ISRAEL MUSIC HISTORY WWII Jewish Brigade Music “Katusha” לבלבו אגס וגם
Mileva Marić (1875-1948) z mężem Albertem Einsteinem (1879-1955) w Pradze, gdzie małżeństwo mieszkało w latach 1905-12 (Fot. ETH-Bibliothek Zurich, Bildarchiv)
Mileva Marić była wielką miłością Einsteina. Im dłużej byli razem, tym bardziej jej nienawidziłIwona Słabuszewska-Krauze
.
Mileva Marić, dziewczyna z serbskiej prowincji, była piątą kobietą, jaką kiedykolwiek przyjęto na Uniwersytet w Zurychu – w charakterze pełnoprawnej studentki, a nie wolnej słuchaczki. W 1896 r. rozpoczęła studia na wydziale fizyki i matematyki, stawiając sobie cel: kariera naukowa i tytuł profesora fizyki. Była uparta, ambitna i niebywale uzdolniona matematycznie.
Albert obiecywał, że stworzą nowoczesny związek scementowany miłością do nauki, będą zawsze „ein stein”, jednym kamieniem, a miłość nigdy nie zatrzyma naukowego rozwoju Milevy.
Młody Einstein był wytrwały w konkurach. Wpraszał się na wieczorki muzyczne, uparcie namawiał Milevę do wspólnej nauki i zaskakiwał ją na ulicy. W końcu dołączył do damskiej wycieczki w góry Schwarzwald. Nie wiadomo, co wydarzyło się podczas tego wypadu, ale zaraz potem Mileva wyjechała z Zurychu i ukryła się w Heidelbergu w południowo-wschodnich Niemczech, gdzie przez pół roku próbowała studiować na tamtejszym uniwersytecie. Jeśli zgodziłaby się na związek z Albertem, jej studia, a więc i kariera naukowa, byłyby zagrożone. A nauka była dla niej wszystkim.
Miała burzę czarnych loków, „urodę chmurną i tajemniczą”. Kobieta fizyk – nigdy nie słyszano o czymś bardziej egzotycznym, i choć to Albert pozował na outsidera, ona była nim naprawdę. Urodziła się 19 grudnia 1875 r. we wsi Kac, niedaleko Belgradu, w rodzinie bogatego sędziego. Była chorowitym i nieśmiałym dzieckiem, ale też butnym, może dlatego ojciec mawiał, że w jej żyłach płynie krew bandytów. Miała wadę biodra, przez co w widoczny sposób kulała. W Serbii uważano, że taka ułomność dyskwalifikuje kobietę jako matkę i żonę. Ojciec motywował więc Milevę do nauki, przewidując, że jest skazana na samotność. Wystarał się, aby przyjęła ją elitarna, męska szkoła średnia w Zagrzebiu – Mileva mimo problemów zdrowotnych ukończyła ją z najwyższymi notami z fizyki i matematyki. Jako jedna z pierwszych kobiet w Cesarstwie Austro-Węgierskim uzyskała zgodę na korzystanie z doskonałego laboratorium fizycznego, do tej pory przeznaczonego dla mężczyzn. Zwieńczeniem jej dążeń naukowych miała być Szwajcaria. W Zurychu zdała maturę i zdobyła przepustkę na studia. Kosztowało ją wiele wysiłku, by znaleźć się na uczelni, a jeszcze więcej, by utrzymać się w tym męskim i hermetycznym gronie.
Albert dość szybko odnalazł Milevę w Heidelbergu. Odpisała mu dopiero po miesiącu, nie mogąc uwierzyć w tak silne zainteresowanie. Wróciła do Zurychu. Albert nazywał ją od tej pory swoją małą uciekinierką, ukochaną czarodziejką i obszarpańcem, a potem Doxerl (Laleczką). Pisał do niej: „Biedny ten Jasieniek, chętka go rozpala. Gdy myśli o Lali, poduszka się spala”.
„Tak dobrze rozumiemy oboje nasze czarne dusze, picie kawy i jedzenie kiełbasy…” – pisał w liście. „Szczęściarz ze mnie, że mam równorzędną partnerkę”.
Wcześniej łączyło go równie gorące uczucie tylko z Marie Winteler, prostą dziewczyną ze szwajcarskiego Aarau, gdzie przygotowywał się do matury. Kiedy zaczął studia w Zurychu, uczucia względem Marie przyblakły, choć dalej wysyłał jej garderobę do prania i prasowania. Pewnego razu otrzymał od niej prezent – imbryk do herbaty. W typowy dla siebie, bezpardonowy sposób odpisał, że to głupi prezent. Marie zrozumiała, że ich romans właśnie się skończył. W rzeczywistości nigdy nie pogodziła się z odejściem Einsteina. Zachorowała na depresję, jakiś czas leczyła się w berneńskim szpitalu psychiatrycznym.
Pauline, matka Alberta, niepokoił nowy związek syna. Serbów postrzegano jako ciemnoskórych obcokrajowców, których kobiety są rozwiązłe i nieobliczalne. A Mileva była ułomna i w dodatku starsza od Alberta o cztery lata. „Ty będziesz mieć 30 lat, a ona będzie starą babą! – krzyczała. – To mól książkowy, a ty potrzebujesz żony!”.
Uważała, że Albert się kompromituje. I choć Einsteinowie byli zeświecczeni, wolała, żeby dziewczyna była Żydówką. Mileva nie miała w jej oczach żadnego atutu. Albert pozostał jednak nieugięty i oświadczył, że zamierza się z Milevą ożenić.
Zwlekał jednak ze ślubem, ponieważ był bez pracy. Pisywał już artykuły naukowe i publikował, ale nie dostał posady asystenta na politechnice. Inne drzwi też pozostawały zamknięte. Uchodził za buntownika i profesorowie niechętnie wystawiali mu pozytywne rekomendacje – szczególnie słynny Max Weber, opiekun naukowy Alberta, od którego opinii wiele zależało. Trudno się temu dziwić, Albert rzadko chodził na wykłady Webera. Uczęszczała na nie za to Mileva, próbując usprawiedliwić nieobecność ukochanego i dzieląc się potem z nim notatkami, z których nadrabiał zaległości.
Brak pracy frustrował Alberta. Mileva znosiła jego humory: „Krzykacz z niego, a jednak tak bardzo go kocham”– pisała do przyjaciółki Heleny Kaufler. Wieczorami pracowali w domu, próbując rozwikłać zagadki nauki. Mileva była lepszym od Alberta matematykiem, i to ona zajmowała się obliczeniami. Niedługo potem po beztroskiej wyprawie nad jezioro Como okazało się, że jest w ciąży.
Antykoncepcja była już pod koniec XIX w. znana (prezerwatywy, wkładki antykoncepcyjne, irygatory), ale droga. Tuzin prezerwatyw kosztował pięć marek, czyli równowartość połowy dniówki. Bezrobotni raczej nie inwestowali w zabezpieczenia. Sytuacja wyglądała beznadziejnie, gdyż nie byli w formalnym związku. Rodzice Alberta uznali Milevę za ladacznicę. Społeczność żydowska raczej nie akceptowała przedmałżeńskich związków i nieślubnych dzieci. Pauline wysłała jadowity list do rodziców Milevy, w którym obrzucała obelgami dziewczynę, jej rodzinę i wszystkich Serbów.
Ciąża zniszczyła reputację Milevy i oznaczała koniec marzeń o karierze, a jeszcze wiosną 1901 r. myślała o złożeniu doktoratu i rozpoczęciu pracy naukowej. Jej rodzice, zwłaszcza ojciec, który tyle łożył na jej wykształcenie, też nie był szczęśliwy.
A Albert wydawał się spokojny: „Ciesz się, droga Doxerl, i niczym się nie martw – pocieszał ją, by w kolejnym zdaniu przejść do innego tematu: – Nie jestem zbyt zadowolony z własnej teorii termoelektryczności”.
Przez ciążę Mileva nie zaliczyła egzaminów na uczelni. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, kiedy Albert zaczął starać się o posadę w urzędzie patentowym. Ponieważ urzędnik powinien mieć nienaganną reputację, Albert uznał, że Mileva z nieślubnym dzieckiem w brzuchu powinna zniknąć.
Lieserl urodziła się 27 stycznia 1902 r. w rodzinnym domu Milevy w Serbii. Albert przebywał wówczas w Bernie, ciesząc się nowymi przyjaciółmi i stanowiskiem eksperta technicznego trzeciej klasy w urzędzie patentowym. Mileva przyjechała do niego niedługo po porodzie. Mimo próśb nie zgodził się, by zabrała ze sobą Lieserl.
6 stycznia 1903 r. wzięli ślub cywilny w Bernie. Obecni na nim byli tylko ich świadkowie. Niestety, w przypadku Alberta zauroczenie już minęło, a nieślubne dziecko jeszcze bardziej ostudziło jego uczucia.
Po latach przyznał, że żeniąc się z Milevą, czuł wewnętrzny opór. Mimo to uczynił ten krok – z litości („Mileva była brzydka i kulawa i było mi jej żal”) i z poczucia obowiązku, bo Mileva poświęciła dla niego wszystko.
Albert nigdy nie zobaczył Lieserl. Nie wiadomo, jakie były dalsze losy dziewczynki. Podczas kolejnego pobytu w Serbii Mileva skreśliła kilka zastanawiających słów w liście do męża: „Poszło szybko, ale nieprzyjemnie”. Co mogły oznaczać? Wiadomo, że Lieserl zachorowała na szkarlatynę, i to jest ostatnia pewna informacja o niej. Czy oddano ją do adopcji? Zmarła? Historycy przeczesali archiwa, a w latach 80. XX w. szukano śladu Lieserl na jugosłowiańskich cmentarzach, ale nic nie znaleziono. Dziewczynka zniknęła bez śladu.
Półtora roku później przyszedł na świat pierwszy syn państwa Einstein – Hans Albert.
W 1905 r. Albert opublikował pracę „O elektrodynamice ciał w ruchu”, która wprowadziła szczególną teorię względności i wstrząsnęła podstawami fizyki. W tym samym roku napisał też rozprawę doktorską. Do dzisiaj kontrowersje budzi kwestia autorstwa obu prac i udziału Milevy w ich powstaniu. Nie brak głosów, że Einstein zagarnął zasługi żony i nigdy nie przyznał, że jest współautorką odkrywczych teorii.
Istnieją też poszlaki, że przełomowy artykuł napisali wspólnie, ale jej nazwisko zostało usunięte. Być może dlatego, że podpis kobiety mógł podważyć wiarygodność tekstu i przekreślić szanse Alberta na karierę. Tym bardziej że Mileva nie miała dyplomu. Co jednak, jeśli procedura usunięcia nazwiska Milevy odbyła się bez jej wiedzy i zgody? A tak twierdzą zwolennicy teorii o jej współautorstwie.
Biografowie Milevy podkreślają, że w 1905 r. powiedziała swemu ojcu: „Przed wyjazdem ukończyliśmy ważną pracę naukową, która przyniesie mojemu mężowi sławę”. A już po śmierci Einsteina jeden z jego przyjaciół twierdził, że wczesne prace geniusza podpisane były dwoma nazwiskami: Einstein – Marity. Marity to węgierska forma nazwiska Marić, która istnieje też w akcie ślubu państwa Einstein. Ciekawe też, że Albert obiecywał Milevie przekazanie finansowej wartości Nagrody Nobla, jeśli kiedyś taką dostanie. I słowa dotrzymał. Pytanie, czy Einstein nie okradł z zaszczytów żony, pozostaje więc otwarte.
Rosnąca sława Alberta nie wpłynęła dobrze na stosunki małżeńskie. Jeszcze przed narodzinami drugiego dziecka (Eduard, ur. 28 lipca 1910 r.) związek zaczął szwankować. Mileva czuła się odsuwana od nauki i pracy z mężem. Teraz dyskutował z fizykami z całego świata, ona została obsadzona w roli hausfrau. Była po trzydziestce (w tamtym czasie wiek średni), straciła córkę, szansę na rozwój naukowy, a teraz jeszcze Alberta.
Czara goryczy przelała się w maju 1909 r., gdy Anna Meyer-Schmid przesłała do Alberta list gratulacyjny, odnawiając znajomość z czasów, kiedy nie była jeszcze zamężna, a on był studentem fizyki. Ponieważ list był w poufałym tonie i sugerował spotkanie, Mileva urządziła scenę zazdrości.
Albert uznał wtedy, że ich namiętność wygasła, a jego żona przemieniła się w „patologicznie zazdrosną” i matkującą kobietę, która staje się kamieniem u szyi. Ocenił też, że przytyła i zbrzydła.
W 1911 r. przenieśli się do Pragi, gdzie Albert przyjął stanowisko profesora fizyki teoretycznej na tamtejszym uniwersytecie. Było dobrze płatne i stabilne, ale nie rekompensowało obniżenia standardu życia rodziny. Praga to wtedy zanieczyszczone miasto, z oparami sadzy w powietrzu, w domu państwa Einstein ciekła z kranu żółta woda. Mileva chciała z Pragi wyjechać dla dobra dzieci, ale Albert uważał, że to samolubna propozycja, która nie uwzględnia jego kariery.
Osamotniona i zajęta wyłącznie dziećmi stawała się coraz bardziej małomówna i popadała w przygnębienie. W Pradze nie miała przyjaciół ani rodziny. Przestała dbać o wygląd, sprawiała wrażenie wycofanej. Znajomy lekarz sugerował nawet Albertowi, że może być chora na schizofrenię. Nie przeszkadzało mu to jednak znikać na długie tygodnie, pozostawiając Milevę z synami. „Myślę, że kobiety o wiele dłużej trzymają się wspomnień z cudownego okresu młodości…” – pisała przygnębiona do Heleny Kaufler.
Przez kolejne półtora roku Albert otrzymywał wiele kuszących propozycji zawodowych. Rodzina na chwilę przeniosła się jeszcze do Zurychu, a w 1914 r. Albert przyjął profesurę na Uniwersytecie Berlińskim.
W Berlinie mieszkała jego daleka kuzynka Elsa. Odwiedzał ją wcześniej podczas krótkich wypadów z Pragi i przesyłał listy: „Teraz mam kogoś, o kim mogę myśleć z czystą przyjemnością. Szczypiesz mnie swoim listem, ale raczysz gęsimi skwareczkami” – pisał do Elsy. Jednocześnie krytykując Milevę: „Jest nieprzyjemną, wyzutą z radości istotą… która tłamsi radość życia w innych już samą swą obecnością”.
Albert zaczął sypiać w osobnym pokoju, donosząc o tym Elsie. Wyznał swojemu koledze Fritzowi Haberowi, że w towarzystwie krewnych czuje się lepiej niż przy żonie. Uważał, że już dawno porzuciła go psychicznie, zaczął myśleć o rozwodzie. W końcu za plecami żony zaczął szukać lokatora do mieszkania. Mileva uznała, że to pierwszy krok do tego, by pozbyć się jej z domu. Po wielkiej awanturze przez kilka dni nie zamienili słowa. Mileva przeniosła się w końcu z dziećmi do przyjaciół.
Wkrótce Albert przedstawił spis warunków do spełnienia, jeśli dalej mają razem mieszkać.
Mileva miała zaprzestać z mężem wszelkich osobistych relacji, ale miała nadal utrzymywać jego ubrania w porządku. Musiała podawać do jego pokoju trzy posiłki dziennie, ale nie mogła dotknąć niczego na biurku.
Ponadto, odezwawszy się, miała natychmiast zamilknąć, jeśli Albert tego sobie zażyczy.
Mileva odpisała, że spełni wymagania, ale to nie wystarczyło, umowa separacyjna i tak została przygotowana. Albert zobowiązywał się wypłacać rodzinie 5600 marek rocznie, mógł widywać dzieci, ale nigdy u Elsy. Zaraz potem Mileva wyprowadziła się, zabierając dzieci do Zurychu, a Einstein napisał do Elsy: „Cała ta sprawa nieco przypomina morderstwo!”.
W Zurychu Mileva żyła na skraju biedy. Podjęła się lekcji muzyki i matematyki, bo pieniądze od Alberta przychodziły nieregularnie. Starszy syn, Hans Albert, wspominał ten czas jako najgorszy w swoim życiu. Nie odpisywał na listy ojca, przez co Einstein doszedł do wniosku, że Mileva nastawiła do niego wrogo synów. Hans Albert do końca życia pozostawał z ojcem w napiętych stosunkach. Efektem tego był chociażby zakaz wstępu do rodzinnego domu w Princeton.
W lutym 1916 r. Einstein zażądał zmiany separacji w rozwód. Po rozmowie na ten temat Mileva doznała ataku serca (miała zaledwie 41 lat) i wylądowała w szpitalu, gdzie podejrzewano, że jest też chora na gruźlicę mózgu. Młodszemu synowi, Eduardowi, groził dom dziecka, Albert zaczął więc rozważać zabranie chłopców do siebie. Ograniczyłoby to jednak jego czas poświęcany nauce. W tym czasie toczyły się też nieustanne rozmowy o alimentach – pieniądze były zbyt małe, by poważnie chora Mileva mogła utrzymać dzieci. Albert tymczasem twierdził, że daje i tak dużo.
Po raz drugi zaproponował rozwód w styczniu 1918 r., kartą przetargową były większe alimenty. W umowie obiecał też przekazać Milevie kwotę z ewentualnej Nagrody Nobla, do której był już nominowany kilkukrotnie, a otrzymał ją w 1921 r.
14 lutego 1919 r. państwo Einstein otrzymali oficjalny rozwód i rozstali się w pokojowych stosunkach, utrzymując do końca życia kontakt.
Cztery miesiące później Albert wziął ślub z Elsą. „Cieszę się, że moja druga żona nie ma pojęcia o nauce” – mówił. Twierdził też, że kobiety nie są w stanie dokonać niczego wielkiego, bo ich narzędziem twórczym nie jest mózg.
W liście do przyjaciela pisał, że jego definicja dobrej żony „oscyluje pomiędzy świnią a notoryczną sprzątaczką”. Wydaje się, że druga część porównania dotyczyła Elsy, a pierwsza… Milevy.
Od 1933 r. mieszkali z Elsą w Ameryce. Einstein wielokrotnie ja zdradzał, miał opinię kobieciarza i rozpustnika. Romansował ze swoją 23-letnią sekretarką Betty Neumann, z bogatą wdową Toni Mendel, Austriaczką Margaret Lenbach, rosyjskim szpiegiem Margaritą Konenkową i wieloma innymi.
Z Milevą ostatni raz widział się w 1934 r. Zmarła w zuryskim szpitalu 4 sierpnia 1948 r. w wieku 72 lat. Jej szczątki spoczęły w nieoznakowanym grobie w Zurychu. Sześćdziesiąt lat po śmierci umieszczono tam tablicę pamiątkową.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com
American Jews, Politics and Israel[POLLING MATTERS AUGUST 27, 2019]FRANK NEWPORT

The political orientation of American Jews has come back into the spotlight in recent weeks with President Donald Trump’s comments regarding Jews and their stances toward his presidency and the Democratic Party.
Trump has, throughout his presidency, shown public support for Israel through both his rhetoric and policy actions, including his recent high-profile assailing of Democratic members of Congress whom he characterized as anti-Semitic and anti-Israel.
Part of Trump’s motivation is no doubt maintaining support among Christian evangelicals, who are very positive toward Israel and who form a key component of his political coalition. But Trump recently drew a connection between his support of Israel and the Jewish vote, saying to Jewish Americans: “In my opinion, if you vote for a Democrat, you’re being very disloyal to Jewish people and you’re being very disloyal to Israel. And only weak people would say anything other than that.” And, a day earlier: “I think any Jewish people that vote for a Democrat, I think it shows either a total lack of knowledge or great disloyalty.”
It has traditionally been difficult to analyze the attitudes and political orientation of American Jews in surveys because they are such a small segment of the population (more on that below). But, by aggregating large numbers of interviews, Gallup and other organizations have been able to learn a good deal about American Jews that relates to the issues Trump is raising. The data show that despite Trump’s commentary, Jews in the U.S. are both highly likely to identify as Democrats and vote for Democratic candidates and to express views that are highly loyal to Israel. There is little evidence of a change in these trends, or that this situation creates the kind of Jewish cognitive dissonance that Trump asserts should be the case.
From a strictly “practical politics” point of view, the Jewish vote is not likely to make a huge difference in the presidential election, even if Trump were to succeed in bringing more Jews over to the Republican side of the political ledger.
Gallup’s ongoing estimates show that about 2% of American adults (those aged 18 and older) identify their religion as Jewish. To be specific, an aggregate of Gallup surveys conducted in 2018 shows 1.9% Jewish identification, and over 18,000 Gallup interviews conducted so far this year show that 2.0% of the population identifies as Jewish.
A 2013 Pew Research Center analysis of Jewish identification showed that in addition to the 1.8% of U.S. adults who identified their religion as Jewish (very similar to Gallup’s estimate), another small percentage of Americans who did not initially say their religion was Jewish identified their secular heritage as Jewish. According to this research, at maximum 2.2% of the U.S. adult population has some basis for Jewish self-identification.
Looking at the religious makeup of adults aged 18 and older in the 50 states, the highest Jewish representation is in New York, at 8%, followed by four other states — New Jersey, Massachusetts, Connecticut and Maryland — where it is between 6% and 4%. (These estimates are based on Gallup’s interviews with over 130,000 adults in 2017.) At the other end of the spectrum, Jews are less than one-half of 1% of the adult population in 11 states: Iowa, Nebraska, Mississippi, Louisiana, Oklahoma, Wyoming, Utah, Idaho, Arkansas, West Virginia and North Dakota.
Based on past presidential elections, the group of states with the highest probability of close popular votes next year — classic swing states — includes Arizona, Florida, Maine, Michigan, Minnesota, New Hampshire, North Carolina, Pennsylvania and Wisconsin. Gallup’s state-by-state analysis of religious preference in 2017 shows that Jews as a percentage of the adult population are above the national average in only two of these: Florida (3%) and Pennsylvania (2.3%).
Jews are below the national average in the other swing states, and are less than 1% in Wisconsin, Minnesota and North Carolina.
Jews in the U.S. do have a slightly higher profile in the voting electorate than the population at large, by virtue of their above-average educational attainment. This reflects the strong relationship between education and voter turnout in American elections. But even taking this higher turnout into account, and while recognizing that the Jewish vote may be important in some specific areas of some states in more localized elections, it’s apparent that the Jewish vote is not going to make a huge difference in the coming presidential election unless there is an extremely close popular vote in specific swing states.
The clear majority of Jewish Americans identify with or lean toward the Democratic Party, and we find no evidence that this has changed significantly during the Trump administration so far.
Trump took office in January 2017, and Gallup’s aggregated surveys conducted from February through December of that year show that 68% of Jews identified as Democratic or as independents who leaned toward the Democratic Party, while 28% identified as or leaned Republican.
In 2018, those numbers were 59% Democratic and 36% Republican. So far this year, using an aggregated sample of Gallup polls conducted from January through August, 65% of Jews identify with or lean toward the Democratic Party, with 30% identifying with or leaning toward the Republican Party.
In terms of ideology, 44% of American Jews are liberal, much higher than the overall 25% among the total population, making Jews the most liberal of any major religious group we identify. Another 36% of Jews are moderates, with 20% describing themselves as conservative — compared with 37% of the total population.
Exit polls from the 2016 election show that of the 3% of voters who identified their religion as Jewish, 71% voted for Clinton and 23% for Trump. Similarly high percentages of Jews have voted for the Democratic presidential candidate in all presidential elections going back to 1992 and have favored Democratic candidates by at least a plurality in elections going back much further than that.
Trump’s assertion that “any Jewish people that vote for a Democrat, I think it shows either a total lack of knowledge or great disloyalty” thus covers a very large percentage of the U.S. Jewish population.
(In terms of “total lack of knowledge,” Jews in America have by far the highest average education level of any religious group we measure, as noted earlier. Some 67% of Jewish adults are college graduates, far above the 32% of the overall population, and the 37% who have a postgraduate education is also much higher than among any other religious group.)
Our aggregate from January through August of this year shows a 29% Trump job approval rating among Jews, with 69% disapproval. Over this same period, Trump’s overall job approval rating was 42%. In 2017, the first year of his presidency, Trump’s Gallup job approval rating among Jews was 30%. In 2018, based on an aggregate of Gallup surveys, it was 35%. These estimates are based on relatively small samples of Jews, meaning there will be some fluctuation from year to year based on sampling error — but overall, I see no sign that Trump approval this year is higher than it was when Trump first took office.
Most of Trump’s discussion of what he assumes should be Jewish support for his party and for his presidency revolves around his administration’s policies toward Israel. Trump has been very publicly supportive of Israel and Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu. He has followed through on a campaign promise to move the U.S. embassy from Tel Aviv to Jerusalem, has attacked members of Congress whom he criticizes as anti-Israel (and anti-Semitic), and has supported Israel’s decision to deny two members of Congress who have been critical of Israel — Ilhan Omar and Rashida Tlaib — the right to enter that country as part of a congressional delegation.
Presumably, American Jews are aware of Trump’s actions, and the data clearly show that Jews have strongly positive views of Israel. Nevertheless, Trump’s actions in support of Israel to date have done little to shift Jews’ political allegiance.
My recent review of the available data shows that about nine in 10 American Jews are more sympathetic to Israel than to the Palestinians. (That compares to about six in 10 of all Americans.) Additionally, 95% of Jews have favorable views of Israel, while 10% have favorable views of the Palestinian Authority — significantly more pro-Israel than the overall national averages of 71% favorable views of Israel and 21% favorable views of the Palestinian Authority.
Research conducted in 2013 by Pew showed that 76% of Jews (identified by religion) said they were at least somewhat emotionally attached to Israel. In addition, almost half said that caring about Israel is an essential part of being Jewish (with most of the rest saying it is important although not essential) and nearly half reported that they had personally traveled to Israel.
Trump’s assertion that Jews should in essence be single-issue voters whose presidential vote is directly swayed by his statements about and policies toward Israel is apparently much too simplistic. The majority of American Jews have voted for Democratic presidential candidates for decades and are politically liberal in their views of many domestic issues. Those facts of political life are not going to change overnight.
The consequences of Jews’ majority-level disapproval of President Trump and Jews’ underlying Democratic political orientation is evident in an interesting recent finding reported by Pew Research. Their data showed that 42% of Jews say Trump favors Israel too much — far more than is the case for Catholics or Protestants, with most of the rest of Jews interviewed saying Trump is striking the right balance rather than favoring the Palestinians too much. This is most likely explained by the heavy Democratic partisanship of Jews (as Pew notes) as well as the possibility that Jews do not think Trump’s policies are the right way to help Israel. This finding underscores the challenges facing Trump or any Republican presidential candidate if they attempt to court the Jewish vote.
AUTHOR(S)
Frank Newport, Ph.D., is a Gallup senior scientist. He is the author of Polling Matters: Why Leaders Must Listen to the Wisdom of the People and God Is Alive and Well. Twitter: @Frank_Newport
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Seth J. Frantzman
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska
“New York Times” został oskarżony o wybielanie tureckiej okupacji Afrin i czystki etnicznej
“New York Times” został oskarżony o wybielanie tureckiej okupacji Afrin i czystki etnicznej Kurdów. W relacjach z Afrin udzielano głosu tylko tureckim funkcjonariuszom okupacyjnej armii i zwolennikom Ankary.
Ta okupacja jest nielegalna. Turcy kradną towary rolne i wywożą je do swojego kraju. Sprowadzeni osadnicy demolują i atakują miejscową ludność. Mniejszości religijne są prześladowane. Porywania, przetrzymywanie w tajnych, wojskowych ośrodkach internowania. Czystka etniczna. Wszystko to zdarzyło się w Afrin w północnozachodniej Syrii, na obszarze, który był kurdyjski i został w 2018 roku najechany i jest okupowany przez Turcję i wspierane przez okupanta ekstremistyczne syryjskie milicje. Od tego czasu został etnicznie oczyszczony z Kurdów a cmentarze i miejsca święte tej mniejszości splądrowano i zniszczono. „New York Times” jest teraz oskarżany, że w artykule z 16 lutego wybielił turecką okupację Afrin.
Eksperci, działacze. byli mieszkańcy i komentatorzy wyrazili zaszokowanie artykułem online. pisząc, że nie wspomniał nawet o łamaniu praw człowieka i o ludziach wygnanych z Afrin. Niektórzy porównywali ten artykuł do propagandy państwowych mediów tureckich. Prasa USA szczyci się sprzeciwem wobec skrajnej prawicy w USA i krytykowaniem autorytarnego przywódcy oraz “mówieniem władzy prawdy w oczy”, piszą krytycy tej stronniczej relacji w NYT, zwracając uwagę na brak jakichkolwiek odmiennych głosów.
W artykule zatytułowanym In Turkey’s Safe Zone in Syria security and misery go hand in hand,[W tureckiej ‘bezpiecznej strefie’ w Syrii bezpieczeństwo i niedola idą ręka w rękę] autorka twierdzi, że choć inwazja Turcji trzy lata temu była powszechnie krytykowana, “dzisiaj Syryjczycy, których bronią, cieszą się że Turcy tam są”. Jest w artykule wzmianka o fakcie czystki etnicznej 160 tysięcy Kurdów. “Tysiące kurdyjskich rodzin uciekło przed turecką inwazją wraz z kurdyjskimi bojownikami. W ich miejsce domy zajęły setki tysięcy Syryjczyków z innych terenów, którzy powiększyli populację”. Zazwyczaj, kiedy wygania się rdzenną populację i sprowadza inne populacje w jej miejsce, nazywa się to czystką etniczną. W tym wypadku, Turcja i kontrolowane przez nią skrajnie prawicowe, religijne, ekstremistyczne bojówki usunęły Kurdów i sprowadziły sunnickich Arabów i Turkmenów do Afrin.
Usunięcie Kurdów nie było pomyłką. Turcja ma dosyć miejsca, by pomieścić syryjskich uchodźców na terenach, które okupuje w Idlib i Tel Abjad. Turcja dążyła do zmiany struktury demograficznej w Afrin przez usunięcie Kurdów, Jazydów i innych mniejszości. Nazywa to “bezpieczną strefą”, podobnie do tego, jak nazistowskie Niemcy mówiły o lebensraum na terenach, które okupowały w Europie Wschodniej, dokąd wysyłały etnicznych Niemców i usuwały Żydów i Słowian.
Według artykułu, dziennikarze byli “eskortowani” przez Turcję podczas wizyty w Afrin. Gazeta nazwała to “de facto bezpieczną strefą”. Jednak działacze praw człowieka opisali niebezpieczny los kobiet na tym terenie. Kobiety są często porywane i przetrzymywane w tajnych więzieniach, gdzie są poddane maltretowaniu i nierzadko mordowane. „New York Times” twierdzi, że Turcja dostarczyła “infrastrukturę, edukację i opiekę zdrowotną”. Zaniedbali jednak napisania, że okupacja Afrin przez Turcję jest nielegalna według prawa międzynarodowego. Zaniedbali przeprowadzenia wywiadów z ludźmi wygnanymi z Afrin i z jakimikolwiek krytykami.
W artykule nie ma niemal żadnych głosów kobiet. Jest wywiad z “Muhammadem Amarem”, o którym pisze, że jest wojownikiem ewakuowanym z Damaszku i wysłanym do Afrin przez Turcję zgodnie z umową z reżimem Assada. Podobnie jak inne wojskowe okupacje, które przerodziły się w aneksję, czytamy dalej w artykule, że “Miasto podłączono do tureckiej sieci elektrycznej, kończąc lata przerw w dostawach elektryczności; jest turecka sieć telefonii komórkowej i turecka waluta; zarejestrowano 500 syryjskich firm z prawem handlu przez granicę”. Zauważono także w artykule, że nie ma na miejscu niezależnych organizacji mogących monitorować łamanie praw człowieka. „Turcja zmusiła do wyjazdu wiele międzynarodowych grup pomocowych, by mogła sama sprawować ścisłą kontrolę”.
Jest tam twierdzenie, że zdarzają się “terrorystyczne” ataki w Afrin, bez dostarczenia żadnych dowodów poza wypowiedziami tureckich funkcjonariuszy. Zazwyczaj, kiedy “New York Times” pisze o innych konfliktach, podaje głosy obu stron, ale nie tutaj. Mówi o “szefie policji w Afrin”, który “powiedział, że 99% ataków jest dziełem PKK, kurdyjskiego ruchu separatystycznego”. To jest niepoprawne stwierdzenie, ponieważ Partia Pracujących Kurdystanu (PKK) nie jest separatystyczna i nie ma żadnych dowodów, że Kurdowie w Afrin chcieli „separacji” od Syrii.
Jest wręcz odwrotnie; to Turcy zmusili Afrin do separacji poprzez swoją okupację. Miejscowi ludzie w Afrin mówią, że często mają miejsce walki między wspieranymi przez Turcję grupami oraz porywanie miejscowych ludzi, których przetrzymuje się w tajnych więzieniach.
Dalej w artykule czytamy twierdzenie, że w “Afrin Turcy zajmują się bezpieczeństwem tak jak każda siła NATO, otaczając swoje budynki administracyjne wysokimi betonowymi murami i odgradzając ‘zieloną strefę’, która obejmuje główną handlową ulicę w centrum miasta”. Nie jest jasne, jakie dowody miała autorka, by uważać to za zachowanie za podobne działaniom “NATO”.
Pod turecką okupacją wojskową nie ma wolnej prasy, wolności zgromadzeń, a mniejszości i kobiety są prześladowane. W większości krajów NATO jest odwrotnie.
Wygląda na to, że tylko jedna kobieta wypowiadała się do artykułu. Rasmia Hunan al-Abdullah mówi, że “wszystko jest bardzo trudne”. Otrzymujemy w artykule informację, że niesie ona małe dziecko. W czasie przed inwazją Ankary i spuszczeniem ze smyczy skrajnie prawicowych bojówek na Afrin, ten obszar miał kobiety na kierowniczych stanowiskach. Wszyscy pozostali, z którymi prowadzono wywiady do tego artykułu, byli mężczyznami, w tym Sulaiman, Amar, Muhammad, Orhan, Mouaz, Ibrahim, Jariri i Said. Nie prowadzono wywiadu ani nie cytowano nikogo o odrębnym lub krytycznym zdaniu.
Azad Nebi pisze, że “nieopowiedzianą historią jest to, że przeważająca większość rdzennych kurdyjskich mieszkańców została wygnana ze swoich domów w Afrin”. Tweetował, że ten artykuł jest haniebny. Alison Meuse oskarżyła, że ten artykuł jest wybieleniem zgodnym z artykułami “New York Timesa” wychwalającymi niedawną wojnę Azerbejdżanu. Także Ariz Kader ostro skrytykował artykuł: “Z powodu medium, w którym został opublikowany, jak również pominięcia kluczowych danych o sytuacji (jak się wydaje, większość treści otrzymano od tureckiego przedstawiciela miasta), szkodzi to znacznie bardziej Afrińczykom niż jakakolwiek państwowa propaganda turecka”. Meghan Bodette, która śledzi sytuację w Afrin, zapytała, czy rządy państw NATO otrzymują “pełną zgodę na czystki etniczne od ‘New York Times’”.
Niektórzy krytycy skoncentrowali się na Carlotcie Gall, szefowej stambulskiego biura „New York Times”. Turcja więzi najwięcej dziennikarzy na świecie i krytycy są często skazywani milczenie, każda krytyka rządzącej partii jest dławiona. 16 lutego grupa Zaginione Kobiety Afrin poinformowała, że w Afrin porwano kobietę. Podała jej nazwisko. Nie jest jasne, czy “New York Times” dotarł do choćby jednej kobiety prześladowanej podczas trzyletniej okupacji tureckiej.
Nie brakuje specjalistów sprawy Afrin. Pisał o tym Michael Rubin z American Enterprise Institute, a eksperci tacy jak Amy Austin Holmes z Harwardu, mówili o wsparciu udzielanym ekstremistom przez Ankarę. Alberto Fernandez, były ambasador USA także mówił o Afrin i, kiedy był prezesem Middle East Broadcasting, prowadził wywiady o tamtejszym konflikcie.
Nie jest jasne, czy “New York Times” ma jakieś wskazówki do relacjonowania konfliktów, według których obie strony konfliktu mają mieć głos, szczególnie w sprawach sporu i czystki etnicznej. Zazwyczaj, kiedy jest to relacja o konflikcie izraelsko-palestyńskim lub Zachodnim Brzegu, ta gazeta oddaje głos Palestyńczykom, a nie tylko przedstawicielom Izraela. W sprawie Turcji i Afrin wygląda jednak na to, że Kurdom nie pozwala się na zabranie głosu. Mówi się tylko o nich negatywnie jako o “separatystach”, którymi nie są. Są miejscową ludnością Afrin.
. W relacjach z Afrin udzielano głosu tylko tureckim funkcjonariuszom okupacyjnej armii i zwolennikom Ankary.
Ta okupacja jest nielegalna. Turcy kradną towary rolne i wywożą je do swojego kraju. Sprowadzeni osadnicy demolują i atakują miejscową ludność. Mniejszości religijne są prześladowane. Porywania, przetrzymywanie w tajnych, wojskowych ośrodkach internowania. Czystka etniczna. Wszystko to zdarzyło się w Afrin w północnozachodniej Syrii, na obszarze, który był kurdyjski i został w 2018 roku najechany i jest okupowany przez Turcję i wspierane przez okupanta ekstremistyczne syryjskie milicje. Od tego czasu został etnicznie oczyszczony z Kurdów a cmentarze i miejsca święte tej mniejszości splądrowano i zniszczono. „New York Times” jest teraz oskarżany, że w artykule z 16 lutego wybielił turecką okupację Afrin.
Eksperci, działacze. byli mieszkańcy i komentatorzy wyrazili zaszokowanie artykułem online. pisząc, że nie wspomniał nawet o łamaniu praw człowieka i o ludziach wygnanych z Afrin. Niektórzy porównywali ten artykuł do propagandy państwowych mediów tureckich. Prasa USA szczyci się sprzeciwem wobec skrajnej prawicy w USA i krytykowaniem autorytarnego przywódcy oraz “mówieniem władzy prawdy w oczy”, piszą krytycy tej stronniczej relacji w NYT, zwracając uwagę na brak jakichkolwiek odmiennych głosów.
W artykule zatytułowanym In Turkey’s Safe Zone in Syria security and misery go hand in hand,[W tureckiej ‘bezpiecznej strefie’ w Syrii bezpieczeństwo i niedola idą ręka w rękę] autorka twierdzi, że choć inwazja Turcji trzy lata temu była powszechnie krytykowana, “dzisiaj Syryjczycy, których bronią, cieszą się że Turcy tam są”. Jest w artykule wzmianka o fakcie czystki etnicznej 160 tysięcy Kurdów. “Tysiące kurdyjskich rodzin uciekło przed turecką inwazją wraz z kurdyjskimi bojownikami. W ich miejsce domy zajęły setki tysięcy Syryjczyków z innych terenów, którzy powiększyli populację”. Zazwyczaj, kiedy wygania się rdzenną populację i sprowadza inne populacje w jej miejsce, nazywa się to czystką etniczną. W tym wypadku, Turcja i kontrolowane przez nią skrajnie prawicowe, religijne, ekstremistyczne bojówki usunęły Kurdów i sprowadziły sunnickich Arabów i Turkmenów do Afrin.
Usunięcie Kurdów nie było pomyłką. Turcja ma dosyć miejsca, by pomieścić syryjskich uchodźców na terenach, które okupuje w Idlib i Tel Abjad. Turcja dążyła do zmiany struktury demograficznej w Afrin przez usunięcie Kurdów, Jazydów i innych mniejszości. Nazywa to “bezpieczną strefą”, podobnie do tego, jak nazistowskie Niemcy mówiły o lebensraum na terenach, które okupowały w Europie Wschodniej, dokąd wysyłały etnicznych Niemców i usuwały Żydów i Słowian.
Według artykułu, dziennikarze byli “eskortowani” przez Turcję podczas wizyty w Afrin. Gazeta nazwała to “de facto bezpieczną strefą”. Jednak działacze praw człowieka opisali niebezpieczny los kobiet na tym terenie. Kobiety są często porywane i przetrzymywane w tajnych więzieniach, gdzie są poddane maltretowaniu i nierzadko mordowane. „New York Times” twierdzi, że Turcja dostarczyła “infrastrukturę, edukację i opiekę zdrowotną”. Zaniedbali jednak napisania, że okupacja Afrin przez Turcję jest nielegalna według prawa międzynarodowego. Zaniedbali przeprowadzenia wywiadów z ludźmi wygnanymi z Afrin i z jakimikolwiek krytykami.
W artykule nie ma niemal żadnych głosów kobiet. Jest wywiad z “Muhammadem Amarem”, o którym pisze, że jest wojownikiem ewakuowanym z Damaszku i wysłanym do Afrin przez Turcję zgodnie z umową z reżimem Assada. Podobnie jak inne wojskowe okupacje, które przerodziły się w aneksję, czytamy dalej w artykule, że “Miasto podłączono do tureckiej sieci elektrycznej, kończąc lata przerw w dostawach elektryczności; jest turecka sieć telefonii komórkowej i turecka waluta; zarejestrowano 500 syryjskich firm z prawem handlu przez granicę”. Zauważono także w artykule, że nie ma na miejscu niezależnych organizacji mogących monitorować łamanie praw człowieka. „Turcja zmusiła do wyjazdu wiele międzynarodowych grup pomocowych, by mogła sama sprawować ścisłą kontrolę”.
Jest tam twierdzenie, że zdarzają się “terrorystyczne” ataki w Afrin, bez dostarczenia żadnych dowodów poza wypowiedziami tureckich funkcjonariuszy. Zazwyczaj, kiedy “New York Times” pisze o innych konfliktach, podaje głosy obu stron, ale nie tutaj. Mówi o “szefie policji w Afrin”, który “powiedział, że 99% ataków jest dziełem PKK, kurdyjskiego ruchu separatystycznego”. To jest niepoprawne stwierdzenie, ponieważ Partia Pracujących Kurdystanu (PKK) nie jest separatystyczna i nie ma żadnych dowodów, że Kurdowie w Afrin chcieli „separacji” od Syrii.
Jest wręcz odwrotnie; to Turcy zmusili Afrin do separacji poprzez swoją okupację. Miejscowi ludzie w Afrin mówią, że często mają miejsce walki między wspieranymi przez Turcję grupami oraz porywanie miejscowych ludzi, których przetrzymuje się w tajnych więzieniach.
Dalej w artykule czytamy twierdzenie, że w “Afrin Turcy zajmują się bezpieczeństwem tak jak każda siła NATO, otaczając swoje budynki administracyjne wysokimi betonowymi murami i odgradzając ‘zieloną strefę’, która obejmuje główną handlową ulicę w centrum miasta”. Nie jest jasne, jakie dowody miała autorka, by uważać to za zachowanie za podobne działaniom “NATO”.
Pod turecką okupacją wojskową nie ma wolnej prasy, wolności zgromadzeń, a mniejszości i kobiety są prześladowane. W większości krajów NATO jest odwrotnie.
Wygląda na to, że tylko jedna kobieta wypowiadała się do artykułu. Rasmia Hunan al-Abdullah mówi, że “wszystko jest bardzo trudne”. Otrzymujemy w artykule informację, że niesie ona małe dziecko. W czasie przed inwazją Ankary i spuszczeniem ze smyczy skrajnie prawicowych bojówek na Afrin, ten obszar miał kobiety na kierowniczych stanowiskach. Wszyscy pozostali, z którymi prowadzono wywiady do tego artykułu, byli mężczyznami, w tym Sulaiman, Amar, Muhammad, Orhan, Mouaz, Ibrahim, Jariri i Said. Nie prowadzono wywiadu ani nie cytowano nikogo o odrębnym lub krytycznym zdaniu.
Azad Nebi pisze, że “nieopowiedzianą historią jest to, że przeważająca większość rdzennych kurdyjskich mieszkańców została wygnana ze swoich domów w Afrin”. Tweetował, że ten artykuł jest haniebny. Alison Meuse oskarżyła, że ten artykuł jest wybieleniem zgodnym z artykułami “New York Timesa” wychwalającymi niedawną wojnę Azerbejdżanu. Także Ariz Kader ostro skrytykował artykuł: “Z powodu medium, w którym został opublikowany, jak również pominięcia kluczowych danych o sytuacji (jak się wydaje, większość treści otrzymano od tureckiego przedstawiciela miasta), szkodzi to znacznie bardziej Afrińczykom niż jakakolwiek państwowa propaganda turecka”. Meghan Bodette, która śledzi sytuację w Afrin, zapytała, czy rządy państw NATO otrzymują “pełną zgodę na czystki etniczne od ‘New York Times’”.
Niektórzy krytycy skoncentrowali się na Carlotcie Gall, szefowej stambulskiego biura „New York Times”. Turcja więzi najwięcej dziennikarzy na świecie i krytycy są często skazywani milczenie, każda krytyka rządzącej partii jest dławiona. 16 lutego grupa Zaginione Kobiety Afrin poinformowała, że w Afrin porwano kobietę. Podała jej nazwisko. Nie jest jasne, czy “New York Times” dotarł do choćby jednej kobiety prześladowanej podczas trzyletniej okupacji tureckiej.
Nie brakuje specjalistów sprawy Afrin. Pisał o tym Michael Rubin z American Enterprise Institute, a eksperci tacy jak Amy Austin Holmes z Harwardu, mówili o wsparciu udzielanym ekstremistom przez Ankarę. Alberto Fernandez, były ambasador USA także mówił o Afrin i, kiedy był prezesem Middle East Broadcasting, prowadził wywiady o tamtejszym konflikcie.
Nie jest jasne, czy “New York Times” ma jakieś wskazówki do relacjonowania konfliktów, według których obie strony konfliktu mają mieć głos, szczególnie w sprawach sporu i czystki etnicznej. Zazwyczaj, kiedy jest to relacja o konflikcie izraelsko-palestyńskim lub Zachodnim Brzegu, ta gazeta oddaje głos Palestyńczykom, a nie tylko przedstawicielom Izraela. W sprawie Turcji i Afrin wygląda jednak na to, że Kurdom nie pozwala się na zabranie głosu. Mówi się tylko o nich negatywnie jako o “separatystach”, którymi nie są. Są miejscową ludnością Afrin.
Seth J. Frantzman – Publicysta “Jerusalem Post”. Zajmował się badaniami nad historią ziemi świętej, historią Beduinów i arabskich chrześcijan, historią Jerozolimy, prowadził również wykłady w zakresie kultury amerykańskiej. Urodzony w Stanach Zjednoczonych w rodzinie farmerskiej, studiował w USA i we Włoszech, zajmował się handlem nieruchomościami, doktoryzował się na Hebrew University w Jerozolimie.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com
East German Stasi and Polish secret service shared deep distrustJacek Lepiarz
East Germany’s secret service, the Stasi, was intelligence agency and secret police in one
Many Polish journalists describe the relationship between the People’s Republic of Poland and the German Democratic Republic until the fall of the Berlin Wall as a “forced friendship.” Even if the rulers of both countries celebrated their harmonious alliance in public, behind the scenes there was a profound distrust between Warsaw and East Berlin.
Many Poles considered their neighbors on the Western side of the Oder River as potentially dangerous “red Prussians,” while East Germans considered their Polish comrades as unreliable allies whose liberal reforms put the whole Communist bloc at risk.
For a long time, it was believed that the relationship between the countries’ secret services was an exception to this rule: The fact that both agencies shared a common enemy in the West meant they were supposed to cooperate closely.
According to new archive evidence, this was not the case: While the rivalry between the two countries was palpable on a political and social level, it was considerably more apparent in intelligence.
Demonstrators stormed the Stasi headquarters, home to a repressive and efficient secret police agency, in January 1990
In his book entitled “Von einer Freundschaft, die es nicht gab. Das Ministerium für Staatssicherheit der DDR und das polnische Innenministerium 1974-1990” in German (“About a friendship that didn’t exist: The State Security Ministry in the GDR and the Polish Interiror Ministry from 1974-1990”), the Polish political scientist Tytus Jaskulowski from the Polish Institute of National Remembrance (IPN) dispels some of the myths that continued to exist long after the collapse of communism.
“The GDR’s Stasiwas considered to be a powerful institution with tremendous intelligence and operative capacities, capable of infiltrating and influencing Polish life. The Polish Interior Ministry for its part was considered to be weak and no match for the Stasi [short for the East German state security ministry]. Despite this, the cooperation between the two institutions was thought to be comparably harmonious,” Jaskulowski told DW. “But new archive findings have dispelled the myth.”
The series of strikes that took place on Poland’s Baltic coast in the summer of 1980 and led to the emergence of the Solidarnosc (Solidarity) trade union marked a turning point in the relationship. The East Berlin leadership thought that the developments in Poland represented an existential threat to its existence and that of the whole Eastern Bloc.
Stasi head Erich Mielke and his entourage were stricken with panic by the attempts of Poland’s communist leadership to find a compromise with Solidarnosc. GDR politicians accused their Polish comrades of being weak and yielding to “anti-socialist enemies.”
Polish workers went on strike in 1980, which led to the formation of an independent union
Therefore, there was a great deal of relief in East Berlin when the Polish government introduced martial law on December 13, 1981. But the Stasi doubted that this would resolve the crisis. On December 14, Mielke issued a series of orders outlining steps to be taken against Poland. One order was given the codename “Besinnung” (“reflection”) and put Poland in the same category as West Germany and other Western countries: Poland was declared an “Operational Area” and thus an enemy.
The Stasi had already set up the Warsaw Operations Group (OGW) within the GDR’s embassy in the Polish capital. Its staff members were tasked not only with preventing GDR citizens from escaping to the West but also with spying on Poland.
After the strikes of 1981, East Germany tried to recruit more spies who could report on what was going on east of the Oder River, the border with Poland. After the fall of communism, it was estimated that the Stasi had at least 1,500 IMs (“Inoffizielle Mitarbeiter,” or unofficial informers) in Poland. Later, this number was revised to 200. Jaskulowski guesses there were about 100 sources but only a dozen GDR IMs were able to carry out complicated operations such as infiltrating Solidarnosc circles.
Jaskulowski pointed out that Mielke and his colleagues became increasingly arrogant with regard to building up contacts in Poland. They strengthened conservative forces in the apparatus of Poland’s ruling Communist Party and were very open about their misgivings about more liberal comrades.
Erich Mielke (center right, congratulating football champions in 1987) headed the Stasi for more than 30 years
The Polish side could do little to resist, considering they were often in a position of having to ask favors as a result of the deep economic crisis Poland found itself in. The Polish Interior Ministry asked its East German counterpart for support to develop its stock of batons, rubber truncheons and shields as well as shoes, socks and warm underwear. There was nothing in the shops at the time.
The Poles took their revenge for the humiliation that the Stasi had subjected them to after the transition to democracy in Poland. In the summer of 1989, East Germans crossing the border into Poland in order to reach the West German Embassy in Warsaw were allowed in by Polish border guards despite binding agreements with East Germany.
These East German refugees arrived in West German Helmstedt via Warsaw in October 1989
Warsaw did not react to the protests from East Berlin. In early 1990, when Mielke was behind bars awaiting trial, General Czeslaw Kiszczak, who was still interior minister, wrote a telegram congratulating his new GDR counterpart Peter-Michael Diestel, the head of the Stasi’s successor, the “Office for National Security.”
The Stasi, which had always been better equipped in terms of staff, logistics and funds than Poland’s secret service, had now lost “everything that could be lost,” explained Jaskulowski. “As opposed to their Polish colleagues, the Stasi people were incapable of understanding the world as it was because of their ideological narrow-mindedness.”
Though German-Polish relations flourished after 1991, the secret services of both countries continued to distrust each other. In 1993, a Polish officer was convicted of spying for Germany. German diplomats were reportedly expelled after allegations of spying.
In 2013, at the height of the spy row with the US, German Chancellor Angela Merkel declared that “spying on friends was not on at all.” Jaskulowski is more realistic: “Spying on friends was and is tolerated in politics. However, this tolerance has limits.”
This article has been translated from German.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com