Archive | 2024/04/13

„Katyń: zbrodnia bez sądu i kary” – ponad 80 lat poszukiwania prawdy o sowieckim ludobójstwie

Pod tablicą upamiętniającą zbrodnię katyńska umieszczono kilka guzików, które Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa podarowała szczecińskiemu Stowarzyszeniu „Katyń”. Guziki pochodzą z ekshumacji przeprowadzanych w latach 1995-96. Szczecin, 2007 r. Fot. PAP/J. Undro


„Katyń: zbrodnia bez sądu i kary” – ponad 80 lat poszukiwania prawdy o sowieckim ludobójstwie

Michał Szukała


Jak kropla po kropli wydrążyć może kamień, tak samo lat trzeba na to, aby zdobyć jakąś prawdę o Sowietach, którą władze chce ukryć – napisał jeden z pierwszych badaczy zbrodni katyńskiej Józef Mackiewicz. Wybitny pisarz przewidział, że dotarcie do prawdy o masakrze z 1940 r. może zająć wiele dekad.

Polscy oficerowie jako przedstawiciele elity intelektualnej i państwowej byli mordowani już w pierwszych godzinach po sowieckiej agresji z 17 września. W październiku 1939 r. część wziętych do niewoli postawiono przed sowieckim wymiarem sprawiedliwości. W uzasadnieniu jednego z wyroków podkreślono: „Będąc wrogo nastawionym do władzy sowieckiej i partii komunistycznej, 20 września 1939 r. jako porucznik byłego Wojska Polskiego, w momencie wkroczenia pierwszego radzieckiego czołgu do Grodna, zorganizował z zamiarem przejęcia władzy uzbrojoną grupę spośród oficerów, żołnierzy byłego Wojska Polskiego i studentów, w ilości 50 osób do walki przeciwko władzy radzieckiej i Armii Czerwonej”. W przeciwieństwie do tych jawnie podejmowanych aktów terroru decyzja o wymordowaniu przedstawicieli polskich elit na zawsze miała pozostać tajemnicą wąskiego kręgu Biura Politycznego KC WKP(b).

Pierwsze rysy na budowanej od 5 marca 1940 r. zmowie milczenia pojawiły się już latem 1941 r. 14 sierpnia podpisana została polsko-sowiecka umowa o tworzeniu oddziałów Polskich Sił Zbrojnych na terenie ZSRS. Ich bazą rekrutacyjną mieli być obywatele RP „amnestionowani” w wyniku umowy Sikorski-Majski. Bardzo szybko okazało się, że liczba oficerów zgłaszających się do miejsc rekrutacji jest bardzo niewielka. Józefowi Czapskiemu, jednemu z nielicznych ocalałych z obozu w Starobielsku, powierzono zadanie odnalezienia towarzyszy niewoli oraz jeńców z dwóch pozostałych obozów. Czapski stanął na czele Biura Opieki. Prowadząc swoiste śledztwo, rozmawiał nie tylko z polskimi jeńcami i więźniami łagrów, ale również sowieckimi urzędnikami i enkawudzistami. Część z nich sugerowała, że zaginieni jeńcy zostali wysłani na najdalsze wyspy na Morzu Arktycznym. Podobne przekonanie wyrażała część towarzyszy niewoli, którzy uniknęli śmierci.

W tym samym czasie dowódcy tworzącej się armii oraz ambasador RP Stanisław Kot interweniowali u władz ZSRS. W odpowiedzi słyszeli niewiarygodne wersje wydarzeń, takie jak opowieść o ucieczce polskich jeńców do Rumunii. Do historii przeszła wymiana zdań między gen. Sikorskim a Stalinem podczas rozmów w grudniu 1941 r. Na pytanie polskiego premiera sowiecki dyktator stwierdził, że tysiące polskich jeńców uciekło do Mandżurii. Wiosną 1942 r. polskie władze zwróciły się do Brytyjczyków o wsparcie w poszukiwaniach. Szef brytyjskiego MSZ Anthony Eden zabronił dyplomatom angażować się w narastający m.in. wokół tej sprawy konflikt polsko-sowiecki. Kwestia ta pojawiła się jednak w raporcie przygotowanym dla Ministerstwa Wojny przez ppłk. Lesliego Hullsa: „Uwięzieni w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie po prostu znikli bez śladu (w łącznej liczbie 8300). Od 1940 r. nikt o nich nie słyszał i mimo obietnicy złożonej osobiście przez Stalina gen. Sikorskiemu i gen. Andersowi los tych oficerów pozostaje całkowitą tajemnicą”.

Sprawa wydawała się tym bardziej tajemnicza z powodu meldunków wywiadu Armii Krajowej, który nie posiadał żadnych informacji o ewentualnym przekazaniu tych jeńców stronie niemieckiej. Kontakty z rodzinami zaginionych wskazywały, że żaden z nich nie uciekł do rodziny zamieszkałej na terenie okupacji niemieckiej.

Badający zaginięcie swoich kolegów systematycznie zbliżali się do prawdy. Ważne zeznania złożył więzień Starobielska por. Bronisław Młynarski, który powiedział, że między 5 a 26 kwietnia z obozu w nieznanym kierunku wywożono polskich jeńców. Jeszcze pełniejszą, anonimową relację złożył Stanisław Swianiewicz, który opisał swoją podróż do stacji w Kozielsku i oddzielenie od pozostałych kolegów, którzy zostali wywiezieni w głąb lasu autobusami z zamalowanymi szybami.

Wiosną 1942 r. część prawdy o losach polskich jeńców nieświadomie odkryli polscy robotnicy przymusowi, którzy dowiedzieli się o kaźni od miejscowych mieszkańców. „Ziemia jest jeszcze zamarznięta, ale nie muszą głęboko kopać. Wystarczy ściągnąć wierzchnią warstwę poszycia, by łopata zaplątała się w wojskowy płaszcz” – wspominał pochodzący z Warszawy Henryk Troszczyński. Ustawiony przez nich drewniany krzyż prawdopodobnie był jedną ze wskazówek, która doprowadziła Niemców do miejsca mordu.

„Wiadomości – rano o znalezieniu przez Niemców pod Smoleńskiem grobu 11 tys. Polaków zamordowanych przez bolszewików” – zapisano w „Dzienniku czynności Prezydenta RP Władysława Raczkiewicza” pod datą 13 kwietnia 1943 r. Dwa dni później w „Dzienniku Polskim” ukazał się artykuł podsumowujący dotychczasowe wieści przekazywane przez Niemców. Już jego tytuł wskazywał, że podstawowym żądaniem władz RP jest ujawnienie wszystkich okoliczności zbrodni: „Sprawa zaginionych oficerów polskich. Huraganowy ogień propagandy niemieckiej – nakaz ujawnienia prawdy Kozielska i Starobielska”. Tego samego dnia premier Sikorski i ambasador Edward Raczyński zostali przyjęci przez premiera Wielkiej Brytanii. Winston Churchill zaznaczył, że niemiecka propaganda może tym razem mówić prawdę. „Wiem, do czego bolszewicy są zdolni i jak umieją być okrutni, wszystko to znam i liczne wasze trudności rozumiem. Często bardzo podzielam wasze stanowisko. Inna atoli polityka nie jest możliwa. Obowiązkiem naszym bowiem jest tak postępować, by uratować postawione przez nas cele zasadnicze i najskuteczniej im służyć” – podkreślił. Słowa Churchilla, w których przedkładał interes koalicji ponad wyjaśnienie okoliczności zbrodni, wyznaczyły stosunek Wielkiej Brytanii do kwestii katyńskiej.

Wbrew opinii swojego sojusznika rząd RP zwrócił się z prośbą o wyjaśnienie sprawy do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Podobną prośbę wystosowała działająca pod okupacją niemiecką Rada Główna Opiekuńcza. Rząd zwrócił się również do Stolicy Apostolskiej. Rozpoczęto też systematyczne zbieranie relacji napływających od Polaków przyjeżdżających do Katynia. Dzięki nim władze RP już pod koniec kwietnia były przekonane, że mord nastąpił w 1943 r. Niezwykle poważnie traktowano także napływające z okupowanego kraju raporty dotyczące nastrojów społecznych. „Propaganda niemiecka bardzo wydajnie zużytkowuje w prasie i przy pomocy megafonów fakt morderstwa na Koziej Górze i stara się nastawić opinię polską przeciw Sowietom, Aliantom i Rządowi Polskiemu. Reakcja ludności polskiej wyraża się w oburzeniu na bolszewików, przy jednoczesnym podkreślaniu analogicznych mordów niemieckich” – czytamy w jednym z raportów.

Jednocześnie władze ściśle kontrolowały przekaz mediów, tak aby nie dopuścić do sytuacji, w której mówiłyby jednym tonem z propagandą niemiecką. „My, Polacy, całą siłą woli staramy się powstrzymać od wydania przedwczesnego wyroku. Staramy się nie poddawać nasuwającym się podejrzeniom, które mogłyby wywołać odruch uczucia w wydaniu sądu o nieujawnionych zbrodniarzach” – pisał anonimowy autor artykułu „Nad grobami polskich żołnierzy” na łamach „Dziennika Polskiego”. Wyjątkiem stał się jedynie nekrolog na łamach „Wiadomości Polskich”, w którym jednoznacznie wskazano sprawców mordu.

W 1945 r. władze na uchodźstwie w ramach 2. Korpusu Polskiego powołały biuro „K” („Kostar” – Kozielsk, Ostaszków, Starobielsk). Jego zadaniem miało być zbadanie losów zamordowanych i ocalałych oficerów. Celem miało być późniejsze rozliczenie zbrodni i jej dokładne udokumentowanie, niezależnie od ustaleń niemieckich. Stosunkowo szybko udało się zgromadzić ogromną dokumentację i już w 1945 r. opublikować liczące niemal pół tysiąca stron angielskojęzyczne opracowanie poświęcone polskim jeńcom w ZSRS w latach 1939–1941.

Nastroje tonowali również polscy dowódcy, także ci, którzy przeszli przez nieludzką ziemię. W czasie nabożeństwa żałobnego w Bagdadzie gen. Władysław Anders powiedział: „Pamiętajcie zawsze, że tam w Sowietach mamy jeszcze setki tysięcy ludzi, setki tysięcy dzieci wygłodniałych… Staje się zbrodnia za zbrodnią, a jednak wierzę głęboko, jak was tu przed sobą widzę, że sprawiedliwość zawsze w końcu zwycięży i nasza sprawa polska, tak jasna, tak sprawiedliwa i tak rzetelna musi zatriumfować pomimo strat, pomimo krwi, którą każdy w swej rodzinie ma już przelaną, i że musimy osiągnąć swój cel”.

Po 24 kwietnia władze RP nie mogły mieć już złudzeń co do postawy rządów sojuszniczych w walce o prawdę o wydarzeniach pod Smoleńskiem. Tego dnia w rozmowie z premierem Sikorskim minister Anthony Eden zaapelował do rządu RP o wycofanie wniosku z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i stwierdzenie, że pełną odpowiedzialność za mord ponosi strona niemiecka. „Po stronie Rosji jest siła – po naszej sprawiedliwość” – odpowiedział gen. Sikorski. Dzień później, w nocy z wielkanocnej niedzieli na poniedziałek, ambasador RP w ZSRS otrzymał decyzję Komisariatu Spraw Zagranicznych o „zawieszeniu” stosunków dyplomatycznych. „Rząd Sowiecki zdaje sobie sprawę, że ta wroga kampania przeciw Związkowi Sowieckiemu została przedsięwzięta przez Rząd Polski, aby wywrzeć nacisk na Rząd Sowiecki, przy użyciu hitlerowskiego, oszczerczego fałszu celem wydarcia odeń terytorialnych koncesji kosztem interesów Sowieckiej Ukrainy, Sowieckiej Białorusi i Sowieckiej Litwy” – orzekał komisarz Wiaczesław Mołotow, którego podpis widniał pod decyzją o wymordowaniu jeńców. W ten sposób narodził się kolejny element budowanego od jesieni 1941 r. kłamstwa katyńskiego. Związek Sowiecki do narracji o „ucieczce” i „współpracy polsko-niemieckiej w prowokacji wymierzonej w ZSRS” dodał trzeci element: powiązanie sprawy katyńskiej z przyszłością wschodnich granic RP.

W kolejnych miesiącach rząd na uchodźstwie podtrzymywał swoje dotychczasowe stanowisko. Zgodnie z sugestiami Brytyjczyków ograniczał jednak publiczną krytykę działań ZSRS. W początkach 1944 r. kłamstwo katyńskie zostało „uwiarygodnione” raportem komisji chirurga Nikołaja Burdenki, która „wyjaśniła”, że zbrodni na polskich oficerach dopuścili się Niemcy jesienią 1941 r. Do wsparcia sowieckiej wersji wydarzeń użyto również żołnierzy podporządkowanej Sowietom 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, którzy w styczniu 1944 r. wzięli udział w uroczystości żałobnej w miejscu mordu. Na miejsce przybyli też zachodni korespondenci i dyplomaci, którym przedstawiono dowody zbrodni.

W 1945 r. władze na uchodźstwie w ramach 2. Korpusu Polskiego powołały biuro „K” („Kostar” – Kozielsk, Ostaszków, Starobielsk). Jego zadaniem miało być zbadanie losów zamordowanych i ocalałych oficerów. Celem miało być późniejsze rozliczenie zbrodni i jej dokładne udokumentowanie, niezależnie od ustaleń niemieckich. Stosunkowo szybko udało się zgromadzić ogromną dokumentację i już w 1945 r. opublikować liczące niemal pół tysiąca stron angielskojęzyczne opracowanie poświęcone polskim jeńcom w ZSRS w latach 1939–1941. Wysiłki biura „K” wspierali na emigracji m.in. Ferdynand Goetel i Józef Mackiewicz, którzy miejsce zbrodni odwiedzili w 1943 r. M.in. dzięki pracom biura „K” w 1949 r. w Londynie ukazała się „Lista katyńska” zawierająca nazwiska zamordowanych i zaginionych.

W 1946 r. rząd na uchodźstwie opublikował po polsku i angielsku broszurę „Masowe morderstwo polskich jeńców wojennych w Katyniu”. W podsumowaniu dotychczasowych ustaleń autorzy zadali „niewygodne pytania” wymierzone w „ustalenia” komisji Burdenki: „Z jakich powodów nie dano wiary wynikom badań niemieckich co do mordu katyńskiego, badań z udziałem osób postronnych, a dano wiarę wynikom badań sowieckich, badań bez udziału osób postronnych?”. Autorzy pytali też, dlaczego Niemcy mieliby rozstrzelać wyłącznie polskich jeńców z tych trzech obozów, podczas gdy wszyscy inni doczekali końca wojny.

W tym samym czasie celem polskiego rządu stało się powstrzymanie sowieckich wysiłków na rzecz obarczenia winą za mord niemieckich zbrodniarzy sądzonych w Norymberdze. Alianckim prokuratorom udało się dostarczyć wydawnictwa poświęcone zbrodni. Pośrednikiem był płk Henry Szymański, który w 1942 r. jako łącznik między polską a amerykańską armią badał sprawę zaginionych. Ostatecznie Trybunał Norymberski de facto uwolnił Niemców od odpowiedzialności za czyn. Polska emigracja nabrała przekonania, że dzięki tej decyzji będzie możliwe zainteresowanie mordem instytucji państw demokratycznych i gremiów międzynarodowych.

Nadzieje na symboliczne rozliczenie zbrodni i podtrzymanie pamięci o niej pojawiły się w momencie zaostrzenia zimnej wojny w wyniku konfliktu w Korei. W 1951 r. Izba Reprezentantów Kongresu Stanów Zjednoczonych powołała do życia specjalną Komisję Śledczą do Zbadania Faktów, Dowodów i Okoliczności Mordu w Lesie Katyńskim, od nazwiska jej przewodniczącego nazywaną komisją Maddena. Do końca 1952 r. przeprowadziła ona śledztwo, gromadząc dowody rzeczowe oraz przesłuchując przeszło 100 świadków. Dochodzenie zaowocowało przyjęciem raportu końcowego, stwierdzającego, że Związek Sowiecki ponosi odpowiedzialność za zbrodnię popełnioną na Polakach w 1940 r. Prace komisji spotkały się z ofensywą propagandową reżimu komunistycznego w Polsce, który na łamach podporządkowanych sobie mediów przypominał sowieckie wersje wydarzeń. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego przygotowało materiały propagandowe dla środowisk komunistycznych w USA, sugerując m.in. powiązania członków komisji z Niemcami.

Przez cały okres zimnej wojny środowiska emigracyjne obchodziły kolejne rocznice zbrodni. Najważniejszym symbolem pamięci stał się odsłonięty 11 listopada 1976 r. pomnik Katyński w Londynie. Przy tej okazji prezydent Stanisław Ostrowski odznaczył zamordowanych Krzyżami Orderu Virtuti Militari. Rząd brytyjski zabronił swoim żołnierzom i oficerom udziału w uroczystości odsłonięcia monumentu. Polecenie to zostało zlekceważone przez jednego szkockiego oficera. W latach 70. i 80. pomniki i tablice upamiętniające ofiary mordu powstały w wielu skupiskach Polaków na kilku kontynentach.

Próby upamiętnienia zabitych podejmowano również w PRL. 2 listopada 1956 r. na cmentarzu Powązkowskim obok pomnika Gloria Victis ustawiono drewniany krzyż, na którym zawieszono tabliczkę z napisem „Symboliczny grób 12000 oficerów polskich zamordowanych w Katyniu. Byli Polakami, zginęli na ziemi obcej z rąk okrutnego wroga. Należy im się pamięć i cześć”. Przez kilkanaście godzin pod krzyżem zapalano znicze i składano kwiaty. W nocy został usunięty przez milicję. Podobne krzyże ustawiano także w kolejnych latach.

W połowie lat 70. komunistyczna cenzura wydała instrukcję uszczegóławiającą pojawianie się w publikacjach słowa „Katyń”. „Należy eliminować określenie +jeńcy wojenni+ w odniesieniu do żołnierzy i oficerów polskich internowanych przez Armię Czerwoną we wrześniu 1939 r. Właściwym określeniem jest termin +internowani+. Mogą być zwalniane nazwy obozów: Kozielsk, Starobielsk, Ostaszków, w których byli internowani polscy oficerowie, rozstrzelani później przez hitlerowców w lasach katyńskich”. Wkrótce monopol informacyjny posiadany przez władze komunistyczne miał zostać przełamany i sprawa katyńska ponownie miała się pojawić w przestrzeni publicznej.

Przez cały okres zimnej wojny środowiska emigracyjne obchodziły kolejne rocznice zbrodni. Najważniejszym symbolem pamięci stał się odsłonięty 11 listopada 1976 r. pomnik Katyński w Londynie. Przy tej okazji prezydent Stanisław Ostrowski odznaczył zamordowanych Krzyżami Orderu Virtuti Militari.

Rodzące się ruchy opozycyjne również stawiały sobie za cel odkłamywanie polskiej historii. W 1977 r. w Warszawie powołano Społeczny Instytut Pamięci Narodowej im. Józefa Piłsudskiego. Jego nakładem ukazała się wielokrotnie wznawiana broszura „Katyń”. Rok później w Krakowie powołano Instytut Dokumentacji Zbrodni Katyńskiej. Jego zasługą było pierwsze krajowe wydanie Raportu Maddena. Prawdziwym przełomem w przybliżaniu prawdy było wydanie w 1979 r. przez Niezależną Oficynę Wydawniczą „Zbrodni katyńskiej w świetle dokumentów” Józefa Mackiewicza i Zdzisława Stahla. Do 1989 r. ukazało się 13 wydań tej fundamentalnej pracy. Wielkim poważaniem cieszyła się też praca prof. Jerzego Łojka „Dzieje sprawy Katynia”. Po 1981 r. w podziemiu ukazywały się także znaczki „Poczty Solidarności”, m.in. z Matką Boską Kozielską.

Wielką rolę symboliczną odgrywały też odezwy organizacji opozycyjnych. „Wzywamy naszych współobywateli w kraju i na wychodźstwie do godnego uczczenia smutnej rocznicy Katynia, nie w duchu zemsty, lecz w duchu prawdy i braterstwa wszystkich ludzi dobrej woli, wszystkich narodów. Przestrzegamy zarazem władze PRL, że przeciwdziałanie represyjne zdecydowanej, naturalnej woli narodu, aby uczcić pamięć ofiar zbrodni katyńskiej, wzbudziłoby pogardę społeczeństwa” – pisali w kwietniu 1980 r. członkowie Komitetu Samoobrony Społecznej „KOR”. Rok 1980 był szczególnie bogaty w próby upamiętniania ofiar. Władze były jednak wyjątkowo dobrze przygotowane do ich udaremniania. 13 kwietnia SB zablokowała cmentarz na Powązkach. Na dramatyczny gest zdecydował się były żołnierz Armii Krajowej Walenty Badylak, który w proteście przeciw tuszowaniu prawdy o zbrodni dokonał aktu samospalenia na Rynku Głównym w Krakowie.

31 lipca 1981 r. członkowie zawiązanego kilka miesięcy wcześniej Komitetu Obywatelskiego Budowy Pomnika Katyńskiego ustawili na cmentarzu Powązkowskim kamienny krzyż z datą „1940”, napisem „Katyń” i orłem w koronie. Jeszcze tej samej nocy nieznani sprawcy wywieźli pomnik. W 1985 r. władze komunistyczne wybudowały własny pomnik z kłamliwym napisem „Żołnierzom polskim, ofiarom hitlerowskiego faszyzmu spoczywającym w ziemi katyńskiej – 1941”. „Panuje przekonanie, że dla Jaruzelskiego oznacza to wręcz całkowity upadek na dno narodowej zdrady” – skomentował jeden ze szwajcarskich dzienników.

Słowa wsparcia dla polskich wysiłków napływały także ze wschodu. „W te pamiętne i bolesne dla Polski dni my, sowieccy obrońcy praw człowieka, chcemy raz jeszcze zapewnić naszych polskich przyjaciół, a w ich osobach cały naród polski, że nikt z nas nigdy nie zapomniał i nie zapomni o tej odpowiedzialności, jaką nasz kraj ponosi za zbrodnię popełnioną przez jego oficjalnych przedstawicieli w Katyniu” – stwierdzali w 1980 r. czołowi antysowieccy dysydenci, m.in. Tomas Venclova i Natalia Gorbaniewska. Jednocześnie wyrażali przekonanie, że wkrótce nastąpi przełom, po którym „nasz naród odda to, co im należne, wszystkim uczestnikom tej tragedii, zarówno katom, jak i ofiarom: jednym w miarę ich zbrodni, drugim w miarę ich męczeństwa”.

Na przełom trzeba było czekać jeszcze dekadę. Zanim nastąpił na Kremlu, jego zapowiedzi pojawiły się w PRL. W kwietniu 1989 r. delegacja Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa z jej przewodniczącym gen. dyw. pil. Romanem Paszkowskim wraz z grupą rodzin ofiar mordu pobrała w Katyniu urnę z ziemią, która 18 kwietnia 1989 r. została uroczyście złożona w Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie oraz w Dolince Katyńskiej. Usunięty w 1981 r. pomnik społeczny został podrzucony na teren cmentarza Wojskowego na Powązkach w nocy z 5 na 6 lipca 1989 r. przez „niezidentyfikowane osoby”. W mediach PRL coraz częściej pojawiały się informacje o Katyniu, w których nie wymieniano sprawców czynu. W marcu 1989 r. na konferencji prasowej rzecznik rządu PRL Jerzy Urban stwierdził, że zbrodnię popełniło „stalinowskie NKWD”. Ten sposób określania sowieckiej zbrodni utrzymano również podczas wizyty premiera Tadeusza Mazowieckiego w ZSRS w listopadzie 1989 r.

Symboliczny przełom nastąpił 13 kwietnia 1990 r. Agencja informacyjna TASS wydała oświadczenie władz ZSRS, w którym oficjalnie potwierdzono, że polscy jeńcy wojenni zostali rozstrzelani wiosną 1940 r. przez NKWD. Moskwa wyraziła głębokie ubolewanie z powodu tej tragedii, nazywając ją „jedną z najcięższych zbrodni stalinizmu”. Tego samego dnia prezydent ZSRS Michaił Gorbaczow przekazał prezydentowi Wojciechowi Jaruzelskiemu kopie części dokumentów archiwalnych, w tym listy więźniów skierowanych w kwietniu i maju 1940 r. z obozu jenieckiego w Kozielsku do Smoleńska oraz z obozu w Ostaszkowie do Kalinina, a także wykaz akt ewidencyjnych jeńców wywiezionych z obozu NKWD w Starobielsku. Jednocześnie władze sowieckie rozpoczęły śledztwo w sprawie mordu, które dostarczyło wielu bezcennych materiałów, takich jak zeznania ostatnich żyjących funkcjonariuszy NKWD. Zwieńczeniem upamiętnienia było otwarcie w 2000 r. trzech cmentarzy: w Charkowie, Katyniu i Miednoje. W 2012 r., po trwających kilka lat ekshumacjach, otwarto cmentarz w Bykowni koło Kijowa.

Dziś największymi białymi plamami sprawy katyńskiej pozostają tzw. lista białoruska oraz miejsce ukrycia zwłok pomordowanych. Większość z nich została pogrzebana prawdopodobnie w podmińskich Kuropatach. Bez pełnego otwarcia rosyjskich archiwów niemożliwe jest również wyjaśnienie kwestii ewentualnego zniszczenia teczek polskich oficerów, którego miano dokonać na podstawie tzw. notatki Szelepina z 1959 r.(PAP)

Materiał wideo dostępny na: https://www.pap.pl/aktualnosci/13-kwietnia-obchodzimy-dzien-pamieci-ofiar-zbrodni-katynskiej-nasze-wideo


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Why the left united around hatred of Israel

Why the left united around hatred of Israel

JONATHAN S. TOBIN


Since Oct. 7, woke ideology brought together a diverse coalition of advocacy groups eager to stop the war on Hamas. The Democratic Party will never be the same.

.
A pro-Palestinian rally in Washington, D.C., one day after the terrorist attacks by Hamas in southern Israel, Oct. 8, 2023. Credit: Ted Eytan via Wikimedia Commons.

Something curious has happened in American politics in the last six months. Liberal activist groups on a host of disparate topics ranging from the economy, labor-union organizing, homelessness and housing shortages, “anti-racism,” climate change and support for illegal immigrants have suddenly all been speaking with one voice on an issue totally unrelated to their primary purposes.

They are demanding an immediate end to the war on Hamas that Israel has been waging in the Gaza Strip since the Palestinian terrorist group launched a barbaric attack on 22 Jewish communities and the Nova music festival in southern Israel on Oct. 7. Their rhetoric, tactics and lobbying efforts have made no secret of their intense hostility to the Jewish state and their desire to punish it for its efforts to eradicate a group that perpetrated the largest mass slaughter of Jews since the Holocaust.

There’s no denying the considerable political impact of this movement or its potential to ultimately destroy the U.S.-Israel alliance. But at this point—with the full consequences of this extraordinary coming together of a broad coalition of interest groups still yet to be determined—it’s important to ponder why this happened, and what it means for both American public discourse and the future of the Jewish community in this country.

The coalescence of the American left behind what The New York Times is calling in a major explanatory feature the “pro-Palestine movement” is a remarkable turn of events for a number of reasons. It’s not just that they have all rallied around the stands of some of the most extreme positions on the conflict between Israel and the Palestinians. Nor is it just that the anger of the left has been generated against the response of a democratic nation to an unprovoked attack, including murder, rape, torture, kidnapping and wanton destruction.

Woke origins of a movement

What makes it even more astonishing is that the object of the sympathy of these activists is a radical Islamist group whose values are utterly antithetical to what matters most to left-wingers, including the rights of women and the LBGTQ+ cause. The image of banners proclaiming “Queers for Palestine” may provoke both guffaws and ironic commentary from supporters of Israel, who wryly point out that such persons would be swiftly and cruelly killed by Hamas with the same bloodthirsty fervor that it feels for Jews. But that absurd juxtaposition of opposites is exactly why it’s so important to understand this support for Hamas—and that is exactly what those who advocate for immediate ceasefires in the conflict are doing, whether they want to admit it or not—has gone from marginal to one that is now firmly entrenched in the mainstream of American society.

The ability of radical anti-Israel groups to get virtually everyone on the political left behind them is partly, as the Times explained in its feature on this subject, the result of multi-causation. It happened because Hamas sympathizers are expert manipulators of public opinion and good organizers. It was also made possible by the funding of liberal financiers who are primarily interested in other issues. And there is no underestimating the impact of certain corporate media becoming Hamas’s stenographers by hyping bogus casualty statistics—and almost immediately flipping the narrative of the war from a necessary reaction to unspeakable terrorist atrocities to one about Palestinian victimhood.

The willingness of the left to unite around the cause of preventing the suffering of Hamas and the Palestinians as a result of their decision to launch a brutal war is due to the pervasive influence of what, for lack of a better term, we call “woke ideology.” Without a generation of young liberals being indoctrinated in the toxic ideas behind critical race theory and intersectionality, which falsely identifies Jews and Israel as “white oppressors” and likens the Palestinian war to destroy the Jewish state to the American civil-rights movement, none of this would have happened.

Intimidating Biden

We already know that this movement has shaken up American politics. It has caused President Joe Biden to abandon his initial strong stance behind Israel and agreement in eliminating Hamas. Biden’s threats of aid cuts and no longer preventing the United Nations from turning Israel into a pariah state may well have caused the current pause in the war, just as the administration’s incessant criticisms seemed to have slowed down and imposed restrictions on the campaign to destroy the terrorists in the months that preceded it. Biden has been clearly intimidated by the enormous pushback from Democratic activists both inside and outside his administration, including his campaign staff, with concerns about his ability to win in Michigan, with its large Arab-American and Muslim population at the forefront of his thinking.

This is the result of a general revolt against the backing Biden gave to Israel in the aftermath of the Oct. 7 atrocities. As the Times noted, the left-wing outrage against U.S. support for Israel wasn’t a subsequent reaction to lies about Israeli “genocide” in Gaza since it began in the immediate aftermath of the terrorist attacks and well before the Israel Defense Forces began its counter-offensive.

Nor should we buy the excuse that the anti-Israel fervor is a justified abhorrence for an out-of-control Israeli military campaign or an astoundingly high number of casualties such as had not been seen in a recent war. On the contrary, the Israel-Hamas war is dwarfed by other recent conflicts that took place in Syria or Sudan. And the number of victims is not to be compared to actual genocides such as those that are ongoing in the Congo or the Chinese campaign against Muslim Uyghurs, in which it is estimated that more than a million people have been put into concentration camps. Nor are the losses or the devastation comparable to the slaughter going on in the war between Russia and Ukraine.

What makes this conflict so special is not the scale of the warfare or the especially dire plight of its victims. It’s the fact that the one Jewish state on the planet is one of the combatants. No war involving any European, Arab, Muslim, African or Asian antagonist with no direct American participant has prompted such a response from the American left, including those in which the United States was backing one of the parties, as is frequently the case.

That’s why it is clear that the reason so many Americans who identify with the political left have adopted the Palestinian cause—and forced Biden to abandon Israel—has to do with something other than the objective facts of the conflict. Only by placing the Israel-Hamas war in the context of intersectional ideology and the critical race theory mindset, in which the world is divided into two perpetually warring camps of “white” racist oppressors and “people of color” who are their victims, does this make sense. That’s why virtually every leftist interest group can now be found behind the effort to save Hamas.

The Marxist roots of wokeism also help explain why left-wingers who claim to be against every conceivable kind of prejudice have not only aligned themselves with a vicious and tyrannical hate group like Hamas but also find themselves indifferent to actually supportive of a surge in antisemitism that has blighted American life in the past six months. Despite the persistent attraction of the Jewish left to socialism, Marxist dialectic has, from its origins, viewed Judaism and Jews with suspicion and hostility. The stubborn refusal of Jews to bend to others’ will or simply disappear contradicts the Marxist belief that the homogenization of mankind is part of achieving the dubious goals of its ideology.

And it is the appeal of intersectionality—the false belief that all allegedly oppressed people are part of the same struggle—that has created the ludicrous meme of “Queers for Palestine.”

Soros money behind it

Other factors have contributed to the current shift on the left. As the Times explained, the funding of anti-Israel groups that have taken over the streets of U.S. cities and college campuses by leading liberal philanthropies has been an essential part of this story. Of interest are two major donors leading this effort who have Jewish origins: billionaires Tom Steyer and George Soros.

In recent years, Democrats have denounced any criticism of these two men by Republicans as inherently antisemitic. Soros’s Open Sources Foundation is the largest political donor in the world, and he is personally responsible for a national campaign to elect prosecutors who are against jailing criminals who have rendered American cities unsafe for honest citizens. He has funded anti-Israel groups, including those that engage in open antisemitism and even, as in the case of the mislabeled Jewish Voice for Peace, those who trafficked in blood libels against Israel and its Jewish supporters.

But all the leftist money in the world could not have purchased the impact that came from the conquest of American education by progressives whose long march through its institutions has taken critical race theory from the political fever swamps of the far left to a position where it is the reigning orthodoxy in universities, corporations, journalism, popular culture and the fine arts. Without it, the political phenomena that cowed Biden into trying to rescue Hamas by threatening Israel would have been impossible.

The full impact of this movement has yet to be seen. Should Israel ignore Biden’s diktats and (as it must do if it is to protect its people) finish the job of eliminating Hamas, the storm of left-wing outrage and open antisemitism will only increase. Democrats willing to stand against Jew-hatred will grow even fewer and far between. Notably, the anti-Israel protests at this summer’s Democratic National Convention in Chicago will probably eclipse even the violence seen when the party held its convention there in 1968 during the Vietnam War. The Democratic Party—once a stronghold of support for Israel that had already been drifting away from that position for the past two decades—will likely never be the same.

Biden has often said that he entered the 2020 presidential race because of his supposed outrage over the 2017 neo-Nazi “Unite the Right” rally in Charlottesville, Va., which generated the myth that liberals still believe, against all the evidence, that former President Donald Trump claimed was held by “very fine people.” In 2024, the political right has, with few conspicuous exceptions like former Fox News host Tucker Carlson, united behind Israel. The real irony of this election cycle is that it is the political left that has truly united behind the cause of saving a murderous antisemitic terrorist group and its supporters from the consequences of their crimes.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of JNS (Jewish News Syndicate). Follow him: @jonathans_tobin.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


California Lawmaker Introduces Legislation to Help Restitution of Property Stolen During Holocaust

California Lawmaker Introduces Legislation to Help Restitution of Property Stolen During Holocaust

Shiryn Ghermezian


Visitors stand by Camille Pissarro’s “Rue Saint-Honore in the Afternoon. Effect of Rain, 1897” at Thyssen-Bornemisza museum in Madrid, Spain, April 22, 2022. Photo: REUTERS/Susana Vera

California Assemblymember Jesse Gabriel (D) introduced legislation on Thursday that would assist California residents in recovering artwork and other types of personal property stolen during the Holocaust or other times of persecution.

Assembly Bill (AB) 2867 would mandate that California law must apply in lawsuits that involve such stolen items.

“This bill will ensure that Holocaust survivors and other victims of persecution can secure justice through our legal system and recover property that rightfully belongs to them and their families,” said Gabriel, who also co-chairs the California Legislative Jewish Caucus. “Our effort will make it crystal clear that California law must triumph over foreign law, that California stands with Holocaust survivors, and that cases must be decided based on truth, justice, and morality, not the misapplication of legal technicalities.”

The bill was inspired by a ruling in January by the US 9th Circuit Court of Appeals that a museum in Madrid, Spain, was not forced to return a famous artwork by Impressionist painter Camille Pissarro to the heirs of a Jewish woman, even though it was stolen from her by the Nazis during the Holocaust. The court ruled against the descendants of Lilly Cassirer regarding the painting Rue Saint-Honoré in the Afternoon. Effect of Rain. The three-judge panel said the Thyssen-Bornemisza Collection, which is owned by the Spanish government, could maintain ownership of the artwork and decided to apply Spanish law to the case rather than California law.

“It immediately made sense to me that this was a unique opportunity to correct a historical injustice and make sure that something like this doesn’t happen again,” Gabriel told the Los Angeles Times about introducing AB 2867 after the court ruling earlier this year. “Respectfully, we think that the 9th Circuit got it wrong, and this law is going to make that crystal clear.”

He added that he hopes his bill will “help others, other Holocaust victims and other victims of genocide and political persecution. It’s specifically crafted to be applied more broadly.”

David Cassirer, the only surviving member of the Cassirer family, said in a statement that his father “would have been terribly disappointed in the recent ruling by the American courts, allowing Spain, through its national museum, to keep the Pissarro painting stolen by the Nazis from his beloved grandmother, Lilly.”

“But he would be so happy, and grateful, that the California legislature is taking the necessary steps to apply California’s laws ensuring the return of looted art to its rightful owners,” he noted.

California Lt. Gov. Eleni Kounalakis (D) supported Gabriel’s bill and applauded its effort to “empower California families to retrieve stolen and looted property that is rightfully theirs.”

“The decades-long effort to return confiscated property to Jewish families is morally courageous,” he said.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com