Archives

Żołnierze Armii Czerwonej bali się podejść do więźniów niepodobnych do ludzi

Wyzwolenie Auschwitz. Żołnierze Armii Czerwonej bali się podejść do więźniów niepodobnych do ludzi

Bartłomiej Kuraś


Więźniowie KL Auschwitz wyzwoleni w styczniu 1945 r. przez żołnierzy Armii Czerwonej. Zdjęcie wykonane po wyzwoleniu obozu. (Fot. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau)

W oddali stały grupy ludzi. Najpierw nie rozumieli, co się dzieje, potem zaczęli machać rękami w geście pozdrowienia, coś krzyczeli. 27 stycznia 1945 roku Armia Czerwona wyzwoliła Auschwitz.

*

Więźniowie, których ujrzeli za płotem z drutu kolczastego, cierpieli na gruźlicę i biegunkę głodową – chorobę w przedwojennej Europie prawie już nieznaną. Jej objawy to zanik funkcji trawiennych, skrajne wyczerpanie organizmu i gwałtowny spadek wagi ciała.

Część uwolnionych z obozów Auschwitz II – Birkenau, gdzie znajdowały się komory gazowe i krematoria, oraz Auschwitz III – Monowitz, w którym zamknięci byli pracownicy przymusowi koncernu chemicznego IG Farben, została przeniesiona do bloków obozu głównego Auschwitz I, bo były tam trochę lepsze warunki. Wygłodzonych ludzi stopniowo przyzwyczajano do jedzenia, podając im niewielkie ilości posiłków – trzy razy dziennie po jednej łyżce zupy z przecieranych ziemniaków.

Przez wiele tygodni po wyzwoleniu pielęgniarki znajdowały pod ich siennikami i materacami chleb, który chowali w obawie, że obozowe piekło powróci. Na wizytę w łaźni albo zastrzyk reagowali panicznym lękiem – jeszcze kilkanaście dni wcześniej jedno i drugie mogło oznaczać śmierć.

Nadchodzą Sowieci

Gdy w lipcu 1944 r. Armia Czerwona stanęła nad Wisłą, było jasne, że jej dalszy marsz na zachód jest tylko kwestią czasu. Na kilka miesięcy wstrzymał go jednak wybuch powstania warszawskiego, dzięki czemu Niemcy zyskali czas m.in. na przygotowanie ewakuacji Auschwitz-Birkenau i zniszczenie dokumentacji obozowej.

Na początku 1945 r. radziecka ofensywa znów ruszyła, 18 stycznia Kraków został zajęły przez wojska 1. Frontu Ukraińskiego, ale jego dowództwo nie wiedziało, że niedaleko znajduje się obóz śmierci. W ZSRR jedyna wzmianka o Auschwitz ukazała się w kwietniu 1943 r., gdy “Prawda” przedrukowała lakoniczną depeszę agencji TASS o istnieniu obozu. Sowiecki wywiad od 1944 r. otrzymywał wprawdzie informacje (także od zachodnich aliantów) o zagładzie Żydów w obozach, jednak nie dzielił się nimi z armią.

Auschwitz w 1945 roku, tuż przed wyzwoleniem (fot. wikimedia Stanisław Mucha / CC-BY-SA 3.0 [CC BY-SA 3.0 DE ) Auschwitz w 1945 roku, tuż przed wyzwoleniem (fot. wikimedia Stanisław Mucha / CC-BY-SA 3.0 [CC BY-SA 3.0 DE )

Kilka dni po zajęciu Krakowa sowieckie dowództwo wiedziało już o obozie, ale informacje wciąż były skąpe i sprowadzały się do stwierdzenia, że to miejsce, gdzie przetrzymywani są więźniowie. W tym czasie strażnicy Auschwitz pełniący służbę na wieżach opuścili już obóz, którego nadal pilnowali esesmani i w którym pojawiali się także żołnierze Wehrmachtu.

Wyzwolenie Auschwitz

Od strony Krakowa lewym brzegiem Wisły nacierała 60. Armia 1. Frontu Ukraińskiego, a w rejonie Oświęcimia walczyły jej cztery dywizje, w tym 100. Lwowska Dywizja Piechoty generała-majora Fiodora Krasawina. W piątek 26 stycznia 1945 r. czerwonoarmiści przekroczyli Wisłę pod Oświęcimiem i następnego dnia około godz. 9 pojawili się na terenie obozu Auschwitz III – Monowitz. Znajdująca się tam fabryka koncernu IG Farben częściowo leżała w gruzach, bo od sierpnia do grudnia 1944 r. alianci zbombardowali ją aż czterokrotnie. Powstrzymali się jednak przed nalotami na Auschwitz i Birkenau w obawie, że mogą się one wiązać z dużą liczbą ofiar wśród więźniów.

Po południu żołnierze radzieccy ruszyli z Monowitz w stronę Auschwitz, a następnie Birkenau. Niemcy stawiali zaciekły opór, w walkach w rejonie Oświęcimia zginęło 231 czerwonoarmistów, ale około godz. 15 Sowieci otworzyli bramy obozu.

Więźniowie i czerwonoarmiści pod bramą ze sławetnym napisem: ‘Arbeit macht frei’. Niektórzy mieli jeszcze tyle sił, by wkrótce wyruszyć w rodzinne strony BE&W

– Było wilgotno, padał mokry śnieg. Kiedy podeszliśmy w pobliże obozu, zobaczyliśmy płoty z rzędami drutów kolczastych – opowiadał w 2013 r. Iwan Stiepanowicz Martynuszkin, w 1945 r. starszy lejtnant, dowódca kompanii karabinów maszynowych w jednym z pułków 322. Dywizji 60. Armii 1. Frontu Ukraińskiego.

– W oddali stały grupy ludzi. Najpierw nie rozumieli, co się dzieje, potem zaczęli machać rękami w geście pozdrowienia, coś krzyczeli. Kiedy żołnierze zobaczyli pierwszą grupę więźniów, bali się do nich podejść, byli niepodobni do ludzi. Walki trwały też w samym miasteczku, a przed moją kompanią, z której pozostało zaledwie 50 ludzi, postawiono zadanie: oczyścić z Niemców tereny przylegające do ogrodzonych obiektów. Nie mieliśmy pojęcia, że to jest obóz śmierci, dopiero potem zrozumiałem, jakie miejsce wyzwoliliśmy.

Obóz staje się szpitalem

Czerwonoarmiści zastali w obozie około 7 tys. więźniów, w większości chorych i skrajnie wyczerpanych, których esesmani nie zdążyli ewakuować albo wymordować. Natknęli się też na zwłoki około 600 rozstrzelanych lub zmarłych z wycieńczenia – miesiąc później, 28 lutego 1948 r., Polski Czerwony Krzyż zorganizował im uroczysty pogrzeb we wspólnej mogile niedaleko obozu.

Okolice Auschwitz Niemcy zaminowali, w Birkenau wysadzili komory gazowe i krematoria, spalili też tzw. Kanadę, jak w obozowym żargonie nazywano baraki z rzeczami odebranymi więźniom. Obóz główny, Auschwitz I, pozostał niemal nienaruszony, jedynie dwa budynki miały spalone dachy.

Niektórzy mieli jeszcze tyle sił, by wkrótce wyruszyć w rodzinne strony, ale często wyglądali tak jak na zdjęciu (luty 1945 r.), na którym radziecki lekarz bada pochodzącego z Wiednia inżyniera Rudolfa Scherma. BE&W

Ocaleni witali żołnierzy ze łzami w oczach, nie dowierzali, że to koniec gehenny. Radzieckie służby medyczne zorganizowały w obozie dwa szpitale polowe, PCK kolejny, którym zarządzał doktor Józef Bellert. W szpitalach tych znalazło się ponad 4,5 tys. obłożnie chorych więźniów, a niektórzy wyjechali dopiero po czteromiesięcznym leczeniu. Pacjenci, głównie Żydzi, pochodzili z ponad 20 państw, wśród nich było ponad 400 dzieci, m.in. bliźnięta, które pseudomedycznym eksperymentom poddawał lekarz SS Josef Mengele.

– Mnie i mojej siostrze Miriam udało się przeżyć – opowiadała Eva Mozes Kor podczas wizyty w Auschwitz w 2010 r. – Pamiętam dzień, w którym wyzwolili nas sowieccy żołnierze. Było bardzo zimno, a my nie mieliśmy ciepłych ubrań. Byliśmy wychudzeni, głodni i schorowani.

Powrót do domu

Ocalałymi, którzy czuli się trochę lepiej i nie musieli się leczyć w szpitalach, zaopiekowali się mieszkańcy, m.in. z pobliskich Brzeszcz. Niektórzy więźniowie mieli na tyle sił, że wkrótce wyruszyli w drogę do rodzinnych miejscowości. Jednym z nich był znany rzeźbiarz Xawery Dunikowski. – Byłem wyczerpany, ważyłem tylko 40 kg, ale pojechałem do Krakowa – opowiadał.

Więźniom organizowano transporty, które często okazywały się bardzo skomplikowane logistycznie – kilkuset Żydów z Europy Zachodniej i Bałkanów wracało do domów przez Związek Radziecki – najpierw pociągiem do Odessy, a potem statkiem do Marsylii. Wielu trafiło do obozów przejściowych w Słucku na Białorusi i Czerniowcach na Ukrainie, gdzie czekali na dalszy transport.

W lutym i marcu 1945 r. z Auschwitz wywieziono dzieci, w większości sieroty, które trafiły do ośrodków charytatywnych i domów dziecka. Te dramatyczne sceny rejestrowała ekipa filmowa Armii Czerwonej, a jej wstrząsający film dokumentalny pt. “Kronika wyzwolenia obozu” wyświetlany jest w muzeum obozowym.


Sceny z wyzwolonego obozu nakręcone w styczniu i lutym 1945 r. przez radziecką ekipę filmową

Auschwitz było najbardziej poruszające i najstraszniejsze spośród tego, co zobaczyłem i sfilmowałem podczas wojny – wspominał Aleksander Woroncow, jeden z radzieckich filmowców. Zinowij Tołkaczew, utalentowany plastycznie czerwonoarmista pochodzenia żydowskiego, dokumentował obóz w szkicach, które po wojnie zostały wydane w Polsce, Izraelu i ZSRR.

Stosy ludzkich prochów

W pierwszych miesiącach po wyzwoleniu na terenie obozu działały dwie specjalne komisje – radziecka i polska, które zabezpieczały dowody zbrodni. Podczas śledztwa prokuratury 1. Frontu Ukraińskiego (w wizjach lokalnych uczestniczyło m.in. sześciu mieszkańców Oświęcimia i pięciu byłych więźniów) odkryto zwały ludzkich prochów oraz około siedmiu ton włosów.

Zebrany materiał dwa lata później wykorzystał polski Najwyższy Trybunał Narodowy w procesach przeciwko komendantowi Auschwitz Rudolfowi Hössowi i 40 innym członkom załogi.


Korzystałem z opracowania historycznego Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau autorstwa Andrzeja Strzeleckiego


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Historia stara jak świat

Historia stara jak świat


Seth J. Frantzman


Wstęp od redakcji “Listów”:

Najpierw był krótki komunikat: policja poszukuje ośmioletniego chłopca, który zaginął w piątek (24 stycznia) wieczorem, we wschodniej Jerozolimie. Qais Abu Ramila widziany był po raz ostatni o godzinie czwartej po południu.

Rodzina najpierw powiedziała, że chłopiec został porwany, potem zmieniła swoje zeznania. Natychmiast wybuchły zamieszki utrudniające poszukiwania dziecka. Policję obrzucano kamieniami. Trzy osoby zostały aresztowane. Psy prowadziły do zbiornika z wodą, w sobotę nad ranem znaleziono zwłoki dziecka. Chłopiec prawdopodobnie pośliznął się na mokrym brzegu, wpadł do wody i utonął.

Tymczasem kłamstwo obiegło świat zanim prawda zdążyła związać sznurówki. (W naszych czasach słynna metafora Marka Twaina utraciła znamiona metafory.)

Palestyńska polityk, Hanan Ashrawi powieliła „wiadomość”, z konta na Twitterze podpisanego “Real Seif Bitar”, że „izraelscy osadnicy porwali, zamordowali i wrzucili do wody palestyńskiego chłopca”, dodając komentarz: „serce się kroi, ból jest nieznośny, nie mam słów”.

Członkini amerykańskiego Kongresu Rashida Tliab natychmiast puściła jej tweet dalej w świat. Po kilku godzinach Hanan Asshrawi pisała: „Przepraszam za przekazanie czegoś, co nie było w pełni zweryfikowane. Jak się wydaje wiadomość o jego porwaniu nie była pewna”. A potem, jak się wydaje skasowała wcześniejsze tweety.

A kim jest człowiek, który wstrząsnął sumieniami antysemitów całego świata? Seif Bitar nie jest dziennikarzem, który był na miejscu, nie jest przypadkowym świadkiem, nie jest przedstawicielem żadnej instytucji. Jest zwykłym internetowym trollem wymyślającym od lat kłamstwa o Żydach. Dlaczego dali mu wiarę politycy i dziennikarze z wielu krajów? Odpowiedź jest tylko jedna – wydawało im się, że to musi być prawda.

Historii opowiadających o porwaniu i zabiciu dziecka przez Żydów były setki, prowadziły nieodmiennie do zamieszek i pogromów. Ochota dawania wiary w takie pogłoski jest jak widać niezmienna. Izraelski publicysta „Jerusalem Post”, Seth J. Frantzman na swojej stronie Facebooka (26 stycznia) pisze:

Seth J. Frantzman:

Jest tylko jeden kraj na świecie, w którym, kiedy gubi się dziecko, a potem znajdują je martwe w wodzie, zachodni politycy (Rashida Tlaib, komentatorzy w Wielkiej Brytanii) i inni zachodni komentatorzy powielają historie o „porwaniu” i „morderstwie” bez cienia dowodów, bez tego, by byli w kraju, w którym to się stało, bez czytania żadnych raportów… tylko dlatego, że… są antysemitami.

Tym krajem jest Izrael.

Jeśli chcesz wierzyć, że antyizraelskie poglądy nie są antysemickie, to zrób prosty test. Jak to jest, że nie ma ŻADNEGO innego kraju na świecie, wobec którego zachodni politycy i wykształcone elity przyjęły postawę „anty”. Jest tylko jeden kraj, wobec którego ludzie są dumnie „anty”. I nie jest tylko przypadkiem, że tym krajem jest Izrael – jest tak z powodu zachodniej obsesji, która istnieje od wielu pokoleń, a jest nią nienawiść do Żydów.

Nie ma żadnych dowodów, że ”antyizraelskie” poglądy są tylko spowodowane krytyką „polityki Izraela”. Dlaczego ludzie w bardzo odległych miejscach nagle mieliby być obsesyjnie krytyczni wobec „polityki Izraela”? Polityka Izraela nie jest szczególnie gorsza niż polityka wielu innych krajów, jak na przykład Turcji. Nie zawsze gorsza niż polityka Chin lub Indii, lub innych miejsc.

Gdyby więc była to tylko krytyka, to logicznie ludzie powinni mieć tę samą obsesję na punkcie wszelkiej złej polityki Chin, Iranu, Turcji, Maroka, Indii, Malezji i Australii. Ale nie mają. Nie ma tysięcy ludzi, którzy obsesyjnie analizują, omawiają i krytykują brutalne traktowanie uchodźców na wyspie przez Australię… lub rasistowskie prawa Malezji.

Tylko w sprawie Izraela. To jest jedyny kraj na świecie, wobec którego ludzie w Szwecji, Wielkiej Brytanii, USA i innych krajach są obsesyjnie „anty” i są gotowi wierzyć w każde nienawistne kłamstwo, jedyny kraj, wobec którego mają taką obsesję, że oskarżają „partię Likud” o wpływanie na wybory w Wielkiej Brytanii i USA. Nie winią żadnych innych zagranicznych partii, których nazw nawet nie znają.

Kiedy więc dziecko zgubiło się w weekend w Jerozolimie… byli gotowi dzielić się podżeganiem, twierdzić bez cienia dowodu, że zostało „zamordowane” przez „osadników” – to jest czyste podżeganie. Nie wzięli tego z arabskich mediów, stworzyli własne narracje, nawet ubarwili relacje i twierdzili, że „izraelskie siły zaatakowały personel medyczny”… kiedy to Izraelczycy szukali tego chłopca.

Bowiem antyizraelskie poglądy są antysemickie. Nie tylko niektóre z nich – wszystkie. Nie ma niczego takiego jak bycie „krytycznym wobec polityki Izraela”, siedząc wygodnie o tysiące kilometrów od tego kraju. Naprawdę? Dlaczego podrywasz się nagle i decydujesz na obsesję na temat Izraela? Dlaczego ludzie, których znałem na amerykańskim uniwersytecie, obsesyjnie czytają o najdrobniejszych szczegółach „izraelsko-palestyńskiego konfliktu”… hmm, czytałeś dzisiaj o Kaszmirze? O… niezbyt dużo.

Nie ma wymówki dla tej ”antyizraelskości”. Jest to tylko przykrywka dla nienawiści. A ta nienawiść atakuje jedną, maleńką grupę na świecie. I dlatego ”antyizraelizm” zawsze prowadzi do obsesyjnych teorii spiskowych i tendencji do tego, że ludzi, którzy są całkowicie logiczni, kiedy chodzi o inne sprawy, wierzą w totalne nonsensy i retweetują totalne nonsensy. I dlatego jest tak mały krok od ich rzekomo „antyizraelskiej” krucjaty do bełkotu o „rotszyldach” i nagłego pragnienia mówienia o Holocauście. Bo nie chodzi tu o Izrael.

Gdyby chodziło o Izrael, to dlaczego jest to o Holocauście? Gdzie są grupy „antyruandyńskich” aktywistów, pouczających nas, że „ofiary ludobójstwa Hutu nie powinny uciskać innych”? Och, nie ma ludzi dających nam takie nauczki. Tylko jeśli chodzi o Izrael, słyszymy także o Szoah. Nikt nie mówi: “jak mogą kambodżańskie ofiary ludobójstwa uciskać lud Cham”. Tak więc tylko wobec Izraela istnieje dziwaczny komentarz: „jak mogą ofiary stać się ciemiężcami w Gazie”. Nie wiem, a jak mogą ofiary kolonializmu w Kongo stać się ciemiężcami? Jak mogą ofiary islamofobii stać się ciemiężcami w Afrin? O czym ty mówisz? Jak mogą bośniackie ofiary lub ofiary z Kosowa stać się ciemiężcami?

Prawdziwym pytaniem, jakie należy zadać, jest to, dlaczego ciemiężcy są ciemiężcami, nie zaś jakieś wyświechtane banały o Izraelu. I dlatego antyizraelskie poglądy zawsze są antysemickie, bo są zawsze obsesyjnie unikatowe. Po prostu nie ma innego przykładu, gdzie kraj jest poddany tak absurdalnej nienawiści, podżeganiu, spiskom i wyjaśnieniom.

* Jedno zastrzeżenie…Izraelczycy i Palestyńczycy mają prawo do obsesji na punkcie Izraela.

P.S. Pod wpisem Setha Fratzmana jest ogromna dyskusja, z mnóstwem przykładów nienawistnych tweetów i komentarzy z całego świata.

P.S. 2. Rashida Tlaib wycofała swój tweet nie trudząc się żadnymi wyjaśnieniami, ani przepraszaniem.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wyszli z Auschwitz w biały dzień.

Wyszli z Auschwitz w biały dzień. On udawał esesmana, ona była potulną więźniarką. Ludzie szli do pieca, a oni się zakochali

Stanisław Zasada


Ilustracja: Zygmunt Januszewski

Telefon z Nowego Jorku. Głos kobiecy. – Jureczku, to ja, twoja Cyluchna. Telefonistka ponagla – na połączenie ze Stanami czeka kilkadziesiąt osób, a oni tak godzinę.

Cyla

1920 rok, Polska ma dwa lata. W Łomży niedługo po żydowskim święcie Chanuka Mordechajowi i Feli Cybulskim rodzi się czarnowłosa dziewczynka Cyla. Bogaci – Mordechaj jest właścicielem młyna. W szabat chodzą do Wielkiej Synagogi. Zaprojektował ją słynny włoski architekt, stoi w narożniku rynku.

Żydzi to połowa mieszkańców Łomży. Mają zakłady, sklepiki, swoje gazety. Żydowski Makabi toczy piłkarskie boje z Łomżyńskim Klubem Sportowym. Gdy mecz jest w sobotę, chasydzi z długimi pejsami nie chcą wpuszczać Żydów na stadion – szabat zabrania – mało kto ich słucha.

Po mieście chodzą „prawdziwi Polacy”. Przepędzają Żydów z kina Reduta – widownia świeci pustkami. „Nie kupuj u Żyda!” – nawołują. W targowy dzień nie chcą wpuścić chłopów do żydowskich sklepów; wieśniacy spuszczają im manto orczykami.

W Boże Ciało małej Cyli nie wolno wychodzić z rodzeństwem z domu – w czasie procesji żydowskim dzieciakom zabrania się biegania po ulicach. Zbezcześciłyby katolickie święto. Obawy nie są bezpodstawne – w końcu to Żydzi kazali ukrzyżować Pana Jezusa.

Tamtego września władza w Łomży zmienia się trzy razy. Polskie wojsko broni się dzielnie, ale nadlatuje Luftwaffe, wkracza Wehrmacht. Żołnierze ze swastyką zostaną dwa tygodnie. Zastąpią ich żołnierze z czerwoną gwiazdą. Niemiecko-sowiecki pakt Łomżę oddał Stalinowi. Niektórzy Żydzi witali Armię Czerwoną kwiatami. Sowieci wywożą na Sybir i stepy Kazachstanu polskich nauczycieli, urzędników, działaczy, ale Żydów też.

Niemcy wypędzili Cybulskich do getta. W ciasnym kwartale kilku ulic prawie dziesięć tysięcy ludzi. Na ubraniach noszą żółte łaty, bo Hitler pokłócił się ze Stalinem, a w Łomży druga okupacja niemiecka. Nadprezydent Prus Wschodnich Erich Koch plan ma taki: „Wysłać z Białostocczyzny do Niemiec maksymalną ilość ludzi zdolnych do pracy, a resztę zetrzeć z powierzchni Ziemi”.

W Tykocinie przez dwa dni esesmani zastrzelą nad dołami 1,5 tysiąca Żydów. Niemcom pomagają czasem „prawdziwi Polacy”. Jak w Jedwabnem: spędzili do stodoły 300 żydowskich sąsiadów, podłożyli ogień.

W Łomży pogromu nie było.

Wywieźli Cybulskich do Zambrowa – jest tam obóz przejściowy. Warunki gorsze niż w getcie. Wieści niedobre: Żydzi już wiedzą, co Niemcy z nimi robią. Rozpowiadają o tym żydowscy chłopcy, którym udało się uciec z Treblinki. Chociaż Cyla ma wątpliwości. Masowe mordy? Palenie zwłok? W XX wieku? Cyla słyszała już nazwę Treblinka, ale o żadnym Auschwitz nie ma pojęcia.

– Jedziecie do pracy – powiedzieli esesmani.

W bydlęcym wagonie tłok, ale są razem: mama Fela, tata Mordechaj, bracia Natan i Jakub, dziewięcioletnia siostrzyczka. I ona – 22-letnia.

– Rechts! Links! – komenderuje esesman. To już selekcja na rampie w Auschwitz.

Cyla, jej dwaj bracia i ojciec na prawo. Mama z najmłodszą córką na lewo.

Obozowy tatuażysta zostawił na jej lewym przedramieniu cyfry: 29558.

Jerzy

Jerzy Bielecki urodził się trzy miesiące później, w Poniedziałek Wielkanocny. Mieszkają z rodzicami i rodzeństwem w Igołomi pod Krakowem. Ojciec jest wysokim urzędnikiem w gminie. Pobożni katolicy.

Kościół Narodzenia Najświętszej Marii Panny z XVII wieku stoi na skraju wsi. Jurek chodzi tu od dziecka. W Wielki Piątek słucha, jak ksiądz się modli za „Żydów wiarołomnych”. Chociaż nie jest pewne, czy rozumie – modlitwa jest po łacinie.

Miał 18 lat, po wakacjach miał zaczynać klasę maturalną, jednak spadły bomby i lekcje odwołano. Nie chce się dekować, gdy wróg okupuje kraj. Pożegnalny list zostawił w biurku ojca. Pisał, że ma nadzieję, iż go rozumieją. I że wróci, jak ojczyzna będzie wolna.

Jest 1940 rok. Z szóstką kolegów chce uciec na Węgry, stamtąd do polskiego wojska we Francji. Granica blisko.

– Halt! Hände hoch! – słyszy nagle w ciemnościach.

Więzienie w Nowym Sączu.

– Georg Bielecki! – wołają na przesłuchanie.

Gestapowiec pyta, co robił na Węgrzech. Kto go tam wysłał? Przystawia pistolet do głowy. Jerzy do celi wraca ze spuchniętą twarzą i piekącymi plecami.

W więzieniu w Tarnowie – tam go przewieźli – prycze wygodniejsze, jedzenie trochę lepsze. W celach więcej takich śmiałków jak on.

W pociągu, który w czerwcu 1940 roku wyruszył z Tarnowa, było jeszcze 727 mężczyzn. Słyszeli, jak na dworcu w Krakowie niemieccy żołnierze fetowali salwami zwycięstwo nad Francją.

Auschwitz. Taki napis zobaczył na końcowej stacji. Nazwa nic mu nie mówiła. Powiedzą mu później, że Niemcy nazwali tak Oświęcim.

– Przyjechaliście tutaj nie do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego! – drze się na powitanie Lagerführer Karl Fritzsch. – Jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące.

Ostrzyżono mu włosy. Dostał drelich w szaro-niebieskie pasy, czapkę (musi pamiętać, żeby zdejmować ją przed esesmanami), drewniane chodaki. Od świtu kopie fundamenty, rozłupuje kamienie, naprawia rolnicze maszyny, kosi trawę. W upale, deszczu, zimnie.

Zmienili mu tożsamość. Zamiast imienia i nazwiska numer 243.

Worki

Młoda, ładna, nadawała się jeszcze do pracy, dlatego na rampie esesman kazał jej iść rechts. Przez kilka tygodni burzyła domy po Polakach wokół obozu – Niemcy nie chcą mieć świadków tego, co dzieje się za drutami. Teraz ma lżej: z dziewięcioma kobietami łata worki na zboże. Praca pod dachem. Mieszka w piwnicy, ale budynek jest murowany, sucho, śpi na sienniku. Codziennie kąpiel (Niemcy boją się tyfusu), lepsze jedzenie.

Zamiast obozowego pasiaka nosi granatową sukienkę z szarym fartuszkiem. Żeby było widać, że to więźniarka, na plecach wymalowano czerwoną farbą ukośny krzyż.

Silniki

– Potrzebuję dwóch mechaników – kapo Otto Küsel szuka fachowców do pracy w młynie. To jeden z 30 niemieckich kryminalistów w Auschwitz. Miał „wychowywać polskich bandytów”. A Küsel wygrywa im na skrzypcach „Mazurka Dąbrowskiego”, daje lżejszą pracę, niejednego ocalił od śmierci. – Niemiec, który nigdy Polaka nie uderzył – powiadają o nim.

– Ich bin ein guter Mechaniker – odzywa się Jerzy.

Całymi dniami oliwi teraz maszyny. Nikt go nie pogania. Pracuje pod dachem.

Chce z bliska zobaczyć Himmlera. Reichsführer SS przyjechał sprawdzić, jak się pali Żydów. Komendantowi Hössowi każe przyspieszyć rozbudowę Birkenau.

Jerzy pręży się na baczność.

Widzi niepozornego człowieczka w okularach i zbyt dużej czapce z trupią czaszką. Jest rozczarowany – nie tak wyobrażał sobie największego zbrodniarza Europy.

Reichsführer z wizyty jest zadowolony. Wieczorem pije wino.

Jerzy trzęsie się ze śmiechu, a z nim cały obóz – uciekło czterech więźniów: trzech Polaków i Niemiec – „dobry kapo”. Ten, który wygrywał „Mazurka Dąbrowskiego” i żadnego Polaka nie uderzył. Jerzemu załatwił pracę w młynie.

A teraz wyciął nadzorcom taki numer.

Po Bożym Narodzeniu wyjechał za obozową bramę konnym zaprzęgiem. Eskortował ich esesman (jeden z Polaków przebrał się w mundur). Nie miał pistoletu. Żeby wyglądało poważnie, do kabury włożył latarkę.

Powiodło im się.

Dziura

Kobiety? Tutaj? Nie może uwierzyć. A jednak. Jest ich dziesięć. Młode, ładne. Najbardziej podoba mu się ta o smagłej twarzy, z oczami jak u Cyganki, spod chustki wystają jej ciemne kosmyki. Ładnie się uśmiecha.

– Szkoda, że to Żydówka – esesman drwi z Jerzego. – I tak pójdzie na śmierć.

Wszyscy to wiedzą. Dziwią się nawet, że dziewczyny potrafią się śmiać.

Pierwsza puściła do niego oko.

Mówi do niej: Cyluchna.

Ona: Juracku.

Rozmawiają ukradkiem. Przez dziurę w deskach na przykład. Albo gdy ona wynosi śmieci. Albo on udaje, że rozwiązał mu się but, gdy ona akurat przechodzi. Opowiada, jak straciła matkę i siostrzyczkę. A kilka tygodni później ojca i braci. On mówi o sobie. Czasem pogładzi ją po włosach. Czasem całus po kryjomu. Do intymności w obozie nie ma zbyt wielu okazji.

Bujasz!

Jego czwarte Boże Narodzenie w Auschwitz. Dostaje paczkę.

– Cylusiu, życzę ci szybkiego doczekania wolności – łamie się z nią opłatkiem (wie, że Żydzi nie świętują narodzin Jezusa, ale święta to święta). Dzieli się smakołykami z paczki. Tymczasem w Birkenau śmierć szaleje jak nigdy wcześniej. Przybywa coraz więcej transportów. Krematoria nie nadążają ze spalaniem zwłok.

– Jurku, co z nami będzie? – pyta kilka dni później.

Dobrze wie, czemu spytała. Też musiała widzieć, że kominy w Birkenau dymią bez przerwy.

– Wyrwę cię stąd – przerywa, bo milczenie zrobiło się zbyt długie.

Czuje, że mu wierzy – tak na niego ufnie patrzy.

To jego wersja, bo ona powie potem, że wcale mu nie uwierzyła.

– Bujasz! – miała powiedzieć.

Prowadzą ją z innymi kobietami do gazu, on patrzy zza drutów, nic nie może zrobić. Budzi się zlany potem. Nie śpi do rana. Nie może się doczekać, kiedy zaczną pracę. Nie wie, czy ją jeszcze zobaczy.

Przyszła.

– Udusisz mnie – mówi.

Tak mocno tuli ją do siebie.

Plan

Już wie, jak się wyrwać z Auschwitz: wyjdą w biały dzień. On będzie udawał esesmana. Ona ma być potulną więźniarką.

Mundur zdobył kolega – ukradł z niemieckiego magazynu. Znajomym kazał wydrukować przepustki w różnych kolorach – każdego dnia obowiązują inne. Tylko broni nie ma. Żeby kabura nie wyglądała na pustą, obciąży ją śrubami. Uczy się swojego nowego nazwiska. Zapuszcza włosy.

– Może będziesz żyła na wolności tylko tydzień lub dwa – przyjaciółka Sonia Rotschild namawia ją, żeby uciekała. – Może cię złapią. Trudno! Ale powiesz światu, co się tu dzieje.

A ona tak strasznie się boi.

Zabrali Cylę z magazynu zbożowego. Myśli, że już jej nie zobaczy. Tej nocy znowu nie śpi. Cztery dni później Cyla napisze mu w grypsie, że przenieśli ją do innego budynku. Rzadziej się widują.

A Niemcy już wiedzą, że przegrali wojnę.

Latem 1944 roku Armia Czerwona jest 300 kilometrów od Auschwitz. I wciąż posuwa się do przodu. Po obozie krążą plotki o ewakuacji. Jerzego czas nagli. Gdy dojdzie do ewakuacji obozu, nie wiadomo, gdzie go wywiozą. Na pewno bez Cyli.

Nie ma co czekać.

Aż się ściemni

– Która to? – SS-Rottenführer Helmuth Stehler pyta szefową komanda o więźniarkę numer 29558. Z kartki czyta nazwisko. Mówi, że zabiera ją na przesłuchanie.

Jest 21 lipca 1944 roku, piątek. W Auschwitz minęła 15.

– Niech Bóg cię prowadzi! – Sonia Rotschild popycha Cylę.

– Na komm, los! – esesman rozkazuje jej, żeby szła przodem. Idzie pewnie za nią, ale koszulę pod mundurem ma mokrą.

– Heil Hitler! – Stehler hajluje przed strażnikiem. Pokazuje przepustkę.

Strażnik macha ręką, że mogą iść.

Dwa kilometry za obozem wchodzą w zarośla. Czekają, aż się ściemni.

Syrena wyje wieczorem. Esesmani wiedzą już, że Jerzy Bielecki i Cecylia Cybulska uciekli. Więźniowie z jego bloku stoją za karę do 2 w nocy z rękami na karkach.

Wędrują nocą, w dzień śpią. Błąkają się tak dziewięć dni po nieprzyjaznym terenie Rzeszy. Raz ostrzelał ich cywilny patrol Niemców. Uratowały ich ciemności. Ludzie boją się ich wpuścić. Esesman w ubłoconym mundurze, który prosi o pomoc, to słaby argument.

Zlituje się organista z Bachowic koło Spytkowa. Dostaną jeść, czyste ubrania, mogą się normalnie przespać. Ktoś zaufany przerzuci ich przez zieloną granicę do Generalnej Guberni.

Wuj Jurka długo nie może poznać krewniaka, nim padną sobie w objęcia. Matka załamuje ręce, że pokochał Żydówkę. – Jak sobie życie ułożycie? Kto wam da ślub?

Odpowiedział, że o to będą się martwić po wojnie.

Manewr wymijania

Całą noc się żegnają.

Ona jest w Gruszowie – Jerzy ma tam rodzinę. Ciotka traktuje Cylę jak córkę. On zostaje w Igołomi. Brat walczy w Armii Krajowej – Jerzy będzie chodził z leśnymi na patrole. Po wszystkim przyjedzie po nią. Tak się umawiają.

„Ciągle myślę o Tobie. Bądź cierpliwa, wojna niedługo się skończy. Niebawem się spotkamy” – pisze do niej z lasu.

List posyła przez łączniczkę. Nie wie, że ona listu nie przeczyta.

A ona codziennie wychodzi na drogę. Marszałek Koniew przegnał już Niemców, a jego wciąż nie ma ani listu żadnego.

„Może zapomniał?” – myśli.

Zrozumiała, że nie ma tu czego szukać. W Łomży ma ciotkę (też przeżyła wojnę). Pojedzie do niej, skoro Jurek nie wrócił.

A on szedł w tęgi mróz 50 kilometrów. Do Gruszowa dotarł w sobotę, a Cyla wyjechała we wtorek.

Wszystko przez wojenną taktykę. Marszałek Iwan Koniew chciał oszczędzić Kraków, dlatego zastosował manewr ominięcia miasta. A może po prostu chciał jak najszybciej zająć niemieckie fabryki na Śląsku. Wersje są sprzeczne. W każdym razie Armia Czerwona wyzwoliła Cylę na początku stycznia. Jerzego – miesiąc później.

Dlatego się rozminęli.

Braci Zacharowiczów jest dwóch. Jadą do Warszawy tym samym pociągiem co ona. Dawid mówi, że skoro przeżyli wojnę, powinni się trzymać razem. Odradza podróż do Łomży. Wysiadają w podwarszawskich Włochach. Jeszcze tej wiosny rabin udzieli im ślubu.

Martwa, zazdrosny

Na czarno-białej fotografii ona leży na szpitalnym łóżku. Obcy mężczyzna przy niej. Jerzy nie wie, kto to. Zdjęcie zrobiono w Sztokholmie (Cyla z mężem wyjechali tam po wojnie, czekają na wizę do Stanów). Jerzy ogląda fotografię u ciotki w Gruszowie, Cyla dołączyła ją do listu. Pisała, że jest ciężko chora. Listy chodzą długo. Gdy patrzą na zdjęcie, ciotka mówi, że Cyla już pewnie nie żyje. O tym, że Cyla pisze do Gruszowa, Jerzy dowiedział się przypadkiem. Od listonosza.

Jerzy poznaje Stenię w Krakowie – po wojnie kończył tam maturalną klasę. Przypominała mu Cylę. Pobiorą się. Urodzi mu dwie córki i syna.

A mąż Cyli jest zazdrosny, zabrania jej szukać Jerzego. Cyla co roku pierwszego listopada zapala na kredensie świeczkę.

Po pięciu latach klejenia kopert i kartonowych pudełek Cecylia Zacharowicz ma już dość Szwecji. W Nowym Jorku łatwo nie jest. Ciężko pracuje, czasem do późna w nocy. Nie zna angielskiego. Potem im się poprawi – założą zakład złotniczy. Mieszkają z Dawidem na Brooklynie. Mają córkę.

Jest po pięćdziesiątce, gdy zostaje wdową.

Zemdlała

A on nie wierzy, że Cyla nie żyje. Chce jechać do Szwecji i sam jej poszukać. Polska Ludowa odmawia mu paszportu.

„Szukaj Cecylii Cybulskiej” – prosi kolegę w Malmö (byli razem w obozie).

„Szukałem wszędzie, gdzie się dało. Cecylii Cybulskiej nikt nigdzie nie odnotował” – odpisuje kolega.

Jerzy nie wie, że Cyla nazywa się teraz Zacharowicz.

O obozowych przeżyciach, o miłości do Cyli, o ucieczce Jerzy lubi opowiadać. Reżyser Feliks Kidawa kręci o nim reportaż. Półgodzinny dokument pokazuje telewizja. Po studiach dostał nakaz pracy w Nowym Targu. Był dyrektorem PKS-u, nauczycielem. Teraz jest dyrektorem technikum mechanicznego. Odważny. Chodzi do kościoła (chociaż partia krzywo patrzy), popiera „Solidarność”.

Młoda sprzątaczka jest Polką. Ma na imię Irka, przyjechała do Ameryki z Małopolski. Co piątek przychodzi ogarnąć mieszkanie Cecylii na Brooklynie.

W ten majowy piątek gospodyni proponuje Irce kawę. Zebrało się jej na wspomnienia. Opowiada o swojej wielkiej miłości w Auschwitz, o ucieczce.

– Widziałam tego pani Juracka w telewizji – Irka przerywa. – On żyje.

Zemdlała.

„Proszę sprawdzić, czy Mister Jerzy Bielecki, były więzień Auschwitz, mieszka w Nowym Targu. Była więźniarka Auschwitz, Cyla Zacharowicz”.

List wysłała do komendanta Milicji Obywatelskiej w Nowym Targu. Odpowiedzi się raczej nie spodziewa – w Polsce stan wojenny, prezydent Reagan to największy wróg generała Jaruzelskiego.

Myli się. Milicjant wysyła jej adres i numer telefonu do Jerzego.

Połączenie

Myśli, że to Ludwik. W obozie uratował mu życie.

Jest maj 1983 roku. W Polsce nerwowo. W komisariacie na warszawskiej Starówce milicjanci zatłukli maturzystę. Pogrzeb Grzegorza Przemyka zamienia się w manifestację przeciwko juncie Jaruzelskiego.

Też miał w swojej szkole matury. Ale telefon jest z Nowego Jorku, więc się uspokaja, że to nie o któregoś z uczniów chodzi. Skojarzył mu się Ludwik – mieszka w Stanach.

Ale głos jest kobiecy.

– Jureczku, to ja, twoja Cyluchna.

Od razu ją poznaje. Zaczynają opowiadać, co u niego, co u niej.

Telefonistka ponagla – na połączenie ze Stanami czeka kilkadziesiąt osób.

Godzinę tak przegadali.

Ławka

Na lotnisko wpadł w ostatniej chwili. 8 czerwca 1983 roku. W Polsce znowu nerwowo. Za tydzień ma przyjechać papież. Co powie Jaruzelskiemu? Czy poprze „Solidarność”?

Jerzy ma swoje zmartwienie. Jak pozna Cylę? Ta ciemnowłosa, niewysoka starsza pani to chyba ona. Wsiada teraz do lotniskowego autobusu.

Chwilę później Jerzy wręcza jej 39 róż – tyle lat się nie widzieli. Wszystkie czerwone.

– To naprawdę ty? – pyta, jakby jeszcze nie wierzyła.

Chce, żeby ją objął jak wtedy. Siedzą znowu na ławce przed domem ciotki w Gruszowie jak 39 lat wcześniej.

Ma do niego żal.

– Pamiętasz, jak przysięgałeś, że będziesz czekał na mnie do końca życia? Nie czekałeś.

– Przecież to ty pierwsza wyjechałaś i wyszłaś za mąż.

Zrozumieli: czasu nie da się cofnąć.

Uznanie

„Kto ratuje jedno życie, jakby świat cały ratował” – napis na dyplomie jest po polsku i hebrajsku. Tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata izraelski instytut Yad Vashem w Jerozolimie przyznał Jerzemu Bieleckiemu „w dowód uznania, że z narażeniem własnego życia ratował Żydów prześladowanych w latach okupacji hitlerowskiej”.

Wniosek złożyła Cyla.

Noc

Przestała odpisywać na listy. Nie przysyła kartek z życzeniami. Nie odpowiada na telefony. Nie chce wracać do starych wspomnień?

Jerzy róż ma dziś 50. Tyle lat minęło od ich ucieczki z Auschwitz. Przyjechał do Stanów w odwiedziny do córki. Cyla zgodziła się spotkać. Nie pozwoliła, żeby nocował w hotelu. Przegadali całą noc.

Potem znowu kartki, listy, telefony.

Dlaczego?

Musi być gorąco, bo Jerzy jest bez marynarki. Ubrał się jednak odświętnie – ma białą koszulę, krawat. Ostatni raz przyszedł do Cyli. Jej imię i nazwisko jest wyryte w kamieniu na żydowskim nagrobku.

Umarła w 2005 roku. Chorowała. Przeżył ją o sześć lat.

Do końca życia będą dręczyły ich następujące pytania:

Dlaczego:

– rodzina Jerzego powiedziała Cyli, że zginął?

– ciotka Jerzego ukrywała przed nim, że dostaje listy ze Szwecji?

– powiedziała Jerzemu, że Cyla nie żyje?

– nie chcieli, żeby ożenił się z Żydówką?


Korzystałem z książki Jerzego Bieleckiego „Kto ratuje jedno życie…” oraz z dokumentów archiwalnych Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


“Putin mówił o Polsce między wierszami”.

“Putin mówił o Polsce między wierszami”. “To przemówienie nie wróży nic dobrego” [KOMENTARZE SPECJALISTÓW]

bm, mim, irk


23.01.2020, Jerozolima, Yad Vashem, Władymir Putin podczas uroczystości z okazji 75. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Auschwitz. (Abir Sultan / AP / AP)

– Putin tak wysoko wywindował temperaturę emocji przed obchodami w Yad Vashem, że prezydent Andrzej Duda zrezygnował z udziału w nich. Zastanawiam się, czy nie o to właśnie między innymi chodziło od początku Putinowi – mówi prof. Grzegorz Motyka, dyrektor Instytutu Studiów Politycznych PAN.

*

W czwartek w Jerozolimie zostały zorganizowane obchody 75. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz, czyli inaczej Światowe Forum Holocaustu. W obchodach, pomimo zaproszenia, nie wziął udział prezydent Andrzej Duda.

*

Dr Sławomir Dębski, dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych

Przyznam, że już sam fakt organizacji imprezy w Jerozolimie po to, żeby konkurowała z uroczystościami na terenie samego obozu Auschwitz-Birkenau budzi absmak. To jednak można nazwać uprawianiem polityki na pamięci ofiar. Dobrze ujął to dzisiaj izraelski dziennik „Haaretz”, który w komentarzu napisał, że to impreza zrobiona tylko po to, by premier Beniamin Netanjahu mógł wyjść i na kilka tygodni przed wyborami powiedzieć światu, a przede wszystkim obywatelom Izraela: jak mnie wybierzecie, to już nigdy nie będzie Holokaustu.

Przemówienie Władimira Putina nie budzi potrzeby polemik. Chyba nieprzypadkowo przypomniał zbrodnie niemiecką w białoruskiej wsi Chatyń, która w propagandzie sowieckiej odgrywała istotną rolę w zaciemnianiu wiedzy o zbrodni w Katyniu. Widać więc, że jak trzeba, to czerpie z sowieckiej tradycji historycznej i propagandowej. Ale poza tym przemówienie pozbawione było kontrowersyjnych akcentów i tez, które z premedytacją fałszowałyby historię. Być może wpływ na to miała reakcja świata na jego poprzednie wypowiedzi o pakcie Ribbentrop-Mołotow i okolicznościach wybuchu II wojny światowej, które spotkały się z ostrą krytyka.

Propozycja zorganizowania konferencji, na której wielkie mocarstwa dyskutowałyby o historii, też nie jest zaskakująca, polityka rosyjska od dawna zabiega o to, żeby na świcie nastąpił powrót do polityki opartej o „koncert mocarstw” i Putin uroczystość w Yad Vashem instrumentalnie do tego wykorzystał.

David Harris, przewodniczący American Jewish Committee (Amerykański Komitet Żydowski)

23 stycznia wydarzyła się historia. Z wizytą do obozu Auschwitz przybyła najwyższego szczebla delegacja muzułmańska wraz z delegacją Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego. Właśnie dlatego jestem obecnie w Polsce.

Niepokojące jest to, że polski prezydent Andrzej Duda odwołał swoją wizytę w Izraelu i nie wziął udziału w spotkaniu światowych liderów na konferencji w Yad Vashem. Ale rozumiem jego decyzję. Polski prezydent ma coś ważnego do powiedzenia na temat Zagłady i nieprzemijających lekcji, jakie płyną z Holocaustu. Moim zdaniem powinien był mieć prawo to powiedzieć.

Naprawdę rozumiem potrzebę Izraela, by mieć serdeczne stosunki z Rosją.

Ale niewiele z tego będzie i nie można za to zapłacić ceny rewizjonizmu historycznego lub relacji z innymi przyjaznymi krajami. Historia ma swoje argumenty, co się stało, to się nie odstanie. Polska nie rozpoczęła II wojny światowej, co powinno być jasne na całym świecie. Sugestie rosyjskiej propagandy są po prostu śmieszne.

Przed 1941 r. ZSRR miał wyjątkowo obrzydliwą historię, a po 1945 r. nie można jej po prostu się wyprzeć albo przepisać na nowo. Ta obrzydliwa historia głęboko dotknęła Żydów i Polaków, nie wspominając już o wielu innych.

Tak, Żydzi w Rosji mają dziś na szczęście znacznie mniej powodów do obaw niż Żydzi we Francji, Belgii czy Szwecji. I, dodam, tak jest również w przypadku Żydów w Estonii, na Łotwie, Litwie i w Polsce.

Prof. Grzegorz Motyka, dyrektor Instytutu Studiów Politycznych PAN

Armia Czerwona, której zasługą było wyzwolenie obozu Auschwitz-Birkenau, składała się z przedstawicieli wielu narodów. Obok oczywiście Rosjan służyli w niej też m.in. Ukraińcy, Białorusini, Kazachowie, Gruzini i Ormianie. Polityka historyczna lansowana przez prezydenta Władimira Putina zmierza jednak do tego, żeby cały wysiłek w wyzwoleniu obozu i szerzej w pokonaniu hitlerowskich Niemiec, przypisać wyłącznie Rosji i Rosjanom. Tak też odbieram wydźwięk jego wystąpienia. To przejmowanie historycznej schedy jest więc wybiórcze: Putin akceptuje i korzysta z tej jej części, z której może być dumny, a odrzuca wszystko inne, czyli zbrodnie komunistów i ich grzechy popełnione w 1939 r., gdy podjęli współpracę z Hitlerem.

W wystąpieniu prezydenta Rosji nie pojawiła się Polska. Tym razem nie postawił nam żadnych zarzutów, choć w ostatnich tygodniach stawiał je kilka razy. Mam, niestety, wrażenie, że robił to w bardzo przemyślany sposób i w konkretnym celu. Tak wysoko wywindował temperaturę emocji przed obchodami w Yad Vashem, że prezydent Andrzej Duda zrezygnował z udziału w nich. Zastanawiam się, czy nie o to właśnie między innymi chodziło od początku Putinowi.

Prof. Nikołaj Iwanow, historyk, sowiecki dysydent białoruskiego pochodzenia

Wszyscy chyba byli zaskoczeni, że nie padło słowo „Polska”, ale pojawiała się jednak między linijkami przemówienia prezydenta Putina. Gdy mówił o konieczności walki z falsyfikacją historii, gdy podkreślał, że pamięć o wojnie i jej lekcja, spuścizna, coraz częściej staje się obiektem chwilowej, bieżącej koniunktury politycznej, można było usłyszeć echo niedawnych ataków wobec Polski.

Poza tym sporo było też Polski, gdy przedstawiano antysemickie ekscesy z całego świata i pokazano też film rejestrujący palenie we Wrocławiu kukły stylizowanej na ortodoksyjnego Żyda.

Oglądałem z ciekawością przebieg tej wizyty, bo ona pokazuje, jak niesamowitą pozycją ma Putin w Izraelu. Gdy szef MSZ Israel Kac witał prezydenta na lotnisku w Tel Avivie, to dziękował mu za ocalenie matki z Auschwitz i podkreślał, że wita wspaniałego przyjaciela. Wita, go na wydarzeniu, które symbolizuje wyjątkowe relacje między rosyjskim i żydowskim narodem. Przypomnijmy, że Kac mówił w ubiegłym roku o Polakach, którzy wyssali antysemityzm z mlekiem matki i kolaborowali z nazistami, więc przepaść jest ogromna. Wzruszający był też moment odsłaniania pomnika ofiar blokady leningradzkiej, uroczystość ewidentnie przygotowana „pod Putina”, którego brat zmarł wtedy z głodu. Putin mówił, że w Izraelu nadaje się szczególne znaczenie zachowaniu prawdy o decydującym wkładzie Związku Radzieckiego w zwycięstwo nad nazizmem”.

A Wiaczesław Mosze Kantor opowiadając o współczesnym antysemityzmie stwierdził, że jest jeden kraj wolny od tej zarazy – Rosja.

Najbardziej kontrowersyjnie zabrzmiała propozycja spotkania Rosji, Chin, Francji i Wielkiej Brytanii oraz USA, mająca być elementem obchodów 75. rocznicy zakończenia II wojny światowej. Nie mam pojęcia, czemu ma służyć to zebranie „piątki”, bo chyba nie ustaleniu wspólnej wersji historii.

Prof. Antoni Dudek, politolog i historyk

Niektórzy spodziewali się, że Putin będzie kontynuował ostrą retorykę, ale nastąpiło z jego strony wyraźne złagodzenie stanowiska. Moim zdaniem wynika to z tego, jak ocenił efekty swoich wypowiedzi grudniowych. Najwyraźniej uznał, że cel nie został osiągnięty i dalsze podsycanie wypowiedzi atakujących Polskę jako współodpowiedzialną za drugą wojnę światową i pośrednio za Holokaustu nie przynosi spodziewanych rezultatów.

Jego przemówienie było łagodne i neutralne – i trudno mieć do niego jakieś zastrzeżenia.

Nieobecność prezydenta Andrzeja Dudy nie będzie mieć większego znaczenia. Zgadzam się z prezydentem, że nie należało jechać do Jerozolimy w sytuacji, w której jako prezydent Polski nie mógł zabrać głosu na takich samych zasadach jak przedstawiciele tych kilku państw, które dopuszczono do głosu. Kryterium, że to są główne państwa koalicji antyhitlerowskiej, jest wątpliwe. To nie jest forum związane z tym, kto zwyciężył w drugiej wojnie światowej, tylko forum dotyczące Holokaustu, a on się dokonał w większości na ziemiach polskich. Mówienie, że w tej sytuacji nie ma miejsca na głos przedstawiciela państwa polskiego, jest absurdalne i intelektualnie nie do obrony.

Prof. Tomasz Nałęcz, historyk i polityk, były wicemarszałek Sejmu, doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego ds. historii i dziedzictwa narodowego

Raz jeszcze rosyjska dyplomacja pokazała swoja moc. Rosja nie zrobiła zbyt wiele w tym kierunku, a stała się głównym bohaterem pięknej, podniosłej uroczystości. Dawno nikt nie widział tylu światowych przywódców w jednym miejscu. Mówię o tym w kontekście polskich obchodów rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz-Birkenau, które odbędą się w poniedziałek. I choć odbędą się na terenie obozu, to trudno będzie przebić uroczystości w Yad Vashem.

Wystąpienie Władimira Putina było wyważone i skoncentrowane na roli Armii Czerwonej w wygraniu wojny. Oczywiście my w Polsce mamy o tym własne zdanie – dla Polaków to było wydarzenie o zupełnie innym wymiarze niż dla Żydów, dla których oznaczało koniec wielkich cierpień, kres Holokaustu.

Oczywiście Putin wbił nam trochę szpilę, mówiąc o pomocnikach Niemców, ale wspomniał o nich ogólnie, nie wymienił Polaków. Powiedział też o walce z fałszowaniem historii, ale prawdopodobnie widząc mobilizację po drugiej stronie, ominął tę redutę wielkim łukiem i nie sformułował konkretnych oskarżeń pod niczyim adresem.

Prof. Paweł Kowal, politolog, historyk i polityk

To przemówienie nie wróży nic dobrego.

W Polsce wielu osób nakręciło się, że Putin będzie się koncentrować na sprawach polskich. Tak się nie stało, natomiast prezydent Rosji wobec najlepszego audytorium na kuli ziemskiej, jakie mógł dostać, mówił o swojej wersji historii drugiej wojny światowej i totalitaryzmu. To jest najpoważniejszy problem, jaki mam z tym przemówieniem. Putin odkręca to, co się wydarzyło, cofa się za linię interpretacji historii, która była krytyczna wobec swych dziejów i była związana z początkiem demokratycznej Rosji, i wraca do tradycji stalinowskiej. Robi to nie dla celów historycznych, ale by uzasadnić prowadzoną przez siebie politykę.

W Polsce wszyscy dali się zwieść bardzo delikatnej formie tego wystąpienia, natomiast jego treść była bardzo brutalna, bo nawiązywała do sposobu uprawiania polityki w czasach stalinowskich, gdy decydowała siła Związku Sowieckiego, a nie prawda.

Siła pozwala ominąć takie sprawy jak chociażby prawo międzynarodowe. To jest realny problem z wystąpieniem Putina, a nie czy wspomniał Polskę, czy nie. Można się doszukiwać aluzji do Polski, ale nie to jest istotą.

Istotą jest to, że udało się zorganizować obchody, na które Polska, mimo że ma sojuszników w Izraelu i Stanach Zjednoczonych, nie miała żadnego wpływu. Amerykański wiceprezydent w kilku słowach upomniał się o polskie sprawy, ale to był margines. Cały ten dramat rozegrał się bez nas. Trzeba przeanalizować, dlaczego tak się stało, nie możemy uciekać od poważnej dyskusji. Równocześnie trzeba być solidarnym z prezydentem Andrzejem Dudą. Tam już nie było pola do negocjacji.

Nie podzielam opinii, że Putin nie był taki ostry, bo przegrał narrację i można ogłosić zwycięstwo. Nie był ostry, bo nie miał interesu taki być. Jestem pewien, że propaganda kremlowska innymi metodami – poprzez fundacje, pieniądze, oligarchów – będzie kontynuowała agresywną linię.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


New Antisemitism Scandal in Belgium

New Antisemitism Scandal in Belgium as Daily Paper Publishes Article Accusing ‘Zionists’ of ‘Playing Holocaust Card’

Ben Cohen


Belgian newspaper de Standaard’s inflammatory article titled “How the Zionists ‘Discovered’ the Holocaust.” Photo: Twitter.

One of Belgian’s leading newspapers was excoriated by Israel’s ambassador in Brussels this week for publishing an opinion piece that amounted to what he called “cheap, distorted and devious antisemitism and anti-Israel drivel.”

The offending article — in the mass-circulation Flemish-language daily de Standaard — was authored by a Belgian journalist, Johan Depoortere. Titled “How the Zionists ‘Discovered’ the Holocaust,” the article’s appearance was timed to coincide with the commemorations of the 75th anniversary of the liberation of the Auschwitz extermination camp.

Illustrated with a photo of the followers of Neturei Karta — a miniscule group of ultra-Orthodox Jews who are bitterly opposed to the Zionist movement and shunned by the Jewish mainstream — Depoortere’s piece began with the observation that the millions of Jews exterminated by the Nazis cannot “protest if they are used to justify another injustice: a regime [Israel] that has imposed discrimination and apartheid in law.”

Several of the historical claims made by Depoortere in the article did not stand up under scrutiny. For example, he protested “[T]hat a people [the Palestinians] who did not participate in the massacre of European Jews by the Nazis have to pay the price for that crime or are accused of antisemitism,” with no mention of the alliance forged by the wartime Palestinian Arab leader, Hajj Amin al-Husseini, and the Nazi regime.

Depoortere also asserted that “the Holocaust occupies such a central place in the propaganda of the Zionist state,” describing this as a calculated response by the State of Israel to international criticism of its presence in the West Bank, Gaza Strip and East Jerusalem following its victory in the 1967 Six-Day War.

“From that moment on, the Israeli propaganda and the defenders of Zionism played the Holocaust card uninhibited — also in our country,” Depoortere claimed.

The 75-year-old Depoortere spent several years as foreign correspondent for Belgian television, reporting from Lebanon, central America, Russia and Afghanistan among other locations.

Emmanuel Nahshon — Israel’s ambassador to Belgium and Luxembourg — remarked on Twitter on Thursday that he had encountered the article while attending the World Holocaust Forum in Jerusalem.

“Shame on you @destandaard!” Nahshon declared.

The controversy over Depoortere’s piece comes only a few months after another Flemish newspaper, De Morgen, published a viciously antisemitic article by its columnist Dimitri Verhulst in which he commented that “being Jewish is not a religion, no God would give creatures such an ugly nose.”

About 35,000 Jews live in Belgium.

According to an ADL study in 2019, antisemitic beliefs are held by 24 percent of the country’s population. The ADL study additionally noted that “in Europe, support for Israel boycotts was found to be highest in Belgium, where 18 percent said they supported BDS [the ‘boycott, divestment and sanctions’ campaign against Israel.]”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com