoda i jedno z najbardziej ekscytujących wydarzeń, jakie kiedykolwiek miały miejsce. O ile to przeżyjemy.

Tak wyglądałaby mniej więcej moja reklama misji na Marsa.

Jakie są najważniejsze problemy, które muszą zostać rozwiązane, żeby uczynić z Marsa miejsce do życia?

– Na Marsie nie ma tlenu, jest CO2 i azot. Ale z biegiem czasu na Marsie byłby możliwy ten sam proces, który dokonał się na Ziemi, z roślinami i ciekłymi oceanami. Myślę, że Mars musi zostać ocieplony. Na początku musielibyśmy stworzyć podstawową bazę. Musimy być w stanie uprawiać żywność. Będziemy czerpać wodę ze źródeł, musimy wypełniać zbiorniki rakiet paliwem, bo musimy umieć odesłać je na Ziemię, żeby przetransportować na Marsa większą liczbę ludzi i dać możliwość powrotu tym, którzy nie chcą zostać. Trzeba mieć odpowiednią liczbę kolektorów słonecznych, wytwarzać paliwo, produkować żywność. Krótko mówiąc: stworzyć podstawy, które są wymagane dla takiej misji.

Najważniejszy moment w życiu zawodowym?

– Z perspektywy SpaceX ogromnym wyzwaniem było dostanie się po raz pierwszy na orbitę. Przedtem mieliśmy trzy porażki. I, jak wiadomo, jestem głównym inżynierem w SpaceX – to była więc przede wszystkim moja wina. Z całą pewnością zbankrutowalibyśmy, gdyby czwarte podejście także okazało się porażką. To, co czułem potem, było nie czystą radością, ale po prostu dużą ulgą.

Wierzy pan w Boga?

– Jako dziecko wierzyłem. Mój ojciec był anglikaninem – zostałem wysłany do szkółki niedzielnej. Wspólnicy ojca w biurze inżynieryjnym byli z kolei Żydami. Wysłano mnie więc do żydowskiego przedszkola… Z niektórymi zasadami ewangelicznymi zgadzam się całkowicie, np. z zasadą, aby nadstawiać drugi policzek. Za ważną uważam umiejętność przebaczania. To ma znacznie więcej sensu niż życie według zasady oko za oko. Ale czy myślę, że wszystkie te historie zgadzają się co do słowa? Raczej nie.

Berlin to muzyka techno…

– To jeden z powodów, dla których tu rozmawiamy. Musimy koniecznie zorganizować rave party z okazji otwarcia Giga Berlin. Widzę to tak: popołudnie zaczniemy muzyką przyjazną dla rodzin. Zapraszamy wszystkich ludzi z okolicy, robimy piknik; potem, pod wieczór, wszystko idzie w kierunku hardcore’u. I potem do świtu rave. Nie ma żadnego powodu, żebyśmy mieli się nudzić. Może być fajnie, nawet chcemy, żeby było fajnie.


tłum. Adriana Rozwadowska



Turyści ściągają do Meksyku na “koniec świata” 21 grudnia

Turyści ściągają do Meksyku na “koniec świata” 21 grudnia

klm/ kot/


Zaginione miasta Majów (Meksyk, Gwatemala i Belize)

“Przyjeżdżamy pobawić się i przygotować do nowej ery” – mówił 39-letni architekt, odbierając na lotnisku swoje bagaże.

Alvarez przyjechał z Florydy na inaugurację nowej ery zapowiedzianej przez Majów – twórców wysoko rozwiniętej cywilizacji, obejmującej głównie tereny dzisiejszej Gwatemali i Meksyku, a której początki sięgają 400 roku p.n.e. Uroczystości odbędą się w południowym Meksyku, a także w krajach Ameryki Środkowej: Belize, Gwatemali, Salwadorze i Hondurasie.

Inauguracja nowej ery zapowiedzianej przez Majów – twórców wysoko rozwiniętej cywilizacji, obejmuje głównie tereny dzisiejszej Gwatemali i Meksyku, a której początki sięgają 400 roku p.n.e. Uroczystości odbędą się w południowym Meksyku, a także w krajach Ameryki Środkowej: Belize, Gwatemali, Salwadorze i Hondurasie.

Swój udział zapowiedziało co najmniej dwóch szefów państw – prezydent Gwatemali Otto Perez i prezydent Hondurasu Porfirio Lobo.

Ale gdy jedni chcą świętować, środowiska związane z New Age są przekonane, że 21 grudnia może nastąpić koniec świata, zapowiedziany w hieroglifach, jakimi posługiwali się Majowie. Najpoważniejsze proroctwo – zdaniem zwolenników New Age – znaleziono wyryte na kamiennej steli, nazywanej “monumentem numer 6”, przechowywanej pieczołowicie na stanowisku archeologicznym Mucuspana w El Tortuguero w meksykańskim stanie Tabasco.

W rzeczywistości inskrypcja opowiada historię bogów Majów, bądź jednego z nich, który miałby 23 grudnia (a nie 21 grudnia) według kalendarza gregoriańskiego zstąpić na ziemię.

Eksperci od kultury Majów łapią się za głowy, słysząc błędne interpretacje. “Głównym tematem zabytku nr 6 nie jest ani data, ani proroctwo, ani koniec świata. To historia Balama Ahau, który był +świętym panem+ El Tortuguero” – zapewnia meksykański archeolog Jose Romero.

Wiara w koniec świata karmi się po części katastroficznym filmem science-fiction “2012” w reżyserii Rolanda Emmericha i książkami w rodzaju trylogii amerykańskiego autora s-f Steve’a Altena.

Romero krytykuje Hollywood za najbardziej fantastyczne interpretacje hieroglifów “bez uwzględnienia wiarygodnej wiedzy” o historii i kulturze Majów.

Tymczasem wiara w koniec świata zapowiedziany przez Majów rozprzestrzeniła się już po świecie, docierając m.in. do Tomska na Syberii, gdzie jak ciepłe bułeczki rozchodzą się “zestawy apokaliptyczne” z podstawową racją żywnościową – szprotkami w puszce, błyskawiczną zupką z makaronem, apteczką, butelką wódki, sznurkiem i kawałkiem mydła.

Na Ukrainie zestawy takie zmodyfikowano: w wersji dla pań zawierają butelkę szampana, a dla panów – butelkę gorzałki. W skład kompletów wchodzi także scyzoryk, szampon, zapałki oraz prezerwatywy.

Przywódcy meksykańskich potomków Majów zamiast krytykować komercjalizację końca ery wolą podkreślać znaczenie swoje kultury indiańskiej i prawdziwe znaczenie nowej ery.

“Podobnie jak inne rdzenne kultury na całym świecie, chcemy utrzymać naszą tożsamość, nasz sposób mówienia, myślenia i pojmowania świata” – powiedziała Mary Coba, przedstawicielka rady plemiennej.

Rdzenni mieszkańcy Meksyku przygotowują pełne prostoty, lecz wymowne rytuały w związku z nową erą. “Nie ma żadnych szczególnych wymagań” wobec tych, którzy chcą w nich wziąć udział – mówi Coba. “Wystarczy tylko ubrać się na biało i przynieść ze sobą białą świeczkę”. (PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com