Archives

Kiedy profesorowie są całkowicie jawnymi antysemitami

Connecticut College (Wikipedia)


Kiedy profesorowie są całkowicie jawnymi antysemitami


Andrew Pessin
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Staczanie się świata akademickiego

2 maja 2024 r. duża grupa wykładowców i personelu Connecticut College opublikowała „Oświadczenie o solidarności z protestującymi studentami”, w którym poparła łamiące zasady i często nielegalne obozowiska zwolenników Hamasu, które rozpleniły się na ponad 100 kampusach, a niedawno zaczęto je (wreszcie) likwidować. Oświadczenie było szokujące pod wieloma względami, zwłaszcza ze względu na beztroskie oskarżenie Izraela i Żydów o „żydowską supremację”. Błagałem wcześniej wykładowców, którzy rozsyłali to do podpisów, by nie robili tego, ale zdecydowali się działać dalej. Zebrali około 90 podpisów, głównie wykładowców, którzy stanowią blisko połowę kadry uczelni. Po opublikowaniu byłem jedynym członkiem wydziału, który otwarcie wyraził sprzeciw w liście otwartym do studentów Connecticut College opublikowanym w uniwersyteckiej gazetce. Udostępniam tutaj ten list. (Miało miejsce kilka dalszych incydentów, które udokumentuję w ciągu następnego tygodnia.)

Drodzy studenci Conn College,

To smutny dzień, kiedy około 90 pracowników wydziału Conn College może publicznie podpisać oświadczenie oskarżające Żydów o „żydowską supremację”; nazistowski minister propagandy Goebbels byłby dumny, że jego oszczerstwo zostało tak powszechnie przyjęte. Co dalej? Uznanie, że naziści mimo wszystko mieli rację, dokonując Holokaustu?

Nieważne, że jedno maleńkie państwo żydowskie (32 takie państwa zmieściłyby się w Teksasie!) i jego 7 milionów Żydów jest znacznie przytłoczone przez 460 milionów Arabów w ponad 20 państwach arabskich i 2 miliardy muzułmanów w ponad 50 państwach muzułmańskich, z których większość aktywnie dąży do zniszczenia jednego małego państwa żydowskiego w imię supremacji muzułmańskich Arabów (przeczytaj statut Hamasu, którego Hamas nigdy się nie wyrzekł!); oraz że to maleńkie państwo jest obecnie aktywnie atakowane przez Hamas, Hezbollah, Syrię, Irak, Jemen i oczywiście zbliżający się do broni nuklearnej Iran. A żebyście nie myśleli, że atakują oni Izrael w imię „praw człowieka”, pamiętajcie, że żaden z nich nie zapewnia praw człowieka nawet własnym obywatelom. Kiedy protestujący wiwatowali po niedawnych atakach Huti, Huti ogłosili, że krzyżują gejów; (Iran tylko wiesza publicznie  swoich gejów). Jednak w jakiś sposób problemem są Żydzi i ich małe państwo.

Jest także smutne, a wręcz tragiczne, że tak wykształceni ludzie mogą udzielać tak okropnych rad. Ale na szczęście mamy tu pewne odmienne opinie, choćby tak małą mniejszość, jak sami Żydzi, być może po to, by pomóc wam w rozważeniu waszych własnych przemyśleń na ten temat.

Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że niewłaściwe jest, aby tłum wykładowców promował w ten sposób swoje opinie. Widzimy proces zastraszania, który jest nieodłączny od zdobywania podpisów i nie sprzyja swobodnemu i otwartemu dociekaniu. Ten dokument może również sprawić, że niektórzy z was poczują się niekomfortowo i niepewnie w salach lekcyjnych osób, które go podpisały. Czy ci profesorowie patrzą na swoich żydowskich studentów i myślą o tych Żydach i ich złej żydowskiej supremacji? Jak możesz sprzeciwiać się temu stwierdzeniu lub protestować przeciwko temu stwierdzeniu i oczekiwać, że będziesz poważnie traktowany na zajęciach tego profesora, który potem ma postawić ci stopień? Już tylko z tego powodu zgłaszam swój sprzeciw. (W odpowiedzi dzielę się tylko moją opinią, ponieważ nie udało mi się przekonać moich kolegów, aby zaprzestali haniebnego działania i nie mogę pozwolić, aby pozostało to niezakwestionowane).

Obozowiska popierane w oświadczeniu nie są kwestią „wolności słowa”. Istnieje wiele dozwolonych miejsc i sposobów wyrażania swoich opinii, z których wiele z tych osób obficie korzystało przez ostatnie siedem miesięcy. Obozowiska te naruszają liczne przepisy kampusowe, a czasem także lokalne prawo i tworzą niezwykle niebezpieczne środowisko dla wszystkich stron, nie wspominając o znaczącym niszczeniu trawników i innego mienia. W masowy sposób naruszają także prawa innych członków społeczności. Twoje prawo do wolności słowa nie oznacza prawa do zajmowania przestrzeni, niszczenia mienia i okupowania budynków, grożenia innym i zastraszania ich oraz narzucania swoich opinii ludziom, którzy nie chcą ich słyszeć. Nie uprawnia też do zakłócania działalności innych osób, blokowania im dostępu do przestrzeni kampusu, w tym bibliotek, ani do uniemożliwiania im zdobycia wykształcenia, za które płacą ogromne sumy pieniędzy. Nie są to działania chronione Pierwszą Poprawką. Są to przestępstwa ścigane przez prawo.

Być może popierasz daną sprawę. Ale tylko to, że myślisz, że twoja sprawa jest sprawiedliwa, nie uzasadnia łamania zasad, zasad, których zgodziłaś się przestrzegać, kiedy wstępowałaś na uniwersytet i które faktycznie chronią wszystkich, łącznie z tobą. Ci, którzy popierają to stwierdzenie, najwyraźniej uważają, że zasady nie dotyczą ich i ich sprawy. Cóż, jeśli nie mają zastosowania do nich i ich sprawy, to nie będą miały zastosowania do nikogo innego i ich sprawy, i stoczymy się w anarchię. Na wielu kampusach jesteśmy świadkami sytuacji wymykających się spod kontroli, w tym wielu przypadków przemocy fizycznej. Tylko w tym tygodniu na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles Żydówkę pobito do nieprzytomności, a Żyda ścigano i porażono paralizatorem. Te obozowiska w żadnym razie nie są pokojowe, ani pod względem sposobu, ani treści. Nie powinniśmy tego chcieć tutaj ani nigdzie indziej, jeśli wierzymy w prawdziwą wolność słowa i rzeczywistą edukację. Nie zaakceptowałabyś takiego zachowania Proud Boys na kampusie, KKK czy Kościoła Baptystów w Westboro i nie powinnaś akceptować takiego zachowania u nikogo, a tym bardziej u samej siebie.

Tylko z tych powodów powinniście zdystansować się od tego stwierdzenia.

Ale są też głębsze problemy.

Moim zdaniem to stwierdzenie opiera się na odrażających antysemickich kłamstwach i je propaguje. Antysemickie oskarżenia w stylu Protokołów Mędrców Syjonu o „żydowską supremację” są tylko najbardziej rażące. Podżegające kłamstwo, że Izrael popełnia „ludobójstwo”, jest w rzeczywistości równie podłe. „Ludobójstwo” jest tym, do czego Hamas wyraźnie dąży (przeczytaj jego statut!) i wielokrotnie próbował je popełnić. Dla kontrastu, w akcie antyludobójstwa Izrael próbuje usunąć bezlitosne ludobójcze zagrożenie na swoich granicach i uratować swoich zakładników, tocząc sprawiedliwą wojnę sprawiedliwymi środkami. Wszechstronne działania IDF w celu zminimalizowania ofiar cywilnych podczas atakowania bojowników – znacznie rozleglejsze niż dokonuje jakakolwiek inna armia na świecie – są szeroko udokumentowane, podobnie jak ogromna ilość dostarczonej pomocy humanitarnej. (Jest dosłownie bezprecedensowe zapewnianie przez państwo takiej pomocy swojemu wrogowi podczas wojny). To oświadczenie w odrażający sposób bierze wysiłki Izraela mające na celu obronę Żydów przed ludobójstwem i przekształca je w żydowski wysiłek mający na celu popełnienie ludobójstwa – w ten sposób odczłowieczając Izraelczyków i legitymizując tych, którzy faktycznie dążą do popełnienia ludobójstwa na Żydach.

Jest tego więcej i mogę szczegółowo udokumentować i obronić wszystko powyżej, ale rozumiecie, o co chodzi. Dla zainteresowanych przygotowałem znacznie dłuższą, bardziej szczegółową odpowiedź na Oświadczenie, dostępną na życzenie.

Chętnie nawiążę szczerą rozmowę z każdym zainteresowanym.


Andrew Pessin – Amerykański filozof i pisarz. Autor wielu książek poświęconych filozofii umysłu, religii i etyce, autor trzech powieści i niezliczonych artykułów. Po raz pierwszy naraził się amerykańskiej klasie piszącej, kiedy w 2014 roku porównał Hamas do buldoga spuszczanego co jakiś czas z łańcucha.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Sinwar in Exchange for Rafah

Sinwar in Exchange for Rafah

LEE SMITH


Why is the Biden administration dangling the Hamas chief in exchange for stopping the Gaza war? Because the terror group’s survival is key to the administration’s larger project in the Middle East.
.

Yahya Sinwar in Gaza City, 2017 / ALI JADALLAH/ANADOLU AGENCY/GETTY IMAGES

The Biden team’s offer to trade Yahya Sinwar, the man believed to be the mastermind of the Oct. 7 attack, for guarantees that the Israeli military stay out of Rafah points to two disturbing truths about the current conflict in the Middle East. The first is that the U.S. knows plenty about what the Hamas terror group is doing and has done. The second is that Washington has been keeping key information—like the terror leader’s whereabouts—from the Israelis, thereby prolonging the war that it claims to decry.

The implications of the administration’s offer, relayed in a recent Washington Post article, has Israelis and U.S. pro-Israel activists livid. Israel’s former ambassador to the U.S. Michael Oren, for instance, posted on X, “I am shocked and sickened by reports that the U.S. is withholding from Israel vital information on the whereabouts of senior Hamas leaders in Gaza. Is the administration still our ally?”

The Biden administration is making the offer because all its efforts to end Israel’s war have failed and if Rafah falls, Hamas is likely to fall, too. It seems there’s no other way to preserve a pillar of what the White House calls “regional integration”—a euphemism for the U.S.-Iran alliance system that Barack Obama has tried to impose on the Middle East for the last decade.

Leaks that the Biden administration is withholding actionable intelligence on Hamas’ paramount leader in Gaza confirm that, as Tablet reported shortly after the Oct. 7 massacre, the administration had a wealth of intelligence on the terror group and its plans. If U.S. intelligence agencies are confident that they know where Sinwar is squirreled away now, in the chaos of wartime, they also knew what he was doing in the lead-up to the massive attack.

Biden and his aides have formulated their scenario: Hamas ‘technocrats’ will constitute the Iranian-backed component in a unity government with the U.S.-backed faction that now rules the West Bank. Hamas is a pillar of the U.S.-Iran condominium.

The administration’s efforts to disclaim any foreknowledge of the attack were always absurd. The U.S. has not only its own unrivaled collection of signals intelligence but also significant intelligence channels in Qatar, where Hamas leaders are based; in Lebanon, where Hamas fighters trained under the supervision of Iranian officials; and Egypt, which shares a border with Gaza and allows Hamas to smuggle weapons through the terror group’s extensive tunnel network. Further, detailed open-source reporting, especially in The Wall Street Journal, months prior to the attack showed that top Iranian officials were visiting Lebanon to coordinate major operations with Hamas and Hezbollah leaders.

And yet, according to reports shortly after Oct. 7, there was no evidence U.S. spy services shared with Jerusalem their intelligence on Hamas. The Biden administration rationalized its failures by claiming there was nothing exceptional about its findings, much of which was gathered in areas where the U.S. prevented or discouraged Israeli intelligence from operating. As one U.S. source told the press, “I think what happened is everyone saw these reports and were like, ‘Yeah of course. But we know what this will look like.’” In other words, the Biden administration knew there was something big in the works; the only question is whether it had any indication of the full scope of the Oct. 7 operation.

The Washington Post article is best understood in connection with two recent New York Times articles. The first alleges to explain why Biden lost his patience with Ιsraeli Prime Minister Benjamin Netanyahu and turned against Israel—because Rafah was a step too far. The piece describes a Feb. 11 phone call between an “exasperated” U.S. president and Bibi during which “for the first time, the president who had so strongly backed Israel’s war against Hamas was essentially threatening to change course.”

The narrative that the Times report means to push is false. There was no “evolution” of Biden’s position. In reality, the administration has been trying to deter Israel from Day One. Less than 24 hours after the Oct. 7 attack, Secretary of State Antony Blinken tweeted his support for a cease-fire, before Israel even began its counterstrike.

What the article really shows is how the administration has become increasingly frustrated that its efforts to derail Israel have failed. Starting in the earliest days of the war, Biden helped resupply Hamas by requiring Israel to “surge” fuel, food, and other “aid” into Gaza even while public reporting made it clear that much of the aid was going directly to Hamas, which shoots at Gazan civilians to protect its Biden-sponsored bounty.

As the Israelis prepared to move on Rafah in early February, the White House told Israel to present plans to protect civilians, allow Hamas to control aid convoys, and arrange for moving hundreds of thousands of Gazans out of harm’s way—measures designed to limit Israel’s warfighting capacity while strengthening Hamas’ will and ability to resist. But for Biden, changing the rules of war beyond those ever observed by the U.S. and other Western forces still wasn’t enough. The administration joined Hamas’ propaganda efforts by raising daily alarms about a nonexistent “famine” in Gaza, citing the terror group’s baldly falsified casualty numbers as fact, and threatening Israel with prosecution for war crimes at the International Criminal Court.

Acting as defense counsel and PR firm for an Islamist organization that massacred over 1,200 people and still holds U.S. citizens hostage is psychopathic—or evil, if you prefer—but it wasn’t enough to satisfy the White House. The administration’s latest demand, retailed by Blinken, national security adviser Jake Sullivan and other Biden aides, is that Israel must come up with plans for the “Day After”—i.e., must be responsible for how its enemy will conduct its political arrangements after it’s routed. This Biden demand appears to be a variation of Colin Powell’s so-called “Pottery Barn” rule—if a military power breaks a society, it’s obliged to own it.

The most generous reading of Powell’s rule is that the ex-chairman of the Joint Chiefs of Staff, who served two combat tours in Vietnam, intended to make American policymakers think very hard about using military force. In practice, worrying about how to fix unfixable places cost thousands of American lives and trillions of U.S. dollars in Afghanistan and Iraq. By seeking to impose the same perverse strategy on Israel, the White House’s intent is to hobble a traditional American ally fighting an existential war on its borders.

U.S. policymakers who have proved repeatedly over the last half century that they are incapable of winning wars now insist that Israel must not win them. “Sometimes when we listen closely to Israeli leaders, they talked about mostly the idea of some sort of sweeping victory on the battlefield, total victory,” State Department official Kurt Campbell said recently. “I don’t think we believe that that is likely or possible.” Nonetheless, despite all the administration’s efforts to save Hamas, Israel is winning its war—or else Biden aides and allies wouldn’t be going all out to stop them.

In further support of the Biden administration’s program of deterrence, Obama faction oligarchs, like George Soros, Bill Gates, and the Pritzker family, spent millions of dollars funding pro-Hamas demonstrations throughout the United States. These rallies were designed in part to echo the anti-Netanyahu protests in Israel organized by Biden officials and allies, whose goal was first to topple the government and then, after war broke out, to end it leaving Hamas intact.

In America, the purpose of mass demonstrations, still ongoing after several months, is to indicate grassroots support for saving Hamas, and thus frame Biden support for Palestinian terrorists as a response to “public pressure.” If some of the youthful demonstrators appeared to be at odds with the White House—“Genocide Joe,” the protesters chanted—the fact is that their desired outcome was the same as the administration’s. And compared to mobs of frenzied kids calling for spilling Jewish blood “from the river to the sea,” the White House’s efforts to impose a cease-fire indeed seem measured and moderate.

But the propaganda campaign messaging that the dynamic and fearless pro-Palestine youngsters had turned America against the evil Zionists hit a wall with New York City Mayor Eric Adams. Angry to have his patriotism tested by demonstrators replacing the American flag with the banner of a terror enclave, the former policeman learned that outside forces, including foreign governments, were funding the protests. No NYC law enforcement official could afford to tolerate the disruption of the city’s life for months by violent, antisemitic, flag-burning protesters seizing control of bridges, highways, commuter rail terminals, airports, and now universities.

When the NYPD started making arrests at the Columbia, NYU, and CUNY campuses, they found that half of the demonstrators were not students but paid agitators—many of them in their 30s and 40s. In other words, while terrorizing a traditional Democratic Party constituency, middle-class Jews, the protests showed there was in fact no organic support for demanding Israel back off an Ιranian-backed terror group that killed 30 Americans and is holding another five hostage. In fact, according to an April Harvard/Harris poll, support for Israel, which has been waning under a concerted publicity campaign led by the White House in concert with its activist allies, skyrocketed back up to 80% once Americans saw kaffiyeh-clad activists hoisting terror banners and calling for genocide.

Biden’s last instrument of deterrence was to stop supplying arms to Israel, which would at last, presumably, bring Netanyahu to heel. Instead, the Israeli public rallied around the prime minister when he vowed to go into Rafah regardless and finish the job, even if Israelis had to fight with their fingernails.

With the White House all out of sticks, it had no other option but to offer Jerusalem a carrot, Sinwar. After all, Israeli officials swore that the war wouldn’t be over until they had Sinwar in chains or had buried him. By handing over the top terrorist, Biden could end the war and keep the Israelis from going into Rafah.

The second Times article, published Sunday, sourced to U.S. officials and Hamas operatives, shows how Sinwar has become expendable. It presents him as a rogue at odds not only with the Palestinian public but even his own organization. According to the article, “U.S. officials say that Mr. Sinwar has shown disdain for his colleagues outside Gaza, who were not informed about the precise plans for Hamas’s attack on Oct. 7.”

After Oct. 7, the administration was determined to distance Iran from any operational role in the attack. But now Biden officials are claiming that Hamas leaders based in Qatar, like Ismail Haniyeh and Khaled Meshaal, were also in the dark. Accordingly, compared to Sinwar, Haniyeh and Meshaal are moderates.

“While the outside leadership has at times been more willing to compromise,” a Biden aide told the Times, “Mr. Sinwar is less ready to concede ground to the Israeli negotiators.” Indeed, according to a colleague of Sinwar’s, “other leaders might not have instigated the Oct. 7 attack, preferring to focus on technocratic matters of governance.” The Hamas man continued: “If someone else had been in his position, things might have gone in a calmer way.” As it turns out, the moderates in Hamas didn’t even know about Oct. 7—and surely, they would have done things differently.

Israel’s plans for the “Day After” are clearly irrelevant, since Biden and his aides have formulated their own scenario: Hamas “technocrats”—i.e., the leadership in Doha—will constitute the Iranian-backed component in a Palestinian unity government in tandem with the U.S.-backed faction that now rules the West Bank, Mahmoud Abbas and the Palestinian Authority.

Hamas, therefore, is a pillar of the U.S.-Iran condominium in the Middle East. This includes Lebanon—where Washington funds the army and intelligence services, which are run by Iran’s asset, Hezbollah—as well as Iraq and Syria, where U.S. forces are deployed to protect Iranian allies and proxies from the regional Sunni majority.

If Israel finishes off Hamas, the Biden administration’s efforts to complete Obama’s Middle East security architecture will collapse. From that perspective, Team Biden prefers to sacrifice Sinwar and save Obama’s most important strategic initiative, which aims to override the traditional U.S.-led order of the Middle East and give birth to a new and unholy anatomy, tying America to an anti-American terror-state that embodies Jew hatred.

The problem for Biden is that he is trying to realize a vision that is fundamentally unstable, not to mention insane. Iran is weak, and so are its proxies—or else the White House wouldn’t have to expend so much energy deterring Israel.

It can hardly be lost on any careful reader of this recent White House information operation that the powers now being attributed to Sinwar belong rather to the American government. Sinwar, writes the Times, “has emerged not only as a strong-willed commander but as a shrewd negotiator who has staved off an Israeli battlefield victory while engaging Israeli envoys at the negotiating table.”

But Sinwar hasn’t been near any negotiating tables; he’s been hiding in tunnels inside Gaza. Rather, it is the White House that has prevented an Israeli victory, and it is Biden aides who have thwarted Jerusalem with their diplomatic entreaties to formulate a plan for feeding Palestinians, moving them to safety, and ensuring their political rights with a plan for the “Day After.” Were it not for Biden’s repeated interventions, Hamas might have been destroyed months ago—and many lives on both sides might have been saved.

The most important takeaway from Biden’s offer of Sinwar in exchange for Rafah is that Barack Obama’s vision of a new Middle East, which the Biden administration has insisted on following, entails tying the U.S. not only to an obscurantist anti-American and Jew-hating terror regime but to a military force and its proxy armies that, like U.S. policymakers, can’t win wars. Like his former boss, Biden is intent on saddling America with a deadly loser. Israel’s decision then isn’t just about whether to take Sinwar or forfeit Rafah, but whether to crash Obama’s project, or to let Hamas survive along with the programmatically apocalyptic delusions of its superpower backer.



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Amsterdam Music Hall Restores Israeli Concert With ‘Tightened’ Security Following Outcry Over ‘Shameful’ Cancellation

Amsterdam Music Hall Restores Israeli Concert With ‘Tightened’ Security Following Outcry Over ‘Shameful’ Cancellation

Shiryn Ghermezian


The Jerusalem Quartet. Photo: Felix Broede

Amsterdam’s famed music hall the Concertgebouw has reversed its decision from earlier this week to cancel performances by the Israeli group Jerusalem Quartet amid concerns about anti-Israel protests taking place at the venue and around the city.

The Jerusalem Quartet was originally scheduled to perform at the Concertgebouw on Thursday and Saturday. The first show was cancelled, but Saturday’s show will take place inside the venue’s Recital Hall with “tightened security measures, adjusted visitor flow, and an adjusted start time,” the concert hall announced on Thursday. The in-person concert is sold out but will be available via livestream on the Concertgebouw’s website.

“The earlier decision to reschedule the planned concerts has been met with understanding as well as disapproval,” the Concertgebouw acknowledged, after organizers were called “cowards” and accused of capitulating to “bullying and terrorism” for its “shameful” decision on Tuesday to cancel performances by the Jerusalem Quartet.

“Every concert must be able to go ahead,” said the venue’s General Manager, Simon Reinink. “The Concertgebouw fully supports its mission to connect and enrich everyone with sublime music, regardless of background, religion, culture, or any distinction. We must continue to stand up for the free society we want to be. Every day.”

The Concertgebouw originally cancelled the Jerusalem Quartet’s two concerts because it said it could not guarantee the safety of the venue’s employees, visitors, and musicians while multiple anti-Israel demonstrations were set to take place in the area. Reinink said social media users also urged the public to demonstrate at the Concertgebouw and the music hall received “a flood of messages” from people who opposed the Jerusalem Quartet’s appearance at the venue, likely due to the Israel-Hamas war.

On Thursday, the venue further elaborated on its original decision to cancel the shows.

“A particular factor was that concerts were scheduled simultaneously in the Main Hall and Recital Hall; with so many visitors, the security situation could have become precarious if disturbances had occurred,” said the Concertgebouw. “The recent demonstrations in and around the University of Amsterdam were the direct and only reason to take this decision. The Concertgebouw felt the risk was too great. This decision was taken solely on the basis of our concerns for the safety of all those involved. With the extra security measures now in place, and changes to the start time and visitor flow, we are able to let the concert on May 18 go ahead.”

The Jerusalem Quartet shared news about the restoration of Saturday’s concert on its Instagram page, and thanked “all the people who supported us and helped make this happen.” They also commented on the original cancellation of their shows, saying that “due to violence in the streets, and threats to the Concertgebouw, ours were the only concerts cancelled, which evokes memories of darker times for Jewish artists in Europe.”

“Our quartet has a decades-long relationship with Concertgebouw, and we have a loyal and committed audience in The Netherlands,” added the string quartet, which is comprised of two violinists, a cellist and a violist. “We will not allow this bond to be broken and want to assure our audiences that we will continue to perform and share our music with them.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Condorcet ozdobiony kefiją

Dzisiejsi protestujący niewiele wiedzą o tym, przeciwko czemu się buntują, i przynajmniej z naszego doświadczenia, jakie wynika z rozmów z niektórymi z nich w Paryżu oraz czytania i/lub słuchania, co mówią ich odpowiednicy na amerykańskich kampusach, nawet nie chcą wiedzieć. Na zdjęciu: antyizraelscy protestujący przed paryskim Instytutem Studiów Politycznych (Sciences Po), 26 kwietnia 2024 r. (Zdjęcie: Antonin Utz/AFP via Getty Images)


Condorcet ozdobiony kefiją

Amir Taheri


Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Dla tych z nas, którzy są na tyle dorośli, że pamiętają dobre (lub złe) dni buntu studentów na zachodnich uniwersytetach w latach 60., obecne zamieszki na wielu europejskich i amerykańskich uniwersytetach wydają się kiepskim remakiem kontrowersyjnego oryginału.

Obecne zaburzenia mają znacznie mniejszą skalę.

W USA dotknęły one kilka uniwersytetów i przyciągnęły kilka tysięcy studentów z łącznej liczby ponad 15 milionów studentów.

We Francji centrum “powstania” jest paryski Instytut Studiów Politycznych (Sciences Po), w którym studiuje od 12 000 do 15 000 studentów, w tym jedna trzecia z zagranicy, z ponad 100 krajów.

Grupa Palestyny, która organizuje i przewodzi “powstaniu”, liczy około 200 członków, z czego od 50 do 60 bierze udział w akcjach obejmujących wybijanie szyb, blokowanie wejść i grożenie strajkiem głodowym.

Skromność liczb jest jednak rekompensowana obecnością mediów, która była niewyobrażalna w latach sześćdziesiątych.

Protesty w paryskim Instytucie Studiów Politycznych przyciągnęły kanały telewizyjne z ponad 50 krajów i często korzystały z relacji na żywo na kanale francusko-belgijskim.

Dodaj do tego niezliczone konta w stale rosnącej dżungli Internetu, a otrzymasz nagłośnienie, o jakim zbuntowana młodzież z lat 60. nie mogła marzyć.

Spędzanie większej części dnia wokół Sciences Po i rozmowy z wieloma protestującymi i studentami-obserwatorami “walki” ujawniły kolejny fakt: protest karmi się uwagą mediów. Gdy tylko kamery telewizyjne zostaną wyłączone, wykrzykiwanie haseł cichnie.

Powstania studenckie w latach 60. XX wieku były spowodowane dwiema kwestiami: wojną w Wietnamie i odrzuceniem dziedzictwa kulturowego, które część studentów uważała za relikt kolonializmu.

Amerykańscy studenci wzywający do zakończenia wojny w Wietnamie byli bezpośrednio zainteresowani tą kwestią, ponieważ nie chcieli zostać powołani do walki w czymś, co postrzegali jako krwawą wojnę domową w odległym kraju.

W grę wchodziły także bezpośrednie interesy protestujących studentów w Anglii i Francji.

W Anglii sztuka Johna Osborne’a “Look Back in Anger” [Spójrz wstecz z gniewem] zachęcała do buntu Edypa przeciwko Imperium Brytyjskiemu i jego paternalistycznej kulturze wiktoriańskiej, której kluczową cechą był kolonializm.

We Francji algierska wojna o niepodległość, postrzegana jako wojna domowa, ponieważ Algieria nigdy nie była kolonią w klasycznym sensie i stanowiła wówczas dwie francuskie prowincje, stworzyła szablon dla buntu, który później przekształcił się w majową rewolucję 1968 r.

Można argumentować, że protesty z lat 60. ostatecznie poniosły porażkę.

W Stanach Zjednoczonych jest możliwe, że protesty przedłużyły wojnę w Wietnamie o co najmniej cztery lata, przekonując cichą większość zszokowaną scenami chaosu do głosowania na Richarda Nixona, który za urojeniową radą Henry’ego Kissingera gonił za jakąś formą zwycięstwa jako preludium do pokoju. Po drodze administracja Nixona-Forda rozszerzyła wojnę na Laos i Kambodżę.

W Anglii ci, którzy spoglądali wstecz ze gniewem, szybko przekonali się, że z nudą muszą patrzeć w przyszłość.

We Francji protesty pomogły partyzantom Algérie française poszerzyć grono odbiorców i utrudnić chwiejnym rządom IV Republiki wynegocjowanie pokojowego wycofania się z prowincji Afryki Północnej, tak jak miało to miejsce w Maroku i Tunezji.

Z politycznego punktu widzenia “rewolucja” w Paryżu z maja 1968 r. również osiągnęła odwrotny skutek, niż oczekiwano, umożliwiając gaullistom utrzymanie monopolu na władzę polityczną przez kolejne 13 lat.

Studenccy rebelianci z lat 60. stworzyli neokolonialną narrację, w której Zachód jest odpowiedzialny za wszystko, co złe na świecie. To z kolei pozbawiło “resztę świata” jakiejkolwiek wolnej woli, redukując ją do przedmiotu w jej własnej historii.

Podczas wojny arabsko-izraelskiej w 1967 roku wiara ta przekonała zbuntowanych studentów do wspierania Izraela przeciwko jego arabskim sąsiadom.

W Paryżu studenci ozdobili Sciences Po flagami z gwiazdą Dawida i wykrzykiwali “Izrael Vaincra!” (“Izrael zwycięży”).

W Londynie, Nowym Jorku i Chicago Izrael był postrzegany jako ofiara “feudalnych reżimów arabskich” wspieranych przez dawną potęgę kolonialną Wielkiej Brytanii.

W tamtym czasie Izrael był ulubieńcem lewicy, ponieważ swoje narodziny zawdzięczał zbrojnej rebelii przeciwko brytyjskim kolonialistom, zdobywając jednocześnie potrzebną broń od bloku sowieckiego przez Czechosłowację za pieniądze pochodzące z Ameryki.

Szczególne miejsce Izraela na globalnej lewicy ilustruje zajmowane przez niego stanowisko wiceprezesa w Międzynarodówce Socjalistycznej.

Jeśli poparcie dla Izraela w tamtych czasach wynikało ze względów ideologicznych, które nie miały nic wspólnego z walką o przetrwanie, lustrzane odbicie tych samych względów inspiruje dzisiejszych studenckich rebeliantów na Zachodzie do występowania przeciwko Izraelowi.

Rozmawiając z niektórymi działaczami Sciences Po, można zobaczyć Izrael piętnowany jako “przyczółek amerykańskiego imperializmu” na Bliskim Wschodzie, a Benjamina Netanjahu jako kluczowego gracza w odrodzeniu się “twardej prawicy” w Europie i USA.

Dziś są jeszcze inne różnice.

W latach sześćdziesiątych studenccy buntownicy skupiali się na sprawach, w które bezpośrednio angażowały się ich rządy.

Dzisiaj każdy, kto uważa, że jakakolwiek potęga zachodnia mogłaby ustawić działania albo Izraela, albo Hamasu, potrzebuje odświeżającego kursu z psychologii politycznej. Rebelianci z Sciences Po mamroczą na temat “egzekwowania rezolucji ONZ” – rezolucji, które od ponad siedmiu dekad nie mają żadnego znaczenia.

W każdym razie, nawet gdyby wszystkie rezolucje ONZ zostały wdrożone, nie uspokoiłoby to Izraela i nie ugasiłoby pragnienia Hamasu stworzenia Palestyny “od rzeki do morza”.

Przez siedemdziesiąt lat Izraelczycy akceptowali “radę” Stanów Zjednoczonych i ich europejskich sojuszników, aby zaakceptować ostateczny koniec wojen zamiast zwycięstwa odniesionego na polu bitwy. Poza Hamasem, który chce wszystkiego, także Palestyńczycy zdali sobie sprawę, że słuchanie rad “życzliwych ludzi”, takich jak Jimmy Carter, Bill Clinton i George W. Bush, twórcy “mapy drogowej” prowadzącej do rozwiązania w postaci dwóch państw, nie zapewni im nawet pół państwa.

Może to zabrzmieć jak przepełniony nostalgią głos z przeszłości.

Jednak w dawnych, złotych czasach buntu na kampusach studenccy buntownicy poświęcali trochę czasu, by dowiedzieć się, przeciwko czemu protestują. Zamiast niszczyć meble w kampusie, organizowali tak zwane “nauczania”, aby omawiać i debatować na różne tematy oraz poznawać różne poglądy.

Dzisiejsi protestujący niewiele wiedzą o tym, przeciwko czemu się buntują, i przynajmniej z naszego doświadczenia, jakie wynika z rozmów z niektórymi z nich w Paryżu oraz czytania i/lub słuchania, co mówią ich odpowiednicy na amerykańskich kampusach, nawet nie chcą wiedzieć.

Tymczasem, gdy powiewają flagami lub palą je, a w Paryżu pomnik filozofa Condorceta ubierają w kefiję, w odległej krainie umierają ludzie.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


IDF administration in Gaza: A necessary interim solution

IDF administration in Gaza: A necessary interim solution

YAAKOV LAPPIN


Despite the reservations regarding this option, all other options are highly unrealistic in current conditions in Gaza.
.

Israeli forces operating in Gaza City’s Zeitoun neighborhood, May 10, 2024. Credit: IDF.

The dispute over the option of establishing a temporary Israeli military administration in Gaza has emerged as a key point of division in Israel’s War Cabinet, with Israeli Defense Minister Yoav Gallant publicly coming out in opposition to the idea on Wednesday. Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu, while not ruling it out, has yet to endorse the concept publicly.

On Saturday evening, War Cabinet Minister Benny Gantz gave Netanyahu an ultimatum comprising six demands, one of which was, alongside Israeli security control of Gaza, setting up an “American-European-Arab-Palestinian administration that will run, at the civilian level, the Strip, and set up the basis for a future alternative that is not Hamas and not [Palestinian Authority chairman Mahmoud] Abbas.”  

There are good reasons to believe that setting up a temporary Israeli military administration is long overdue, and ending Hamas’s rule without this interim step appears fanciful. 

An Israeli military administration in Gaza, while provisional, addresses immediate security concerns, fills a vacuum that is currently still being filled in areas of Gaza by Hamas, and prepares the ground for a sustainable moderate Gazan civil governance structure, which will, in reality, take a long time to form. When it does form, it must operate under the umbrella of Israeli security operations in Gaza, which must continue in Gaza for the foreseeable future.

This could be the only way to avoid the pitfalls and mistakes of the past, when Israel withdrew from Gaza both militarily and at the civilian level, created a vacuum, and did not lift a finger as Palestinian jihadists backed by Iran moved in to build a terror army with genocidal intentions.

While disabling Hamas’s military capabilities is vital and an ongoing IDF effort, establishing a secure environment that prevents a resurgence of Hamas’s political as well as its military regime can only be done at this time through an IDF military administration. 

Hamas would otherwise exploit any power vacuum to regain its foothold, as it has already tried to begin to do in places like northern Gaza. 

The dismantling of Hamas’s military infrastructure and creating an Israeli military administration are intertwined objectives which, if pursued concurrently, would likely promote long-term stability in a way that no other solution can. The defense establishment appears opposed to any version of this initiative, presumably due to concerns that it could become a permanent arrangement, draining Israeli military and financial resources. 

Yet there are multiple ways to set up a military administration, and the costs of doing so would likely be lower than pursuing a doomed effort to rapidly hand Gaza to a currently non-existent moderate local civil autonomy. Meanwhile, an international administration as envisaged by Gantz would stand a tiny chance of surviving under current conditions, and would quickly attract Hamas assassins and bombers. 

Critics of the Israeli administration option fail to account for the immediate need to stabilize the Strip and provide a framework within which a viable civilian governance can emerge in the future. Without such stability, the distribution of humanitarian aid remains jeopardized, as seen in the constant theft and hijacking of resources by Hamas and the resultant chaos, and Gazans will continue to believe that Hamas can come back, meaning no one will seriously cooperate with efforts to replace it.

As professor Kobi Michael, senior researcher at the Tel Aviv-based Institute for National Security Studies and the Misgav Institute for National Security and Zionist Strategy in Jerusalem, has previously argued, ensuring that humanitarian aid reaches its intended recipients and convincing Gazans Hamas is no longer a viable option can only be achieved through an IDF civil administration at this time.

All other alternatives seem detached from reality. Allowing Hamas to regroup would spell defeat for Israel;  the Palestinian Authority’s weakness, reluctance and incapacity, as well as terror incitement, make it a non-starter. The impracticality and peril of Gazan clan-based governance at this time, as evidenced by Hamas’s assassination of clan leaders in Gaza, render this option nonviable as well. A multinational force, while theoretically appealing, lacks practical grounding at present, and would have no ability to take on Hamas militarily.  What is left is an Israeli-led interim solution.

The potential for an Israeli military administration becoming a target for terrorism is significant. However, the need to counteract Hamas’s influence and secure civilian projects require a bold approach. This involves a temporary administration aimed at overseeing the Strip’s civilian functions, while preparing for a future, locally-led civilian governance, financially and political backed by moderate Gulf states, when this actually becomes tenable—which is not now.

While the notion of a temporary IDF administration in Gaza is met with reservations, the alternatives either fail to address the immediate need to place a final nail in the coffin of Hamas’s hopes to rebuild itself, or are currently unfeasible. The proposed IDF administration is not intended as a permanent solution but rather a necessary step toward establishing a stable and secure environment that can foster the development of a competent, non-radical local governance when this becomes possible. 

Through meticulous planning and strategic foresight, this interim solution can best serve Israel’s core security interests and regional stability aspirations, which should come before the interests of even Israel’s allies.


Yaakov Lappin is an Israel-based military affairs correspondent and analyst. He is the in-house analyst at the Miryam Institute; a research associate at the Alma Research and Education Center; and a research associate at the Begin-Sadat Center for Strategic Studies at Bar-Ilan University. He is a frequent guest commentator on international television news networks, including Sky News and i24 News. Lappin is the author of Virtual Caliphate: Exposing the Islamist State on the Internet. Follow him at: www.patreon.com/yaakovlappin.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com