Archive | 2020/03/09

Europie nie wolno paść ofiarą szantażu Erdoğana

Europie nie wolno paść ofiarą szantażu Erdoğana

Burak Bekdil


Na zdjęciu: Migranci na granicy Turcji z Grecją próbują obalić grecki płot graniczny i wkroczyć do Grecji w pobliżu Edirne w Turcji 4 marca 2020 roku. (Zdjęcie: Bulent Kilic/AFP via Getty Images)

Islamistyczny dyktator Turcji, prezydent Recep Tayyip Erdoğan, kilkakrotnie groził Europie “wysłaniem milionów uchodźców w waszą stronę”. Turcja widocznie chciałaby widzieć większy postęp w rozmowach o przyznanie jej pełnego członkostwa Unii Europejskiej. Obecnie negocjacje o członkostwo są w impasie. Erdoğan może także chcieć zachodniego poparcia – od UE, Stanów Zjednoczonych i całego NATO – do swojej wizji zainstalowania Turcji w północnozachodniej Syrii.

Ponieważ tureccy żołnierze zginęli niedawno w Syrii, w czym bezpośredni militarny udział mieli Rosjanie, prawdopodobnie można założyć, że poparciem, o jakie stara się Erdoğan, zarówno bezpośrednio, jak pośrednio, jest “poparcie natowskiego sojusznika przeciwko rosyjskiej agresji”. W dodatku Erdoğan z pewnością chciałby również, by Zachód przymykał oczy na całkowity brak demokracji w Turcji i pomógł jej zapewnić jeszcze większą dominację nad greckimi wyspami przybrzeżnymi, jak też poparł jego roszczenia do pól gazowych pod wschodnim Morzem Śródziemnym.

27 lutego turecki rząd w końcu nacisnął guzik, by spełnić groźbę: miliony (głównie syryjskich) migrantów w Turcji otrzymały swobodę w podróżowaniu do Europy; turecka granica została otwarta.

Dlaczego Erdoğan zdecydował się teraz do użycia “opcji nuklearnej” w głęboko problematycznych stosunkach jego kraju z Unią Europejską? Wydaje się, co może brzmieć dziwacznie, że Erdoğan postanowił ukarać UE, ponieważ jest zagniewany na … Rosję.

Kiedy 27 lutego siły syryjskie z pomocą rosyjskiego wsparcia lotniczego zabiły 34 tureckich żołnierzy w okręgu Idlib w północnozachodniej Syrii, wydarzenie spowodowało falę szoku w społeczeństwie tureckim, które już jest podzielone: z jednej strony jest zaciekle nacjonalistyczna retoryka, która popiera “bohaterską misję” tureckich żołnierzy w Syrii, a z drugiej, racjonalne kwestionowanie roztropności stawiania wyzwania Syrii i Rosji oraz Iranowi, w tym, co coraz bardziej wygląda na syryjskie grzęzawisko. Istnieje również niepokój, że publiczne poruszenie widokiem trumien owiniętych w flagę z półksiężycem i gwiazdami może jeszcze bardziej podważyć malejącą popularność Erdoğana.

Dla Turcji otwarta konfrontacja z Rosją nie jest opcją. W listopadzie 2015 roku, ostatni raz, kiedy Turcja próbowała ukarać Rosję, która nałożyła sankcje na tureckie przedsiębiorstwa po zestrzeleniu przez Turcję rosyjskiego samolotu, ruch ten rzucił Erdoğana na kolana: w rzadkim pokazie skruchy Erdoğan przeprosił rosyjskiego prezydenta, Władimira Putina za zestrzelenie rosyjskiego myśliwca odrzutowego Su-24 w syryjskiej przestrzeni powietrznej.

Po tym doszło do małżeństwa z rozsądku: wrogowie z czasów zimnej wojny stali się “strategicznymi partnerami” – tytuł ukoronowany umową o zakupie przez Turcję rosyjskiego systemu obrony ziemia-powietrze, S-400, kosztem więzi z NATO i zaopatrzenia obronnego Turcji wyłącznie przez jej natowskich sojuszników. Od czasu Su-24 Rosja pozostaje dla Erdoğana “nietykalna”.

Przyparty do muru przez zagniewane społeczeństwo po śmierci 34 żołnierzy, Erdoğan musiał znaleźć nie-rosyjskiego wroga, by odwrócić od siebie turecki gniew i skierować go na inny cel. Jaki cel może być lepszy niż UE, z którą większość Turków ma relacje miłości i nienawiści? Otwarcie granic Turcji i zalanie Europy migrantami, z pewnością ucieszy przeciętnego Turka, który nienawidzi życia z 3,6 milionami syryjskich uchodźców i – z powodu szowinistycznej tureckiej mentalność – kocha myśl o udzieleniu Europejczykom nauczki. Masy zawsze się cieszą, kiedy ich przywódcy uciekają się do wrogiej i protekcjonalnej retoryki wobec Europejczyków.

Powtarzając diagnozę psychologiczną Erdoğana: “gniew w Syrii, ale uderzenie w Europę”, rzecznik tureckiego ministerstwa spraw zagranicznych, Hamdi Aksoy, ostrzegł kraje Zachodu, włącznie z UE, że jeśli sytuacja w Idlib pogorszy się (innymi słowy: jeśli nie zrobicie niczego, by pomóc nam w Idlib), będziecie mieć jeszcze więcej uchodźców u waszych granic – fala uchodźców i migrantów będzie rosła. “Niektórzy starający się o azyl imigranci w naszym kraju, zaniepokojeni rozwojem sytuacji, zaczęli przesuwać się ku naszym zachodnim granicom – powiedział Askoy. – Jeśli sytuacja pogorszy się, ryzyko będzie narastało”.

Ömer Çelik, rzecznik rządzącej partii Erdogana, zgodził się: “Turcja nie jest dłużej w stanie zatrzymać uchodźców” – powiedział.

Dziesiątki tysięcy tych migrantów (nie tylko Syryjczyków) otrzymało darmowy przejazd autobusami ze Stambułu do lądowej granicy Turcji z Bułgarią i Grecją, około 250 kilometrów na zachód od miasta.

Turecki minister spraw wewnętrznych, Süleyman Soylu dołączył się do chóru 1 marca, mówiąc, że w ciągu trzech dni 100 tysięcy uchodźców już przekroczyło granicę do Europy, ale to oświadczenie wydaje się bardziej propagandą niż rzeczywistością. Cały wysiłek wyglądał bardziej na chwyt medialny niż na dobrze zaplanowaną kampanię wysłania setek tysięcy migrantów do Europy. (W 2015 roku, u szczytu kryzysu migracyjnego, przeciętnie 10 tysięcy ludzi dziennie lądowało w Grecji.)

Wkrótce po tym, jak Erdoğan ogłosił decyzję o otwarciu granic Turcji, Grecja zamknęła swoje granice lądowe i morskie z Turcją. Na przejściach granicznych setki migrantów w prawdziwie tragicznej sytuacji staje przed zasiekami z drutów kolczastych i granatami dymnymi. Część migrantów, którzy utknęli na ziemi niczyjej między Turcją a Grecją, próbowało uciec przed dymem z powrotem na stronę turecką, ale władze tureckie ich zawracały.

Grecja tymczasem powiedziała, że jej siły bezpieczeństwa zapobiegły wejściu na terytorium Grecji 7 tysięcy migrantów przez lądowe przejście graniczne. “Rząd grecki zrobi wszystko, co konieczne, by pilnować swojego terytorium i chronić granice Europy” – oznajmił rzecznik rządu, Stelios Petsas. Ateny zmobilizowały dodatkowych żołnierzy do pilnowania przejść granicznych. W weekend 28 lutego Grecja miała 52 okręty marynarki, które pilnowały wysp w pobliżu Turcji. Żołnierze strzelali gazem łzawiącym w kierunku migrantów; niektórzy z migrantów, starali się wedrzeć siłą do Grecji, rzucając w policję kamieniami i wymachując metalowymi prętami.

Lądowanie migrantów na greckich wyspach wydawało się spokojniejsze. Grecka policja powiedziała, że w ciągu kilku godzin co najmniej 500 ludzi przybyło morzem na Lesbos, Chios i Samos w pobliżu tureckiego wybrzeża. Na Lesbos miejscowa ludność nie dopuściła do brzegu łodzi pełnej migrantów.

Tymczasem Frontex, agencja ochrony granic UE, powiedziała, że jest w stanie wysokiego pogotowia i wyprawiła dodatkowe wsparcie do Grecji. “Podnieśliśmy poziom alarmu dla wszystkich granic z Turcją na wysoki – powiedziała rzeczniczka Frontex. – Otrzymaliśmy prośbę z Grecji o dodatkowe wsparcie. Już podjęliśmy kroki rozlokowania w Grecji dodatkowego wyposażenia technicznego i dodatkowego personelu”.

Niestety, Europa dla obrony swojej wolności i suwerenności, musi stawić opór. Musi odmówić zaakceptowania zakładników Erdoğana. Zabezpieczenie morskich granic na Morzu Egejskim jest często trudnym i kosztownym zadaniem, ale nie jest to militarnie niemożliwe. Jeśli pierwsze grupy mini-exodusu z Turcji spotkają się z poważną blokadą, potencjalni migranci mogą zostać odstraszeni od przedsiębrania tak niebezpiecznej podróży.

To, co Grecja może osiągnąć bez pomocy z UE, jest ograniczone: Grecja ma 1% populacji UE, ale ma 11% wszystkich podań o azyl. Duże kraje UE powinny działać szybko, by pomóc Grecji i Bułgarii w zabezpieczeniu granic z Turcją – przez sfinansowanie programów zabezpieczania granic, wysłanie dodatkowego personelu i wyposażenia i przez transfer technologii i ekwipunku, by granica między Turcją a Europą była bezpieczniejsza.


Burak Bekdil: Wieloletni publicysta wychodzącej w języku angielskim gazety tureckiej “Hurriyet Daily News”. W 2017r. został zwolniony za publikowanie artykułów na Zachodzie, następnie w obawie przed aresztowaniem wyemigrował z Turcji. Obecnie mieszka w Grecji.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


ZAGRAĆ MARCOWEGO ŻYDA

ZAGRAĆ MARCOWEGO ŻYDA

PIOTR MORAWSKI


fot. Maciek Jaźwiecki

W spektaklu „Dawid jedzie do Izraela” Piaskowski z Sulimą nie robią niczego nowego, nawet ostentacja w ujawnianiu oczywistych klisz staje się już kliszą, a aktor pytający, jak zagrać Żyda, staje się coraz bardziej irytujący

Kiedy tak siedzą na wersalce i rozmawiają o wyjeździe, a babcia – jak się okazuje – wygrała właśnie dwa bilety na wycieczkę do Izraela, przypomniał mi się „Krum” Warlikowskiego. Podobny minorowy klimat rozmowy, nieco podobnie skomponowana scena. Tam jest życiowa klęska i powrót z zagranicy do Izraela, tu wyjazd z Polski; czas też być może podobny, zważywszy, że dramat Levina napisany został w 1975 roku… Scena z „Dawid jedzie do Izraela” Jędrzeja Piaskowskiego przywołała scenę z „Kruma”. Może bezzasadnie. „Krum” to jednak w jakimś sensie „Dawid…” à rebours. U Levina to Izrael jest krajem, z którego się wyjeżdża. W poszukiwaniu lepszego życia, co się akurat Krumowi nie udało – „W walizce mam tylko brudną bieliznę i kosmetyki”, mówi matce po powrocie. To wyjazdy zwyczajne, emigracja zarobkowa; nie towarzyszy im żadna trauma, zostają być może tylko życiowe rozczarowania. Dawid Piaskowskiego wyjeżdża do Izraela, bo akurat przyszedł Marzec 1968. Musi wyjechać do Izraela, ale nawet nie dlatego, że ktoś mu każe, czy że coś mu grozi. Raczej dlatego, że taki jest marcowy skrypt, scenariusz wdrukowany w obchody pięćdziesięciolecia Marca 1968.

„Dawid jedzie do Izraela”, reż. Jędrzej Piaskowski. TR Warszawa, Muzeum POLIN, premiera 8 września 2018″

Spektakl Piaskowskiego jest bowiem koprodukcją TR Warszawa i POLIN Muzeum Historii Żydów Polskich; powstał w wyniku konkursu rozpisanego przez obie instytucje. Grany jest w audytorium muzeum, gdzie piętro niżej trwa wystawa „Obcy w domu. Wokół Marca ’68”. I to od wizyty aktorów TR Warszawa na tej wystawie zaczyna się spektakl: oto teatr spotyka muzeum. Jan Dravnel, Rafał Maćkowiak i Sebastian Pawlak jako delegacja aktorów przechadzają się po scenie – „Dziady” Dejmka, wojna sześciodniowa, w której nasi Żydzi pokonali ruskich Arabów, Gomułka przemawiający z telewizora. W składającej się z meblościanki i najprostszych mebli scenografii Kornelii Dzikowskiej odnajdują wątki z wystawy. W muzeum wszystko jest prawdziwe – to być może przy tym stole siedzieli tuż przed wyjazdem, pili ostatnią herbatę. Obecność rzeczy jest substancjalna, nie jak w teatrze, gdzie wszystko wykonane jest z butaforki. Być może dlatego właśnie wkładając prawdziwą spódnicę prawdziwej marcowej Żydówki, Pawlak staje się nagle Haliną Rosenberg; Maćkowiak – jej mężem, Ludwikiem, a Dravnel – najprawdopodobniej jako swój obcy z racji posiadanego litewskiego paszportu – najpierw Wojtkiem, a tak naprawdę Dawidem, którym musi wyjechać, bo jest 1968.

To, co następuje potem, jest realizacją scenariusza, nie tego napisanego przez Huberta Sulimę, autora tekstu, lecz tego wynikającego z odtwarzania klisz i marcowych performansów, nieraz doprowadzanych do absurdu. Okazuje się mianowicie, że Dawid – czy też Wojtek – został rodzinie dany na wychowanie w czasie wojny, a wraz z nim przekazany został tajemniczy tobołek zawierający brodę i chałat, w który natychmiast chłopak zostaje przyodziany. Ma dziwnie się poruszać i dziwnie mówić. W dodatku od tej chwili ma zespół Downa. Na dobranoc zaś ojciec mu śpiewa kołysankę, w której „idzie pogrom ciemną nocą…”. I oczywiście musi wyjechać.

Wtedy lądują na tej wersalce. Odwiedza ich matka Ludwika, to Matka Boska (Natalia Kalita) dotąd opowiadająca zza chmurki tę historię. Ma akurat dwa bilety, które wygrała w Orbisie, więc chętnie zabierze Dawida do kraju przodków; również swoich, bo oprócz tego, że jest Żydówką jako Matka Boska, to jeszcze ujawnia, że dziadek Ludwika również był Żydem. Jedyną nie-Żydówką pozostaje zatem Halina, która jednak i tak solidarnie dziedziczy wszystkie żydowskie traumy. „Jak zagrać marcowego Żyda?” – nieustannie zastanawia się Dravnel, podkreślając, że cały spektakl polega na wielopiętrowym performowaniu tożsamości, realizowaniu skryptów i powtarzaniu zachowań, których sensu nie da się zrozumieć.

„Jak zagrać marcowego Żyda?” – nieustannie zastanawia się Dravnel, podkreślając, że cały spektakl polega na realizowaniu skryptów i powtarzaniu zachowań, których sensu nie da się zrozumieć

Piaskowski z Sulimą dokonują przeglądu performansów tożsamościowych związanych nie tylko i nie przede wszystkim z Marcem, lecz z Żydami w kulturze polskiej w ogóle. Stąd też pewnie wątek Kazimierza Wielkiego. Przyjaciela Żydów, lecz także i przede wszystkim postaci z reżimowej produkcji „Korona królów”. Natalia Kalita tym razem nie w kostiumie Matki Boskiej, lecz w kołdrach i kocach, jakby z fejsbukowej akcji „Cała Polska zbiera firanki i koce na kostiumy dla Korony królów”. To Aldona Giedyminówna, późniejsza żona Kazimierza, Anna. Mówi o kiszonkach, w których rozkochany był jej mąż. Jeśli to performans, to raczej branżowy niż tożsamościowy i nie tyle dotyczący Żydów, ile serialu TVP, w którym Dravnel zagrał w kilku odcinkach epizod i był konsultantem językowym. Ciąg skojarzeń był taki, a Żydzi pojawili się tu nieco przypadkiem. Jak to w performansach, które wymykają się zasadzie logicznych konsekwencji.

Antysemityzm – bez niego też nie mogło się obejść. Halina ma już dość. Zresztą jako jedyna Polka w tym gronie, to ona musi być antysemitką. Sytuację ratuje Matka Boska z Żabki – ona dokonuje cudu, od tego czasu ma już nie być w Polsce antysemityzmu. Cud ten jednak – cud miłości (Kalita na swym błękitnym kostiumie wyhaftowane wielkie serce z napisem „Ich liebie dich”) nie jest jednak wyleczeniem z antysemityzmu; to cud zapomnienia, w wyniku którego wymazane zostają przeszłe wydarzenia i tożsamości – nikt nie odróżni już Polaka od Żyda, więc nie ma Polaków i Żydów. A marzec? Może się kojarzyć na przykład z biedronką. W głowie Haliny pozostaje niejasne wspomnienie, jakiś niepokój związany z marcem, jakby z czymś się kojarzył, lecz nie wiadomo z czym.  „Rumpie mnie ten marzec”, powtarza, starając się coś sobie przypomnieć. Lecz nie ma już nic. Wystąpienie Gomułki wciąż leci z nagrania, lecz nikt nie wie kto to – wygląda, jakby śpiewał. Nie ma więc marca, bo nie ma pamięci. Wszystko zostało zapomniane – taka fantazja.

Piaskowski ostentacyjnie odsłania klisze, konsekwentnie robi teatr oczywistych performansów, czasem doprowadzając je do absurdu. Lecz z tego przeglądu niewiele wynika

Na spektakl Piaskowskiego trzeba patrzeć z perspektywy innych marcowych spektakli – „Kilka obcych słów po polsku” Michała Buszewicza i Anny Smolar, gdzie dokonywany jest pewien re-enactment świata tych, którzy wyjechali; „Sprawiedliwość” Michała Zadary, który złożył (tak przynajmniej deklarował) doniesienie do prokuratury o możliwości popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości; „Zapiski z wygnania”, w którym przejmująco gra Krystyna Janda. Żadnemu chyba nie udało się uniknąć pewnego rysu rocznicowej akademii. Twórcy – może poza Jandą – starali się wyjść z utartych narracji o Marcu, problematyzować własną pozycję i język, którym mówią.

Strategie były różne. Piaskowski ostentacyjnie odsłania klisze, konsekwentnie robi teatr oczywistych performansów, czasem doprowadzając je do absurdu. Lecz z tego przeglądu niewiele wynika. Cud, jakiego dokonuje Matka Boska jest kolejnym performansem, który uruchamia kolejną fantazję. W tym sensie Piaskowski z Sulimą nie robią niczego nowego; nawet ostentacja w ujawnianiu oczywistych klisz staje się już kliszą, a aktor pytający, jak zagrać Żyda, staje się coraz bardziej irytujący. Być może to, co w strategii Piaskowskiego najciekawsze, to próba squeerowania tej rzeczywistości.

Kuszące jest jednak wyjście z polskocentrycznego świata. Zobaczenie Marca w szerszej perspektywie. I może „Krum” nie byłby tu tak bardzo od rzeczy.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Marzec 1968 [ 2. archiwa webmastera ] Marzec i Polacy

Marzec i Polacy

ANDRZEJ SZCZYPIORSKI ( SWIATECZNA PUBLICYSTYKA )


GW/74 1998/03/28-1998/03/29, str. 10, wyd. BIB

Przez lata powtarzalem sobie, ze w 1968 roku to nie Polska polskich Zydow wygnala, tylko Moczar i jego poplecznicy, gomulkowska dyktatura.

Dzisiaj mam inny poglad.

Nie mozna udawac, ze spoleczenstwo nie mialo wtedy nic do powiedzenia, skoro tak wielu bratalo sie nawet z bezpieka, byle tylko ulzyc swym resentymentom i fobiom – pisze ANDRZEJ SZCZYPIORSKI.

(I)
Dobrze zapamietalem marzec 1968 roku i jego nastepstwa. Nie tylko dlatego, ze stanowil decydujaca cezure w mojej politycznej edukacji i po latach glupiego zachwytu, jaki zywilem dla osoby Gomulki oraz przemian pazdziernikowych – uczynil ze mnie

dysydenta.

Nade wszystko dlatego, ze dopiero wtedy zrozumialem, na czym w Polsce polega radykalnie prawicowe myslenie i dzialanie w zyciu publicznym.

Sznyt, frazeologie i falszywy patos naszych nacjonalistow znalem do tamtych czasow tylko ze slyszenia, bo moja pamiec przedwojennego chlopca nie zachowala politycznych wspomnien.

W marcu 1968 r. nie moglem tez przypuscic, ze ta nowa wiedza o radykalnej prawicy okaze sie tak na czasie po 30 latach.

Widac z tego, ze zycie zawsze kryje w sobie zdumiewajace zagadki.

Dzis bowiem znowu slychac tu i owdzie belkot marcowy, a dudnienie podkutych butow wygolonych palkarzy, ktorzy sie wlocza czasem po ulicach naszych miast, do zludzenia przypomina tamte zlowieszcze kroki “oburzonej klasy robotniczej”, ktora szla sie rozprawiac ze studentami, a takze z kazdym myslacym czlowiekiem, ktory sie jej
nawinal pod pale.

(II)
Przez wiele lat sadzilem, ze Marzec przygotowali I kunsztownie przeprowadzili moczarowcy z bezpieki oraz zwiazane z nimi srodowiska partyjne.

Byl to poglad wygodny, wskazywal winnych i rozgrzeszal niewinnych, co zawsze ma wplyw blogoslawiony na nasz spokoj ducha.

Jednakze, po namysle, ktory trwal dosc dlugo, bo lata cale, doszedlem do przykrego wniosku, ze bylem zbyt prostoduszny.

Czyniac generala Moczara jedynym odpowiedzialnym za cala te hanbe, ktora do dzis ciazy na imieniu Polski, okazywalem dwuznaczna tolerancje innym uczestnikom wydarzen.

Budowalem misterna konstrukcje usprawiedliwien, powtarzajac sobie jak zaklecie, ze to nie Polska polskich Zydow wtedy wygnala, ale Moczar i jego poplecznicy, gomulkowska dyktatura komunistyczna.

Dzisiaj mam troche inny poglad.

Nie da sie ukryc, ze sprawia on bol.

(III)
Powojenna historia Polski wcale nie byla jednolita, jak to nam wmawiaja niektorzy rzecznicy dekomunizacji, ktorym tego rodzaju uproszczenia pozwalaja latwiej obejsc sie z cala przeszloscia.

Takze wlasna.

Polska powojenna miala rozmaite rozdzialy historii.

W tamtym panstwie dochodzily do glosu zarowno doktrynalne, jak I pragmatyczne postawy polityczne, a metody rzadzenia bywaly rozne.

Tylko osoby naiwne lub obludne sadzic moga, ze Polska w roku 1945 byla taka jak w roku 1955, a w roku 1968 taka jak 20 lat pozniej.

Oczywiscie w calym okresie powojennym, az do roku 1989, panstwo polskie bylo niesuwerenne.

Wszystkie rzady dyktatury komunistycznej, bez wzgledu na ich frazeologie i metody dzialania, podlegaly moskiewskiej kurateli.

Lecz los narodu inny byl w czasach Bieruta, Gomulki, pod rzadami Gierka czy Jaruzelskiego.

Inny byl takze w roznych okresach powojennej historii rodzaj zaleznosci od moskiewskiej centrali, metody walki z opozycja, stopien swobod obywatelskich, znaczenie opinii publicznej, rola Kosciola.

Mysle, ze duzo juz o tamtych czasach napisano, a historycy dokonali wielkiej pracy badawczej, lecz wciaz jeszcze nie mamy pelnej i rzetelnej analizy dlugiego przeciez okresu dziejow narodowych, kiedy Polacy rozwijali sie w ciezkich, niekiedy morderczych warunkach dyktatury komunistycznej, ale przeciez jednak sie rozwijali, jednak sie zmieniali, stawali sie coraz bardziej samodzielni, krytyczni, zdecydowani, aby na koniec tamten system nie tylko mozolnie oslabiac i zmieniac, ale go raz na zawsze obalic.

I to jest takze wazna przeslanka mojej oceny wydarzen marcowych.

Uwazam, ze za rok 1968 nie tylko partia jest odpowiedzialna. Nic nie usprawiedliwia wybuchu antysemickiej fobii, bez ktorej Moczar nie moglby prowadzic gry o wladze.

Przypisanie odpowiedzialnosci tylko pewnej grupie w PZPR, co sam czynilem przez dlugi czas, jest proba nieuczciwa, bo pozwala udawac, iz spoleczenstwo nie mialo wtedy nic do powiedzenia.

W perspektywie historycznej na pewno mozemy sie uwolnic od odpowiedzialnosci za to, co sie w kraju dzialo bezposrednio po wojnie.

Wtedy spoleczenstwo rzeczywiscie nie mialo wplywu na bieg wypadkow i nie ono podejmowalo decyzje o losach Polski. Kraj w pierwszym dziesiecioleciu powojennym byl w strasznej opresji, a ludzie, ktorzy wowczas decydowali, tylko w niewielkim stopniu czuli sie z Polska zwiazani, byli bowiem funkcjonariuszami miedzynarodowego
komunizmu i marionetkami Stalina.

Ale po roku 1956 sytuacja zmienila sie ogromnie. Nie bylo juz na czele polskiej armii i polskiej bezpieki sowieckich oficerow, nie bylo sowieckich doradcow w ministerstwach i instytucjach centralnych, nie bylo na co dzien sowieckiego dyktatu w polityce,
gospodarce i kulturze.

Wtedy w Polsce juz Polacy rzadzili, a ludzie skupieni wokol Gomulki, nade wszystko zas on sam, mieli prawo sadzic, ze ich wladza zostala przez wiekszosc spoleczenstwa uznana i zaakceptowana.

Przeciez malo kto w calej naszej historii mogl sie powolywac na tak mocne poparcie narodu jak Gomulka w ciagu kilku lat swych rzadow po przelomie pazdziernikowym.

W tym wiec sensie Marzec ’68 to byla juz calkiem inna epoka.

Polacy czuli sie w znacznym stopniu panami we wlasnym kraju, wbrew temu, co sie dzisiaj tu i owdzie opowiada.

Partia skladala sie wtedy w ogromnej wiekszosci z ludzi, ktorzy dopiero po wojnie do niej przyszli.

Przychodzili zatem do partii sprawujacej wladze.

Dawala ona swoim ludziom znaczne profity, nie tylko udzial w rzadzeniu, takze wieksze mozliwosci zawodowe oraz dostep do rozmaitych przywilejow.

To sporo wyjasnia, jesli idzie o rewolte dolow PZPR wobec owczesnej gory partyjnej, obarczonej rzekomym syjonizmem, pozwala takze zrozumiec zacieklosc antysemicka czesci aktywu, bo ona byla motywowana apetytem na stanowiska czy mieszkania, ktore odbierano wypedzonym Zydom.

Ale zaden aktyw, zaden aparat, zaden Moczar nie byliby tego w stanie przeprowadzic bez przyzwolenia pewnej czesci spoleczenstwa, bez wspoludzialu ludzi, ktorzy w nagonce uczestniczyli, choc sami z niej zadnych profitow nie wyniesli, a nawet przeciwnie, bo przeciez Marzec wzmacnial totalitarne skrzydlo wladzy komunistycznej, co juz wtedy widac bylo golym okiem.

A jednak znalazlo sie wielu ludzi, ktorzy wtedy przylaczyli sie do Moczara i jego dzikiej nagonki, nie tylko przeciw Polakom pochodzenia zydowskiego wymierzonej, lecz przeciw calej warstwie oswieconej naszego spoleczenstwa.

Rok 1968 dlatego stal sie rokiem hanby, ze tylko niewielu ratowalo wtedy godnosc kraju, a wielu te godnosc deptalo.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com