Archives

20 lat temu zmarł Gustaw Herling-Grudziński

20 lat temu zmarł Gustaw Herling-Grudziński

jiw


Warszawa, 23.05.2000. Pisarz Gustaw Herling Grudziński podczas spotkania w warszawskim klubie Czytelnik. Fot. PAP/P. Wierzchowski

20 lat temu, 4 lipca 2000 r., zmarł Gustaw Herling-Grudziński – konspirator, więzień łagrów, żołnierz gen. Andersa, a zarazem jedna z najbardziej wyrazistych i rozpoznawalnych na świecie osobowości polskiej literatury emigracyjnej drugiej połowy XX w.

Przyszły pisarz urodził się 20 maja 1919 r. w Kielcach i kto wie, może właśnie z tego powodu od dziecka cenił twórczość Stefana Żeromskiego, a zwłaszcza jego „świętokrzyskie” powieści: „Echa leśne” i „Puszczę jodłową”. To nie bez znaczenia, bo praktycznie całe życie Herlinga-Grudzińskiego rozgrywało się wśród książek i dla książek – bardziej nawet tych, które nieustannie czytał, niż tych, które sam tworzył, bo nawet te przez niego napisane są w dużej mierze literacką zabawą, grą cytatami i aluzjami, żonglerką formami odnalezionymi na kartach innych twórców. Analizując jego pisarstwo, Jerzy Paszek zauważał:

„Gustaw Herling-Grudziński jest pożeraczem i przeżuwaczem książek […] Dzieła literackie Herlinga są bogato inkrustowane mottami, cytatami, parafrazami, pastiszami różnorodnych tekstów historycznych (autentycznych i zmyślonych) i beletrystycznych. Jeśli nawet ma kłopoty z tworzeniem fabuły, to stokrotnie potrafi to sobie powetować kreacją anegdot i faktów, które nie mają zbyt wielkiej styczności z rzeczywistością czy prawdą historyczną”.

O jego nieustannej potrzebie pisania najwięcej mówi jednak to, że tuż po wyjściu z sowieckiego łagru, kiedy jedynym źródłem jego utrzymania było żebranie, pierwszym, co kupił, były przybory do pisania. Jak wspominał: „Jeszcze jednym dowodem mojego szybkiego powrotu do zdrowia był fakt, że natychmiast po przyjeździe do Swierdłowska przyszła mi ochota do pisania i za ostatnie kopiejki kupiłem notes z ołówkiem”. To dzięki nim kilka lat później powstało dzieło jego życia, „Inny świat. Zapiski sowieckie”.

Z łamów do łagrów

Miejsce, w którym się urodził, musiało jednak odcisnąć na nim silne piętno nie tylko z powodu sentymentu do Żeromskiego. Od początku stanowiło pożywkę literacką dla twórczości. Już jako szesnastoletni uczeń kieleckiego Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Mikołaja Reja zadebiutował Herling-Grudziński reportażem „Świętokrzyżczyzna” opublikowanym na łamach „Kuźni Młodych”. A Włodzimierz Bolecki, bodaj najwybitniejszy znawca tejże twórczości, pisał wprost: 

„Z pamięci o Ciemnym Stawie i Olchowej Grobli w Suchedniowie uczynił Herling mikrokosmos prywatnej mitologii, z figury Kamiennego Pielgrzyma – makrokosmos historii ludzkości, symboliczny skrót losu człowieka. W obu odnalazł formułę własnej twórczości, sens i powołanie literatury”.

Znalazł je szybko. Kiedy dwa lata później, w 1937 r., rozpoczął studia na polonistyce Uniwersytetu Warszawskiego, niemal natychmiast podjął współpracę z takimi pismami jak „Arka”, „Ateneum”, „Nasz Wyraz”, „Orka na Ugorze” (był tu kierownikiem literackim), „Pion” i „Pióro”. Lista ta musi robić wrażenie. Wynika z niej bowiem, że młody Herling pisał niemal bez przerwy. Choć wynikało to z pewnością również z powodów finansowych, to chyba jednak nie tylko. 

Od pierwszych miesięcy studiów wykazywał dużą aktywność w uniwersyteckich, i nie tylko, środowiskach literackich. Należał np. do Koła Polonistów prowadzonego przez Ludwika Frydego, gdzie wykuwały się osobowości późniejszych krytyków literackich. i to wykuwały od razu w wysokiej temperaturze, bo na warsztat brano tam tak poważne i gorące wówczas tematy, jak Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz, Maria Dąbrowska czy Bruno Schulz. W ciągu dwóch lat, jakie dzieliły go od wybuchu wojny, zdążył opublikować około trzydziestu tekstów krytyczno-literackich. Sam mówił o nich lekceważąco, ale raczej przesadzał. Wnikliwie analizował Miłosza, ciekawie recenzował „Ferdydurke” Gombrowicza, pracował też nad studium o polskiej literaturze ludowej, przygotowane dla „Wiedzy i Życia”. A miał wówczas zaledwie dwadzieścia lat.

Tę dość błyskotliwie rozpoczynającą się karierę przerwał wybuch wojny. Z nie do końca jasnych powodów nie brał udziału w wojnie obronnej 1939 r., nie znaczy to jednak, że nie zamierzał walczyć. Przeciwnie, już w połowie października wraz z kolegami założył jedną z pierwszych konspiracyjnych organizacji niepodległościowych PLAN, czyli Polską Ludową Akcję Niepodległościową; współredagował pierwsze numery jej organu prasowego: „Biuletynu Polskiego”. Chyba jednak nie do końca miał temperament konspiratora. Już w grudniu tamtego roku podjął próbę ucieczki z okupowanego kraju na Zachód, gdzie – jak założył – miałoby mu się udać wstąpić do którejś z walczących z Niemcami armii. Wiedział, że ucieczka bezpośrednio w kierunku zachodnim nie będzie możliwa z oczywistych powodów; zdecydował, że droga okrężna, przez tereny zajęte przez Rosjan, będzie mniej szczelna – poza tym na wschodzie, a konkretnie we Lwowie, miał swoje kontakty, nawiasem mówiąc, zorganizowane przez Marię Dąbrowską. Niemal nikt też jeszcze wówczas nie przypuszczał, że rosyjska okupacja może być równie mordercza jak niemiecka.

Początkowo pomysł się sprawdzał. Granicę przekroczył bez problemów, równie łatwo dostał się do Białegostoku, a następnie do Lwowa, gdzie poznał osobiście Marię Dąbrowską. Jak zanotował:

„Mieszkała ze Stanisławem Stempowskim u swojej przyjaciółki Stanisławy Blumenfeldowej, kobiety uroczej i inteligentnej, energii przedwojennego Lwowa literackiego. Długa rozmowa z Dąbrowską i Stempowskim była dla mnie balsamem w ówczesnym Lwowie, na sowieckim poligonie +literackim+, który nowa władza stworzyła z zamiarem selekcji ludzi +dyspozycyjnych+, zalęknionych, gotowych lub przynajmniej skłonnych do serwilizmu, zobojętniałych na klęskę wrześniową, zerkających coraz otwarciej ku +Czerwonemu Sztandarowi+ zatkniętemu na +trupie sanacyjnej Polski+”.

Ze Lwowa przedostał się do Grodna. W tym mieście zabawił dłużej, usiłując zorganizować sobie przerzut na Litwę, a następnie dalej na północ, zapewne w kierunku Skandynawii. 

„Znalazłem wreszcie dzięki pożyczkom dwóch przemytników gotowych do przerzucenia mnie na Litwę. Jeden z nich nazywał się Mickiewicz. Pod takimi auspicjami zaczęła się moja +Droga do Rosji+. Nasza furka wyminęła rogatki Grodna o północy i ujechała zaledwie dziesięć kilometrów. Samochód policyjny dognał ją w pustym polu, gdzie podobne operacje nie zwracały niczyjej uwagi. Mój Mickiewicz był na usługach NKWD” – pisał w opowiadaniu „Godzina cieni”. W innym miejscu dopowiadał dalszy ciąg tej historii:

„Dopiero pod koniec października z celi, liczącej dwieście osób, wywołano pięćdziesięciu więźniów na odczytanie wyroków. Szedłem do kancelarii obojętnie, bez śladów podniecenia. Śledztwo w mojej sprawie zakończyło się już dawniej, w więzieniu grodzieńskim; nie zachowałem się na nim wzorowo, o nie! – i do dziś jeszcze podziwiam moich więziennych znajomych, którzy mieli odwagę prowadzić z sowieckimi sędziami śledczymi finezyjną szermierkę dialektyczną, pełną celnych ukłuć i błyskawicznych ripost. Odpowiadałem na pytania krótko i wprost, nie czekając, aż rozgorączkowana wyobraźnia heroiczna podsunie mi na schodach, w drodze powrotnej do celi, dumne wersety z katechizmu męczeństwa polskiego. Jedyne, czego pragnąłem, to spać, spać i jeszcze raz spać. Nie umiem fizycznie opanować dwóch rzeczy: przerwanego snu i pełnego pęcherza. Obie groziły mi jednocześnie, gdy przebudzony wśród nocy siadałem na twardym stołku naprzeciwko sędziego śledczego, zwróciwszy twarz prosto w kierunku żarówki o niesamowitej mocy”.

W całym tym nieszczęściu miał i tak sporo szczęścia. Jeśli wierzyć jego wspomnieniom, początkowo z powodu oficerskich butów, które miał na nogach, a także zbieżności brzmienia nazwiska z nazwiskiem pewnego niemieckiego generała, uznano go za „polskiego oficera na usługach niemieckiego wywiadu”. Był to jednak zarzut zbyt absurdalny nawet dla sowieckich śledczych i ostatecznie oskarżenie zredukowano do nielegalnego przekroczenia granicy. A konkretnie: „Zamiaru przekroczenia granicy sowiecko-litewskiej, aby prowadzić walkę ze Związkiem Sowieckim”. Kiedy zapytał, czy nie dałoby się zmienić w oskarżeniu Związku Sowieckiego na Niemcy, odpowiedziano mu: „To wychodzi na jedno”. Zasądzono mu pięć lat łagru.

Z Jercewa pod Monte Cassino

Początkowo siedział w Witebsku, następnie przez Leningrad trafił do Wołgogradu, do obozu w Jercewie w systemie obozów kargopolskich. To właśnie tam obserwował stopniową degradację ludzkiej natury, pod wpływem nieludzkich warunków prowadzącą go do konkluzji, że człowiek pozostaje ludzki tylko do tego momentu, gdy pozwala mu się po ludzku żyć. Inaczej mówiąc – nie istnieje żadne obiektywne zło, a ocena moralna zawsze zależy wyłącznie od miejsca obserwacji. Ponurą puentą tych rozmyślań jest epilog „Innego świata”, w którym – już po uwolnieniu – pewien współwięzień opowiada mu o tym, jak wydał na śmierć czterech towarzyszy, by samemu zachować życie. Prosi Herlinga tylko o to, by powiedział jedno słowo: „Rozumiem”.

„Może wymówiłbym bez trudu to jedno słowo nazajutrz po zwolnieniu z obozu. Może… Miałem już jednak za sobą trzy lata wolności, trzy lata wędrówek wojennych, udziału w bitwach, normalnych uczuć, miłości, przyjaźni, życzliwości… Dni naszego życia nie są podobne do dni naszej śmierci i prawa naszego życia nie są również prawami naszej śmierci. Wróciłem z takim trudem między ludzi i miałbym teraz od nich dobrowolnie uciekać? Nie, nie mogłem wymówić tego słowa” – wspominał, choć w ostatnim zdaniu wyraźnie brakowało innego słowa: „już”.

Po podpisaniu w Londynie układu Sikorski-Majski 30 lipca 1941 r. tak jak wszystkich Polaków w Rosji objęła go amnestia. Właściwie nie do końca wszystkich – jedynie Polaków narodowości polskiej, nie zaś polskiego obywatelstwa; w łagrach pozostali więc urodzeni w Polsce Żydzi, Ukraińcy, Litwini i inni. Herling należał jednak do pierwszej kategorii, więc teoretycznie powinien zostać zwolniony natychmiast. Kiedy więc zwolnienie nie nadchodziło, on i kilku innych Polaków w podobnej sytuacji zdecydowało się na rozpoczęcie głodówki. Mieli szczęście. W nowym układzie politycznym Rosjanie naprawdę zmienili nastawienie wobec Polaków – w przeciwnym razie z pewnością zostaliby bezceremonialnie rozstrzelani. Tymczasem po tygodniu głodu, 20 stycznia 1942 r., udało im się uzyskać zwolnienie. 

Byli schorowani, osłabieni i nie mieli grosza przy duszy. Musieli więc żebrać, liczyć na przypadkowy poczęstunek, sypiać w halach dworcowych i na peronach. A był to środek rosyjskiej zimy. Po trwającej półtora miesiąca podróży w takich warunkach udało się jednak Grudzińskiemu dotrzeć do miejscowości Ługowoje w południowym Kazachstanie, gdzie zaciągnął się do 10. Pułku Artylerii Armii Polskiej gen. Władysława Andersa. 

„2 kwietnia spałem już na piaszczystej plaży w Pahlevi, poza granicami kraju, w którym – jak czytam w moim dzienniczku – można zwątpić w człowieka i sens walki o to, aby mu było lepiej na ziemi” – zapisał.

Kolejne lata jego życia tym tylko różniły się od życia innych żołnierzy armii Andersa, że zaczął znów publikować w pismach wojskowych: „Kurierze Polskim w Bagdadzie”, jerozolimskim miesięczniku „W Drodze”, w „Dzienniku Żołnierza APW” oraz w „Ochotniczce”. Walczył w Iraku, Palestynie i Egipcie, by stamtąd przedostać się do Włoch. Mimo udziału w bitwach udało mu się uniknąć poważniejszych ran – znacznie gorszy okazał się dla niego tyfus, którym zaraził się na początku 1944 r. i po którego wyleczeniu rekonwalescencja zajęła mu kilka miesięcy.

To prawdopodobnie wtedy właśnie zakochał się we Włoszech, które na długie lata stały się jego drugą ojczyzną. Tymczasem jednak czekała go jeszcze jedna wielka bitwa, pod Monte Cassino, w której brał udział jako telegrafista 3. Dywizji Strzelców Karpackich. Walczył z pewnością dzielnie, skoro otrzymał Order Virtuti Militari – ale chyba bez większego przekonania. Herling-Grudziński bił się jako prosty żołnierz, ale w rzeczywistości był bystrym obserwatorem sytuacji międzynarodowej. W Polsce nikt zapewne nie wiedział o ustaleniach konferencji w Teheranie, z których wynikało, że po pokonaniu Niemiec Polska i tak pozostanie w strefie ścisłych wpływów sowieckiej Rosji – żołnierze armii Andersa zdawali sobie jednak z tego sprawę. Jak wspominał Herling-Grudziński:

„Kiedy dowiedzieliśmy się o naszych klęskach politycznych, to znaczy po Teheranie i po Jałcie, wtedy zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że już nie wrócimy do kraju. Jeszcze przed bitwą pod Monte Cassino pojawił się ten problem. A mianowicie, czy mamy bić się nadal, czy w ogóle już się nie bić? Myśmy bardzo pilnowali, żeby nie stać się płatnymi kondotierami”.

Jak wiadomo, zdecydowali się walczyć dalej, ale robili to już ze świadomością, że nawet w przypadku zwycięstwa pozostaną emigrantami. Dla Herlinga było już jasne, że w takim przypadku pozostanie we Włoszech. Nigdy nie żałował tego wyboru.

„Ważne było to, że ja po prostu zakochałem się we Włoszech. To był mój wybrany kraj. Gdy w nim zostałem po wojnie z moją pierwszą żoną Krystyną, i gdy z Giedroyciem założyliśmy tu +Kulturę+, byłem po prostu szczęśliwy, że mieszkam we Włoszech” – wspominał po latach.

Kultura na emigracji

Herling-Grudziński pisał o Jerzym Giedroyciu i rzeczywiście wraz z nim już w 1946 r. w Rzymie założył Instytut Literacki i współredagował pierwsze numery słynnej później „Kultury” (początkowo, od 1947 r., ukazywała się jako kwartalnik). Jednocześnie zarabiał, współpracując z londyńskimi „Wiadomościami”, a zwłaszcza organem prasowym 2. Korpusu „Orłem Białym”. Jak pisał:

„Irak, Palestyna, Włochy – to był okres świetności +Orła+. Pamiętam, z jaką niecierpliwością oczekiwano każdego nowego numeru w oddziałach, jak podawano go sobie w namiotach z rąk do rąk, dyskutując ważniejsze artykuły. Tygodnik był żywy, wojowniczy, niezależny”. 

W 1947 r. zdecydował się opuścić Rzym – wiadomo, że doszło wówczas do jakiegoś konfliktu między nim a Giedroyciem, który spowodował, że na kilka lat zerwali współpracę, a nawet kontakty osobiste. Jak opowiadał Herling:

„To był czas, gdy powstawał w Rzymie Instytut Literacki i gdy wyszedł pierwszy rzymski numer +Kultury+, w której pracach założycielskich brałem udział. Wkrótce potem, pomiędzy mną a Jerzym Giedroyciem zarysował się – nazwijmy to tak – konflikt. W dużym stopniu stało się to z mojej winy i w dużym stopniu zadecydowały tu sprawy osobiste. W rezultacie wyjechałem do Londynu i moja współpraca z Jerzym ustała na kilka lat. W 1955 r., po trzech latach pobytu w Monachium i pracy w Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, przeniosłem się do Neapolu. I wówczas moim pierwszym utworem napisanym w Neapolu było opowiadanie +Książę niezłomny+. Posłałem je do Jerzego Giedroycia i w ten sposób nawiązaliśmy na nowo współpracę”.

Grudziński sam streścił tu kolejne lata swojego życia. W 1947 r. wyjechał do Londynu, co jednak finalnie okazało się pomysłem chybionym. Po pierwsze, emigracja polska jak zwykle była nieznośnie skłócona, a niezależnie myślący Herling zupełnie nie mógł wpasować się w jej atmosferę. Po drugie zaś – w Londynie po prostu brakowało pieniędzy, nawet jeśli wciąż publikował w „Wiadomościach”.

„Polski Londyn był strasznie biedny. Podkreślam to zawsze, gdy porównuję nas z emigracją po roku 1968. Myśmy żyli w wielkiej, niekiedy strasznej nędzy”.

Mimo to spędził w Londynie pięć kolejnych lat. Jeszcze w 1947 r. opublikował w „Wiadomościach” tekst „Zabójca Stalina” – będący fragmentem „Innego świata” (noszącego pierwotnie tytuł „Martwi za życia”), cała zaś książka, pod angielskim tytułem „A World Apart: a Memoir of the Gulag”, ukazała się tam w roku 1951 w tłumaczeniu Andrzeja Ciołkosza. Z miejsca wzbudziła sensację.
 
„Według mnie książka ta powinna zostać wydana i czytana we wszystkich krajach, i to zarówno ze względu na to, co stanowi jej temat, jak i na jej wymowę” – pisał w liście do autora Albert Camus, który osobiście podejmował się znaleźć dla niej francuskiego wydawcę. Jeszcze więcej napisał o niej Bertrand Russell (autor przedmowy do pierwszego wydania):

„Zarówno komuniści, jak i hitlerowcy wykazali tragicznie, że w dużym odłamie ludzkości istnieje impuls do zadawania tortur, który wymaga tylko sposobności, aby się odsłonić w całej, nagiej potworności. Ale nie sądzę, by można było to zło uleczyć ślepą nienawiścią do jego sprawców. Doprowadziłoby to nas tylko do tego, że stalibyśmy się tacy sami jak oni. I choć wysiłek nie jest łatwy, trzeba spróbować – czytając taką książkę jak ta – zrozumieć warunki, które obracają ludzi w potwory”.

Powieść wkrótce doczekała się wielu wydań w tłumaczeniach na różne języki, szybko wchodząc do kanonu literatury obozowej. Bo początkowo to właśnie doceniono w niej najbardziej – dokument okrucieństwa systemu sowieckiego, w tamtych latach jeszcze w zasadzie nieznany i ginący w tle hitlerowskich obozów zagłady. Dopiero po pewnym czasie doceniono jego psychologiczną wielowarstwowość i fakt, że jest w zasadzie reportażem z dehumanizacji jednostki w zetknięciu z nieludzkim systemem. Z zupełnie innej perspektywy, ale relacja Herlinga-Grudzińskiego dobrze korespondowała z teorią o „banalności zła” Hannah Arendt. A dopiero później, znacznie później, doceniono wartość czysto literacką dzieła: lekkość opowiadania historii i mistrzowskie żonglowanie odniesieniami do takich klasyków jak Dostojewski, Dante, Remarque i, rzecz jasna, Żeromski.

I zwłaszcza to ostatnie stanie się bardzo charakterystyczną cechą pisarstwa Herlinga-Grudzińskiego. Był – jak wspominał Jerzy Paszek – „przeżuwaczem książek”. Nigdy nie stał się pisarzem, który ufał w siłę własnej wyobraźni. Był raczej nieprawdopodobnym erudytą, który swoje historie kompilował z zapożyczeń i mrugnięć okiem do innych dzieł literackich, faktów historycznych, realnych biografii. Był trochę reporterem w bibliotece – tak jak reporter nie opisuje w stu procentach wszystkiego, co zobaczy i usłyszy, lecz daje czytelnikowi materiał już przetworzony; czasem podkoloryzowany, czasem udramatyzowany, kiedy indziej kilka historii sklei w jedną, by celniej oddać uniwersalny sens opowieści. Tak samo Herling-Grudziński – miał coś do powiedzenia, a językiem tej opowieści była literatura całego świata, której znawcą był wybitnym. I pewnie właśnie dlatego, choć jego książki i opowiadania powstawały w taki, a nie inny sposób, pozostają dziełami oryginalnymi.

Totalitarna dominanta

W 1951 r. pisał jeszcze niewiele dłuższych form. Nie miał pieniędzy, czas wypełniało mu więc pisanie zarobkowe: eseje, recenzje… Wszystko to, co mogło mu przynieść szybki dopływ gotówki. Sytuacja ta nie zmieniła się bynajmniej po wydaniu „Innego świata”. Prawdopodobnie właśnie z powodów finansowych zdecydował się wyjechać z Londynu i na trzy kolejne lata osiąść w Monachium, gdzie dostał pracę w sekcji polskiej Radia Wolna Europa. Nie wiadomo, czy planował wrócić do Londynu, ale z pewnością tego nie zrobił – kilka tygodni po jego wyjeździe do Monachium jego żona Krystyna popełniła samobójstwo. Nic tam na niego już nie czekało.

Okres monachijski nie przyniósł ważnych literackich objawień. Te zaczęły się pojawiać dopiero, gdy pisarz ponownie i ostatecznie przeprowadził się do Włoch, do Neapolu. Tam wkrótce ożenił się z Lidią – córką włoskiego filozofa Benedetta Crocego – a jego sytuacja finansowa stała się zapewne na tyle stabilna, by mógł pozwolić sobie na tworzenie. Efektem tego było oparte na motywie Złożenia do Grobu opowiadanie „Wieża”, które w połączeniu z „Pietà dell’Isola” tworzy dyptyk wydany pod tłumaczącym taką właśnie formę tytułem „Skrzydła ołtarza” (to drugie opiera się na motywie Zmartwychwstania). Kolejnym ważnym dziełem literackim opublikowanym przez Herlinga-Grudzińskiego było opowiadanie „Książę niezłomny” podejmujące temat emigracji, zarówno tej dosłownej, jak i wewnętrznej. Wszystkie te teksty były wielokrotnie nagradzane i sprawiły, że nazwisko Herlinga-Grudzińskiego stawało się coraz głośniejsze. Po wydaniu „Wieży” Jerzy Stempowski pisał:

„Wyjście z zaczarowanego koła konwencji literackiej stało się w obecnych warunkach niezbędnym krokiem wstępnym do stworzenia jakiejś metody opisu i porządkowania naszych doświadczeń [pokolenia, które przeżyło wojnę – przyp. red.] Nie jest też zapewne rzeczą przypadku, że poszukiwaniem takiej metody zajął się Gustaw Herling-Grudziński, który, zanim zaczął pisać, był na zesłaniu w Rosji i wojował w różnych krajach, usiłując wciąż notować i porządkować swe wrażenia”.

„Wieża” oceniana była wyżej, ale „Książę niezłomny” miał jeszcze ten atut, że dzięki niemu pisarz nawiązał ponownie współpracę z Jerzym Giedroyciem. W prowadzonej przez niego „Kulturze” publikował regularnie, od 1966 r. zaś raz na dwa miesiące, przez miesiąc, przebywał w Paryżu, współpracując przy redagowaniu pisma. I to właśnie na łamach „Kultury” w czerwcu 1971 r. rozpoczął publikowanie swojego „Dziennika pisanego nocą”, którego kolejne tomy (pięć) stały się drugim, po „Innym świecie” – choć niektórzy przyznają jemu właśnie palmę pierwszeństwa – życiowym osiągnięciem Herlinga. Jak pisał Jerzy Paszek:

„To wielogatunkowe dzieło (diariusz, esej, fikcja) niewątpliwie wzbogaca obraz autora +Innego świata+ i +Skrzydeł ołtarza+. Mówi czytelnikowi o Europie ostatniego ćwierćwiecza widzianej oczami kogoś, kto na własnej skórze zaznał Wielkiej Przemiany, jaką Europie szykowała komunistyczna Utopia. Nic dziwnego, że w esejach i w +Dzienniku+ temat rosyjski i sowiecki jest najwyraźniejszą dominantą, najdobitniejszym głosem”.

Zgadza się z tą opinią również Barbara Zielińska, która jednak rozszerza kanon obsesji pisarza:

„Jest to przede wszystkim totalitaryzm, i to w wersji nie tyle +brunatnej+, co +czerwonej+, komentarze do socjalizmu realnego, do koncepcji +historycznej konieczności<+ [przewidywanego zwycięstwa komunizmu na świecie i daremnej walki z tą ideologią], dalej – włoski terroryzm współczesny, rosyjski terroryzm XIX wieku, nihilizm, wreszcie kwestia determinizmu i odpowiedzialności”.

Choć dla Polski robił wiele, zarówno samym rozwijaniem polskiej kultury emigracyjnej, jak i czysto praktycznie – pośrednicząc w kontaktach między zachodnimi dziennikarzami a polską opozycją polityczną – w Polsce do końca lat siedemdziesiątych pozostawał niemal nieznany. Dopiero w 1978 r. w ofercie wydawnictw drugiego obiegu, m.in. Niezależnej Oficynie Wydawniczej czy Krakowskiej Oficynie Studentów, zaczęły pojawiać się tomy jego opowiadań i esejów. Uruchomiło to lawinę herlingowską. Od 1983 r. jego opowiadania drukuje pismo „W Drodze”, a w roku 1985 krakowski kwartalnik „Arka” przyznał mu honorową nagrodę z okazji pięćdziesięciolecia pracy pisarskiej. Od 1988 r. wszystkie jego dzieła zaczynają stopniowo się ukazywać w obiegu już oficjalnym. Bardzo znamienne, że „Inny świat” ukazał się w roku 1989.

Od tego momentu Gustaw Herling-Grudziński był już stale obecny w krajobrazie polskiej literatury, i to z miejsca na dwóch poziomach. Na jednym z nich był uznanym klasykiem, którego „Inny świat” był szkolną lekturą, a „Dziennik pisany nocą” i opowiadania stawały się podstawą uniwersyteckich analiz, na drugim zaś wciąż płodnym autorem: „Portret wenecki”, „Gorący oddech pustyni” czy „Podzwonne dla dzwonnika” były nad Wisłą całkiem popularnymi lekturami. 

Ta ostatnia książka ukazała się w roku śmierci pisarza. Zmarł 4 lipca 2000 r. w swoim ukochanym Neapolu.


Na podstawie:
J. Paszek, „Gustaw Herling-Grudziński”, Katowice 1992
W. Bolecki, „Ciemna miłość. Szkice do portretu Gustawa Herlinga-Grudzińskiego”, Kraków 2005
G. Herling-Grudziński, W. Bolecki, „Rozmowy w Dragonei”, Warszawa 1997
K. Janowska, P. Mucharski, „Rozmowy na koniec wieku”, t. 2, Kraków 1998


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


SZPITAL PRZEMIENIENIA – film Edwarda Żebrowskiego

SZPITAL PRZEMIENIENIA | Cały film HD Edwarda Żebrowskiego | Film wojenny/Psychologiczny [1978 PL]

WFDIF – Studio Filmowe TOR


Cały film SZPITAL PRZEMIENIENIA Edwarda Żebrowskiego 🎥 Polski film HD dostępny za darmo na YouTube 🎥 Film wojenny / Psychologiczny 🎥 Akcja filmu toczy się w szpitalu psychiatrycznym, podczas okupacji hitlerowskiej i podejmuje problematykę odpowiedzialności w warunkach totalnego zagrożenia.

Film po rekonstrukcji cyfrowej.

📅 Rok produkcji: 1978
⌛️ Czas trwania: 90 minut

🎬 Reżyseria:
Edward Żebrowski

📃 Scenariusz:
Michał Komar
Edward Żebrowski

🎥 Zdjęcia:
Witold Sobociński

🎼 Muzyka:
Stanisław Radwan

⭐️ Obsada aktorska filmu SZPITAL PRZEMIENIENIA (1978):

Piotr Dejmek − doktor Stefan
Jerzy Bińczycki − inżynier Andrzej Nowacki, pacjent szpitala
Henryk Bista − doktor Kauters
Ewa Dałkowska − doktor Nosilewska
Gustaw Holoubek − pisarz Zygmunt Sekułowski
Zygmunt Hübner − doktor Pajączkowski, dyrektor szpitala
Ryszard Kotys − pielęgniarz Józef
Wojciech Pszoniak − doktor Marglewski
Zbigniew Zapasiewicz − doktor Rygier
Władysław Kowalski − pacjent szpitala
Elżbieta Karkoszka − pacjentka szpitala
Marcin Troński − doktor Kozłowski


✏️ Studio Filmowe TOR – pełny opis filmu: https://www.tor.com.pl/film,50625


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Zatruty koktajl skarg i zażaleń

Zatruty koktajl skarg i zażaleń


Amir Taheri
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Od samego początku niewolnictwo było stałą częścią ludzkiego istnienia, a w niektórych krajach jest nadal. Ani też czarni Afrykanie nie byli jedynymi ludźmi, których zamieniano w niewolników… Niewolnictwo było powszechną chorobą, która dotykała każdą społeczność na ziemi; jest to wstydliwa karta całej ludzkiej rodziny. Na rycinie: “Chrześcijańscy więźniowie sprzedawani jako niewolnicy na targu w Algierii”, rycina z 1684 roku autorstwa Jana Luykena. (Zdjęcie: Amsterdam Historic Museum/Wikimedia Commons)

Kiedy oburzenie wywołane śmiercią George’a Floyda w sfuszerowanej operacji aresztowania podejrzanego zaczyna się uspokajać, może pora rozważyć, co osiągnął gniew rozpętany tą sprawą w dziesiątkach miast na całym świecie.

Obawiam się niestety, że nie tylko wiele z tego gniewu poszło na marne, ale że ta forma gniewu mogła przyczynić się do pogłębienia społecznych resentymentów.

Są po temu co najmniej dwie przyczyny.

Po pierwsze, śmierć Floyda została zawłaszczona przez handlarzy skargami i zażaleniami, szukającymi nieustanie pretekstu, by zaatakować zachodnie demokracje, szczególnie Stany Zjednoczone. Zamienili Floyda w “męczennika” amerykańskiego “imperializmu” i udawali, że Stany Zjednoczone wraz z innymi zachodnimi demokracjami są jakimś bastionem „rasizmu”.

Używając retorycznych sztuczek nazwali śmierć Floyda “morderstwem”, ignorując to, że to słowo ma bardzo precyzyjne znaczenie i nie może być zastosowane do nieszczęsnej sytuacji z Minneapolis.

Floyd umarł, ponieważ policyjna technika, używana w ponad 20 krajach, fatalnie zawiodła. Jednak policjant, który doprowadził do śmierci Floyda, nie chciał i nie planował zamordowania go. To dlatego język prawniczy ma inne określenia, takie jak nieumyślne spowodowanie śmierci i zabójstwo z premedytacją.

Następną sztuczką było udawanie, że Floyd został zabity, ponieważ był czarny. Ignorowali fakt, że ta sama technika duszenia przy areszcie pochłonęła w 2019 roku życie kilku innych ludzi, białych i czarnych, w Stanach Zjednoczonych i we Francji. W ten sposób zapomniano o rzeczywistym problemie – o potrzebie zrewidowania lub porzucenia techniki obezwładniania, która może prowadzić do śmierci.

Ekstrapolując, ci samozwańczy obrońcy ludzkości widzieli w incydencie z Minneapolis przykład państwowego rasizmu. Rasizm jednak jest jedną rzeczą, a uprzedzenia rasowe, nawet nienawiść, inną.

Rasizm oznacza światopogląd rozwinięty pod koniec XVIII i na początku XIX wieku, w którym ludzkość dzielono na pięć ras odróżniających się prawdziwym lub wyimaginowanym kolorem skóry. Podobnie jak inne monistyczne światopoglądy, które redukują ludzi do jednego elementu ich złożonego istnienia, rasizm, choć zwodniczy w swojej prostocie, służył jako bariera dla naukowej etnografii aż do XX wieku, hamując poważne badania antropologiczne ludzkości w całej jej bogatej różnorodności.

Inne monochromatyczne doktryny, jak na przykład, marksizm z jego podziałem ludzkości na klasy – dobry proletariat i złą burżuazję – miały podobny efekt.

Rasistowski światopogląd był elementem w strukturach państwowych wszystkich przed nowoczesnych narodów westfalskich. Pod tym względem Stany Zjednoczone nie są wyjątkiem. Jednak jest coś wyjątkowego w tym, że jest to państwo, które jako pierwsze podjęło walkę z rasizmem.

Wojna secesyjna, kolejne ruchy praw obywatelskich, walka przeciwko segregacji i metody takie, jak pozytywna dyskryminacja, opowiadają historię kraju, który stara się odejść od rasizmu. Nie znaczy to, że nie ma rasizmu w USA; jest, ale byłoby niesprawiedliwe przedstawiać go jako składnik strukturalny. Przez twierdzenie, że USA są państwem rasistowskim, można tylko zachęcać zwolenników białej supremacji, którzy pragną, by rzeczywiście tak było.

Ekstrapolując jeszcze dalej, handlarze wściekłością związali swoje twierdzenie o rasizmie z transatlantyckim handlem niewolnikami, chcąc przedstawić wszystkie zachodnie demokracje jako wcielonego diabła.

Od samego początku niewolnictwo było stałą częścią ludzkiego istnienia, a w niektórych krajach nadal jest. Ani też czarni Afrykanie nie byli jedynymi ludźmi, których zamieniano w niewolników.

Według Ksenofonta około 30 procent populacji Aten, kolebki cywilizacji helleńskiej, było niewolnikami, a niemal wszyscy byli białymi mężczyznami i kobietami z Bałkanów i Azji Mniejszej.

Jeszcze wcześniej pierwsze państwa w historii ludzkości – Sumeria, Akadia i Babilon – trzymały niewolników, z których żaden nie pochodził z Afryki.

Imperium Rzymskie było wielkim mocarstwem, które trzymało niewolników. Krassus, osławiony generał, był czołowym handlarzem niewolników, którym był również Juliusz Cezar, handlujący niewolnikami z zachodniej i północnej Europy, z terenów dzisiejszej Francji i Wielkiej Brytanii.

Słynny bunt niewolników pod przywództwem Spartakusa dotyczył niemal wyłącznie niewolników z europejskiego kontynentu. Krassus ukrzyżował 10 tysięcy spośród nich na via Appia.

W Rosji niewolnictwo przybrało postać pańszczyzny i także dotyczyło niemal wyłącznie białych i azjatyckich ofiar.

Niewolnictwo było stałym elementem gospodarki także na kontynencie amerykańskim na długo zanim Krzysztof Kolumb wylądował tam przez pomyłkę. Tutaj także żaden z niewolników nie pochodził z Afryki, o której istnieniu nie wiedzieli ani Inkowie, ani Aztecy.

W Azji Chan Balugh (siedziba władz w średniowiecznych Chinach), była głównym ośrodkiem handlu niewolnikami, jak nim było również Chiwa, miasto w obecnym Uzbekistanie. Także w tym nikczemnym handlu w Azji, który pochłaniał niezliczone ofiary przez ponad 1000 lat, nie było Afrykanów.

W Imperiach Perskim i Osmańskim niewolnicy pochodzili z Kaukazu, Skandynawii i terenów obecnej Rosji. Nie było tam czarnych Afrykanów.

Chwytanie czarnych na niewolników mogło zacząć się od Ramzesa II, egipskiego faraona, który potrzebował nubijskich robotników do zbudowania Ouaji-Seboua.

Potem był okres eksportowania niewolników przez Kartagińczyków do Rzymu po zdemontowaniu imperium Hannibala. Kiedy Rzymianie zaanektowali północną Afrykę, używali wojowniczych czarnych plemion Garmant i Afri do zdobywania niewolników dla imperium. W ciągu dziesięciu lat rajdy po niewolników rozszerzyły się poza Tibesti i dotarły w pobliże jeziora Czad.

Tak rozpoczęła się historia udziału czarnych Afrykanów w chwytaniu innych czarnych Afrykanów i sprzedawaniu ich jako niewolników.

Bez pomocy afrykańskich wodzów plemiennych żadna zewnętrzna siła nie mogłaby robić wypadów w głąb Afryki, by czerpać z niekończących się źródeł niewolników.

W 652 roku generał Abdallah bin Sa’id podpisał traktat handlowy, znany jako “bacht”, z rządcą Darfuru o dostarczeniu 20 tysięcy niewolników w zamian za złoto. „Bacht” pozostawał w mocy przez 13 stuleci.

Czarni afrykańscy władcy i wodzowie plemienni byli także głęboko zaangażowani w transatlantycki handel niewolnikami. Sardona z Sokoto, w Afryce Zachodniej, zdobył majątek sprzedając niewolników portugalskim, brytyjskim i francuskim handlarzom niewolników. W książce Timbuktu School for Nomads, brytyjski autor Nicholas Jubber przedstawia handlarza niewolników z Sahelu, który w swoim czasie został najbogatszym człowiekiem na świecie.

Jest nieuczciwe żądanie usunięcia pomnika Colberta w Paryżu, bo wprowadził on pierwszy kodeks niewolników zaprojektowany do narzucenia prawnej kontroli na ten straszliwy handel i zapewnienia jakichś praw dla ofiar, ale zapominanie o afrykańskich władcach, którzy porywali i sprzedawali własną ludność.

Niewolnictwo było powszechną chorobą, która dotykała każdą społeczność na ziemi; jest to wstydliwa karta całej ludzkiej rodziny.

W rzeczywistości, chociaż trwał przez cztery wieki, transatlantycki handel czarnymi niewolnikami odpowiada za mniejszą liczbę ofiar niż ofiary europejskie i azjatyckie, nie mówiąc już o Afrykanach „eksportowanych” z Półwyspu Somalijskiego i Zanzibaru do krajów muzułmańskich.

Jeśli chodzi o niewolnictwo, wszyscy braliśmy w tym udział zarówno jako sprawcy, jak i ofiary. Odkupienie tej haniebnej plamy na naszej ludzkiej egzystencji jest zadaniem dla nas wszystkich, niezależnie od koloru skóry i wyznania. Tylko w ten sposób obecny koktajl skarg i zażaleń może dać jakieś pozytywne rezultaty.


Amir Taheri – Pochodzący z Iranu dziennikarz amerykański, znany publicysta, którego artykuły publikowane są często w ”International Herald Tribune”, ”New York Times”, ”Washington Post”, komentuje w CNN, wielokrotnie przeprowadzał wywiady z głowami państw (Nixon, Frod, Clinton, Gorbaczow, Sadat, Kohl i inni) jest również prezesem Gatestone Institute).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Actress Emmy Rossum Calls Out Antisemitism in Hollywood, Amid Latest Mel Gibson Controversy

Actress Emmy Rossum Calls Out Antisemitism in Hollywood, Amid Latest Mel Gibson Controversy

Shiryn Ghermezian


Actress Emmy Rossum. Photo: Wikimedia Commons.

Jewish actress and “Shameless” star Emmy Rossum posted a Twitter thread earlier this week about antisemitism in the film industry, prompted by the latest controversy involving Mel Gibson.

The Golden Globe nominee, 33, shared an article about Jewish actress Winona Ryder’s claim in a recent interview that at a party in the 1990s Gibson called her an “oven dodger,” a clear reference to the crematoria at Nazi concentration camps during World War II, and told her friend who was gay, “Oh wait, am I gonna get AIDS?”

Gibson denied the allegations.

Rossum — whose mother is of Russian-Jewish descent — commented, “This stirred up a lot for me in a time when I’m already pretty stirred. It’s disgusting. It’s sad. And yet not a surprising or unique experiece [sic] of the white supremacy and bigotry that pervades our country and industry at all.”

The “Phantom of the Opera” star then shared her own experiences with antisemitism in Hollywood.

“On multiple occasions I’ve had people — both in the industry and not — be surprised to learn that I’m Jewish. They usually react with “Oh! Wow. You don’t really LOOK Jewish,’” she wrote. “And when I offer no response and let the statement linger they continue with some kind of defensive qualifier like ‘I mean that in a GOOD way! As if ‘looking Jewish’ — whatever that means to them — is something I should want to avoid. This makes me sick.”

She added, “I can’t even tell you the amount of times I received audition feedback solely based on my appearance: ‘too ethnic’ ‘just want someone more ‘American’ looking’ ‘we ideally want a blonde with blue eyes, someone that just looks nicer’….. etc. And this is my experience as a WHITE woman. I can only imagine the impossible hurdles of getting a job as a person of color in this industry. Have I even felt 1/1000th of the intolerance, bigotry and pain that POC are routinely subjected to? I don’t know.”

Rossum concluded by saying she acknowledged it might not be “helpful to compare,” but “it’s only helpful to find deep deep empathy and love and call out intolerance where we see it — both in ourselves, others, systems, the world. It’s painful and scary. It’s a lifelong commitment and journey. I am and will continue to be an ally.”


Profile photo, opens profile page on Twitter in a new tab
Emmy Rossum  @emmyrossum
This stirred up a lot for me in a time when I’m already pretty stirred. It’s disgusting. It’s sad. And yet not a surprising or unique experiece of the white supremacy and bigotry that pervades our country and industry at all.
Winona Ryder Accuses Mel Gibson of Making Anti-Semitic and Homophobic Remarks During a recent interview, Winona Ryder revealed disturbing anti-semitic comments directed at her from Mel Gibson.
variety.com

Since the resurfacing of Ryder’s claim, which she had publicly talked about before, Gibson has been dropped from an animated movie role.

Jewish comedic actor Seth Rogen referred to Ryder’s allegations against Gibson, tweeting, “I’m only surprised by Mel Gibson’s ‘oven dodger’ comment because it acknowledges the Holocaust actually happened.”

Last year, Rogen called Gibson a “Ho-ho-holocaust denier” when it was rumored that Gibson would play Santa Claus in a movie.


Seth Rogen @Sethrogen

I’m only surprised by Mel Gibson’s “oven dodger” comment because it acknowledges the Holocaust actually happened. 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Żydzi: Azjaci, Słowianie, a teraz straszni biali suprematyści

Żydzi: Azjaci, Słowianie, a teraz straszni biali suprematyści


Daled Amos
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Przywilej białych Żydów

Jeśli chodzi o szerzenie nienawiści do Żydów, Tamika Mallory — uczennica Ala Sharptona – dobrze nauczyła się lekcji. W 2018 roku cytowano jej słowa w artykule „New York Times” o tym, jak wiele dowiedziała się o białych Żydach:

Od czasu tej rozmowy wszyscy wiele nauczyliśmy się o tym, jak biali Żydzi, jako biali ludzie, podtrzymują białą supremację, a atakowani przez nią są WSZYSCY Żydzi.

Określanie Żydów jako “białych” i oskarżanie ich o posiadanie “białego przywileju” okazało się zwycięską strategią żydożerców, kiedy protesty w reakcji na zabicie przez policjanta George’a Floyda przerodziły się w rozruchy, z świadomymi atakami na żydowskie przedsiębiorstwa i synagogi.

A jednak, Żydzi w USA nie zawsze byli uważani za “białych”.

W artykule Diabetes and Race: A Historical Perspective, Arleen Marcia Tuchman pisze o tym, jak trudno było rządowi USA zaszufladkować żydowskich imigrantów na przełomie poprzedniego stulecia. W 1910 roku ustanowiono Dillingham Commission, komisję Kongresu USA dla ustalenia “białości” grup imigranckich i mieli oni z Żydami ręce pełne roboty:

W XIX wieku Biuro Imigracji Stanów Zjednoczonych klasyfikowało Żydów jako “Słowian”, podgrupę elitarnej grupy ludzi aryjskiego pochodzenia. Komisja Dillinghama nie zgodziła się jednak z tym, twierdząc, że językowe i fizyczne kryteria, włącznie z “nosem Żyda” plasowały ich wśród Semitów, niżej na drabinie białych.

…skrajni natywiści, którzy byli zdecydowani zakończyć napływ wschodnioeuropejskich Żydów do Stanów Zjednoczonych [powołując się] na fizyczną budowę Żydów, cechy moralne i pochodzenie jako nomadów, twierdzili, że Żydzi w ogóle nie mogą być zaklasyfikowani jako biali, ale jako „rasowi Azjaci”. …Jeden z autorów nie umiał ukryć pogardy dla “prymitywnego, plemiennego, orientalnego” charakteru Żydów. Jeszcze inny pisał pogardliwie o „mongoloidalnych cechach” Żydów, które przypisywał krwi mongolskich Chazarów rzekomo płynącej w żydowskich żyłach.

Obecnie Żydów zmieniono wreszcie na pełnych członków białej rasy w USA – tylko po to, żeby odkryli, że teraz bycie “białym” jest czymś bardzo złym.

Jak mają Żydzi reagować na zarzut, że są biali?  

Jedni uciekają się do wskazywania, że nie wszyscy Żydzi są biali – który to fakt jest częścią skomplikowanej historii Żydów.

[Nie wystarczy powiedzieć, że “Nie wszyscy Żydzi są biali”. Masz odpowiedzialność nauczyć się własnej historii. Aby pomóc w tym, postanowiłem używać mojej platformy do opowiedzenia wam o historii mojej społeczności, etiopskich Żydów. Pomóżcie szerzyć słowo. Na zdjęciu: Mój dziadek w Izraelu, 1927 rok.]

[Nie wystarczy powiedzieć, że “Nie wszyscy Żydzi są biali”. Masz odpowiedzialność nauczyć się własnej historii. Aby pomóc w tym, postanowiłem używać mojej platformy do opowiedzenia wam o historii mojej społeczności, etiopskich Żydów. Pomóżcie szerzyć słowo. Na zdjęciu: Mój dziadek w Izraelu, 1927 rok.]

Etiopscy Żydzi nie są, oczywiście, jedynym przykładem kolorowych Żydów.Tutaj jest inny przykład:

Gal Gadot. (Youtube - zrzut z ekranu)

Gal Gadot. (Youtube – zrzut z ekranu)

Kiedy “Wonder Woman” weszła na ekrany w 2017 roku, witryna internetowa Comicbook / DC potwierdziła:

Tak, po szybkim przeszukaniu z google okazuje się, że Gal Gadot nie jest biała, ale w rzeczywistości jest Izraelką.

Jako dowód, że Gal Gadot nie jest “biała”, autor artykułu wskazuje post Daniego Ishai Behana w “Times of Israel Blog”, który zajmuje się pytaniem – Czy Żydzi są ludźmi kolorowymi?

Drażliwą kwestią jest kultura antysemityzmu na “antyrasistowskiej” lewicy:

jeśli jesteśmy “tylko białymi ludźmi w śmiesznych kapeluszach”, to siłą rzeczy nie jesteśmy “naprawdę” uciskaną grupą, co umożliwia antyrasistom zachować swoją pozycję bez tego, by musieli wysłuchiwać Żydów lub poważnie traktować ich niepokoje.

Opatrywanie aszkenazyjskich Żydów etykietką “biali” także bardzo ułatwia przedstawianie Izraela jako “białego projektu kolonialnego” opartego na jakimś religijnym kaprysie i krzywdzącego Arabów.

Behan odpowiada przez twierdzenie wprost, że Żydzi – włącznie z aszkenazyjskimi Żydami – są ludźmi kolorowymi:

Po pierwsze, jesteśmy rdzennym narodem na Bliskim Wschodzie. Nasza tożsamość, nasze DNA, nasza kultura, nasz język i nasza historia zaświadczają o tym, kim jesteśmy jako naród – stulecia na wygnaniu tego nie zmieniają.

Oczywistym obaleniem tego faktu pozostaje to, że aszkenazyjscy Żydzi są… biali.
Odpowiedzią Behana jest – no to co?

to jest jednak dość powszechne wśród wszystkich grup z Lewantu, nie tylko wśród Żydów. Ponadto, jasnoskórzy Latynosi, Irańczycy, Pasztunowie i Rdzenni Amerykanie także nie są rzadkim zjawiskiem. To się nazywa “uchodzić za białego”: zdolność wtopienia się i ucieczki od bezpośrednich skutków „nie białości”, nadal jednak cierpiąc z powodu marginalizacji i traktowania jako „inny”, jakich doświadczają nieżydowskie mniejszości. Ujmując to inaczej: wyglądanie na białego nie jest tym samym, co bycie białym. [podkreślenie dodane]

Wiecie, Behan może mieć rację.

Rdzenny naród z Bliskiego Wschodu, aszkenazyjscy Żydzi, zostali wygnani ze swojej ojczyzny przez europejskich (a później przez arabskich) kolonialistów i zabrani jako niewolnicy do Europy, gdzie konsekwentnie uważano ich za barbarzyńców, okresowo masakrowano i wykluczano ze społeczeństwa z powodu tego, że byli cudzoziemcami, nie byli chrześcijanami i nie byli Europejczykami, lub mówiąc słowami naszych europejskich ciemiężców: byli orientalną/azjatycką obecnością na europejskiej ziemi. [podkreślenie dodane]

Fakt, że dzisiaj aszkenazyjscy Żydzi są w stanie uchodzić za “białych”, mieszać się z nimi i być przez nich akceptowani, nadal pomija kluczowy punkt Behana: „wyglądanie na białego nie jest tym samym, co bycie białym”

konieczność ukrywania pochodzenia etnicznego, tylko po to, żeby być traktowanym jak “normalny” człowiek, nie jest przywilejem, ponieważ biali ludzie („rzeczywiście” biali ludzie, nie zaś Żydzi) nie muszą tego robić. Nie muszą zmieniać nazwisk lub zmniejszać nosów, lub wybielać skóry, lub prostować włosów, lub zdejmować jarmułki itd. Fakt, że aszkenazyjscy Żydzi i ogólnie Żydzi uchodzący za białych, muszą “działać” tylko po to, żeby wyglądać na zwykłych ludzi, mówi wszystko…

Doskonałym niedawnym przykładem jest Winona Ryder, która opowiadała podczas wywiadu o własnych, aktorskich doświadczeniach z antysemityzmem:

“Były chwile, kiedy ludzie mówili: ‘Chwileczkę, ty jesteś Żydówką? Ale przecież jesteś taka ładna!’ Był film, w którym miałam grać, to był film historyczny, i szef studio, który jest  Żydem, powiedział, że wyglądam ‘zbyt żydowsko’ by być w arystokratycznej rodzinie”.

To prawda, że niektórzy Żydzi są do pewnego stopnia w stanie “uchodzić” za “białych” i nie cierpią z powodu tego samego rodzaju rasizmu jak inne grupy. Ci jednak, którzy wykorzystują tę różnicę w celu atakowania Żydów w USA jako korzystających z “białego przywileju”, posuwają się dalej – i pokazują także niemałą dawkę hipokryzji:

Nie wolno nam popełniać błędu przez zakładanie, że Żydzi mają “biały przywilej” tylko dlatego, że nasze doświadczenia nie są identyczne z doświadczeniami Afro-Amerykanów lub Latynosów, bo byłoby to nierozsądne, błędne i pełne hipokryzji (powtarzmy: wobec żadnej innej mniejszości etnicznej nie stosuje się tego standardu). Antyżydowski rasizm wygląda inaczej, bo stereotypy są inne. Innymi słowy, społeczeństwo nie patrzy na nas jako na “niedouczonych zbirów”, ale jak na “nieuczciwych”, “przebiegłych”,  “klanowych” i “krwiożerczych” kundli, którzy kontrolują wszystko zza kulis, a te rasistowskie stereotypy wpływają na to, jak jesteśmy traktowani w tym kraju. [pokreślenie dodane]

Ci, którzy chcą twierdzić, że ekonomiczny sukces Żydów jest dowodem ich “białego przywileju”, świadomie zamykają oczy na historię. Były czasy, kiedy Żydzi mieli ten sam poziom ekonomicznego sukcesu w Niemczech i we Francji – i wszyscy wiemy, jak było to ulotne i tymczasowe.  

Kwestią zasadniczą jest to, że te elementy, które składają się na zrobienie z Żyda aszkenazyjskiego Żyda, czynią go również nie-białym:

Jeśli nie-białość grupy zależy od jej historii, doświadczeń, dziedzictwa i stosunku do pojęcia “białych” tak, jak je definiowali jego pionierzy, aszkenazyjczycy z pewnością kwalifikują się jako nie-biali ludzie.

Jeśli inne narody Bliskiego Wschodu są uważane za “ludzi kolorowych” – niezależnie od ich wyglądu, to samo musi dotyczyć Żydów, a długość czasu, przez jaki Żydzi byli wysiedleni ze swojego domu na Bliskim Wschodzie, nie robi najmniejszej różnicy – “Stulecia wygnania z naszej ziemi nie zmieniają tego faktu i twierdzenie, że zmieniają, jest rodzajem wymazania i antysemityzmu”.  

Niemniej, ze wszystkich grup etnicznych tylko Żydom odmawia się teraz ich bliskowschodnich korzeni z powodu koloru ich skóry.  

to jest odrażające.


Daled Amos (Bennet Ruda)  – Izraelski bloger piszący o historii i problemach Bliskiego Wschodu, a w szczególności Izraela. http://daledamos.blogspot.com/


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com