Tag Archive | Najwiekszy blog emigracji marca’68

Współczesne niewolnictwo i “przebudzona” hipokryzja

Współczesne niewolnictwo i “przebudzona” hipokryzja

Judith Bergman< Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska/strong>


Podczas gdy Black Lives Matter (BLM) i jego sykofanci bez końca debatują o zmianach nazw ulic i usuwaniu pomników, ignorują osłupiające 40 milionów ofiar rzeczywistego niewolnictwa w dzisiejszym świecie, włącznie z oszacowanymi 9,2 milionami mężczyzn, kobiet i dzieci obecnie żyjącym jako niewolnicy w Afryce. Na zdjęciu: Wandale próbują obalić pomnik prezydenta USA, Andrew Jackson na Lafayette Square, 22 czerwca 2020, w pobliżu Białego Domu w Waszyngtonie. (Zdjęcie: Tasos Katopodis/Getty Images)

Wiadomości pełne są informacji o zwolennikach Black Lives Matter (BLM), którzy dewastują i demolują pomniki handlarzy niewolnikami, właścicieli niewolników i każdego, kogo uważają za historycznie związanego z niewolnictwem. W Bristolu w Anglii obalono pomnik handlarza niewolnikami, Edwarda Colstona i wrzucono go do morza. W Belgii wymalowano graffiti na pomnikach króla Leopolda .

Z powodu tych akcji część władz lokalnych zaczęła rozważać, czy wszystkie pomniki, postrzegane jako obraźliwe dla obecnej wrażliwości, powinny zostać usunięte. Burmistrz Londynu, Sadiq Khan ogłosił decyzję o ustanowieniu komisji, która zbada pomniki i nazwy ulic w stolicy Wielkiej Brytanii.

Zupełnie nie jest oczywiste, jak atakowanie starych pomników dawno zmarłych ludzi ma pomóc komukolwiek, szczególnie milionom czarnych i nie czarnych ludzi, którzy są nadal niewolnikami dzisiaj. Wydaje się, że “przebudzeni” aktywiści BLM i ich klękający zwolennicy nie dbają o los nowoczesnych niewolników, których liczbę ocenia się na gigantyczne 40 milionów. Najwyraźniej jest znacznie łatwiej i przypuszczalnie również przyjemniej, niszczenie historycznych pomników Zachodu niż zajęcie się trudną pracą rzeczywistego likwidowania nowoczesnego niewolnictwa.

W samej Wielkiej Brytanii jest wiele nowoczesnego niewolnictwa, coś co miejscowi “przebudzeni” radośnie ignorują, kiedy odważnie atakują pomniki z kamienia i metalu. Według raportu rządu brytyjskiego z 2019 roku, Annual Report on Modern Slavery, W Wielkiej Brytanii jest co najmniej 13 tysięcy potencjalnych ofiar niewolnictwa, chociaż ta liczba jest wątpliwa, bo dane są za rok 2014. Według Global Slavery Index z 2018 roku 136 tysięcy ludzi żyje w warunkach nowoczesnego niewolnictwa w samej Wielkiej Brytanii.

Niewolnictwo w Wielkiej Brytanii ma postać pracy przymusowej oraz wykorzystywania seksualnego. Albańczycy i Wietnamczycy należą do grup, które stanowią większość wśród niewolników. Brytyjskie media publikowały wiele artykułów o ocenianych na tysiące Wietnamczykach, z których połowa jest poniżej 18 lat, którzy są porywani i sprzedawani do Wielkiej Brytanii, gdzie zmusza się ich do pracy na farmach marihuany. Tworzą tam małą część “olbrzymiej machiny przestępczej, która zaopatruje brytyjski rynek marihuany, wart 2,6 miliarda funtów”. Ci, którzy nie trafiają do przemysłu marihuany, są zmuszani do pracy w “salonach pielęgnacji paznokci, burdelach i restauracjach lub trzymani jako służba domowa za drzwiami prywatnych rezydencji”. W styczniu BBC nadała historię wietnamskiego chłopca o imieniu Ba, którego porwał chiński gang i sprzedał do Wielkiej Brytanii, gdzie jego chiński boss głodził go i bił, kiedy tylko jakaś roślina marihuany zwiędła.

Życie Wietnamczyków w Wielkiej Brytanii może niezbyt obchodzić BLM – w końcu chodzi im tylko o życie czarnych, co więc z czarnymi niewolnikami w Afryce? Obecnie ocenia się, że 9,2 miliona mężczyzn, kobiet i dzieci żyje w Afryce w nowoczesnym niewolnictwie, jak podaje Global Slavery Index, co obejmuje przymusową pracę, przymusowe wykorzystywanie seksualne i przymusowe małżeństwa.

“Według Międzynarodowej Organizacji Pracy ONZ (ILO), jest dzisiaj ponad trzykrotnie więcej ludzi zmuszanych do pracy przymusowej niż porwano i sprzedano przez 350 lat transatlantyckiego handlu niewolnikami” – informował “Time Magazine” w marcu 2019. Według ILO, nowoczesne niewolnictwo obejmuje 25 milionów ludzi w niewolnictwie za długi i 15 milionów w przymusowym małżeństwie.

Szacuje się, że nowoczesne niewolnictwo zarabia dla sieci przestępczych 150 miliardów dolarów rocznie, tylko nieco mniej niż szmuglowanie narkotyków i handel bronią. “Nowoczesne niewolnictwo przynosi obecnie dużo większe zyski niż kiedykolwiek w historii ludzkości” – powiedział Siddharth Kara, ekonomista z Carr Center for Human Rights Policy. Według Global Slavery Index z 2018 roku, “kraje G-20 importują co roku produkty wartości około 354 miliardy dolarów, które mogą być produkowane przez nowoczesnych niewolników”.

W 2017 roku pojawił się szokujący materiał filmowy z aukcji niewolników w Libii: CNN udokumentowała wydarzenie, w którym arabskojęzyczny mężczyzna sprzedawał dwunastu Nigeryjczyków. W 2019 roku “Time Magazine” przeprowadziła wywiad z afrykańskim migrantem, o nazwisku Iabarot, którego sprzedano do niewoli, kiedy był w drodze do Europy:

“Kiedy Iabarot dotarł do południowej granicy Libii, spotkał pozornie przyjaznego taksówkarza, który zaoferował, że zawiezie go do stolicy, Trypolisu, za darmo. Tam sprzedał go ‘białemu Libijczykowi’, czyli Arabowi, za 200 dolarów. Musiał odpracować ten ‘dług’ na budowie, a ten wzór powtarzał się za każdym razem, kiedy sprzedawano go ponownie”.

Handel kobietami stanowi znaczącą część nowoczesnego niewolnictwa. Na przykład, nigeryjska mafia, według doniesienia “Washington Post” z 2019 roku, sprzedaje kobiety dziesiątkami tysięcy:

“Niektórzy eksperci mówią, że aż 20 tysięcy nigeryjskich kobiet, z których część jest nieletnia, przybyła na Sycylię między 2016 a 2018 rokiem, sprzedane we współpracy między Nigeryjczykami we Włoszech, a Nigeryjczykami w kraju”.

Według raportu International Organization for Migration ONZ (IOM) z lipca 2017 roku:

“Przez ostatnie trzy lata IOM Italy zanotowała 600 procentowy wzrost liczby potencjalnych ofiar handlu kobietami, przewożonymi do Włoch drogą morską. Ten rosnący trend trwał przez pierwszych sześć miesięcy 2017 roku, z większością ofiar przybywajacych z Nigerii”. W raporcie IOM ocenia, że 80 procent dziewcząt, często nieletnich, przybywających z Nigerii – których liczby radykalnie poszybowały w górę od 1454 w 2014 roku do 11009 w 2016 roku — były “potencjalnymi ofiarami handlu do wykorzystania seksualnego”.

W częściach afrykańskiego kontynentu, szczególnie w Sahelu, niewolnictwo jest nadal zakorzenione w tradycyjnej kulturze, mimo że oficjalnie niewolnictwo zostało zdelegalizowane. W krajach takich jak Mali i Mauritania jest nadal praktykowane tak zwane niewolnictwo z pochodzenia lub niewolnictwo “oparte na kaście” – w którym status niewolnika jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, tak że niewolnicy rodzą się do swojego losu.

W 2013 roku oceniano, że około 250 tysięcy ludzi żyje w niewolniczych warunkach w Mali, gdzie niewolnictwo jest nielegalne. Pewna malijska niewolnica, Raichatou, powiedziała gazecie “Guardian” w 2013 roku, że została niewolnicą w wieku siedmiu lat, kiedy umarła jej matka. “Mój ojciec mógł tylko patrzeć bezradnie, kiedy pan mojej matki przyszedł i zażądał mnie i moich braci” – powiedziała. Pracowała bez zapłaty dla tej rodziny przez 20 lat i zmuszono ją do małżeństwa z innym niewolnikiem, którego nie znała, żeby mogła dostarczyć swojemu panu więcej niewolników.


Ocenia się
, że w Mauretanii do 20% populacji jest zniewolona, chociaż niewolnictwo zostało oficjalnie zdelegalizowane w 1981 roku. Niewolnicy pochodzą głównie z mniejszości Haratine, którzy są czarnymi Afrykanami, w odróżnieniu od niemal połowy populacji, którzy są Arabami lub Berberami. Według artykułu w “Guardianie” z 2018 roku:

“Niewolnictwo ma długą historię w tym północno afrykańskim, pustynnym kraju. Przez stulecia arabskojęzyczni Maurowie najeżdżali afrykańskie wioski, czego wynikiem jest sztywny system kastowy, który istnieje do dzisiaj, z ciemnoskórymi mieszkańcami podporządkowanymi ich “panom” o jaśniejszej skórze. Status niewolnika przechodzi z matki na dziecko, a działacze przeciwko niewolnictwu są regularnie aresztowani i torturowani. Niemniej rząd konsekwentnie zaprzecza, by niewolnictwo istniało w Mauretanii, chwaląc się wyplenieniem tej praktyki”.

Artykuł opisuje także koszmarny los niewolników Haratine:

“Aichetou Mint M’barack była niewolnicą z pochodzenia w okręgu Rosso. Podobnie jak jej siostrę, zabrano ją matce i dano członkowi rodziny pana na służącą. Wyszła za mąż w domu swojego pana i miała ośmioro dzieci, z których dwoje zabrano jej, by były niewolnikami w innych rodzinach. W 2010 roku starszej siostrze Aichetou udało się ją uwolnić… po tym, jak sama uciekła od swoich panów, kiedy rzucili żarzące się popioły na jej niemowlę, zabijając je”.

BLM i wielu dyrektorów korporacji, profesorów uniwersytetów, mediów, osobistości ze sportu i kultury, którzy klękają dziś przed BLM i przepraszają, wydają się całkowicie, obojętni na los ludzi takich jak Aichetou. Co bardziej prawdopodobne, nigdy nie słyszeli o niej ani o wielu innych ofiarach takich jak ona. Są to najwyraźniej czarni, których życie nie liczy się – dla nikogo, poza odważnymi ludźmi, którzy pracują w miejscowych organizacjach przeciwko niewolnictwu.

Zamiast tego Black Lives Matter (BLM) i jego sykofanci bez końca debatują o zmianach nazw ulic i usuwaniu pomników, a wszystko to jest niczym więcej jak infantylnym sygnalizowaniem cnoty. Marnują czas na debaty, czy ludzie, którzy nigdy nie byli niewolnikami, powinni otrzymać reparacje od ludzi, którzy nigdy nie mieli niewolników

Angażowanie się w całe to pozerstwo przy równoczesnym ignorowaniu osłupiających 40 milionów obecnych ofiar rzeczywistego niewolnictwa, nie tylko pokazuje niezmierną głębię hipokryzji “przebudzonych” , ale stanowi skrajną obrazę dla tych, którzy w milczeniu cierpią w niewolnictwie, powoli umierając z powodu fizycznego, seksualnego i emocjonalnego maltretowania, jakie muszą znosić. Jeśli cokolwiek jest “obraźliwe”, to właśnie ta hipokryzja.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Virtual trainer keeps you fit even when stuck at home

Virtual trainer keeps you fit even when stuck at home

Brian Blum


Israeli tech startup Kemtai brings a personal trainer into your home even when you’re in lockdown.

Kemtai uses computer vision to customize home workouts. Photo: courtesy

In the new normal of lockdowns and quarantines, home exercise videos provide a way to move your body while maintaining social distance.

Israeli startup Kemtai is adding an extra dimension of interactivity to a format that’s been a hit since Jane Fonda popularized the home workout in the 1980s.

Kemtai is more akin to a personal trainer. Using the camera on your computer, Kemtai employs computer vision to scan your body. You can then choose one of the dozens of workout routines on the Kemtai website.

As you exercise, Kemtai’s virtual “trainer” compares what it sees you doing with the exercise routine previously input into the Kemtai system, then nudges you in the right direction. The trainer will give you real-time instructions and feedback, telling you to bend this way or that, squat lower, straighten your back or hold your elbows at more of a 90-degree angle – all based on what you’re actually doing.

The Kemtai system watches you exercise and gives you feedback to improve your routines. Photo: courtesy

All the processing is done on your desktop or laptop computer. The software doesn’t yet work on iPhones, iPads or smart TVs. (An iPad can’t handle the real-time comparisons, and smart TVs lack a camera.)

The Kemtai system was officially launched May 19, sooner than originally expected.

Kemtai Chief Business Officer Mike Telem. Photo: courtesy

“The plan was to do small user testing for a few months,” Mike Telem, Kemtai’s chief business officer, tells ISRAEL21c.

“But when people started getting quarantined, we thought we have something that’s ‘good enough’ to help people right now. We felt, let’s let people use and enjoy it.”

During the initial beta period, Kemtai conducted a feedback survey, Telem told ISRAEL21c.

“Of the random 400 people polled, 82 percent of the respondents said they felt Kemtai’s feedback helped them to improve their home workouts and more than 90% said they would recommend Kemtai to a friend,” reports Telem.

The company’s long-term goal is to become a platform for personal trainers to connect with their clients when they can’t be there in person. That will also free trainers post-Covid crisis from the limitation of how many hours they have in a day to work with their clients.

Kemtai has been adding trainers and workouts during its beta period, so that users can choose a style that appeals to them most. The latest trainers hail from Israel, New York and Tokyo. At the time of its official launch, Kemtai already had 10,000 registered users in 20 different countries.

Kemtai software is available on a “freemium” model — the basics come at no cost, but you pay for extras such as specific workouts (marked clearly as “premium.”). A month-to-month subscription costs $20 with a discount for an annual plan. Fees are shared between Kemtai and the participating trainers.

Kemtai’s system guides you through choosing fitness routines. Photo: courtesy

Telem emphasizes that Kemtai’s interactivity, as well as its scoring functionality – you get a “grade” at the end of each session so you can see how well you’re improving session by session – “are essential for having an effective and fun workout. It feels like there’s someone out there with you.”

Kemtai shows each exercise step by step. Photo: courtesy

The six-person company that Telem launched with cofounders Naomi Keren (chief product officer) and Mor Amitai (CEO) only opened shop last year. Kemtai is raising money through the Jerusalem-based online crowd investing platform OurCrowd.

That goal may just have become a bit easier, given the dramatically increased interest in being able to stay active while sheltering in place.

You can try out Kemtai by signing up for a free account here 

Other Israeli workout technologies

While Kemtai doesn’t have any direct competition using computer vision to customize a workout, it is not the only Israeli startup aiming to keep us fit during the pandemic and beyond.

Fitness22 offers a suite of apps to guide conditioning and training workouts with the help of a digital personal trainer.

EyeClick’s BEAM interactive projector game system converts any space into a virtual playground on which kids can engage in the system’s 200 interactive movement activities.

MoonRun has a sling trainer device embedded with movement sensors for at-home aerobic exercises such as walking, running, sprinting, turning, jumping, and squatting.

FitMyTime facilitates live, online, one-on-one or group fitness and yoga workouts on a pay-by-the-hour basis.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Monthly Recap – December 2019 Top10, TV7 Israel News

Monthly Recap – December 2019 Top10, TV7 Israel News

TV7 Israel News


 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


20 lat temu zmarł Gustaw Herling-Grudziński

20 lat temu zmarł Gustaw Herling-Grudziński

jiw


Warszawa, 23.05.2000. Pisarz Gustaw Herling Grudziński podczas spotkania w warszawskim klubie Czytelnik. Fot. PAP/P. Wierzchowski

20 lat temu, 4 lipca 2000 r., zmarł Gustaw Herling-Grudziński – konspirator, więzień łagrów, żołnierz gen. Andersa, a zarazem jedna z najbardziej wyrazistych i rozpoznawalnych na świecie osobowości polskiej literatury emigracyjnej drugiej połowy XX w.

Przyszły pisarz urodził się 20 maja 1919 r. w Kielcach i kto wie, może właśnie z tego powodu od dziecka cenił twórczość Stefana Żeromskiego, a zwłaszcza jego „świętokrzyskie” powieści: „Echa leśne” i „Puszczę jodłową”. To nie bez znaczenia, bo praktycznie całe życie Herlinga-Grudzińskiego rozgrywało się wśród książek i dla książek – bardziej nawet tych, które nieustannie czytał, niż tych, które sam tworzył, bo nawet te przez niego napisane są w dużej mierze literacką zabawą, grą cytatami i aluzjami, żonglerką formami odnalezionymi na kartach innych twórców. Analizując jego pisarstwo, Jerzy Paszek zauważał:

„Gustaw Herling-Grudziński jest pożeraczem i przeżuwaczem książek […] Dzieła literackie Herlinga są bogato inkrustowane mottami, cytatami, parafrazami, pastiszami różnorodnych tekstów historycznych (autentycznych i zmyślonych) i beletrystycznych. Jeśli nawet ma kłopoty z tworzeniem fabuły, to stokrotnie potrafi to sobie powetować kreacją anegdot i faktów, które nie mają zbyt wielkiej styczności z rzeczywistością czy prawdą historyczną”.

O jego nieustannej potrzebie pisania najwięcej mówi jednak to, że tuż po wyjściu z sowieckiego łagru, kiedy jedynym źródłem jego utrzymania było żebranie, pierwszym, co kupił, były przybory do pisania. Jak wspominał: „Jeszcze jednym dowodem mojego szybkiego powrotu do zdrowia był fakt, że natychmiast po przyjeździe do Swierdłowska przyszła mi ochota do pisania i za ostatnie kopiejki kupiłem notes z ołówkiem”. To dzięki nim kilka lat później powstało dzieło jego życia, „Inny świat. Zapiski sowieckie”.

Z łamów do łagrów

Miejsce, w którym się urodził, musiało jednak odcisnąć na nim silne piętno nie tylko z powodu sentymentu do Żeromskiego. Od początku stanowiło pożywkę literacką dla twórczości. Już jako szesnastoletni uczeń kieleckiego Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Mikołaja Reja zadebiutował Herling-Grudziński reportażem „Świętokrzyżczyzna” opublikowanym na łamach „Kuźni Młodych”. A Włodzimierz Bolecki, bodaj najwybitniejszy znawca tejże twórczości, pisał wprost: 

„Z pamięci o Ciemnym Stawie i Olchowej Grobli w Suchedniowie uczynił Herling mikrokosmos prywatnej mitologii, z figury Kamiennego Pielgrzyma – makrokosmos historii ludzkości, symboliczny skrót losu człowieka. W obu odnalazł formułę własnej twórczości, sens i powołanie literatury”.

Znalazł je szybko. Kiedy dwa lata później, w 1937 r., rozpoczął studia na polonistyce Uniwersytetu Warszawskiego, niemal natychmiast podjął współpracę z takimi pismami jak „Arka”, „Ateneum”, „Nasz Wyraz”, „Orka na Ugorze” (był tu kierownikiem literackim), „Pion” i „Pióro”. Lista ta musi robić wrażenie. Wynika z niej bowiem, że młody Herling pisał niemal bez przerwy. Choć wynikało to z pewnością również z powodów finansowych, to chyba jednak nie tylko. 

Od pierwszych miesięcy studiów wykazywał dużą aktywność w uniwersyteckich, i nie tylko, środowiskach literackich. Należał np. do Koła Polonistów prowadzonego przez Ludwika Frydego, gdzie wykuwały się osobowości późniejszych krytyków literackich. i to wykuwały od razu w wysokiej temperaturze, bo na warsztat brano tam tak poważne i gorące wówczas tematy, jak Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz, Maria Dąbrowska czy Bruno Schulz. W ciągu dwóch lat, jakie dzieliły go od wybuchu wojny, zdążył opublikować około trzydziestu tekstów krytyczno-literackich. Sam mówił o nich lekceważąco, ale raczej przesadzał. Wnikliwie analizował Miłosza, ciekawie recenzował „Ferdydurke” Gombrowicza, pracował też nad studium o polskiej literaturze ludowej, przygotowane dla „Wiedzy i Życia”. A miał wówczas zaledwie dwadzieścia lat.

Tę dość błyskotliwie rozpoczynającą się karierę przerwał wybuch wojny. Z nie do końca jasnych powodów nie brał udziału w wojnie obronnej 1939 r., nie znaczy to jednak, że nie zamierzał walczyć. Przeciwnie, już w połowie października wraz z kolegami założył jedną z pierwszych konspiracyjnych organizacji niepodległościowych PLAN, czyli Polską Ludową Akcję Niepodległościową; współredagował pierwsze numery jej organu prasowego: „Biuletynu Polskiego”. Chyba jednak nie do końca miał temperament konspiratora. Już w grudniu tamtego roku podjął próbę ucieczki z okupowanego kraju na Zachód, gdzie – jak założył – miałoby mu się udać wstąpić do którejś z walczących z Niemcami armii. Wiedział, że ucieczka bezpośrednio w kierunku zachodnim nie będzie możliwa z oczywistych powodów; zdecydował, że droga okrężna, przez tereny zajęte przez Rosjan, będzie mniej szczelna – poza tym na wschodzie, a konkretnie we Lwowie, miał swoje kontakty, nawiasem mówiąc, zorganizowane przez Marię Dąbrowską. Niemal nikt też jeszcze wówczas nie przypuszczał, że rosyjska okupacja może być równie mordercza jak niemiecka.

Początkowo pomysł się sprawdzał. Granicę przekroczył bez problemów, równie łatwo dostał się do Białegostoku, a następnie do Lwowa, gdzie poznał osobiście Marię Dąbrowską. Jak zanotował:

„Mieszkała ze Stanisławem Stempowskim u swojej przyjaciółki Stanisławy Blumenfeldowej, kobiety uroczej i inteligentnej, energii przedwojennego Lwowa literackiego. Długa rozmowa z Dąbrowską i Stempowskim była dla mnie balsamem w ówczesnym Lwowie, na sowieckim poligonie +literackim+, który nowa władza stworzyła z zamiarem selekcji ludzi +dyspozycyjnych+, zalęknionych, gotowych lub przynajmniej skłonnych do serwilizmu, zobojętniałych na klęskę wrześniową, zerkających coraz otwarciej ku +Czerwonemu Sztandarowi+ zatkniętemu na +trupie sanacyjnej Polski+”.

Ze Lwowa przedostał się do Grodna. W tym mieście zabawił dłużej, usiłując zorganizować sobie przerzut na Litwę, a następnie dalej na północ, zapewne w kierunku Skandynawii. 

„Znalazłem wreszcie dzięki pożyczkom dwóch przemytników gotowych do przerzucenia mnie na Litwę. Jeden z nich nazywał się Mickiewicz. Pod takimi auspicjami zaczęła się moja +Droga do Rosji+. Nasza furka wyminęła rogatki Grodna o północy i ujechała zaledwie dziesięć kilometrów. Samochód policyjny dognał ją w pustym polu, gdzie podobne operacje nie zwracały niczyjej uwagi. Mój Mickiewicz był na usługach NKWD” – pisał w opowiadaniu „Godzina cieni”. W innym miejscu dopowiadał dalszy ciąg tej historii:

„Dopiero pod koniec października z celi, liczącej dwieście osób, wywołano pięćdziesięciu więźniów na odczytanie wyroków. Szedłem do kancelarii obojętnie, bez śladów podniecenia. Śledztwo w mojej sprawie zakończyło się już dawniej, w więzieniu grodzieńskim; nie zachowałem się na nim wzorowo, o nie! – i do dziś jeszcze podziwiam moich więziennych znajomych, którzy mieli odwagę prowadzić z sowieckimi sędziami śledczymi finezyjną szermierkę dialektyczną, pełną celnych ukłuć i błyskawicznych ripost. Odpowiadałem na pytania krótko i wprost, nie czekając, aż rozgorączkowana wyobraźnia heroiczna podsunie mi na schodach, w drodze powrotnej do celi, dumne wersety z katechizmu męczeństwa polskiego. Jedyne, czego pragnąłem, to spać, spać i jeszcze raz spać. Nie umiem fizycznie opanować dwóch rzeczy: przerwanego snu i pełnego pęcherza. Obie groziły mi jednocześnie, gdy przebudzony wśród nocy siadałem na twardym stołku naprzeciwko sędziego śledczego, zwróciwszy twarz prosto w kierunku żarówki o niesamowitej mocy”.

W całym tym nieszczęściu miał i tak sporo szczęścia. Jeśli wierzyć jego wspomnieniom, początkowo z powodu oficerskich butów, które miał na nogach, a także zbieżności brzmienia nazwiska z nazwiskiem pewnego niemieckiego generała, uznano go za „polskiego oficera na usługach niemieckiego wywiadu”. Był to jednak zarzut zbyt absurdalny nawet dla sowieckich śledczych i ostatecznie oskarżenie zredukowano do nielegalnego przekroczenia granicy. A konkretnie: „Zamiaru przekroczenia granicy sowiecko-litewskiej, aby prowadzić walkę ze Związkiem Sowieckim”. Kiedy zapytał, czy nie dałoby się zmienić w oskarżeniu Związku Sowieckiego na Niemcy, odpowiedziano mu: „To wychodzi na jedno”. Zasądzono mu pięć lat łagru.

Z Jercewa pod Monte Cassino

Początkowo siedział w Witebsku, następnie przez Leningrad trafił do Wołgogradu, do obozu w Jercewie w systemie obozów kargopolskich. To właśnie tam obserwował stopniową degradację ludzkiej natury, pod wpływem nieludzkich warunków prowadzącą go do konkluzji, że człowiek pozostaje ludzki tylko do tego momentu, gdy pozwala mu się po ludzku żyć. Inaczej mówiąc – nie istnieje żadne obiektywne zło, a ocena moralna zawsze zależy wyłącznie od miejsca obserwacji. Ponurą puentą tych rozmyślań jest epilog „Innego świata”, w którym – już po uwolnieniu – pewien współwięzień opowiada mu o tym, jak wydał na śmierć czterech towarzyszy, by samemu zachować życie. Prosi Herlinga tylko o to, by powiedział jedno słowo: „Rozumiem”.

„Może wymówiłbym bez trudu to jedno słowo nazajutrz po zwolnieniu z obozu. Może… Miałem już jednak za sobą trzy lata wolności, trzy lata wędrówek wojennych, udziału w bitwach, normalnych uczuć, miłości, przyjaźni, życzliwości… Dni naszego życia nie są podobne do dni naszej śmierci i prawa naszego życia nie są również prawami naszej śmierci. Wróciłem z takim trudem między ludzi i miałbym teraz od nich dobrowolnie uciekać? Nie, nie mogłem wymówić tego słowa” – wspominał, choć w ostatnim zdaniu wyraźnie brakowało innego słowa: „już”.

Po podpisaniu w Londynie układu Sikorski-Majski 30 lipca 1941 r. tak jak wszystkich Polaków w Rosji objęła go amnestia. Właściwie nie do końca wszystkich – jedynie Polaków narodowości polskiej, nie zaś polskiego obywatelstwa; w łagrach pozostali więc urodzeni w Polsce Żydzi, Ukraińcy, Litwini i inni. Herling należał jednak do pierwszej kategorii, więc teoretycznie powinien zostać zwolniony natychmiast. Kiedy więc zwolnienie nie nadchodziło, on i kilku innych Polaków w podobnej sytuacji zdecydowało się na rozpoczęcie głodówki. Mieli szczęście. W nowym układzie politycznym Rosjanie naprawdę zmienili nastawienie wobec Polaków – w przeciwnym razie z pewnością zostaliby bezceremonialnie rozstrzelani. Tymczasem po tygodniu głodu, 20 stycznia 1942 r., udało im się uzyskać zwolnienie. 

Byli schorowani, osłabieni i nie mieli grosza przy duszy. Musieli więc żebrać, liczyć na przypadkowy poczęstunek, sypiać w halach dworcowych i na peronach. A był to środek rosyjskiej zimy. Po trwającej półtora miesiąca podróży w takich warunkach udało się jednak Grudzińskiemu dotrzeć do miejscowości Ługowoje w południowym Kazachstanie, gdzie zaciągnął się do 10. Pułku Artylerii Armii Polskiej gen. Władysława Andersa. 

„2 kwietnia spałem już na piaszczystej plaży w Pahlevi, poza granicami kraju, w którym – jak czytam w moim dzienniczku – można zwątpić w człowieka i sens walki o to, aby mu było lepiej na ziemi” – zapisał.

Kolejne lata jego życia tym tylko różniły się od życia innych żołnierzy armii Andersa, że zaczął znów publikować w pismach wojskowych: „Kurierze Polskim w Bagdadzie”, jerozolimskim miesięczniku „W Drodze”, w „Dzienniku Żołnierza APW” oraz w „Ochotniczce”. Walczył w Iraku, Palestynie i Egipcie, by stamtąd przedostać się do Włoch. Mimo udziału w bitwach udało mu się uniknąć poważniejszych ran – znacznie gorszy okazał się dla niego tyfus, którym zaraził się na początku 1944 r. i po którego wyleczeniu rekonwalescencja zajęła mu kilka miesięcy.

To prawdopodobnie wtedy właśnie zakochał się we Włoszech, które na długie lata stały się jego drugą ojczyzną. Tymczasem jednak czekała go jeszcze jedna wielka bitwa, pod Monte Cassino, w której brał udział jako telegrafista 3. Dywizji Strzelców Karpackich. Walczył z pewnością dzielnie, skoro otrzymał Order Virtuti Militari – ale chyba bez większego przekonania. Herling-Grudziński bił się jako prosty żołnierz, ale w rzeczywistości był bystrym obserwatorem sytuacji międzynarodowej. W Polsce nikt zapewne nie wiedział o ustaleniach konferencji w Teheranie, z których wynikało, że po pokonaniu Niemiec Polska i tak pozostanie w strefie ścisłych wpływów sowieckiej Rosji – żołnierze armii Andersa zdawali sobie jednak z tego sprawę. Jak wspominał Herling-Grudziński:

„Kiedy dowiedzieliśmy się o naszych klęskach politycznych, to znaczy po Teheranie i po Jałcie, wtedy zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że już nie wrócimy do kraju. Jeszcze przed bitwą pod Monte Cassino pojawił się ten problem. A mianowicie, czy mamy bić się nadal, czy w ogóle już się nie bić? Myśmy bardzo pilnowali, żeby nie stać się płatnymi kondotierami”.

Jak wiadomo, zdecydowali się walczyć dalej, ale robili to już ze świadomością, że nawet w przypadku zwycięstwa pozostaną emigrantami. Dla Herlinga było już jasne, że w takim przypadku pozostanie we Włoszech. Nigdy nie żałował tego wyboru.

„Ważne było to, że ja po prostu zakochałem się we Włoszech. To był mój wybrany kraj. Gdy w nim zostałem po wojnie z moją pierwszą żoną Krystyną, i gdy z Giedroyciem założyliśmy tu +Kulturę+, byłem po prostu szczęśliwy, że mieszkam we Włoszech” – wspominał po latach.

Kultura na emigracji

Herling-Grudziński pisał o Jerzym Giedroyciu i rzeczywiście wraz z nim już w 1946 r. w Rzymie założył Instytut Literacki i współredagował pierwsze numery słynnej później „Kultury” (początkowo, od 1947 r., ukazywała się jako kwartalnik). Jednocześnie zarabiał, współpracując z londyńskimi „Wiadomościami”, a zwłaszcza organem prasowym 2. Korpusu „Orłem Białym”. Jak pisał:

„Irak, Palestyna, Włochy – to był okres świetności +Orła+. Pamiętam, z jaką niecierpliwością oczekiwano każdego nowego numeru w oddziałach, jak podawano go sobie w namiotach z rąk do rąk, dyskutując ważniejsze artykuły. Tygodnik był żywy, wojowniczy, niezależny”. 

W 1947 r. zdecydował się opuścić Rzym – wiadomo, że doszło wówczas do jakiegoś konfliktu między nim a Giedroyciem, który spowodował, że na kilka lat zerwali współpracę, a nawet kontakty osobiste. Jak opowiadał Herling:

„To był czas, gdy powstawał w Rzymie Instytut Literacki i gdy wyszedł pierwszy rzymski numer +Kultury+, w której pracach założycielskich brałem udział. Wkrótce potem, pomiędzy mną a Jerzym Giedroyciem zarysował się – nazwijmy to tak – konflikt. W dużym stopniu stało się to z mojej winy i w dużym stopniu zadecydowały tu sprawy osobiste. W rezultacie wyjechałem do Londynu i moja współpraca z Jerzym ustała na kilka lat. W 1955 r., po trzech latach pobytu w Monachium i pracy w Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, przeniosłem się do Neapolu. I wówczas moim pierwszym utworem napisanym w Neapolu było opowiadanie +Książę niezłomny+. Posłałem je do Jerzego Giedroycia i w ten sposób nawiązaliśmy na nowo współpracę”.

Grudziński sam streścił tu kolejne lata swojego życia. W 1947 r. wyjechał do Londynu, co jednak finalnie okazało się pomysłem chybionym. Po pierwsze, emigracja polska jak zwykle była nieznośnie skłócona, a niezależnie myślący Herling zupełnie nie mógł wpasować się w jej atmosferę. Po drugie zaś – w Londynie po prostu brakowało pieniędzy, nawet jeśli wciąż publikował w „Wiadomościach”.

„Polski Londyn był strasznie biedny. Podkreślam to zawsze, gdy porównuję nas z emigracją po roku 1968. Myśmy żyli w wielkiej, niekiedy strasznej nędzy”.

Mimo to spędził w Londynie pięć kolejnych lat. Jeszcze w 1947 r. opublikował w „Wiadomościach” tekst „Zabójca Stalina” – będący fragmentem „Innego świata” (noszącego pierwotnie tytuł „Martwi za życia”), cała zaś książka, pod angielskim tytułem „A World Apart: a Memoir of the Gulag”, ukazała się tam w roku 1951 w tłumaczeniu Andrzeja Ciołkosza. Z miejsca wzbudziła sensację.
 
„Według mnie książka ta powinna zostać wydana i czytana we wszystkich krajach, i to zarówno ze względu na to, co stanowi jej temat, jak i na jej wymowę” – pisał w liście do autora Albert Camus, który osobiście podejmował się znaleźć dla niej francuskiego wydawcę. Jeszcze więcej napisał o niej Bertrand Russell (autor przedmowy do pierwszego wydania):

„Zarówno komuniści, jak i hitlerowcy wykazali tragicznie, że w dużym odłamie ludzkości istnieje impuls do zadawania tortur, który wymaga tylko sposobności, aby się odsłonić w całej, nagiej potworności. Ale nie sądzę, by można było to zło uleczyć ślepą nienawiścią do jego sprawców. Doprowadziłoby to nas tylko do tego, że stalibyśmy się tacy sami jak oni. I choć wysiłek nie jest łatwy, trzeba spróbować – czytając taką książkę jak ta – zrozumieć warunki, które obracają ludzi w potwory”.

Powieść wkrótce doczekała się wielu wydań w tłumaczeniach na różne języki, szybko wchodząc do kanonu literatury obozowej. Bo początkowo to właśnie doceniono w niej najbardziej – dokument okrucieństwa systemu sowieckiego, w tamtych latach jeszcze w zasadzie nieznany i ginący w tle hitlerowskich obozów zagłady. Dopiero po pewnym czasie doceniono jego psychologiczną wielowarstwowość i fakt, że jest w zasadzie reportażem z dehumanizacji jednostki w zetknięciu z nieludzkim systemem. Z zupełnie innej perspektywy, ale relacja Herlinga-Grudzińskiego dobrze korespondowała z teorią o „banalności zła” Hannah Arendt. A dopiero później, znacznie później, doceniono wartość czysto literacką dzieła: lekkość opowiadania historii i mistrzowskie żonglowanie odniesieniami do takich klasyków jak Dostojewski, Dante, Remarque i, rzecz jasna, Żeromski.

I zwłaszcza to ostatnie stanie się bardzo charakterystyczną cechą pisarstwa Herlinga-Grudzińskiego. Był – jak wspominał Jerzy Paszek – „przeżuwaczem książek”. Nigdy nie stał się pisarzem, który ufał w siłę własnej wyobraźni. Był raczej nieprawdopodobnym erudytą, który swoje historie kompilował z zapożyczeń i mrugnięć okiem do innych dzieł literackich, faktów historycznych, realnych biografii. Był trochę reporterem w bibliotece – tak jak reporter nie opisuje w stu procentach wszystkiego, co zobaczy i usłyszy, lecz daje czytelnikowi materiał już przetworzony; czasem podkoloryzowany, czasem udramatyzowany, kiedy indziej kilka historii sklei w jedną, by celniej oddać uniwersalny sens opowieści. Tak samo Herling-Grudziński – miał coś do powiedzenia, a językiem tej opowieści była literatura całego świata, której znawcą był wybitnym. I pewnie właśnie dlatego, choć jego książki i opowiadania powstawały w taki, a nie inny sposób, pozostają dziełami oryginalnymi.

Totalitarna dominanta

W 1951 r. pisał jeszcze niewiele dłuższych form. Nie miał pieniędzy, czas wypełniało mu więc pisanie zarobkowe: eseje, recenzje… Wszystko to, co mogło mu przynieść szybki dopływ gotówki. Sytuacja ta nie zmieniła się bynajmniej po wydaniu „Innego świata”. Prawdopodobnie właśnie z powodów finansowych zdecydował się wyjechać z Londynu i na trzy kolejne lata osiąść w Monachium, gdzie dostał pracę w sekcji polskiej Radia Wolna Europa. Nie wiadomo, czy planował wrócić do Londynu, ale z pewnością tego nie zrobił – kilka tygodni po jego wyjeździe do Monachium jego żona Krystyna popełniła samobójstwo. Nic tam na niego już nie czekało.

Okres monachijski nie przyniósł ważnych literackich objawień. Te zaczęły się pojawiać dopiero, gdy pisarz ponownie i ostatecznie przeprowadził się do Włoch, do Neapolu. Tam wkrótce ożenił się z Lidią – córką włoskiego filozofa Benedetta Crocego – a jego sytuacja finansowa stała się zapewne na tyle stabilna, by mógł pozwolić sobie na tworzenie. Efektem tego było oparte na motywie Złożenia do Grobu opowiadanie „Wieża”, które w połączeniu z „Pietà dell’Isola” tworzy dyptyk wydany pod tłumaczącym taką właśnie formę tytułem „Skrzydła ołtarza” (to drugie opiera się na motywie Zmartwychwstania). Kolejnym ważnym dziełem literackim opublikowanym przez Herlinga-Grudzińskiego było opowiadanie „Książę niezłomny” podejmujące temat emigracji, zarówno tej dosłownej, jak i wewnętrznej. Wszystkie te teksty były wielokrotnie nagradzane i sprawiły, że nazwisko Herlinga-Grudzińskiego stawało się coraz głośniejsze. Po wydaniu „Wieży” Jerzy Stempowski pisał:

„Wyjście z zaczarowanego koła konwencji literackiej stało się w obecnych warunkach niezbędnym krokiem wstępnym do stworzenia jakiejś metody opisu i porządkowania naszych doświadczeń [pokolenia, które przeżyło wojnę – przyp. red.] Nie jest też zapewne rzeczą przypadku, że poszukiwaniem takiej metody zajął się Gustaw Herling-Grudziński, który, zanim zaczął pisać, był na zesłaniu w Rosji i wojował w różnych krajach, usiłując wciąż notować i porządkować swe wrażenia”.

„Wieża” oceniana była wyżej, ale „Książę niezłomny” miał jeszcze ten atut, że dzięki niemu pisarz nawiązał ponownie współpracę z Jerzym Giedroyciem. W prowadzonej przez niego „Kulturze” publikował regularnie, od 1966 r. zaś raz na dwa miesiące, przez miesiąc, przebywał w Paryżu, współpracując przy redagowaniu pisma. I to właśnie na łamach „Kultury” w czerwcu 1971 r. rozpoczął publikowanie swojego „Dziennika pisanego nocą”, którego kolejne tomy (pięć) stały się drugim, po „Innym świecie” – choć niektórzy przyznają jemu właśnie palmę pierwszeństwa – życiowym osiągnięciem Herlinga. Jak pisał Jerzy Paszek:

„To wielogatunkowe dzieło (diariusz, esej, fikcja) niewątpliwie wzbogaca obraz autora +Innego świata+ i +Skrzydeł ołtarza+. Mówi czytelnikowi o Europie ostatniego ćwierćwiecza widzianej oczami kogoś, kto na własnej skórze zaznał Wielkiej Przemiany, jaką Europie szykowała komunistyczna Utopia. Nic dziwnego, że w esejach i w +Dzienniku+ temat rosyjski i sowiecki jest najwyraźniejszą dominantą, najdobitniejszym głosem”.

Zgadza się z tą opinią również Barbara Zielińska, która jednak rozszerza kanon obsesji pisarza:

„Jest to przede wszystkim totalitaryzm, i to w wersji nie tyle +brunatnej+, co +czerwonej+, komentarze do socjalizmu realnego, do koncepcji +historycznej konieczności<+ [przewidywanego zwycięstwa komunizmu na świecie i daremnej walki z tą ideologią], dalej – włoski terroryzm współczesny, rosyjski terroryzm XIX wieku, nihilizm, wreszcie kwestia determinizmu i odpowiedzialności”.

Choć dla Polski robił wiele, zarówno samym rozwijaniem polskiej kultury emigracyjnej, jak i czysto praktycznie – pośrednicząc w kontaktach między zachodnimi dziennikarzami a polską opozycją polityczną – w Polsce do końca lat siedemdziesiątych pozostawał niemal nieznany. Dopiero w 1978 r. w ofercie wydawnictw drugiego obiegu, m.in. Niezależnej Oficynie Wydawniczej czy Krakowskiej Oficynie Studentów, zaczęły pojawiać się tomy jego opowiadań i esejów. Uruchomiło to lawinę herlingowską. Od 1983 r. jego opowiadania drukuje pismo „W Drodze”, a w roku 1985 krakowski kwartalnik „Arka” przyznał mu honorową nagrodę z okazji pięćdziesięciolecia pracy pisarskiej. Od 1988 r. wszystkie jego dzieła zaczynają stopniowo się ukazywać w obiegu już oficjalnym. Bardzo znamienne, że „Inny świat” ukazał się w roku 1989.

Od tego momentu Gustaw Herling-Grudziński był już stale obecny w krajobrazie polskiej literatury, i to z miejsca na dwóch poziomach. Na jednym z nich był uznanym klasykiem, którego „Inny świat” był szkolną lekturą, a „Dziennik pisany nocą” i opowiadania stawały się podstawą uniwersyteckich analiz, na drugim zaś wciąż płodnym autorem: „Portret wenecki”, „Gorący oddech pustyni” czy „Podzwonne dla dzwonnika” były nad Wisłą całkiem popularnymi lekturami. 

Ta ostatnia książka ukazała się w roku śmierci pisarza. Zmarł 4 lipca 2000 r. w swoim ukochanym Neapolu.


Na podstawie:
J. Paszek, „Gustaw Herling-Grudziński”, Katowice 1992
W. Bolecki, „Ciemna miłość. Szkice do portretu Gustawa Herlinga-Grudzińskiego”, Kraków 2005
G. Herling-Grudziński, W. Bolecki, „Rozmowy w Dragonei”, Warszawa 1997
K. Janowska, P. Mucharski, „Rozmowy na koniec wieku”, t. 2, Kraków 1998


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The strategic significance of journalist expulsions by US and China

The strategic significance of journalist expulsions by US and China

ALEXANDER B. PEVZNER


Both countries would be wise to remember that no hostility lasts forever, as demonstrated by the gradual improvement in China’s relations with (and media coverage of) Japan.

U.S. President Donald Trump shakes hands with Chinese Vice Premier Liu He during a signing ceremony for “phase one” of the U.S.-China trade agreement in the East Room of the White House in Washington, U.S., January 15, 2020 / (photo credit: KEVIN LAMARQUE/REUTERS)

In mid-March 2011, I met in Beijing with the Israeli ambassador to China and a very senior Chinese media editor. This was after a major earthquake and tsunami on March 11 caused damage to the Fukushima Daiichi nuclear plant, and as the two sessions – the National People’s Congress (NPC) and the Chinese People’s Political Consultative Conference (CPPCC) – drew to a close.

The editor was telling us how he and other CPPCC delegates were listening anxiously to then-Chinese premier Wen Jiabao at the closing press conference on March 14.

“We were hoping to hear the premier express sympathy with the Japanese people” after the nuclear disaster, the editor said. (At the time, Wen did extend condolences to Japan and offered to send help).

The year 2011 was a bad one for China-Japan relations, with angry anti-Japanese protests in Beijing and studios churning out anti-Japanese movies by the hundreds. So Wen’s statement was a mildly bold move.
In the following years, China-Japan ties would sink further still, until being resuscitated by US President Trump’s “trade war” against China. Still, the aforementioned incident offers a lesson for US-China relations, especially for the role of media.

In recent months, China and the US engaged in an unprecedented series of tit-for-tat expulsions of journalists, hammering the relationship to a nadir not seen in decades, and reflecting the breakdown of trust between the strategic rivals exacerbated by the coronavirus pandemic.

After the Trump administration identified five Chinese government-owned media outlets as foreign missions, and after The Wall Street Journal ran an opinion essay February 3 titled, “China Is the Real Sick Man of Asia,” China revoked the credentials of three WSJ reporters, the first time that China had expelled a credentialed foreign correspondent since 1998.

In recent years, pressured by an increasingly nationalistic public, China has taken to shortening the lengths of journalist visas or withholding them altogether as retaliation against critical coverage by foreign media, according to the Foreign Correspondents’ Club of China. In retaliation, the US on March 2 cut the quota the five media outlets allowed to employ to a maximum 100 Chinese nationals, effectively expelling 60 reporters.

China’s next move was unfortunate but predictable. On March 18, the Foreign Ministry said that US journalists working with The New York Times, The Wall Street Journal and The Washington Post whose press credentials were due to expire before the end of 2020, would be required to hand back their press cards, effectively forcing a dozen or more reporters to leave the country.

China also revoked the permits of at least six Chinese nationals employed at foreign media as assistants. Chinese nationals aren’t allowed to work for foreign media as journalists, but in reality, Chinese staffers at foreign media bureaus conduct important journalistic work, providing crucial language skills and cultural nuance to foreign reporters.

FOREIGN OUTLETS that send journalists to China are those whose readers are interested in a more nuanced perspective that can only be obtained on the ground. China is acutely aware of the advantage possessed by foreign, especially Anglophone media, and Xi Jinping has urged the Chinese media to “tell China’s story well” in an effort to boost its global image. In the absence of experienced American journalists on the ground, the China story will be shredded in the “Washington spin cycle,” as The New York Times put it.

Some say China feels Western media has outlived its usefulness. That is unlikely. Rather, the increasing assertiveness of Chinese diplomacy indicates the enormous public pressure on the Chinese government. As Foreign Ministry spokesperson Geng Shuang said on March 18, “China is compelled to make such countermeasures.”

Western diplomats were taken aback on March 12, when another Foreign Ministry spokesman, Zhao Lijian, tweeted a claim that the US military might have brought the coronavirus to Wuhan. In fact, both sides peddle conspiracy theories on the origin of the virus, but it is clear Zhao enjoys strong support from the Chinese public.

Some in China are critical of this more strident tone. Mme. Fu Ying, former vice foreign minister and one of China’s most astute diplomats, published an op-ed on April 2 in the People’s Daily, the official publication of the Chinese Communist Party, calling for greater sophistication. As Fu, who is currently vice-chair of the Foreign Affairs Committee of the National People’s Congress put it, to convincingly tell China’s story to foreign publics, there is a need for a more diversified approach.

THE US IS also a loser in this “race to the bottom.” By simply casting Chinese reporters as “propagandists,” the US misses an opportunity to influence China directly. Despite the professional straitjacket imposed on them by the state, Chinese journalists can actually act as an important bridge between the US and China.

It is true that Chinese reporters must report largely within party-proscribed limits, and with the US-China bilateral ties in tatters, the media simply reflect the realities of the relationship. But even Chinese journalists have agency, and can write non-political stories that reflect empathy. The nearly 370,000 Chinese students currently enrolled in the US attest to the limits of “Chinese propaganda.”

Israel’s example can be illuminating. China has broad economic and energy interests in the Middle East, so the Chinese narrative prioritizes relationships with the Arab and Muslim world. Chinese media frequently criticize Israel’s position on Palestine, but Chinese journalists based in Israel also write sympathetic stories about regular people caught in the conflict on both sides of the divide, in addition to numerous positive articles about Israeli innovation. Most importantly, they have the opportunity to directly interact with Israel’s government and society.

The Trump administration also inveighed against Chinese media’s involvement in intelligence operations in the US. Quite different from spying, China does have an internal system of reporting called neican, by which Chinese journalists write reports for internal publication on subjects deemed too sensitive for public consumption and intended for the eyes of the senior leadership only.

For example, during the tense days of demonstrations in Hong Kong in the summer of 2019, with Chinese troops conducting anti-riot exercises across the border in Shenzhen, it was practically certain that Chinese journalists were quietly sounding their DC sources for a potential US reaction to an escalation in Hong Kong. This would have provided a real-time corrective for Chinese policymakers.

With the breakdown of trust over the origins of COVID-19, and the approaching US presidential elections, journalist expulsions will likely not be the last counterproductive moves the US and China make. Both countries would be wise to remember that no hostility lasts forever, as demonstrated by the gradual improvement in China’s relations with (and media coverage of) Japan.


The writer is founding director of Israel’s Chinese Media Center at the College of Management Academic Studies, and a fellow at the Jerusalem Institute for Strategy and Security.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com