Mieliśmy broń jądrową w czasach PRL? To sugeruje TVP

Mieliśmy broń jądrową w czasach PRL? To sugeruje TVP

MICHAŁ FISZER


FEMA News Photo / Wikipedia

Niedawno miał premierę film dokumentalny „Broń atomowa w PRL” z cyklu „Tajemnice Układu Warszawskiego” realizowanego przez TVP Opole. Mimo że jest ciekawy i nawet w nim wystąpiłem, to nie do końca zgadzam się z jego wymową.

Zwykliśmy traktować okres PRL jako jednorodny i dzielić go co najwyżej na etap „do 1956 r.” i „po 1956”. W dziedzinie militarnej tak jednak nie było. W samym Związku Radzieckim taktyka prowadzenia wojny istotnie się zmieniała; podobnie działo się na Zachodzie. W latach 50. i pierwszej połowie lat 60. w USA i NATO obowiązywała doktryna „zmasowanego odwetu”, w 1964 r. (USA) i 1967 (NATO) zastąpiona doktryną „elastycznego reagowania”. Ani ZSRR, ani Układ Warszawski nie publikowały dokumentów doktrynalnych czy strategicznych. Historycy ustalają dziś prawdę na podstawie szczątkowych informacji, czasem myląc przygotowania do ćwiczeń z faktycznymi planami wojennymi. Te pierwsze są z reguły łatwiej dostępne i występują dużo obficiej. Zakłada się, rzecz jasna, że wojsko ćwiczy to, co planuje wykonać. Ale nie zawsze. Sprawdza się bowiem różne scenariusze i koncepcje. Bada warianty alternatywne, bo mogą się okazać lepsze.

Z moich obserwacji z czasów służby w schyłkowym PRL (1981–89, od 1985 r. jako oficer), studiowania literatury rosyjskojęzycznej i prac rodzimych historyków wynika, że koncepcja użycia broni jądrowej w Układzie Warszawskim też bardzo się zmieniała.

Odpowiedź na zmasowany odwet

Bo też na Zachodzie obawiano się nie tyle radzieckiej broni jądrowej – państwa NATO miały sporo własnych atomówek – ile radzieckiej potęgi konwencjonalnej. Trudno było się jej przeciwstawić. Masy czołgów, transporterów opancerzonych z piechotą, wspartych potężną artylerią – mogły zalać Europę Zachodnią. Tak jak Niemcy nie mieli szans powstrzymać Armii Czerwonej w 1945 r., tak też nie mieli szans zatrzymać Armii Radzieckiej w 1960.

Jak powstrzymać marsz armady, tysiące czołgów radzieckich, polskich, czechosłowackich, enerdowskich? Z pomocą bomby atomowej? W sytuacji gdy wrogie siły znalazłyby się na naszym terytorium, przemieszczając się w miejscach położenia głównych węzłów komunikacyjnych? Nie do przyjęcia. Wymyślono więc inny sposób: jeśli wojska ZSRR dostałyby się do Europy Zachodniej, skierowalibyśmy w odwecie serię uderzeń jądrowych na jego duże miasta. W myśl zasady: zdobędziecie Hanower? To nie macie Mińska! Wkroczycie do Hamburga? Pożegnajcie się z Leningradem! Oczywiście należało tę doktrynę nagłośnić, żeby nieprzyjaciel wiedział, co się stanie, i nawet nie próbował się wychylać.

Skutek był co prawda niespodziewany. Sprytna radziecka propaganda pomijała owo „jeśli” i cytowała oświadczenia o zamiarze zniszczenia radzieckich, polskich czy czechosłowackich miast. Bronią jądrową, rzecz jasna. Wycięte z kontekstu fragmenty pokazywano w telewizji i puszczano w radiu.

Atomowy szał wśród Sowietów

Do 1954 r. ZSRR wciąż nie wiedział, jak sobie poradzić na atomowym polu walki. Cywilni aparatczycy partyjni przebąkiwali wręcz o rezygnacji z dalszej ekspansji terytorialnej. Nie mogli się z tym pogodzić wojskowi, zwłaszcza marszałek ZSRR Grigorij Żukow. We wrześniu 1954 r. zorganizował ćwiczenia na poligonie Tockoje pod Buzułukiem w południowo-wschodniej stronie europejskiej części Rosji.

40 tys. żołnierzy przepuszczono przez epicentrum wybuchu niespełna godzinę po zdetonowaniu bomby dwa razy silniejszej od tej zrzuconej na Hiroszimę. Eksperyment się powiódł. Wojskowi triumfowali – na atomowym polu walki da się prowadzić zwyczajne działania pancerno-zmechanizowane. Do końca lat 60. ZSRR planował więc poprzedzić wtargnięcie do Europy Zachodniej uderzeniami jądrowymi na wojska, bazy sił strategicznych, system dowodzenia, lotniska, stolice i większe miasta. Chodziło też o to, żeby Amerykanie nie zdecydowali się na odwet w obawie, że ich także może spotkać nuklearna zagłada.

Zapanował więc atomowy szał. Do procederu – jako wspólników zbrodni – Sowieci chcieli wciągnąć Polskę i Czechosłowację. Oba kraje nakłoniono do zakupu „nosicieli”, a kluczową rolę odegrały rakiety „ziemia-ziemia”.

Polska i Czechosłowacja otrzymały dwa rodzaje takich rakiet. Pierwsze, tzw. operacyjno-taktyczne, miały paraliżować przeciwnika przed zadaniem mu głównego ciosu na ziemi. Celami ataku były stanowiska dowodzenia NATO, czyli miejsca dyslokacji dowództw grup armii, korpusów, dywizji, centrum operacji powietrznych, sztaby sił morskich, węzły łączności itp. W następnej kolejności – bazy lotnicze, główne składy amunicji itd.

W Polsce utworzono w tym celu cztery brygady. W 1961 r. powstała 32. Łużycka Brygada Artylerii w Orzyszu, czyli JW-2225. Jej prawdziwa, lecz tajna nazwa brzmiała: 32. Armijna Brygada Rakiet Operacyjno-Taktycznych (ABROT). Służyła Warszawskiemu Okręgowi Wojskowemu (4. Armia) i była zarazem jednostką szkolną. Rok później sformowano kolejne: 18. ABROT w Bolesławcu i 2. ABROT w Choszcznie, pierwsza dla 2. Armii Pancernej (Śląski Okręg Wojskowy), druga dla 1. Armii (Pomorski OW). Razem miały tworzyć tzw. Front Nadmorski.

  1. Armia miała się kierować na Szlezwik Holsztyn i Danię,
  2. – przez północne Niemcy na Holandię, wspierana przez
  3. Armię Lotniczą. Następnie
  4. Armia przejęłaby teren i zabezpieczyła szlaki komunikacyjne, a w razie czego wystawiła odwód dla pozostałych armii lądowych.

Na potrzeby dowództwa Frontu Nadmorskiego powstała też 3. Frontowa Brygada Rakiet Operacyjno-Taktycznych w Biedrusku pod Poznaniem. Miała identyczne uzbrojenie, czyli osiem wyrzutni rakiet operacyjno-taktycznych, po cztery w dwóch dywizjonach. Początkowo były to kompleksy rakietowe 9K51 z rakietami R-11 (8K11) o zasięgu 175 km z wyrzutniami na podwoziu gąsienicowym. Już na przełomie lat 60. i 70. wymieniono je na 9K72 Elbrus z rakietami R-17 (8K14) na podwoziu kołowym (wielkie, czteroosiowe wozy MAZ-543). Utrzymały się w uzbrojeniu aż do rozpadu Układu Warszawskiego. Wycofano je w 1990 r., gdy nie były już potrzebne.

Kiedy zacząłem służbę, w brygadach głównym typem ładunku bojowego dla rakiet R-17 (nazywanych w wojsku R-300 od maksymalnego zasięgu) był 9N33 z ładunkiem jądrowym RA-17 o mocy 300 kT. To 15 Hiroszim – potężny wybuch, potworna siła rażenia. Dlatego były do dyspozycji także mniejsze głowice 9N33-1 z ładunkiem RA-104 (moc 20 kT, tyle co Hiroszima) lub RA-104-1 (moc 200 kT lub, według innych źródeł, regulowana od 50 do 200 kT).

Mniejszy ładunek był potrzebny, bo powodował mniej szkód. Skutki wielkiego wybuchu to skażone połacie ziemi, pożary, zgliszcza, małe powodzie. Czyli teren niezwykle trudny do przebycia. Ograniczano więc moc ładunków do absolutnie niezbędnych, by wojska mogły swobodnie nacierać. Wiktor Korczyński, mój kolega, pilot Su-7 i Su-22, czasem żartował, że jest z zawodu „architektem krajobrazu”. Po zrzucie bomby krajobraz ulega bowiem całkowitej zmianie. Znikają lasy i miasta, odparowują rzeki i jeziora, a z gruzów tworzą się nowe pagórki. Stalowe mosty zamieniają się zaś w „rzeźby”.

Bombowi architekci krajobrazu

Drugi rodzaj rakiet „ziemia-ziemia” to tzw. rakiety taktyczne. Służyły do torowania drogi dywizjom zmechanizowanym i pancernym. Chodziło o to, by w przypadku natrafienia na silny opór wroga wybić w jego ugrupowaniu dziurę nagłym uderzeniem jądrowym.

Stosowano w tym celu systemy typu Łuna, a później Łuna-M. Te ostatnie, kompleks 9K52, używały rakiet o zasięgu 65 km. Podstawowym typem głowicy była zaś 9N32 z ładunkiem AA-22 o mocy regulowanej od 3 do 20 kT – do torowania drogi. Ładunek musiał być jak najsłabszy – tak by powalić wroga, ale nie zamienić terenu w nieprzekraczalne zgliszcza. Była też głowica 9M38 z ładunkiem AA-38 o mocy od 50 do 100 kT – do powstrzymania kontrataku ze skrzydła. Skutecznie eliminowała ryzyko kontrataku. Dywizjony te także przetrwały do końca UW i zostały rozwiązane na początku lat 90.

Uzupełnieniem uderzeń rakietowych były uderzenia lotnicze. Lotnicy mieli zrzucać bomby na cele, które pojawiły się niespodziewanie, zwłaszcza na zgrupowania wojsk albo na polowe stanowiska dowodzenia. Najważniejszym zadaniem samolotów było jednak niszczenie wrogich środków przenoszenia broni jądrowej, przede wszystkim wyrzutni rakiet operacyjno-taktycznych i taktycznych.

Nie było planu ataku na Kopenhagę

Znamy teorię, więc obalmy mit powtórzony w filmie TVP Opole: nigdy nie było mowy o nuklearnym ataku na Kopenhagę. Celem były wojska i systemy dowodzenia. Ewentualnie lotniska, których nie zniszczyły rakiety, ale nigdy miasta. Bo i po co?

W latach 1966–72 w naddźwiękowe samoloty Su-7, nosicieli broni jądrowej, uzbrojono 3. Pomorski Pułk Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w Bydgoszczy. Był on główną jądrową siłą uderzeniową wojsk lotniczych. W latach 1974–75 doszła druga jednostka: 7. Brygada Bombowo-Rozpoznawcza z Powidza, wyposażona w nowsze Su-20. Nazwa „brygada” nieco myli, był to bowiem zwykły pułk, trochę mniejszy od tego w Bydgoszczy, z dwoma eskadrami zamiast trzech.

Pilotów obu jednostek szkolono do zrzucania bomb dwojakiego rodzaju: RN-28 o masie 300 kg o mocy regulowanej od 1 do 10 kT i RN-40 o masie 370 kg o mocy regulowanej od 5 do 30 kT. Miała dotrzeć do jednostki na pokładzie samolotu An-26 najprawdopodobniej ze składu w Sypniewie, bo obok niego, w nieodległych Nadarzycach, utrzymywano asfaltowy pas startowy tuż przy poligonie, na rozległym terenie zamkniętym dla cywilów.

Łabędzi śpiew broni jądrowej

Wprowadzona w 1967 r. doktryna „elastycznego reagowania” zakładała prowadzenie działań wojennych tak, jak prowadzi ją przeciwnik: jeśli wróg używa broni konwencjonalnej, to my także. Najważniejsza była zatem precyzja, stąd gwałtowny rozkwit uzbrojenia kierowanego.

Układ Warszawski podjął wówczas decyzję, że będzie działał w sposób konwencjonalny tak długo, jak się da. Kładziono nacisk na szybkość i siłę uderzenia. Ale nie było złudzeń: gdyby NATO zaczęło przegrywać, leciałyby i bomby atomowe. Wspomniane brygady, dywizjony rakietowe oraz pułki lotnicze trzymano zatem w pełnej gotowości.

Taka sytuacja trwała mniej więcej do lat 1980–82. Sowieci planowali co prawda uderzenia jądrowe, ale już bez naszego udziału. Z końcem lat 70. zaprzestali szkolić polski personel. Nie przekazywali nam już nowych informacji na temat broni jądrowej. Nie protestowali też, gdy w 1982 r. podporządkowaliśmy samodzielne dotąd pułki „nosicieli” zwykłym dywizjom myśliwsko-bombowym.

Kiedy w 1987 r. zacząłem szkolenie na Su-22, nie prowadzono już nauki zrzutu bomby atomowej. Jeszcze w 1988 r. wykonywaliśmy manewr na sucho, bez bomby szkolnej czy jej imitatora. Przez jakiś czas zrzucano bomby napełnione fosforem i napalmem, co dawało hollywoodzki efekt kolorowego grzyba bez wybuchu jądrowego. W latach 80. nie było już nawet tego. Do Polski sprowadzono 110 Su-22, znacznie więcej niż Su-7 (36) i Su-20 (24), ale nikt ich już nie traktował jako nosicieli.

Z banalnej przyczyny. Po festiwalu „Solidarności” PRL nie była traktowana jako pewny sojusznik. Na papierze mieliśmy używać broni jądrowej, jeśli użyje jej Armia Radziecka. W praktyce – nie byliśmy na to przygotowani. A w kwietniu 1986 r., po Czarnobylu, Rosjanie w ogóle stracili wiarę w skuteczność broni jądrowej. Sami zaprzestali poważniejszych szkoleń. Były więc plany i papiery, ale nie było już ani woli, ani umiejętności.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com