Archives

Netanjahu podzielił Izrael, jak Kaczyński dzieli Polskę

Netanjahu podzielił Izrael, jak Kaczyński dzieli Polskę

Marcin Antosiewicz


Po raz drugi w tym roku Izraelczycy idą do urn wyborczych. To pierwsze przyśpieszone wybory w historii kraju, bo po kwietniowych premierowi nie udało się stworzyć rządu.

netanjahu Fot.: Reuters

Netanjahu walczy o piątą kadencję. Jeśli znowu dojdzie do pata, będzie musiał odejść z polityki. Przez 10 lat rządów wyrósł na najbardziej polaryzującego polityka w Izraelu. Jedna połowa społeczeństwa widzi w nim wielkiego modernizatora, druga połowa zabójcę demokracji.

W Tel Awiwie powiedzenie, że jest się z Polski, jest traktowane jak zaproszenie do rozmowy. I nadal ciekawość tego, co dzieje się nad Wisłą lub nawet wymieniania kilku słów po polsku jest większa niż oburzenie na rewizję historii, którą forsuje rząd PiS.

– Ja też tak naprawdę jestem z Polski – mówi do mnie po angielsku starszy mężczyzna w kafejce na Dizengoff Street. I przez najbliższą godzinę poznaję historię jego rodziny. Matka pochodziła z Warszawy, ojciec z Częstochowy. – Do Izraela wyjechali jeszcze przed wojną. Dlatego przeżyli – mówi Michael, z zawodu architekt, żyjący od lat ze sprzedaży nieruchomości.

Rodzice w domu mówili po polsku, więc polski jest jego pierwszym językiem. Jednak trudno mi go namówić do mówienia po polsku. Za to on prosi, żebym mówił w rodzimym języku. Michael każe też mi do siebie mówić po imieniu, choć ma dokładnie tyle samo lat co państwo Izrael: 71. W dzieciństwie bawił się z wnukami Dawida Ben Guriona, pochodzącego z Płońska założyciela państwa i pierwszego premiera Izraela.

– Jak wygra Netanjahu, to dojdzie do rewolucji – mówi, gdy pytam o najbliższe wybory. – Jakiej rewolucji? – dopytuję. – Do prawdziwej rewolucji! Ludzie wyjdą na ulicę! Mają dość korupcji i niszczenia demokracji! – odpowiada wyraźnie poruszony.

Nad Netanjahu wisi groźba trzech procesów w sprawach korupcyjnych, nadużycia zaufania i malwersacji. Gazety piszą, że „jedynie zdecydowane zwycięstwo może wybawić go od sali sądowej”.

– Chce być nietykalny. Pozmieniał wszystkich sędziów – tłumaczy Michael. Ma na myśli propozycję Netanjahu, który chce znowelizować prawo tak, by prokuratura i sądy nie mogły prowadzić postępowania wobec urzędującego szefa rządu i państwa, tak jak jest we Francji. Ośmioro z piętnaściorga sędziów została nominowana do Sądu Najwyższego przez prezydenta Reuvena Rivlina, który jest członkiem Likudu, partii Netanjahu. – Oni mają skrajnie prawicowe poglądy – uważa Michael.

Na dowód podczas rozmowy ze mną sam rozpoczyna temat najświeższego ostrzału południowego Libanu. – Generałowie powinni wypowiedzieć premierowi posłuszeństwo – mówi. – Ale to wtedy dojdzie do puchu – zauważam. – Tak! Nie ma wyjścia! To będzie pucz. Ale da się to jakoś ułożyć, bo czterech z pięciu najważniejszych generałów to koledzy Gantza – dopowiada.

Benny Gantz jest liderem centrolewicowego bloku Niebiesko-Biali (kolory izraelskiej flagi), w latach 2011-2015 był szefem izraelskiej armii. W kwietniowych wyborach zdobyli 35 mandatów w 120-osobowym Knessecie. Netanjahu miał 3 mandaty więcej, ale nie udało mu się stworzyć większościowej koalicji, bo sojusz ze skrajnie prawicowymi partiami ortodoksyjnych Żydów nie wystarczył. Ostatni sondaż przed wyborami pokazał, że Likud i Niebiesko-Biali mogą liczyć na dokładnie takie samo poparcie, które przełoży się na 32 mandaty dla każdego z komitetów. Do utworzenia rządu potrzeba 61 głosów.

Każdy głos się liczy
– Arabowie zawsze chodzą głosować – powtarza Netanjahu, który równie co o swój wynik obawia się poparcia dla mniejszości arabskiej, którą reprezentuje partia Zjednoczona Lista, która od 2015 roku jest trzecią siłą w kraju. W dzień głosowania, by zmobilizować swoich wyborców, Netanjahu powiedział, że „jeśli frekwencja pozostanie na obecnym poziomie to Zjednoczona Lista dostanie aż 15 mandatów”. To zdecydowałoby o zwycięstwie opozycji.

Netanjahu nie ukrywa, że Arabowie i „lewacy” to wrogowie narodu. On orientuje się na skrajną prawicę, dlatego kilka dni przed głosowaniem zapowiedział aneksję Doliny Jordanu, która jest częścią Zachodniego Brzegu Jordanu, czyli terenów palestyńskich administrowanych przez Izrael. Netanjahu powtórzył także obietnicę formalnego włączenia żydowskich osiedli na okupowanym Zachodnim Brzegu do terytorium Izraela, lecz tak samo jak w kampanii przed kwietniowymi wyborami, nie przedstawił żadnych terminów, kiedy miałoby to nastąpić. Nikt nie ma wątpliwości, że to definitywnie pogrzebałoby proces pokojowy, odebrałoby nadzieję Palestyńczykom na niepodległe państwo i doprowadziło do eskalacji przemocy.

– Już teraz wiem, że każdy głos się liczy – mówi mi 51-letni Danny, który zagaduje do mnie na Placu Orkiestry, gdy słyszy, że mówię po polsku. Danny jest dyrektorem działu informatyki w sieci izraelskich hoteli. Rodzice żony pochodzą z Polski, dlatego z sympatią reaguje na polski. Jego rodzina pochodzi z diaspory żydowskiej w Jemenie. – Mnie często biorą za Araba – opowiada. – I przez to wiele osób udaje, jakby mnie nie było – dodaje. W swoim życiu bardzo rzadko chodził na wybory. Jednak tym razem pójdzie i zagłosuje przeciwko Netanjahu.

– Jak są wybory, to panuje mega tłok na lotnisku, co chwilę przylatują samoloty z religijnymi Żydami, którzy głosują na swoich – twierdzi Danny. Cała historia brzmi jak fake news, ale on mocno w nią wierzy. Pewne jest, że partie ortodoksyjnych Żydów otrzymują wsparcie finansowe od rodaków z USA.

Spolaryzowane społeczeństwo
Choć ortodoksyjni Żydzi stanowią około 12 proc. społeczeństwa, to mają ogromny wpływ na życie polityczne, głównie poprzez koalicje z Netanjahu. – To mnie ogromnie wkurza – mówi mi 31-letni Ahiad, z którym rozmawiam o polityce na plaży Metzitzim. Wcześniej sam głosował na Likud, ale tym razem zagłosuje na opozycję.

– Już mam dość tego, że w szabat nie działa transport publiczny, albo tego, że ortodoksyjni Żydzi są zwolnieni ze służby wojskowej – tłumaczy. To pokazuje, że napięcia społeczne w Izraelu są znacznie większe i wychodzą szeroko poza konflikt izraelsko-arabski. Choć w kraju żyje jedynie 8,5 mln ludzi, z czego 6,4 mln ma prawo głosować, to trudno znaleźć im wspólny język. Sekularni Izraelczycy z ogromną niechęcią wypowiadają się o „ortodoksach” i na odwrót.

Siedząc ze znajomymi na promenadzie w jednym z barów zagaduje do nas 36-letni Daniel. DJ właśnie puścił piosenkę R.E.M. „Losing my religion”. – To o mnie – mówi i dosiada się do stolika, przy którym słyszał polski. W ciągu godziny opowiada nam całe swoje życie.

Izraelczycy mają bardzo podobną mentalność do Polaków. Daniel, nauczyciel historii w liceum, urodził się w Jerozolimie, do której jego religijni rodzice wyemigrowali z Ameryki. Dziadkowie pochodzili z Polski i Ukrainy. Ma sześcioro rodzeństwa.

– Obecnie nikt z nas nie jest religijny, tylko rodzice o tym wiedzą. Przed nimi gramy prawie ortodoksów, którzy jednak muszą jakoś funkcjonować w dużym mieście – opowiada. – W jakim sensie grać? – pytam. – No np. do rodziców chodzę z dziewczyną, choć jestem gejem – odpowiada z lekkością, jakby już tysiąc razy usłyszał podobne pytanie. Przechodząc do rozmowy o polityce jestem pewny, że mam do czynienia z wyborcą liberalno-lewicowej opozycji. Jednak życie i polityka jest pewna zaskoczeń.

– Tylko Bibi! – mówi Daniel, kiedy pytam na kogo zagłosuje. Tak na Benjamina Netanjahu mówią jego fani. – Bibi to kapitalista. Za jego rządów nasza gospodarka szybko się rozwija. Izrael kwitnie – tłumaczy swoje poparcie. Gdy pytam, czy nie przeszkadza mu sojusz Netanjahu z ortodoksyjnymi Żydami, od których przez ostatnią godzinę się dystansował, odpowiada: – On jedyny w Izraelu jest politykiem światowego formatu.


 Marcin Antosiewicz  @Antosiewicz

Powtórne wybory zdecydują o przyszłości Benjamina , który w kampanii kreuje się na polityka, który kręci światem. 4 dni przed głosowaniem poleciał do Putina (walka o 300 tys. głosów diaspory rosyjskojęzycznej. Putin w dzień głosowania zapowiedział wizytę w IL w styczniu

Zobacz obraz na Twitterze

W centrum Tel Awiwu na wieżowcu w stylu Bauhausu z trzech stron widzę plakaty wyborcze premiera. Od południa: Netanjahu z Narendrą Modim, premierem Indii. Od zachodu: Netanjahu z Donaldem Trumpem. Od wschodu: Netanjahu z Władymirem Putinem. Do tego ostatniego Netanjahu poleciał cztery dni przed głosowaniem. Bynajmniej nie chodziło o geopolitykę, czy rozwój bilateralnych relacji. Szef Likud chciał w ten sposób przypodobać się rosyjskojęzycznej diasporze. 300 tys. – to oficjalna liczba Żydów, którzy wyemigrowali do Izraela z byłego Związku Sowieckiego. Jednak w przestrzeni publicznej wszyscy mówią o „milionie rosyjskich Żydów”. W dzień głosowania służby prasowe Putina podały, że rosyjski prezydent odwiedzi Izrael w styczniu przyszłego roku. Faktycznie tym razem walka o każdy głos w Izraelu potrwa aż do zamknięcia 11 tys. lokali wyborczych.

Z Tel Awiwu Marcin Antosiewicz


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Dangerous Stalinism of the “Woke” Hard-Left


The Dangerous Stalinism of the “Woke” Hard-Left

Alan M. Dershowitz


A “woke” rally in Washington. We must always remember that it is not only the road to hell that is paved with good intentions. It is also the road to tyranny. Photo: Wikipedia.

  • People on the “woke” hard-left seem so self-righteous about their monopoly over Truth (with a capital T) that many of them apparently see no reason to allow dissenting, politically incorrect, views to be expressed. Such incorrect views, they claim, make them feel “unsafe.” They can feel safe only if views they share are allowed to be expressed. Feeling unsafe is the new trigger word for demanding censorship.
  • The other dangerous similarity between the Stalinists and the “wokers” is that both disdain due process for those they deem guilty of political incorrectness or other crimes and sins. They reject any presumption of innocence or requirement that the accuser bear the burden of proof.
  • For Stalinist and “wokers,” there is no uncertainty or fallibility. If they believe someone is guilty, he must be. Why do we need a cumbersome process for determining guilt? The identities of the accuser and accused are enough. Privileged white men are guilty perpetrators. Intersectional minorities are innocent victims. Who needs to know more? Any process, regardless of its fairness, favors the privileged over the unprivileged.
  • That is why I make the controversial claim that today, the “woke” hard-left is more dangerous to civil liberties than the right. To be sure there are hard right extremists who would use — and have used — violence to silence those with whom they disagree. They are indeed dangerous. But they have far less influence on our future leaders than their counterparts on the hard-left. They are not teaching our college age children and grandchildren. They are marginalized academically, politically and in the media. The opposite is true of hard-left Stalinists. Many have no idea who Stalin even was, but they are emulating his disdain for free speech and due process in the interests of achieving the unrealizable utopia they both sought. They also have in common the attitude that noble ends justify ignoble means.
  • We must always remember that it is not only the road to hell that is paved with good intentions. It is also the road to tyranny.

Civil liberties are in greater danger today from the intolerant hard-left than from the bigoted hard-right. This may seem counterintuitive: There has been far more violence — mass shootings in malls, synagogues and other soft targets — from extremists who identify more with the hard-right than with the hard-left. But the influence of the hard-left on our future leaders is far more pervasive, insidious and dangerous than the influence of the hard-right.

People on the “woke” hard-left seem so self-righteous about their monopoly over Truth (with a capital T) that many of them see no reason to allow dissenting, politically incorrect, views to be expressed. Such incorrect views, they claim, make them feel “unsafe.” They can feel safe only if views they share are allowed to be expressed. Feeling unsafe is the new trigger word for demanding censorship.

No university student has the right to be safe from uncomfortable ideas, only from physical threats, and any student who claims to be in physical fear of politically incorrect ideas does not belong at a university. The most extreme example of this distortion of the role of higher education took place at my own university when a distinguished dean of a Harvard residential college was fired from his deanship because some “woke” students claimed to feel unsafe in his presence because he was representing, as a defense lawyer, a man accused of rape.

We often forget that the concept of “political correctness” originated in the Stalinist Soviet Union, where Truth — political, artistic, religious — was determined by the central committee of the Communist Party and any deviation was regarded as unacceptable. To be sure, there is a vast difference between how Stalin treated political incorrectness and how the “woke” generation treats it. Stalin murdered those who deviated from his Truth, while “wokers” generally shun and discredit, though there has been occasional violence from elements of the hard-left toward those who deviate from their Truth. But both produce a similar result: less dissent, less reliance on the marketplace of ideas and more self-censorship.

For many “wokers,” freedom of speech is nothing more than a weapon of the privileged used to subjugate the unprivileged. It a bourgeois concept that emanates from an anachronistic white, male constitution that is irrelevant to the contemporary world. Free speech for me — the underprivileged — but not for thee — the privileged. That is what the “wokers” want. Affirmative action for speech!

The other dangerous similarity between the Stalinists and the “wokers” is that both disdain due process for those they deem guilty of political incorrectness or other crimes and sins. They reject any presumption of innocence or requirement that the accuser bear the burden of proof. These bourgeois concepts are based on the recognition of human fallibility and uncertainty. For Stalinist and “wokers,” there is no uncertainty or fallibility. If they believe someone is guilty, he must be. Why do we need a cumbersome process for determining guilt? The identities of the accuser and accused are enough. Privileged white men are guilty perpetrators. Intersectional minorities are innocent victims. Who needs to know more? Any process, regardless of its fairness, favors the privileged over the unprivileged.

When I was in college in the 1950s, it was the McCarthyite right that was censoring and denying due process. It was the liberal left that was defending free speech, dissent and due process. But for some on the left, this stance was self-serving, because it was people on the extreme left who were being denied these protections. Now that it is conservatives who are being censored and denied due process on campuses around the country, many on the left have remained silent. Civil liberties for me, but not for thee.

That is why I make the controversial claim that today the “woke” hard-left is more dangerous to civil liberties than the right. To be sure there are hard right extremists who would use — and have used — violence to silence those with whom they disagree. They are indeed dangerous. But they have far less influence on our future leaders than their counterparts on the hard-left. They are not teaching our college age children and grandchildren. They are marginalized academically, politically and in the media. The opposite is true of hard-left Stalinists. Many have no idea who Stalin even was, but they are emulating his disdain for free speech and due process in the interests of achieving the unrealizable utopia they both sought. They also have in common the attitude that noble ends justify ignoble means.

It is precisely because the ends sought by the “wokers” are often noble — racial and gender equality, a fairer distribution of wealth, protection of the environment, a women’s right to choose, gay marriage — that liberals find it harder to condemn them for their intolerance toward civil liberties. But we must always remember that it is not only the road to hell that is paved with good intentions. It is also the road to tyranny.


Alan M. Dershowitz is the Felix Frankfurter Professor of Law Emeritus at Harvard Law School and author of The Case Against the Democrats Impeaching Trump, Skyhorse Publishing, 2019. He is a Distinguished Senior Fellow at Gatestone Institute.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Best of Israel

The Best of Israel

Rick Steves’ Europe


More info at https://www.ricksteves.com/watch-read… We start in Jerusalem, alive with religious tradition and passion — Christian, Muslim, and Jewish. We then visit cosmopolitan Tel Aviv, with its in-love-with-life beaches; ponder the sad fortress of Masada; and join pilgrims at biblical sights around the Sea of Galilee. We’ll also pay our respects at the Yad Vashem Holocaust memorial, drop into an Orthodox Jewish neighborhood, and savor the local cuisine. | © 2014 Rick Steves’ Europe


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wehikuł czasu Mahmouda Abbasa

Wehikuł czasu Mahmouda Abbasa skazuje pokój (raz jeszcze)

Jonathan S. Tobin
Tłumaczenie; Małgorzata Koraszewska


Okazuje się, że wydarzenia z 1967 roku, dzięki którym Izrael przejął Zachodni Brzeg, Strefę Gazy, Wzgórza Golan i ponownie zjednoczył Jerozolimę, nie są jedynym wydarzeniami historycznymi, które przywódca Autonomii Palestyńskiej, Mahmoud Abbas, pragnie wymazać z kart historii. Ani też odwrócenie werdyktu 1948 roku, kiedy Żydzi odzyskali suwerenność w części swojej starożytnej ojczyzny, ani 1917 rok, kiedy Deklaracja Balfour ustawiła Żydów na drodze ku państwowości, nie są jedynymi pozostałymi punktami na sprzecznej z faktami liście życzeń Abbasa. Okazuje się, że chce on pójść znacznie dalej wstecz w swoich żądaniach.

Ma prawdziwy problem z biblijną księgą Jozuego.

Tak jest. Zamiast po prostu cofnąć się do XIX wieku jego najnowsze przemówienie ujawniło, że nowym punktem wyjścia w palestyńskim poszukiwaniu ”sprawiedliwości” jest XIII wiek p.n.e. To jest przybliżona data, kiedy zdaniem historyków plemiona Izraela rozpoczęły podbój ziemi Kanaan, która została im obiecana, kiedy opuszczali Egipt pokolenie wcześniej.

Taka jest wyraźna implikacja przemówienia Abbasa, które wygłosił w tym tygodniu podczas wizyty w palestyńskim obozie uchodźców na Zachodnim Brzegu, podczas którego oświadczył, że żydowscy intruzi zostaną w końcu wyrzuceni i że ani jedna cegła w ich „osiedlach” nie pozostanie na miejscu.

“Zostaną wyrzuceni na śmietnik historii i zapamiętają, że ta ziemia jest dla jej ludu, jej mieszkańców i Kananejczyków, którzy byli tutaj 5000 lat temu. My jesteśmy Kananejczykami” – oznajmił.

Zapierający dech w piersiach rozmach tej przechwałki zostanie zlekceważony przez tych, którzy uważają wiarę w ostateczny sukces procesu pokojowego z Palestyńczykami jako rodzaj religii, niedopuszczającej żadnego przeciwnego dowodu. I istotnie, trudno traktować poważnie cokolwiek, co mówi ten autokrata, którego zupełnie nie obchodzi interes jego ludności.

Przemówienie Abbasa może skłonić kilku historyków do ożywienia dyskusji o mało znanej grupce Izraelczyków w latach 1950., którzy nazywali siebie Kananejczykami, by zaznaczyć starania stworzenia tożsamości odrębnej od Żydów spoza państwa żydowskiego. Jest jednak mało prawdopodobne, by Abbas lub którykolwiek z jego słuchaczy kiedykolwiek słyszał o tej dawno zapomnianej grupie.

I niewielu obserwatorów zauważy, że istnieje rozbieżność między jego twierdzeniem, że byli w regionie przed Żydami, a tym, jakie słyszymy w każde Boże Narodzenie, że Palestyńczycy – a nie Żydzi – są prawdziwymi potomkami Jezusa i Żydów biblijnej ery.

Ponieważ ta fantazja niezbyt przyjęła się, Abbas stara się teraz cofnąć o kolejne tysiąclecie, oświadczając, że pierwszymi palestyńskimi uchodźcami byli Kananejczycy, którzy stracili swoje domy w wyniku imperialnego podboju wyznaczonego następcy Mojżesza, Jozuego.

Ta opowieść jest kolejnym kłamstwem. Koncepcja, że obecna populacja, która nazywa siebie Palestyńczykami, może być związana z biblijnymi Żydami, nie mówiąc już o Kananejczykach, jest czystą fikcją. Wielu palestyńskich Arabów przybyło tu – oczywiście – na początku XX wieku z okolicznych ziem arabskich, kiedy kraj zaczął szybko rozwijać się ekonomicznie w wyniku osadnictwa Żydów-syjonistów.

Problem z przemówieniem Abbasa nie polega jednak tak bardzo na jego gotowości do wymyślania własnej historii. W końcu nie jest to nic nowego dla człowieka, który zrobił doktorat z badań orientalnych na uniwersytecie Patrice’a Lumumby w Moskwie przez napisanie pracy opartej na negacji Holocaustu i teoriach spiskowych.

Naprawdę nie ma znaczenia, kiedy przybyli palestyńscy Arabowie. Znaczenie ma to, że ich przywódcy nadal nasilają starania o zaprzeczenie historii i prawa Żydów do żydowskiego państwa, niezależnie od jego granic.

Wynika to nie tylko z jego przemówienia w obozie Dżalazun, ale także z relacji z jego rozmów z wizyty delegacji Demokratycznych członków Kongresu. Abbas nie chciał powiedzieć, że uznaje Izrael ani że Żydzi mają prawo do państwa.

To jest problem, ponieważ delegacja Demokratów i większość zwolenników Izraela w Kongresie i gdzie indziej w Stanach Zjednoczonych nadal zdecydowanie popiera rozwiązanie w postaci dwóch państw. List 21 członków Knesetu z prośbą do Kongresu, by przestał popierać to rozwiązanie, został powszechnie odrzucony przez większość polityków z obu partii, którzy nadal uważają, że dwa państwa to jedyne, długofalowe, racjonalne rozwiązanie izraelsko-palestyńskiego konfliktu.

Teoretycznie ci, którzy nadal trzymają się tego przekonania, mogą mieć rację. Ale Izraelczycy i Palestyńczycy nie żyją w teoretycznym świecie, w którym podzielenie ziemi na dwa przylegające do siebie państwa, pokojowo koegzystujące ze sobą, jest oczywistą odpowiedzią na ich problemy. Żyją w rzeczywistym świecie, w którym jedynymi palestyńskimi przywódcami są Hamas i Islamski Dżihad, nadal dążącymi do śmierci Żydów, oraz „umiarkowani” z Fatahu pod przewodnictwem Abbasa, sprzedającego swoim ludziom bajki o Kananejczykach, którzy pewnego dnia jakoś użyją historycznego wehikułu czasu, by wygnać potomków Jozuego.

Dlaczego Abbas wciska historyczne kłamstwa i przysięga wyrzucić wszystkich Żydów z Izraela, a nie tylko osadników z Zachodniego Brzegu? Przypochlebia się zarówno Palestyńczykom na Zachodnim Brzegu, jak i milionom potomków uchodźców z 1948 roku (potomkowie uchodźców kananejskich sprzed 3300 lat nie mają tu nic do powiedzenia), których narodowa tożsamość jest nierozerwalnie związana z wojną z syjonizmem. Dla nich żydowska obecność w całym Izraelu stanowi „okupację”.

To jest tragedia. Niemniej, jak długo tak jest, argumenty wysuwane przez Amerykanów na rzecz rozwiązania w postaci dwóch państw, są po prostu stratą czasu.


Jonathan S. Tobin – Amerykański dziennikarz, redaktor naczelny JNS.org, (Jewish News Syndicate). Komentuje również na łamach National Review, New York Post, The Federalist, w prasie izraelskiej m. in. na łamach Haaretz.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Samozwańczy historycy zmieniają pamięć o Miednoje

Samozwańczy historycy zmieniają pamięć o Miednoje

WIKTORIA BIELIASZYN


Katarzyna Mongomety / Agencja Gazeta

Lokalni, twerscy „patrioci” próbują udowodnić, że w tamtejszych mogiłach nie leżą ciała polskich oficerów, tylko czerwonoarmistów. Zabierają się za ekshumacje.

Miednoje, wioska położona 30 km od Tweru, to miejsce pamięci o tragedii. Przeprowadzone przez polsko-rosyjski zespół badaczy częściowe ekshumacje z 1991 r. potwierdziły, że w 23 dołach pochowani są polscy jeńcy przetrzymywani przez ZSRR w Ostaszkowie. Mimo to rosyjscy „patrioci” i samozwańczy historycy starają się napisać znaną historię od nowa. I żądają ponownych ekshumacji.

Zbrodnie, „których nie było”

Informacja o tym, że pod daczami należącymi do byłych funkcjonariuszy NKWD znajdują się masowe groby polskich jeńców wojennych z Ostaszkowa, zamordowanych wiosną 1940 r. w Twerze (wówczas Kalinin), wyciekła pod koniec lat 80. z siedziby lokalnego KGB. Przesłuchiwany wtedy Dmitrij Tokariow, były kierownik NKWD, wskazał miejsce, gdzie znajdowały się mogiły. Częściowe ekshumacje potwierdziły podejrzenia założycieli twerskiego Memoriału, organizacji upamiętniającej zbrodnie komunistów. Dzięki temu udało się doprowadzić do podpisania przez rosyjskie władze w 1996 r. decyzji o utworzeniu miejsc pamięci w Miednoje i Katyniu.

Mimo że władze oficjalnie przyznały, że zbrodnia katyńska miała miejsce, ta grupa Rosjan, która przez „patriotyzm” rozumie negowanie faktów obciążających ich ojczyznę, do tej pory nie przyjęła tego do wiadomości. Powtarza propagandową wersję wydarzeń z czasów stalinowskich, zgodnie z którą to nazistowskie Niemcy odpowiadają za rozstrzelanie polskich oficerów podczas II wojny światowej.

Zaangażowani w zmianę historii Miednoje próbują doprowadzić do stanu, w którym to ZSRR, „wielki zwycięzca II wojny światowej”, będzie stroną poszkodowaną. Zdaniem „patriotów” dzielności i poświęcenia ZSRR nie są w stanie docenić inne narody – do tego stopnia, że oskarżają go o zbrodnie, „których nie było”. Taką linię popiera Rosyjskie Stowarzyszenie Wojenno-Historyczne, które występuje wręcz o zmianę ekspozycji w muzeum Miednoje. Według przedstawicieli stowarzyszenia wystawa o polsko-rosyjskich relacjach w czasie wojny i wspomnienie o zbrodni katyńskiej mogą „wprowadzić w błąd”.

Czerwonoarmiści? Możliwe

Od czterech lat w Twerze, mieście zdominowanym przez rosyjską partię władzy, toczą się co jakiś czas obrady na temat rzekomego zakłamania historii II wojny. Wśród wypowiadających się „ekspertów” znaleźli się tylko ci, którzy historię w Miednoje kwestionują, m.in. zmarły już Siergiej Strygin, znany z projektu „Prawda o Katyniu”, czy też aktywistka Olga Kisljakowa. Wszyscy uczestnicy tych dyskusji twierdzą, że Polaków w 1941 r. rozstrzelali Niemcy.

Tak silnie wyrażone przez lokalne władze i „ekspertów” wątpliwości, rozdmuchane przez regionalne media, zaczęły zastanawiać mieszkańców miasta. Znaleźli się i tacy, którzy zaczęli bić na alarm i ogłosili, że w Miednoje tak naprawdę pochowani są żołnierze Armii Czerwonej. Oczywiście jest to możliwe, bo na terenie wioski pochowani zostali jeńcy z Ostaszkowa, ale niewykluczone, że również radzieckie ofiary stalinowskich represji oraz żołnierze zmarli w miejscowym szpitalu. Dokładna lokalizacja tych mogił nie jest jednak znana. Nigdy ich nie poszukiwano.

Lokalna, propagandowa samowolka

– Ekshumacje, o których mówi się teraz, są dla mnie niezrozumiałe – mówi „Polityce” Nikita Pietrow z moskiewskiego Memoriału. – To nie jest polecenie ze strony państwa. Działalność tych entuzjastów, którzy zamierzają się za nie zabrać, to, mówiąc wprost i bez owijania w bawełnę, samowolka. Nikt nie zaangażował w sprawę prokuratury, nikt nie mówi o tym, że w procesach ekshumacji mają brać udział eksperci sądowi. To prawdopodobnie zwykła akcja o charakterze propagandowym. Jej celem jest pokazanie ludziom jakichś kości i udowodnienie, że to kości Armii Czerwonej. Wiem, co to za ludzie – to osoby, które chcą usprawiedliwić Stalina i zakończyć niewygodną dla nich dyskusję o polskich ofiarach w Miednoje.

Kreml, mający ciągle wpływ na znaczną część Rosjan, pozwala na usprawiedliwianie Stalina. Ale chodzi tutaj przede wszystkim o bieżącą politykę, a nie historię. Celem tych zabiegów jest odciągnięcie uwagi od problemów władzy w kraju – spowolnienia gospodarczego czy krytycznie odebranego przez społeczeństwo podwyższenia wieku emerytalnego.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com