Archives

“Shana Tova” by L. Alef (Слова музыка фильм)

“Shana Tova” by L. Alef (Слова музыка фильм)


L. Alef – Автор и исполнитель песен из США, канал Alefbais25. Буду рада, если Вы подпишитесь на наш канал и пришлёте своих друзей!!!! Мои песни – это история нашего народа, его традиции, культура, религия, эмиграция, пусть они войдут в каждое сердце!
Шана Това! Роша Шана! Еврейский шансон. Вас ждёт много нового, интересного.
Если Вы увидите мои работы на других каналах, иного плана, то это копии, автор не несёт ответственность за содержание этих каналов.
В фильме “Shana Tova” показан Израильский парад в Нью Йорке и первая синагога в Манхэттене, построенная эмигрантами. Еврейский мир.

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Tuwim: człowiek zaczarowany?

Tuwim: człowiek zaczarowany?

MAŁGORZATA SZOTEK-OSTROWSKA


[ KULTURA, TEKSTY Z WIĘZI ]

Julian Tuwim. Fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny / NAC

Jednym ze źródeł dramatu Tuwima było poczucie odmienności. Ogromne znamię na lewym policzku oraz żydowskie pochodzenie czyniły z niego odmieńca. Stopniowo prowadziły do głębokiego wyobcowania.

W jednej z gablot w warszawskim Muzeum Literatury podczas rocznicowej wystawy, poświęconej życiu i twórczości Juliana Tuwima (1894-1953), leżał niewielki porcelanowy krzyż z głową Chrystusa w cierniowej koronie. Jest to jedna z niewielu pamiątek z domu rodzinnego poety, która towarzyszyła mu przez całe życie. Na odwrotnej stronie owego krzyża napisał młody Tuwim niebieskim atramentem: „Kto raz się zgodził nieść swój krzyż, tego nań wiecznie wbijać będą”. Irena Tuwim, siostra poety, wspominała, że ten cytat z Ewangelii powtarzał jej brat wielokrotnie na przestrzeni swego życia i czuło się w tym jego cierpienie.

Jednym ze źródeł dramatu Tuwima było poczucie odmienności, wynikające z powodu ogromnego znamienia na lewym policzku oraz żydowskiego pochodzenia. Te dwa fakty – wygląd i pochodzenie – czyniły z niego odmieńca, stopniowo prowadziły do zamknięcia się w sobie i poczucia głębokiego wyobcowania. A to z kolei pogłębiało stan wyczerpania nerwowego i – przy dziedzicznych skłonnościach – powodowało chorobę psychiczną zwaną agorafobią.

W znamieniu, zwanym niewinnie myszką, nawet matka poety widziała piętno i przekleństwo. W szkole nazywano go diabłem o fizjonomii Żyda, czarciogębym lub czarnuchem. Tej presji delikatna psychika nie wytrzymała i już w młodości Tuwim popadł w kompleks demoniczny, którego owocem były szkice z dziedziny demonologii.

Do końca życia poeta nie pogodził się ze swym wyglądem, zawsze starannie ukrywając znamię przed obiektywem aparatu fotograficznego – czy to poprzez ukazywanie prawego profilu, czy to chowanie się za wystudiowaną pozą intelektualisty. Zadziwiające, że nawet w paszporcie w miejscu „znaki szczególne” – jest puste miejsce.

Razem w wiosennych burzach

Innego rodzaju problemem, z którym zmagał się przez całe życie, był kompleks żydowskiego pochodzenia. Kim był? Polakiem żydowskiego pochodzenia czy Żydem pochodzenia polskiego? Sam Tuwim wielokrotnie pisał o tym wprost:

Największa ma tragedia – to że Żydem jestem,
A ukochałem Ariów duszę Chrystusową!

Zdaniem Józefa Ratajczaka, żydostwo Tuwima „rodziło (…) bolesny dramat. Nie był nigdy w pełni akceptowany przez żadną ze stron. Dla Polaków był Żydem, dla Żydów odszczepieńcem i zdrajcą”. A przecież był czas, kiedy poeta nie czuł się wyobcowany, chciał i potrafił włączyć się w nurt życia artystyczno-literackiego Warszawy. Jako student Uniwersytetu Warszawskiego związał się z gronem rówieśników, skupionych wokół pisma „Pro Arte et Studio”. Była to grupa najbardziej aktywnych i utalentowanych poetów, debiutujących w okresie niepodległej Polski. Wraz z serdecznym przyjacielem, Leszkiem Serafinowiczem – czyli Janem Lechoniem – Tuwim szybko nadał pismu bojowy charakter. To na jego łamach po raz pierwszy pokazał lwi pazur i rozdrażnił opinię publiczną, drukując wiersz „Wiosna”. Atmosfera skandalu będzie mu od tej pory towarzyszyć przez całe życie.

Przyjaźń stanowiła najtrwalsze spoiwo skamandrytów

Publikacja „Wiosny”, będącej prowokacją obyczajową i estetyczną, rozpętała wokół młodego poety prawdziwą burzę. Wprowadzając elementy drastycznej brzydoty, wulgarne słownictwo (pysk, hołota, bachor), z jednej strony wzbudzała najwyższy podziw, z drugiej narażała autora na inwektywy i potępienie. Na łamach „Gońca” pisano z oburzeniem: „Zdegenerowany pan Tuwim, odsłaniający w najwyuzdańszych wyrazach ohydę brudów miasta i roztaczający przed nimi woń miejskiej kloaki, oddziaływa na młode dusze jak najzjadliwsza trucizna”. Zespół redakcyjny „Pro Arte et Studio”, w którym byli prawie wszyscy przyszli skamandryci, stanął w większości w obronie kolegi. Jan Lechoń, odpierając ataki prasy, pisał: „Wiosna Tuwima po raz pierwszy w naszej literaturze mówi prawdę o sobie, wypełzającej z wilgotnych piwnic i dusznych facjatek. (…) Protestujemy stanowczo przeciwko usiłowaniu narzucenia nam cenzury”.

W owych, chyba najszczęśliwszych dla siebie czasach Tuwim nie był osamotniony. Stała za nim grupa rówieśników, która szybko przeradzała się w grono przyjaciół. I to właśnie przyjaźń stanowiła najtrwalsze spoiwo skamandrytów, a najlepszym antidotum na pojawiające się napięcia była atmosfera zabawy i dowcipu. Grupa scementowała się podczas wspólnych występów w kabarecie „Pikador”. Tu takie indywidualności jak Tuwim, Lechoń, Słonimski, Iwaszkiewicz, Wierzyński były postrzegane przez opinię publiczną jako zespół.

W atmosferze radości z powodu odzyskanej niepodległości młodzi poeci szybko nawiązywali kontakt z publicznością. Szturmem podbili serca warszawiaków. Już samo otwarcie „Pikadora”, w rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego, stało się olbrzymim sukcesem Tuwima. „Jeden ten wieczór – wspominał Tadeusz Raabe – przyniósł mu ogólnokrajowy rozgłos, mnóstwo propozycji wydawniczych, a przede wszystkim oszałamiającą poczytność, nie mającą chyba precedensu od blisko stu lat, od wileńskiego debiutu Mickiewicza”.

Teksty Tuwima, w umiarkowany sposób nowatorskie, poprzez swą komunikatywność zacierały dystans między twórcą a czytelnikiem lub słuchaczem. Dotyczyły bieżących wydarzeń i znanych postaci. Charakteryzowały się celnym i ciętym dowcipem, zgrabną pointą. Poeta zszedł z piedestału, stał się jednym z wielu zwykłych ludzi. Czuł się jednym z nich, był członkiem gromady, „piewcą ulicy”, i to go uskrzydlało. Ponadto otoczony był serdecznymi przyjaciółmi, ożeniony z ukochaną kobietą i świetnie ustawiony materialnie. Debiutancki tomik „Czyhanie na Boga” miał aż cztery wydania, „Sokrates tańczący” i „Siódma jesień” po trzy. Sława poety szybko krzepła i wzrastał jego autorytet wśród pisarzy.

Nieoceniony jest wkład Tuwima w rozwój kabaretu. Stał się filarem słynnego „Qui pro Quo”, dla którego pisał skecze, piosenki i nierzadko konferansjerkę. „Kabaret był właśnie dzięki Tuwimowi przez parę dziesiątek lat z górą chlubą i radością Warszawy – twierdzi Józef Ratajczak – jednym z najlepszych, najbardziej europejskich objawów życia kulturalnego stolicy”.

Nieoceniony jest wkład Tuwima w rozwój kabaretu

Rodzącej się grupie poetyckiej potrzebna była nowa platforma, która dawałaby możliwość szerszego zasięgu oddziaływania. I tak w 1919 r. dzięki poparciu finansowemu Jerzego Grycendlera – późniejszego Mieczysława Grydzewskiego – pikadorczycy rozpoczęli wydawanie własnego pisma „Skamander”. Zostało ono oczywiście całkowicie podporządkowane interesom grupy, której naczelnym celem było zdobycie dominacji na rynku wydawniczym i czytelniczym. Skamandrytom Grydzewski oddał także „Wiadomości Literackie” – nowe pismo, założone przez siebie w 1924 r. Ten świetnie prowadzony artystycznie i komercyjnie tygodnik promował ich twórczość kosztem innych ugrupowań i twórców. „Skamander! – pisał Gombrowicz – Ci chłopcy urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą”. Znaleźli świetnego impresaria w redaktorze Grydzewskim. Uzyskali z miejsca popularność, wpływ, nawet sławę. On – Grydzewski, zawsze w tle choć zawsze obecny, nigdy nie występował publicznie.

Skamandryci byli, jak to określił Michał Głowiński, typową grupą sytuacyjną, czyli taką, w której genezie i strukturze decydującą rolę odegrało dążenie do zdobycia popularności i dominacji na rynku wydawniczym, a nie realizowanie określonych celów estetycznych. Do tego wiodły publikacje w „Wiadomościach Literackich”, organizowanie wspólnych wieczorów literackich i publicznych manifestacji oraz nawiązywanie kontaktów ze światem artystycznym i politycznym. Szczególne związki łączyły skamandrytów z uczestnikami walk legionowych, zajmującymi później eksponowane stanowiska w administracji państwowej. W sporze między sanacją a endecją skamandryci opowiedzieli się jednogłośnie za sanacją. W czasie wypadków majowych byli całym sercem po stronie Piłsudskiego. Dopiero sprawa brzeska, uwięzienie i skazanie posłów opozycji rzuciły cień na te stosunki.

Szczególnie serdeczna przyjaźń łączyła Tuwima z byłym adiutantem Piłsudskiego, generałem Bolesławem Długoszowskim-Wieniawą. Ten birbant i hulaka, wielki przyjaciel skamandrytów i współtwórca życia literackiego Warszawy, w latach 1928-1930 piastował funkcję komendanta stołecznego miasta. To on ratował skórę Tuwima, gdy ten wywołał kolejny skandal, publikując „Wiersz do generałów” (1927 r.), w którym wołał:

Więc przestańcie udawać lwy,
Śmieszni ludzie, obwieszeni gwiazdami.
Pamiętajcie, że tutaj – My,
Zamyśleni przechodnie,
My jesteśmy tu generałami.

Utworem tym poeta wywołał wielkie poruszenie w sferach wojskowych i na łamach prasy. „Wielkie było z powodu tego wiersza – wspominał Mieczysław Lepecki – larum w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Nie brakowało gorliwych, którzy chcieli poetę nauczyć rozumu, ale podnieść rękę na Tuwima nie było łatwo nawet wówczas. Wszystko załagodził Wieniawa Długoszowski”. Jednak niezupełnie. Między innymi za sprawą artykułu Adolfa Nowaczyńskiego, Tuwim został spostrzeżony przez opinię publiczną jako ten, który obraża polskich wojskowych. W kraju, w którym wojsko było symbolem i gwarantem z trudem odzyskanej niepodległości, uznano ten utwór za bluźnierczy. Spowodowało to bojkot wieczorów literackich, w których poeta brał udział. Słonimski wspominał, że podczas wieczoru w Drohobyczu Tuwim został obrzucony zgniłymi jajami i jabłkami. Uciekł ze sceny przy akompaniamencie okrzyków: „Za polskich generałów! Precz! Do Rosji w zaplombowanych wagonach! Za Zbrucz!”.

Opublikowanie „Do prostego człowieka” bardzo mu zaszkodziło

czytaj dalej tu: Tuwim: człowiek zaczarowany?


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Warszawa Władysława Szpilmana

Warszawa.Wyborcza.plWarszawa Władysława Szpilmana

Jerzy S. Majewski


Władysław Szpilman, / http://theycutthepower.com/t-shirts/wladyslaw-szpilman-t-shirt#jp-carousel-2877

Zielna, Sienna, Śliska, Żelazna, Leszno, Karmelicka, Nowolipie. To świat, w którym przyszło żyć Władysławowi Szpilmanowi w latach 1940-43.

Był to świat śmierci i braku nadziei ograniczony ceglanym murem wokół getta. Władysław Szpilman grał w lokalach getta zamienionych na sale koncertowe, a tuż obok – na chodnikach, przed wejściami do kawiarni Sztuka czy Nowoczesnej – umierali ludzie. Pianista uniknął losu swoich współbraci. Zdołał uciec i ukryć się w dzielnicy aryjskiej, gdzie w ukryciu doczekał wyzwolenia Warszawy. Przedstawiamy miejsca w getcie, w których mieszkał, pracował i w których bywał.

W gmachu radia – Zielna 25 i 27

(dziś stoi tu nowa hala targowa na placu Defilad)

W maju 1929 Polskie Radio ulokowało się w kamienicy przy Zielnej 27. Z czasem zaczęło też wynajmować pomieszczenia w ogromnej siedzibie Związku Pracowników Handlowych i Biurowych przy Zielnej 27. W budynkach mieściły się studia nagrań. Tutaj też do września 1939 r. pracował Władysław Szpilman. “23 września grałem po raz ostatni przed mikrofonami radia. W drzwiach spotkałem prezydenta Starzyńskiego. Był niedbale ubrany, nieogolony, a na jego twarzy rysował się wyraz śmiertelnego zmęczenia. Tego dnia miałem grać Chopina. Bomby spadały co chwilę w bezpośredniej bliskości studia, okoliczne zaś domy stały w płomieniach” – wspominał.

W mieszkaniu na Śliskiej

(dziś znajduje się tu park przed Pałacem Kultury – od ul. Świętokrzyskiej)

Władysław Szpilman mieszkał z rodzicami w kamienicy przy Śliskiej. Przed wrześniem 1939 r. mieszkanie znajdowało się w centrum miasta. Zaledwie kilka minut drogi od Marszałkowskiej. Było też blisko gmachu radia na Zielnej. Po utworzeniu dzielnicy żydowskiej w 1940 r. dom na Śliskiej znalazł się w granicach małego getta. Rodzina Szpilmana opuściła mieszkanie latem 1942 r., gdy małe getto zostało zlikwidowane.

Nowolipki 10

Zimne i gorące zakąski, ogrzana sala. W kawiarni Nowoczesnej grywała orkiestra Artura Golda. Tu Szpilman zaczął karierę wojennego pianisty.”Tam przychodzili ci bogaci, obwieszeni złotem, błyszczący od brylantów, i tam jaskrawo uszminkowane damy przy zastawionych łakociami stołach, w rytm strzelających korków od szampana oferowały swe usługi spekulantom wojennym. W Nowoczesnej nikt nie poświęcał mojej muzyce uwagi. Im głośniej grałem, tym głośniej rozmawiano. Jeden gość poprosił mnie przez kelnera, bym na krótko przerwał grę, gdyż nie pozwalała mu sprawdzić czystości dźwięku odkupionych właśnie od kogoś złotych dwudziestodolarówek”. Sprzed witryny Nowoczesnej odpędzano umierających na chodniku żebraków.

Kawiarnia Nowoczesna na Siennej 16

(dziś jest tu parking przed Pałacem Kultury od północy)

Była to kawiarnia Tatiany Epstein. Usługiwały w niej panie z najlepszego towarzystwa.

Szpilman przeniósł się tu z Nowoczesnej. Atmosfera była inna. W kawiarni bywała inteligencja. Ludzie przychodzili, by słuchać muzyki, zaś Szpilman utrwalał tu swą pozycję cenionego muzyka. Tutaj m.in. poznał Janusza Korczaka i znakomitego malarza Romana Kramsztyka. “Kramsztyk, pracował nad wspaniałym cyklem grafik, przedstawiającym życie w obrębie murów getta, nie przeczuwając, że później zostanie zamordowany i że duża część tych rysunków zaginie”.

Kawiarnia Sztuka – Leszno 2

(dziś jest tu jezdnia ulicy Andersa przy al. “Solidarności”)

Spośród wszystkich lokali getta kawiarnia Sztuka wyróżniała się poziomem artystycznym, był to też największy lokal w getcie. Miał nawet ogródek. Ludzie zamknięci za murami tu mieli dostęp do wielkiej sztuki. To tu działał kabaret literacki stworzony przez poetę Władysława Szlengla i śpiewały Wiera Gran i Marysia Ajzensztadt (Eisenstadt), która zdaniem Szpilmana stałaby się bardzo sławna i znana milionom ludzi, gdyby nie została zamordowana przez Niemców. Szpilman grał tu m.in. w duecie z Andrzejem Goldfederem, odnosząc wielki sukces. Szpilman z Goldfederem planowali koncert w Sztuce jeszcze 25 lipca 1942 r. Nie doszło do niego, gdyż Niemcy prowadzili już wielką akcję wywożenia mieszkańców getta do obozów zagłady.

Ulica Karmelicka

Szpilman, grając w Sztuce czy Pod Fontanną, codziennie przemierzał drogę ze Śliskiej w małym getcie przez most nad Chłodną, Żelazną i Leszno. Gdy pracował w Nowoczesnej na Nowolipiu w głąb dużego getta szedł Karmelicką.

“Nieocieranie się o przechodniów było tu niemożliwe. Gęsta masa ludzka nie szła, lecz parła i przeciskała się do przodu. Codziennie jeździły tędy więzienne auta. Przewoziły więźniów Pawiaka. Gdy skręcały w Karmelicką, tak zatłoczoną, że ludzie nie mogli się ukryć w bramach domów, Niemcy wychylali się z aut i bili na oślep tłum pałkami. Nie byłoby to groźne, gdyby były to normalne pałki gumowe, do tych jednakże, których używali, przyczepione były gwoździe i żyletki.”

Umschlagplatz

(Dziś stoi tu osiedle mieszkaniowe Stawki)

Dla większości Żydów z warszawskiego getta było to miejsce, skąd w bydlęcych wagonach wyruszali w swą ostatnią podróż do obozów zagłady. Szpilman na Umschlagplatzu znalazł się wraz z rodziną 16 sierpnia 1942 r. Zdołał uciec z rampy kolejowej. Tutaj też widział, jak w wagonach znikają jego rodzice, brat i siostra.

GDZIE UKRYWAŁ SIĘ SZPILMAN?

W odróżnieniu od budynków na terenie dzielnicy żydowskiej wszystkie miejsca, w których pianista ukrywał się po ucieczce z getta, przetrwały do dziś.

Noakowskiego 10

(13-27 luty 1943 r.)

Pierwszy dom, w którym Szpilman zamieszkał po ucieczce z getta 13 lutego 1943 r. Ukrywał się tu w dwóch mieszkaniach – w atelier kompozytora Piotra Perkowskiego, a potem w mieszkaniu inż. Gębczyńskiego.

Puławska 83

(27 luty-12 sierpnia 1943 r.)

Tu mieszkał w nieużywanej kawalerce dyrygenta Czesława Lewickiego.

12 sierpnia 1943 r. został odkryty przez sąsiadów, którzy chcieli wydać go Niemcom.

Al. Niepodległości 227-233

(21 sierpnia 1943 r.-12 sierpnia 1944 r., 30 sierpnia-ok.16 listopada 1944 r.)

Tu Szpilman spędził ponad rok w pustym mieszkaniu Heleny Lewickiej. W kryjówce doczekał wybuchu Powstania Warszawskiego. Odmówił zejścia do piwnicy z innymi. To go prawdopodobnie uratowało. W sierpniu Niemcy spalili budynek.

Gmach MON, al. Niepodległości 218

(13 sierpnia-30 sierpnia 1944 r.)

13 sierpnia Szpilmanowi udało się wślizgnąć do budynku. Spędził tu kilka dni, śpiąc w składnicy złomu.

Dom przy al. Niepodległości 217

(ok.16 listopada 1944 r.-17 stycznia 1945 r.)

Zajęty przez żołnierzy niemieckich. Tu spotkał oficera niemieckiego, który mu pomógł, tutaj też doczekał wyzwolenia Warszawy.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Sarcia Skarpeciara, Blond Jadźka, Kulawa Dwojra i inne dziewczyny z dzielnicy


Sarcia Skarpeciara, Blond Jadźka, Kulawa Dwojra i inne dziewczyny z dzielnicy

Piotr Nazaruk



„Płeć? Żeńska. Już niejednokrotnie w mem życiu żałowałam tego” – tymi słowami 20-letnia wówczas „pani Zosia”, wychowawczyni w Ochronce Żydowskiej w Krakowie rozpoczęła swoją historię, nadesłaną w 1934 roku na konkurs autobiografii żydowskiej młodzieży. Życie kobiet w przedwojennej Polsce nie było usłane różami, a w mieście tak biednym jak Lublin więcej niż szczęścia było w nim łez i goryczy. Wśród Żydów, szczególnie tych tradycyjnych, ciężar utrzymania całej rodziny spoczywał często na barkach Żydówek. Ile te barki mogły unieść, nie uniósłby żaden ze sławnych przed wojną tragarzy. Ale i one z czasem słabły, a coraz to nowe razy i nędza nierzadko popychały je do ostateczności.

Zniszczone i połamane fotografie przedstawiające anonimowe kobiety. Z kolekcji szklanych negatywów z Rynku 4

Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?

Gorzką historię pewnej Sarci Skarpeciary z Bychawskiej wiosną 1928 roku opisała gazeta „Lubliner Tugblat”. Kiedy Sarci zmarła matka, a ojciec wyjechał do Warszawy, gdzie najął się do służby u zastępcy rabina, ona – dziewczątko pewnie trzynasto, góra czternastoletnie – przyuczyła się robienia skarpet. Całymi dniami plotła skarpety i pończochy, by ze swojej skromnej pensyjki utrzymać siebie i dwie młodsze siostrzyczki. Z czasem zaczęła doskwierać jej jednak samotność i właśnie wtedy w jej życiu pojawił się niejaki P–N. Nie miał żadnego fachu i każda praca była mu obcą. Twierdził, że robotnik jest nikim i skazany jest na życie w nędzy, więc nigdy nie zamierzał pracować. Przekonanie to wyniósł z domu i to nie byle jakiego. Pochodził bowiem z „wyższych sfer”, był może wnukiem albo prawnukiem jakiegoś rabina, może krewnym rzezaka albo po prostu synem gorliwego chasyda. Tak czy inaczej zawrócił dziewczynie w głowie. Dlaczego miałby nie być moim chłopcem? – myślała sobie Sarcia – Pochodzi przecież ze szlachetnej rodziny, a szlachetne serce – jak stale powtarzała jej matka – jest cenniejsze od szlachetnych kamieni. Dziewczyna wzięła go do siebie, żywiła go, łożyła na jego utrzymanie i dawała mu kieszonkowe. „Małego księcia” trzeba było przecież ubrać, wysłać czasem do kina czy teatru i zapewnić wszystko inne, czego potrzeba chłopcu – jak sądziła – w jej wieku. Sąsiedzi z Bychawskiej plotkowali co prawda, że „chłopiec” wygląda raczej na wyrośniętego „chłopa”, ale serce zakochanej dziewczyny pozostawało głuche na tego rodzaju uwagi.

Minęło 8 lat. On doskonalił się w szlachetności, a ona dalej niestrudzenie plotła skarpety. Któregoś dnia chłopak oświadczył, że dość już się ze sobą nachodzili i czas pomyśleć w końcu o ślubie. Ją co prawda od dawna uwierało już to długie narzeczeństwo, ale wstydziła się przyznać, że chciałaby wyjść za mąż. Dziewczyna wyłożyła kilkaset ciężko zarobionych i z trudem zaoszczędzonych złotych. Kilkaset – odkładanych latami z pensji służącego – przysłał jej ojciec i tym sposobem młody „szlachcic” dostał do kieszeni całkiem pokaźną sumkę, za którą miał wszystko zorganizować. Ale kiedy niedoszły pan młody zaczął prowadzać się z taką ilością gotówki, poczuł się doprawdy jak nie byle kto. Doszedł do wniosku, że jest coś na rzeczy w tym, co mówi jego mądra i szlachetna mama, że czas już zerwać z tą pokojówczyną, córką służącego i nędzarką. Jest wszak złotym, szlachetnym młodzieńcem, a takiego towaru jak on szuka się ze świecą! Niby dlaczego – powtarzał w głowie słowa mamy – ma wydać całe to „jego” bogactwo na pierwszą lepszą, w dodatku byle skarpeciarę? Powinna raczej dziękować Bogu, że wytrzymywał z nią przez ostatnie 8 lat.

W lutym 1928 roku szlachetny P–N w tajemnicy przed Sarcią zaręczył się w Kurowie. Uzyskał nareszcie porządną narzeczoną i jeszcze porządniejszy posag (nie jakiś kilkusetzłotowy bilon), a do tego pokój z kuchnią u teściów, wikt i opierunek i co tylko trzeba na kilka lat z góry. Za pieniądze od Sarci kupił narzeczonej z Kurowa złoty łańcuszek, drogi pierścionek z kolorowym oczkiem i inne prezenty, na które zasługiwała porządna dziewczyna. Jego mama, która miała nie tylko głowę na karku, ale i żyłkę do interesu, poradziła „chłopcu”, by pod różnymi pretekstami dalej wyciągał od Sarci pieniądze, a jeśli „skarpeciarzyna” się o nie kiedykolwiek upomni, odda jej nawet z procentem po ślubie. Rzecz jasna w Kurowie.

Intryga w końcu wyszła na jaw. Kiedy uboga Sarcia dowiedziała się, co chłopak zrobił z jej pieniędzmi i sercem, chwyciła butelkę stężonego kwasu octowego – wówczas taniego i łatwo dostępnego eliksiru samobójczyń. Historia potoczyłaby się inaczej, gdyby nie młodsza siostra, która w ostatniej chwili powstrzymała ją przed wypiciem esencji. Kiedy Sarcia się uspokoiła i przemyślała wszystko, postanowiła, zamiast pogrążać się w rozpaczy, dochodzić sprawiedliwości. Następnego dnia jej młodsza siostra przypadkiem spotkała na ulicy niedoszłego szwagra i zażądała natychmiastowego zwrotu pieniędzy. Nieźleś urządził swoją pannę – zawołała – szkoda tylko, że za pieniądze mojej siostry! Mogłeś za nie kupować prezenty i jechać do Kurowa na zaręczyny, to z posagu możesz oddać siostrze dług. Po chwili pojawiła się również Sarcia, która rzuciła pod jego adresem kilka naprawdę gorzkich obelg. Szlachetnemu P–N bardzo nie w smak były te zaczepki, zawołał więc na pomoc swoją siostrę, która pięścią dała dziewczynom do zrozumienia, że takich chłopców bezkarnie się nie obraża. Obie wróciły do domu z podbitymi oczami, a artykuł, o który poprosili redakcję „Lubliner Tugblat” sąsiedzi z Bychawskiej, ukoił może część urażonej dumy, ale na pewno nie złamane serce.

Prawo pożądania

Zaledwie kilka miesięcy później prasa żyła historią innej dziewczyny. W lipcu 1928 roku w Warszawie gruchnęła wiadomość, że zwolniono z aresztu kilku handlarzy kobiet, za których poręczyła niejaka Blond Jadźka. Wśród aresztowanych a następnie zwolnionych byli Chaim Brudas, Abram Marczyk (herszt szajki, szerzej znany jako Tokarz), Mojsze Aszer (Mojsze Tof) i jego brat Lejzor Aszer (Szczapa), wszyscy na stałe mieszkający w Argentynie. Ostatni z nich miał być „koszernym” mężczyzną Blond Jadźki, który wyratował ją od nierządu i uwolnił od warszawskiego alfonsa Chaima Sapirsztajna, czyli Wysokiego Hermana. Cała ta historia była zdaje się zmyślona lub przekręcona i służyła wyłącznie uwolnieniu bandytów, z którymi dziewczyna była w jakiś niezdrowy sposób związana. Stołeczny „Unzer Express” donosił, że Blond Jadźka była w Warszawie znaną osobistością. Zimą jej „główna stacja” znajdowała się przy ulicy Bielańskiej, a latem obsługiwała linię Otwock-Falenica-Warszawa, gdzie po zawarciu stosownych znajomości osiągała przychody za sprawą swojego ciała. Dziewczyna, jak pisała gazeta, była rodem z Lublina. Jej ojciec miał być bogatym kupcem manufakturowym i chasydem, brat rabinem a szwagier szojchetem. Mimo że ojciec trzymał ją krótko, dziewczyna w końcu uciekła. Jeszcze w Lublinie poznała alfonsa, który podawał się za porządnego obywatela Buenos Aires, pragnącego poznać dziewczynę, pójść z nią pod chupę i wrócić do Argentyny. Blond Jadźka uwierzyła, ukradła ojcu biżuterię i uciekła z narzeczonym do Warszawy. Po trzech miodowych miesiącach mężczyzna zaczął ją bić i wysyłać na ulicę, a od oprawcy uwolnił ją właśnie Szczapa.

Dziennikarze „Lubliner Tugblat” podpytali w mieście o Blond Jadźkę, a jej historia – mimo że mniej spektakularna – okazała się w rzeczywistości jeszcze smutniejsza. Pochodziła z ortodoksyjnej lubelskiej rodziny, ale nie było tam ani rabina, ani szojcheta. Jej ojciec, noszący się tradycyjnie w długiej brodzie i kapocie, nie był żadnym bogaczem i nie handlował wyrobami manufakturowymi, ale czym popadło. Biżuterii mu nie ukradła, bo niczego takiego w ich domu nie było. Mieszkali przy ulicy Bramowej, a Jadźka – wysoka dziewczyna o blond włosach i czarnych, połyskujących oczach – od dzieciństwa wymykała się i włóczyła z okolicznymi prostytutkami. Już jako ulicznicę spotkać ją można było najczęściej pod jej własnym domem. Powieki malowała na modne kolory, włosy upinała nowocześnie do góry, a klientów zapraszała do domu publicznego, mieszczącego się w kamienicy jej ojca. Ponieważ była ładna i młoda, z jej usług korzystali najprzystojniejsi mieszczanie. Bywała w ich domach, biurach, jeździła z nimi na Sławinek albo po hotelach… Kiedy i w jakich okolicznościach wpadła w sidła szajki handlarzy kobiet, co tak naprawdę łączyło ją ze Szczapą i Wysokim Hermanem, nie wiadomo. Czy to właśnie Szczapa nie był przypadkiem tym, który zwabił ją do Warszawy, a sprawa z Hermanem nie była od początku do końca zmyślona? „W Lublinie – konstatowali dziennikarze »Tugblatu« – Jadźka pełniła rolę 2-złotowej dziewczyny, ale w Warszawie została prawdziwą gwiazdą”.

Prostytucja wśród ubogich kobiet była przed wojną ogromnym problemem. Praktycznie wszystkie boczne uliczki lubelskiego Starego Miasta pełne były dziewczyn, które z braku innych perspektyw zostawały ulicznicami. Pracy nie było, za szkołę trzeba było słono płacić, rodzice często zostawiali dzieci samym sobie, klientów natomiast nie brakowało i pieniądze z prostytucji były na wyciągnięcie ręki. Dalsze losy Blond Jadźki pozostają nieznane, ale banda, z którą się związała należała w owych czasach do jednej z najlepiej zorganizowanych i najgroźniejszych szajek handlarzy żywym towarem. Wspomniany Abram Tokarz pojawił się w Warszawie z zawrotną sumą 80 tysięcy dolarów, za które miał organizować przemyt kobiet do Argentyny na masową skalę. On i jego wspólnicy pod pozorem małżeństwa wywozili młode dziewczyny za ocean, ale zamiast do lepszego życia trafiały do spelun i domów publicznych.

Przerwane objęcia

W 1938 roku lubelska prasa opisała inną historię…

czytaj dalej tu: Sarcia Skarpeciara, Blond Jadźka….


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com