Tag Archive | Najwiekszy blog emigracji marca’68

Historia społeczności Żydow w Otwocku


Title of photo: Otwock. Rodzina Meinemerów (ok. 1920)


Historia społeczności Żydow w Otwocku

Title of photo: Otwock. Rodzina Meinemerów (ok. 1920)

GALERIA

Pierwsi Żydzi zaczęli osiedlać się w Otwocku pod koniec XIX wieku. W owym czasie Otwock rozwijał się już jako uzdrowisko i ośrodek wypoczynkowy dla mieszkańców pobliskiej Warszawy. Umozliwiło to otwarcie w 1877 r. linii kolejowej łączącej Warszawę, przez Lublin i Chełm, z Kowlem, która przecinała pas sosnowych lasów ciągnących się wzdłuż prawego brzegu Wisły. Nota bene, koncesję na budowę Drogi Żelaznej Nadwiślańskiej uzyskał w 1874 r. Leopold Kronenberg, przedsiębiorca i bankier pochodzenia żydowskiego.  Piaszczyste tereny, porośnięte sosnowymi lasami, z aromatycznym i suchym powietrzem, położone wzdłuż szlaku kolejowego w bliskiej odległości od Warszawy, nadawały się idealnie do wypoczynku dla warszawiaków. W krótkim czasie pojawił się tam łańcuch letnisk. Dotarcie do nich ułatwiała kolejka wąskotorowa Jabłonna – Karczew, biegnąca blisko brzegu Wisły. Uzdrowisko stało się również bardzo popularne wśród warszawskich Żydów.

W 1880 r.  Michał Elwiro Andriolli (1836–1893), wybitny rysownik, malarz i ilustrator, autor m. in. ilustracji do Pana Tadeusza oraz Meira Ezofowicza, nabył część folwarku Anielin, należącego do dóbr Otwock Wielki. Posiadłość nazwał Brzegami i postanowił założyć w niej dochodowe letnisko dla mieszkańców stolicy. W 1885 r. przeniósł do Brzegów cztery drewniane, bogato zdobione pawilony z wystawy przemysłowo-rolniczej w Warszawie. Kolejne projektowane przez niego letniska zachwycały bogactwem brył i dekoracji wycinanych w drewnie. Tak narodził się styl znany potocznie jako „świdermajer”. Do śmierci Andriollego powstało tu 14 domów letniskowych, a kolonia dostała nazwę Świder (dziś dzielnica Otwocka).

Ze względu na to, że nie wprowadzono w mieście żadnych ograniczeń w nabywaniu nieruchomości i osiedlaniu się Żydow, zaczęli oni przybywać do Otwocka w dużej liczbie. Byli to głównie litwacy – Żydzi z zachodnich guberni Rosji, którzy po 1881 r. uciekli przed pogromami. Wkrótce po wschodniej stronie torów wyrosła dzielnica żydowskich pensjonatów, restauracji i domów mieszkalnych. W 1890 r. wybudowano pierwszą murowaną synagogę. Zamieszkał tutaj warecki cadyk Symcha Bunem Kalisz (1851–1907), z którego inicjatywy w 1890 r. wzniesiono dom studiów religijnych. Wśród pierwszych żydowskich właścicieli posesji był felczer Józef Przygoda i bankier Stanisław Lesser.

Izaak Bashevis Singer tak opisywał Otwock: „W odległości kilkunastu kilometrów od Warszawy leży małe miasteczko Otwock. Było ono słynne na całą Polskę ze swego krystalicznego powietrza i sanatoriów dla ludzi cierpiących na choroby płuc. (…) Kilometrami ciągnęły się sosnowe lasy i na tych żywicznych terenach Żydzi stawiali sobie domy, nazywane też willami. Drewniane, pomalowane na brązowo i koniecznie z werandą, prawie wszystkie wyglądały identycznie. (…) Latem do Otwocka i sąsiednich miejscowości przybywały tysiące rodzin. (…) Trudno sobie wyobrazić, że nie ma tam już Żydów. Pozostał tylko piasek, na którym budowaliśmy…”[1.1].

Żydowski Otwock dzielił się na dwie części: willową i uzdrowiskową, w której mieszkali zamożni, zasymilowani Żydzi (lewa strona torów) oraz okolice placu bazarowego, gdzie w niewielkich, drewnianych domkach mieszkali Żydzi biedni. Miasto było bardzo popularnym miejscem wypoczynku dla Żydów z Warszawy, którzy stanowili 3/4 tutejszych kuracjuszy. 

Otwock i tutejszy mikroklimat idealnie sprzyjał leczeniu gruźlicy, która w tamtym okresie była niezwykle groźną chorobą. W 1893 r. warszawski lekarz Józef Geisler założył pierwszą lecznicę dla chorych na gruźlicę. W 1895 r., w do dziś zachowanych, drewnianych budynkach przy ul. Warszawskiej 5, otwarto pierwsze żydowskie sanatorium, które prowadziła aż do wybuchu II wojny światowej rodzina Przygodów.

Na początku XX w. powstało sanatorium „Brijus” („Zdrowie”), do którego należało prewentorium dla młodzieży, poradnia przeciwgruźlicza „Daw til” i stacja odmy, oraz poradnia przeciwgruźlicza „Marpe” – należące do warszawskiej gminy żydowskiej. Wielu Żydów założyło tu prywatne pensjonaty oraz koszerne restauracje. W 1908 r. Towarzystwo Opieki nad Umysłowo i Nerwowo Chorymi Żydami założyło sanatorium „Zofiówka”, posiadające 40 miejsc dla kobiet i 40 dla mężczyzn. W 1945 r. zakład dysponował już 275 łóżkami. W 1919 r. w prywatnej willi Towarzystwo „Brijus” założyło drugie sanatorium, prowadzone przez Maksymiliana Augartena, pod nazwą „Haszehefet” („Gruźlica”).

Były też inicjatywy prywatne, zarówno charytatywne, jak prowadzone dla zysku. W 1907 r. Abraham Grycman zakupił willę przy ul. Świderskiej, gdzie urządzono kuchnię dla biednych i chorych. Z kolei spółka Krukowskiego, Wizela i Higiera zbudowała murowaną, prywatną lecznicę „Martów”. Przyjmowała ona osoby z chorobami krążenia i przemiany materii. Były tam urządzenia do kąpieli elektrycznych, hydroterapii, lampy kwarcowe, można było zażywać kąpieli z igliwia i solankowych. Był to zakład przeznaczony dla osób zamożnych, wyposażony w jadalnie i salony. Budynek mieści się przy ul. Słowackiego, obecnie jest tu liceum ogólnokształcące.  Przy obecnej ul. Samorządowej 19a stoi budynek dawnego pensjonatu Wachtmanna, gdzie w czasie drugiej wojny światowej mieścił się szpital zakaźny.  Willa „Nowość”, przy obecnej ul. Kościuszki, należała do prezesa zarządu gminy żydowskiej Pinkasa Kacenelbogena. Słynne było uzdrowisko Abrama i Szymona Gurewiczów przy obecnej ul. Armii Krajowej 8. Okazały, drewniany budynek w stylu świdermajer powstawał w latach 1906–1921. W czasach rozkwitu mógł pomieścić 80 gości. Była tu czytelnia, bawialnia, sala koncertowa z fortepianem, park w stylu angielskim. Budynek wyposażony był w bieżącą wodę, kanalizację, telefon. W listopadzie 2014 r. budynek kupili nowi właściciele z zamiarem urządzenia w nim zakładu leczniczego, obiecując przeznaczyć jedno skrzydło na cele lokalnej społeczności.

W 1916 r. Otwock uzyskał prawa miejskie i obecną nazwę. Wówczas powstała także samodzielna gmina żydowska, wcześniej otwoccy Żydzi należeli do gminy w Karczewie. Z początkiem XX w. zbudowano w Otwocku synagogę Reinforda przy ul. Górnej 6. W willi „Róża” w tym samym czasie powstała niewielka synagoga dla ortodoksyjnych Żydów litewskich. Dotychczasowe miejsca modlitwy nie mogły pomieścić wiernych. Murowana synagoga w stylu klasycystycznym, zaprojektowana przez Eugenię Jabłońską, stanęła więc w 1927 r. na posesji Szlamy i Chawy Goldbergów. Obok synagogi wzniesiono dom modlitwy dla 10 zdolnych studentów litewskich jesziw oraz bibliotekę. W 1928 r. powstała kolejna synagoga, duża, dwukondygnacyjna, w stylu modernistycznym, zaprojektowana przez Marcina Weinfelda. Była ona podzielona na synagogę „letnią” i „zimową”.  Rok później powstała synagoga przy ul. Wąskiej 30. W Otwocku rezydowali cadycy z Parysowa, Mszczonowa, Dęblina i Kozienic. W 1938 r. w mieście było 20 prywatnych domów modlitwy, z czego 18 działało bez zezwolenia.

W Otwocku kipiało żydowskie życie społeczne i polityczne. Społeczność miała swój własny dodatek do tygodnika „Życie Otwockie”. Szczególnie silne były tu wpływy syjonistyczne. Działały tu wszystkie partie syjonistyczne oraz kobieca organizacja WIZO. W 1921 r. powołano Związek Syjonistyczny „Kadima”. Działały liczne żydowskie organizacje charytatywne – tradycyjna Bikur Cholim, religijne Towarzystwo Wspierania Biednych Chorych „Tomchaj Cholim”, Towarzystwo Ochrony Zdrowia (TOZ), prowadzące ochronkę i lecznicę, Towarzystwo Utrzymywania Rabinów im. Nadrabina Modrzyckiego „Fifert Izrael”, Towarzystwo Opieki nad Biednymi Gruźliczochorymi Żydami „Chim Szel Tajro” i inne. Organizacje kulturalno-oświatowe prowadziło kilka szkół religijnych, m.in. szkołę towarzystwa Tarbut.

Żywe było również życie kulturalne. Działał Dom Ludowy, w którym odbywały się odczyty, przedstawienia amatorskie, kursy hebrajskiego, angielskiego i polskiego organizowane przez stowarzyszenie Tarbut. Działało Żydowskie Stowarzyszenie Kultury Żydowskiej w Otwocku, Stowarzyszenie Zjednoczonych Szkół Żydowskich, Związek Rodziców Żydowskich oraz Towarzystwo Popierania Budowy Szkół Powszechnych, czynne przy dwóch istniejących w mieście żydowskich szkołach powszechnych. Pierwszą szkołę, nr 2, otwarto w 1919 r. przy ul. Karczewskiej, w lokalu wynajętym od rodziny Borensteinów. Druga, nr 4, mieściła się przy ul. Staszica, a od 1937 r. w nowym budynku przy ul. Szkolnej. Po ukończeniu szkoły podstawowej dzieci żydowskie mogły kontynuować naukę w Gimnazjum Koedukacyjnym przy ul. Warszawskiej.

Był kluby sportowe: Hapoel, Klub Sportowy Wulkan oraz Żydowski Klub Sportowy Nordija. W Otwocku funkcjonowały także stowarzyszenia branż zawodowych, cechy oraz Kooperatywa Rzemieślników Żydów. Istniał także Związek Właścicieli Sanatoriów i Pensjonatów.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zawarto w Otwocku porozumienie w sprawie rządzenia miastem, na mocy którego chrześcijańskich radnych miało być 13, a żydowskich – 11 (choć to Żydzi stanowili większość mieszkańców). Burmistrzem miasta miał być chrześcijanin, wiceburmistrzem – Żyd. W Radzie Miejskiej Otwocka zasiadali żydowscy lekarze, kupcy oraz właściciele pensjonatów.

W okresie międzywojennym Otwock bardzo szybko sie rozwijał, w czym ogromną rolę odgrywali miejscowi Żydzi. W 1917 r. 85% handlu znajdowało się w rękach żydowskich. W 1939 r. 80% sklepów i warsztatów posiadali Żydzi. Zajmowali pierwsze miejsca zwłaszcza wśród szewców, krawców, fryzjerów, fotografów, zegarmistrzów, poligrafów, kamaszników, tapicerów, rymarzy, czapników. Byli też właścicielami ponad połowy nieruchomości na terenie Otwocka. Centrum miejscowego handlu stanowił copiątkowy jarmark.

Społeczność miasta do dzisiaj dobrze wspomina postać legendarnego doktora Władysława Wajdenfelda, który był lekarzem szkolnym w miejscowym gimnazjum. W 1936 r. kupił posesję, na której w 1915 r. mieszkał Józef Piłsudski. Wajdenfeld przekazał część posesji Radzie Miejskiej, która wybudowała tam obelisk ku czci Marszałka. Obelisk stoi u zbiegu obecnych ulic Kościuszki i Chopina. W środowisku otwockich Żydów wzrastała późniejsza działaczka Rady Pomocy Żydów „Żegota”, ratująca żydowskie dzieci Irena Sendlerowa. Jej ojciec, dr Krzyżanowski, leczył nieraz bezpłatnie otwockich Żydów. Po jego śmierci gmina żydowska zaproponowała pomoc finansową dla małej Ireny.

W 1927 r. na 11 350 stałych mieszkańców przypadało 16 177 kuracjuszy. W 1929 r. ponad 76% letników spośród 14 813, którzy przyjechali do Otwocka, stanowili Żydzi. W 1939 r. w mieście żyło ok. 10 tys. Żydów, stanowiąc 55% ogółu mieszkańców.

1 września 1939 r. Otwock został zbombardowany przez Niemców. Ładunek trafił m.in. w budynek zakładu leczniczego towarzystwa „Centos” przy Glinieckiej, gdzie przebywało 180 dzieci. Siedmioro zginęło, 32 zostało ciężko rannych.

Od początku okupacji niemieckiej Żydzi zostali poddani szykanom ze strony Niemców: obcinaniu bród, rabowaniu mieszkań, sklepów, biciu. Część Żydów została zmuszona do pracy w koszarach.  W październiku 1939 r. Niemcy spalili otwockie synagogi. Od listopada 1939 r. Żydzi musieli nosić opaski z Gwiazdą Dawida i oznaczać swoje sklepy. Od marca 1940 r. ich majątek podlegał kontroli władz niemieckich. Od 1940 r. Żydzi nie mogli korzystać z kolei, kolejek podmiejskich i publicznych środków transportu. W tym roku w całym Generalnym Gubernatorstwie rozwiązano stowarzyszenia żydowskie, z wyjątkiem tych o charakterze opiekuńczym.

31 grudnia 1939 r. utworzono w Otwocku Judenrat. Latem 1940 r. wywieziono kilkudziesięciu młodych Żydów do obozu pracy przymusowej w Tyszowcach na Lubelszczyźnie – Judenrat musiał dostarczyć robotników.

4 listopada 1940 r. Niemcy utworzyli w Otwocku getto, w którym zgromadzili około 12 tys. Żydów. Składało się z trzech dzielnic: „miasteczkowej”, „środkowej” oraz „kuracyjnej” (teren sanatorium „Brijus”, zakład „Zofiówka” i zakład towarzystwa „Centos”). Nad przeprowadzką Żydów do getta nadzór sprawowała żydowska Policja Getta w Otwocku, której komisariat mieścił się przy Samorządowej 9. Początkowo na wyjście z getta obowiązywały przepustki, jednak unieważniono je 29 maja 1941 r. pod pretekstem tyfusu. W okresie okupacji niemieckiej Żydzi stracili główne źródło dochodów, jakim byli letnicy i kuracjusze. Zajmowali się wyprzedażą swojego dobytku lub szmuglowaniem żywności, co często robiły dzieci. Judenrat uruchomił Wydział Opieki Społecznej, który m.in. zajmował się pomocą lekarską, prawną, zbiórkami datków i odzieży.

Pod koniec 1941 r. nasilił się w getcie głód i choroby. Uruchomiono w nim wówczas utrzymujący się ze składek ośrodek zdrowia TOZ, który przeprowadzał m.in. akcje szczepień przeciwko durowi brzusznemu, dożywiał również dzieci. Wciąż funkcjonowało sanatorium przeciwgruźlicze „Brijus” oraz zakład dla nerwowo i umysłowo chorych „Zofiówka” – jedyne w Generalnym Gubernatorstwie specjalistyczne ośrodki lecznicze dla Żydów. Przebywało tam wielu intelektualistów żydowskich, co pozwoliło utrzymanie życia kulturalnego. Utworzono grupę literacką pod kierunkiem Kalmana Lisa, dyrektora „Centosu”. Powstał Komitet Krzewienia Literatury Żydowskiej, który organizował wykłady. Działała amatorska grupa aktorska.

W pogarszających się warunkach w getcie ponad 2 tys. Żydów zmarło z głodu i chorób. 19 sierpnia 1942 r. Niemcy rozpoczęli akcję likwidacji dzielnicy żydowskiej. Do getta wjechały ciężarówki z Ukraińcami, a przez megafon ogłoszono, że pod groźbą spalenia dzielnicy należy wyjść z domów. Następnie wszyscy mieszkańcy musieli stawić się na placu przy ul. Górnej, w pobliżu torów kolejowych. Spędzano Żydów na plac, strzelając do nich. Zgromadzono tam 8 tys. ludzi. Część lekarzy „Brijusa” i „Zofiówki” popełniło samobójstwo w czasie likwidacji. Pozostałych pracowników i chorych spędzono do pawilonu pierwszego w Zofiówce. Ciężej chorych rozstrzelano na miejscu. Dzieciom Niemcy rostrzaskiwali głowy. W sumie zginęło w sanatorium tego dnia 140 osób. Zamordowano również dzieci z ośrodka „Centos” oraz personel. Po południu 8 tys. otwockich Żydów załadowano do 50 wagonów towarowych, po czym wywieziono do niemieckiego nazistowskiego obozu Treblinka, gdzie zginęli 20 lub 21 sierpnia 1942 roku. Przez kilka następnych tygodni żydowscy policjanci, których pozostawiono na miejscu, musieli uprzątnąć getto oraz pomagać wyciągać pozostałych Żydów z kryjówek. Znalezione osoby rozstrzeliwano, grzebiąc w zbiorowych mogliłach na terenie getta (największa znajduje się przy ul. Reymonta, inne pomiędzy ul. Górną i Staszica, na terenie „Zofiówki” oraz w pobliżu zakładów „Marpe” i „Centos”).Ogółem zamordowano w ten sposób od 3 do 4 tys. osób.

Nieliczni Żydzi otwoccy ocaleli dzięki pomocy Polaków, choć były także przypadki wydawania Niemcom Żydów przez Polaków.

Dzieci żydowskie z Otwocka bywały oddawane siostrom zakonnym. Siostry Ludwika Małkiewicz i Krystyna Bykowska uratowały Rut Noy i następnie oddały ją rodzicom, którzy przetrwali w Warszawie, za co dostały tytuł Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Krystyna Dańko otrzymała medal za pomoc koleżance z ławki szkolnej, Lusi Kokoszko i jej rodzinie, której udało się znaleźć schronienie w Warszawie i przetrwać wojnę. Lech i Halina Wittingowie pomogli przeżyć żydowskim sąsiadom. Romana i Stanisław Rekrajtisowie ukrywali część rodziny Błędowskich. Emma Fiebig, pielęgniarka z „Zofiówki”, pomogła pracującemu tu dr Sierpińskiemu wydostać się z getta. Zamieszkiwał u niej przez miesiąc, by potem dołączyć do Gwardii Ludowej. Małżeństwo Słonimskich załatwiło aryjskie dokumenty i udzieliło schronienia wielu żydowskim rodzinom w swoich willach na terenie Otwocka. Aleksandra Szpakowska uratowała małą dziewczynkę, Marysię Osowiecką, którą znalazła na komisariacie. Rodzina Zduńskich ukrywała skutecznie rodzinę Brzostków. Zygmunt Buszmic otrzymał wsparcie Jana Jańczaka, kelnera w restauracji jego rodziców, oraz brata Jana, Stanisława. Obaj bracia otrzymali medal Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Maria Kukulska z córką Anną ukrywały wielu Żydów, m.in. w wynajętych mieszkaniach w Świdrze i Otwocku. Gdy doniesiono na nią, musiała zapłacić łapówkę za aresztowanych. Rodzina Dębickich zatrudniała pokojówkę, Blimę Fryd, na aryjskich papierach. Albin Szerepko ukrywał dzieci swojego kierowcy. Bronisław Marchlewicz, kierownik komisariatu policji w Otwocku, był jednocześnie oficerem Armii Krajowej. Zwalniał Żydów przyprowadzanych na komisariat, nie karał Żydów za przekroczenie granic getta, chronił przed aresztowaniam. Został w czasach stalinowskich skazany na 6 lat więzienia. To on umożliwił zabranie Marysi Osowieckiej z komisariatu. Instytut Yad Vashem odznaczył go pośmiertnie. Marceli i Janina Górscy uratowali swoich wspólników, dzieląc się z nimi pieniędzmi w czasie wojny i urządzając im kryjówkę. Rodzina Filejków ukrywała w swoim domu w Otwocku piątkę żydowskich uchodźców. Mimo że mąż, Bolesław, kazał się Żydom wynieść, żona, później odznaczona medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, uprosiła go, żeby mogli zostać.

Po zakończeniu działań wojennych w Otwocku powstał Komitet Żydowski. W skład jego Zarządu weszli m. in.: H. Hakien (przewodniczący), J. Cwajgbaum, I. Cynamon, Ch. Lejbman. 2 października 1946 r. w Komitecie zarejestrowanych było 391 osób. Dalsze losy Żydów z Otwocka nie są dobrze znane. Można przypuszczać, że większość ocalałych w kolejnych latach opuściła Polskę.

Synagogę Reinforda przystosowano na potrzeby miejskiej łaźni (dwie pozostałe bóżnice nie zostały po wojnie odbudowane); przetrwała również stojąca obok mykwa. W 1999 r. oba obiekty przekazano Warszawskiej Gminie Wyznaniowej Żydowskiej. Wkrótce potem budynki zburzono, a na ich miejscu zbudowano centrum handlowe „Galeria Otwock”. W 2009 r. odsłonięto przed gmachem tablicę z napisem „W tym miejscu przy ul. Górnej 6 znajdował się budynek synagogi i mykwy. W 1939 r. w mieście mieszkało ok. 11 tys. Żydów. Pamięci żydowskich mieszkańców Otwocka”.


BIBLIOGRAFIA

Isker-buch; Otwock-Karczew, red. Sh. Kanc, Tel Awiw 1968.

Lewandowski R., Kronenberg, Andriolli i Wilegiatura. Podwarszawskie letniska linii otwockiej, Józefów 2012.

Perechodnik C., Spowiedź, Warszawa 2011.

Prowincja noc. Życie i zagłada Żydów w dystrykcie warszawskim, red. B. Engelking, J. Leociak, D. Libionka, Warszawa 2007.

Rakowski S., Aby ślad nie pozostał… Żydzi Otwoccy  zagłada i pamięć, Otwock 2012.

Żydzi otwoccy. Dzieje żydowskiej społeczności Otwocka, „Otwockie zeszyty muzealne” 2008, nr 2.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Palestinians: What Real Education Means

Palestinians: What Real Education Means

Khaled Abu Toameh


  • The result of the 2006 election showed that a majority of Palestinians fully supported Hamas’s call for ending corruption in the Palestinian Authority, imposing Islamic law and, most importantly, continuing the armed struggle against Israel.
  • Hamas does not recognize Israel’s right to exist. It seeks to replace Israel with an Islamic state.
  • Palestinians did not buy Fatah’s talk about ending corruption: they saw how Fatah’s leaders had enriched themselves after the establishment of the Palestinian Authority in 1994, thanks to hundreds of millions of dollars that were lavished on them without a shred of accountability by the US, the European Union and other Western donors.
  • The reason that Fatah, unlike Hamas, did not talk about the “liberation of all of Palestine” or promise to launch an armed struggle against Israel is because its leaders were afraid that the US and EU would halt financial aid to the Palestinians.
  • Any Palestinian, like Fayyad, who runs in the election on a platform that talks about peace and coexistence with Israel will lose.
  • Real education starts at home, not necessarily in the classroom…. Palestinian leaders need to tell their people that Israel has the right to exist. They need to tell their people that peace and normalization is good not only for Israel, but also for the Palestinians. They need to tell their people that cooperation with Israel is better than boycotts.
  • Under the current circumstances, in which anti-Israel sentiments are at an extreme high, one wonders whether it is a good idea to proceed with the plan to hold new elections. They are certain only to strengthen the radical camp among Palestinians even further.


The next election for the Palestinian Legislative Council is scheduled for May 15, 2021. Hamas won the last elections in 2006. Under the current circumstances, in which anti-Israel sentiments are at an extreme high, one wonders whether it is a good idea to proceed with the plan to hold new elections. They are certain only to strengthen the radical camp among Palestinians even further. (Photo by Zharan Hammad/Getty Images)

The last Palestinian parliamentary election, held on January 25, 2006, resulted in a victory for Hamas, the Islamist movement controlling the Gaza Strip. The next parliamentary election is scheduled to take place on May 15, 2021, although the parliament, known as the Palestinian Legislative Council (PLC) was elected for a four-year term.

The Hamas victory in 2006 triggered a bitter dispute with Palestinian Authority (PA) President Mahmoud Abbas’s Fatah faction, effectively paralyzing the PLC and creating two separate mini-states for the Palestinians — one in the West Bank and another in the Gaza Strip.

Hamas won the 2006 vote mainly because its candidates ran as part of a list named Change and Reform Bloc.

The slogan of the list was: “Islam is the solution; one hand builds, the other resists.” The Hamas list, in its election program, promised to combat all forms of corruption and “make Islamic law [sharia] the main source of legislation in Palestine.” The Hamas list, in addition, pledged to “use all methods, including armed resistance” against Israel.

Because of these promises, Hamas won 74 of the 132 seats of the PLC. Its rivals in Fatah received 45 seats.

The result of the 2006 election showed that a majority of Palestinians fully supported Hamas’s call for ending corruption in the Palestinian Authority, imposing Islamic law and, most importantly, continuing the armed struggle against Israel.

Hamas justified its decision to participate in that election by arguing that it was in the context of the Islamist group’s “comprehensive program to liberate Palestine.”

The winning message Hamas sent to Palestinians back then was: Our participation in the election does not mean that we recognize the Oslo Accords and Israel’s right to exist. This is just one step toward achieving our goal of liberating all of Palestine, from the Jordan River to the Mediterranean Sea.

Hamas does not recognize Israel’s right to exist. It boycotted the first parliamentary election in 1996 on the pretext that the vote was being held under the umbrella of the Oslo Accords, signed three years earlier between the PLO and Israel.

Hamas remains opposed to the Oslo Accords because it does not believe in any peace process with Israel. After all, how can Hamas accept any peace process when its charter openly calls for the annihilation of Israel?

The political program of Fatah also promised to “completely end all forms of corruption and abuse of power.” Fatah, however, did not promise to launch an “armed resistance” against Israel or impose Islamic law “as a main source of legislation in Palestine.”

Palestinians did not buy Fatah’s talk about ending corruption: they saw how Fatah’s leaders had enriched themselves after the establishment of the Palestinian Authority in 1994, thanks to hundreds of millions of dollars that were lavished on them without a shred of accountability by the US, the European Union and other Western donors.

Although Fatah used harsh anti-Israel rhetoric in its election program, many Palestinians nevertheless preferred Hamas. The reason that Fatah, unlike Hamas, did not talk about the “liberation of all of Palestine” or promise to launch an armed struggle against Israel is because its leaders were afraid that the US and EU would halt financial aid to the Palestinians.

All Fatah said back then was that the Palestinians were “entitled to resist the occupation in accordance with international conventions.”

Again, vague talk about anti-Israel “resistance” was not sufficient to convince a majority of Palestinians to vote for Fatah. Had Fatah specifically mentioned “armed resistance” in its election program, it would have succeeded in attracting the support of more voters.

Another list that contested the 2006 election was named Third Way. The list was headed by Salam Fayyad, who has a PhD in economics from the University of Texas at Austin. Fayyad’s list won only 2.41% of the vote in the 2006 PLC election. Fayyad went on to serve as Prime Minister of the Palestinian Authority from 2007 to 2013.

Why did the Third Way yield little success? Unlike most of the candidates on the Fatah and Hamas lists, Fayyad was not involved in anti-Israel terror activities; mainly, he never spent a day in an Israeli prison. As far as many Palestinians are concerned, it is more important if one graduates from an Israeli prison than from the University of Texas at Austin.

Fayyad’s election program focused on the need to “end security anarchy and the chaos of weapons, build strong and professional security forces and implement a reform plan” in PA institutions.

Fayyad, in other words, promised to dismantle the armed gangs and militias roaming the Palestinian streets and make sure that the Palestinian security forces operate in accordance with the law. Evidently, these promises did not appeal to the overwhelming majority of the Palestinians.

Palestinians who did not vote for Fayyad’s Third Way list were actually saying that they oppose the disarmament of the armed groups of Fatah and Hamas.

If Fayyad chooses to run in the May 22 parliamentary election with the same message, it is unlikely that he will receive many more votes than he got in 2006. Indeed, it is entirely possible that he will receive fewer votes than he did then. Any Palestinian, like Fayyad, who runs in the election on a platform that talks about peace and coexistence with Israel will lose.

How can any candidate who runs on a ticket that promotes normalization and peace with Israel win at a time when Palestinians are being radicalized against Israel (by their leaders) on a daily basis? How can any candidate who did not spend time in Israeli prison win at a time when Palestinian security prisoners are being glorified by Palestinian leaders as “heroes“?

Can any candidate stand in the center of Ramallah, the de facto capital of the Palestinians, and talk about promoting peace and normalization with Israel? Any candidate who did so would be lucky if he or she was not denounced as a traitor – or worse.

The only way to climb out of this cesspool is through education. Real education starts at home, not necessarily in the classroom. Real education starts with what parents communicate to their children. Real education starts with what a child sees and hears in his or her home environment. Real education starts with what leaders and the media tell the children.

The daily anti-Israel incitement in the media, mosques and rhetoric of Palestinian leaders explains why there is no room for people like Fayyad in the Palestinian political discourse.

Palestinian leaders need to tell their people that Israel has the right to exist. They need to tell their people that peace and normalization is good not only for Israel, but also for the Palestinians. They need to tell their people that cooperation with Israel is better than boycotts.

Calling Israel the “Zionist Entity” or the “State of Occupation” serves only to further delegitimize Israel and demonize Jews.

Calling for all forms of resistance against Israel makes it impossible for advocates of peace and non-violence to win a Palestinian election. Proclamations by Fatah and Hamas that call for prosecuting Israelis for “war crimes” mean that most Palestinians will vote for any list that promises war, not peace, with Israel. The only candidates who are likely to win an election are those who incite violence against Israel.

Under the current circumstances, in which anti-Israel sentiments are at an extreme high, one wonders whether it is a good idea to proceed with the plan to hold new elections. They are certain only to strengthen the radical camp among Palestinians even further.


Khaled Abu Toameh, an award-winning journalist based in Jerusalem, is a Shillman Journalism Fellow at Gatestone Institute.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Celebratory Singing at the 50th Anniversary of the Reunification of Jerusalem

Celebratory Singing at the 50th Anniversary of the Reunification of Jerusalem


Israel Video Network


 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Jak powstała “Małgośka”. Gärtner tnie Osieckiej po bzach i dzwoni do Rodowicz. “Co to za pożar?

Sopot, 08.1973. Maryla Rodowicz śpiewa ‘Małgośkę’ podczas XIII Międzynarodowego Festiwalu Piosenki. (Jerzy Plonski / RSW / Forum / Jerzy Plonski / RSW / Forum)


Jak powstała “Małgośka”. Gärtner tnie Osieckiej po bzach i dzwoni do Rodowicz. “Co to za pożar?

Jarek Szubrycht


Serial reporterski “Najkrótsza lista największych przebojów Agnieszki Osieckiej” – odcinek nr 3. Rzecz o Katarzynie, co udawała Amerykankę, i Maryli, co wolała protest songi, oraz o Agnieszce, co dała nieśmiertelność zapachom Saskiej Kępy. A przede wszystkim o naiwnej Małgośce, co się dała wystawić do wiatru.

.

Osiecka – największa przeboje:

Rok temu Polskie Radio obchodziło 95. urodziny i z tej okazji sprawiło sobie oraz słuchaczom prezent w postaci plebiscytu na najlepszą polską piosenkę wszech czasów. “Małgośka” nie tylko wygrała, ale przez cały czas trwania plebiscytu utrzymywała się na pierwszym miejscu.

Drugi w zestawieniu był “Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena, ale nie pomogło mu nawet to, że głosowała na niego Maryla Rodowicz. Radiosłuchacze, których większości pewnie nie było na świecie, kiedy piosenka trafiła do radia, wybrali “Małgośkę”.

– Jestem zaskoczona, że taka pioseneczka wygrała z Niemenem. Żeby to chociaż był “Niech żyje bal”, który ma zupełnie inną wagę – ale “Małgośka”? Być może chodzi o to, że dobrze się słucha piosenek, w których opowiedziana jest jakaś historia. Jak “O! Ela”, w której jest to kupowanie noża sprężynowego i on idzie go zadźgać… W “Małgośce” też jest historia: dziewczyna szykuje się do ślubu, a tu kicha. Może to po prostu jest bardzo dobrze napisane, czego nie doceniam – przyznaje wokalistka.

I wspomina: – Na początku w ogóle mi się ten tekst nie podobał. Byłam wtedy pod wpływem Boba Dylana i Joan Baez, chciałam kontestować. Kiedy po raz pierwszy spotkałam się z Agnieszką Osiecką, pokazała mi teksty Studenckiego Teatru Satyryków. “Co to jest? Ten język jest gazetowy” – wybrzydzałam. “A co ty byś chciała śpiewać?” – ona na to. “Protest songi!” – odpowiedziałam. Napisała mi wtedy “Żyj mój świecie”, od którego zresztą tytuł wzięła cała płyta. Równocześnie śpiewałam “Zakopane, trzy może nawet cztery dni…”, bo tych protest songów nie miałam za dużo, ale zawsze chciałam śpiewać piosenki o czymś, poruszające. I nagle ta “Małgośka”.

Ktoś mi powiedział, że na AWF-ie studiuje pewna Marylka

Mówi się, że sukces ma wielu ojców. Ten miał trzy matki. Agnieszkę, cieszącą się już sporym uznaniem autorkę. Katarzynę, która zdążyła dowieść, że potrafi pisać przeboje, choćby “Tańczące Eurydyki” z repertuaru Anny German. Wreszcie Marylę, coraz bardziej popularną wokalistkę, którą publiczność zdążyła polubić za “Balladę wagonową” albo “Mówiły mu”, i oklaskiwać w Opolu za “Jadą wozy kolorowe”.

.
Gärtner i Osiecka znały się już od dobrych paru lat, z beztroskich czasów studenckich.

“Kasia była wówczas nastolatką. Ubrana we flanelową męską koszulę w kratę i w kowbojskie spodnie, wyposażona w fiński nóż – urwała się z domu i przemierzała wzdłuż i wszerz Polskę, udając… rodowitą Amerykankę lub Kanadyjkę. Trafiała wszędzie, gdzie działo się coś ciekawego: do Piwnicy Krakowskiej, do warszawskich klubów studenckich, do łódzkiej szkoły filmowej. Pamiętam, że nocowała w akademiku na Bystrzyckiej “na waleta”, prowadziła pamiętnik po angielsku i mówiła, że Amerykanie nie znają szafy. Wszystkie ubrania trzymają na krzesłach, ponieważ inaczej zapomnieliby, co mają” – wspominała ich pierwsze spotkanie poetka.

Współpracować zaczęły w 1969 roku, dzięki Janowi Borkowskiemu, dziennikarzowi i producentowi muzycznemu Trójki. Wiele lat później: współzałożycielowi fundacji Okularnicy i redaktorowi “Wielkiego śpiewnika Agnieszki Osieckiej”.

– Ona potrzebowała wtedy kompozytora, a ja troszkę się szwendałam i szukałam tekstów. Wkrótce na konkursie Trójki wzięłyśmy pięć z sześciu możliwych nagród. Dla zmylenia jurorów każde nuty moja mama przepisywała innym charakterem pisma, a Agniecha pisała swoje teksty na maszynie. Na nasz tandem od tamtej pory nie było siły! – oto w jakich okolicznościach kompozytorka połączyła siły z poetką. Chwilę później znalazła się i śpiewaczka.

– Ktoś mi powiedział, że na AWF-ie studiuje pewna Marylka, która muzycznie ciekawie się zapowiada.

– wspomina Gärtner. – Pojechałam i zobaczyłam blond dziewczynę z gitarą, poprosiłam, aby na próbę wykonała jeden z moich najlepszych wtedy kawałków – “Dzień się budzi”. Umyślnie grałam ten utwór tak, aby się kompletnie pogubiła. Stosowałam breaki i grepsy, które na pewno niewprawionego wokalistę dawno wyrzuciłyby z rytmu. Wszystko na nic – Marylka wciąż śpiewała! Pomyślałam: “To jest po prostu talent!”.

Gärtner przeprosiła wokalistkę za ten eksperyment na żywym organizmie, ale przyznała, że tę piosenkę obiecała już komuś innemu. Obiecała jednak, że napisze coś specjalnie dla Maryli. Słowa dotrzymała. A potem jeszcze raz i znowu…

To był maj, pachniała Saska Kępa
Szalonym, zielonym bzem.
To był maj, gotowa była ta sukienka
I noc się stawała dniem.

Już zapisani byliśmy w urzędzie,
Białe koszule na sznurze schły.
Nie wiedziałam, co ze mną będzie,
Gdy tamtą dziewczynę
Pod rękę ujrzałam z nim.

Coś zwyczajnego, coś ludzkiego, coś z magii uczuć

Maryla nawiązała współpracę z Agnieszką, zanim zdążyły się poznać. Wokalistka jeździła do Trójki, by na zaproszenie Piotra Kaczkowskiego śpiewać piosenki Boba Dylana. Musiało się spodobać, bo pewnego dnia na korytarzu zaczepił ją Jan Borkowski.

– Zaprowadził mnie do pokoju redakcyjnego i powiedział: “To jest biurko Agnieszki Osieckiej. Dzwoniła z Ameryki, że możesz otworzyć jej szufladę i pogrzebać w tekstach”.

Znalazłam kilka perełek, między innymi “Gonią wilki za owcami”, z muzyką Kasi Gärtner  – wspomina Rodowicz. Niewiele później Osiecka przysłała jej zza oceanu kolejny tekst, “Balladę wagonową”, ponoć naprawdę napisaną w pociągu, pomiędzy Cheetaway a Syracuse.

– Poznałyśmy się, kiedy Agnieszka wróciła ze Stanów. Bardzo się jej spodobał mój wokal, sposób śpiewania, styl – i zaczęła dla mnie pisać. Spotykałyśmy się niemal codziennie – mówiła Maryla. – Jeździła ze mną na trasy koncertowe, festiwale, zaprzyjaźniała się z muzykami. Dobrze się ze mną czuła. Mówiła, że w ciągu jednego dnia ze mną dzieje się więcej niż z normalnym człowiekiem przez pół roku.

Świetne z nich było trio. Doskonale się rozumiały, nawzajem napędzały. Połączenie ich umiejętności, doświadczeń i temperamentów dawało mieszankę wybuchową.

Maryla Rodowicz, Agnieszka Osiecka i Daniel Passent z córką Agatą Marek Karewicz M.A.Karewicz / Forum / Marek Karewicz M.A.Karewicz / Forum

– Faceci piszą świetnie, ale w tematach miłosnych nie czują bluesa. Pewnych klimatów Agnieszki nikt nie jest w stanie przebić. Jest w nich coś zwyczajnego, coś ludzkiego, coś z magii uczuć – uważa Gärtner i trudno z tym polemizować.

“Grając, Katarzyna śpiewa nieraz dzikim i przeraźliwym falsetem, a mały pokoik unosi się w powietrze jak chatka czarownicy. Ile razy piszę z Kasią wspólną piosenkę i spędzę z nią godzinę czy dwie przy fortepianie, czuję się, jakbym wychodziła potargana z gorącej kąpieli” – komplementowała kompozytorkę Osiecka.

“Ale numer nagrałaś! Z takim przesterem tam śpiewasz na górze”

Co z tą Małgośką? Kompozytorka twierdzi, że przyszła na świat nad morzem.

– Często jeździłyśmy do Zakopanego i do Sopotu. W 1972 roku siedziałyśmy we trzy w kawiarni Grand Hotelu – ja, Agnieszka i Maryla. Maryla mówiła, że znów potrzebuje czegoś nowego. Przypomniał mi się wtedy motyw, który grał kataryniarz na Saskiej Kępie. Agnieszka to podchwyciła i od razu napisała dwa wersety: “Małgośka mówią mi, on nie wart jednej łzy, oj, głupia ty, głupia ty…”. Oczarowana, mówię: “Maryla, to jest to”. Nie znam kobiety, która nie zachwyciłaby się tą frazą – wspominała Katarzyna Gärtner.

 Na bieżąco, w tej kawiarni, wymusiła na autorce tekstu poprawki.

– Agnieszka już pisała na serwetce: “To był maj, pachniała Saska Kępa, szalonymi, zielonymi bzami…”. Te wersety były za długie do muzyki, którą już miałam w głowie. To było jak… “Pan Tadeusz” – kulało w muzycznym rytmie. Mówię im, że do mojej dynamicznej muzyki muszą być krótkie wersety. Biorę od Agnieszki tę serwetkę i z góry na dół odrywam kawałki słów. “Co ty robisz?” – woła zdziwiona. “Odcinam niepotrzebne sylaby – wyjaśniam. – Mnie wystarczy tyle: szalonymi zielonymi bza. To tak ma być”. Agnieszka patrzy na mnie, potem pochyla się, pisze: “szalonym, zielonym bzem”.

To skracanie frazy miało się wziąć z fascynacji Gärtner muzyką angielską. Piosenkami, które były porywające, bo dynamiczne, nieprzegadane. Jak to się robi, dowiadywała się u źródeł.

– W Londynie zetknęłam się z wieloma sławnymi ludźmi. Miałam kontakt z resztkami Beatlesów. W rezultacie nauczyłam się ciekawych rzeczy warsztatowych, przede wszystkim komponowania krótkich, rytmicznych utworów, pisania krótkich wersetów. To w konsekwencji miało decydujący wpływ na formę “Małgośki”. Twierdzi też, że drapieżny sposób śpiewania wokalistki, ten piach w wysokich partiach, to realizacja jej planu.

– Maryli powiedziałam: “Zaśpiewaj to mocno, na chrypie, agresywnie”. Taki styl podpatrzyłam właśnie w Anglii, czułam, że ta piosenka wymaga dużego dynamizmu i ostrej wokalistki. Maryla trochę się broniła… – takie wspomnienie kompozytorki znajdujemy w książce “Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet” Zofii Turowskiej.

Agnieszka Osiecka i Maryla Rodowicz na Starym Mieście w Warszawie, 1990. Czeslaw Czaplinski/FOTONOVA / CZESLAW CZAPLINSKI/FOTONOVA

Maryla nie potwierdza ani swojej obecności przy narodzinach hitu, ani tego, że dostała zlecenie na chrypkę. Miała wtedy narzeczonego za naszą południową granicą, tam próbowała układać sobie życie i tam dosłano jej piosenkę do przepróbowania. Akustyka nieumeblowanych jeszcze pomieszczeń zachęcała ją do dociśnięcia gazu do dechy.

– Mieszkałam wtedy w Pradze, w Czechosłowacji. Kasia Gärtner do mnie wydzwaniała, że mam natychmiast przyjeżdżać, bo jest numer do nagrania. “Co to za pożar?” – myślę sobie, ale przyjechałam i zaśpiewałam – wspomina. – Pamiętam, że tuż po spotkałam w korytarzu na Woronicza jakichś kolegów z branży.

“Ale numer nagrałaś! Z takim przesterem tam śpiewasz na górze”

– gratulowali mi. A ja tego przesteru musiałam użyć, bo tam było dla mnie za wysoko – przyznaje dziś.

“Małgośka” pachnie siostrzeństwem, równością

Miejsce akcji: “rzewna i liliowa od bzów” Saska Kępa. Nie losowo wybrana miejscowość gdzieś w Polsce, nie dowolna dzielnica Warszawy, której największą zaletą jest to, że pasuje do rymu, ale właśnie to bajkowe miasteczko w wielkim mieście, Osieckiej miejsce na ziemi.

“Kilka imponujących willi z lat trzydziestych, wdzięcznie stulone “bliźniaki” z połowy lat dwudziestych, mnogość ogródków, inteligenckie zaludnienie – wszystko to stwarza klimat jakiegoś zapoznanego londyniątka” – pisała w “Szpetnych czterdziestoletnich”. – “Praga i Kępa, nie naruszone przez bomby, zachowały, jak stare wino – zapach i klimat dawnych struktur. Tu, jeśli wozak, to na imię miał Felek, jeśli dozorczyni – Aniela lub Agnieszka, jeśli hrabia, to Hubert lub Heweliusz”.

Nie wiemy, czy właśnie Hubert czy jednak Felek rozkochał w sobie Małgośkę, ale nie ma wątpliwości, że nicpoń to był i ladaco. Naobiecywał naiwnej dziewczynie, dostał, co chciał, po czym zwiał do innej. Oszukana Małgośka pewnie zalewałaby się łzami bez końca, gdyby nie przyjaciele (pewniej: przyjaciółki, bo kto inny byłby tak empatyczny, choć na podstawie samego “kochaj nas” nie sposób jednoznacznie rozstrzygnąć). Tacy, którzy szczere ci powiedzą, żeś głupi, kiedy trzeba, ale nie pozwolą się mazać, ale pocieszą, wyciągną na tańce, naleją wina.

Uwiedziona i porzucona dziewczyna nie jest skazana na palący wstyd, na szyderstwa i plotki – przeciwnie, to ona może kpić sobie z niegodnego jej miłości absztyfikanta. Niby nic, a jednak świadectwo dużej zmiany polskiej obyczajowości. “Małgośka” pachnie nie tylko zielonym bzem i chwastami palonymi jesienią w sadach, ale również feminizmem, siostrzeństwem, równością.

Małgośka – tańcz i pij,
A z niego sobie kpij,
A z niego kpij sobie, kpij.
Jak wróci, powiedz: Nie,
Niech zginie gdzieś na dnie,
Hej, głupia ty, głupia ty, głupia ty.

Małgośka jest pierwszą bohaterką tekstów Osieckiej, w które Rodowicz tchnęła tyle życia, ale nie ostatnią. Uzbierała się cała galeria charakternych, niepokornych, ale często nieszczęśliwych kobiet, które trochę były wyzwolone, a trochę zagubione we wrogim męskim świecie.

“Czerwona na niej sukienka/ Czerwona w sercu udręka” – może Małgośką, tylko parę lat starszą, jest ta wariatka, co tańczy, co “przed losem nie klęka”?

Albo ta dziewczyna, która nie ma już “serca do czekania, do liczenia, do zbierania”, tylko chciałaby “damą być i na wyspach bananowych dyrdymały śnić”. Prawie na pewno jest nią bohaterka “Byłam sama, jestem sama”, która mimo wszystko wierzy, że “może jutro się coś zmieni”.

.
– Ciekawa jest ciągłość jej bohaterek, począwszy od Małgośki. To chyba ta sama dziewczyna, występująca potem jako Mary Lou w “Dwóch weselach”, która “lat 16 chyba miała, gdy dwóch naraz pokochała” oraz “miała buty z podłej skóry, cztery klasy bez matury, lecz niezły miała styl” – zauważa Jacek Mikuła, kompozytor wielu przebojów przez Osiecką napisanych, a przez Rodowicz wyśpiewanych. – Ta sama, która w “Damą być” “tak by chciała damą być”, która wywierała tak piorunujące wrażenie na “Sing Singu”, że na jej widok “wołał S.O.S.”

I zastanawia się: – Czy istniała taka dziewczyna i skąd ją Agnieszka wytrzasnęła – nie wiem. To były bardzo uczuciowe bohaterki i bardzo kobiece historie. Może stanowiły projekcje jej własnych doświadczeń, a może jej znajomych i przyjaciółek. W każdym razie o takich rozterkach ze mną nie rozmawiała. Zawsze, tak przy spotkaniu, jak w krótkich wiadomościach na pocztówkach, była pogodna, dowcipna i jakby z dystansem do świata.

Mam dość, ale wiem, czego ludzie chcą słuchać

Maryla pojechała z piosenką do Sopotu. Wyglądała szałowo, w sukni do ziemi, ale za to bez pleców, z czerwonym sercem na piersi i napisem “Małgośka” biegnącym od biodra do kostki (a więc nie zastosowała się do zaleceń autorki tekstu: “chciałabym, żebyś to śpiewała w zniszczonej sukni ślubnej. Kwiaty…”) i brawurowo utwór wykonała, choć towarzyszący jej muzycy tak się wygłupiali, że pewnie bardziej jej przeszkadzali, niż pomagali.

.
Na festiwalu dostała Grand Prix, ale cenniejszą nagrodą było uwielbienie publiczności. Już następnego dnia refren śpiewała cała Polska i do dziś nie chce przestać.

Czy po tym wszystkim Rodowicz nie ma już przypadkiem dość towarzystwa naiwnej Małgośki?

– Mam, ale wiem, czego ludzie chcą słuchać. “Małgośka” to numer dla nich ważny, więc nie mogę z niego zrezygnować – mówi.

Próbuje liczyć, ile to już razy w jej wykonaniu białe koszule na wietrze schły. – Śpiewam ją na każdym koncercie. W latach 70. grało się co miesiąc przez dwa tygodnie w danym województwie. Po dwa koncerty dziennie, bo to były domy kultury, a więc małe sale. Później dwa tygodnie przerwy i do innego województwa. Odliczając wakacje, mamy 10 miesięcy, po dwa koncerty dziennie przez 15 dni. Trzysta koncertów rocznie. W samych latach 70. zagrałam więc w Polsce około trzech tysięcy koncertów, do tego trasy po NRD, a w latach 80. również w Rosji. Jakby to wszystko podliczyć, wychodzi kilka tysięcy koncertów i na każdym “Małgośka”.

Kompozytorka Katarzyna Gärtner. Fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta

– To była jedna z naszych najpiękniejszych piosenek – uważa Katarzyna Gärtner. – Stałyśmy się sławne. Nasze piosenki były rozchwytywane. Powiem szczerze: o niektóre nasze utwory dziewczyny się biły!

Ale kompozytorka wspomina wspólne chwile z poetką nie tylko przez pryzmat wspólnej pracy i jej owoców.

– Zmieniła moją życiową filozofię – przyznaje. – Ona miała wspaniałą dewizę, która mi bardzo odpowiadała: idź za głosem miłości! Tłumaczyła mi, bo to było dla mnie niezrozumiałe, jak można wychodzić za mąż więcej niż raz i wiązać się z kolejnymi mężczyznami. Dla niej było to jasne, bo chciała znaleźć idealną miłość, a jeśli jej nie znajdowała, gnała naprzód, dalej szukała.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israeli teams discovers ancient olive-eating practices below the sea

Israeli teams discovers ancient olive-eating practices below the sea

DANIEL SONNENFELD
/ THE MEDIA LINE


The discovery off the coast of Haifa made by a group of researchers from most major Israeli universities shows production of olives for eating started at least 6,600 years ago.

Olives / (photo credit: ITSIK MAROM)

In an underwater site, dated to approximately 6,600 years ago, archeologists have discovered two stone structures filled with thousands of olive pits. The pits, most well preserved and whole, provide evidence that olives were processed industrially for eating at this very early stage. Previous evidence was unclear, with the earliest indications pointing to olives first being eaten in the first millennium BCE.

Olives and their oil are a key ingredient in the Mediterranean diet and hold symbolic value in many countries. This latest study now shows that the residents of the area have not only been using olives for oil for thousands of years – as was previously revealed – but eating them as well.

The study was published last week in the journal Scientific Reports – Nature by researchers from the University of Haifa, the Technion – Israel Institute of Technology, Tel Aviv University, the Hebrew University of Jerusalem, the Volcani Center and other research institutions in Israel and abroad.

Dr. Ehud Galili, an archeologist at the Zinman Institute of Archeology at the University of Haifa, who discovered the site in the Mediterranean Sea off of Israel’s northern coast in 2011, told The Media Line that prehistoric sites are known to exist underwater in stretches near the coast that were above sea level during the world’s ice ages. “Storms sometimes shift the sand covering these sites,” he explained, adding that marine archeologists who are aware of this search for prehistoric remnants after a spell of bad weather.

The site of the discovery, called Hishulei Carmel, starts very close to the coast and stretches some 150 meters into the sea, Galili said. The specific structures in which the olive pits were discovered were located close to the beach and in very shallow sea. Two ovals built of slabs of stone were set with intent perpendicular to the ground, and the structures consisted of encirclements the size of small rooms in which, the Haifa archeologist said, “were olive pits 10 centimeters deep.”

Researching prehistoric sites requires multidisciplinary input from researchers with expertise in many different areas. To achieve this, the pits were sent to a diverse group of researchers at most major Israeli universities.

“We each worked on a different aspect,” Dr. Daphna Langgut of Tel Aviv University’s department of archaeology and ancient Near Eastern cultures, told The Media Line. Langgut, who is head of the laboratory of archaeobotany and ancient environments, said that she compared the degree to which the pits were broken to the remains of a previously discovered site, called Kfar Samir, in which olive oil was manufactured in the 8th century BCE. Kfar Samir, the oldest site of olive oil manufacturing discovered to date, is located some 1.5 km from Hishulei Carmel.

“I showed that most of the pits are whole, and those that aren’t were broken along the pits’ crease … their natural breaking point. The remains left from crushing olives for oil, however, consist of a of puree of olive pits,” she said.

“A concentration like this of thousands of whole pits that aren’t crushed attests to the fact that these olives were being prepared,” she told The Media Line. “In order to eliminate their bitterness you need to cure them, as we do to this day in salt water or coarse salt. In fact, the proximity of these pits to the sea teaches us that they probably used salt from the sea, or the seawater itself to cure the olives.”

This idea was strengthened during research conducted in the department of biotechnology and food engineering at the Technion. An experiment there, conducted by Prof. Ayelet Fishman, showed that it is possible to cure olives in seawater. “The pickling of olives in the utensils discovered there could have taken place after the fruit was washed repeatedly in seawater in order to reduce the bitterness, and then soaked in seawater, possibly with the addition of sea salt,” Fishman said in a statement released by Haifa University.

Langgut joked that the discovery gives Israel an edge in the patriotic competition among Mediterranean academics working on the subject, all of whom wish to prove that olives were first used in their country. And, on a more serious note, the researcher explained, the discovery holds implications for attempts to ascertain when fruit trees were first domesticated, a development connected to the growth of more complex societies.

Galili, who led the research, said that the wider importance of the Israelis’ joint discovery lies in the light it sheds on the evolution of olive and its uses, so vital to the region, its history and culture. He said he also hopes to see olives again being cured for eating in seawater, “as they were originally processed.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com