Archives

Jak przez Kuronia nie zostałem ministrem i przytuliłem się do Nurii

Jak przez Kuronia nie zostałem ministrem i przytuliłem się do Nurii

Adam Wajrak


16.06.1991. Jacek Kuroń rozdaje ‘kuroniówke’ (Fot. Piotr Wójcik)

Jacek miał piekielnie dobry instynkt, jeśli chodzi o ludzi, i on mu zapewne podpowiadał, że raczej nie mogłem zakochać się w hiszpańskiej faszystce

Książkę Anny Bikont i Heleny Łuczywo „Jacek” kurier przywiózł w środę. Rozpakowałem ją szybko. Z wielkiej, ale jakoś takiej miłej i sympatycznej cegły patrzył na mnie uśmiechnięty on.

To nie był ten Jacek z roku 1989, kiedy się zaprzyjaźniliśmy, bo ten był starszy. To był ten Jacek z mojego dzieciństwa, kiedy był Panem Kuroniem. Ten, który konspirował przy śmietniku, albo wymachując rękami, z kimś dyskutował. Ten, którego co chwila łapali i wsadzali do więzienia. Ten, do którego chodziliśmy z moją siostrą Małgosią i dzieciakami z podwórka po uroczego jamnika Filona, którego każdy chciał wyprowadzić na spacer. To był Jacek z czasów, gdy przez nasze podwórko przechodziła piękna jak indiańska księżniczka Pani Gaja i grała z nami, dzieciakami z Mickiewicza 27 na warszawskim Żoliborzu, w zielone. – Grasz w zielone? – pytała. – Gram – odpowiadaliśmy chórem. – Masz zielone? – Mam – wyciągaliśmy za pleców trawki i listki, za które dostawaliśmy cukierki.

Wieczorem spojrzałem na tego Jacka z mojego dzieciństwa i zacząłem czytać. Przy historii o bracie dziadka Jacka, Franciszku, nieustraszonym bojowcu PPS o pseudonimie „Julek”, który siedząc tyłem na koniu, ostrzeliwał się z dwóch rewolwerów przed carskimi żandarmami, coś mnie tknęło. Jacek tę historię opowiadał jako najprawdziwszą prawdę, choć nigdy raczej się nie wydarzyła.

We wtorek 13 listopada o godz. 19 zapraszamy na spotkanie wokół książki o Jacku Kuroniu „Jacek” autorstwa Anny Bikont i Heleny Łuczywo. Wśród gości: Anna Bikont, Helena Łuczywo, Adam Michnik, Seweryn Blumsztajn i Karol Modzelewski. Wydawcami książki i partnerami spotkania są Wydawnictwo Agora i Wydawnictwo Czarne. Bezpłatne zapisy na spotkanie: biletycjg24.pl lub zgłoszenie telefoniczne: 22 555 54 55

Rano pognałem do komputera, bo musiałem coś sprawdzić. Jacek ubarwiał i uwielbiał legendy i właśnie po ponad 20 latach docierało do mnie, że chyba jedną z takich legend połknąłem zupełnie bezkrytycznie i przez te wszystkie lata sobie z nią dobrze żyłem.

***

To musiało być w na przełomie października i listopada 1995, dokładnie 23 lata temu. Końcówka kampanii prezydenckiej. Najpoważniejszych kandydatów trzech: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i właśnie Jacek.

Zadzwonił, że koniecznie muszę się u niego stawić. Akurat byłem u rodziców w Warszawie, w domu, w którym się wychowałem. Zjawiłem się u niego po minucie, bo ile trzeba, żeby przedostać się z mieszkania numer 46 do mieszkania numer 64 znajdujących się w jednym bloku. Wystarczy zejść z pierwszego pietra, minąć jedną klatkę schodową i wejść na parter.

– Posłuchaj. Zostaniesz w mojej kancelarii ministrem ochrony środowiska. Przedstawimy merytoryczny skład mojego urzędu na spotkaniu z wyborcami w Łodzi za parę dni. Pokażemy ludzi, z którymi będę zmieniał Polskę – Jacek siedział za tym swoim mahoniowym wielkim biurkiem, w którym były tajemne skrytki, i patrzył na mnie bardzo poważnie. Był pełen energii i zapału, ale kampania szła słabo. Choć wszystkim kojarzył się z dżinsową koszulą, wpakowali go w garnitur. Schowany za krawatem, marynarką nagle przestał być tym Kuroniem, którego kochał naród. Wyglądało na to, że pomysł z zaprezentowaniem ministrów prezydenckiej kancelarii ma dać jego kampanii nowy oddech.

– Nie ma mowy – odpowiedziałem spokojnie, choć widziałem po nim, że to nie są żarty. – Jacku, zwyczajnie nie ma mowy. Ja się nie nadaję na żadnego ministra.

Praca przy kilku kampaniach wyborczych, wizyty w Sejmie w ramach obowiązków dziennikarskich, to wszystko wyleczyło mnie bardzo skutecznie z fascynacji polityką i politykami.  

– Jak nie ty, to kto? – Jacek zrobił się srogi

– Radek Gawlik się nadaje – odpowiedziałem, bo Radek był działaczem Unii Wolności, z której poparciem starował Jacek, i znał się jak mało kto na ochronie środowiska

– Dobrze, to będziesz ty i Gawlik

– Jacku, proszę.

– Co ty mi tu pier… – Jacek się bardzo zdenerwował i się na mnie zwyczajnie wydarł. To był ten jeden z dwóch razy, kiedy na mnie nawrzeszczał. Później jeszcze dostałem ochrzan za artykuł, w którym krytykowałem obrońców Góry Świętej Anny przed budową autostrady, bo przecież nie można krytykować ludzi, którzy się organizują i czegoś bronią.

Stałem więc tak prawie na baczność, a Jacek wrzeszczał: – To o Polskę chodzi! O Polskę, a więc nie pier…, bardzo proszę, że się nie nadajesz. Będziesz ministrem!

Wiedziałem, że jest źle, że się raczej nie wymigam. Ale miałem w zanadrzu coś, a raczej kogoś jeszcze. Kogoś dla mnie bardzo ważnego. Kilka tygodni wcześniej w Białowieży, na prywatce u moich przyjaciół Haliny i Karola Zubów, zobaczyłem Nurię. Piękną Andaluzyjkę, która przyjechała na stypendium do Białowieży. Nie mogłem oderwać oczu od jej czarnych jak skrzydła kruka włosów. Wsiąkłem kompletnie. Bardzo się w niej zakochałem, ona we mnie też – ale trochę później.

Niestety stypendium się kończyło i zaraz miała wyjechać do Hiszpanii. A to nie były takie czasy jak teraz, gdy wsiada się w samolot tanich linii i po trzech godzinach jest się w Sewilli. Wtedy do Hiszpanii potrzebowałem wizy, a stać mnie było co najwyżej na potwornie długą podróż autobusem.

– Posłuchaj, Jacku, nie mogę jechać do Łodzi, nie mogę, być tym twoim ministrem, bo się zakochałem.

– Zakochałeś się? – momentalnie zmiękł i przestał wrzeszczeć. Wiedziałem, gdzie ma czuły punkt. Jacka tak naprawdę ruszały tylko krzywda ludzka i miłość. To były najważniejsze rzeczy. Przy nich nic się nie liczyło. Żadne skarby i pieniądze, których zresztą nigdy nie rozumiał i się nimi nie przejmował. I jeszcze Polska była ważna, ale nie tak narodowo-patriotycznie, nie flagi, orły i symbole, za które się ginie, ale raczej jako wspólnota pomagających sobie ludzi. Poza tym, owszem, Polska była ważna, ale na pewno nie tak bardzo jak właśnie miłość albo krzywda. Ktoś skrzywdzony i słabszy albo zakochany był dla niego czymś w rodzaju świętego posiadającego specjalne prawa i immunitet

– Tak, zakochałem się. I ona zaraz wyjeżdża, bo ona jest Hiszpanką, przyjechała tu badać wilki, ale kończy się jej stypendium. To są nasze ostatnie dni razem, może na bardzo długo – opowiadałem.

– No tak, tak – zafrasował się, ale tylko na parę sekund. Po chwili znów zobaczyłem błysk w oku. – Hiszpanką! Ale czy ty wiesz, że ja znałem Dolores La Pasionarię? Możesz to jej powiedzieć i ona to zrozumie, bo to właśnie jest taka sprawa, o jaką walczyła La Pasionaria. Wiesz, o kogo chodzi?

***

Wiedziałem. To ona rzuciła chyba najbardziej znane hasło hiszpańskiej wojny domowej i wciąż żywe hasło lewicy: No pasarán! Czyli „Nie przejdą!”. To hasło zagrzewało do boju żołnierzy Republiki walczących z puczystami generała Franco. To ona powiedziała coś, co dzisiaj widać na czarnych koszulkach podczas polskich Marszów Niepodległości: „Lepiej umrzeć na stojąco, niż żyć na kolanach”.

Pochodziła z baskijskiej rodziny i tak naprawdę nazywała się Isidora Dolores Ibárruri Gómez. Była wierzącą komunistką, która po klęsce Republiki przedostała się do ZSRR. Jej jedyny syn Ruben zginął pod Stalingradem jako żołnierz Armii Czerwonej. Ten pobyt na wschodzie musiał zweryfikować wiele z jej poglądów. Po śmierci Franco wróciła do Hiszpanii i to między innymi dzięki niej hiszpańska partia komunistyczna odcięła się od leninizmu i zerwała kontakty ZSRR.

W tej przemianie było coś podobnego do Jackowego odejścia od komunizmu. Ale wtedy zastanawiałem się tylko nad tym, skąd Jacek wiedział, że La Pasionarią idealnie trafi do Nurii. Nie mógł wiedzieć, że jest wychowana w kulcie Republiki i cieniu wojny domowej, o której często wciąż rozmawiamy. Ja chyba wtedy nawet tego nie wiedziałem. Mogła przecież być potomkinią tych, co maszerowali z Franco. Ten podział przechodzi w Hiszpanii niemal na pół.

Ale trafił idealnie. Miał piekielnie dobry instynkt, jeśli chodzi o ludzi, i on mu zapewne podpowiadał, że ludzie o podobnych wrażliwości się przyciągają, więc raczej nie mogłem zakochać się w hiszpańskiej faszystce. 

Nuria jest republikańska i lewicowa na wskroś. Czasami opowiada mi o dziadkach, których nie znała, ale jeden ledwo uszedł z życiem, bo po zwycięstwie faszystów i donosie znalazł się w więzieniu, prawdopodobnie z wyrokiem śmierci. Wyciągnął go znajomy arystokrata i przyjaciel reżimu. Żona tego arystokraty miała na imię Lina i dziadek tak dał na imię mamie Nurii. Drugi dziadek, który był członkiem katalońskich związków zawodowych, podobno umierając, zażądał od babci, żeby jego trumnę przykryć czerwono-żółto-fioletowym sztandarem hiszpańskiej Republiki. To było przed śmiercią Franco i babcia się bardzo bała, więc mama Nurii włożyła mu do trumny republikańską flagę, ale taką malutką, żeby nikt nie zobaczył. 

Nuria oczywiście nie wiedziała wtedy, kim jest Kuroń, ale ktoś, kto znał La Pasionarię, to musiał być ktoś, kto robi ważne rzeczy. Wybaczyła mi, że spędzimy ze sobą kilkanaście godzin mniej. Później dopiero wyznała mi, że choć podziwia La Pasionarię, to hasła „No pasarán!” nie lubi. Kiedy dziś ktoś mówi albo krzyczy z zapałem „No pasarán!”, ona odpowiada: „Pasaron”, tamci jednak przeszli. Przeszli pomimo cierpienia, męstwa i tysięcy ofiar, a w Hiszpanii na dziesięciolecia zapanowała dyktatura. – To hasło źle wróży. To hasło przegranych, a my musimy wygrywać – powtarza Nuria.

Pojechałem do Łodzi. Było wielkie spotkanie z ludźmi w jakiejś sali. Był Marek Edelman, jego gospodarz. Nie zapamiętałem, kto poza Piotrem Niemczykiem, no i Radkiem Gawlikiem oraz mną miał zostać jeszcze ministrem w kancelarii Jacka. Piotr miał być od bezpieczeństwa.

Spotkanie nic nie dało. Jacek wkrótce przegrał wybory i bardzo to przeżył. Ale wcześniej, zaraz po spotkaniu, stanął na głowie, abym natychmiast dotarł do Nurii. Samochód z kierowcą zawiózł mnie prosto z Łodzi do Białowieży.

Pędziliśmy nocą przez jesienną deszczową Polskę. Jakoś bardzo późno dotarliśmy do Białowieży. Nuria już spała. Przytuliłem się do niej i szybko zasnąłem. I tak przytulamy się do siebie od 23 lat. 

I przez te 23 lata żyłem z przekonaniem, że Jacek znał, a może nawet się przyjaźnił z jedną z najważniejszych postaci hiszpańskiej wojny domowej. Bo niby dlaczego nie? Przecież fascynował go generał Walter i dąbrowszczacy. A może byli na jakimś komunistycznym spotkaniu, gdy Jacek był wierzącym podobnie jak La Pasionaria komunistą?

***

23 lata później zasnąłem z otwartym „Jackiem” Ani i Helenki. Pochłonął mnie zupełnie. Znów byłem w mieszkaniu numer 64, słuchałem opowieści o bojowcach PPS i słyszałem, jak Jacek śpiewa: „O, cześć wam panowie, magnaci, za naszą niewolę, kajdany”. Ale też coś mi drgnęło w najdalszych zakątkach mózgu, bo ta książka nie jest bezkrytycznym peanem o Jacku. 

Więc rano pognałem do komputera. Zacząłem sprawdzać. La Pasionaria, która zmarła w 1989 w Madrycie, nigdy nie była w Polsce. Jacek do 1988 nie wyjeżdżał za granicę. Wtedy pojechał pierwszy raz, ale do Szwecji. Czyli Jacek nie mógł znać La Pasionarii…

– Przecież by się o tym mówiło, Jacek by się chwalił, a mnie nic o tym nie mówił – śmieje się Ania Bikont, gdy opowiadam jej całą historię. Sewek Blumsztajn też twierdzi, że to raczej niemożliwe. 

Ale…

Ale Piotr Niemczyk, z którym próbowaliśmy sobie odświeżyć, kto jeszcze miał być ministrem u Jacka, jest mniej sceptyczny. – Widzisz, może oni się nigdy nie spotkali, może nigdy nawet nie rozmawiali, ale przecież mogli wymienić jakieś listy albo słowa poparcia. Niekoniecznie bezpośrednio, może przez jakichś ludzi. Pamiętaj, europejska lewica bardzo kibicowała temu, co robili za żelazną kurtyną tacy ludzie jak on.

Więc może Jacek tylko odrobinę ubarwił historię o La Pasionarii? Nieważne. Nawet te jego ubarwione historie pchały świat do przodu i zawsze służyły czemuś dobremu oraz ważnemu.


Książka dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl 

'Jacek', Anna Bikont, Helena Łuczywo, Agora/Czarne, Warszawa, Wołowiec
‘Jacek’, Anna Bikont, Helena Łuczywo, Agora/Czarne, Warszawa, Wołowiec
 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Jak Palestyńczycy kłamią Europejczykom

Jak Palestyńczycy kłamią Europejczykom

Bassam Tawil Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


W dniach poprzedzających przemówienie prezydenta Autonomii Palestyńskiej, Mahmouda Abbasa, na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ 27 września, jego siły bezpieczeństwa prowadziły wielką rozprawę z jego krytykami i przeciwnikami, aresztując ponad 100 Palestyńczyków. (UN Photo/Cia Pak)

Autonomia Palestyńska (AP) mówi, że chce, by społeczność międzynarodowa wywarła nacisk na Izrael, by “powstrzymać łamania praw Palestyńczyków i prawa międzynarodowego”. To żądanie przekazano członkom delegacji z Parlamentu Europejskiego, którzy 8 października spotkali się w Ramallah z premierem AP, Ramim Hamdallahem. Na spotkaniu Hamdallah ponowił także wezwanie AP do dostarczenia “międzynarodowej obrony” dla Palestyńczyków.

Apel Hamdallaha do przedstawicieli Parlamentu Europejskiego należy widzieć w kontekście prowadzonej przez kierownictwo AP kampanii kłamstw i podżegania przeciwko Izraelowi. Ten apel zalatuje także hipokryzją i oszustwem.

Hamdallahowi chodzi tutaj o kroki obronne Izraela wzdłuż granicy ze Strefą Gazy, gdzie tysiące zwolenników Hamasu urządza od marca 2018 r. demonstracje z użyciem przemocy. W ramach zorganizowanych przez Hamas protestów, nazywanych “Marszem powrotu”, Palestyńczycy przedzierają się przez granicę z Izraelem i rzucają bomby zapalające i materiały wybuchowe na izraelskich żołnierzy. Wysyłają także zapalające latawce i balony z wybuchającymi pułapkami w kierunku izraelskich wsi i miast w pobliżu granicy ze Strefą Gazy.

Hamdallah i jego szef, prezydent AP Mahmoud Abbas, wierzą, że Izrael nie ma prawa do bronienia się przed kampanią terroryzmu prowadzoną przez Hamas i inne ugrupowania terrorystyczne ze Strefy Gazy. Ich zdaniem jest całkowicie w porządku, kiedy Palestyńczycy obrzucają granatami i innymi materiałami wybuchowymi żołnierzy, ale jest absolutnie nieakceptowalne, że żołnierze bronią siebie i granic swojego kraju. Według tej pokrętnej logiki palestyńskich przywódców, to wszystko zaczyna się, kiedy Izrael oddaje uderzenie.

Ci, którzy wysyłają Palestyńczyków, by ścierali się z izraelskimi żołnierzami wzdłuż granicy ze Strefą Gazy, są jedynymi, którzy ponoszą odpowiedzialność za zabicie ponad 150 Palestyńczyków i zranienie tysięcy innych. Zorganizowany przez Hamas “Marsz powrotu” nie jest niczym innym jak wypowiedzeniem wojny Izraelowi. Jest to kolejny etap palestyńskiej kampanii terroryzmu, by zmusić Izrael do padnięcia na kolana. Kiedy zamachy samobójcze i rakiety nie osiągnęły celu zmuszenia Izraela do poddania się, Palestyńczycy uciekli się do zapalających latawców i balonów oraz zamachów nożowniczych i strzelania, by osiągnąć swój cel.

Celem, do jakiego dążą Palestyńczycy, jest znikniecie Izraela. Całego Izraela. Abbas wierzy, że może osiągnąć ten cel przez prowadzenie wojny dyplomatycznej przeciwko Izraelowi na arenie międzynarodowej – wojny, której celem jest delegitymizacja i demonizacja Izraela i Żydów. Jego rywale w Hamasie wierzą, że Izrael może i powinien być całkowicie zniszczony przez terroryzm i inne akty przemocy.

Strategia premiera AP oskarżania Izraela jest częścią długotrwałej palestyńskiej strategii mobilizowania świata przeciwko Izraelowi.

Jest to zgodnie ze słynnym arabskim powiedzenie: “Uderzył mnie i płakał, ścigał się ze mną, żeby się poskarżyć”. To powiedzenie odzwierciedla mentalność palestyńskich przywódców, gdzie sprawca udaje, że jest ofiarą.

Jest tu jednak coś więcej niż tylko udawanie, że jest się ofiarą. Podejście palestyńskich przywódców jest nie tylko oszukańcze, ale odznacza się niesłychaną hipokryzją.

Podczas gdy Hamdallah skarżył się na izraelskie “naruszenia”, jego siły bezpieczeństwa na Zachodnim Brzegu kontynuowały codzienne napaści na swobody obywatelskie, włącznie z wolnością prasy. Podczas spotkania w Ramallah, palestyńska grupa opublikowała raport o łamaniu praw człowieka na wielką skalę przez rozmaite oddziały służb bezpieczeństwa Hamdallaha i Abbasa.

W czasie, gdy trwało to spotkanie, siły bezpieczeństwa Autonomii Palestyńskiej aresztowały kolejnego dziennikarza w Hebronie: Amera Abu Arafeha. Ten dziennikarz, zwolniony 24 godziny później, powiedział, że palestyńscy przesłuchujący próbowali zmusić go, by podał im swoje hasło do strony Facebooka.

Delegacja Parlamentu Europejskiego nie dowiedziała się o tej najnowszej napaści na palestyńskie media podczas spotkania z premierem AP. Nie jest to coś, co obchodzi ich lub UE, ponieważ to nie Izraelczycy aresztowali dziennikarza. Po co mieliby otwierać usta w sprawie aresztowania palestyńskiego dziennikarza, skoro nie dotyczyło to Izraela?

Delegacja Parlamentu Europejskiego nie słyszała też o raporcie opublikowanym przez grupę o nazwie Komitet Rodzin Więźniów Politycznych na Zachodnim Brzegu. Komitet składa się z rodzin i krewnych Palestyńczyków, którzy są regularnie i systematycznie prześladowani przez siły bezpieczeństwa AP, głównie z powodu ich związków z palestyńskimi grupami opozycyjnymi, włącznie z Hamasem, lub dlatego, że otwarcie krytykowali palestyńskich przywódców.

Raport, który opublikowano w czasie, kiedy europejscy dygnitarze wysłuchiwali oskarżeń Hamdallaha przeciwko Izraelowi, oskarża AP o nasilenie ataków na swobody obywatelskie na Zachodnim Brzegu. Nie jest to rodzaj informacji, jakimi Hamdallah chciałby dzielić się ze swoimi europejskimi gośćmi.

Komitet informuje w raporcie, że udokumentował 685 ataków sił bezpieczeństwa Autonomii Palestyńskiej na Zachodnim Brzegu na swobody obywatelskie tylko w ciągu jednego miesiąca, września. Obejmowały one, między innymi: masowe arbitralne aresztowania i internowania, wezwania na przesłuchanie, rewizje w domach i konfiskatę własności. W raporcie podkreślono, że jest to dramatyczny wzrost naruszeń praw człowieka w stosunku do poprzednich miesięcy.

Według tego raportu siły bezpieczeństwa AP aresztowały ponad 100 Palestyńczyków w dniach poprzedzających wygłoszenie przez Abbasa przemówienia na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ 27 września. Abbas poświęcił duże części swojego przemówienia na potępianie Izraela, który oskarżył o “dławienie” Palestyńczyków i “podważanie naszych poważnych wysiłków budowania instytucji naszego ukochanego państwa”.

Abbas powstrzymał się jednak przed powiedzeniem Zgromadzeniu Ogólnemu, że podczas gdy przemawiał, jego siły bezpieczeństwa prowadziły olbrzymią rozprawę z jego krytykami i przeciwnikami na Zachodnim Brzegu. Dla Abbasa nie jest to coś, o czym świat powinien wiedzieć. On i inni widzą zło tylko po stronie izraelskiej.

Wróćmy do raportu, którym ani Abbas, ani jego premier nie chcą podzielić się z światem. Według tego raportu wśród aresztowanych lub zatrzymanych we wrześniu jest 37 studentów uniwersytetu, ośmiu nauczycieli szkolnych, siedmiu dziennikarzy, 55 członków personelu uniwersyteckiego, pięciu inżynierów i 23 kupców. W raporcie znajduje się także informacja, że czterech zatrzymanych Palestyńczyków prowadzi strajk głodowy w więzieniu palestyńskim w proteście przeciwko nielegalnemu przetrzymywaniu.

Jesteśmy więc raz jeszcze świadkami oszustwa i podstępu ze strony Abbasa i jego najwyższych rangą dygnitarzy w Ramallah. Palestyńscy przywódcy przekonali siebie, że mogą nadal szerzyć kłamstwa, ukrywając równocześnie prawdę o tym, co dzieje się w ich represyjnym i skorumpowanym reżimie na Zachodnim Brzegu. Wierzą, że ponieważ świat milczy, mogą kontynuować kłamstwa wobec wszystkich i przez cały czas.

Pytanie, raz jeszcze, brzmi: czy społeczność międzynarodowa kiedykolwiek obudzi się, by zrozumieć, że palestyńscy przywódcy robią z nich durni. Delegacja Parlamentu Europejskiego, która odwiedziła Ramallah, jest dobrym sprawdzianem: co jej członkowie powiedzą po powrocie: prawdę o bezwzględnym i represyjnym AP, czy kłamstwa, które podawał im na półmisku Abbas?


Bassam Tawil: Muzułmański badacz i publicysta mieszkający na bliskim Wschodzie.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Jak Iran planuje przejęcie Gazy

Jak Iran planuje przejęcie Gazy

Khaled Abu Toameh
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Drugą co do wielkości grupą terrorystyczną w Gazie po Hamasie jest finansowany przez Iran Palestyński Islamski Dżihad (PIJ), który ma tysiące zwolenników i bojówkarzy. Na zdjęciu: zamaskowani członkowie PIJ na szkoleniu w Strefie Gazy (Zdjęcie: Abid Katib/Getty Images)

Jeśli ktokolwiek ma nadzieję, że usunięcie Hamasu od władzy w Strefie Gazy polepszy tam sytuację i podniesie szanse na pokój między Palestyńczykami i Izraelem, czeka go wielkie rozczarowanie. Hamas, który siłą przejął panowanie nad Strefą Gazy latem 2007 r., nie jest jedyną grupa terrorystyczną w tej nadbrzeżnej enklawie, mieszczącej niemal dwa miliony Palestyńczyków.

W dodatku do Hamasu w Strefie Gazy jest kilka innych palestyńskich grup terrorystycznych.

Drugą największa po Hamasie grupą jest Palestyński Islamski Dżihad (PIJ), który ma tysiące zwolenników i bojówkarzy. Jeśli Hamas zostanie kiedykolwiek odsunięty od władzy, PIJ ma największą szansę na zajęcie powstałej próżni.

Jeśli usuniesz Hamas od władzy, najprawdopodobniej będziesz mieć do czynienia z PIJ – grupą, która nie jest bardziej umiarkowana. Choć Hamas może być uznawany za “dobry” wyłącznie w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, jego następcy nie będą lepsi. Islamistyczny fundamentalizm jest wyryty w sercach i umysłach dziesiątków tysięcy Palestyńczyków w Strefie Gazy.

Te dwie grupy islamistyczne — Hamas i PIJ – są jak dwie krople wody. Obie nie uznają prawa Izraela do istnienia i wzywają do walki zbrojnej dla “wyzwolenia całej Palestyny”, od Morza Śródziemnego do rzeki Jordan.

Podobnie jak Hamas, finansowany przez Iran PIJ także ma zbrojne skrzydło o nazwie Saraya Al-Quds (Brygady Jerozolimskie). Brygady Jerozolimskie, założone w 1981 r. przez przywódców PIJ, Fathiego Szakakiego i Abeda Al-Aziz Awdę w Strefie Gazy, są odpowiedzialne za setki ataków terrorystycznych na Izrael, w tym zamachy samobójcze. W ostatnich latach grupa ostrzeliwała Izrael rakietami i ogniem z moździerzy.

Chociaż PIJ uważa się za niezależną grupę, często działa w koordynacji z Hamasem. Te dwie grupy mają nawet wspólne “dowództwo operacyjne do koordynowania ataków na Izrael. Czasami przeprowadzają wspólne ataki.

Brygady Jerozolimskie lubią wychodzić na ulice w pokazach siły skierowanych wobec innych palestyńskich grup terrorystycznych w szczególności, a palestyńskiej społeczności w Strefie Gazy w ogólności. Normalnie Hamas nie toleruje konkurencji ze strony innych zbrojnych grup w Strefie Gazy, ale jeśli chodzi o PIJ i jego zbrojne skrzydło, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Kiedy PIJ pokazuje swoją siłę i broń na ulicach Gazy, Hamas milczy.

Najwyraźniej Hamas wie, że PIJ jest dużą i wpływową grupą, z którą niebezpiecznie jest zadzierać. Hamas wydaje się także świadomy, że wtrącanie się do PIJ oznacza kłopoty z mocodawcami tej grupy w Iranie. Podobnie jak PIJ, także Hamas zależy od politycznego, finansowego i militarnego wsparcia Iranu. Iran uważa PIJ za swojego głównego sojusznika i marionetkę w Strefie Gazy. Dzięki PIJ Iran zapuszcza swoje macki w wewnętrzne sprawy Palestyńczyków, ku wielkiemu niezadowoleniu prezydenta Mahmouda Abbasa i jego popieranej przez Zachód Autonomii Palestyńskiej.

Stosunki między Iranem a Hamasem nie były stabilne w ostatnich latach, w znacznej mierze z powodu odmowy Hamasu popierania reżimu syryjskiego dyktatora Baszara Assada, którego wspiera Iran. Ostatnio jednak w niektórych arabskich mediach pojawiły się doniesienia, że Iran i Hamas zgodzili się na zapomnienie swoich różnic.

W ostatnich kilku latach szereg delegacji Hamasu odwiedziło Teheran w ramach starań tej grupy o naprawienie stosunków z Iranem. Ostatnia wizyta miała miejsce w październiku 2017r., kiedy delegacja Hamasu, w skład której wchodzili Ezzat Al-Riszek, Sami Abu Zuhri, Chaled Kaddoumi, Mohammed Nasr i Zaher Dżabarin, odwiedziła Teheran, by poinformować przywódców irańskich o rozwoju sytuacji w sprawie starań zakończenia konfliktu między Hamasem a frakcją Fatahu Abbasa.

Mimo widomego zbliżenia Iran nadal niezbyt ufa Hamasowi. Ten sceptycyzm wydaje się opierać na obawie Iranu, że Hamas jest gotowy do pojednania z Fatahem i do zawieszenia broni z Izraelem. Taki sojusz, w oczach Iranu, stanowiłby zdradę ze strony Hamasu. Każde porozumienie z Fatahem znaczyłoby, że Hamas jest gotowy połączyć siły z Abbasem, a co gorsza, zgodzić się na przyszłe rozmowy pokojowe z Izraelem. Każde porozumienie o zawieszeniu broni z Izraelem znaczyłoby, że Hamas jest gotowy złożyć broń i porzucić walkę zbrojną przeciwko “syjonistycznemu wrogowi”. To “poddanie się” jest anatemą dla mułłów w Teheranie, których zadeklarowanym celem jest eliminacja Izraela.

Dla Iranu prawdziwym sojusznikiem na palestyńskiej arenie jest PIJ. Iran zawsze będzie widział PIJ jako naturalne zastąpienie Hamasu w Strefie Gazy, jeśli Hamas kiedykolwiek zawrze umowę z Fatahem lub Izraelem.

PIJ tymczasem robi wszystko, co w jego mocy, by dowieść panom w Teheranie swojej wiarygodności. W zeszłym tygodniu militarne skrzydło PIJ wyprawiło swoich ciężko uzbrojonych wojowników na ulice Strefy Gazy w pokazie siły dla Hamasu, Iranu i reszty świata.

Abu Hamzeh, rzecznik Brygad Jerozolimskich, dumnie oświadczył podczas paramilitarnego marszu, że jego grupa “nigdy nie pójdzie na kompromis ani nie odda ani jednego centymetra ziemi Palestyny – całej Palestyny”. Dodał: “Nasza broń jest symbolem naszej dumy i siły naszego narodu. Oprzemy się wszystkim spiskom i udaremnimy wszystkie spiski, które mają na celu zlikwidowanie naszej sprawy”.

Co więc to wszystko znaczy dla Gazy?

Po pierwsze, jest mało prawdopodobne, by nastąpiły tam jakieś pozytywne zmiany. Nawet gdyby Hamas został usunięty od władzy, Palestyńczycy nadal cierpieliby pod rządami innych radykalnych grup, takich jak PIJ.

Po drugie, nawet gdyby Hamas miał się obudzić jutro rano i całkowicie zmienić, zawierając autentyczne zawieszenie broni z Izraelem, zawsze będą tam inne grupy terrorystyczne, które są gotowe złamać to porozumienie w każdym momencie.

Po trzecie, Strefa Gazy nadal będzie pełna ciężko uzbrojonych grup, które będą kontynuować ataki terrorystyczne na Izrael i narzucać reżim terroru i zastraszania na palestyńską populację.

Po czwarte, ani Abbas, ani nikt inny nie będzie w stanie wejść do Strefy Gazy, narzucić prawo i porządek i skonfiskować broń terrorystycznych grup.

To są kluczowe czynniki, które musi brać pod uwagę każdy aktor międzynarodowy, starający się znaleźć rozwiązanie dla katastrofy o nazwie Gaza. Alternatywnie, można nadal zamieszkiwać jakąś alternatywną rzeczywistość, w której wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko Izrael złagodził restrykcje nałożone na Strefę Gazy.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Jewish Democrats increasingly anti-Israel

Jewish Democrats increasingly anti-Israel

Caroline Glick


Jewish Democrats have long taken pride in the high number of American Jews serving as Democratic lawmakers in the House of Representatives and Senate.

Given that the Jewish community in the United States constitutes less than two percent of the general population, the fact that nearly two dozen American Jews serve in the House and Senate is a legitimate source of pride, regardless of party.

For the past fifity years, Democratic Jewish lawmakers like Representatives Tom Lantos, Howard Berman, Steven Solarz, Shelley Berkley, Jane Harman, Nita Lowy and Elliot Engel; and Senators like Joe Lieberman and Frank Lautenberg; played key roles in forging and maintaining their party’s strong support for Israel and the U.S.-Israel alliance.

In recent years, however, things have changed. As Democratic voters and leaders have become more hostile to Israel, and as Republican voters and leaders have become more supportive of Israel, Jewish Democratic lawmakers have increasingly adopted policies and accepted support from organizations that are harmful to Israel’s national security.

The current election cycle makes this point very clearly. As JTA reported this week, there are 36 Jewish candidates running as Democrats in House races. Half are incumbents, and half are challengers.

Over two-thirds of the Jewish Democratic incumbents (13 of 18) supported President Barack Obama’s nuclear deal with Iran. Israel’s Prime Minister Benjamin Netanyahu was the most outspoken critic of the deal, arguing that it posed an existential danger to Israel by giving Iran an open path to a nuclear arsenal. Three-quarters of Israeli Jews agreed with him.

Nearly half of the Jewish Democratic incumbents (7 of 18) have received contributions from J Street, the anti-Israel Jewish political group founded with help from George Soros. Throughout Obama’s years in office, J Street served as the administration’s Jewish fig leaf.

J Street was a central actor in the campaign to block a Senate veto of the Iran deal. It has placed the blame for the failure of the Israel-Palestinian peace process squarely on Israel’s shoulders, and campus chapters of J Street have reportedly aided anti-Israel activists in attempts to support the antisemitic “boycott, divestment and sanctions” (BDS) campaign against Israel. The organization is considered so hostile to Israel that Israel’s ambassador to the U.S., Ron Dermer, refuses to meet with its representatives.

Among the Democratic challengers, five of 18 have received funding from J Street, according to JTA’s report. Ten have received money from other far-left PACs or were endorsed by Obama.

One of the Democratic candidates, Dan Kohl, who is running in Wisconsin’s 6th District against two-term Republican incumbent Glenn Grothman, is one of J Street’s founders, and its first political director. His uncle, Herb Kohl, served as a Senator from Wisconsin for four terms and was staunchly supportive of Israel.

Dan Kohl is the scion of his family’s retail empire. His only recorded private sector experience was a stint as assistant general manager of the Milwaukee Bucks basketball team, which his family owned.

According to campaign financing site opensecrets.org, Kohl had a 30 percent funding advantage over Grothman at the end of July. Kohl’s single largest donor was J Street, which contributed $175,320 to his campaign.

Kohl oversaw J Street PAC and turned it into a national fundraising organization that came under scrutiny almost as soon as it was established. Although J Street PAC touts itself as a Jewish organization, it received money from Arab and Iranian lobbies and individuals. Some J Street officials have been registered foreign agents for Arab countries.
Grothman, in contrast, is an enthusiastic and consistent supporter of Israel. He celebrated President Donald Trump’s decision to move the U.S. Embassy in Israel to Jerusalem. J Street opposed the move.

Despite Kohl’s anti-Israel extremism, and lack of experience in other endeavors, he is running as a moderate, and claims that, if elected, he will seek bipartisanship. Kohl seeks to distinguish himself from Grothman by accusing Grothman of eschewing bipartisanship. According to Grothman’s campaign, he is running four times as many television ads as Grothman, as the gap in funding between the two candidates continues to grow in Kohl’s favor.

Also running for the House of Representatives in the current cycle are 15 Jewish Republicans. Two are incumbents, the rest are challengers.

One of the interesting races on the Republican side is Lena Epstein’s bid to win an open seat vacated by pro-Israel Republican Rep. David Trott in Michaigan’s 11th district. Unlike most of the other seats with Jewish Republican challengers, which are viewed as long shots for Republicans, Michigan’s 11th district is considered a toss-up.

Trump won the district in 2016 by 4 points. Epstein’s Democratic opponent, Haley Stevens, is running at a 7-point advantage with 17 percent of voters undecided. Both women are in their late 30s.

Epstein, who is staunchly pro-Israel, ran her family automotive and industrial lubricants business, Vesco Oil, with mother and sister before entering politics as a co-chairman of Trump’s Michigan campaign in 2016.

Stevens served in the Obama administration as the chief of staff of the auto rescue task force.

According to Epstein’s supporters, her campaign has been subjected to stiff opposition by Jewish liberals from inside and outside her district. For instance, in June, the Franklin Hills Country Club, with a heavily Jewish membership, cancelled a fundraiser for Epstein. The cancellation was reportedly caused by a Facebook posting by Michael Simon, the son of one of the club’s former presidents.

In his post, Simon compared Trump’s immigration policies to Nazi policies. He called Epstein “a neo fascist” and said the values of the Jewish candidate, whose family members have been members of the club for four generations, are “incongruous with the moral center of the Jewish community.”

Epstein’s event was cancelled within hours of Simon’s posting (which he subsequently deleted).

This week, a Democratic polling firm, the Mellman Group, published a survey of American Jewish opinion regarding President Trump’s policies towards Israel. In a signal of the profound shift of liberal Jewish opinion on Israel, a bare majority of 51 percent of American Jews supported Trump’s policies towards Israel, despite the fact that he moved the U.S. embassy to Jerusalem and has staunchly backed Israel against its enemies while defunding the Palestinian Authority and shutting the Palestine Liberation Organization (PLO) office in Washington, DC.

Only 6 percent said that they would vote for him due to his Israel policies despite disagreements with him on other issues. That is, only 6 percent of liberal American Jews believe that support for Israel is a primary voting issue. 20 percent said they agree with Trump on Israel and still will not vote for him.

75 percent of the poll’s respondents said they plan to vote Democrat in next month’s Congressional elections. 68 percent identified as Democrats.

The numbers indicate that liberal American Jews place a far higher priority on their partisan identity than on their Jewish identity. Moreover, as Simon’s attack on Epstein shows, for many liberal Jews, partisan identities are increasingly viewed as part and parcel of their Jewish identities. As a consequence, liberal American Jews can be expected to be the most outspoken critics of the slowly growing minority of Republican Jews.

So, too, if current trends continue, pro-Israel American Jews, as well as Israeli leaders, should not expect Democratic lawmakers to stand with Israel when doing so puts them in conflict with the party’s activists.

Indeed, as time goes by, the dozens of Jewish Democratic lawmakers in Congress may serve not as Israel’s defenders in their party, but as fig leaves that hide and whitewash the growing hostility of their party and its voters towards the Jewish state and its supporters in the United States.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Klezmoret i Muzyka Żydowska w Giżyckim Centrum Kultury

Klezmoret i Muzyka Żydowska w Giżyckim Centrum Kultury

GTV


 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com